W oczach jej błękitu - Jacek Brzozowski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Opuchnięte kolana półnagiego Pierre'a broczyły, gdy klęczał przykuty rdzawym łańcuchem do kamiennej, wyszczerbionej posadzki. Za szyję, jak najpodlejsze zwierzę.

Uryna trafiała go w policzek i ściekała strumieniem po klatce piersiowej. Rozbawiony Beduin w śmierdzących kolorowych łachmanach szczał na niego w geście wyższości. Pierre Dussollier, młody specjalista wywiadu elektronicznego, nie był jeszcze całkowicie złamany. Przeciwnie. Niemal chłopięca twarz technika, nigdy nie zepsuta sztuką maskowania uczuć, wyrażała nienawiść w najczystszej postaci.

Przy nadziei trzymała go wiara. Wierzył w Boga oraz w technikę, bo ta, jako jedyna spośród rzeczy ludzkich, nie zawodziła bez wyraźnego powodu. Tak jak teraz, gdy satelita bezbłędnie odnalazł sygnał z mikroskopijnego implanta zatopionego w stopie. Wiara.

Zmierzyłem to krótko wzrokiem i rzekłem głosem obojętnym, wręcz znudzonym, w kierunku szejka półleżącego na poduchach obciągniętych czerwonym jedwabiem:

- Dam za niego dwanaście sztuk złota. Nie więcej.

Pogładziłem swędzącą brodę. Z braku doświadczenia nie byłem dobrze przygotowany do rajdu przez pustynię.

Dwa dni jazdy zamieniło gładką zwykle twarz we włochatą szczotkę, przypominającą to, co mam na głowie, a zbyt grube ubrania w przepoconą szmatę. Choć rok temu, w trzydzieste czwarte urodziny zastanawiałem się, czy początków zakol nie powinienem skompensować brodą.

- Chyba nieskończone piaski Sahary i duże pragnienie odebrały ci siły na umyśle, gościu z dalekiego kraju. - Grubas splunął wymownie. - Za psa? To rzadki okaz na tym pustkowiu.

Arab sprawiał wrażenie, jakby nie zajmował w życiu innej pozycji niż co najwyżej siedzącej. Rozpostarty na poduchach, z zadowoleniem od godziny nurzał tłuste palce w kryształowej misie z jedzeniem. Nic nie wskazywało, aby ta czynność go nudziła. Wyglądało na to, że chciał być zabawiany jeszcze przez co najmniej drugie tyle. Dla nas obu czas z pewnością płynął w inny sposób. Traciłem cierpliwość.

- Daruj panie nietakt - skłoniłem czoło. - Nie przedstawiłem od razu innych podarków. Mam jeszcze ze sobą...

- Nie przyjmuję prezentów od niewiernych - wycedził sucho, po czym znów splunął żółto na podłogę.

- Ależ...

- Są nieczyste, są brudne - uciął z pogardą w głosie.

Kraciasta maszrabija wpuszczała wąziutkie promienie słońca, które pełznąc milimetr po milimetrze, rozświetlały niemrawo kolejne zakamarki komnaty. Jeden z refleksów zalśnił złotem na masywnych bransoletach opinających nadgarstki tłuściocha. Coś do mnie dotarło, jakby przeskoczyła iskra.

- To na nic - powiedziałem cicho przez zęby.

- Co mówisz?

- Właśnie pojąłem, o najzacniejszy z mężów, że ta dysputa nie zaprowadzi nas do konstruktywnych wniosków. Chciałbym oto przekazać... - w tym momencie zwróciłem się do oprawcy Pierre'a -...pozdrowienia od PR.

- Od kogo? - wydusił zaskoczony Beduin, odsłaniając szczerbatą szczękę.

- Prezydenta Republiki.

Błyskawicznym ruchem wydobyłem półelastyczne polimerowe noże. Ukryte w wąziutkiej kieszeni paska były zupełnie nie do wykrycia. Powietrze przeszył cichy świst. Po chwili dręczyciel klęczał, tamując oburącz krwotok z rozerwanej tętnicy udowej.

Nie minęło kilkanaście sekund, gdy usłyszałem jęki dobijanego wielbiciela mało wyrafinowanych tortur. Pierre z szaleństwem w oczach jeszcze przez dłuższą chwilę maltretował bezwładne ciało.

Szejk nadal spoczywał bez najmniejszego ruchu, uważnie obserwując ostrze drugiego noża. I mój wskazujący palec, oparty znacząco na zaciśniętych ustach. Podtrzymując kulejącego z bólu i wyczerpania technika wycofywałem się w stronę bocznego wyjścia.

Po trzydziestu sekundach, gdy wchodziliśmy już do terenówki, eksplodowały niespodzianki umieszczone na drugim końcu pałacyku. Natychmiast wybuchło tam zamieszanie i kobiece lamenty.

Silnik zawył i ruszyliśmy w pustynię. Pora była właściwa. Tak jak zaplanowałem, słońce zajmowało tę część nieboskłonu, która oznaczała szybki zachód. Noc ułatwiała ucieczkę, a noktowizor dawał nam dodatkową przewagę.

Spojrzałem na rannego. Głowa opadała mu z wyczerpania, drżąc w rytm nierówności terenu. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zażartowałem więc:

- Urlop w Maroko?

Odpowiedziało mi pełne bólu westchnięcie Perrea. Tego przedziwnego młokosa lubiącego hippisowskie ciuchy znałem już z kilku akcji. Nigdy nie pytałem, w jakim dokładnie jest wieku, ale widać było, że mógłby być synem Lennona, jeśli nie wnukiem. Był przeraźliwie chudy i wiecznie przygarbiony. Zagadnięty, półżartem odpowiadał z niewyraźnym uśmiechem, że to przez ciężar odpowiedzialności za losy kraju.

- Nawet nie pytam, jak wpadłeś w takie kłopoty - rzuciłem.

- Ukradłem mu tonia - poruszył spękanymi wargami.

Pierre nie był człowiekiem wylewnym. Najpewniej to jego kappacyzm, wada złośliwie podmieniająca głoski, zdecydowała o wyborze autystycznej profesji wymagającej większego kontaktu z martwymi przedmiotami, zimną klawiaturą i chłodem fosforyzujących LED-ów, niż z ludźmi. Jak sam mówił, uwielbiał rozmowy, ale wyłącznie wtedy, gdy odpowiedzią i pytaniem była cisza. Odbywał ich sporo, szczególnie w kościołach.

- Nie wiem, czy dobrze zrobiłem... - wymamrotał.

Miał na wpółprzymknięte, opuchnięte oczy. Walczył z sennością, która wyciągała po niego coraz bardziej zaborcze ręce. Facet z drugiej linii akcji, dzisiaj zadebiutował w roli zabójcy. Całe jestestwo Pierre'a emanowało ciężarem tej świadomości. Od dzisiaj, jak większość osób z Agencji, miał kogoś na sumieniu.

- Właściwie, to ja go bardziej zabiłem, niż ty - przerzuciłem winę na siebie.

Zagryzłem język. To było chyba zbyt infantylne. Na twarzy technika przez moment rozbłysła nadzieja, jednak szybko zdusił ją rozsądek.

- Potrzebny był ci transport i wpadłeś na włamie? - próbowałem skierować rozmowę na inne tory.

W rzeczywistości moją misją było jedynie to, by wyciągnąć stamtąd młodego. Szczegóły zadania Pierre'a i tak musiały pozostać tajemnicą, a pytanie było tylko czystą kurtuazją mającą przykryć ciszę. Choć o tym, że miał kiepskie wyniki na strzelnicy, wiedzieli prawie wszyscy.

Pierre burknął coś i kaszlnął.

- Pierre? - powiedziałem głośniej.

- To nic... Ta misja...

Wyszczerzyłem zęby:

- Masz szczęście, że akurat tędy przechodziłem. - Przed oczami przemknął mi obszerny pałacowy harem. - I że nie ucięli ci jaj! - dodałem z naciskiem.

- Mieli to zrobić dziś wieczorem, Jean - wyjaśnił Pierre z męką w głosie.

Milczeliśmy chwilę. Samochód płynął miarowo, kołysany falami nieskończonego morza wydm.

- Śpij. Nacisnąłem przycisk i fotel młodego zmienił pozycję na leżącą.

Po chwili dobiegło mnie głośne chrapanie.

4

Nazajutrz wypłynęliśmy jachtem z Bosforu w kierunku jednej z małych wysp Morza Śródziemnego. Tam, na małym lotnisku służącym głównie CIA, czekała niewielka Cessna, dzięki której w ciągu kilku godzin dolecimy do Paryża.

Stojąc na pachnącym mahoniowym drewnem pokładzie obserwowaliśmy daleki, błękitny horyzont. Spojrzałem na zachwyconego Mermeta, który pewnie trzymał potężne koło sterowe. Zawołałem do niego, przekrzykując łopot żagli:

- Jest już kawa!

Mężczyzna zablokował ster i powędrował z kubkiem w stronę małej platformy na dziobie, gdzie stawał by spoglądać marzycielsko w dal. Kto wie, gdzie błądziły wówczas jego myśli, skupione - jak czasem mawiał - na tajemnicach dawnych mistrzów.

André Mermet nie tylko handlował sztuką. On ją po prostu uwielbiał. Miał związaną z tym maksymę własnego autorstwa, choć daję głowę, że ktoś wcześniej na to wpadł:

- Czym byłoby moje życie, gdyby nie sztuka? - pytał i odpowiadał sam sobie: - Niczym. Tylko bytem przypominającym egzystencję robaka. Pracą, jedzeniem, spaniem. Jedzeniem, sraniem, pracą. Sraniem, żarciem...

Indagowany, czy tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o względy materialne, powtarzał niezmiennie:

- Pieniądze nie dają wolności. One tylko poszerzają jej granice.

Jako były więzień, wiedział o tym doskonale. Sam także posiadał niebywałe zdolności. Gdyby osiłkom powiódł się plan odebrania mi pakunku, ich zleceniodawca lub kupiec byłby cholernie zdziwiony: wewnątrz była doskonała podróbka obrazu XVII-wiecznego malarza-erotomana Guido Cagnacciego Susanna and the Elders, o dużo mówiącej na temat autora kopii treści: na stole w centrum obrazu siedzi naga kobieta, wyraźnie czerpiąca przyjemność z towarzystwa dwóch mężczyzn zachwyconych jej pięknym, opalizującym ciałem. Rzecz wykonał, jak później zdradził, przy pomocy farb skomponowanych według średniowiecznych receptur. W dodatku na płótnie obramowanym starym drewnem z właściwej epoki. Dla amatorów, nawet tych często odwiedzających muzea i galerie - fałszywka prawie nie do rozpoznania. Namalował ją ponieważ był pewien, że mi tym zaimponuje.

Pomimo że byłem przy nim laikiem, uwielbienie do sztuki nas łączyło, choć ja wolałem bardziej współczesne wielobarwne plamy Renoira, natomiast on genialne freski Michała Anioła. Zresztą Mermet nie oczekiwał, że będę lubił dokładnie to, co i on: najbardziej cenił fakt, że kształtowałem własny gust. Oznaczało to pewne już rozeznanie w malarskiej materii. Na najważniejsze tropy naprowadzał mnie oczywiście André, choć jak zapewniał, przekazywana wiedza nigdy nie zdołałaby okrzepnąć, gdyby nie pierwiastek odpowiedniej wrażliwości. Bo, jak mawiał za Lautrecem, malarstwo jest jak gówno; to się czuje, ale nie tłumaczy.

Nie śmiałem w tej chwili, po pół roku niewidzenia zapytać, co też popchnęło go do flirtu z barokiem i dlaczego poświęcił Cagnacciemu tak wiele energii, zdradzając swój ukochany, odrobinę wcześniejszy renesans. Może z biegiem czasu coś się w nim zmieniało?

Zresztą Mermet zwykle miał na wszystko gotową odpowiedź. Znałem go i czułem, że byłby to z pewnością jakiś krótki bon mot w rodzaju myśli wypowiedzianej parę lat temu: A któż u licha tak naprawdę wie, gdzie przebiega dokładna granica między epokami? Gdy w Italii pączkował renesans, tereny na północ od Alp tkwiły jeszcze w ciemności średniowiecza.

- Te refleksy na morzu wyglądają zupełnie jak plamy Dworca St-Lazare Moneta - skomentował z zachwytem, wsparty o stalowy reling.

Miałem nieodparte wrażenie, że lazur wody zupełnie zatarł w nim wspomnienie mózgu osiłka, rozsmarowanego szybko czerniejącą mazią na rozpalonym chodniku Konstantynopola.

6

Paryż przywitał mnie jak zwykle chłodno. Po afrykańskich piaskach i otomańskim tłoku cieszyły za to wyśmienite drogi, po których moje klasyczne srebrne Porsche 911 wprost płynęło. Zaletą pracy w służbach był fakt, że zapewniały wywiadowcom niezły poziom życia. Był to, rzecz jasna, element gry, choć przestronny apartament z tarasem i widokiem na dachy Paryża był jak najbardziej rzeczywisty. Zajechałem z powolną elegancją przed gmach z napisem Service de Documentation Exterieure et Countre-Espionage i pomaszerowałem w głąb budynku na odprawę.

Na końcu długiego, krętego i pełnego skrzyżowań korytarza czekali już chłopcy, zacieśniając nerwowo krawaty. Podczas oficjalnych spotkań z kierownictwem w siedzibie Service obowiązywały mundury. Na co dzień, każdy z nas miał styl mniej lub bardziej odbiegający od uniformizmu, dlatego nasze miny zdradzały, jak niekomfortowo się czuliśmy.

Wiecznie zgarbiony, młody technik Pierre, milczek z za długimi przetłuszczonymi włosami, nie był zbyt wielkim estetą jeśli chodzi o te sprawy. Na co dzień nosił dzwonowate, przetarte w kilku miejscach brązowe sztruksy i T-shirt z wielką pacyfką, wyblakłą, jak czasy hippisowskich ideałów.

Ja zdecydowanie wolałem włoskie garnitury, co zbliżało mnie z Mermetem, który zazwyczaj nosił się umiarkowanie elegancko, choć może nieco zbyt krzykliwie. André nie uznawał marynarki, a wykwintne lniane koszule przepasane szelkami rozpinał na wysokości zarośniętego torsu, niczym okładkowy celebryta. Oczywiście tylko wówczas, gdy grał rolę samego siebie. Na wierzch zakładał czarną kamizelkę i podciągał niedbale rękawy. Robił to tuż poniżej łokcia, jakby ciągle zajmowała go jakaś pilna robota.

Staliśmy w półmroku rozjarzonym jedynie diodowymi znakami wskazującymi gabinet szefa. Po chwili grube stalowe drzwi, będące niemal wierną kopią okrętowych grodzi, ustąpiły z głuchym trzaskiem. Nasze spojrzenia powędrowały za światłem, do surowego wnętrza naznaczonego krępą sylwetką dowódcy. Pochylony nad dużym biurkiem ciemny kontur wykonał gest nakazujący wejście.

Pierre, który stał najbliżej, posłusznie ruszył do środka. My tuż za nim. Stosunek młodego do służby był inny, niż nasz. Jako jedyny wszedł do wywiadowczego fachu zwyczajną drogą. Został złowiony jeszcze na studiach przez rekruterów Service. Paradoksalnie, w zasadzie byliśmy przy nim życiowymi nieudacznikami, którzy nie potrafili dojść do czegokolwiek funkcjonując zupełnie uczciwie. A przynajmniej tak mawiał z gorzkim uśmiechem André, ja zaś wolałem myśleć o nas, jak o złamanych przez system idealistach.

Byliśmy w klinicznie czystej, wyłożonej metalowymi płytkami salce, gdzie jedyne umeblowanie stanowiły składane krzesła i zimne, pozbawione jakichkolwiek ozdobnych elementów, stalowe biurko szefa. Całość sprawiała klaustrofobiczne wrażenie szarej masarni, z której pragnąłem jak najszybciej uciec. Ta szczelna dla fal radiowych klatka Faraday'a nie przepuszczała także dźwięków. Z obawy o podsłuch, wszelkie tajne posiedzenia organizowano w tym pomieszczeniu, choć nie byłem pewien, czy to jedyna jego funkcja. Wokół rozmieszczono strefę buforową w postaci plątaniny korytarzy. Istny labirynt Minotaura.

Wiedziałem, że mamy podobne obiekty w wielu miejscach na świecie. Korzystałem dotąd z dwóch: w Turcji i w Niemczech. Urządzone identycznie, z jednakowym rozkładem pomieszczeń, aranżacją wnętrz i zastosowanymi materiałami. Jeśli przerzucić nieprzytomnego człowieka pomiędzy dwiema, odległymi od siebie o tysiące kilometrów instalacjami, z pewnością nie zauważyłby różnicy.

Generał Bernard Roussilat, łysiejący mężczyzna w średnim wieku o ukrytej przez mundur, nieokreślonej nadwadze, nie przepadał za subtelnymi opisami akcji. Tak było i tym razem.

Prześwidrował mnie spojrzeniem wzmocnionym grubymi szkłami staromodnych okularów:

- Miałeś tylko wyciągnąć naszego człowieka, a nie zarzynać wszystkich jak wieprze! - rzucił gniewnie.

Zresztą nie próbowałem oceniać, ile było w tym gry, a ile autentycznego sposobu bycia szefa sekcji "Alfa". Brakowało mi nawet pewności, że posługuje się prawdziwym nazwiskiem. W końcu i tak wszystko jest przecież tylko grą pozorów. A budowanie złudzeń to istota wywiadu.

Prawdziwy z pewnością miał jednak głos. Usta, otoczone nagromadzonymi przez lata zmarszczkami, wyrzucały słowa mocne i charczące, zdradzając wieki spędzone na zagranicznych misjach, naznaczonych nieprzebraną ilością gwałtownych rozkazów walki, spalonych papierosów i wypitego Whisky.

Usiedliśmy, sytuując niespokojny wzrok na spoczywającej na blacie czarnej aktówce. Pierre, współwinny, milczał, lustrując szczególnie intensywnie podłogę.

- Ależ wyciągnąłem, panie generale - broniłem się bez przekonania, układając urzędowo brzmiące zdania. - W moim mniemaniu był to jedyny sposób możliwy do zastosowania w tak krótkim czasie, jaki otrzymałem na skuteczne wypełnienie misji. Rozsądne argumenty nie przemawiały do tych marokańskich kanalii - dodałem z powściągliwym humorem.

Obserwowałem służbowo ściągniętą twarz szefa. Po chwili purpura ustąpiła miejsca zwykłej czerwieni, przemieszanej z opalenizną tak brązową, że zapewne przywiezioną z Gujany. Lub z solarium, kto to zresztą wie.

Opanował się i rzekł bezkompromisowym tonem, który od razu wyjaśniał, że decyzje zostały już dawno podjęte:

- Można to było załatwić przy pomocy Viagry lub jej substytutów. Twoim postępowaniem zajmie się Komisja Dyscyplinarna. Złożyłem już odpowiedni wniosek.

Było dla mnie często rozważaną zagadką, jakim cudem Roussilat zdołał zorganizować całą służbę, posiadając tak mały rozumek. Odkąd odkryto metodę "na Niebieskie Pigułki", wiele spraw stało się prostszych. Przywódcy wpływowych plemion w Afganistanie gdzie zastosowano ją po raz pierwszy, aby zachować władzę musieli nieustannie potwierdzać nie tylko swoją odwagę, ale także i męskość. To częste w społeczeństwach plemiennych. W przeciwnym razie zabiłyby ich pokątne szepty i złe spojrzenia, od których jedynie krok do buntu, nieposłuszeństwa i zdrady. Aż trudno uwierzyć, do czego byli zdolni wodzowie, byleby tylko otrzymać tabletki. Oddawali rodzinne kosztowności, zdradzali najdawniejsze sekrety i członków dalszych rodzin. Zresztą nie pierwszy raz utoczono ludzkiej krwi z powodu czyjejś erekcji. Choćby pod Troją. Rzecz jednak w tym, że w basenie Morza Śródziemnego nie było problemu z pigułkami i w Maroko nic bym za nie nie wskórał. To właśnie powiem komisji. Czasem Roussilat gadał tak głupio, że podejrzewałem w tym działanie z premedytacją. Może czekał, aż ktoś go sprostuje?

- Trzy lata przepracowałeś w Służbie Dokumentacji Zagranicznej i Kontrwywiadu. W tym dwa, jako czynny agent. - Naszą firmę wymienił z pełnej urzędowej nazwy, co mogło oznaczać, że zaraz palnie służbowe kazanie. - A zadziałałeś jak ignorant. Takie wyczyny nie wróżą tobie zbyt dobrze! - wycharczał. Używał zdań żywcem wyciętych ze służbowych podręczników. Mimo to i tak brzmiał groźnie. - Zaczynam się zastanawiać, czy nie chcesz wrócić tam, skąd cię zabraliśmy - warknął jeszcze przez zęby.

To niestety działało. Byłem już zupełnie miękki, gotów słuchać i wykonać każdy rozkaz. Miałem pełną świadomość, że ucieczki nie ma. W takich momentach wyobraźnia mimowolnie przywoływała obrazy zdjęć, które ze szklanym wzrokiem oglądałem kilka lat temu. Już podczas służby konsultacyjnej kilkakrotnie padały sugestie, rozpuszczane w postaci kontrolowanej plotki, o tym, że próba ucieczki znajdowała niezmienny finał w szybkim ujęciu zbiega. Już nie agenta, tylko zbiega, który w oficjalnych aktach figurował później jako zastrzelony podczas ucieczki z więzienia. Taką podobno wersję przekazywano rodzinie. Nie miałem powodów by sądzić, że to nieprawda.

Rzeczywiście, możliwości były ogromne. Pamiętam, jak pod pretekstem zobrazowania zdolności technicznej kontrwywiadu, ćwicząc w bunkrze pod Paryżem oglądaliśmy na wielkim ekranie dokładną pozycję Kadafiego uciekającego po rewolcie w Libii. Po prostu w aucie miał system GPS. Wszystkie telewizje mówiły o nieznanym losie dyktatora, tymczasem my na jednej ścianie widzieliśmy jego transakcje, e-maile, a nawet podsłuchiwaliśmy telefony, w których odpowiedni wirus zdalnie uruchamiał mikrofony. To bardzo sprytne oprogramowanie do śledzenia wszystkiego, nosiło dość wydumaną nazwę X-Keyscore. Dzięki znajomości lokalizacji zdobywaliśmy też obraz z kamer miejskiego monitoringu, jeżeli gdziekolwiek wkraczał z obstawą. Nasza maszyneria potrafiła wówczas wyszukać go na podstawie rysów twarzy i śledzić nawet w dużym tłumie. Całość była udoskonaloną wersją INDECT, systemu powstałego na zlecenie Unii Europejskiej, a sfinansowanego przez nią w celu wspierania Policji. Co ciekawe, gdyby Kadafi korzystał z metod tradycyjnych: jechał w karawanie wielbłądów, płacił złotem, a z listami posyłał konnych, nikt by go nie znalazł...

Pomimo umiarkowanego chłodu panującego w salce, pod wpływem ciężkiego wzroku Roussilata poczułem wilgoć w okolicach pach. Gorączkowo szukałem sposobu na rozluźnienie, choć w tej sytuacji graniczyło to z cudem. Kiedyś, w pierwszej pracy, starszy kolega poradził mi życzliwie, abym krzyczącego na mnie szefa wyobraził sobie w chwili, gdy siedzi na małym różowym nocniczku i bezskutecznie próbuje coś z siebie wydusić.

- Te wielkie, wytrzeszczone oczy... - rozczapierzał obrazowo palce.

Zawsze pomagało. Usiadłem swobodniej, na ile tylko pozwalały skromne gabaryty krzesła i pozwoliłem myślom na chwilę odpłynąć w przeszłość.

W tamtych czasach, które należały już do nieodwracalnej historii, obserwując kolegów doszedłem do wniosku, że praca biurokraty ograniczona jest w zasadzie do nieustannego, bezrefleksyjnego powtarzania kilkudziesięciu wyuczonych zwrotów. Coraz częściej zauważałem, że sam mimowolnie wykorzystuję tę małpią technikę. Owo mgliste na początku przeświadczenie z czasem zamieniło się w pewność, że to ona zawładnęła mną.

Sam nie wiem kiedy, uciekając resztkami sił przed umysłową degrengoladą, skierowałem swoją uwagę ku sztuce. Może nawet początkowo był to jedynie snobizm do którego nawet nie chciałem się przyznać, a który miał mnie odróżnić od tłumu identycznie skrojonych, szablonowych postaci. Wydobyć z getta gotowych myśli, które podrzucano nam do wykorzystania jak szablon. Popołudniami wchodziłem w piękniejszy świat, jakże inny od tego w którym żyłem za dnia. Był to również sentymentalny powrót do młodości, której koniec i twarde zderzenie z wymaganiami codzienności spowodowały porzucenie zainteresowań. Moje stare sztalugi na pewno do tej pory butwiały gdzieś na strychu rodzinnego domu.

Nie miałem uzdolnień muzycznych, lecz wrażliwe na piękno oko. Lubiłem patrzeć. Na rzeźbę, architekturę. Jednak w zachwyt nad ludzkim geniuszem wprawiało mnie przede wszystkim malarstwo. Był on tym większy, im więcej wiedziałem o twórcach i okolicznościach w jakich powstawały dzieła. Zacząłem sporo czytać, zwiedzać muzea, rozpocząłem specjalistyczny kurs. Czysto amatorsko i bez pretensji do znawstwa, choć z każdym dniem czułem, jakby z oczu opadały mi łuski. Potrafiłem odróżnić Picassa od Degasa, a wiek XV z przełomowo wówczas realistycznym Portretem Arnolfinich van Eycka który podobno wynalazł malarstwo olejne, od XVII-wiecznego Vermeera, z jego niepojętym fotograficznym geniuszem oddawania faktur i kolorów, czy nawet przezroczystości szkła. To były jedyne chwile, kiedy miałem poczucie sensu życia.

Każdego kolejnego dnia coraz wyraźniej dostrzegałem granice klatki w jakiej zaryglowali się ludzie, wśród których przyszło mi pracować. Każdego dnia, z coraz większą, boleśnie nabrzmiewającą siłą. Ich niewidzący wzrok podpowiadał mi, że nasze drogi coraz bardziej się rozchodzą. Czułem jednak, że samotność w moim stanie prowadzi jedynie do szaleństwa.

Z odrętwienia wyrwał mnie huk zaciśniętej pięści, uderzającej z siłą słonia o stalową powierzchnię biurka. Bez strachu podniosłem wzrok na Roussilata. Wyreżyserowane larum przełożonego robiło na mnie wrażenie, jednak nie tak straszne, jakby sobie tego życzył. W końcu przecież znałem wszelkie techniki, by odczytać jego prawdziwe intencje.

On znał wszelkie, aby mnie oszukać.

Gdy próbowałem kiedyś poznać zdanie André na temat naszego szefa, odpowiedział cytując Prawo Libermana: Wszyscy kłamią, lecz to zupełnie bez znaczenia, skoro i tak nikt nikomu nie wierzy.

Tu nabierało ono realnych kształtów.

5

Służba doskonale dbała, aby wszyscy agenci mieli świadomość nieuchronności wyznaczonego im losu. Była jak gigantyczna sieć, pajęcza pułapka, z której wyplątanie stanowiło fizyczną niemożliwość. Oczywiście nikt nie mówił tego wprost, lecz pokazano mi wystarczająco dużo abym mógł zrozumieć, że muszę odsłużyć wyrok co do jednego dnia.

Pokazano mi, z jaką łatwością można wytropić człowieka gdziekolwiek by się udał i co zrobić, by całkowicie zniszczyć ciało. A także to, co go później czeka. Nie było bezpiecznego miejsca w całym cywilizowanym świecie. Po wszystkim, ostatnim śladem ludzkiego istnienia zostawał plik, który sekretarka szefa sekcji usuwała następnego dnia, tuż przed poranną kawą. Wyobrażałem sobie, że wędrował wtedy do komputerowego nieba.

Agentem zostałem, podobnie jak wielu innych, przez przypadek, dziwaczny splot okoliczności. Nigdy tego nie pragnąłem, taka myśl nawet nie zakiełkowała w mojej głowie. Byłem finansistą, a umiejętności pragnąłem wykorzystać jedynie do zapewnienia sobie dobrobytu. Po pracy brałem okazjonalne lekcje karate, które pomagały zabłysnąć na korporacyjnym przyjęciu, a znajomość szachów uprawniała mnie do tego, aby przegrać kilka partii z przełożonym. Z akt osobowych wynikało również to że ja, Jean Paul Bernard, znałem kilka języków, bez których zresztą poległbym na etapie rozmowy kwalifikacyjnej.

Karierę urzędnika bankowego planowałem już na studiach z ekonomii, z baranią zazdrością spoglądając na wymuskane auta dyrektorów lokalnych placówek. Posadę znalazłem bez problemu. Gdy jednak człowiek pełen ideałów wkracza w tak cyniczny świat i zderza z jego toporną, skrzeczącą rzeczywistością, może wybrać tylko dwie drogi: wyłączyć myślenie i zatracić się w systemie, albo odrzucić go, zaczynając wszystko od nowa. Tak jak wielu innych, postanowiłem w to wejść.

Zaledwie powierzchowna analiza establishmentu dość szybko doprowadziła mnie do wniosku, że droga uczciwego awansu na szczyty służbowej hierarchii jest w naturalny sposób zamknięta, bo piastunowie najwyższych funkcji w korporacji, to w rzeczywistości jedynie strażnicy rodzinnych fortun. Ubrano je tylko w zgodne z duchem czasu szaty koncernu, holdingu, czy syndykatu. Gorycz rozczarowania pęczniała z dnia na dzień, przynosząc powoli ból żołądka i niechęć do ludzi. Przestałem ich lubić, widząc do czego są zdolni, jeśli tylko zajdą sprzyjające zezwierzęceniu okoliczności.

Wreszcie, mając trzydzieści dwa lata, po niemal dekadzie pracy w gęstej od intryg pseudokulturze - której podbudowę ideologiczną wymyślili marketingowcy z wynajętej w NY agencji, a na której przeczytanie właściciele mojej firmy nie poświęcili nawet pół minuty w klozecie - zaczynałem mieć dość. Pojechałem na daleki, miesięczny urlop, wierząc jeszcze w odmianę. Gdy wróciłem, patrzyłem już na wszystko innym wzrokiem, z nieodwołanie głęboką świadomością życia w matni kłamstwa i ordynarnego serwilizmu. Zacząłem regularne seanse u psychologa, który od razu zdiagnozował wypalenie.

Czara została przelana na firmowym przyjęciu noworocznym, gdy znów kazano mi robić z siebie pajaca. Z nerwów, a może z oburzenia, od rana niczego nie zjadłem. Czułem za to, jakby w moim brzuchu pęczniała ogromna bania wody, która ciągle wzbierając, lada moment miała przelać się przez usta. Jako przyszłemu kierownikowi działu zlecono mi wykonanie prezentacji, a jako - tu pada wyświechtane określenie mojego menadżera - dobremu koledze z pracy, "zrealizowanie ważnej części artystycznej". Mówił to w tak uszczypliwym tonie, że tylko z trudem powstrzymywał złośliwy grymas zabłąkany gdzieś na krańcach ust.

Gdy wreszcie nadszedł wieczór, wypiłem ciurkiem drinka lub dwa, które przechwyciłem z tac roznoszonych przez zmysłowe, cudownie pachnące i zawsze radosne hostessy. Tłum pracowników ubranych w identyczne uniformy obserwował rosnące słupki zysków z przyklejonymi małpimi uśmiechami, tak jakby chodziło o ich własne pieniądze, a nie udziałowców. Pokazując to, tylko mnie irytowali. Tuż przed północą, gdy przyszła pora abym wyśpiewał noworoczny pean na cześć prezesa, pobiegłem do toalety zakrywając oburącz usta. Wymiotowałem bity kwadrans, obserwując przy tym logo firmy nadrukowane na sedes.

Wydawało mi się, że nikt tego nawet nie zauważył, bo niemal natychmiast zostałem zastąpiony przez jakiegoś bubka, który najwyraźniej wierzył w rozgłaszane przez kierownictwo brednie, że w firmie jesteśmy jak w rodzinie i powinniśmy spędzać ze sobą nawet te najbardziej prywatne chwile. Urodziny, święta, urlopy. Mile widziane było opowiadanie o osobistych problemach na kawie u przełożonego. Wszystko to służyło oliwieniu dobrze sprawdzonego mechanizmu uzależnienia i ciągłej kontroli podwładnych. Ci zresztą, z uporem starali się tego nie zauważać. Na czele owej armii straceńczo oddanych robotów stało kilku głównych dyrektorów, którzy przykrywali bezideowość naszej pracy, epatując otoczenie horrendalnie kosztownymi gadżetami. Wśród tej czołobitnej gawiedzi prezes i jego najbliższe otocznie mieli estymę większą niż władze państwa. O tych ostatnich zresztą mówiono z dużym lekceważeniem, co w tym środowisku uchodziło za szczyt dobrego tonu.

Dwa dni po tym zdarzeniu, bez mrugnięcia zmieniłem parametry systemu komputerowego w banku. Odtąd każdy z tych durni pracował dla mnie: po każdej operacji na moje konto spływała kwota odpowiadająca ostatniej cyfrze przelewanej kwoty. Dla klienta była zupełnie niezauważalna, chodziło o ułamki euro. Gdy po jakimś czasie zajrzałem na konto, włosy stanęły mi dęba.

Otumaniony gotówką, przez kilka miesięcy kosztowałem życia w luksusie. Coraz bardziej zaniedbywałem obowiązki. Ani to, ani kwota miliona ośmiuset tysięcy euro, nie mogło ujść uwadze szefów.

Mój proces trwał mgnienie oka. Nie byłem żonaty, a upokorzona rodzina zerwała ze mną wszelkie kontakty. W wyroku zawarto nakaz skierowania mnie do więzienia o zaostrzonym rygorze, najpewniej ze względu na kryzys i związaną z nim medialną nagonkę na finansistów.

W tamtym czasie można było niemal powiedzieć, że miałem szczęście. Służby specjalne szukały akurat człowieka do analiz przy aferze dotyczącej spekulacji giełdowych i pompowania wartości franka. Sprawa była bardzo rozdmuchana w prasie. Przymknięto wiele osobistości, w tym szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który w miarę publicznego odkrywania szczegółów, okazał się być tym, kim nasi prezesi, lecz podniesionym do trzeciej potęgi i jeszcze bardziej ześwinionym.

Oficer, który mnie werbował, miał śmiertelnie poważną minę. Bezpośrednio po wyjściu z sali sądowej, z której miałem zostać przetransportowany do więzienia, trafiłem do małego wychłodzonego pokoiku. Wewnątrz czekał mężczyzna, który po chwili zaczął w milczeniu wykładać na stół fotografie różnych uszkodzeń ciała, jakie nabywali przez lata nawet najlepiej zbudowani lokatorzy więzień. Siedziałem skulony z przerażenia, nie rozumiejąc jeszcze, czemu ten spektakl służy.

Gdy pokazał już wszystko, a stół przybrał wygląd krwawo-sinego kolażu ze zdjęć, przeszedł do rzeczy. Złożył ofertę, która wydała mi się wówczas gwiazdką z nieba: albo idę na współpracę, podczas której oficjalnie odsiaduję wyrok - a w rzeczywistości jestem do wyłącznej dyspozycji państwa francuskiego jako tajniak, albo wędruję na jedenaście lat za kratki. Przy czym współpraca musiała trwać tyle lat, ile więzienie. Przytaknąłem energicznie i podpisałem odpowiednie papiery.

Reszta potoczyła się błyskawicznie. Szkolenie z obsługi broni, wytrzymałościowe i przetrwania. Z kultury egzotycznych krajów, werbunku szpicli i nawigacji. Pierwszą sprawę rozwiązałem niemal od ręki, ponieważ w finansach to ja byłem lepszy od nich. Potem były kolejne, nieporównywalnie trudniejsze psychicznie.

Wśród różnych przydatnych umiejętności uczono nas, alumnów wywiadu, również tej podstawowej: zabijania. Była to szkoła tyleż brutalna, co skuteczna. Początkowo wożono nas na egzekucje w więzieniach, w różnych częściach świata. Standardowy scenariusz obejmował gwałtowną pobudkę w nocy, jazdę na czczo w przykrytej brezentem zimnej przyczepie ciężarówki i przelot małym wojskowym samolotem. Dowódca z kamienną miną wyjaśniał czasem jednym zdaniem, że to co się właśnie dzieje, jest elementem szkolenia przystosowawczego.

Dobierano nas w taki sposób, aby nikt nie znał pozostałych, stąd w drodze zamiast rozmów, słychać było jedynie ciężkie oddechy. Na miejscu dostawaliśmy minutę na założenie uniformów lokalnej służby więziennej, po czym następował pośpieszny marsz przez szare, betonowe korytarze. Chwilę później wprowadzono nas wprost na salę śmierci.

Za pierwszym razem wylądowaliśmy w Chinach. Widok był wstrząsający. Przez pancerną szybę rodzina skośnookiego nieszczęśnika patrzyła nieprzytomnie w kierunku krzesła na którym siedział. A konkretnie na jego stopy.

Zapamiętałem to dokładnie. Wszędzie było tak samo. Opuszczone głowy z pustym wzrokiem wbitym w stopy skazańca. W chwilę później szkoleniowiec o tępej twarzy gestapowca wskazywał na któregoś z nas. Należało jedynie nacisnąć przycisk uruchamiający dozownik pentobarbitalu.

Musieliśmy umieć zabić bez chwili wahania i wyrzutów sumienia, a to było najwłaściwsze preludium. Za pierwszym razem niemal wszyscy wymiotowali. Później były egzekucje polowe w Afryce podczas tłumienia rewolt w państwach sojuszniczych. Rząd ludzi pod murem, karabin w rękach. Kula w łeb. Nawet nie wiedziałem, czym zawinili.

Piekło.

Z każdym dniem służby człowiek pozbawiany był złudzeń i resztek zahamowań, aż sięgnięcie po broń i pociągnięcie za cyngiel robiły wrażenie mniejsze, niż splunięcie na ziemię. Odzierano nas ze współczucia, litości i człowieczeństwa. Kto nie wytrzymywał, sam walił sobie kulkę. Nie było rezygnacji, żadnego powrotu za kraty. Jasno nam to dano do zrozumienia na samym początku. Postanowiłem, że kiedyś znajdę sposób, jak z tego wyjść.

Za wszelką cenę.

8

Punkt kontaktowy z naszym nowym dowódcą operacyjnym ustalono w Santa Maria delle Grazie.

Każdy z nas zmierzał do mediolańskiego kościoła osobno, zgodnie z przyjętą w Agencji techniką. Porsche zostawiłem na hotelowym parkingu i wmieszany w tłum, ruszyłem w kierunku metra. Od centrum dzieliło mnie pięć stacji.

Znałem okolicę, dzięki czemu przemieszczałem się z dużą swobodą. Jako dojrzewający chłopiec bywałem nad Como, podalpejskim jeziorem o niebiańskiej urodzie, nieco ponad sto kilometrów stąd. Zamieszkał tam mrukliwy, nie lubiany przez rodzinę wuj Rene, u którego - chyba z przekory - spędziłem kilka razy wakacje i gdzie przeżyłem swoją pierwszą miłosną przygodę.

W okolicach Duomo wyszedłem na powierzchnię zalaną słońcem i międzynarodowym, hałaśliwym tłumem. Minąłem idących dostojnym krokiem Karabinierów i przystanąłem na chwilę, chłonąc majestat gotyckiego kolosa z białego marmuru. Uniosłem wzrok. Niezliczone wieżyczki sąsiadowały z dwoma tysiącami perfekcyjnie wyrzeźbionych postaci, sterczyn rozproszonych we wnękach, szpicach i zakamarkach fasady.

Zadarłem głowę jeszcze wyżej. Ze szczytu katedry spoglądała czterometrowa pozłacana Madonna, podziwiając spokojnie pięć wieków katorżniczej pracy dla oddania czci Gwoździu z Krzyża. Relikwia spoczywała gdzieś tam, w niemal bezkresnej gardzieli ponurego wnętrza.

Stare kościoły, świadkowie czasu i bezpowrotnie przemijających istnień zawsze robiły na mnie przejmujące, niemal metafizyczne wrażenie. Czasem stawałem przed nimi, gdzieś przy bocznej ścianie, by dotknąć opuszkami chropawych kamieni. Zdawało mi się wtedy, że zachowały pamięć o dawnych wiekach, które odcisnęły na nich swoje nikczemne piętno.

Ruszyłem dalej, na wskroś, przez stojącą obok świątynię handlu - Vittorio Emanuele. Spacerując przez galerię jak turysta, przeszedłem kilkuset metrów pod szklanym ażurowym dachem. Główny szlak wychodził wprost na La Scalę. Mijając budynek opery słyszałem, jak z uchylonego okna na pierwszym piętrze wypływają soczyste dźwięki fortepianu i próby jakiejś sopranistki. Jedna z bocznych uliczek wiodła wprost na Via Meravigli, gdzie wskoczyłem do tramwaju. Upłynęło kilka minut, nim podobny do autobusu, lekko przepełniony wagon, dowiózł mnie przed brązowo-żółtą fasadę celu.

Byłem tu pierwszy raz. Renesansowe wnętrze świątyni zaskakiwało jasnością i lekkością, będąc znacznie bardziej gościnnym, niż sobie wyobrażałem. Korytarz prowadził do refektarza, dużej prostokątnej sali, służącej mnichom za jadalnię. Była pora sjesty. Wewnątrz panowała aura niemal całkowitej ciszy, zmącona jedynie obecnością czekającego człowieka.

André z wielką uwagą lustrował niemal dziewięciometrowe malowidło. Było wielkie, w każdym sensie tego słowa: rozpostarte na tynku, zajmujące całą szerokość ściany, artystycznie doskonałe. Dawno temu, gdy było świeże, wrażenie trójwymiarowej i przedłużającej pomieszczenie głębi, z pewnością musiało być nieodparte.

- Wiesz, przez wiele lat sądziłem, że da Vinci namalował Ostatnią Wieczerzę na płótnie - wyznałem zamiast powitania.

Mermet zmierzył mnie niemal z oburzeniem:

- A dzisiaj, tak jak większość, myślisz że to fresk?

Chcąc obejrzeć ostatni posiłek Jezusa z uczniami, należało zrobić rezerwację z niemal półrocznym wyprzedzeniem. My mieliśmy go od ręki. Być może dlatego wyblakły i upstrzony ubytkami, nie wprawiał mnie w równie wielką ekscytację, co Mermeta. Z pewnością wychwycił w moim głosie nutkę rozczarowania, którego nie dałem rady zamaskować, bo dodał po chwili:

- Rozumiem, że spodziewałeś się czegoś innego.

- No cóż...

Tak naprawdę zupełnie nie wiedziałem co powiedzieć, a nie chciałem urazić jego uczuć znawcy.

André pokiwał głową:

- To typowa reakcja - podsumował. - Był już wiele razy poddawany renowacji i niewiele tu z oryginału. Przede wszystkim jednak, to nie jest fresk, lecz olej i tempera na suchym tynku - wyjaśnił. - Nie należy mylić prawdy z opinią większości. Freski malowane są na tynku fresco, czyli jeszcze mokrym, w chwilę po jego nałożeniu. W dodatku szybko i bez poprawek. Leonardo tworzył "Wieczerzę" przez trzy lata, wciąż cyzelując każdy szczegół.

- Długo.

André przytaknął poważnie:

- Chyba tak. Ale gdy mnisi naciskali aby szybciej zakończył pracę mistrz podobno odparł, że zwleka, ponieważ nie może znaleźć odpowiedniego modela do twarzy Judasza. Jednak jeśli nie dadzą mu więcej czasu, posłuży się twarzą przeora, która świetnie się do tego nadaje!

Parsknąłem. Obszerne grube mury wzmocniły mój chichot i oddały dźwiękiem, który przypominał głęboki szept.

- Doskonała historia.

- Mhm - przyznał rozbawiony André. - Niestety, metoda malunku już taka nie była. W kilka lat później obraz zaczął się łuszczyć i blaknąć. I trwa to do dziś, chociaż pomimo upływu wieków i tak zostało w nim to, co najważniejsze: przebłysk geniuszu! - podkreślił, dobitnie unosząc palec. - Spójrz na proporcje, symetrię i głębię pomieszczenia, na uderzającą iluzję rzeczywistości. W cynowych naczyniach i szkle pierwotnie widać było odbicia szat apostołów. Dziś ich już nie ma. Są utracone na zawsze.

- Gdy to wiadomo, inaczej patrzy się na obraz.

- Celna uwaga. W przypadku starych obrazów, kluczem do ich zrozumienia, częściej niż wizualny odbiór, bywa po prostu wiedza - wyjaśnił. - Ale mimo wszystko, nadal widać emocje. Napięcie tego momentu, gdy Jezus ogłasza, że między nimi jest zdrajca. Nikt tak wtedy nie malował. - Mermet spojrzał na mnie, jakby nabierając pewności że słucham i ponownie wskazał obraz, celując w jedną z męskich postaci: - Współcześni Leonardowi zawsze malowali Judasza odosobnionego. Tutaj został wmieszany między pozostałych Apostołów. Zgrupowano ich po trzech.

Mermet był nauczycielem doskonałym. Strukturę "Ostatniej Wieczerzy" objaśniał w taki sposób, że niemal z każdym wypowiedzianym słowem otwierał oczy na detale, których sam bym nigdy nie dostrzegł.

- Każda z osób jest jednocześnie zamknięta w swoim własnym świecie, każda jest odrębna - ciągnął. - I każda inaczej reaguje na słowa Jezusa. Ktoś jest przerażony, ktoś oburzony, inny jeszcze nie dowierza... A teraz zwróć uwagę na prawą rękę Chrystusa i lewą Judasza.

Podążałem wzrokiem dokładnie za wskazówkami André, który zapytał:

- I co widzisz?

Zawahałem się:

- Chyba trzos z pieniędzmi, który ściska Judasz.

- Tak. Ale chodzi mi o drugą dłoń. Jezus rzekł: "Który macza ze mną rękę w misie, ten mnie wyda". W przedstawionej tutaj scenie, zbawiciel wyciąga prawą rękę ku naczyniu stojącemu pomiędzy nim, a Judaszem. Judasz zaś odchyla się tak, jakby chciał się powstrzymać. Coś jednak pcha jego rękę do tej samej misy. Wydarzenia zachodzą jakby bez udziału ich woli i świadomości.

- Niesamowite - przytaknąłem mimowolnie. - A to? - wskazałem grupę uczniów siedzących po prawicy Jezusa. Tuż za trzecim apostołem była nie pasująca do nikogo ręka ściskająca nóż. - Czy to jest dłoń donosiciela?

- Brawo! Nie każdy zauważa tę dodatkową rękę - tym razem w głosie André pobrzmiewało uznanie. - Otóż: nie. Judasz jest czwarty od lewej. W niebieskiej szacie.

- W takim razie nie rozumiem...

- Zdrajca bywa tam, gdzie nikt się go nie spodziewa - odparł tajemniczo Mermet i zamilkł.

Trawiłem w myślach wszystkie te słowa, próbując ubrać je w jakiś oczywisty sens. Choć Mermet nigdy o tym nie mówił, od dawna sądziłem, że większą wagę przykładał do przesłania obrazu, jakiejś nieuchwytnej treści umieszczonej pomiędzy gestami i skrzyżowanymi spojrzeniami postaci, niż do techniki i maestrii jego wykonania. Był wrażliwszy, niż na ogół sądzono. Ciągle mnie gryzło, jak ktoś taki mógł zejść na ścieżkę oszustw i występku. Choć gdyby dziesięć lat temu zapytano mnie, co dziś będę robił...

André, nie po raz pierwszy zresztą, zaskakiwał mnie swoją - miałem wrażenie - nieskończoną wiedzą. Przekazywał ją słowami tyleż prostymi, co pełnymi treści. Miały w sobie żar i żądzę, która nie mogłaby rozkwitnąć w taki właśnie sposób, gdyby wybór dyscypliny sztuki padł gdzie indziej.

- Dlaczego właśnie malarstwo, André?

Mermet zacisnął na chwilę usta i zmarszczył brwi w skupieniu, choć nie oderwał wzroku od postaci. Chłonął je tak, jakby każda dodatkowa sekunda oglądania warta była milion dolarów. Po chwili spuścił głowę i wyznał cicho, niemal szeptem:

- Malarstwo jest nadzwyczajną lekcją pokory.

- Nie rozumiem - oświadczyłem zupełnie zdezorientowany.

- Kiedyś, nieważne jak dawno temu, sądziłem że jestem bardzo mądry i niepowtarzalny. Poczucie zjedzenia wszystkich rozumów towarzyszy wielu żółtodziobom. Kiedy w młodości szukałem własnej drogi nadszedł moment, gdy zetknąłem się z materią całkowicie wybitną. - Przyłożył dłoń do serca: - Coś tu wówczas drgnęło. Kunszt ich wykonania, zręczność i pomysłowość, bardzo dawały do myślenia. Wrażliwość malarza na szczegóły, na których siłę w zwykłym życiu nie zwróciłbym uwagi. To mnie zastanowiło, zmusiło do refleksji.

- Dziwne, przed chwilą pomyślałem dokładnie o tym samym...

Mermet chyba tego nie dosłyszał. Jego uwaga skierowana była do wewnątrz, przeszukiwała pamięć, niczym dysk:

- Ale głębsze zastanowienie przyszło dopiero przy dziełach wielkich, pokazujących nadzwyczajne możliwości ludzkiego umysłu. Przy landszaftach, lichutkich pejzażykach, ta cienka nić, delikatna struna gdzieś w duszy, czulsza u mnie na piękno bardziej niż u innych, nie została jeszcze poruszona. - Poweselał na wspomnienie: - Gdy to się w końcu stało, było jak przebudzenie. Przebudzenie po długim, naprawdę długim, ciężkim śnie. Pojąłem, jak wielkiego geniuszu potrzeba żeby tak tworzyć. Uświadomiłem sobie ich wielkość, czy raczej - szukał odpowiednich słów - własną małość. Ta lekcja pokory była o tyle niezwykła, że jako jedyna tego rodzaju, nie uczyniła najmniejszej szkody uczniowi.

- Wiesz co? Gdybym pierwszy raz zobaczył cię na ulicy, nigdy bym nie pomyślał, że jest w tobie tyle finezji.

- Rzeczywiście. - André wyglądał na zmieszanego. - Trudno pojąć, w jaki sposób pewien mały obrazek mógł sprawić że ja, postawny dwumetrowy facet, skarlałem jak zając. Ten obrazek, który mnie tak zaczarował, to Madonna w zieleni Rafaela. Wyobraź sobie linie prowadzone pewną ręką - opisywał z pasją - mimo że wzór był zaawansowany i kapryśny. A do tego harmonię barw i postaci tak doskonałą, jak pąsowa twarz rozkwitającej dziewczyny.

Ta rozmowa, krótki dialog z André, coś we mnie zmienił, ustanowił nową hierarchię. Słuchałem jak mówi z zapamiętaniem i pasją i czułem, jak rośnie we mnie wielka żałość. Gdy mówił o Leonardzie, był naprawdę wyzwolonym człowiekiem. Bo marzył o życiu w sztuce tak bardzo, jak ja o wolności. Obaj mieliśmy jedynie ich namiastki.

Tymczasem dołączył do nas Pierre. Nim zdążyliśmy uścisnąć sobie dłonie, z korytarza dobiegł odgłos zbliżających się kroków, których echo stukało aż pod wysokim sklepieniem. Gdy dźwięk dotarł do progu refektarza - ustał nagle, a nieznajoma postać w czerni wyrecytowała niskim, niemal melodyjnym i bardzo przyjaznym głosem:

- Buongiorno. Jestem Giacomo. Witajcie w Mediolanie.

10

Dom aukcyjny Sotheby's ulokowany był w jednopiętrowej, pomalowanej na złocistożółty kolor kamienicy Palazzo Broggi. W eleganckiej kancelarii spędziłem dobre pół godziny, czekając w kolejce na dopełnienie formalności rejestracyjnych.

Po wszystkim pomaszerowałem w stronę głównej sali, niespokojnie spoglądając w wielkie zdobione okno. Zmierzchało, choć włoski wieczór zawsze wyglądał dla mnie jak brzask. Wszedłem do sali zanurzonej w teatralnym półmroku, rozjaśnionym jedynie przez punktowo oświetloną scenę. Ambasadora dotąd nie było.

Usiadłem w trzecim rzędzie. Już po kilku minutach od prezentacji pierwszego obrazu luksusowy tłum żywo podbijał ceny, robiąc to z okrzykami ekscytacji i malinowymi wypiekami na twarzach. Gdybym zamknął oczy mógłbym przysiąc, że słyszę odgłosy rozbudzanej orgii.

Chłopcy byli już na miejscu, rozstawieni w kilku krańcach sali. Lustrowali uważnie otoczenie, oczekując na nasz cel. Wszyscy, za wyjątkiem mnie, nosili charakteryzację. Ja musiałem dać się zauważyć, zaistnieć w towarzystwie, aby później użyć twarzy jako przepustki do ambasadora.

Zanim aukcjoner o powierzchowności oficjalnego rzecznika Watykanu uniósł młotek, omówił zasady, przybierając przy tym dość górnolotny ton:

- Przedmiotem dzisiejszej sprzedaży jest malarstwo europejskie różnych epok. Jak zazwyczaj, punktem wyjścia jest cena minimalna, od której zaczynamy licytację. Prowadzimy ją w systemie anglosaskim z ceną rezerwową, zaś nabycia dokonuje osoba, która zaproponuje kwotę najwyższą. Do licytacji wywołujemy obiekty w kolejności numerów zamieszczonych w katalogu. Postąpienie ustalono na dziesięć tysięcy euro.

Domyślałem się, że tak astronomiczny pułap miał zapewnić szybką licytację. W puli było dwadzieścia siedem obrazów i z pewnością ich zbycie wymagało sporo czasu.

Sprzedawano głównie, jakby to najpewniej określił Mermet, konwencjonalne i salonowo poprawne "obrazki", pozbawione ekspresji, szaleństwa i gwałtowności. Guido Reni, Corregio i kilku innych, którzy nie mieli odwagi wyjść w twórczości poza ustalony przez dziesięciolecia schemat i ton poprawności uznawany we własnej epoce.

Po mniej niż dwu minutach od rozpoczęcia kolejnej aukcji, licytujący oznajmił:

- Pass.

Robił to w tak umiejętny sposób, że choć nie podnosił głosu, wszyscy doskonale słyszeli każde słowo.

- Dzieło nie osiągnęło ceny rezerwowej i nie zostało sprzedane - podsumował bezpłciowo, po czym bez najmniejszej zwłoki przeszedł do następnej aukcji. - Kolejnym z naszej listy jest...

W takim zaskakująco szybkim tempie upłynęły niemal dwie godziny, podczas których z rąk do rąk przeszło morze pieniędzy. W tym czasie nikt nie opuścił sali. Wszyscy, kobiety i mężczyźni, młodzi i starzy, zdawali się być uzależnieni od tej dziwnej atmosfery gonitwy, jakby nie chcieli uronić nawet kropli z czary adrenaliny i niecierpliwego podniecenia.

W kolejce pozostały jedynie trzy obrazy, a Grigorescu nadal się nie zjawił. Zacząłem już wątpić w sprawność osób, które dały cynk naszej Centrali. Pierre musiał być tego samego zdania, bo gdy zwróciłem na niego pytający wzrok, odpowiedział mi skrzywieniem dostrzegalnym u osób po raz pierwszy kosztujących oliwki.

Z początkiem przedostatniej licytacji niespodziewanie zaskrzypiały wiekowe drzwi rzedniejącej z wolna sali. Natychmiast go rozpoznałem. Wyprostowany, we fraku, skupiony i dostojny, precyzyjnie odpowiadał opisowi generała. Był w swoim żywiole, przystrojony we wszystkie piórka niczym paw w godowym tańcu.

A jednak moją uwagę przykuł ktoś inny. Uczucie, jakiego doznałem, miało gwałtowność dreszczy.

Początkowo widziałem jedynie kontur kobiecej twarzy migocący zza sylwetek mijanych osób. Ruszyłem, aby przeciąć parze drogę. Chciałem dojść jak najbliżej Grigorescu i spowodować, aby mnie dostrzegł i zapamiętał. Znalazłszy się tuż obok przystanąłem i ocierając rękawem, pozwoliłem wyminąć. Ambasador prześlizgnął po mnie wzrokiem: dziwnym, jakby uważnym i nieobecnym zarazem. Choć przez te kilka sekund miałem poczucie, jak gdyby każdy centymetr mojej twarzy został dokładnie zeskanowany.

Od chwili, gdy poczułem delikatny, fiołkowy zapach tej kobiety, nie potrafiłem odwrócić od niej wzroku. Poruszała się lekko i pewnie, z naturalnym wdziękiem. Zarumienione policzki wyraźnie odcinały się od surowej, suchej twarzy jej kochanka. Rubinowa suknia podkreślała talię i miękką linię bioder. Była w niej jednocześnie świeżość młodości i dojrzała kobiecość. Przypominała kwiat w pełnym rozkwicie - piękny, a zarazem jakby na granicy czegoś, co za chwilę miało minąć.

Miałem nieodparte wrażenie, że gdzieś ją już widziałem. Ewidentnie, była ode mnie starsza. Widziałem to w spojrzeniu i tych kilku uroczych zmarszczkach, które tylko podsycały mój apetyt. Gdy przechyliła głowę by coś do niego szepnąć, błyszczące kruczo włosy spłynęły po ramieniu jak fale. Miały ledwie zauważalną, kasztanową nutę. Na ich widok natychmiast pomyślałem o Bowmore, mojej ulubionej Whisky. Usłyszałem bardzo przyjemny, łagodnie mruczący głos.

Na moment wpadłem w dziwną melancholię. Te oczy. Śmiejące się. A może szydzące? Te dziwne oczy... Była w nich smolista głębia, coś strasznego i pięknego, niczym chłód anioła. Wniknąłem w nie, gdy przelotnie skrzyżowaliśmy wzrok. Może odrobinę dłużej, niż powinniśmy. Zapamiętałem to spojrzenie.

Zapamiętałem na zawsze.

W pierwszym rzędzie czekały dwa wygodne fotele. Zajęli je. Ciemnowłosa piękność wyjęła z torebki katalog licytacji i podała mężczyźnie. Patrzyłem jak nieco kościste dłonie w białych rękawiczkach przewracały strony.

Wiedziałem, że natychmiast muszę wyjść z odrętwienia i zacząć działać. W takich sytuacjach pomagało silne ugryzienie w język. Bolało jak cholera, skutkowało prawie zawsze.

Tymczasem dwójka mężczyzn, uniformami przywodząca na myśl pracowników firmy pogrzebowej, wniosła na podest złociście oprawiony obraz, którego wartość zwalała z nóg. Miał niespełna siedemdziesiąt centymetrów wysokości i pół metra szerokości. Słyszałem o nim bardzo wiele.

Aukcjoner był pełen nabożeństwa, anonsując otwartymi dłońmi:

- Przed państwem Salvator mundi.

W sali rozdźwięczały brawa.

Zbawiciel świata to olej na desce przedstawiający Jezusa, który unosi prawą dłoń do błogosławieństwa, trzymając w lewej szklaną kulę symbolizującą Ziemię. Dzieło przeszło przez wiele szlacheckich rąk, od żony Ludwika XII począwszy. Jeden z ostatnich nabywców zapłacił za obraz ledwie 45 funtów będąc przekonanym, że jest on autorstwa jedynie ucznia Leonarda. Renesansowi artyści, zwłaszcza ci bardziej poważani, prowadzili bowiem własne pracownie podobne do warsztatu rzemieślnika. Zawsze mieli uczniów, którzy pomagali i jednocześnie kształcili się, próbując naśladować styl swojego mistrza.