Rozdział
trzeci
Robin i Spike wrócili piętnaście po czwartej. Zielony dres Robin pokrywały brudne smugi. Zieleń ładnie kontrastowała z bursztynem jej włosów. Pocałowała mnie, a ja wsadziłem jej rękę pod dres.
- Jestem brudna i spocona.
- Miłość do kobiety nieczystej.
Roześmiała się, ucałowała mnie jeszcze mocniej, odsunęła i poszła się wykąpać.
Spike godnie zniósł ten wybuch uczuć, ale teraz wyraźnie się najeżył. Zetknięcie z miską wody było dlań zbyt wielkim przeżyciem. Nakarmiłem go jego ulubioną mieszanką karmy dla psów i mięsa, po czym wyprowadziłem na mały spacer po plaży, gdzie przyglądałem się, jak pochłania krzem. Był odpływ, więc nie musiał uciekać przed falami i od czasu do czasu podnosił nogę. Stare przyzwyczajenia pozostały.
Robin moczyła się w wannie, czytając, a ja kończyłem opinię dla sądu rodzinnego, dotyczącą sprawy o przyznanie praw rodzicielskich, w której nie można było liczyć na szczęśliwe zakończenie. Miałem tylko nadzieję, że moje rady oszczędzą trojgu dzieciom przynajmniej części cierpienia.
O wpół do ósmej zawiadomiłem sekretarkę, gdzie mnie można złapać, daliśmy Spike'owi sztuczną kość i zostawiliśmy go przed telewizorem, w którym na MTV transmitowano muzykę rap; potem wsiedliśmy do starego seville'a rocznik 79, minęliśmy uniwersytet Pepperdine, molo w Malibu i pomknęliśmy do "Beauville".
To francuski lokal, w porównaniu z innymi restauracjami w Los Angeles staroświecki, czyli powstały po erze reaganowskiej. Zbudowany w stylu kolonialnym Monterey, z widokiem na kawałek morza za parkingiem i fantastyczną kuchnią prowansalską; naprawdę sympatyczna obsługa i niefrasobliwy pianista, który swego czasu odgrywał kawałki z oper mydlanych, a tu potrafi ze starego fortepianu zrobić organy Hammonda.
Zjedliśmy w spokoju kolację, słuchając przy tym osobliwej mieszanki: od Szostakowicza, przez serię piosenek Carpentersów, po muzykę z "Oklahomy". Piliśmy już kawę, gdy podszedł szef sali i zapytał:
- Doktór Delaware? Telefon do pana.
Podszedłem do telefonu za barem.
- Witam, doktorze Delaware, tu Sara z przychodni. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ale przed chwilą dzwoniła do pana pacjentka imieniem Lucy Lowell. Mówiła, że sprawa może poczekać, ale była wyraźnie zaniepokojona. Jakby tłumiła łzy.
- Kazała coś przekazać?
- Nie. Powiedziałam jej, że nie ma pana w domu, ale w razie potrzeby mogę się z panem skontaktować. Odpowiedziała, że nie trzeba i że zadzwoni jutro. Nie zakłócałabym panu spokoju, ale sprawiała wrażenie bardzo zdenerwowanej.
W postępowaniu z pacjentami poradni psychiatrycznych należy mieć się na baczności.
- To dobrze, Saro. Zostawiła jakiś numer telefonu?
Wymieniła kierunkowy 818, chodziło więc o numer domowy Lucy w Woodland Hills. W słuchawce rozległ się głos Petera.
- Nie możemy w tej chwili odebrać telefonu, prosimy o zostawienie wiadomości.
Ledwie zacząłem mówić, przerwał mi głos Lucy.
- Mówiłam, żeby pana nie niepokoili, doktorze Delaware. Przepraszam.
- Nie szkodzi. W czym mogę pomóc?
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Skoro zdecydowałem się zadzwonić, mogłabyś mi powiedzieć, co się dzieje.
- Nic wielkiego, tylko ten sen, który miałam, gdy przyszłam na pierwszą wizytę. Nie powrócił po pierwszym seansie i zaczęłam już myśleć, że na dobre się od niego uwolniłam. Ale dziś pojawił się znowu - był bardzo plastyczny.
- Jeden? - zapytałem. - Powtarzający się?
- Właśnie. Poza tym bawiłam się chyba w lunatyczkę. Usnęłam jak zwykle przed telewizorem, a ocknęłam się na podłodze w kuchni.
- Coś ci się stało?
- Nie, nie, jestem cała i zdrowa, nie chciałabym wyolbrzymiać, tyle że czuję się nieswojo.
- Czy we śnie widzisz Schwandta?
- Nie, i w tym sęk: sen nie ma z nim nic wspólnego. Dlatego też nie chciałam o nim mówić. A kiedy zniknął, pomyślałam...
Spojrzałem na Robin, siedzącą samotnie przy stoliku i pudrującą sobie nos.
- Chciałabyś mi o tym opowiedzieć?
- Hm, wiem, że wyjdę na prostaczkę, ale to nie jest opowieść na telefon.
- Jest ktoś przy tobie?
- Nie, a dlaczego pan pyta?
- Myślałem, że znajdujesz się w niezręcznym położeniu.
- Nie, nie, jestem sama.
- Peter z tobą nie mieszka?
- Peter? A, sekretarka - zaśmiała się. - Nie, Peter ma swój dom. Nagrał się ze względu na bezpieczeństwo. Nikt nie wiedział, że jestem mieszkającą samotnie kobietą.
- Z powodu procesu?
- Nie, brat opiekuje się mną. Doktorze Delaware, bardzo mi przykro, że pana fatygowałem. Możemy pomówić o tym przy okazji kolejnego spotkania.
- To dopiero za tydzień. Nie wolałabyś przyjść wcześniej?
- Wcześniej... Niech będzie, dziękuję.
- Na przykład jutro rano?
- Mogę pozwolić sobie tak wczesną wizytę? Mam coraz więcej roboty, a droga do pana...
- O tej samej porze. Ranny ptaszek ze mnie.
- Bardzo dziękuję, doktorze Delaware. Dobranoc.
Gdy wróciłem do stolika, Robin odkładała właśnie kosmetyczkę.
- Coś nie cierpiącego zwłoki?
- Nie.
- Nie jesteś zajęty?
- Nie, ale nisko się cenię.
- Cieszę się - powiedziała dotykając mojego policzka. - Wpadł mi do głowy pomysł, żeby wybrać się na spacer plażą i na małe co nieco.
- Sam już nie wiem, jak na mój gust jesteś trochę za elegancko ubrana.
- Nie ma sprawy, najpierw potarzamy się trochę w błocie.
Gdy wróciliśmy, na MTV nadawali Bal Szarpidrutów i Spike'owi zobojętniała telewizja. Przebraliśmy się w dresy i zabraliśmy go na plażę.
Śnieg był zmrożony, fale coraz wyższe, tak że zostało tylko tyle miejsca, żeby suchą stopą przejść do przybrzeżnych jeziorek i z powrotem. Światła z sąsiednich domów tworzyły na wydmach szare pasy; reszta okolicy pogrążona była w ciemnościach.
- Całkiem tak jak w kinie - zauważyła Robin. - Czuję się jak w jednym z tych okropnych hitów tygodnia.
- Ja też. Przeprowadźmy poważną rozmowę na temat naszego związku.
- Wolałabym pogadać o tym, co ci zrobię, jak wrócimy.
Nachyliła się do mnie i dała upust swoim pragnieniom. Roześmiałem się.
- Co w tym śmiesznego?
- Nic. Świetny pomysł.
Nazajutrz wyszła dość późno i minęły się z Lucy w bramie.
- Pana żona jest przepiękna - oznajmiła, gdy zostaliśmy sami. - A pies śliczny. Jakiej rasy - mops?
- Buldog francuski.
- Taki miniaturowy buldog?
- Zgadza się.
- Nigdy takiego nie widziałam.
- To dość rzadka rasa.
- Śliczny - uśmiechnęła się.
Odczekałem chwilę, po czym spytałem:
- Czy chcesz porozmawiać o śnie?
- Tak będzie chyba lepiej.
- Proszę nie traktować tego jako obowiązku.
- A jak? - zachichotała. - Robi pan niezły interes, doktorze Delaware. Obniżył pan dla mnie honorarium o połowę, a mimo to ja określam warunki gry. Wyobraża pan sobie, że w telewizji reklamują się jacyś znachorzy - "zadzwoń, ufaj swoim gwiazdom" - którzy cenią się wyżej?
- No dobrze, ale ja nie twierdzę, że umiem przepowiadać przeszłość.
- Samą przeszłość?
- Przy odrobinie szczęścia.
- No, możliwe, że sen ma swe korzenie w przeszłości - spoważniała - bo nie ma nic wspólnego z położeniem, w którym znajduję się obecnie. Teraz czuję się jak dziecko.
- Ile to dziecko ma lat?
- Około trzech, czterech - poruszała nerwowo palcami.
Czekałem.
- W porządku - przerwała milczenie. - Najlepiej zacznijmy od początku: jestem gdzieś w lesie, w jakiejś chacie, typowej, z bali.
Kolejne kilka niespokojnych poruszeń.
- Czy ta chata jest ci znana?
- Nic takiego sobie nie przypominam - wzruszyła ramionami i położyła ręce na kolanach.
- A więc chata z bali.
- Właśnie... najwyraźniej nocą, bo w środku panują ciemności. Znienacka przenoszę się na zewnątrz... chodzę. Mrok jest jeszcze głębszy. Słyszę ludzkie głosy. Krzyczą, a może śmieją się. Trudno powiedzieć.
Zamknęła oczy i podwinęła pod siebie nogi. Zaczęła kołysać głową; po chwili znieruchomiała.
- Ludzie krzyczą lub śmieją się - zawtórowałem.
- Tak... i światła - ciągnęła, nie otwierając oczu. - Jak świetliki, gwiazdy na ziemi, tyle że kolorowe. A potem...
Zagryzła wargi. Miała mocno zaciśnięte powieki.
- Mężczyźni - wykrztusiła.
Zaczęła dyszeć.
Opuściła głowę, jakby zniechęcona.
- Znasz ich, Lucy?
Skinęła głową.
- Kim są?
Cisza. Kilka pospiesznych płytkich oddechów. Skuliła się.
- Kim oni są, Lucy? - ponowiłem łagodnie pytanie.
Wzdrygnęła się. Milczenie przedłużało się.
- Ojciec... i inni... i...
- I kto?
- Dziewczyna - odpowiedziała półszeptem.
- Podobna do ciebie?
- Nie, to raczej kobieta. On niesie ją na ramieniu.
Gałki oczne poruszają się pod powiekami. Czy ona śni?
- Twój ojciec niesie jakąś kobietę?
- Nie... ktoś inny.
- Poznajesz go?
- Nie - odparła, zjeżywszy się, jakby odpierała atak. - Widzę ich tylko z tyłu - zaczęła mówić bardzo szybko: - Leży przerzucona przez ramię jednego z nich - jak worek ziemniaków - włosy ma rozpuszczone.
Ni stąd, ni zowąd otworzyła oczy.
- To dziwne uczucie. Jakbym... jakbym się tam znalazła z powrotem.
- To nic. Uspokój się.
Raz jeszcze zamknęła oczy. Ciężko dyszała.
- Co teraz widzisz?
- Ciemność - powiedziała. - Trudno przebić się wzrokiem. ale... księżyc... duży księżyc... i...
- I co, Lucy?
- Oni wciąż ją niosą.
- Dokąd?
- Nie wiem... - na twarzy pojawił się grymas, na czole kropelki potu. - Śledzę ich.
- Wiedzą o twojej obecności?
- Nie, idę z tyłu... takie duże drzewa... coraz więcej... mnóstwo drzew, wszędzie, las. Olbrzymie drzewa... zwisają ich konary... jeszcze więcej drzew... splątane... ładnie - zaczerpnęła tchu. - Przystają... kładą ją na ziemi.
Wargi jej zbielały.
- Co wtedy, Lucy?
- Zaczynają rozmawiać, rozglądają się. Po chwili odwracają się do mnie tyłem i ruszają. Nie mogę ich już dojrzeć, jest za ciemno... błądzę... jeden odgłos: pocierania lub mlenia. Jakby ktoś coś mełł, regularny ruch.
Otworzyła oczy. Kropelki potu spłynęły jej aż do nosa. Podałem jej chusteczkę.
- I to właściwie wszystko, ta sama scena powtarza się raz za razem - usiłowała się uśmiechnąć.
- Ile razy miałaś ten sen?
- Sporo - ze trzydzieści, czterdzieści, nigdy nie liczyłam.
- Każdej nocy?
- Czasami. Są też okresy, kiedy mam go kilka razy w tygodniu.
- Od kiedy?
- Od połowy procesu, czyli już cztery miesiące, może pięć. Ale - jak już mówiłam - przestałam go mieć, gdy rozpoczęliśmy seanse, więc pomyślałam, że to wszystko przez napięcie nerwowe.
- Czy dziewczyna we śnie przypomina którąś z ofiar Schwandta?
- Nie. Nie sądzę - może się mylę, ale czuję, że koszmary nie mają z nim nic wspólnego. Nie potrafię tego uzasadnić, po prostu tak mi się wydaje.
- Może jednak ma to jakiś związek?
- Nie wiem, pewnie gadam od rzeczy.
- Czy ci się to śniło przed rozprawą?
- Nigdy.
- Czy w połowie procesu zdarzyło się coś, co szczególnie cię rozdrażniło?
- Prawdę mówiąc, wszystko zaczęło się po zeznaniach Mila Sturgisa. Na temat Carrie. Jej przeżyć - wpatrywała się we mnie rozszerzonymi źrenicami.
- Mogę się więc mylić. Możliwe, że opowieść o Carrie coś we mnie poruszyła, utożsamiłam się z nią i stałam się małą dziewczynką. Sadzi pan, że to możliwe.
Skinąłem głową. Powędrowała wzrokiem w stronę morza.
- Sęk w tym, że skądś znam tę sytuację. Coś w rodzaju déja vu. Jednocześnie zawiera pewne nowe i dziwaczne elementy. Na dodatek jeszcze lunatykowanie - obawiam się, że tracę nad sobą panowanie.
- Czy wcześniej przytrafiało ci się chodzić we śnie?
- Nie przypominam sobie.
- Czy w dzieciństwie moczyłaś się w łóżku?
- A co to ma do rzeczy? - zaczerwieniła się.
- Zdarza się, że lunatyzm i moczenie się są biologicznie powiązane. U niektórych ludzi pojawiają się genetyczne skłonności do obu zachowań.
- Aha... no, tak, faktycznie, moczyłam się trochę, gdy byłam bardzo mała.
Zmieniła pozycję.
- Czy budzisz się podczas tych snów?
- Budzę się z myślą o nich.
- O jakiejś konkretnej porze?
- Tuż nad ranem, gdy za chwilę ma zacząć się szarówka.
- Jak się wtedy czujesz pod względem fizycznym?
- Jakbym była chora - pocę się, serce wali mi w piersi. Od czasu do czasu boli mnie żołądek. Jakbym miała wrzody - pokazała miejsce pod mostkiem.
- Miałaś kiedyś wrzody?
- Jakieś początki, i to tylko parę tygodni tuż przed pójściem na college'u. Po koszmarach czułam się podobnie, chociaż nie było to takie dokuczliwe. Ból znikał, gdy trochę sobie poleżałam i uspokoiłam się. Gdy to nie skutkuje, zażywam tabletkę.
- Często miewasz bóle brzucha?
- Zdarzają się, ale nie dzieje się nic poważnego. Jestem zdrowa jak ryba - zerknęła znowu na wodę.
- A co z odgłosami mielenia? - spytała. - Co powie pan o tym?
- Czy wymyśliłaś jakąś interpretację?
- Coś... z seksem. Tak mi się zdaje. Ten rytm.
- Przypuszczasz więc, że ci mężczyźni odbywają z tobą stosunki?
- Możliwe. Ale czy to coś zmienia? To tylko sen. Może byłoby lepiej, gdybyśmy o wszystkim zapomnieli.
- Uparcie powracające nieprzyjemne sny oznaczają, że coś jest nie w porządku, Lucy. Dobrze, że zwróciłaś na to uwagę.
- Co może być nie w porządku?
- Właśnie tego chcielibyśmy dowiedzieć się w czasie tych wizyt.
- A, tak - uśmiechnęła się. - Ma pan rację.
- Masz coś do dodania na temat tego koszmaru?
- Czasami zmienia się ostrość - i to dokładnie w środku.
- Czy obraz zaostrza się, czy staje bardziej mętny?
- Raz tak, za chwilę inaczej. Jakby ktoś w moim mózgu dobierał właściwą soczewkę - jakiś człowieczek... inkubus. Wie pan, o co mi chodzi?
- Zły duch, który nawiedza kobiety we śnie i gwałci je.
- Zły duch - powtórzyła. - Popadam więc w zabobon. Zaczynamy zajmować się głupotami.
- Czy kobieta we śnie przypomina ci kogoś znajomego?
- Jest odwrócona plecami. Nie widzę jej twarzy.
- Czy mogłabyś jakoś ją opisać?
Zamknęła oczy, a głowa ponownie zaczęła się kołysać.
- No, tak... ma na sobie krótką białą sukienkę - bardzo krótką. Podjeżdża jej do góry, ukazując nogi... długie nogi. Wysportowane uda, jakby uprawiała aerobik... i długie ciemne włosy. Opadają bujnie na ramiona.
- W jakim jest mniej więcej wieku?
- Hm... ciało ma bardzo młode - otwiera oczy. - Najdziwniejsze, że ani drgnie, nawet kiedy niosący ją mężczyzna potrząsa nią. Jak ktoś... bezwładny. Nic więcej nie pamiętam.
- Nic o mężczyznach?
- Nic - wpatrzona w torebkę.
- Ale jeden to z pewnością twój ojciec.
- Tak - gwałtownym ruchem składa ręce.
- Widzisz jego twarz?
- Przez chwilę, gdy się odwraca.
Zbladła, na twarzy znowu ukazały się kropelki potu.
- Co cię dręczy w tej chwili, Lucy? - zapytałem.
- Rozmowa... gdy zaczynam o tym mówić... czuję się, jakbym tam była.
- Tracisz kontrolę.
- Zgadza się. Sen jest potworny. Nie chcę tam wracać.
- Dokąd wracasz?
- Do środka.
- Do chaty?
Skinienie głową.
- Ktoś kazał ci tam zostać?
- Nie wiem. Wiem tylko tyle, że mam tam zostać.
Potarła twarz, czym przypominała Mila w chwilach rozdrażnienia lub roztargnienia. Na skórze pojawiły się plamki.
- Co to zatem oznacza? - spytała.
- Jeszcze nie wiem. Najpierw będę musiał dowiedzieć się czegoś więcej na twój temat.
Wyprostowała nogi. Ręce miała cały czas złożone, ze zbielałymi knykciami.
- Pewnie wszystko to wyolbrzymiam. Dlaczego denerwuję się z powodu głupiego snu? Jestem zdrowa, mam dobrą pracę, a są przecież bezdomni, ludzie ginący na ulicach, umierający na AIDS.
- Fakt, że są tacy, którym dzieje się gorzej, nie zobowiązuje cię do cierpienia w milczeniu.
- Inni mają o wiele gorzej, doktorze Delaware. Może mi pan wierzyć, że mnie się upiekło.
- Czemu nie opowiadasz mi o sobie?
- O czym?
- O młodości, rodzinie.
- Dzieciństwo, młodość. Spytał mnie pan o to za pierwszym razem, a ja pominęłam pytanie milczeniem. Nie nalegał pan. Postąpił pan bardzo delikatnie. Potem myślałam, że może stosuje pan jakąś specjalną strategię i wcześniej czy później i tak dostanie się do wnętrza mojej głowy. Niezła paranoja, co? Ale rozpoczęcie terapii wyprowadziło mnie nieco z równowagi. To mój pierwszy raz.
Pokiwałem głową.
- Teraz też się chyba migam - uśmiechnęła się. - A zatem: urodziłam się dwadzieścia pięć lat temu, czternastego kwietnia, w Nowym Jorku. Dokładniej rzecz biorąc w szpitalu Lennox Hill. Dzieciństwo spędziłam w Nowym Jorku i Connecticut, chodziłam do niezłych żeńskich szkół, a trzy lata temu skończyłam Belding College - mały college dla dziewcząt pod Bostonem. Specjalizowałam się w historii, ale na niewiele to się przydało, więc zajmowałam się w Belding księgowością, zaprowadzając porządek w rachunkach Klubu Nauczycielskiego i związku studentów. Nigdy nie przypuszczałam, że tam wyląduję. Matematyka zawsze szła mi kiepsko. Okazało się jednak, że praca przypadła mi do gustu. Pewnego dnia na studenckiej tablicy ogłoszeń wypatrzyłam ogłoszenie, że firma Bowlby i Sheldon poszukuje pracownika, więc zgłosiłam się na rozmowę kwalifikacyjną. To przedsiębiorstwo z oddziałami w całym kraju, ale wakaty były jedynie w LA. Niewiele myśląc, złożyłam podanie i zostałam przyjęta. Będąc młodą kobietą pojechałam na Zachodnie Wybrzeże. I to wszystko. Nic znaczącego, prawda?
- A rodzina?
- Składa się właściwie tylko z Petera, którego miał pan okazję poznać. Jest starszy ode mnie o rok i żyjemy na bardzo zażyłej stopie. Nazywają go Pukiem, bo swego czasu był nieznośnym, małym skrzatem.
- Masz jeszcze jakieś rodzeństwo?
- Jest jeszcze brat przyrodni, który mieszka w San Francisco, ale z nim nie utrzymuję właściwie żadnych kontaktów. Miał siostrę, która zmarła trzy lata temu - urwała. - Dziadkowie, wujkowie i ciotki nie żyją. Matka odeszła zaraz po tym, jak wydała mnie na świat.
Taka młoda, myślałem, a wokół niej wszędzie czai się śmierć.
- Co z ojcem?
Błyskawicznie spuściła wzrok, jakby w poszukiwaniu szkieł kontaktowych, które jej upadły. Nogi miała spuszczone na podłogę, a tułów ułożony tak, że bluzka ciasno opinała wąską talię.
- Liczyłam, że uda nam się ominąć ten temat - odezwała się cicho. - I to nie z powodu snu.
Odwróciła się w moją stronę. To samo skupione, nieruchome spojrzenie, jakie Milo dostrzegł na sali sądowej.
- Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, nie ma przymusu.
- Nie o to chodzi. Jego osoba wszystko odmienia.
- A to dlaczego?
- Bo jest kimś szczególnym.
Popatrzyła na sufit i uśmiechnęła się.
- Pana kolej - powiedziała i wyciągnęła rękę w teatralnym geście.
- Na co?
- Morris Bayard Lowell - wyrecytowała dobitnie i zaśmiała się, tym razem ponuro.
- To Buck Lowell.