VI
Robert spodziewał się, że postawią przed oddziałem policjanta, który będzie ich pilnował, ale sprawę rozwiązano inaczej: szpital po prostu zamknięto, a odwiedzającym powiedziano, że nowe wytyczne dyrektora szpitala związane z epidemią zabraniają wchodzenia komukolwiek postronnemu.
- Tych kilka dni wytrzymają - ocenił Kotowicz przez telefon do Wiśniewskiego, kiedy rozmawiali wieczorem. - Tutaj wszyscy to wojskowi, nikt się nie wykłócał o jakieś prawa pacjentów do odwiedzin i tego typu bzdury. Jesteście bezpieczni, przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe w tej sytuacji. Dowiadywałem się o stan Anety.
- No i? Można ją odwiedzać?
- Tak, trzeba iść jakimś przejściem w szpitalu, nie musisz nawet wychodzić na zewnątrz. Ordynator podobno nawet zaleca wizytę kogoś znajomego. Fizycznie ona czuje się dobrze, ale psychicznie jest wrakiem. Nie dają jej żadnych leków, po prostu mówią, że potrzebuje czasu, żeby się odblokować. Jest szansa, że twoja wizyta jej w tym pomoże.
- No może. - Robert nie był przekonany do tego pomysłu.
Później Wiśnia zajrzał do Bielunia, licząc, że ten może się obudził.
- Czas otworzyć oczy - stwierdził, stojąc nad jego łóżkiem. - Pańscy ludzie potrzebują pana opieki i rady.
Rozmawiał jeszcze z Bartkiem. Mały wyglądał na spokojnego i zadowolonego. Robert domyślił się, że matki nie było w pobliżu chłopca, co potem potwierdziła Justyna.
- Powiedziała, że chce zabrać go ze sobą do waszego mieszkania. Kolejny raz urządziła scenę z moimi teściami - relacjonowała. - Łukasza nie ma, więc ja zaprotestowałam, mówiąc, że chłopcu potrzebne są teraz regularna opieka i kontakt z rówieśnikiem. Spakowała się i poszła tak szybko, jakby awantura była jedynie inscenizacją. Matka roku.
- Hej, mówisz o mojej żonie - roześmiał się Robert.
- No i to właśnie jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Tak czy inaczej, mnie to jest na rękę. Teściowie są zakochani w twoim synku. On też ich chyba lubi.
- To się cieszę. Ze swoimi dziadkami z obu stron nie ma zbyt dobrych relacji. Z winy dziadków raczej.
- Przykro mi. Zdarza się. Moja matka też nie była ideałem rodzica i babci.
- Łukasz mówił ci o naszych ostatnich ustaleniach?
- Mówił. Podjarał się jak dziecko na gwiazdkę. Podobno z waszego powodu zamknęli cały szpital.
- I tak de facto był zamknięty. Ostatni lockdown uniemożliwił wizyty na większości oddziałów. Mam tylko nadzieję, że pozostała część ekipy, która była z nami, jest bezpieczna.
- Myślę, że teraz o nich dbają i będą chuchać i dmuchać. A skoro o tym mowa... Łukasz cały czas liczy, że przyjdziesz do niego pracować w biurze.
- Serio? - parsknął Robert.
- Tak, całkiem serio. Nadajesz się. Myślę, że Meyer doceniłby cię lepiej niż policja.
- No jest taka szansa.
- Pieniądze są różne, czasami duże, a czasami nie ma ich wcale... Ale naszemu małżeństwu ta zmiana zdecydowanie posłużyła.
- I myślisz, że mojemu by pomogła?
- Twojemu może pomóc tylko rozwód. Albo żonobójstwo.
- Przestań.
- No może przesadzam. W każdym razie oferta leży na stole, zastanów się. Gdy wyzdrowiejesz, biuro detektywistyczne Łukasza Meyera chętnie zobaczy cię w swoich progach.
Konwersacja z Justyną sprawiła, że Robert nie mógł zasnąć. Myślał pół nocy o swoim beznadziejnym małżeństwie i o sytuacji bez wyjścia, w której się znalazł. Mówi się co prawda, że takich nie ma, ale jak nazwać to, w czym obecnie tkwił? Parodią małżeństwa? Trzymaniem się razem ze względu na dziecko?
O drugiej w nocy poszedł do stanowiska pielęgniarek i poprosił o tabletkę na spanie.
- Myślałam, że nie ma pan problemu z uśnięciem - powiedziała jedna z kobiet.
- Zazwyczaj nie mam. Dzisiaj po prostu był intensywny dzień. Za dużo chodzi mi po głowie.
- No to jakoś panu pomożemy.
Tabletka sprawiła, że rano był senny. Ledwo zanotował, kiedy pojawiły się pielęgniarki zmierzyć mu temperaturę i ciśnienie, pobrać krew i zmienić kroplówkę. Po śniadaniu salowa poinformowała, że na oddział przyjdzie ksiądz.
- Jest niedziela, jutro Wszystkich Świętych. Może się pan wyspowiadać - oznajmiła, wycierając blat. Albo sobie pogadać. Miły człowiek z tego księdza.
- Nie, raczej podziękuję. - Robert pokręcił głową i opadł na poduszkę, czując się całkowicie wyczerpany.
Kiedy jednak kapłan zjawił się w jego sali, nieoczekiwanie dla samego siebie nie odmówił wizyty.
- Spowiedź? - zapytał duchowny, poprawiając stułę.
- Raczej się nie spowiadam.
- To może raczej warto? - Ksiądz spojrzał na niego wymownie i przysunął sobie krzesło. - Kiedy ostatnio przystępował pan do sakramentu pokuty?
- Kiedy chrzciłem syna - odparł po namyśle. - Prawie sześć lat temu.
- Ślub w kościele? - Kapłan wskazał na obrączkę Wiśni.
- Tak, w kościele. Z całym tym ceremoniałem.
- I jak się panu wiedzie w małżeństwie?
- Nie za bardzo... - Robert posmutniał i odwrócił wzrok.
Ksiądz nie odpowiedział, tylko patrzył na niego w milczeniu. Kiedy Wiśnia znów na niego spojrzał, w jego oczach znalazł zrozumienie zamiast oczekiwanego potępienia.
- Od samego początku mamy problemy - wyznał cicho, choć nie miał takiego zamiaru. - Kiedyś... - zawahał się - ...żona mnie zdradzała... dalej zdradza. Kiedyś chyba bardziej niż teraz. Teraz mamy dziecko, więc ciągle się żali, jak jest jej ciężko jako matce. Chociaż... Nie, nie chcę narzekać, naprawdę, ale ona serio niewiele robi, a ja nie wiem, jak mam z nią rozmawiać. Jeśli mam być szczery, czuję się jak totalna porażka - wyrzucił z siebie kolejne zdania. - Nie powinienem był tu przyjeżdżać. Tu, to znaczy do Wrocławia. Powinienem był zostać z dzieckiem i chronić go przed nią i jej złym wpływem.
- A dlaczego się pobraliście? Kochał ją pan? Czy chodziło o jakieś inne motywy?
- Kochałem... - Zamyślił się Robert. - No kochałem. Oczywiście, że tak! - Chwilę milczał, znów nie wiedząc, co ma powiedzieć. - Ona rysowała przede mną piękne obrazy przyszłości... tego, jak będzie się nam dobrze żyło. A potem się okazało, że ja nie spełniam jej oczekiwań, że jest inaczej, niż chciała. Zrobiło się naprawdę bardzo źle. No i wyszła akcja z tą zdradą... To znaczy to jest w ogóle zabawna historia. Jedna kobieta poszła do niej i powiedziała, że mamy romans, co w ogóle nie było prawdą. I moja żona zmieniła się, przynajmniej na chwilę. Zrobiła się miła. Zerwała inne relacje, chociaż podobno chciała ode mnie odejść do kogoś lepszego. Całkiem się zmieniła... - Pokiwał głową, patrząc w sufit. - Przez chwilę było naprawdę dobrze. A najlepsze jest to, że ona w ogóle nie wiedziała, że nie miałem żadnego romansu. Dziwna sytuacja. Bardzo dziwna.
- I co? Potem znowu się zepsuło?
- No niestety. Urodził się Bartek i znów było inaczej, niż ona sobie wyobrażała. Czuję się bezsilny. Nigdy i nigdzie nie czułem się tak bezsilny jak we własnym małżeństwie. Czy to prowadząc najtrudniejsze śledztwa, czy pracując z najgorszymi pod słońcem ludźmi, albo ze swoim ojcem pijakiem. Po prostu nie wiem, co mam zrobić, żeby nie czuć się jak porażka i żeby dać swojemu dziecku godną przyszłość.
Robert spojrzał na księdza i zauważył, że ten uśmiecha się lekko.
- A czemu pan od niej nie odszedł? - zapytał kapłan po chwili.
- Wszyscy się mnie o to pytają. - Robert poczuł się zirytowany.
- Więc? - Kapłan uniósł brwi. - Czemu pan ciągle z nią jest? Te sprawy można załatwić nawet w Kościele. Można stwierdzić, że nie było zdolności do zawarcia związku małżeńskiego, że miał pan do czynienia z osobą niedojrzałą. A mimo to minęło ileś lat i nie przyszło panu to do głowy. Więc pytam: dlaczego?
- Nie wiem... - Robert uniósł się lekko na łóżku.
Ksiądz wstał i poprawiał mu poduszkę.
- ...może dlatego, że uważam, że jak się z kimś człowiek wiąże, to potem z nim jest, a może po prostu coś ze mną jest nie tak?
- Wie pan co? Jestem księdzem ponad dwadzieścia pięć lat. Powiem panu, że ludzie dobierają się nie bez przyczyny. Zawsze jest jakiś powód, że ta kobieta i ten mężczyzna są razem. Zawsze porównuję to do dłoni i rękawiczki. Niemal za każdym razem dłoń ma pięć palców, więc i rękawiczka musi być pięciopalczasta. Czasami jednak dłoń jest inna i może mieć sześć palców. Wówczas potrzebna jest sześciopalczasta rękawiczka. I wydaje mi się, że w tej sytuacji chodzi właśnie o to, tylko że pan z uporem maniaka usiłuje nałożyć pięciopalczastą rękawiczkę na sześciopalczastą dłoń. Rozumie mnie pan?
- Chyba nie do końca. - Robert zmarszczył brwi.
- To niech się pan zastanowi. To jest pokuta, jaką panu zadaje. Nie będę pana męczył z innymi grzechami. Wierzę, że głęboko pan żałuje. Gdyby była potrzebna jeszcze jakaś rada albo spowiedź, proszę się zgłosić do kaplicy. Myślę jednak, że sobie pan poradzi i odpowie na wszystkie pytania.
Roberta bardzo bolała głowa. Nie nawykł do przetwarzania tak dużej ilości danych w jednym czasie, a po wyjściu księdza czuł się dodatkowo zobowiązany do wypełnienia tego dziwnego zadania.
- Coś panu dać? - zapytała pielęgniarka, zaglądając podczas kolejnego obchodu.
- Co? - Zmrużył oczy.
- Widzę, że ma pan migrenę. Przyniosę coś na ból.
- Skąd pani wie?
- Mam w tym trochę doświadczenia - odparła, podchodząc bliżej łóżka. Obejrzała dokładnie monitory i sprawdziła wenflon na jego przedramieniu. - Poza tym jest pan po potężnym urazie... ból będzie się pojawiać. Nie ma sensu się męczyć.
- Okej. - Skinął lekko głową.
- Dobra. - Uśmiechnęła się pod maską. - Zaraz przyniosę kroplówkę i coś do niej dodam ekstra. Od razu poczuje się pan lepiej. Obiecuję.
Kiedy kroplówka była już podpięta, Robert stwierdził, że musi iść zobaczyć Bielunia. Zsunął się z łóżka, złapał stojak z kółkami i pomaszerował pewnym krokiem przez korytarz.
Inspektor miał otwarte oczy. Bardzo szeroko otwarte. Wytrzeszczone wręcz. Wiśniewski zrozumiał, że mężczyzna się obudził i coś mu dolegało, ale z jakiegoś powodu nie był w stanie zakomunikować tego na głos.
- Hej! - Robert wychylił się w stronę stanowiska pielęgniarek. - Potrzebna jest pomoc. On już nie śpi i chyba nie jest z nim najlepiej.
Zrobiło się małe zamieszanie, w czasie którego Wiśniewski stał z boku i obserwował, jak personel stara się ulżyć Bieluniowi. Sam policjant patrzył intensywnie na Roberta, jakby próbował przekazać mu wiadomość telepatycznie. Kiedy ułożono go na boku, nagle głośno stęknął, a jego twarz zrobiła się purpurowa.
- Ja pierdolę - wydusił w końcu z siebie. - Jak to boli.
- Co pana boli? - zapytała jedna z pielęgniarek, pochylając się nad jego twarzą.
- Dupa. Nie da się wytrzymać. Zróbcie coś.
- Rentgen! - zawołał lekarz. - Wieziemy go na rentgen. Powiadomcie radiologię, że zaraz będziemy i że to absolutny priorytet.
Robert w zdumieniu obserwował zespół medyków, którzy w idealnej synchronizacji ruchów złapali za łóżko i podpiętą do niego aparaturę, po czym ruszyli pędem w stronę wind, zostawiając pomieszczenie dziwnie pustym. Wiśniewski poczłapał znów na korytarz i usiadł na jedynym krześle, które stało pod ścianą.
- Niech pan idzie się położyć - powiedziała pielęgniarka zza kontuaru. - To może potrwać.
- Nie, posiedzę tutaj. - Oparł głowę o ścianę. - Długo czekałem, aż się obudzi.
Na szczęście badanie Bielunia szybko się skończyło i pan inspektor wrócił na salę chorych po jakiejś półgodzinie. Robert uniósł się i spojrzał pytająco na lekarza.
- Nie powinienem z panem o tym rozmawiać... - zaczął medyk, po czym westchnął cicho i poprawił maskę. - Nic mu nie będzie. Złamana kość ogonowa, nic więcej. Przeoczyliśmy to wcześniej, bo złamanie nie było duże, ale jak się obudził, musiał się lekko poruszyć i... Sam pan rozumie...
- Jasne. A jak będziecie to leczyć?
- Nijak. - Oczy lekarza się uśmiechnęły. - Musi się zrosnąć i tyle. Dostanie środki na ból i pewnie będzie wolał leżeć na brzuchu, ale wszystko z nim w porządku.
- Świetnie! Czy ja mogę...
- Niech pan do niego idzie. Pytał o pana. A jak pana łepetyna?
- Lepiej, zdecydowanie lepiej.
- No, takiej odpowiedzi oczekiwałem. Jutro rano spróbujemy zajrzeć do tego oka. Przekonamy się, czy przechwałki o udanej operacji były uzasadnione.
"I to mam mnie pocieszyć?" - pomyślał Robert, któremu nie było do śmiechu. Wymamrotał podziękowania i poszedł do Bielunia.
- Wiśniewski - wyszeptał inspektor, wyraźnie przejęty. - Chłopie...
- Spokojnie. - Robert położył dłoń na jego przedramieniu. - Jestem tutaj i nigdzie się nie ruszam. Nie musi się pan z niczym śpieszyć.
- Janusz.
- Co?
- Nie mów mi "pan", bo jesteśmy o dwa zamachy bombowe za daleko, żeby sobie panować... - Każde słowo przychodziło mu z trudem, ale w oczach widać było bojowego ducha.
- Okej. - Robert uśmiechnął się i ścisnął Bieluniowi dłoń. - Robert. Dla przyjaciół Wiśnia.
- Co... Kto... Ilu nie...
- Dwie osoby. Oprócz lekarki i jej męża. - Robert przysunął sobie krzesło i usiadł. - Przykro mi, ale... Jola nie żyje.
- Obcięło jej... głowę, tak? - Inspektor wbił wzrok z sufit.
- Yyy, tak. - Wiśniewski był zaskoczony. - Byłem tu u ciebie i mówiłem ci o tym.
- Tak coś kojarzę... Kto jeszcze?
- Jeden z wrocławskich saperów. Aneta jest na Oddziale Leczenia Stresu Bojowego. Od zamachu nie powiedziała ani słowa. Borkowski jest poturbowany psychicznie, wygląda jak własny cień. Inni też oberwali, ale liżą rany w domach.
- Dudek się pewnie zapije do reszty. - Bieluń ciężko westchnął. - Ale chujnia...
- Uprzedzając twoje pytania o śledztwo...
- Nie złapali go. - Inspektor skinął lekko głową, nie odwracając wzroku od sufitu.
- Skąd wiesz? - Robert się wyprostował.
- Domyślam się po twojej minie i głosie. Poza tym... Jak byłem na dole na radiologii, słyszałem rozmowy o zamknięciu szpitala. Podobno boicie się, że ktoś znów może chcieć nas dopaść.
Robert nie zareagował, więc Janusz zerknął na jego bladą twarz.
- Aż żałuję, że się obudziłem - szepnął. - Jakby mnie zaciukali nieprzytomnego, to może bym się nie przejął.
- Nikt cię nie zaciuka - odparł Wiśniewski, choć bez przekonania w głosie.
- To opowiedz mi o wszystkim. Od początku! - zarządził inspektor. - Tylko nie wymagaj, żebym siedział przy tym i patrzył na ciebie. Dupsko mi ciągle napieprza... A swoją drogą... - prychnął pod nosem - niezła żenada z tą kością ogonową, nie ma co. Dobra, mów!
- Ale co chcesz wiedzieć?
- Wszystko. Obudziłem się po wielu dniach, mam w głowie sieczkę, więc możesz mi przypomnieć, co się działo od chwili naszego przyjazdu aż do wybuchu. Potem się zobaczy, czy dam radę więcej wytrzymać.
- No okej - zgodził się Robert, po czym oparł łokcie na brzegu łóżka, choć wiedział, że personel tego bardzo nie lubi. - Przyjechaliśmy do szpitala na Kamieńskiego po południu w poniedziałek. Jeszcze nie było ciemno, więc dobrze było widać zniszczenia na zewnątrz. Podjazd na SOR i wejście do szpitala otoczone były taśmą policji. Stało tam nawet kilku łebków w mundurach, którzy mieli pilnować, żeby nikt nie wchodził ani nie wychodził...
- Ale nie dopilnowali. - Inspektor uniósł palec wskazujący. - To zapamiętałem i to mnie strasznie wkurwiło.
- Jak nas wszystkich. Od początku komentowaliśmy, że wyszła z tej akcji jakaś fuszerka. Wybuch był wcześnie rano, a do naszego przyjazdu większość śladów była zadeptywana przez łażących wszędzie ludzi. I dlatego... - Robert urwał, czując, że oblewa go zimny pot.
- Dlatego co? - Janusz obrócił gwałtownie głowę w jego stronę, czego szybko pożałował. - Ja nie mogę! Mój kark! No dobra, co i dlaczego? Co chcesz powiedzieć?
- Każdy mógł tam być - odezwał się Wiśniewski, ale bardziej do siebie samego. - Zamachowiec mógł swobodnie spacerować po terenie i robić, co mu się podobało.
- No tak... - Dłoń Janusza opadła ciężko na materac.
- Zresztą, doszliśmy z Kotowiczem do wniosku, że mógł nawet pojechać za nami do akademika, wejść do środka, podsłuchiwać... - Zerknął na Bielunia, który zacisnął mocno powieki, ale milczał. - Rozmyślałem o tym... Jeśli ktoś na Kamieńskiego miał kamerę nasobną, może dałoby się sprawdzić, czy widać na nagraniach kogoś podejrzanego. My nie mieliśmy takiego sprzętu... niestety.
- Powiedz im o tym.
- Już to zrobiłem. Napisałem do Kota wiadomość. Odpisał, że się tym zajmie i da znać.
- Ale coś jeszcze nie daje ci spokoju, prawda?
- Mhm... Coś w tej układance mi nie pasuje, a raczej brakuje czegoś istotnego. Zostałem poproszony o odwiedzenie Anetki. Początkowo nie chciałem do niej iść, ale potem uświadomiłem sobie, że jeśli ktokolwiek z nas mógł coś zapamiętać, to tylko ona. Tylko że ona nie mówi, a przynajmniej... nie mówiła wczoraj.
- I chcesz, żebym moje połamane dupsko zwlókł z wyra i do niej poszedł, tak?
- No... W sumie... tak. Mnie praktycznie nie zna, a ty jesteś dla niej ważną figurą.
- Aneta ma zawsze włączoną kamerę w laptopie - głos Bielunia był spokojny. - Buntowaliśmy się przeciwko temu, ale potem machnęliśmy ręką. Lubi nagrywać wszystko, co się wokół niej dzieje podczas pracy, a potem to sobie odtwarza w nieskończoność.
- Ale po co?
- Trudno powiedzieć. To pewnie przez ten jej autyzm. Teraz też biegała z komputerem, więc zakładam, że nagrywała całe zdarzenie. Jeśli pozwolą mi się z nią zobaczyć, postaram się dowiedzieć, jak było.
- Te nagrania... Gdzie je zapisywała? Lokalnie? Czy w chmurze?
- Raczej w chmurze. - Bieluń zmarszczył nos. - Oby to nie narobiło jej kłopotów.
- Dlaczego?
- Wiesz... żeby nikt się nie przyczepił, że materiały wydziału gdzieś mogły wyciec.
- Mhm... - Robert podniósł się i spojrzał na wyraźnie zmęczoną twarz inspektora. - Dokończymy naszą rozmowę później, okej? Dam znać Kotowiczowi, że się obudziłeś i o czym tu sobie gadaliśmy. Niech zdrowi pracują nad sprawą.
- Dobra - wyszeptał Janusz, przełykając ślinę. - Prześpię się, bo leki przeciwbólowe mocno weszły...
- Super! - Robert poklepał go po dłoni. - Odpoczywaj.
- Jak on się czuje? - zapytała jedna z pielęgniarek, kiedy Robert znalazł się na korytarzu.
- On? Chyba dobrze. Jest zmęczony, ale gada z sensem.
Kobieta uniosła tylko kciuk w górę i weszła do sali, w której leżał Bieluń.
Wiśniewski wyjął komórkę z kieszeni szlafroka i zadzwonił do szefa.
- Nagranie?! - Kotowicz był wyraźnie podekscytowany. - Stary, robisz nam dzień. Od rana szukaliśmy kogoś, kto miał kamerę na sobie w czasie akcji.
- Kocie, najpierw trzeba je znaleźć - odparł trzeźwo Robert.
- Nie no... Komputer Anety jest tutaj. To znaczy policja go zabezpieczyła, możemy go sprawdzić.
- A może przywieźcie go do szpitala? - Znów nagła myśl zagościła w głowie Wiśniewskiego. - Przecież ten laptop to jej całe życie. Może tak zdoła się z nami skomunikować.
- Okej. Dowiem się, czy go nam dadzą. Meyer, notujesz?
- A ty już masz taką sklerozę, że nie zapamiętasz? - dobiegł z oddali głos Łukasza.
- Zapisuj i nie pyskuj! Laptop, Aneta, szpital, nagranie... Okej, Wiśnia. Dziś pewnie nam nie pozwolą jej zobaczyć, ale do jutra wszystko załatwię na tip-top.
- Super. - Robert się uśmiechnął. - A! I jeszcze jedno. Bieluń nic nie wspominał, ale... macie kontakt z jego rodziną?
Po drugiej stronie zapadła grobowa cisza.
- Kot? - Wiśniewski poczuł ścisk w żołądku.
- Tak... To znaczy... Rodzina oczywiście od razu została poinformowana... - Robert usłyszał, jak Kotowicz ciężko westchnął. - Jego żona... Ona miała problem z sercem już od dłuższego czasu, poza tym długo chorowała na kowida...
- Tomek! - prawie krzyknął Robert, ściągając na siebie uwagę pielęgniarek. - Powiedz, kurwa, co się stało?!
- Maria Bieluń zmarła dwa dni po wybuchu.
Wiśniewski oparł się wolną dłonią o ścianę. Przed zdrowym okiem ujrzał poruszające się bardzo szybko czarne punkty, a po chwili mrok całkowicie ogarnął jego zmysły.
***
Kiedy Robert się ocknął, leżał znów na swoim szpitalnym łóżku, obok którego stali niemal na baczność Kotowicz z Meyerem. Po drugiej stronie lekarz obserwował monitory i mierzył mu puls.
- Jest pan za słaby, żeby pracować - stwierdził medyk, widząc, otwarte oko Roberta. Cmoknął cicho i pokręcił głową, jakby zirytowany. - Nie bez powodu ten oddział nazywa się intensywną terapią. Jeśli jeszcze raz pan zemdleje, tych dwóch dostanie dożywotni zakaz odwiedzin.
- Nie pracowałem - skłamał Wiśniewski.
- Nie, oczywiście! Przecież widzimy, że wisi pan na telefonie od samego rana. Ma pan poważny uraz głowy.
- Oka.
- Oczy są w głowie, jakby pan nie zauważył. - Lekarz nachylił się nad nim. - Skoro o tym mowa... Może zdejmiemy teraz opatrunek i sprawdzimy, czy coś pan widzi.
- Ale...
- Tak, tak! Będzie pan mógł otworzyć zoperowane oko. Zobaczymy, jak reaguje na światło. Proszę się nie martwić, okulista, który pana operował, wie o tym.
- No to nie będę się martwił.
Do tej pory Robert nie dzielił się z nikim swoimi obawami dotyczącymi oka. Po pierwsze, jego głowę zaprzątały inne sprawy, a po drugie, bał się, że jak zacznie komuś się zwierzać, to trzymane na wodzy emocje eksplodują i wywołają niepożądane reakcje, na przykład płacz. Tego by sobie nie życzył - co to to nie! Nie chciał stracić choćby części wzroku. Nie chciał, by jego prawe oko wyglądało dziwnie, zmuszając go do noszenia opaski albo przyciemnianych okularów. Wiedział, że odzywała się narcystyczna część jego natury, uczona od dziecka, że wygląd czasem zastępuje inne przymioty, ale nie mógł nic na to poradzić. Przez lata żył w nieuświadomionym przekonaniu, że bycie "ładnym" to jedyne, co go wyróżnia i czasem pomaga mu w życiu, jak choćby teraz, na oddziale, gdzie pielęgniarki wiele razy dawały mu do zrozumienia, że im się podoba i że chętniej się nim przez to zajmują. Wchłonięta, niczym przez osmozę, narracja, że jest kiepskim policjantem, a nawet człowiekiem, towarzyszyła mu w każdej sekundzie. Dlatego kiedy lekarz zdejmował opatrunek z jego głowy, serce zaczęło mu walić jak oszalałe, a dłonie spociły się, jak zawsze się to działo w wielkim stresie. Zacisnął palce na brzegu koca i nabrał powietrza w płuca.
- Niech pan oddycha. - Lekarz parsknął. - Bo znowu pan padnie.
- Okej. - Robert czuł na sobie spojrzenia kolegów, żałując przez moment, że ich nie wyprosił.
- No dobra. - Medyk odłożył bandaże i gazy na bok, po czym przybliżył swoją twarz do twarzy Wiśniewskiego. - Wygląda nieźle. W zasadzie... wygląda świetnie. Przynajmniej na zewnątrz. Może pan otworzyć powiekę?
- A nie była otwarta? - Robert odruchowo uniósł dłoń do głowy.
- Nie! Nie dotykamy niczego! Proszę spróbować otworzyć oko i zamrugać.
- Czuję, jakby była sklejona.
- No trochę jest. Zakropię. Powinno pomóc.
Po chwili Robert poczuł, że powieka jest otwarta, tyle że oko niczego nie widziało. Meyer dostrzegł jego minę i od razu wiedział, w czym rzecz.
- Może wyjdziemy? - powiedział, zerkając na Kotowicza.
- Nie, zostańcie - odparł cicho Wiśniewski. - Jest jak jest...
- Hej! Głowa do góry. - Lekarz zaśmiał się, kładąc mu dłoń na ramieniu. - To nie zawsze działa automatycznie. Proszę dać sobie chwilę.
- Założycie mi znów opatrunek?
- Tylko opaskę. Rany nie wymagają już specjalnego traktowania. Później zajrzy okulista i obejrzy blizny na rogówce. A może sam się pan przejdzie na badanie? Zobaczymy. Niech pan jeszcze pomruga przez chwilę.
Robert posłusznie wykonał polecenie. Przez trzy sekundy mrugał powiekami, ale nic się nie działo, potem jednak poczuł gwałtowny, ostry ból w prawej części głowy. Syknął, skrzywił się i znów sięgnął dłonią do czoła.
- Nie dotykamy oka! - Lekarz wykazał się czujnością. - Coś pana boli? Oko?
- Głowa. Jakby od wiercenia wiertarką. Masakra!
- Zaraz zawołam pie...
- Nie! - Robert złapał lekarza za rękę. - Już przechodzi.
- Dobrze. Proszę się rozluźnić. Zaraz panu coś pęknie od tego napięcia.
Wiśniewski opadł na poduszkę i odetchnął. Po chwili podniósł obie powieki i tuż przed sobą ujrzał zarys kobiecej postaci. Była rozmyta, więc nie mógł rozeznać rysów jej twarzy. Dopiero po kilku sekundach zdał sobie sprawę z tego, że widział ją prawym okiem.
- O! - Uniósł głowę. - Coś... zobaczyłem.
- Naprawdę?! - Lekarz zerknął na Meyera i Kotowicza, którym wyraźnie ulżyło.
- Tak. Wszystko jest zamglone i nieco ciemne, ale... zdawało mi się, że widzę kogoś... To znaczy tym okiem.
- To przywidzenie. Mózg musi na nowo nauczyć się funkcjonować z tym nerwem wzrokowym.
- Skąd pan wie, że przywidzenie? - Robert popatrzył na lekarza z rozbawieniem. - Może właśnie zyskałem nadprzyrodzone moce?
Meyer i Kotowicz zaśmiali się, a lekarz pokręcił głową.
- To pozwoli pan, że je panu odbiorę, okej? Zasłonimy oko i będziemy oczekiwać na poprawę. Powoli! A wy dwaj macie minutę na pożegnanie się i opuszczenie naszego oddziału.
- Mamy laptopa! - krzyknął szeptem Łukasz, ściągając na siebie gniewne spojrzenie lekarza. - Tak, wiem... ekran komputera to teraz najgorsze, co może być.
- Komórki też - dodał lekarz. - Zabieramy ją panu do kolacji. Wtedy może pan zadzwonić do dziecka i tyle. Koniec z pracą i niepotrzebnymi nerwami.
Kiedy zostali w trójkę, Meyer spoważniał i spojrzał na Roberta z wyraźną troską.
- On ma rację - stwierdził cicho. - Nie powinieneś się w ogóle przejmować. Czymkolwiek. Może tego nie widać, ale masa ludzi pracuje nad tą sprawą.
- To powiedzcie mi coś o tym. Macie parę minut, więc się streszczajcie.
- Yyy... - Kotowicz podrapał się po uchu. - Udało się nam znaleźć nagrania z laptopa Anety. Były w ich wydziałowej chmurze. Wzięliśmy jednak jej kompa, żeby jej go dać - może to coś pomoże w jej... stanie. Justyna i jej kumple mają kilku obiecujących podejrzanych, ale policja nie chce słyszeć o współpracy z nią... nimi. W ogóle odrzucają pójście tym tropem.
- Ale dlaczego?
- Dla zasady - westchnął Tomek. - Wiesz, że nosimy piętno "ludzi Brzezińskiego", więc to cud, że w ogóle ktoś z nam współpracuje...
- Bo jeden z tych ludzi też oberwał - zauważył Robert z irytacją w głosie.
- Tak, to ma znaczenie. Ale nikt nie chce mieć nic wspólnego z byłymi czy obecnymi najemnikami. W ogóle to słowo niektórym nie przechodzi przez usta.
- Nawet jeśli ktoś taki mógł dokonać zamachu?
- Tak.
- No i co zrobicie?
- My? - Kotowicz się roześmiał. - My nic nie możemy. Brzeziński będzie działał.
- Serio?
- Mhm. - Meyer pokiwał głową. - Dlatego mówimy, żebyś się niczym nie przejmował. Jeśli więksi od nas nie dadzą rady, lepiej nie walczyć z wiatrakami.