W objęciach śmierci - Róża Lewanowicz

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Tomek Kotowicz obudził się przed żoną. Wstał po cichu i zszedł do kuchni, mijając po drodze śpiącą w salonie teściową, która uparcie odmawiała korzystania z sypialni gościnnej. Starsza pani chrapała cicho, zwrócona twarzą w stronę telewizora.

- Mniej oglądania, więcej ruchu, babciu Basiu - powiedział cicho Tomek, okrywając ją szczelniej kocem.

Włączył ekspres do kawy i nalał sobie szklankę wody. Gdy stał przy zlewie i masował obolały kark, rozmyślając o sprawach, które go czekały tego dnia, uświadomił sobie, że w spodenkach od piżamy ciąży mu telefon. Musiał bezwiednie zabrać go z sypialni.

- Niedługo przyrośnie mi do ręki... - mruknął pod nosem, sięgając do kieszeni. Wtedy coś go tknęło. Po chwili wahania wybrał numer i podniósł urządzenie do ucha.

Wybrzmiało kilka sygnałów, a następnie dał się słyszeć przyśpieszony oddech.

- Wiśnia? Co tam u was? Przepraszam, że tak wcześnie dzwonię...

- Yyy... Pan Kot? - przerwało mu niepewne pytanie. Głos nie należał do Wiśniewskiego.

- Z kim rozmawiam? Dlaczego ma pan telefon mojego człowieka?

- Proszę pana, bo... Ja rozwożę pieczywo i właśnie zobaczyłem... Słyszałem wybuch, a potem tu przyjechałem i... jest mnóstwo trupów, i ten dom rozwalony.

- Zaraz, zaraz! Jaki wybuch?! Jakie trupy?!

- Jestem tu sam... nie wiem, co zrobić. - Rozmówca był bliski płaczu.

- Gdzie pan jest?!

- Pod Kobierzycami. Wożę pieczywo... Jechałem do sklepu z towarem i z daleka usłyszałem straszny huk. Dudniło jakby od stu piorunów. Wyjechałem zza tego zakrętu i zobaczyłem ludzi porozrzucanych po polu.

- Jezu Chryste! - Kotowicz złapał się dłonią blatu i zaczął ciężko oddychać. - Robert... Skąd pan wziął ten telefon?

- Leżał na jezdni, obok tego z raną w głowie. Inni są... Nie mogę patrzeć. Są porozrywani...

- Niech pan dzwoni po policję! Natychmiast! I niech pan trzyma ten telefon przy dupie, dopóki ktoś nie przyjedzie.

- Dobrze. Policja...

- Już. Rozłączaj się i dzwoń!

Tomek złapał się za pierś, czując, że coś złego dzieje się z jego sercem. Nie mógł pojąć, czemu ten facet w takich okolicznościach podniósł cudzy telefon i odebrał połączenie, zamiast już dawno wezwać pomoc. Potem jednak pomyślał, że człowiek w szoku nie działa racjonalnie. Sam musiał się uspokoić i zrobić coś sensownego w tej sytuacji.

Wybrał inny numer.

- Brzeziński, słucham... - zabrzmiał głos byłego premiera.

- Przepraszam, że o tej porze... Akcja pod Kobierzycami poszła źle. Ktoś wysadził w powietrze naszych ludzi.

Chwila ciszy.

- Kobierzy...

- Wysłałem swojego człowieka na śmierć. Pojechał do Wrocławia i miał zaraz wrócić...

- Tak, wiem - westchnął premier. - Będę działać. Niech pan robi swoje - dodał i się rozłączył.

"To nie było zbyt racjonalne" - przeszło Kotowiczowi przez myśl.

Szybko wykonał jeszcze jeden telefon.

- Jest pan tam jeszcze? - zapytał mężczyznę, który miał komórkę Roberta.

- Tak. Zadzwoniłem na policję - odpowiedział nieco spokojniejszym tonem. - Nie chcieli uwierzyć, ale jadą. Słyszę już syreny.

- To dobrze. Czy ktoś... żyje?

- Uh... Przez telefon kazali mi posprawdzać, ale ja nie bardzo umiem udzielać pomocy. Nie ruszali się, jak przyjechałem, ale teraz myślę, że chyba tylko dwójka nie żyje. Jeden na pewno, niewiele z niego zostało. Reszta jest ciepła... Dotknąłem ich... Jeden ruszył ręką...

- Dobrze, bardzo dobrze! Oddaj telefon natychmiast komuś z policji i powiedz, żeby się ze mną skontaktowali. Masz jak zapisać mój numer?

- Jasne... mam, proszę dyktować.

Po skończonej rozmowie Tomek pobiegł na górę i otworzył szafę, z której zaczął wyjmować ubrania. Za jego plecami zjawiła się zaspana Ewelina.

- Co robisz? - zapytała.

- Pakuję się. Pomożesz mi?

- Gdzie jedziesz? - Kobieta sięgnęła po torbę podróżną, z którą jej mąż zazwyczaj wyjeżdżał służbowo.

- Do Wrocławia. Wiśnia miał... wypadek.

- Ojej! Co mu...

- Na razie nic nie wiem. Czekam na wiadomość.

Ewelina odprowadziła go do auta.

- Wracaj do domu, zmarzniesz - rzucił, gładząc ją po twarzy.

- Jesteś pewien, że nie chcesz niczego na drogę?

- Całkowicie! - zapewnił. - Na to będzie czas później. Ucałuj ode mnie dzieciaki, jak wstaną. Odezwę się, ale nie mogę obiecać, że szybko.

- Jasne. - Skinęła głową, po czym mocno go objęła i pocałowała w policzek.

Tomek zajął miejsce w aucie i wyjechał z podjazdu. Ewelina wciąż stała w tym samym miejscu, kiedy włączał się do ruchu.

Chciał zadzwonić do Marcina Słomkowskiego albo Łukasza Meyera, ale ciągle liczył, że odezwie się do niego policja. Umieścił więc komórkę w uchwycie na desce rozdzielczej i zaczął się kierować w stronę Żoliborza. W końcu na ekranie pokazał się obcy numer.

- Inspektor Kotowicz, słucham.

- Dzień dobry! - odezwał się niski, męski głos. - Komisarz Jabłoński. Pan też jest z policji?

- Tak, dowodzę oddziałem CBŚP w Warszawie. Jeden z moich ludzi tam jest.

- Jasne... - Policjant odsunął na chwilę aparat i zaczął mówić do kogoś stojącego obok. - Dobra. Wie pan co? My dopiero zaczynamy pracę na miejscu zdarzenia...

- Ale czy może mi pan powiedzieć, co z moim człowiekiem? Ten gość z dostawczaka twierdził, że są zabici.

- Yyy... Tak, są. Kobieta i mężczyzna. Jak nazywa się pana człowiek?

- Robert Wiśniewski. To znaczy... na odznace ma Tomasz. Komisarz Tomasz Wiśniewski.

- Zaraz sprawdzę.

Kotowicz usłyszał odgłosy syren policji i pogotowia, pokrzykiwania jakichś ludzi, a po chwili warkot helikoptera.

- Tak, słyszy mnie pan? - odezwał się Jabłoński.

- Słucham cały czas.

- Właśnie zabiera go LPR. Ma uraz głowy, ale powiedzieli, że żyje.

- A wie pan, gdzie go zabiorą? Będę we Wrocławiu za parę godzin.

- Raczej do szpitala wojskowego, tam jest lądowisko. Poza tym na Kamieńskiego... się nie da.

- Tak, wiem - sapnął Kotowicz. - Wiem, że się nie da. Czy może pan dawać mi znać, gdyby coś się zmieniło?

- Nie ma sprawy. Będziemy z panem w kontakcie.

- Świetnie! Dziękuję.

Następnie Kotowicz powiadomił Słomkowskiego, który po tym, jak usłyszał wieści, przez chwilę milczał.

- Sisior, musisz teraz się wykazać - oznajmił Tomek. - Zastąpisz mnie.

- Nie przyjedziesz już do biura?

- Nie, jadę po Łukasza. Chcę być tam jak najszybciej.

- A Brzeziński wie?

- Tak. Już działa.

- Dobra. Jasne, oczywiście! - Słomkowski najwyraźniej odzyskał jasność umysłu. - Jedź, a ja się tu wszystkim zajmę.

Tomek zaparkował przed domem Meyerów i z oddali zauważył, że ochroniarze Romualda Brzezińskiego wyjątkowo stoją na ulicy przy swoich samochodach i ze sobą rozmawiają. Zbyt długo się jednak nad tym nie zastanawiał, wyskoczył z auta, ruszył w stronę drzwi i nacisnął na dzwonek. Wtedy wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewał.

- Aneta?!

- Cześć! - Wiśniewska uśmiechnęła się blado, zaciskając pod szyją bluzę. - Co ty tu robisz?

- Ja... Ja do ciebie - rzucił w nagłym przypływie jasnego myślenia. - Muszę ci o czymś powiedzieć.

- Kocie? - z głębi domu usłyszał głos Justyny. - To ty?

- Cześć. Mogę wejść?

- Boże! No pewnie! - Justyna otworzyła szerzej drzwi, odsuwając nieco zdezorientowaną Anetę. - Co się dzieje?

- Uh... - Kotowicz potarł dłonie. - Robert... Wiśnia miał wypadek.

Aneta zasłoniła dłońmi usta.

- Jaki... - Justyna potrząsnęła głową, jakby z niedowierzaniem. - Samochodowy?

- Nie. Był kolejny zamach.

Kobiety nic nie odpowiedziały, tylko wpatrywały się w niego z otwartymi ustami.

- Na razie nie wiem za wiele - dodał szybko. - Tylko tyle, że transportują go helikopterem do szpitala. Mam kontakt z tamtejszą policją.

- Czyli żyje? - W oczach Justyny pojawiły się iskierki nadziei.

Aneta wciąż stała osłupiała, gapiąc się w przestrzeń.

- Tak. Ma uraz głowy, ale jak mówię... Nie wiem nic konkretnego. Spakowałem się i chcę zaraz tam pojechać. Miałem nadzieję, że Łukasz do mnie dołączy.

- Łukasz? Tak, tak! - Justyna zamachała rękami. - Pewnie! Czekaj, on przecież jeszcze śpi. Już idę go budzić.

Kotowicz został sam na sam z Anetą, która spojrzała na niego z wyrazem na twarzy, jakiego nigdy dotąd u niej nie widział.

- Wyjdzie z tego? - szepnęła.

- Nic nie wiem, naprawdę... - Położył dłoń na jej ramieniu. - Ale będziemy w kontakcie i poinformuję cię o wszystkim.

Pokiwała głową, nie zdołała jednak nic więcej dodać, bo na dole zjawił się Łukasz wciągający na grzbiet koszulkę. Tuż za nim Justyna zbiegała schodami - z jego torbą podróżną i kurtką w rękach.

- Kocie! - Meyer dyszał ciężko, wciskając koszulkę w spodnie. - Co się dzieje?

- Pojedziesz ze mną? - upewnił się Tomek.

- No jasne! Co to za pytanie? Jedziemy!

- To dowiemy się obaj wszystkiego, oby niedługo.

- Ale... - Łukasz popatrzył na kolegę z szeroko otwartymi oczami.

- Dowiemy się. - Kot uniósł dłonie.

- Dam wam coś na drogę - powiedziała Justyna, wskazując palcem na kuchnię.

- Nie! - odparli jednocześnie.

- Justyna, szkoda czasu, naprawdę. - Tomek pokręcił głową.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Łukasz pobiegł otworzyć.

- Dzień dobry - przywitał się Brzeziński. - Wiem, nigdy tego nie robię. Nie przychodzę do innych, bo oni przychodzą do mnie, ale moi ludzie widzieli pana inspektora.

- Proszę, niech pan wejdzie. - Justyna zaprosiła go ruchem ręki. - Oni zaraz będą jechać do Wrocławia.

- Ja właśnie w tej sprawie - odparł premier, uśmiechając się do Anety. - Na miejscu już wszystko załatwione. Skontaktowałem się z ludźmi, których znam w szpitalu wojskowym, zajmą się panem komisarzem. Zaraz powinna zacząć się jego operacja. Wiem też, że inspektor Bieluń jest w drodze, ale nie znam szczegółów na temat jego kondycji. Natomiast co do waszego wyjazdu... - Brzeziński przejechał dłonią po siwych włosach. - Chciałbym, żebyście jechali z moim człowiekiem.

- Nie ma potrzeby... - zaczął Kotowicz, ale urwał, widząc wzrok byłego premiera.

- Sprawa nie podlega dyskusji. Po pierwsze, jesteście emocjonalnie wzburzeni. Założę się, że nie zjedliście nawet śniadania... Po drugie, muszę mieć kogoś na miejscu, kto was będzie pilnował, bo to, co się tam stało, po prostu przekracza wszelkie pojęcie.

Kotowicz zrozumiał, że wydarzenia wstrząsnęły także Brzezińskim.

- Nie wiadomo, kto stoi za tymi zamachami - ciągnął premier - ale pewne jest, że akcja w szpitalu była prowadzona fatalnie i nie mamy powodów przypuszczać, że teraz będzie inaczej. Na razie wysyłam z wami jednego człowieka. Bardzo mu ufam i polegam na jego kompetencjach. Jeżeli zajdzie potrzeba, ktoś do was dołączy.

- Dobra. - Łukasz skinął głową. - A ten człowiek już tu jest?

- Tak, czeka na zewnątrz. Możecie jechać jego wozem albo waszym.

- Weźmy mój. Kotowicz niech zostawi swoją brykę u nas, może przydać się jego żonie.

- W porządku - zgodził się premier. - Zaraz wydam polecenia i możecie ruszać.

Brzeziński opuścił ich bez słów pożegnania czy otuchy.

- Ale go siekło - stwierdziła Justyna. - Ledwo się trzyma.

- Możliwe... Ty znasz go lepiej... - westchnął Meyer i wziął od niej kurtkę. - Żono, jedziemy. Szkoda dnia.

Meyerowie uściskali się na pożegnanie. Łukasz objął także Anetę i szepnął jej coś do ucha, po czym wyszedł z domu.

***

Robert Kącki przyjechał do prokuratury przed ósmą. Był już po kilku telefonach z kolegą z Wrocławia, Mariuszem Koterskim, który wciąż podkreślał, że czuł się winny za załatwienie nakazu potrzebnego do wyjazdu pod Kobierzyce. Prokurator Kącki przeczuwał, że w ciągu dnia będzie tych rozmów więcej, dlatego postanowił przenieść się z pracą do biura. Poprosił swojego aplikanta, żeby także stawił się osobiście, zamierzał bowiem wypełnić obietnicę złożoną żonie i przyjrzeć się bliżej osobie dyspozytora numeru alarmowego.

W budynku panowała kompletna cisza. Prokurator zdjął maskę już na korytarzu i szedł wolno, wsłuchując się w echo własnych kroków. Wszedł do gabinetu i wciąż ubrany w płaszcz, opadł ciężko na fotel.

"A już polubiłem Wiśniewskiego" - dumał smętnie. "Szkoda by było, żeby mu się coś stało".

Zerknął na wyświetlacz komórki. Wiedział, że operacja komisarza była w toku i że mogła potrwać wiele godzin, co tylko potęgowało trawiący go niepokój.

Kącki wspominał, co powiedział mu wcześniej Koterski: "Uraz głowy to nie przelewki. I tak miał więcej szczęścia niż inni. Teoretycznie powinien nie żyć, tak blisko epicentrum się znajdował. Nie wiem, jakim cudem ocalał...". "Może naprawdę zdarzył się cud?" - myślał warszawski prokurator.

Na dźwięk pukania w drzwi zerwał się z miejsca, udając, że właśnie przyszedł.

- Proszę - zawołał, rozpinając płaszcz.

- Panie prokuratorze... - Do środka zajrzał młody aplikant. - Jestem.

- Świetnie!

- Ale jest też ten policjant. - Mężczyzna wskazał na korytarz, gdzie stał posterunkowy Kałuża. - Chce z panem porozmawiać.

- Niech wejdzie i mówi, o co chodzi.

Kałuża wszedł do gabinetu, zsunął szalokominiarkę z twarzy i zdjął furażerkę.

- Dzień dobry - przywitał się. - Posterunkowy Kałuża. Przychodzę, bo dowiedziałem się o tym zamachu pod Wrocławiem...

Kącki popatrzył na niego podejrzliwie.

- Tak szybko się rozniosło?

- A nie, to nie tak... - Kałuża uśmiechnął się blado. - Chodzi o to, że ja pomagałem komisarzowi Wiśniewskiemu przy sprawie Patrycji Domagały, a on teraz...

- Jak to pomagałem? - Kącki zmarszczył brwi.

- W zasadzie... ja mu o niej powiedziałem. Znam matkę Patrycji i... ogólnie tę sprawę.

- Aha. I co w związku z tym?

- Dziś rano chciałem się z nim skontaktować i dowiedziałem się o tym, co się stało. Poszedłem do swojego szefa, a on stwierdził, że skoro tak się sprawy mają, to Stołeczna przejmie to śledztwo.

- To źle? - zapytał Kącki, choć już wiedział, w którą stronę zmierzał pan posterunkowy.

- No tak! Bo oni położą papiery na biurku albo schowają je do szafy i zapomną o nich.

- A wam zależy, żeby tak się nie stało, tak?

- Dokładnie. Zadzwoniłem do pana inspektora Kotowicza i on zasugerował, żeby spróbować pana poprosić o pomoc. Więc... proszę.

Kącki usiadł na fotelu i położył zaplecione dłonie na biurku.

- To zaiste godna podziwu determinacja - przyznał, zerkając na aplikanta, który uśmiechnął się pod nosem. - Pan poczeka, dobrze? Tylko załatwię coś z tym tu, człowiekiem... Co masz dla mnie?

- Sprawdziłem tego dyspozytora. - Chłopak podał Kąckiemu cienką teczkę na dokumenty. - Wiesław Pęk.

- Jak ten polityk? - zaśmiał się Kącki. - Niesamowite!

- Ale... - Kałuża podniósł palec, jakby był uczniem w szkole. - O co chodzi z tym Pękiem? Bo ja go znam.

- Tak? - Prokurator nałożył okulary do czytania i otworzył teczkę. - Jakiś pana znajomy?

- Nie! On nie wysłał karetki do Patrycji Domagały.

Kącki znów na niego spojrzał.

- Naprawdę? - zapytał, zdejmując szkła.

- Tak! Wszystko jest w papierach, które już pan dostał. Także transkrypcja ich rozmowy i chyba nagranie.

Kącki skinął na aplikanta, który odwrócił się w stronę regału i zdjął z niego grubszą teczkę.

- Proszę. - Podał dokumenty prokuratorowi.

- Wobec tego... - Kącki nabrał powietrza w płuca - może rzeczywiście moglibyśmy sobie pomóc.

- Panie prokuratorze, ja się całym sercem w tę sprawę zaangażuję - zaczął Kałuża z przejęciem w głosie. - Tylko że jestem zwykłym posterunkowym, mogą mnie wysłać do jakiegoś patrolu czy coś...

- Dobrze, dobrze! - Kącki machnął ręką. - Załatwimy to z pana szefami. O, czekajcie! Ktoś pisze. Może z Wrocławia? - Chwycił telefon nerwowym ruchem, zmrużył oczy i zaczął czytać. Pisała jego żona: "Robert, właśnie dostałam wiadomość ze szpitala. Ten mężczyzna zmarł pół godziny temu. Mam nadzieję, że coś z tym zrobisz". - Aha... - stwierdził cicho prokurator. - Czyli zrobiło się poważnie. No nic. Bierzmy się do pracy, panowie.

II

Kotowicz stał oparty o barierkę parkingu obok stacji benzynowej. Popijał kawę, parząc sobie język, i obserwował z oddali, jak ich kierowca tankuje auto Łukasza Meyera. Mężczyzna także miał na imię Łukasz, a Tomka przechodziły dreszcze na sam jego widok.

Masywny łysol w skórzanej kurtce ze złotym "kajdanem" na szyi - wyglądał, jakby właśnie jechał na spotkanie z szefem mafii, który będzie wydawał mu rozkazy. Trudno było uwierzyć, że Brzeziński wyrażał się o nim w samych superlatywach i jak stwierdził, ufał mu bezgranicznie. Przy bliższym poznaniu robił zresztą całkiem przyjemne wrażenie, starał się ładnie wysławiać i był bardzo grzeczny. Jak większość mafijnych żołnierzy był jednak bezwzględnie posłuszny swojemu bossowi, w tym wypadku pułkownikowi Brzezińskiemu, jak go nazywał. Dlatego też, zaraz po minięciu zjazdu na Łódź, zatrzymał się na stacji benzynowej i kazał swoim pasażerom iść kupić śniadanie.

- Nie słucham się was - padła wtedy zdecydowana odpowiedź na protesty Kotowicza i Meyera, którzy chcieli jak najszybciej znaleźć się we Wrocławiu. - Pułkownik mówił, że macie coś zjeść w trasie i chwilę odpocząć, to tak właśnie zrobicie. Ja zatankuję.

Panowie wymienili się wiele mówiącymi spojrzeniami, ale bez słowa wysiedli z auta i poszli do sklepu.

Teraz Tomek zerknął na stojącego nieopodal przyjaciela, który rozmawiał przez telefon, po czym rzucił okiem na własną komórkę. Czekali na jakieś wieści ze szpitala, ale na razie nikt się nie odzywał.

- Kto to był? - zapytał, kiedy Łukasz znów stał obok niego.

- Kałuża.

- Teraz dzwonił do ciebie?

- Mhm. Chciał namiary na Sebastiana.

- Czyli Kącki zgodził się pociągnąć tę sprawę? - Tomek był wyraźnie zdziwiony.

- Tak. Jakoś go przekonał. Będą dalej zbierać dowody.

- Wiśnia powinien się ucieszyć, jak się ocknie.

Łukasz pokiwał smętnie głową.

- Nie dzwonili? - zapytał.

- Nie. - Kotowicz zacisnął usta.

- A myślałeś o tym, jak się z nim pokażemy gdziekolwiek? - Meyer skinął w stronę ich kierowcy.

Kotowicz parsknął śmiechem.

- To nie jest zabawne. - Łukasz pokręcił głową. - Przecież nas wyrzucą, jak przywiezie nas łysy bandzior. Ja bym z takimi ludźmi nie gadał.

- O Boże! - Tomek potarł palcami powieki. - Może się uspokoisz, jak ci powiem, że napisałem Jabłońskiemu, że jedziemy pociągiem. Odpisał, że postara się kogoś wysłać po nas na dworzec.

- O! Niezły plan. A co z tym tam?

- Powiemy mu, żeby jechał zarezerwować hotel. Chwalił się przecież, że zna wszystkie dobre i tanie miejscówki w mieście. Poza tym Brzeziński wyraźnie zaznaczył, że ma siedzieć schowany i działać, jeśli zajdzie potrzeba. Łukasz wie, co robić.

- Pewnie! Wszystkie Łukaszki to fajne chłopaki - stwierdził Meyer z zadowoleniem w głosie.

Dalsza podróż upłynęła im bez większych zakłóceń. Po drodze otrzymali wiadomość, że ktoś przyjedzie po nich na dworzec, gdy tylko dadzą znać, że są blisko.

Łysy Łukasz zgodził się wysadzić ich niedaleko stacji, kolejny raz podkreślając, jak dobrze zna miasto.

- Robiło się sporo rzeczy dla pana pułkownika - chwalił się. - Wcześniej też tam bywałem.

- A co robiłeś? - zapytał Kotowicz. - Jeśli można wiedzieć.

- Pewnie, że można. Kiedyś robiłem w gangsterce, ale po którymś pobycie w więzieniu mnie olśniło, że tak nie można żyć. Więc potem siedziałem głównie w ochronie na dyskotekach i imprezach sportowych, ale to mało płatne było, no i znów byłem blisko dawnych kolegów. Trafiło się, żeby ochraniać prezesa TVP, to skorzystałem.

- Telewizji Publicznej? - upewnił się Meyer.

- A-ha. - Łysol pokiwał głową. - Tak spiknąłem się z ludźmi pana pułkownika. Ja nigdy nie pracowałem na etacie, przywykłem do brania zapłaty pod stołem, więc różnica niby żadna, ale pan Brzeziński to inna liga. To prawdziwy szef, co dba o swoich, a nie jakieś tam dyrdymały.

- Na pewno - mruknął Meyer, zerkając do tyłu na kolegę.

- Powiedział, żebym się wreszcie ogarnął i zaczął myśleć o przyszłości. No i odłożyłem troszkę gotówki i będę otwierał siłownię u siebie, w Legionowie.

- Własny biznes - stwierdził Łukasz. - Ambitnie. Ja też jestem na swoim.

- Wiem, wiem. Znam jednego chłopaczka od pana.

- Kogo?

- Sebastiana. Supergość, naprawdę!

- Znasz... mojego Sebastiana? Skąd? - W oczach Meyera zagościł niepokój.

- Z siłowni właśnie. Strasznie sobie chwali pracę u pana.

- Miło mi to słyszeć. Ale on nie wie, co ty robisz?

- Nie. Ja się nie chwalę takimi rzeczami. Mówię, że ochraniam na zlecenie i tyle.

Łysy Łukasz przywiózł ich bezpiecznie we wskazane miejsce i pojechał zająć się rezerwacją hotelu. Kotowicz dostał wiadomość, że radiowóz czeka na nich przed wejściem głównym na dworzec, musieli więc przespacerować się przejściem pod peronami i przez dużą zabytkową halę, aż znaleźli funkcjonariuszy stojących przed wozem.

- Cześć - przywitał się Tomek. - Inspektor Kotowicz. To jest Łukasz Meyer.

- Witamy - powiedział zamaskowany policjant, odbierając od nich torby. - I zapraszamy do środka.

- Jedziemy do szpitala? - zapytał Kotowicz, kiedy ruszyli sprzed dworca.

- Na razie nie. - Policjant obejrzał się z przedniego siedzenia i pokręcił głową. - Na Podwale, do Wojewódzkiej. Tam zbierają się śledczy. Czekają na pana.

Meyer z Kotowiczem nie byli zadowoleni z takiego obrotu spraw, ale nie pozostało im nic innego, jak tylko się podporządkować.

Dojechali na miejsce bardzo szybko. Funkcjonariusz zaprowadził ich do wnętrza budynku i pokierował do dużego pomieszczenia, w którym było już sporo osób. Jeden z oficerów podszedł do nich i wyciągnął rękę na powitanie.

- Jabłoński - przedstawił się. - Rozmawialiśmy wcześniej.

- Kotowicz. A to mój kolega, Meyer. Będzie dla mnie wsparciem, bo nie mam teraz za dużo dyspozycyjnych ludzi.

- Dobra... Yyy, wie pan co... - Jabłoński podrapał się po uchu. - Czekamy na komendanta, ale ciągle go nie ma...

- Niech pan powie, co ustaliliście. Chciałbym jechać do swojego człowieka do szpitala jak najszybciej.

Jabłoński kazał wszystkim usiąść i słuchać uważnie. Przedstawił Kotowicza i poinformował, że śledztwo ma najwyższy priorytet, a także że nie wolno informować o jego szczegółach nikogo, zwłaszcza prasy.

- Jeśli chodzi o zabitych... - Urwał komisarz i spojrzał przelotnie na Kotowicza. - Mamy dwie ofiary. Panią aspirant od antyterrorystów z Warszawy i jednego naszego sapera. Dowódca "czarnych" ze Stolicy ma uraz głowy i pleców, ciągle jest nieprzytomny, pozostała trójka jego ludzi odniosła mniejsze obrażenia. Więcej się dowiemy po południu. Drugi z naszych saperów stracił lewą rękę i chyba już jest po operacji. Człowiek pana inspektora doznał bardzo poważnego urazu głowy i wciąż jest operowany... - przerwał i odetchnął głośno. - No i mamy jeszcze zabitą lekarkę w domu oraz jej męża, na którego zawalił się strop. Łączymy ten zamach z zamachem na Kamieńskiego, ponieważ zabici lekarze pracowali i mieszkali razem. To znaczy... mieszkali w tym samym bliźniaku. Nie byli parą. Z osób, które ucierpiały, choć nie bezpośrednio, mamy człowieka z dostawczaka, który przyjechał na miejsce zdarzenia jako pierwszy. W tej chwili znajduje się na obserwacji psychiatrycznej, bo... źle się poczuł i wymagał... takiej opieki.

Tomek zerknął na Łukasza, który tylko pokręcił głową i westchnął.

- Mówię o tym chłopaku nie bez powodu - ciągnął Jabłoński. - Mamy nagranie z kamery GoPro z jego wozu, na którym widać moment wybuchu, chociaż z oddali, oraz to, jak przyjeżdża na miejsce zamachu. Możemy w sumie obejrzeć to teraz.

Od tej chwili rozpoczęło się długie i żmudne śledztwo, z którego nic nie wynikło. Kiedy Kotowicz wspominał później chwile spędzone na komendzie przy Podwalu, z goryczą roztrząsał, jak wiele zrobiono, żeby się niczego konkretnego nie dowiedzieć.

Po pierwsze, z zupełnie niezrozumiałych powodów na odprawie nie wspomniano o dwóch policjantach z Wrocławia, którzy w zasadzie dowodzili tamtą akcją. Dopiero na drugi dzień Kotowicz i Meyer poznali Borkowskiego i Czabana, którzy byli hospitalizowani w tym samym szpitalu wojskowym przy ulicy Weigla. Ten pierwszy został wypisany bardzo szybko, miał jedynie powierzchowne obrażenia, za to jego kolega doznał skomplikowanego złamania nogi, wymagającego operacji.

Po drugie, większość wysiłku śledczych skupiała się na politycznych rozgrywkach pomiędzy oficerem pełniącym obowiązki dowódcy w dniu zamachu, nadkomisarzem Sierakowskim, a jego przełożonymi. Sierakowski musiał gęsto się tłumaczyć ze swoich decyzji, a że bardzo nie chciał ponieść odpowiedzialności za cokolwiek, usilnie starał się zwalić winę na kogoś ze swoich ludzi, głównie na Borkowskiego. Z powodu zatroskania o własną karierę nie poświęcał on czasu śledztwu i regularnie zakłócał pracę pozostałych.

No i po trzecie, może najważniejsze, od niemal pierwszych chwil po zamachu dolnośląska policja niechętnie współpracowała z Kotowiczem, traktując go niemal jak zło konieczne. Nie było więc mowy o sprowadzeniu posiłków z Warszawy ani tym bardziej o słuchaniu rad i teorii, jakie rodziły się w głowie Tomka.

Jeszcze tego samego dnia Kotowicz i Meyer poprosili o zawiezienie ich do szpitala wojskowego, a kiedy okazało się, że żaden z radiowozów nie jest dostępny i nie wiadomo, kiedy będzie, zadzwonili po łysego Łukasza. Od tego momentu poruszali się po Wrocławiu i okolicy wyłącznie z człowiekiem Brzezińskiego.

Złapanie kogokolwiek na miejscu, kto mógłby udzielić im informacji na temat Wiśniewskiego i pozostałych rannych, nie było łatwe. W końcu jednak udało się im spotkać z lekarzem z intensywnej terapii.

- Kowalik - przedstawił się. - Przepraszam, że czekacie tak długo, ale mamy straszne zamieszanie od kilku godzin.

- Może pan powiedzieć, co z naszymi ludźmi? - zapytał Kotowicz, czując jak niemal kipi narastająca w nim od rana frustracja.

- Wszyscy, którzy przechodzili zabiegi, na razie są wciąż na salach pooperacyjnych. Planuję przewiezienie ich w najbliższych godzinach do nas, na oddział.

- A możemy ich zobaczyć?

- Nie. - Kowalik pokręcił głową. - Nie w najbliższych dniach.

- Dniach?! - Tomek prawie krzyknął.

- Proszę pana... - Lekarz nie dokończył, tylko znów potrząsnął głową, sięgnął do kieszeni spodni i wyjął telefon. - Proszę zobaczyć. - Podniósł komórkę.

Na wyświetlaczu zobaczyli zdjęcie podłączonego do niezliczonych rurek i aparatur pacjenta na łóżku szpitalnym.

- W ogóle go nie widać spod tych kabli - powiedział Łukasz, nachylając się nad ekranem.

- To nie jest wasz kolega - wyjaśnił lekarz. - To saper, który stracił rękę, ale proszę mi wierzyć, jest w o wiele lepszym stanie niż pan Wiśniewski.

Kotowicz wyprostował się i zrobił mały krok w tył, patrząc na Kowalika szeroko otwartymi oczami.

- Tak... - westchnął lekarz. - Pana człowiek wygląda teraz gorzej. Jakiekolwiek odwiedziny nie wchodzą w grę. Kiedy zacznie samodzielnie oddychać, wtedy pomyślimy, czy kogoś możemy do niego wpuścić.

- A jakie są rokowania? - zapytał cicho Meyer. - Wiem, że to wcześnie, ale...

- Przeżył operację, a to dużo. Chirurdzy zrobili, co mogli, żeby uratować oko, ale w tej chwili wzrok nie jest tak istotny, jak to, żeby nie doszło do obrzęku mózgu. Gdy jego stan ustabilizuje się bardziej... Dopiero wtedy zobaczymy, na czym stoimy.

Kiedy zostali znów sami na korytarzu, Kotowicz oparł się plecami o ścianę, po czym zsunął po niej powoli i usiadł na ziemi. Łukasz chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie otworzyć ust. Jego nogi zdawały się wrośnięte w podłogę, po plecach zaczął spływać pot.

- Nawet nie zapytaliśmy o Bielunia - szepnął Kotowicz po chwili ciężkiego milczenia. - Ani o resztę...

Łukasz pokiwał głową i zerknął na zegarek.

- Robi się późno - oznajmił, patrząc na przyjaciela. - Jesteśmy na nogach od dawna. Musimy odpocząć, inaczej stres nas zeżre i nikomu nie pomożemy.

Wrócili do centrum miasta, gdzie mieli zarezerwowany hotel. Łysy Łukasz rzeczywiście się spisał i zamówił im nawet jedzenie do pokoju, widząc, w jaki kiepskich są nastrojach. Zjedli solidny posiłek, pierwszy od wielu godzin, ale niewiele ze sobą rozmawiali. Przed dziewiątą wieczorem doszli do wniosku, że nadszedł czas na wykonanie ważnych telefonów, w tym tych do swoich rodzin.

Rozmowa z Eweliną i dzieciakami, które jeszcze nie spały, nie przyniosła Tomkowi wiele pocieszenia, ale wzmogła jego chęć, by zrobić coś, co zmniejszyłoby uczucie bezsilności, dlatego zadzwonił do prokuratora Kąckiego.

***

- Nie ufam mu - powiedział stanowczo Borkowski.

Kotowicz obejrzał się w stronę drzwi, za którymi przed momentem zniknął prokurator Koterski.

- Jaki masz powód? - zapytał, patrząc znów na aspiranta, który leżał na szpitalnym łóżku.

- Nikt mu tu nie ufa - padła jeszcze bardziej zdecydowana odpowiedź. - Facet jest od ponad dwóch dekad umoczony w różne syfne sytuacje. To ostatnia osoba z prokuratury, do której bym się zwrócił.

Tomek wymienił spojrzenia z Łukaszem, który tylko lekko wzruszył ramionami.

- Okej - westchnął Kotowicz i potarł dłonią czoło. - Przyjmuję do wiadomości twoją opinię. Niestety w tej chwili to jedyna osoba z całego dolnośląskiego wymiaru sprawiedliwości, która w ogóle chce z nami rozmawiać. Nawet tutejsze CBŚP się na nas wypięło. Gadałem wczoraj z Kąckim, który dał mi na niego namiar i... Koterski od razu zaoferował pomoc. To on mi uświadomił, że byliście jeszcze ty i twój kolega, oraz zaproponował, żebyśmy się tu z tobą spotkali. Wprowadził nas do szpitala i wszystko załatwił. Póki co, nie mamy się do czego przyczepić w kwestii współpracy.

Borkowski przekrzywił głowę i przygryzł wargę. Przez chwilę nic nie mówił, tylko patrzył w przestrzeń ponad swoimi gośćmi.

- Rozumiem... - zaczął. - Pozwolę sobie jednak zachować pewien dystans do niego i jego obecności. Będę go tolerował tylko dlatego, że mnie też odsunęli od wszystkiego i jeszcze próbują przypiąć mi jakieś paragrafy... Zabrali mi nawet telefon. - Borkowski pokręcił głową. - Chwilami zazdroszczę temu saperowi w kostnicy...

- Nie mówiłbyś tak, gdybyś widział, co z niego zostało - powiedział cicho Łukasz.

- Widzieliście go?!

- Mhm - przytaknął Meyer. - Jego i tę dziewczynę od "czarnych".

- Boże... - szepnął Borkowski.

- Andrzej... - Kotowicz przysunął sobie stołek i usiadł obok łóżka. - Musimy zacząć pracować nad śledztwem, bez względu na wszelkie obstrukcje. Dziś z rana znów byliśmy na komendzie i... - zawiesił głos i zaśmiał się nerwowo - ...no nie wygląda to dobrze. Szczerze wątpimy, by tu komuś zależało na szybkim rozwiązaniu sprawy, zwłaszcza że mamy potwierdzone wieści z Warszawy, że media mają zakaz informowania o tym zamachu.

Borkowski spojrzał na niego zszokowany.

- Chyba, kurwa, żartujesz?

- Niestety nie. - Kotowicz zacisnął usta. - I na to nic nie poradzimy. Ale możemy skupić się na czymś, co wychodzi nam w życiu najlepiej, czyli na złapaniu złoli, którzy za tym stoją.

- A macie plan, jak to zrobić, skoro żaden z nas nie może być włączony do oficjalnego śledztwa? I skoro pomaga nam najbardziej skurwiały prokurator w całym regionie...

Tomek zaśmiał się cicho i podrapał po coraz bardziej siwej głowie.

- Będziemy prowadzić śledztwo nieoficjalne - odparł. - Sięgając po środki, jakie są w naszym zasięgu.

- Mam nadzieję, że są dobre - mruknął Borkowski.

- Lepsze, niż myślisz. - Meyer się uśmiechnął.

Do pokoju wrócił zdyszany Koterski.

- No dobra! - powiedział, pocierając dłonie z podekscytowania. - Mam trochę wieści o stanie chorych. Kolega Gadacz przeszedł wczoraj operację, ale jutro prawdopodobnie znów wezmą go na stół. Okazało się, że ma zgodność tkankową z mężem Gęsickiej, więc będzie mógł dostać część jego kości. Uniknie dzięki temu wstawiania metalowych elementów.

- Fuj! - skrzywił się Borkowski.

- Nie, to bardzo dobra wiadomość! - Koterski uniósł palec.

- Mąż tej lekarki mógł być dawcą? - zapytał Kotowicz.

- Tak! Inne organy już dawno zostały rozdysponowane, w tym rogówka dla waszego kolegi.

Łukasz także się skrzywił.

- Serio? Wkleili mu część oka innego faceta?

- Zgadza się. Szczęście w nieszczęściu... - westchnął prokurator. - Skoro o nim mowa... Komisarz jest na OIOM-ie, a lekarze wyrażają ostrożny optymizm, tak bym to ujął. Inspektor Bieluń jest utrzymywany w śpiączce farmakologicznej ze względu na stłuczenie mózgu, jakiego doznał. Trudno przewidzieć, jak potoczy się jego rekonwalescencja. Na razie... Saper, któremu urwało rękę, powoli dochodzi do siebie, ale mówią, że jego życiu nic bezpośrednio nie zagraża. A pan, panie Borkowski... Cóż, jutro do domu!

- Chciałbym się z tego cieszyć, ale jakoś nie potrafię - powiedział aspirant, odwracając wzrok.

Kotowicz poklepał go po ręce i spojrzał na Koterskiego.

- Dziękuję za te informacje.

- Jasne. - Prokurator uśmiechnął się blado. - Chociaż tyle mogłem zrobić.

- A nie mógłby pan pomóc z czymś jeszcze? - zapytał cicho Kotowicz.

- Z czym?

- Policja zamknęła w jakimś magazynie rzeczy naszych ludzi. Wie pan? Wozy i wszystko, co w nich mieli. Potrzebujemy odzyskać chociaż część z nich, na przykład materiały do innego śledztwa, które prowadził Wiśniewski. Kącki o nie pytał.

- Pewnie! - Koterski pokiwał energicznie głową. - Zobaczę, co da się zrobić. Zwłaszcza jeśli prosił o to Kącki.

***

Kotowicz zdecydował, że wrócą do Warszawy. Nie przyszło mu to łatwo, bo czuł, jakby zdradzał swojego człowieka, który zostaje sam w obcym miejscu. Brzeziński był innego zdania.

- Zdrowie rannych to akurat jedyna sprawa, nad którą w tej chwili mamy pełną kontrolę - zapewnił Tomka w rozmowie telefonicznej. - Ktoś zawsze będzie nad nimi czuwać w szpitalu i informować nas na bieżąco. Problemem jest śledztwo, którym musimy się zająć natychmiast. Proszę wracać i brać się do pracy.

Koterskiemu udało się wydobyć z magazynu policji rzeczy Wiśniewskiego i zabitej funkcjonariuszki.

- Nie było łatwo - przyznał, podając sportową torbę Kotowiczowi w hotelowym lobby. - Widziałem jeszcze przynajmniej jednego laptopa w workach. Postaram się go też odzyskać, bo wątpię, żeby śledczy do niego prędko zajrzeli.

- Bardzo panu dziękuję! - Tomek zajrzał do środka torby i zasunął zamek.

- Bądźmy w kontakcie. - Koterski wyciągnął dłoń na pożegnanie. - Ja postaram się tu wszystko obserwować. No i może uda się pomóc Borkowskiemu z tymi oskarżeniami przeciw niemu.

- Byłoby świetnie. - Inspektor uścisnął dłoń prokuratora i się uśmiechnął.

Kiedy Koterski wyszedł z hotelu, Tomek podszedł do stojących obok recepcji stolików i klapnął na jednym z foteli. Siedzący obok łysy Łukasz opuścił gazetę, którą zasłaniał twarz.

- Sprawdziłem go - powiedział, pokazując głową w stronę drzwi.

- Koterskiego?

- No. Nawet gangusy go nie lubią.

- To chyba niedziwne.

- Nie no... - skrzywił się łysy Łukasz - trochę to słabe, jeśli facet po wyrokach mówi, że prokurator to sprzedajna szmata.

- Niestety musimy z nim na razie współpracować. - Tomek potarł dłonią zmęczoną twarz. - A ty musisz go obserwować.

- Ma się rozumieć. - Człowiek premiera złożył gazetę i rzucił ją na stolik. - Borkowskiego też?

- Mhm. Ten, co prawda, będzie siedział w domu, ale musimy wiedzieć, czy nie wychodzi w podejrzanych celach.

- Jasne.

- Jesteś pewien, że chcesz zostać? - Kotowicz spojrzał na łysego Łukasza. - Brzeziński może wysłać kogoś innego.

- Nie. Zostanę. Ile trzeba. Mam tu ludzi, którym ufam. Pomogą mi w razie czego. Wy wrócicie, jak się wasz kolega obudzi.

Tomek pokiwał głową.

- Chodźmy spać - powiedział, wzdychając. - Ruszamy zaraz po śniadaniu.

III

W drodze powrotnej prawie nie rozmawiali. Meyer prowadził, a Kotowicz gapił się przez szybę na uciekający krajobraz. W pewnej chwili Tomek chciał zrobić uwagę, że od dłuższego czasu nikt nie dzwonił, ale wtedy właśnie odezwał się telefon Łukasza.

- Meyer, słucham?

- Dzień dobry - usłyszeli kobiecy głos. - Z tej strony Kamila Kubiak z Wiadomości Stolicy.

Łukasz zerknął na Tomka i uśmiechnął się pod nosem.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

- Naprawdę? Takie pytanie po tym, co się stało?!

- Pani Kamilo...

- Dobijałam się do komisarza Wiśniewskiego, aż w końcu mama Patrycji powiedziała, żebym zadzwoniła do posterunkowego Kałuży, bo się zaczęłyśmy martwić. I czego się dowiedziałyśmy?

Chwila niezręcznego milczenia.

- Boże kochany! - wybuchnęła młoda reporterka. - Dlaczego nie możemy o tym mówić? Dlaczego założyli nam kagańce?

- Ma pani na myśli dziennikarzy?

- Całe media! Tak się awanturowałam, że mój naczelny wysłał mnie na bezpłatny urlop.

- Przykro mi.

- Nie, nie musi się pan nade mną użalać. Przyjechałam do pani Haliny, więc mogę popracować nad materiałem do podcastu o Patrycji, ale... - Usłyszeli głośny oddech. - Co będzie z panem komisarzem? Przecież ja nic nie wiem!

- Pani Kamilo, na razie my też nie wiemy za dużo - odparł Łukasz, starając się zachować spokojny ton. - Jest nieprzytomny, w śpiączce, a najbliższe dni pokażą, czy... wyzdrowieje.

- Jezu! - zabrzmiała tak, jakby miała się rozpłakać. - Ja... Skontaktowałam się z kolegą z Wrocławia. Bo przecież media i tak węszą. Reporterzy jeżdżą po ludziach w całej gminie...

- Po Kobierzycach?

- Tak.

- I co mówią ludzie?

- Że jak wybuchło, to myśleli, że jest koniec świata. Niektórzy byli na miejscu zdarzenia, porobili zdjęcia, ale jest taka cenzura w mediach społecznościowych... jakiej za komuny chyba nie było!

Kotowicz pokręcił głową, ale nadal się nie odzywał.

- A pan wie, co się stało? Kto to zrobił? - zapytała. - Bo to wszystko nie ma sensu. Na Kamieńskiego podobno wybuch gazu był...

- Proszę pani... - westchnął Łukasz. - Wiemy tyle, ile pani, naprawdę. Ale... będziemy to badać. Proszę pracować nad sprawą Patrycji, bo myślę, że Wiśnię by to ucieszyło. I proszę nie wkurzać przełożonych. Potrzebujemy w mediach zaprzyjaźnionych reporterów.

- No tak... - Kamila pociągnęła nosem i zaśmiała się cicho. - Postaram się pilnować języka.

- I niech pani pozdrowi panią Halinę.

- Ojej! Oczywiście, zaraz to zrobię.

***

Meyer wszedł do domu i od razu wiedział, że atmosfera jest napięta. Nikt nie przywitał go przy drzwiach, nawet pies. Po dzieciach też nie było śladu. Postawił torbę w korytarzu i ruszył w stronę salonu, skąd dochodziły odgłosy rozmowy.

Rodzice Łukasza stali blisko schodów, jakby bronili przejścia na górę, Justyna siedziała na skraju fotela, a Aneta Wiśniewska zajmowała kanapę. Miny zgromadzonych świadczyły o tym, że prowadzą nerwową dyskusję.

- Dzień dobry wszystkim - przywitał się uprzejmie Łukasz. Zebrani spojrzeli na niego, lekko podskakując, jakby byli wystraszeni jego obecnością. - Co się dzieje?

- Nic... - zaczęła Aneta, wzruszając ramionami. W jej oczach Meyer dostrzegł niepokój.

- Co to to nie! - Zofia pokiwała palcem. - Właśnie, że się dzieje. I to przez tę panią.

- Mamo... - Łukasz uniósł dłoń. - Po kolei.

- Spakowała się i chce jechać do domu! - prawie krzyknęła Meyerowa.

- Ma do tego prawo - stwierdził Łukasz, po czym spojrzał na Wiśniewską. - Chociaż... Wolałbym, żebyś została tu z Bartkiem. Teraz nie jest dobry moment na samotne siedzenie w pustym mieszkaniu.

- I to jej powiedziałam! - uniosła się Zofia.

- To mój syn i mogę zrobić, co mi się podoba - wycedziła Aneta, krzywiąc się.

- Z tym akurat bym się nie zgodził. Dobro dziecka jest na pierwszym miejscu, a nie twoje chcenie - odparł Łukasz.

Aneta założyła ręce na piersi i opadła na oparcie kanapy z naburmuszoną miną.

Łukasz zdjął kurtkę, a Justyna zerwała się z miejsca, jakby dopiero uświadomiła sobie jego obecność.

- Daj to. - Wzięła jego odzienie i pocałowała go na powitanie. - Fajnie, że jesteś.

Meyer westchnął, po czym podszedł do kanapy i usiadł obok Anety.

- Nie wiem, co dokładnie się tu wydarzyło, ale teraz lepiej będzie, jeśli Bartek zostanie z nami - przyznał. - Jego tato jest w bardzo złym stanie i trudno stwierdzić, co przyniosą najbliższe dni. Dziecko powinno przebywać w przyjaznym środowisku. Nie obraź się, ale twoja obecność mu tego nie zapewni.

Kobieta posłała mu gniewne spojrzenie. Nie zdobyła się jednak na żadną kąśliwą uwagę.

- Poza tym... - ciągnął Łukasz - ...Robert prosił mnie osobiście, żebyśmy zajęli się Bartkiem, gdyby... gdyby doszło do podobnej sytuacji.

- Na pewno nie! - prychnęła Aneta.

- A jednak. Możesz się nie zgadzać z nami, ale my nie wypuścimy stąd Bartka, dopóki jego ojciec nie poczuje się lepiej. Ty możesz robić, co zechcesz.

Zofia pokiwała głową z tryumfalną miną. Stefan zerknął na nią z ukosa i przewrócił oczami.

- Zapłacicie mi za to! - Aneta zerwała się z kanapy.

- Nie sądzę - odparł spokojnie Łukasz. - Jaki masz plan w tej chwili?

- Jadę stąd - zapowiedziała, ruszając w stronę schodów. - Ale wrócę... z adwokatem.

- Jak uważasz. - Łukasz pokręcił głową i kolejny raz głośno westchnął.

Chwilę później Wiśniewska zbiegła na dół z torbą w dłoni. Bez słowa pożegnania zerwała płaszcz z wieszaka w korytarzu i wyszła z domu, trzaskając drzwiami.

Dopiero wtedy rodzice przywitali się wylewnie z Łukaszem. Meyer rozpakował się, opowiadając o szczegółach wizyty na Dolnym Śląsku. Kiedy przyszła pora kolacji, poszedł na górę zobaczyć się z dziećmi.

Rozmowa z Bartkiem nie była łatwa, ale Łukasz mógł przysiąc, że w zapłakanych oczach chłopca dostrzegł iskrę radości, kiedy poinformował go, że mama wróciła do domu bez niego. Szczepan od razu wszedł w rolę opiekuna, zapowiadając, że może oddać Bartusiowi wszystkie swoje zabawki, a nawet łóżko.

- Mogę spać na podłodze - zapewnił mały Meyer.

- Myślę, że nie będzie takiej potrzeby - powiedział Łukasz, mierzwiąc mu włosy. - Ale to bardzo miłe z twojej strony. No dobra. A teraz myjcie ręce i wołajcie Marikę na kolację.

W czasie posiłku atmosfera zdecydowanie się poprawiła. Zofia ze Stefanem z zachwytem przyglądali się wnukowi, który był bardzo grzeczny i troskliwy wobec Bartka. Po kolacji zaproponowali wspólną zabawę, więc rodzice mogli zostać na dole i spokojnie porozmawiać o całej sytuacji. Kiedy siedzieli w wygodnych pozach na kanapie, popijając wino przy dźwiękach muzyki, ktoś zadzwonił do drzwi.

- Naprawdę? - Łukasz zerknął na zegarek i się zmarszczył.

- Sprawdź na kamerze, kto to - zasugerowała Justyna.

Jej mąż tylko machnął ręką i poszedł otworzyć. Po chwili przyprowadził ze sobą Kasię.

- Cześć! - przywitała się kobieta, stając na środku salonu.

- To ty?! - Justyna nie mogła być bardziej zdziwiona. - Siadaj! Co cię sprowadza?

- A, byłam na obserwacji z człowiekiem Stebnickiego i właśnie wracam do domu. I nie, nie będę siadać, bo mam krótką sprawę do was.

- No to mów. - Łukasz przycupnął na pufie. - Zamieniamy się w słuch.

- Po pierwsze, wiadomo coś o Robercie?

- Nic poza tym, co wiedzieliśmy po południu i o czym ci pisałam w wiadomości - powiedziała Justyna. - Przykro mi.

- Rozumiem... Bo ja właśnie chciałam zapytać was o jego... sprawy. Wiecie, że najął Stebnickiego do...

- Śledzenia Anety? - Łukasz się uśmiechnął.

- Właśnie. Do tego i nie tylko tego... Tak czy inaczej, biorąc pod uwagę obecne okoliczności, czy uważacie, że Stebnicki nadal powinien realizować to zlecenie? I absolutnie nie chodzi o to, że Zbigniew się boi, że straci kasę. Nic z tych rzeczy! Po prostu zastanawiał się, czy... w ogóle wypada i czy ma to sens.

- Moim zdaniem bardziej niż przed wypadkiem Roberta - odparł Łukasz zdecydowanym tonem. - A gdyby, nie daj Boże, coś się złego stało, my pokryjemy koszty, bo zebrane dowody wykorzystamy w sądzie, walcząc o opiekę nad Bartkiem. Sądzę, że taki też był zamysł Wiśni.

Kasia spojrzała na Justynę, która energicznie pokiwała głową.

- Aha. Zatem wiemy, na czym stoimy - przyznała, po czym uśmiechnęła się ciepło.

- Tak, wiemy - stwierdził Meyer. - Przekaż Stebnickiemu, że w razie potrzeby może kontaktować się z nami bezpośrednio.

- Tak zrobię. - Kasia zaczęła zapinać kurtkę. - Dobre z was dusze.

Meyerowie spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem.

- Zależy, kto pyta - chichotała Justyna. - Wracaj do domu. Będziemy w kontakcie.

IV

Kiedy się ocknął, ujrzał nad sobą biały sufit szpitalnej sali.

Wiedział, że jest źle. Nie widział na jedno oko. Był jakiś problem z jego płucami i bardzo, ale to bardzo bolała go głowa. Próbował coś powiedzieć, ale bez powodzenia. Szybko się zorientował, że jest na sali sam. Wymacał ręką przycisk, który powinien znajdować się w zasięgu dłoni chorego, i nacisnął go. Przez dłuższą chwilę nic jednak się nie wydarzyło, więc znowu zapadł w letarg.

Obudziło go wołanie.

- Robert - mówiła do niego jakaś kobieta. - Robert, ocknij się. Czas się obudzić.

Uniósł powiekę lewego oka.

Twarz młodej kobiety patrzyła na niego z góry. Wyglądała znajomo. Pomyślał jednak, że to prawdopodobnie przez jej dość pospolite rysy. Pielęgniarka. To na pewno pielęgniarka.

- Już nie śpię - powiedział. Otworzył oko szerzej, ale kobiety już nie było.

Znów zaczął szukać przycisku. Kiedy go nie znalazł, sięgnął dłonią do głowy. Wymacał bandaże, opaskę na prawym oku i lekko opuchniętą szczękę. Dotarło do niego w jednej chwili, że skoro przeżył wybuch, to zaraz pewnie zwali się na niego horda wygłodniałych policjantów chcących dowiedzieć się, co się stało. A przecież on nie wiedział, co się stało. Był na miejscu, był świadkiem, ale niczego nie widział ani niczego nie słyszał. Był ofiarą. I ta myśl najbardziej go denerwowała. Złość i rozgoryczenie zalały całe jego ciało. Sprawiły, że zdrowe oko też przestało cokolwiek wiedzieć.

"Kurwa, nie chciałem tu przyjeżdżać! Wiedziałem, że to zły pomysł. Czułem to. I teraz jestem w tej sytuacji. I nie wiem, co się dzieje. Ja pierdolę!"

Złość wlała w jego ciało nowe siły. Uniósł się lekko, chociaż z wielkim bólem, i zaczął raz jeszcze szukać przycisku wywołującego pielęgniarkę. W końcu go znalazł i zaczął dzwonić jak oszalały. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Już po kilkunastu sekundach do jego sali wpadły dwie ubrane na różowo kobiety.

- Co tak długo, ja jebię - warknął mimo to.

- Ale super, że się pan dobrze czuje! - Jedna z nich była wyraźnie zadowolona. Zdawała się nie słyszeć jego nieuprzejmego tonu. - Tosia, wołaj lekarza. Powiedz, że mamy cudowne ozdrowienie.

- Długo... Yyy... Długo spałem?

- Kilka dni.

 - Dni? Jak to? Co mi jest? Co z moim okiem? Czy mój syn...

- Spokojnie. - Położyła dłonie na jego ramionach. - Wszystko po kolei. Lekarz przyjdzie i opowie o szczegółach. Miał pan operację głowy i oka, które najprawdopodobniej zostało uratowane, ale trudno w tej chwili powiedzieć, czy na pewno. To jest kwestia miesięcy, zanim się cokolwiek okaże.

- Jezu! - jęknął, opadając na poduszki.

- O, jest pan doktor... - Pielęgniarka obejrzała się w stronę drzwi.

- Widzę, że mamy tutaj kogoś, kto jest gotowy do pełnego wyleczenia - zauważył wesoło wysoki lekarz, który wszedł do sali. - Strasznie się cieszymy, że pana odzyskaliśmy.

- A mój syn... - Robert zaczął, ale urwał, widząc, jak lekarz uniósł dłoń.

- Z pana rodziną jest wszystko w porządku. Nie zalecaliśmy, żeby żona przyjeżdżała tutaj z dzieckiem. Uważam, że to za duży stres, zwłaszcza w pandemii. A przy okazji... Jestem doktor Kowalik. Pan znajduje się na oddziale intensywnej terapii. Wszyscy się tutaj panem bardzo dobrze zajmowali. I pana kolegą.

- Kolegą? Kto...

- Ten inspektor. Yyy... Tylko że on wciąż jeszcze nie odzyskał przytomności. Wie pan, wiek robi swoje, stres i tak dalej. No jest troszkę słabszy, ale jesteśmy dobrej myśli. Pana operacja na oko się udała. Czy będzie pan w pełni widzieć, czy w ogóle będzie pan widzieć na to oko... Okaże się w ciągu najbliższych tygodni, miesięcy, a może i roku. Cóż, opaska pirata tylko doda panu uroku.

Pielęgniarki roześmiały się, chociaż Robertowi wcale nie było wesoło. Chciało mu się kląć i krzyczeć.

- Złamał pan trzy żebra. Na szczęście nie uszkodziły płuc, ale może pan odczuwać dyskomfort podczas oddychania. Ma pan poobijane plecy od upadku. Lewy bark jest też nieco... że tak powiem... nadwyrężony. Poza tym jednak nic panu nie jest.

- A co to za szpital?

- A, racja, przecież pan nie wie - rzucił lekarz i zaśmiał się głośno. - Szpital wojskowy we Wrocławiu. Najlepszy w regionie. - Poklepał go po dłoni. - Zapewniam pana. Jeśli przeżył pan zamach terrorystyczny, nie mógł pan trafić lepiej.

- A co z innymi? - zapytał cicho. - Komuś jeszcze coś się stało?

Zgromadzony wokół jego łóżka personel spoważniał nagle.

- Mmm... No cóż. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Ta pani lekarka, do której jechaliście... Niewiele z niej zostało. Zdaje się, że cały ten atak był precyzyjnie wymierzony w nią. Pewnie koledzy opowiedzą panu więcej szczegółów. Zginęła jedna z policjantek od was, z Warszawy, i jeden z saperów. Ogólnie z tego, co zdążyłem się zorientować, jest niezły burdel... i w sumie cieszę się, że nie jestem mundurowym i mogę się zajmować swoimi pacjentami. Rozumie pan?

- A pan nie jest wojskowym, doktorze? Pracuje pan w szpitalu wojskowym w końcu.

- Ha, ha! Ma mnie pan. - Lekarz pokiwał palcem. - Tak, mam nawet stopień majora. Ale, panie, co to za służba? Czasem pojedzie się na jakieś ćwiczenia i tyle. No nic, skoro czuje się pan lepiej, zostawiam pana w rękach naszych sióstr. Zdejmą panu cewnik, bo pewnie już nie będzie potrzebny. Z nogami u pana wszystko w porządku, więc wkrótce spokojnie pójdzie pan sam do toalety, a na razie kaczka wystarczy. Proszę słuchać naszych pielęgniarek. Pewnie za jakiś czas zjawi się fizjoterapeuta, żeby obejrzeć to ramię. No i niedługo będzie mógł pan wrócić do domu, tam zajmą się panem inni lekarze. Teraz proszę odpocząć.

Robert nie zapamiętał momentu, kiedy lekarz wyszedł z sali. Nie wiedział też, kiedy pielęgniarki ściągały mu cewnik. Może i dobrze. Nic przyjemnego widzieć, jak obce kobiety, gmerają ci przy klejnotach.

***

- Ocknął się już kilka razy przedtem, ale lekarze mówią, że teraz to już na dobre - emocjonował się Borkowski. - Gada składnie, jest w pełni przytomny i podobno klnie jak szewc.

- No dobra. - Kotowicz potarł twarz energicznym ruchem, jakby chciał się szybko obudzić. - Wobec tego przyjedziemy z Meyerem najszybciej jak się da. Tylko że...

- Tak?

- Kurwa, co my mu powiemy?

- W jakim sensie?

- Minął ponad tydzień, a my jesteśmy w dupie ze śledztwem.

- No tak. Wszystko jest w dupie, nie tylko śledztwo.

- Ty przynajmniej masz z głowy ewentualne oskarżenia. Koterski się postarał.

Borkowski nie odpowiedział od razu. Westchnął głośno z wyraźną irytacją.

- Akurat to cieszy mnie najmniej - mruknął. - Długo o tym myślałem i... jestem tak samo winny jak Sierakowski. I zanim sprzedasz mi głodne kawałki o błędach, do których mamy prawo, powiem ci, że ja też widziałem naszych ludzi w kostnicy... To wszystko jest również na moim sumieniu.

- Andrzej... słuchaj, pogadamy, jak dojedziemy na miejsce. Dzięki za dobre wiadomości i za trzymanie ręki na pulsie - skończył Kotowicz i nie zdążył odłożyć komórki na blat, bo zadzwonił do niego Łukasz. - Hej, Meyer! Już wiem.

- Yyy... Tak? A skąd? Znaczy się... O Wiśni, tak?

- Tak. Borkowski zadzwonił. Zaraz pewnie Brzeziński się odezwie.

- Pewnie tak, bo do mnie przekręcił Łukasz. Kazałem mu rezerwować nam hotel.

- Dobra myśl. Ja mogę zaraz się zebrać. Torbę mam pod biurkiem i jest spakowana.

- To przyjeżdżaj! Grzeję auto.

Do szklanych drzwi gabinetu Kotowicza zapukał Słomkowski, wsunął głowę i zapytał:

- Co się dzieje? Z daleka widzę, że coś dobrego.

- Wiśnia się obudził. - Tomek schylił się po torbę i położył ją na blacie. - Zostawiam cię znów z naszym bałaganem.

- Jasne. - Marcin się uśmiechnął. - Cieszę się. Chcesz go przywieźć do Warszawy?

- Marzę o tym! Musimy jednak być realistami i zakładać, że lekarze się nie zgodzą. Zobaczymy.

Kiedy Kotowicz jechał na Żoliborz, zadzwonił Brzeziński.

- Rozumiem, że wybieracie się zaraz na Dolny Śląsk z kolegą - powiedział premier.

- Tak. Powinienem być u Meyerów za dziesięć minut.

- Świetnie! Mój człowiek we Wrocławiu donosi, że obserwacja pana prokuratora nie przyniosła żadnych sensacyjnych odkryć. Poza tym zajmie się znów waszym bezpieczeństwem. Możecie całkowicie na nim polegać.

- Tak, Łukasz jest niezawodny - odparł Kotowicz.

- Co do pozostałych spraw... - zawiesił głos Brzeziński i sapnął - cóż... Na całe szczęście kurz politycznych przepychanek nieco opadł. Podkreślam... nieco. Wreszcie ustalili sobie, kogo tam we Wrocławiu odsuną od śledztwa, a kto może się nim zajmować.

- Słyszałem, że Główna się wmieszała.

- Tak, ale to nie jest dobra wiadomość.

- Dlaczego?

- Za blisko biurka Kickiego.

- No tak... - skrzywił się Tomek.

- My cieszymy się, że od tygodnia nikt więcej nie wyleciał w powietrze, a oni się martwią, jak ta historia wpłynie na ich kariery. Czyli... nic nowego. No dobrze, panie inspektorze. Proszę jechać bezpiecznie i dalej zajmować się tym, czym należy. Zdzwonimy się pewnie wieczorem.

- Oczywiście. Do usłyszenia.

Meyer czekał na niego przed furtką, ale na widok kolegi ruszył w stronę swojego auta. Justyna stała przed wejściem i kiedy jej mąż zajmował miejsce kierowcy, skinęła na Kotowicza.

- Zrobiłam wam kawę - powiedziała, podając mu nieduży termos. - Planowałam też przygotować kanapki, ale wypadł jak strzała i nie chciał w ogóle o niczym słyszeć.

- Dzięki, Justyś! - Tomek wziął termos i się uśmiechnął.

- Trzymasz się? - Spojrzała na niego z niepokojem.

- Tak, bywało gorzej. To pierwszy moment od wielu dni, kiedy czuję się nieco lepiej.

- To zrozumiałe. Meyer coś wspominał, że nastroje nie są najlepsze, zwłaszcza we Wrocławiu.

- No nie są - przyznał. - Borkowski jest coraz bardziej załamany, ale odmawia pomocy psychologicznej, chce tylko pracować. Jego kolega wyszedł ze szpitala i jest w jakiejś placówce rehabilitacyjnej, ale nie odbiera nawet telefonu. O gościu z urwaną ręką nawet szkoda wspominać... - Pokręcił głową. - Będziemy wszyscy się zbierać jeszcze długo.

Justyna obejrzała się, bo Łukasz zaczął nerwowo trąbić.

- No dobra... - westchnęła. - Dawaj kluczyki do auta i jedź z tym wariatem.

- Dzięki. Słyszymy się wkrótce.

***

Kiedy Robert znów był całkiem świadomy i otworzył oczy, zobaczył przed sobą twarze Kotowicza i Meyera. Ich widok ucieszył go tak bardzo, że o mało się nie rozpłakał. Oni też byli wzruszeni.

- Chłopie, gdybyś nie był tak strasznie pokiereszowany, to bym cię teraz uściskał. Tak że znowu by ci się żebra połamały. - Meyer złapał jego dłoń.

- No nie wątpię - mruknął Robert. - Na pewno byś to zrobił.

- Znasz mnie. Pan Wrażliwy. To moje drugie imię.

- Cieszę się, że was widzę, nawet nie wiecie, jak bardzo.

- Domyślamy się - powiedział Kotowicz i się uśmiechnął. - A ty nawet nie wiesz, jak my się cieszymy, widząc, że nic ci nie jest.

- No bez przesady. - Robert przewrócił zdrowym okiem.

- Nic ci nie będzie. Naprawdę! - zapewnił inspektor. - Na całe szczęście masz lewe oko dominujące. W razie czego utrata prawego nie wpłynie na twoje umiejętności strzeleckie.

- Jakby akurat to było w tej sytuacji najważniejsze. - Robert pokręcił lekko głową, ciesząc się przy okazji, że ta już go nie boli. Dopiero wtedy zrozumiał, że otaczają go różne urządzenia, które wydawały z siebie irytujące piski.

- Nie, na serio. Lekarze są naprawdę dobrej myśli.

- Długo tu jesteście?

- Nie, niedawno przyjechaliśmy. Wsiedliśmy w auto, jak tylko lekarze przekazali nam, że się obudziłeś. Jechaliśmy naprawdę szybko. Wierz mi.

- Wierzę. To co? Powiecie mi, co się stało? Co się dzieje? W jak głębokiej dupie jesteśmy?

Kotowicz, przysunął sobie krzesło i usiadł obok jego łóżka. Meyer oparł się tyłkiem o parapet.

- Dupa jest głęboka, tyle ci powiem - zaczął inspektor. - Cała ta akcja... No wiesz, w szpitalu i tak dalej... Wszystko było tak beznadziejnie prowadzone, że po prostu aż się prosiło o jakiś wypadek. Zamachowiec, kimkolwiek jest, po prostu miał was jak na widelcu i w zasadzie może sobie jeździć po Polsce i zabijać dalej, bo my wciąż nie wiemy, kto to jest.

- Był jakiś trop - oznajmił cicho Robert.

- No i w sumie nadal jest. Tylko że nasi dzielni lekarze, którzy są już po drugiej stronie, mieli tak licznych wrogów, że lista podejrzanych ciągnie się w nieskończoność.

- Justyna też ma swoje typy - odezwał się Meyer. - Uprzedzając twoje pytanie, widziałem jej listę. Teoretycznie wygląda sensownie, ale nikt na niej nie ma żadnego powiązania z lekarzami.

- Czyli że opcja zemsty nadal leży na stole, tak?

- Dokładnie. - Kotowicz pokiwał głową.

- Aha, coś mi się przypomniało... - Robert dotknął dłonią czoła. - Jak jechaliśmy do domu tych lekarzy, odezwał się do mnie Kałuża. Napisał do mnie wiadomości o lekarce z SOR-u na Kasprzaka. Podobno mnie szuka. Mnie i Kasi.

- Tak, szuka. - Inspektor wydął usta. - Twoja koleżanka Katarzyna wcale nie jest Katarzyną. Poszła z tobą na fałszywy dowód, co w sumie nie jest zbyt legalne, ale dzięki temu, i dzięki maseczkom, jesteście praktycznie nie do rozpoznania, nie do zidentyfikowania na nagraniach, którymi dysponuje szpital.

- Uff! Ale ulga - mruknął Robert z sarkazmem. - Nie jest Katarzyną? To jak ma na imię?

- Nie wiemy. - Kotowicz uśmiechnął się kącikiem ust. - W ogóle tej akcji nie było. Oficjalnie nigdzie nie byłeś, niczego nie sprawdzałeś, nikomu nie groziłeś prokuratorem.

- Rozumiem. - Wiśniewski też się uśmiechnął. - Ale szukała nas, bo chciała nas o coś oskarżyć?

- Tak, i sądzę, że to jest dowód na to, że wasza akcja przyniosła skutek. Zresztą, jak wrócisz do Warszawy, to pogadasz z Kałużą i dowiesz się od niego więcej szczegółów. Bo ta sprawa trafiła także do niego i to dzięki niemu o niej się dowiedzieliśmy. No powiedzmy, że brał udział w jej tuszowaniu.

- Mmm. Niezły z niego tajniak.

- No ma zadatki - parsknął Meyer. - A przy okazji. Mam dla ciebie od Bartusia list. Spakował też jakiegoś batonika, żeby osłodzić ci życie, no i bardzo tęskni. Bardzo, bardzo. Nie mówiliśmy mu oczywiście, że stało się, co się stało. Tylko pobieżnie, że tatuś miał wypadek w pracy. I tyle.

Robert spojrzał na niego zaniepokojony.

- O czym ty mówisz? Ta sprawa nie jest nagłośniona?

- Nie za bardzo. Wcale w zasadzie - odpowiedział Kotowicz.

- Niemożliwe! Przecież zginęli funkcjonariusze.

- No i dlatego nikt nie chce takiej wtopy ujawniać. Zwłaszcza że była do uniknięcia.

- Chłopaki, kto zginął? Aneta?

- Nie. Jakaś Jola...?

- O Boże! - Robert poczuł, jak uchodzą z niego wszystkie siły. - Opowiadała nam wieczorem o tym, jak planuje wesele. Jej narzeczony pracuje w banku. Mówiła, że mają superukład, bo jego oddział znajduje się blisko jej kompanii. Taka była szczęśliwa. Jak zginęła? Jeśli wiecie.

- Wiemy... - Kotowicz spojrzał niepewnie na Meyera. - Niestety wiemy.

- Słuchaj, ten wybuch to była masakra. - Detektyw kręcił głową, jakby sam nie dowierzał w to, co mówi. - W samochodzie pułapce trotylu było tyle, że zamachowcowi musiało chodzić o zniszczenie domu, a nie tylko o zabicie lekarki. To, że ty i Bieluń przeżyliście, graniczy z cudem.

- Powiedzcie mi, jak zginęła Jola...

- Element samochodu odciął jej głowę - wyjaśnił Kotowicz, choć niechętnie. - Kawałek blachy po prostu ją zdekapitował. Podejrzewam, że nawet nie wiedziała, co się dzieje.

- Ja nie wiedziałem. Widziałem tylko błysk. A potem Meyera.

Łukasz wyprostował się gwałtownie.

- Mnie?

- Tak. Mój mózg odtworzył mi sytuację, kiedy opowiadałeś o swoim wybuchu z Afganistanu. Wiesz, o pisku w uszach, złamanych żebrach i tak dalej... Widziałem cię tak, jak teraz cię widzę, może nawet lepiej. Widziałem też Bartka. I to było najgorsze. - Robert spojrzał w sufit i przełknął ślinę, walcząc ze łzami. - Myśl, że już go nigdy nie zobaczę ani że on nie zobaczy mnie...

Przez chwilę nic nie mówili. Kotowicz odwrócił wzrok i zaciskał mocno pięści. Meyer popadł w zadumę.

- To wszystko nie miało sensu - zaczął w końcu Robert. - To nie powinno się było wydarzyć. My nie powinniśmy byli jechać do Wrocławia. Niepotrzebnie jechaliśmy na tę wieś. Borkowski miał za mało ludzi, bo jego dowódca mu nikogo nie dał. Zgłosiło się tylko kilku saperów. Potrzebował wsparcia, więc dołączyliśmy. Wszystko na nic. Tylko śmierć i ból.

Wiśniewski wiedział, że Meyer walczy ze sobą, żeby nie powiedzieć niczego złośliwego. Taką miał naturę, że lubił rozładowywać napięte sytuacje, ale tym razem zacisnął usta i przemilczał, cokolwiek przychodziło mu akurat do głowy.

- Chcieliście uratować życie tej lekarce - przerwał ciszę Kotowicz. - To zrozumiałe. To leży w naturze naszej służby. W ten sposób realizujemy słowa naszego ślubowania. Brzmi to górnolotnie, a nawet paździerzowo, ale taka właśnie jest prawda. Wszelkie przesłanki mówiły o tym, że życie kobiety jest zagrożone, więc naraziliście swoje. I masz rację, popełniono błędy, i gdyby akcja była prowadzona od początku właściwie, to by się to po prostu nie wydarzyło. Rozmawialiśmy z Borkowskim... Musisz wiedzieć, że od chwili, kiedy wyszedł ze szpitala, dzwoni do nas bez przerwy. Ma takie poczucie winy, że niektórzy się bali, że sobie coś zrobi. W ogóle nie wiadomo, czy wróci do służby.

- Też bym miał. Ale poczucie winy nic tu nie da. Trzeba złapać zamachowca i tyle. Wsadzić go za kratki i wrócić do pracy. W tym nie ma wielkiej filozofii - stwierdził z determinacją Robert.

- I to czyni z ciebie doskonałego policjanta. O wiele lepszego, niż myślą inni i nawet ty sam. Dlatego mamy nadzieję, że szybko wrócisz do nas i że razem rozwiążemy tą sprawę - podkreślił Kotowicz.

- My? Czy to znaczy, że sprawa przechodzi do Warszawy?

- Niezupełnie - przyznał inspektor. - Komenda Główna przejmuje kontrolę nad śledztwem. Osoby odpowiedzialne za prowadzenie go we Wrocławiu zostały odsunięte. Niektórzy są po prostu zawieszeni w pełnieniu obowiązków, co moim zdaniem stało się trochę późno, ale lepiej tak niż wcale. A przy okazji... - zawiesił głos, jakby zastanawiał się, czy chce powiedzieć to, co ma na myśli - ...mamy też niezbyt dobre wiadomości dla ciebie.

- Jeszcze gorsze od tych, które mi właśnie przekazaliście?

- Tylko bez takich złośliwości. - Chcąc nie chcąc, Kotowicz uśmiechnął się pod nosem. - Chodzi o sprawę Patrycji. Śledztwo dotyczące jej śmierci przejęła Komenda Stołeczna.

- No kurwa! Chyba żartujesz?

- Chciałbym. Wiem, że się w to zaangażowałeś osobiście i że ta sprawa wiele dla ciebie znaczy, co poniekąd jest moją winą. Powinienem cię przeprosić, ale nie przejdzie mi to przez gardło.

Meyer głośno parsknął śmiechem.

- Coś wydarzyło się między prokuratorem Kąckim a służbą zdrowia - wyjaśnił Kotowicz. - Nie znamy jeszcze szczegółów, ale z tego, co wiemy, jedna osoba została postawiona w stan oskarżenia.

- Niemożliwe! - Robert zamrugał powieką zdrowego oka.

- A jednak. Ktoś tam mocno personalnie wkurzył Kąckiego, nadepnął mu na odcisk albo nie wiem, co zrobił... Tak czy inaczej Kącki bada kilka innych śmierci i wydaje mi się, że na serio chce wsadzić za kraty tego dyspozytora, który odebrał telefon od Patrycji. Kałuża wspominał, że dowody na niego są dość mocne i facet prawdopodobnie pójdzie siedzieć.

- To w sumie nie są takie złe wiadomości - stwierdził Robert i skrzywił się lekko.

- No powiedzmy, że to łyżka miodu w beczce dziegciu.

- Zmęczyliście mnie - westchnął głośno Wiśnia. - I nie mówię tak dlatego, że jesteście strasznie wkurzający. Po prostu jestem bardzo słaby. Sorry, chłopaki.

Kotowicz poderwał się z miejsca.

- Jasne, stary. Wybacz. Musisz szybko dojść do siebie, a my ci w tym nie pomożemy, to na pewno.

- A, jeszcze jedno. Wiecie, gdzie jest Bieluń?

- Leży na tym samym oddziale. - Kotowicz wskazał palcem drzwi. - Dwie sale dalej. Zajrzeliśmy do niego, ale wciąż jest nieprzytomny. Gdy lepiej się poczujesz, możesz też pójść na Oddział Leczenia Stresu Bojowego.

- Po co?

- Odwiedzić Anetkę - westchnął inspektor. - Dziewczyna jest kompletnie załamana. Wpadła w jakąś katatonię. Żadne leki nie działają. Podobno Jola była jej najlepszą przyjaciółką. Idź do niej. Może twój widok poprawi jej humor.

- Dzięki, że wpadliście.

- No co ty, stary! Chcieliśmy być wcześniej, ale lekarze nam zabraniali przyjeżdżać - zapewnił Kotowicz.

- Odpoczywaj, pojawimy się jutro. - Meyer spojrzał na niego w taki sposób, że Robertowi znów zachciało się płakać.

V

Nazajutrz Robert wybrał się w odwiedziny do Bielunia. Pielęgniarki powiedziały, że nikt nie powinien tam przebywać, ale jeden uśmiech sprawił, że wpuściły go na salę. Inspektor wciąż był nieprzytomny, oddychał jednak samodzielnie. Robert przycupnął na stołku obok jego łóżka i się zamyślił.

- Strasznie nas tu męczą - powiedział po chwili na głos Wiśnia. - Myślałem, że jak się leży w szpitalu, to dadzą odpocząć, a tu od bladego świtu biegają w kółko, kłują, pytają o coś, oglądają na wszystkie strony. - Spojrzał na nieruchomą twarz Bielunia i westchnął. - Jola nie żyje - wyszeptał. - Kawałek samochodu ją zdekapitował. Można rzec... straciła dla tej pracy głowę. - Potrząsnął własną i prychnął. - Kompletny bezsens. A na dodatek media milczą. Naprawdę! Znajoma dziennikarka napisała, że o wybuchu pod Kobierzycami dowiedziała się od naszych ludzi, kiedy nie mogła się ze mną skontaktować. Dobra dziewczyna... Prawdopodobnie nigdy opinia publiczna nie usłyszy o tym, co się stało. O drugiej bombie. O martwej lekarce, której nienawidziło tak wiele osób, że aż dziw, że wcześniej nikt nie chciał jej ukatrupić. - Westchnął głośno i poprawił się na stołku, czując, że drętwieją mu nogi. - Niestety nie mam lepszych wiadomości. Przynajmniej na razie. Jak się pan obudzi, to pójdziemy na dół napić się kawy i pogadamy sobie.

Po obiedzie Robert zadzwonił do Bartka. Rozmawiał z nim poprzedniego wieczora, kiedy przyniesiony przez kolegów telefon w końcu się naładował, ale była to jedynie szybka wymiana zdań. Sam był bardzo zmęczony, a mały musiał się położyć spać. Tego popołudnia poczuł, że ma dość siły na dłuższą rozmowę. Zadzwonił do Justyny i poprosił ją, by przełączyła na FaceTime. Chciał zobaczyć twarz syna na ekranie, przekonać się, w jakim chłopak jest stanie. Wiele emocji malowało się na twarzy małego. Robert wiedział, że Bartek chce być twardy, że nie chce okazywać tego, co naprawdę czuje.

- Synku - zaczął poważnie po chwili rozmowy - tatuś jest chory, a ty masz prawo czuć się z tego powodu źle. Słyszysz? Masz prawo płakać. Masz prawo się bać. Wcale nie musisz być dzielny, nawet jeśli inni ci tak mówią. Rozumiesz mnie?

Mały pokiwał głową, a jego usta wykrzywił grymas.

- Nie chciałem, żebyś się martwił, tatusiu - oznajmił łamiącym się głosem, wycierając powieki. - Bardzo się bałem, jak mi powiedzieli, że miałeś wypadek.

- Wiem i jest to jak najbardziej normalne. Masz do tego prawo. To dorośli muszą być dzielni, a dzieci jeszcze nie muszą być dzielne. Dzieci mogą płakać i mogą się bać, a dorośli muszą je pocieszać. - Robert nie miał pojęcia, dlaczego to mówił. Słowa przychodziły same z siebie. Nie tego był uczony w domu. Jego ojciec zawsze powtarzał, że emocje są dla słabych. Prawda była jednak taka, że emocje dzieci wkurzały go, bo sam był zbyt słaby, aby sobie z nimi poradzić, choć przecież było to jego podstawowe zdanie. Wszystko to nagle stało się dla Roberta jasne. Przypomniał sobie, jak cierpiał z powodu postawy ojca. Być może więc mówił to wszystko, bo bardzo chciał oszczędzić podobnych doświadczeń własnemu synowi. - Bartuś, nie mogę ci obiecać, że wszystko będzie dobrze. Mogę ci tylko powiedzieć, że bardzo cię kocham i nie mogę się doczekać, kiedy cię zobaczę na żywo.

- Ja też się nie mogę doczekać. Dostałeś moją kartkę?

- Jasne, wujek mi przywiózł. - Robert podniósł list przekazany przez Meyera. - Jest super! Bardzo ładnie rysujesz. A batonik był przepyszny. Od razu lepiej się poczułem.

- Fajnie! - Mały uśmiechnął się całkiem szczerze. Widać było, że rozmowa z ojcem poprawiła mu humor.

Potem Robert rozmawiał z Justyną.

- Dzięki za opiekę nad nim.

- No coś ty. To czysta przyjemność. Twoje dziecko nie sprawia absolutnie żadnych problemów. - Justyna obejrzała się za siebie. - Poszli teraz ze Szczepanem do ogrodu. Kopią piłkę. Co prawda jest już zimno, ale pozwalam im, niech stracą troszkę energii. Potem mają lepszy apetyt i dłużej śpią.

- A Aneta? Bardzo daje się we znaki?

- No wiesz... - westchnęła Justyna, przewracając oczami. - Aneta to Aneta. Teraz pojechała do waszego mieszkania, żeby, jak to powiedziała, odpocząć trochę. Pojawia się i znika. Szczerze powiedziawszy, wcale nie jest tu mile widziana. Przepraszam za nadmierną szczerość, ale sam rozumiesz...

- Rozumiem i z głębi serca przepraszam za moją jędzę.

- Daj spokój. Największym plusem tej okropnej sytuacji jest to, że nasz syn zachowuje się przyzwoicie. Jako wierna kopia Zofii umie zachować się należycie, kiedy komuś potrzebna jest pomoc.

- Naprawdę?

- Tak, Szczepan jest mimo wszystko dobrym dzieckiem. Tak jak Zofia gdzieś w głębi serca jest dobrym człowiekiem.

- To się cieszę, że chociaż tyle dobrego z tego wynikło.

- No. Jakoś musimy się pocieszyć.

- Justyna... Nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał...

- Tak, wiem, pewnie chcesz coś wiedzieć na temat ewentualnych podejrzanych?

- Dokładnie - zaśmiał się Robert.

- Powinieneś raczej dochodzić do siebie. Powiem ci szczerze, że my niczego nie odkryliśmy. Przynajmniej na razie. Naprawdę uruchomiłam znajomości, do których wolałabym się nie przyznawać. Mamy kilka typów, jeżeli chodzi o zdolności do zbudowania takiej bomby. To znaczy tej ze szpitala. Ale ta, co wybuchła pod domem lekarki, to już jest inna sprawa. Bardziej skomplikowana i bardziej... sama nie wiem, jak to powiedzieć. Okrutna. Ktoś zawalił cały samochód trotylem i zbudował do tego skomplikowany system odpalający. Wiemy jedynie, że siedział niedaleko, kiedy inicjował wybuch. Przykro mi to mówić, ale musiał was widzieć, kiedy podchodziliście pod budynek.

- Czyli wiedział, że będą ofiary poboczne, tak?

- Dokładnie. Wiadomo, że ktoś zadzwonił do lekarki przed piątą rano. Nie odebrała. Potem wysłał jej wiadomości, że ma wyjść przed dom, bo coś stało się jej psu. Wtedy odpalił ładunek.

- Ja pierdolę! - Robert pokręcił głową. - Jakiś psychopata.

- No dlatego uważamy, że nie była to robota jednej osoby. W ogóle koncepcja, że to zemsta pacjentki albo rodziny pacjentki, troszeczkę w tej chwili upada. Bo to był zdecydowany overkill. Tak w ogóle obiecałam Łukaszowi, że nie będę ci o tym mówić. Ale to po prostu bez sensu, bo powinieneś wiedzieć. Co to zmienia, że teraz się nie dowiesz?

- Jasne, dzięki Justyna! Dzięki, że nie jesteś do końca lojalna wobec swojego męża.

Kobieta wybuchnęła głośnym śmiechem.

- Zawsze do usług. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że i tak zrobię po swojemu.

- To prawda. - Wiśniewskiego się uśmiechnął. - Tak sobie myślę... - zaczął po chwili milczenia.

- Mhm?

- Dolnośląscy policjanci stwierdzili, że wybuch w szpitalu nastąpił za późno. To znaczy, że zamachowiec chciał odpalić go wcześniej, na przykład kiedy Kowalski był w samochodzie. Ale teraz, po tym, co mi powiedziałaś, myślę, że miał to w dupie. Nie obchodziło go, czy zabije kogoś jeszcze. Równie dobrze mógł rozwalić pół oddziału policji.

- Tak, to możliwe. Jak mówiłam, to psychol.

- Trochę trudno mi uwierzyć, że ktoś robi coś takiego z zemsty. Ale... - Robert odwrócił wzrok. - Naprawdę nie wiem, co ja bym zrobił, gdyby ktoś skrzywdził moje dziecko. Dopóki nie znajdujemy się w danej sytuacji, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zareagujemy. Prawda?

- Zgadza się.

- Tę lekarkę z SOR-u na Kasprzaka miałem ochotę udusić gołymi rękami. Lekarkę i tę małą pielęgniarkę. Trudno przewidzieć, jak bym się zachował, gdyby skrzywdziły kogoś mi bliskiego... Po prostu głośno myślę.

- Dlatego ja obstaję przy swoim i uważam, że to były żołnierz. A niemal na pewno najemnik. Wyobraź sobie, jeździsz po świecie, nie masz rodziny. Potem wracasz do Polski, budujesz dom, życie i nagle ktoś ci to odbiera, bo popełnia błąd lekarski. Jakaś głupia pipa, lekarka, która na przykład nie zajęła się należycie pacjentką. Jeśli spojrzeć na to z tej strony, wszystko wydaje się możliwe.

- Tak. - Robert pokiwał głową.

- Okej, będę kończyć, muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku. Z dzieciakami, psem i tak ogólnie. Trzeba przygotować kolację. Jutro przyjedzie Zofia, więc będę miała więcej pomocy. A do ciebie wpadnie Łukasz i pewnie coś więcej powie na temat tego, co ustalili z Kotem.

- Nie mogę się doczekać. - Robert się uśmiechnął. - Chociaż mam wrażenie, że nie powiedzieli mi ani ułamka z tego, co się stało.

- Tak, też mi się tak wydaje. Nie martw się, wszystko w swoim czasie.

***

Meyer i Kotowicz przyszli pod oddział z Borkowskim. Personel głośno zaprotestował, widząc trzech rosłych mężczyzn stojących przed drzwiami.

- Na pewno nie wejdziecie do chorego - zasygnalizowała pielęgniarka. - To jest oddział intensywnej terapii. Nie urządzamy tutaj schadzek dla kumpli.

- No okej, a możemy kolegę zabrać na dół? Do kafejki - zaproponował Meyer.

- Nie wiem. - Kobieta potrząsnęła głową. - Zapytam lekarza.

Lekarz zgodził się na spacer Roberta, zwłaszcza że pacjent nie musiał pokonywać schodów, tylko mógł jechać windą, w dodatku wieziony na wózku inwalidzkim.

- Jest w niezłej kondycji - ocenił doktor Kowalik. - Zastanawiamy się, czy nie przenieść go na okulistykę, ale tę decyzję podejmiemy dziś po południu. Teraz możecie go zabrać, niech się trochę rozerwie. Tylko nie wychodźcie na zewnątrz.

- Dobra, dzięki panie doktorze. - Kotowicz uniósł dłoń.

Robert widział, że Borkowski nie czuje się najlepiej. Mężczyzna był blady i wychudzony, trzęsły mu się dłonie, ale na pewno nie był pod wpływem alkoholu.

"Może coś brał? A może właśnie powinien coś wziąć?" - pomyślał Robert. Wcale nie miał ochoty z nim rozmawiać. O czym miałby mówić z człowiekiem, który wciągnął ich w tę sytuację? Był na aspiranta zły. Miał przy tym świadomość, że policjant obwinia samego siebie najbardziej. Beznadziejna sytuacja.

- Jakieś zmiany u Bielunia? - zapytał Meyer.

- Nie. Byłem u niego chwilę temu, cały czas jest nieprzytomny. Lekarze mówią, że to dobrze, bo szybciej się zregeneruje. Ale ja mam chwilami wrażenie, że facet po prostu nie chce się obudzić. Nie chce zobaczyć tego syfu.

Mężczyźni pokiwali głowami i weszli do windy. W kafejce nie było wiele osób. Przez ograniczenia pandemiczne stały tam tylko dwa stoliki. Udało im się zająć miejsce przy jednym z nich.

- I jeszcze, żeby było nam przyjemnie, musimy nosić te jebane maski - mruknął Kotowicz, sadowiąc się na krześle.

- Gdzie nocujecie? - zapytał Robert.

- Niedaleko Placu Dominikańskiego jest taki niedrogi hotelik. Kiedyś już w nim spałem. Całkiem znośny, ale i tak mało czasu tam spędzamy.

- To co robicie?

Inspektor spojrzał na Borkowskiego.

- Z dolnośląskimi kryminalnymi, którym najbardziej zależy, próbujemy dojść do ładu i składu z tą sprawą. Tutaj kolegę namawiamy, żeby sobie dał spokój i wziął wolne, ale ciągle się przy nas kręci - powiedział Kotowicz i się zaśmiał.

- Tylko nie mów, że zawracam dupę - skrzywił się Borkowski. - Nie byłbym w stanie nigdzie teraz jechać ani robić nic innego.

- Ja pewnie też nie. - Tomek pogładził policzek, pokryty trzydniowym zarostem.

- To co już wiecie? - zapytał Robert, wiercąc się na wózku. - No i czego nie wiecie?

- Lista podejrzanych jest długa - zaczął inspektor. - Za długa jak na mój gust. Chętnie bym ją skrócił, no ale ja tutaj nie dowodzę. Celujemy w człowieka, którego żona albo córka, albo partnerka była pacjentką naszych zabitych lekarzy. I jednocześnie podejrzewamy, że ten ktoś był żołnierzem.

- Lub najemnikiem... zapewne jednym i drugim - dorzucił Meyer.

- Z tym jest gorzej, jeżeli chodzi o naszych wrocławskich kolegów - westchnął Kotowicz. - Mają sporo oporów, żeby to zaakceptować. Główna też przyjęła narrację, że to zły kierunek.

- No i znaleźliście takiego żołnierza, którego żona, kochanka, córka bądź ktokolwiek inny był pacjentką lekarzy, którzy zginęli? - zapytał Robert.

- Tak, znaleźliśmy - potwierdził Kotowicz. - Nie było to nawet takie trudne. Tylko że do tej pory wszyscy sprawdzeni mają alibi albo nie znają się na tworzeniu ładunków wybuchowych.

- Mogli kogoś zatrudnić - zauważył Robert. - Poprosić o pomoc starego kolegę.

- Tak, i taką opcję też rozważamy - zgodził się inspektor.

- To znaczy my, Warszawiacy. - Meyer uśmiechnął się do Borkowskiego, który pokiwał smętnie głową.

- Czyli tutejsi koledzy naprawdę mają opory, żeby przyjąć takie wytłumaczenie do wiadomości. - Robert zacisnął usta.

- Mhm. Dobrze zgadujesz - przyznał Kotowicz.

- No okej, ale czy nie martwicie się, że taki atak się może powtórzyć?

- To oczywiste. - Borkowski rozłożył ręce. - Cały czas boimy się kolejnego wybuchu. Jednak to, że jeszcze do niego nie doszło, może świadczyć o tym, że chodziło tylko o tych dwoje lekarzy: Kowalskiego i Gęsicką.

- A co z tymi komentarzami w internecie? Dotarliście do tych, co je pisali?

- Do niektórych. - Kotowicz pokiwał głową. - Wiśnia, wiem, że z perspektywy szpitalnego łóżka wydaje ci się, że nic się nie dzieje, ale naprawdę wiele osób wykonuje żmudną pracę każdego dnia, w każdej chwili, dzień i noc, możesz mi wierzyć.

- Wierzę, szefie, wierzę. Po prostu... No nie czuję się komfortowo, siedząc na łóżku i nie mogąc nic zrobić. Jeszcze zabrali mi śledztwo w Warszawie.

- A, właśnie. Kałuża się do ciebie odzywał?

- Tak, dzwonił dziś rano. Podziękowałem mu za krycie dupy, mnie i Kasi. Bardzo był z siebie zadowolony. Obiecał informować mnie na bieżąco o wynikach śledztwa, chociaż z tego, co zrozumiałem, skupiają się teraz głównie na dyspozytorze z pogotowia, którego Kącki chce postawić przed sądem.

- Tak, coś mi się obiło o uszy - powiedział Kotowicz i zaśmiał się cicho. - No a co ze sprawą Patrycji?

- Pan prokurator upiera się przy zamiarze bezpośrednim. Dopóki go nie udowodnimy... to znaczy nie udowodnią, nikogo nie postawi w stan oskarżenia.

- Mhm. No rozumiem. Słuchaj, jak wrócisz do Warszawy, to może sam się tym zajmiesz znowu? Pewnie będziesz mieć zwolnienie lekarskie. Ja nie będę ci przeszkadzać, jeśli będziesz chciał dalej się tym zajmować.

- Serio? Chcesz się mnie pozbyć?

- Przestań świrować. Walnąłbym cię w ten zakuty łeb, ale masz bandaże i nie wyglądałoby to dobrze. Mówię serio. Wrócisz, spojrzysz na wszystko świeżym okiem i może coś się wyjaśni. Pamiętaj, że przed nami najgorsza sprawa.

- Jaka?

- Pogrzeby. - Inspektor spojrzał na niego ze smutkiem. - Ciało Joli jest jeszcze we Wrocławiu.

- A co z tym saperem, który zginął?

- Pochowają go za dwa tygodnie. - Wyjaśnił Borkowski. - Pogrzeb z honorami, tylko bez prasy. Nikt ma nie wiedzieć. Mamy nie siać paniki.

- Przecież to i tak się przebije do mainstreamu - skrzywił się Robert. - Ja już o wszystkim powiedziałem pani dziennikarce, z którą współpracuję.

- A ja o tym nie chcę nic wiedzieć. - Kotowicz przewrócił oczami.

- Przestań, dobrze? Wiesz, że żyjemy w czasach, gdzie nie da się niczego ukryć. W końcu i tak prawda wyjdzie na jaw.

- Ale już nie będzie miała takiego impaktu - zauważył Borkowski. - Wiesz, byłem przekonany, że jednak usłyszę jakieś zarzuty, ale w zasadzie nikt się mną już nie interesuje, co jest z jednej strony dobre, a z drugiej strasznie wkurwiające, bo to była po części moja wina. Moja, Bogdana i tego niedorobionego pełniącego obowiązki. Gdyby media o wszystkim wiedziały, wymusiłyby na prokuraturze jakieś działania. A tak nikt nic nie wie. Nikt niczego się nie domaga. Rodziny pewnie pójdą z pozwem cywilnym, dostaną jakieś pieniądze i sprawa zostanie zamieciona pod dywan.

- Okropne! - wyrwało się Robertowi, który obiecywał sobie, że nie będzie biadolił. Na pewno nie na głos i nie przy kolegach.

- To nie jest okropne, to jest popierdolone - wycedził Borkowski, zaciskając pięści. - Wciągnąłem was w to wszystko, a wy dalej mi tak pomagacie. Powinniście nas kopnąć w dupę, pojechać do Warszawy i złożyć skargę do ministerstwa.

- Nie namawiaj, nie namawiaj - odparł z sarkazmem Kotowicz. - Bo jeszcze to zrobimy.

- To może zróbcie. Może niech się społeczeństwo dowie, jak to wszystko działa, a raczej nie działa. Przepraszam, jestem po prostu bezsilny. Czuję się jak kupa gówna...

Robertowi nagle coś się przypomniało:

- Czekajcie... mówiliście, że podczas drugiego wybuchu trotylu było bardzo dużo... to i pewnie zapalników było sporo. Poszliście tym tropem? Zginęło w którejś jednostce coś podobnego?

- Tak, sprawdzaliśmy to. Żadna jednostka nie zgłosiła kradzieży. - Kotowicz pokręcił głową.

- To skąd wzięli te materiały? Może to nie był trotyl, tylko saletra?

- Trotyl. Kontaktowałem się z ludźmi ze służb, tymi od Brzezińskiego. Powiedzieli, że niezgłoszenie zaginięcia nie oznacza, że ktoś nie skitrał czegoś dawniej i nie trzymał tego na przykład u siebie w domu.

- Okej, rozumiem. - Robert przygryzł wargę.

- No? Co ci chodzi po głowie? - Kotowicz zmierzył go spojrzeniem. - Widzę, że się z czymś męczysz. Podziel się.

- Mam nieodparte wrażenie... że nie byliśmy przypadkowymi ofiarami...

- Ale że... - Inspektor potrząsnął głową z niedowierzaniem. - Uważasz, że atak był wymierzony w was? Że to wy byliście celem?

- Nie chodzi o to, co uważam, tylko co mi się wydaje, co czuję... No wiem. Ja jestem mężczyzną, twardym gliną i nie powinienem bazować na jakiejś intuicji. Ale kiedy tam jechaliśmy, miałem nieodparte wrażenie, że pakujemy się w kłopoty.

- Potwierdzam - przyznał Borkowski. - Chłopak całą drogę nie wyglądał na zadowolonego. Widziałem jego minę, na pewno nie chciał tam jechać.

- Ale dlaczego? - Kotowicz oparł się na krześle. - Oczywiście nie zakładam, że twoja teoria jest zła, tylko próbuję zrozumieć, jaki tok myślenia cię do niej doprowadził.

- Jedno słowo: overkill. Żeby zabić jedną osobę, wystarczy jedna kostka trotylu. Ale jak ktoś ładuje trotyl w samochód i robi z niego wielką bombę, to wygląda już podejrzenie.

- No wiesz, zakładaliśmy, że zamachowiec chciał być pewien, że zabije panią doktor - zauważył Meyer. - Nie chciał zostawić miejsca na pomyłki, bo na pewno byłoby trudno powtórzyć taką akcję.

- Możliwe. Ale ładunek wybuchł dokładnie w chwili, gdy byliśmy w zasięgu. Kiedy Gęsicka otworzyła drzwi, część ludzi się zatrzymała. To ich uratowało. Ja i Bieluń przyśpieszyliśmy kroku. Jola była obok nas, a ten saper z przodu. Myślę, że sprawca czekał z zainicjowaniem eksplozji do momentu, aż jak najwięcej osób znajdzie się w polu rażenia. Gdyby odczekał jeszcze parę sekund, mogłoby to gorzej wyglądać.

- Trudno mi kupić tę teorię. - Kotowicz podrapał się po głowie. - Ale przemyślę ją. Zawsze uważałem, że jesteś lepszym śledczym ode mnie.

- Większość ludzi jest lepszymi śledczymi niż ty - parsknął Łukasz.

- Meyer, teraz dostaniesz w papę i wyrzucą nas ze szpitala. Przestań - odgryzł się Tomek.

- A masz jeszcze jakieś teorie w związku z wybuchem? - Borkowski nachylił się nad stołem, wyraźnie zaintrygowany. Jego oczy błyszczały niezdrowo.

Roberta olśniło. W jego głowie pojawiła się nowa myśl, albo przynajmniej taka, która dotychczas kołatała się tam niezauważona.

- To bardzo, ale to bardzo naciągana teoria - zaczął niepewnie. - Może... jedynym powodem, dla którego zamachowiec chciał nas zabić, było to, że widzieliśmy go na miejscu poprzedniego wybuchu?

Siedzący przy stole mężczyźni zamilkli. Wpatrywali się w niego, jakby widzieli go pierwszy raz w życiu. Po chwili Kotowicz wypuścił powietrze i potrząsnął energicznie głową.

- Ja jebię - jęknął. - To najbardziej logiczne wyjaśnienie, jakie istnieje. Kurwa, siedzimy i myślimy, i sami żeśmy na to nie wpadli. Masz rację, oczywiście! Zamachowiec musiał kręcić się po szpitalu albo w jego okolicy, obserwował otoczenie. Obserwował policję, zobaczył was. Założę się, że pojechał za wami do akademika.

Borkowski zrobił się bardzo blady. Zacisnął dłonie i gapił się intensywnie w blat stołu.

- Mógł nawet wejść do akademika z wami. Do środka, znaczy się - dodał Meyer. - Mógł was podsłuchać.

Dla aspiranta to było za wiele. Zerwał się na równe nogi i wyszedł z kafejki.

- Mam iść za nim? - zapytał Łukasz.

- Nie, nic mu nie będzie, daj mu chwilę - odparł Kotowicz. - My też zaraz będziemy się zbierać, musimy coś zrobić z tym nowym pomysłem. Ależ jestem wkurwiony! No nie będę mógł dzisiaj zasnąć. Ja pierdolę!

- Hej, bez przekleństw. To jest porządny szpital, a nie jakiś szynk - zawołała kobieta zza lady. - Jak nie jecie, to załóżcie maski.

- No i jeszcze bardziej się wkurwiłem. - Kotowicz podniósł się z krzesła i chwycił kurtkę z oparcia. - Chodźcie. Przejdźmy się chociaż po korytarzu.

Wyszli na zewnątrz i rozejrzeli się wokoło. Borkowskiej stał nieopodal, gapiąc się beznamiętnie na automat z napojami.

- Pojedziemy, Wiśnia. - Inspektor położył dłoń na ramieniu Roberta. - Ty musisz odpocząć. I tak zrobiłeś więcej niż my przez te ostatnie dni. Należą ci się wypoczynek i dużo zdrowia. Dawaj znać, gdybyś sobie o czymś przypomniał albo miał coś jeszcze do powiedzenia, no albo gdybyś potrzebował pomocy. Okej?

- Stary. - Meyer wyglądał, jakby doznał epifanii. - Nie sądzisz, że on i Bieluń potrzebują ochrony?

- Teraz mi to mówisz?! Mam nadzieję, że nie, a skoro ciągle jeszcze żyją, to świadczy o tym, że zamachowiec jednak nie będzie chciał ich dobić. Wiśniewski, co o tym myślisz?

- Myślę, że potrzebujemy ochrony - odparł bez entuzjazmu Robert.

- Naprawdę?

- Tak. Sami podkreślaliście, że media nie mogły o tym mówić. Bardzo możliwe, że zamachowiec nie wie, co się z nami stało, może nawet nie wiedzieć, że tu jesteśmy. Ale to się może zmienić.

- Niechętnie to przyznaję, ale znowu możesz mieć rację. Kurwa mać! - Kotowicz oparł dłonie na biodrach i zaczął ciężko oddychać. - Aż zabrakło mi tchu. Dobra, zrobimy tak: zaraz pogadam z Borkowskim, czy ktoś z policji może tu przyjechać i dać wam ochronę na oddziale. No i musimy się zebrać i omówić twoją teorię, że zamachowiec widział was, a wy jego.

- Jak najbardziej - przytaknął Robert.

- W związku z tym... - inspektor uniósł palec - może się okazać, że nie musimy nikogo szukać, bo tak naprawdę to wy już go znaleźliście. A skoro tak, to może uda się stworzyć portret pamięciowy.

- No nie wiem. - Wiśniewski pokręcił głową. - Większość ludzi nosiła maski.

- Mimo wszystko uważam, że trzeba pogadać z resztą ekipy, która tam była.

- Aneta. - Robert złapał Kotowicza za ramię. - Aneta jest... Czekaj, jak oni to mówili? Sawantką? Chyba tak. Ma świetną pamięć i generalnie jest dobra w zapamiętywaniu różnych rzeczy.

- Tylko że Aneta jest na Oddziale Leczenia Stresu Bojowego i od dnia wybuchu nie powiedziała słowa - przypomniał mu Kotowicz.

- No to może niech Robert do niej idzie - zasugerował Meyer. - Może jego obecność dobrze na nią podziała?

- Albo źle.

- Nie uprzedzajmy faktów. - Łukasz spojrzał na Wiśniewskiego. - Stary, możesz iść do niej? Na przykład jutro? Jeśli miałbyś kłopoty z dostaniem się na oddział, daj znać. Założę się, że Borkowski załatwi to w pięć minut.

- Dobra, mogę spróbować - zgodził się Robert. - Osobiście uważam, że najlepiej by było, gdyby rozmawiał z nią Bieluń. No ale skoro on nadal jest nieprzytomny, może być to trudne... - Zamyślił się i po chwili dodał: - W ogóle Anecie też przydałaby się ochrona.

- Zajmiemy się tym. - Kotowicz klepnął go w bolące ramie. - Oj, przepraszam. Nie chcę uszkodzić cię bardziej. Jesteś dla nas coraz cenniejszy.

Aspirant Borkowski podszedł do nich i spojrzał pytająco na ich twarze.

- Coś mnie ominęło? Wydaje się, że macie jakiś przełom?

- Dobrze ci się wydaje. - Kotowicz skinął głową. - Kolega Wiśniewski wraca na oddział, a my musimy porozmawiać. Mamy tutaj kilka spraw do załatwienia. Dzwoń po ludziach, trzeba zebrać ekipę, usiąść i na nowo się zastanowić nad całą tą sprawą. Biorąc pod uwagę wnioski, jakimi podzielił się z nami nasz dzielny kolega.

- Dobra. - Borkowski wyglądał na zdecydowanie spokojniejszego niż wcześniej. - Mówcie, co mam robić, i służę każdą pomocą.

VI

Robert spodziewał się, że postawią przed oddziałem policjanta, który będzie ich pilnował, ale sprawę rozwiązano inaczej: szpital po prostu zamknięto, a odwiedzającym powiedziano, że nowe wytyczne dyrektora szpitala związane z epidemią zabraniają wchodzenia komukolwiek postronnemu.

- Tych kilka dni wytrzymają - ocenił Kotowicz przez telefon do Wiśniewskiego, kiedy rozmawiali wieczorem. - Tutaj wszyscy to wojskowi, nikt się nie wykłócał o jakieś prawa pacjentów do odwiedzin i tego typu bzdury. Jesteście bezpieczni, przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe w tej sytuacji. Dowiadywałem się o stan Anety.

- No i? Można ją odwiedzać?

- Tak, trzeba iść jakimś przejściem w szpitalu, nie musisz nawet wychodzić na zewnątrz. Ordynator podobno nawet zaleca wizytę kogoś znajomego. Fizycznie ona czuje się dobrze, ale psychicznie jest wrakiem. Nie dają jej żadnych leków, po prostu mówią, że potrzebuje czasu, żeby się odblokować. Jest szansa, że twoja wizyta jej w tym pomoże.

- No może. - Robert nie był przekonany do tego pomysłu.

Później Wiśnia zajrzał do Bielunia, licząc, że ten może się obudził.

- Czas otworzyć oczy - stwierdził, stojąc nad jego łóżkiem. - Pańscy ludzie potrzebują pana opieki i rady.

Rozmawiał jeszcze z Bartkiem. Mały wyglądał na spokojnego i zadowolonego. Robert domyślił się, że matki nie było w pobliżu chłopca, co potem potwierdziła Justyna.

- Powiedziała, że chce zabrać go ze sobą do waszego mieszkania. Kolejny raz urządziła scenę z moimi teściami - relacjonowała. - Łukasza nie ma, więc ja zaprotestowałam, mówiąc, że chłopcu potrzebne są teraz regularna opieka i kontakt z rówieśnikiem. Spakowała się i poszła tak szybko, jakby awantura była jedynie inscenizacją. Matka roku.

- Hej, mówisz o mojej żonie - roześmiał się Robert.

- No i to właśnie jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Tak czy inaczej, mnie to jest na rękę. Teściowie są zakochani w twoim synku. On też ich chyba lubi.

- To się cieszę. Ze swoimi dziadkami z obu stron nie ma zbyt dobrych relacji. Z winy dziadków raczej.

- Przykro mi. Zdarza się. Moja matka też nie była ideałem rodzica i babci.

- Łukasz mówił ci o naszych ostatnich ustaleniach?

- Mówił. Podjarał się jak dziecko na gwiazdkę. Podobno z waszego powodu zamknęli cały szpital.

- I tak de facto był zamknięty. Ostatni lockdown uniemożliwił wizyty na większości oddziałów. Mam tylko nadzieję, że pozostała część ekipy, która była z nami, jest bezpieczna.

- Myślę, że teraz o nich dbają i będą chuchać i dmuchać. A skoro o tym mowa... Łukasz cały czas liczy, że przyjdziesz do niego pracować w biurze.

- Serio? - parsknął Robert.

- Tak, całkiem serio. Nadajesz się. Myślę, że Meyer doceniłby cię lepiej niż policja.

- No jest taka szansa.

- Pieniądze są różne, czasami duże, a czasami nie ma ich wcale... Ale naszemu małżeństwu ta zmiana zdecydowanie posłużyła.

- I myślisz, że mojemu by pomogła?

- Twojemu może pomóc tylko rozwód. Albo żonobójstwo.

- Przestań.

- No może przesadzam. W każdym razie oferta leży na stole, zastanów się. Gdy wyzdrowiejesz, biuro detektywistyczne Łukasza Meyera chętnie zobaczy cię w swoich progach.

Konwersacja z Justyną sprawiła, że Robert nie mógł zasnąć. Myślał pół nocy o swoim beznadziejnym małżeństwie i o sytuacji bez wyjścia, w której się znalazł. Mówi się co prawda, że takich nie ma, ale jak nazwać to, w czym obecnie tkwił? Parodią małżeństwa? Trzymaniem się razem ze względu na dziecko?

O drugiej w nocy poszedł do stanowiska pielęgniarek i poprosił o tabletkę na spanie.

- Myślałam, że nie ma pan problemu z uśnięciem - powiedziała jedna z kobiet.

- Zazwyczaj nie mam. Dzisiaj po prostu był intensywny dzień. Za dużo chodzi mi po głowie.

- No to jakoś panu pomożemy.

Tabletka sprawiła, że rano był senny. Ledwo zanotował, kiedy pojawiły się pielęgniarki zmierzyć mu temperaturę i ciśnienie, pobrać krew i zmienić kroplówkę. Po śniadaniu salowa poinformowała, że na oddział przyjdzie ksiądz.

- Jest niedziela, jutro Wszystkich Świętych. Może się pan wyspowiadać - oznajmiła, wycierając blat. Albo sobie pogadać. Miły człowiek z tego księdza.

- Nie, raczej podziękuję. - Robert pokręcił głową i opadł na poduszkę, czując się całkowicie wyczerpany.

Kiedy jednak kapłan zjawił się w jego sali, nieoczekiwanie dla samego siebie nie odmówił wizyty.

- Spowiedź? - zapytał duchowny, poprawiając stułę.

- Raczej się nie spowiadam.

- To może raczej warto? - Ksiądz spojrzał na niego wymownie i przysunął sobie krzesło. - Kiedy ostatnio przystępował pan do sakramentu pokuty?

- Kiedy chrzciłem syna - odparł po namyśle. - Prawie sześć lat temu.

- Ślub w kościele? - Kapłan wskazał na obrączkę Wiśni.

- Tak, w kościele. Z całym tym ceremoniałem.

- I jak się panu wiedzie w małżeństwie?

- Nie za bardzo... - Robert posmutniał i odwrócił wzrok.

Ksiądz nie odpowiedział, tylko patrzył na niego w milczeniu. Kiedy Wiśnia znów na niego spojrzał, w jego oczach znalazł zrozumienie zamiast oczekiwanego potępienia.

- Od samego początku mamy problemy - wyznał cicho, choć nie miał takiego zamiaru. - Kiedyś... - zawahał się - ...żona mnie zdradzała... dalej zdradza. Kiedyś chyba bardziej niż teraz. Teraz mamy dziecko, więc ciągle się żali, jak jest jej ciężko jako matce. Chociaż... Nie, nie chcę narzekać, naprawdę, ale ona serio niewiele robi, a ja nie wiem, jak mam z nią rozmawiać. Jeśli mam być szczery, czuję się jak totalna porażka - wyrzucił z siebie kolejne zdania. - Nie powinienem był tu przyjeżdżać. Tu, to znaczy do Wrocławia. Powinienem był zostać z dzieckiem i chronić go przed nią i jej złym wpływem.

- A dlaczego się pobraliście? Kochał ją pan? Czy chodziło o jakieś inne motywy?

- Kochałem... - Zamyślił się Robert. - No kochałem. Oczywiście, że tak! - Chwilę milczał, znów nie wiedząc, co ma powiedzieć. - Ona rysowała przede mną piękne obrazy przyszłości... tego, jak będzie się nam dobrze żyło. A potem się okazało, że ja nie spełniam jej oczekiwań, że jest inaczej, niż chciała. Zrobiło się naprawdę bardzo źle. No i wyszła akcja z tą zdradą... To znaczy to jest w ogóle zabawna historia. Jedna kobieta poszła do niej i powiedziała, że mamy romans, co w ogóle nie było prawdą. I moja żona zmieniła się, przynajmniej na chwilę. Zrobiła się miła. Zerwała inne relacje, chociaż podobno chciała ode mnie odejść do kogoś lepszego. Całkiem się zmieniła... - Pokiwał głową, patrząc w sufit. - Przez chwilę było naprawdę dobrze. A najlepsze jest to, że ona w ogóle nie wiedziała, że nie miałem żadnego romansu. Dziwna sytuacja. Bardzo dziwna.

- I co? Potem znowu się zepsuło?

- No niestety. Urodził się Bartek i znów było inaczej, niż ona sobie wyobrażała. Czuję się bezsilny. Nigdy i nigdzie nie czułem się tak bezsilny jak we własnym małżeństwie. Czy to prowadząc najtrudniejsze śledztwa, czy pracując z najgorszymi pod słońcem ludźmi, albo ze swoim ojcem pijakiem. Po prostu nie wiem, co mam zrobić, żeby nie czuć się jak porażka i żeby dać swojemu dziecku godną przyszłość.

Robert spojrzał na księdza i zauważył, że ten uśmiecha się lekko.

- A czemu pan od niej nie odszedł? - zapytał kapłan po chwili.

- Wszyscy się mnie o to pytają. - Robert poczuł się zirytowany.

- Więc? - Kapłan uniósł brwi. - Czemu pan ciągle z nią jest? Te sprawy można załatwić nawet w Kościele. Można stwierdzić, że nie było zdolności do zawarcia związku małżeńskiego, że miał pan do czynienia z osobą niedojrzałą. A mimo to minęło ileś lat i nie przyszło panu to do głowy. Więc pytam: dlaczego?

- Nie wiem... - Robert uniósł się lekko na łóżku.

Ksiądz wstał i poprawiał mu poduszkę.

- ...może dlatego, że uważam, że jak się z kimś człowiek wiąże, to potem z nim jest, a może po prostu coś ze mną jest nie tak?

- Wie pan co? Jestem księdzem ponad dwadzieścia pięć lat. Powiem panu, że ludzie dobierają się nie bez przyczyny. Zawsze jest jakiś powód, że ta kobieta i ten mężczyzna są razem. Zawsze porównuję to do dłoni i rękawiczki. Niemal za każdym razem dłoń ma pięć palców, więc i rękawiczka musi być pięciopalczasta. Czasami jednak dłoń jest inna i może mieć sześć palców. Wówczas potrzebna jest sześciopalczasta rękawiczka. I wydaje mi się, że w tej sytuacji chodzi właśnie o to, tylko że pan z uporem maniaka usiłuje nałożyć pięciopalczastą rękawiczkę na sześciopalczastą dłoń. Rozumie mnie pan?

- Chyba nie do końca. - Robert zmarszczył brwi.

- To niech się pan zastanowi. To jest pokuta, jaką panu zadaje. Nie będę pana męczył z innymi grzechami. Wierzę, że głęboko pan żałuje. Gdyby była potrzebna jeszcze jakaś rada albo spowiedź, proszę się zgłosić do kaplicy. Myślę jednak, że sobie pan poradzi i odpowie na wszystkie pytania.

Roberta bardzo bolała głowa. Nie nawykł do przetwarzania tak dużej ilości danych w jednym czasie, a po wyjściu księdza czuł się dodatkowo zobowiązany do wypełnienia tego dziwnego zadania.

- Coś panu dać? - zapytała pielęgniarka, zaglądając podczas kolejnego obchodu.

- Co? - Zmrużył oczy.

- Widzę, że ma pan migrenę. Przyniosę coś na ból.

- Skąd pani wie?

- Mam w tym trochę doświadczenia - odparła, podchodząc bliżej łóżka. Obejrzała dokładnie monitory i sprawdziła wenflon na jego przedramieniu. - Poza tym jest pan po potężnym urazie... ból będzie się pojawiać. Nie ma sensu się męczyć.

- Okej. - Skinął lekko głową.

- Dobra. - Uśmiechnęła się pod maską. - Zaraz przyniosę kroplówkę i coś do niej dodam ekstra. Od razu poczuje się pan lepiej. Obiecuję.

Kiedy kroplówka była już podpięta, Robert stwierdził, że musi iść zobaczyć Bielunia. Zsunął się z łóżka, złapał stojak z kółkami i pomaszerował pewnym krokiem przez korytarz.

Inspektor miał otwarte oczy. Bardzo szeroko otwarte. Wytrzeszczone wręcz. Wiśniewski zrozumiał, że mężczyzna się obudził i coś mu dolegało, ale z jakiegoś powodu nie był w stanie zakomunikować tego na głos.

- Hej! - Robert wychylił się w stronę stanowiska pielęgniarek. - Potrzebna jest pomoc. On już nie śpi i chyba nie jest z nim najlepiej.

Zrobiło się małe zamieszanie, w czasie którego Wiśniewski stał z boku i obserwował, jak personel stara się ulżyć Bieluniowi. Sam policjant patrzył intensywnie na Roberta, jakby próbował przekazać mu wiadomość telepatycznie. Kiedy ułożono go na boku, nagle głośno stęknął, a jego twarz zrobiła się purpurowa.

- Ja pierdolę - wydusił w końcu z siebie. - Jak to boli.

- Co pana boli? - zapytała jedna z pielęgniarek, pochylając się nad jego twarzą.

- Dupa. Nie da się wytrzymać. Zróbcie coś.

- Rentgen! - zawołał lekarz. - Wieziemy go na rentgen. Powiadomcie radiologię, że zaraz będziemy i że to absolutny priorytet.

Robert w zdumieniu obserwował zespół medyków, którzy w idealnej synchronizacji ruchów złapali za łóżko i podpiętą do niego aparaturę, po czym ruszyli pędem w stronę wind, zostawiając pomieszczenie dziwnie pustym. Wiśniewski poczłapał znów na korytarz i usiadł na jedynym krześle, które stało pod ścianą.

- Niech pan idzie się położyć - powiedziała pielęgniarka zza kontuaru. - To może potrwać.

- Nie, posiedzę tutaj. - Oparł głowę o ścianę. - Długo czekałem, aż się obudzi.

Na szczęście badanie Bielunia szybko się skończyło i pan inspektor wrócił na salę chorych po jakiejś półgodzinie. Robert uniósł się i spojrzał pytająco na lekarza.

- Nie powinienem z panem o tym rozmawiać... - zaczął medyk, po czym westchnął cicho i poprawił maskę. - Nic mu nie będzie. Złamana kość ogonowa, nic więcej. Przeoczyliśmy to wcześniej, bo złamanie nie było duże, ale jak się obudził, musiał się lekko poruszyć i... Sam pan rozumie...

- Jasne. A jak będziecie to leczyć?

- Nijak. - Oczy lekarza się uśmiechnęły. - Musi się zrosnąć i tyle. Dostanie środki na ból i pewnie będzie wolał leżeć na brzuchu, ale wszystko z nim w porządku.

- Świetnie! Czy ja mogę...

- Niech pan do niego idzie. Pytał o pana. A jak pana łepetyna?

- Lepiej, zdecydowanie lepiej.

- No, takiej odpowiedzi oczekiwałem. Jutro rano spróbujemy zajrzeć do tego oka. Przekonamy się, czy przechwałki o udanej operacji były uzasadnione.

"I to mam mnie pocieszyć?" - pomyślał Robert, któremu nie było do śmiechu. Wymamrotał podziękowania i poszedł do Bielunia.

- Wiśniewski - wyszeptał inspektor, wyraźnie przejęty. - Chłopie...

- Spokojnie. - Robert położył dłoń na jego przedramieniu. - Jestem tutaj i nigdzie się nie ruszam. Nie musi się pan z niczym śpieszyć.

- Janusz.

- Co?

- Nie mów mi "pan", bo jesteśmy o dwa zamachy bombowe za daleko, żeby sobie panować... - Każde słowo przychodziło mu z trudem, ale w oczach widać było bojowego ducha.

- Okej. - Robert uśmiechnął się i ścisnął Bieluniowi dłoń. - Robert. Dla przyjaciół Wiśnia.

- Co... Kto... Ilu nie...

- Dwie osoby. Oprócz lekarki i jej męża. - Robert przysunął sobie krzesło i usiadł. - Przykro mi, ale... Jola nie żyje.

- Obcięło jej... głowę, tak? - Inspektor wbił wzrok z sufit.

- Yyy, tak. - Wiśniewski był zaskoczony. - Byłem tu u ciebie i mówiłem ci o tym.

- Tak coś kojarzę... Kto jeszcze?

- Jeden z wrocławskich saperów. Aneta jest na Oddziale Leczenia Stresu Bojowego. Od zamachu nie powiedziała ani słowa. Borkowski jest poturbowany psychicznie, wygląda jak własny cień. Inni też oberwali, ale liżą rany w domach.

- Dudek się pewnie zapije do reszty. - Bieluń ciężko westchnął. - Ale chujnia...

- Uprzedzając twoje pytania o śledztwo...

- Nie złapali go. - Inspektor skinął lekko głową, nie odwracając wzroku od sufitu.

- Skąd wiesz? - Robert się wyprostował.

- Domyślam się po twojej minie i głosie. Poza tym... Jak byłem na dole na radiologii, słyszałem rozmowy o zamknięciu szpitala. Podobno boicie się, że ktoś znów może chcieć nas dopaść.

Robert nie zareagował, więc Janusz zerknął na jego bladą twarz.

- Aż żałuję, że się obudziłem - szepnął. - Jakby mnie zaciukali nieprzytomnego, to może bym się nie przejął.

- Nikt cię nie zaciuka - odparł Wiśniewski, choć bez przekonania w głosie.

- To opowiedz mi o wszystkim. Od początku! - zarządził inspektor. - Tylko nie wymagaj, żebym siedział przy tym i patrzył na ciebie. Dupsko mi ciągle napieprza... A swoją drogą... - prychnął pod nosem - niezła żenada z tą kością ogonową, nie ma co. Dobra, mów!

- Ale co chcesz wiedzieć?

- Wszystko. Obudziłem się po wielu dniach, mam w głowie sieczkę, więc możesz mi przypomnieć, co się działo od chwili naszego przyjazdu aż do wybuchu. Potem się zobaczy, czy dam radę więcej wytrzymać.

- No okej - zgodził się Robert, po czym oparł łokcie na brzegu łóżka, choć wiedział, że personel tego bardzo nie lubi. - Przyjechaliśmy do szpitala na Kamieńskiego po południu w poniedziałek. Jeszcze nie było ciemno, więc dobrze było widać zniszczenia na zewnątrz. Podjazd na SOR i wejście do szpitala otoczone były taśmą policji. Stało tam nawet kilku łebków w mundurach, którzy mieli pilnować, żeby nikt nie wchodził ani nie wychodził...

- Ale nie dopilnowali. - Inspektor uniósł palec wskazujący. - To zapamiętałem i to mnie strasznie wkurwiło.

- Jak nas wszystkich. Od początku komentowaliśmy, że wyszła z tej akcji jakaś fuszerka. Wybuch był wcześnie rano, a do naszego przyjazdu większość śladów była zadeptywana przez łażących wszędzie ludzi. I dlatego... - Robert urwał, czując, że oblewa go zimny pot.

- Dlatego co? - Janusz obrócił gwałtownie głowę w jego stronę, czego szybko pożałował. - Ja nie mogę! Mój kark! No dobra, co i dlaczego? Co chcesz powiedzieć?

- Każdy mógł tam być - odezwał się Wiśniewski, ale bardziej do siebie samego. - Zamachowiec mógł swobodnie spacerować po terenie i robić, co mu się podobało.

- No tak... - Dłoń Janusza opadła ciężko na materac.

- Zresztą, doszliśmy z Kotowiczem do wniosku, że mógł nawet pojechać za nami do akademika, wejść do środka, podsłuchiwać... - Zerknął na Bielunia, który zacisnął mocno powieki, ale milczał. - Rozmyślałem o tym... Jeśli ktoś na Kamieńskiego miał kamerę nasobną, może dałoby się sprawdzić, czy widać na nagraniach kogoś podejrzanego. My nie mieliśmy takiego sprzętu... niestety.

- Powiedz im o tym.

- Już to zrobiłem. Napisałem do Kota wiadomość. Odpisał, że się tym zajmie i da znać.

- Ale coś jeszcze nie daje ci spokoju, prawda?

- Mhm... Coś w tej układance mi nie pasuje, a raczej brakuje czegoś istotnego. Zostałem poproszony o odwiedzenie Anetki. Początkowo nie chciałem do niej iść, ale potem uświadomiłem sobie, że jeśli ktokolwiek z nas mógł coś zapamiętać, to tylko ona. Tylko że ona nie mówi, a przynajmniej... nie mówiła wczoraj.

- I chcesz, żebym moje połamane dupsko zwlókł z wyra i do niej poszedł, tak?

- No... W sumie... tak. Mnie praktycznie nie zna, a ty jesteś dla niej ważną figurą.

- Aneta ma zawsze włączoną kamerę w laptopie - głos Bielunia był spokojny. - Buntowaliśmy się przeciwko temu, ale potem machnęliśmy ręką. Lubi nagrywać wszystko, co się wokół niej dzieje podczas pracy, a potem to sobie odtwarza w nieskończoność.

- Ale po co?

- Trudno powiedzieć. To pewnie przez ten jej autyzm. Teraz też biegała z komputerem, więc zakładam, że nagrywała całe zdarzenie. Jeśli pozwolą mi się z nią zobaczyć, postaram się dowiedzieć, jak było.

- Te nagrania... Gdzie je zapisywała? Lokalnie? Czy w chmurze?

- Raczej w chmurze. - Bieluń zmarszczył nos. - Oby to nie narobiło jej kłopotów.

- Dlaczego?

- Wiesz... żeby nikt się nie przyczepił, że materiały wydziału gdzieś mogły wyciec.

- Mhm... - Robert podniósł się i spojrzał na wyraźnie zmęczoną twarz inspektora. - Dokończymy naszą rozmowę później, okej? Dam znać Kotowiczowi, że się obudziłeś i o czym tu sobie gadaliśmy. Niech zdrowi pracują nad sprawą.

- Dobra - wyszeptał Janusz, przełykając ślinę. - Prześpię się, bo leki przeciwbólowe mocno weszły...

- Super! - Robert poklepał go po dłoni. - Odpoczywaj.

- Jak on się czuje? - zapytała jedna z pielęgniarek, kiedy Robert znalazł się na korytarzu.

- On? Chyba dobrze. Jest zmęczony, ale gada z sensem.

Kobieta uniosła tylko kciuk w górę i weszła do sali, w której leżał Bieluń.

Wiśniewski wyjął komórkę z kieszeni szlafroka i zadzwonił do szefa.

- Nagranie?! - Kotowicz był wyraźnie podekscytowany. - Stary, robisz nam dzień. Od rana szukaliśmy kogoś, kto miał kamerę na sobie w czasie akcji.

- Kocie, najpierw trzeba je znaleźć - odparł trzeźwo Robert.

- Nie no... Komputer Anety jest tutaj. To znaczy policja go zabezpieczyła, możemy go sprawdzić.

- A może przywieźcie go do szpitala? - Znów nagła myśl zagościła w głowie Wiśniewskiego. - Przecież ten laptop to jej całe życie. Może tak zdoła się z nami skomunikować.

- Okej. Dowiem się, czy go nam dadzą. Meyer, notujesz?

- A ty już masz taką sklerozę, że nie zapamiętasz? - dobiegł z oddali głos Łukasza.

- Zapisuj i nie pyskuj! Laptop, Aneta, szpital, nagranie... Okej, Wiśnia. Dziś pewnie nam nie pozwolą jej zobaczyć, ale do jutra wszystko załatwię na tip-top.

- Super. - Robert się uśmiechnął. - A! I jeszcze jedno. Bieluń nic nie wspominał, ale... macie kontakt z jego rodziną?

Po drugiej stronie zapadła grobowa cisza.

- Kot? - Wiśniewski poczuł ścisk w żołądku.

- Tak... To znaczy... Rodzina oczywiście od razu została poinformowana... - Robert usłyszał, jak Kotowicz ciężko westchnął. - Jego żona... Ona miała problem z sercem już od dłuższego czasu, poza tym długo chorowała na kowida...

- Tomek! - prawie krzyknął Robert, ściągając na siebie uwagę pielęgniarek. - Powiedz, kurwa, co się stało?!

- Maria Bieluń zmarła dwa dni po wybuchu.

Wiśniewski oparł się wolną dłonią o ścianę. Przed zdrowym okiem ujrzał poruszające się bardzo szybko czarne punkty, a po chwili mrok całkowicie ogarnął jego zmysły.

***

Kiedy Robert się ocknął, leżał znów na swoim szpitalnym łóżku, obok którego stali niemal na baczność Kotowicz z Meyerem. Po drugiej stronie lekarz obserwował monitory i mierzył mu puls.

- Jest pan za słaby, żeby pracować - stwierdził medyk, widząc, otwarte oko Roberta. Cmoknął cicho i pokręcił głową, jakby zirytowany. - Nie bez powodu ten oddział nazywa się intensywną terapią. Jeśli jeszcze raz pan zemdleje, tych dwóch dostanie dożywotni zakaz odwiedzin.

- Nie pracowałem - skłamał Wiśniewski.

- Nie, oczywiście! Przecież widzimy, że wisi pan na telefonie od samego rana. Ma pan poważny uraz głowy.

- Oka.

- Oczy są w głowie, jakby pan nie zauważył. - Lekarz nachylił się nad nim. - Skoro o tym mowa... Może zdejmiemy teraz opatrunek i sprawdzimy, czy coś pan widzi.

- Ale...

- Tak, tak! Będzie pan mógł otworzyć zoperowane oko. Zobaczymy, jak reaguje na światło. Proszę się nie martwić, okulista, który pana operował, wie o tym.

- No to nie będę się martwił.

Do tej pory Robert nie dzielił się z nikim swoimi obawami dotyczącymi oka. Po pierwsze, jego głowę zaprzątały inne sprawy, a po drugie, bał się, że jak zacznie komuś się zwierzać, to trzymane na wodzy emocje eksplodują i wywołają niepożądane reakcje, na przykład płacz. Tego by sobie nie życzył - co to to nie! Nie chciał stracić choćby części wzroku. Nie chciał, by jego prawe oko wyglądało dziwnie, zmuszając go do noszenia opaski albo przyciemnianych okularów. Wiedział, że odzywała się narcystyczna część jego natury, uczona od dziecka, że wygląd czasem zastępuje inne przymioty, ale nie mógł nic na to poradzić. Przez lata żył w nieuświadomionym przekonaniu, że bycie "ładnym" to jedyne, co go wyróżnia i czasem pomaga mu w życiu, jak choćby teraz, na oddziale, gdzie pielęgniarki wiele razy dawały mu do zrozumienia, że im się podoba i że chętniej się nim przez to zajmują. Wchłonięta, niczym przez osmozę, narracja, że jest kiepskim policjantem, a nawet człowiekiem, towarzyszyła mu w każdej sekundzie. Dlatego kiedy lekarz zdejmował opatrunek z jego głowy, serce zaczęło mu walić jak oszalałe, a dłonie spociły się, jak zawsze się to działo w wielkim stresie. Zacisnął palce na brzegu koca i nabrał powietrza w płuca.

- Niech pan oddycha. - Lekarz parsknął. - Bo znowu pan padnie.

- Okej. - Robert czuł na sobie spojrzenia kolegów, żałując przez moment, że ich nie wyprosił.

- No dobra. - Medyk odłożył bandaże i gazy na bok, po czym przybliżył swoją twarz do twarzy Wiśniewskiego. - Wygląda nieźle. W zasadzie... wygląda świetnie. Przynajmniej na zewnątrz. Może pan otworzyć powiekę?

- A nie była otwarta? - Robert odruchowo uniósł dłoń do głowy.

- Nie! Nie dotykamy niczego! Proszę spróbować otworzyć oko i zamrugać.

- Czuję, jakby była sklejona.

- No trochę jest. Zakropię. Powinno pomóc.

Po chwili Robert poczuł, że powieka jest otwarta, tyle że oko niczego nie widziało. Meyer dostrzegł jego minę i od razu wiedział, w czym rzecz.

- Może wyjdziemy? - powiedział, zerkając na Kotowicza.

- Nie, zostańcie - odparł cicho Wiśniewski. - Jest jak jest...

- Hej! Głowa do góry. - Lekarz zaśmiał się, kładąc mu dłoń na ramieniu. - To nie zawsze działa automatycznie. Proszę dać sobie chwilę.

- Założycie mi znów opatrunek?

- Tylko opaskę. Rany nie wymagają już specjalnego traktowania. Później zajrzy okulista i obejrzy blizny na rogówce. A może sam się pan przejdzie na badanie? Zobaczymy. Niech pan jeszcze pomruga przez chwilę.

Robert posłusznie wykonał polecenie. Przez trzy sekundy mrugał powiekami, ale nic się nie działo, potem jednak poczuł gwałtowny, ostry ból w prawej części głowy. Syknął, skrzywił się i znów sięgnął dłonią do czoła.

- Nie dotykamy oka! - Lekarz wykazał się czujnością. - Coś pana boli? Oko?

- Głowa. Jakby od wiercenia wiertarką. Masakra!

- Zaraz zawołam pie...

- Nie! - Robert złapał lekarza za rękę. - Już przechodzi.

- Dobrze. Proszę się rozluźnić. Zaraz panu coś pęknie od tego napięcia.

Wiśniewski opadł na poduszkę i odetchnął. Po chwili podniósł obie powieki i tuż przed sobą ujrzał zarys kobiecej postaci. Była rozmyta, więc nie mógł rozeznać rysów jej twarzy. Dopiero po kilku sekundach zdał sobie sprawę z tego, że widział ją prawym okiem.

- O! - Uniósł głowę. - Coś... zobaczyłem.

- Naprawdę?! - Lekarz zerknął na Meyera i Kotowicza, którym wyraźnie ulżyło.

- Tak. Wszystko jest zamglone i nieco ciemne, ale... zdawało mi się, że widzę kogoś... To znaczy tym okiem.

- To przywidzenie. Mózg musi na nowo nauczyć się funkcjonować z tym nerwem wzrokowym.

- Skąd pan wie, że przywidzenie? - Robert popatrzył na lekarza z rozbawieniem. - Może właśnie zyskałem nadprzyrodzone moce?

Meyer i Kotowicz zaśmiali się, a lekarz pokręcił głową.

- To pozwoli pan, że je panu odbiorę, okej? Zasłonimy oko i będziemy oczekiwać na poprawę. Powoli! A wy dwaj macie minutę na pożegnanie się i opuszczenie naszego oddziału.

- Mamy laptopa! - krzyknął szeptem Łukasz, ściągając na siebie gniewne spojrzenie lekarza. - Tak, wiem... ekran komputera to teraz najgorsze, co może być.

- Komórki też - dodał lekarz. - Zabieramy ją panu do kolacji. Wtedy może pan zadzwonić do dziecka i tyle. Koniec z pracą i niepotrzebnymi nerwami.

Kiedy zostali w trójkę, Meyer spoważniał i spojrzał na Roberta z wyraźną troską.

- On ma rację - stwierdził cicho. - Nie powinieneś się w ogóle przejmować. Czymkolwiek. Może tego nie widać, ale masa ludzi pracuje nad tą sprawą.

- To powiedzcie mi coś o tym. Macie parę minut, więc się streszczajcie.

- Yyy... - Kotowicz podrapał się po uchu. - Udało się nam znaleźć nagrania z laptopa Anety. Były w ich wydziałowej chmurze. Wzięliśmy jednak jej kompa, żeby jej go dać - może to coś pomoże w jej... stanie. Justyna i jej kumple mają kilku obiecujących podejrzanych, ale policja nie chce słyszeć o współpracy z nią... nimi. W ogóle odrzucają pójście tym tropem.

- Ale dlaczego?

- Dla zasady - westchnął Tomek. - Wiesz, że nosimy piętno "ludzi Brzezińskiego", więc to cud, że w ogóle ktoś z nam współpracuje...

- Bo jeden z tych ludzi też oberwał - zauważył Robert z irytacją w głosie.

- Tak, to ma znaczenie. Ale nikt nie chce mieć nic wspólnego z byłymi czy obecnymi najemnikami. W ogóle to słowo niektórym nie przechodzi przez usta.

- Nawet jeśli ktoś taki mógł dokonać zamachu?

- Tak.

- No i co zrobicie?

- My? - Kotowicz się roześmiał. - My nic nie możemy. Brzeziński będzie działał.

- Serio?

- Mhm. - Meyer pokiwał głową. - Dlatego mówimy, żebyś się niczym nie przejmował. Jeśli więksi od nas nie dadzą rady, lepiej nie walczyć z wiatrakami.