W objęciach mroku - J.L. Drake

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Pierwszy dzień w piwnicy

Emily

Gdzieś w pobliżu mia­rowo kapała woda. Gwał­tow­nie zamru­ga­łam, ale świa­tło było za ostre. Łupało mnie w gło­wie, czu­łam smak krwi. Coś zasła­niało mi usta. Pró­bo­wa­łam wypchnąć to języ­kiem, ale się nie dało.

Znowu otwo­rzy­łam oczy. Widzia­łam nie­wy­raź­nie, jak przez mgłę; dopiero po kilku mru­gnię­ciach odzy­ska­łam ostrość widze­nia. Chcia­łam poru­szyć rękami, lecz nawet nie drgnęły. Jesz­cze raz wytę­ży­łam wzrok w nadziei, że zoba­czę, gdzie jestem. Boże, jakie jaskrawe to świa­tło.

Mój wzrok padł na czarne opa­ski zaci­skowe, któ­rymi przy­wią­zano mnie do drew­nia­nego krze­sła za nad­garstki i kostki nóg. Ranę na łydce mia­łam opa­trzoną. Opa­tru­nek był prze­są­czony krwią, ale trzy­mał się dobrze.

Moje serce gwał­tow­nie zało­mo­tało, zakrę­ciło mi się w gło­wie. Szarp­nę­łam rękami i usi­ło­wa­łam kop­nąć nogą, ale wywo­łało to jedy­nie ostry ból. Spró­bo­wa­łam raz jesz­cze, z całej siły. Na próżno, znowu tylko zabo­lało. Mia­łam wra­że­nie, że jestem pijana. Czym była nasą­czona ta prze­klęta szmata?

Zebrało mi się na płacz, ale zakrztu­si­łam się od kne­bla. "Oddy­chaj", naka­za­łam sobie, przy­wo­łu­jąc całą wewnętrzną odwagę. Po trzech odde­chach zdo­ła­łam się tro­chę uspo­koić. Nie naj­go­rzej, zawsze to coś. Sta­ra­łam się myśleć trzeźwo, zmu­si­łam się do sku­pie­nia.

Nagle drzwi się otwo­rzyły i coś gło­śno stuk­nęło. Moja wewnętrzna odwaga pierz­chła, a serce zaczęło mi walić, jakby miało zamiar wyrwać się z piersi. Po chwili usły­sza­łam kroki. Zaczę­łam dygo­tać.

Przede mną poja­wił się męż­czy­zna w czar­nej masce. Cią­gnął za sobą meta­lowe krze­sło, któ­rego nogi zgrzy­tały po beto­no­wej pod­ło­dze. Dźwięk był prze­szy­wa­jący. Męż­czy­zna usta­wił krze­sło naprze­ciwko mnie, usiadł i zało­żył nogę na nogę. Strze­lił pal­cami i wska­zał na zie­mię, a szary pit­bul, ten z lasu, posłusz­nie zajął miej­sce u jego stóp. Męż­czy­zna spra­wiał wra­że­nie spo­koj­nego i odprę­żo­nego, co tylko pod­sy­cało mój strach. Ostre świa­tło biło zza jego ple­ców, więc nie widzia­łam wyraź­nie jego twa­rzy. Przy­glą­dał mi się, prze­krzy­wiw­szy głowę.

- Nie­ła­two cię zła­pać. - O w dupę, to Lasko. Złą­czył palce rąk i oparł je na podołku. - Pil­nują cię praw­dziwi goryle, Emily. - Miał nie­ty­pową dyk­cję, wyma­wiał każde słowo tak, jakby było rów­nie ważne jak kolejne. - A teraz odcho­dzą od zmy­słów, żeby cię zna­leźć. I nie zdają sobie sprawy, że jesteś tak bli­sko.

Poczu­łam ucisk w brzu­chu. Rozej­rza­łam się po pomiesz­cze­niu. Byłam w piw­nicy - co do tego nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, bo przez szparę mię­dzy deskami wpa­dało świa­tło dzienne. Co on miał na myśli? Czy mnie usły­szą, jeżeli zacznę krzy­czeć?

Nagle zadzwo­nił jego tele­fon. Lasko wycią­gnął go z kie­szeni dłu­gimi, kości­stymi pal­cami, ode­brał i słu­chał.

- Poło­ży­łeś tam, gdzie trzeba? - Słu­chał dalej. - Wła­śnie zna­leźli, tak? Dosko­nale.

Wło­ski na przed­ra­mio­nach sta­nęły mi dęba. Zasta­na­wia­łam się, z kim roz­ma­wia. Lasko wykrzy­wił wargi w led­wie widocz­nym uśmie­chu. Z pew­no­ścią wła­śnie padł jakiś tylko dla niego zro­zu­miały żar­cik.

- Dobra robota.

Rzu­cił mi krót­kie spoj­rze­nie, roz­łą­czył się i scho­wał tele­fon.

Z tru­dem pano­wa­łam nad odru­chami wymiot­nymi. Em, musisz się uspo­koić, tłu­ma­czy­łam sobie.

Lasko przy­glą­dał mi się przez chwilę, po czym powoli się pochy­lił i stuk­nął w kla­wia­turę. Zaja­śniał ekran kom­pu­tera i uka­zała się na nim twarz Setha.

- O mój Boże. - Jego głos zagrzmiał z gło­śni­ków roz­miesz­czo­nych chyba wokoło mnie. Prze­nio­słam wzrok na Lasko, a on wska­zał na okienko kamery lap­topa.

- Uśmiech­nij się, kocha­nie, jesteś na fil­mie - szep­nął.

- Ona nas sły­szy? - wark­nął do kogoś Seth. Zer­k­nę­łam na ekran i kiw­nę­łam głową.

Twarz Setha stę­żała i przy­su­nęła się bli­żej.

- Boże, mała. - Widzia­łam jego prze­ra­że­nie. - Nic ci nie jest?

Pokrę­ci­łam głową i łzy pocie­kły mi po policz­kach. Na dźwięk jego głosu bole­śnie ści­snęło mnie w sercu. Gdzieś w tle Gar­rett zawo­łał sier­żanta.

Teraz na ekra­nie poja­wił się Gar­rett.

- Emily, jesteś sama?

Prze­nio­słam wzrok na Lasko, a on uśmiech­nął się i mach­nął ręką, dając mi znak, żebym śmiało odpo­wie­działa. Jak miło z jego strony, pomy­śla­łam cynicz­nie. Znowu spoj­rza­łam na ekran i pokrę­ci­łam głową. Lasko wstał i powoli pod­szedł za opar­cie mojego krze­sła. Nie byłam w sta­nie ode­rwać wzroku od ekranu.

Seth zaci­snął zęby, gdy Lasko powiódł ręką po mojej szyi. Odczu­łam ten dotyk jak głę­bo­kie opa­rze­nie. Chcia­łam się odsu­nąć, ale on chwy­cił mnie za włosy, przy­trzy­mał i nachy­lił się, by je pową­chać. Zaci­snę­łam powieki. Pró­bo­wa­łam zacho­wać spo­kój.

- Ofi­ce­rze Con­nors, jak ta pań­ska dziew­czyna cudow­nie pach­nie - zamru­czał Lasko. Świa­do­mość, że spra­wuje cał­ko­witą kon­trolę nad sytu­acją, naj­wy­raź­niej spra­wiała mu przy­jem­ność.

Oczy Setha pociem­niały.

- Lasko, wiem, że to ty. Zdej­mij tę pie­przoną maskę. - Seth zaci­snął zęby.

Lasko sta­nął teraz z boku krze­sła. Po chwili namy­słu lekko ski­nął głową.

- Zgoda. Dzięki temu cała sytu­acja nabie­rze bar­dziej oso­bi­stego cha­rak­teru. - Zdjął maskę, odsła­nia­jąc twarz, która wyglą­dała dokład­nie tak samo jak na zdję­ciu. - Witaj, Seth. Tak, to ja, Jimmy Lasko. Cie­szę się, że w końcu mogę cię poznać.

Sły­sząc jego uprzejmy, for­malny ton, dziw­nie się prze­ra­zi­łam.

Gar­rett szep­nął coś Sethowi na ucho, a Seth kiw­nął głową na zgodę.

- Witaj, O'Brian. - Lasko powiódł pal­cem po moim oboj­czyku.

- Czego od niej chcesz? - Twarz Gar­retta posza­rzała.

Lasko dotknął mojego ramie­nia. Zamar­łam. Zaśmiał się, ujął mnie za brodę i nachy­lił się nade mną.

- Tego samego, czego Seth.

Pocią­gnął języ­kiem po mojej skó­rze, od brody aż po kącik oka. Z obrzy­dze­niem szarp­nę­łam głową. Zebrało mi się na wymioty. Mia­łam wra­że­nie, że jego ślina parzy.

Gar­rett chwy­cił Setha za ramię.

- Chce cię tylko wku­rzyć - zabrzmiał jego głos w gło­śni­kach. Zwy­kle Gar­rett dosko­nale stu­dził Setha, ale wie­dzia­łam, że teraz to nie zadziała.

Lasko zaśmiał się i pod­szedł bli­żej.

- Po pro­stu się pod­daj, kocha­nie. To znacz­nie uła­twi sprawę. - Powiódł ręką po moim ramie­niu. Szarp­nę­łam się. To, że byłam unie­ru­cho­miona, dopro­wa­dzało mnie do szału.

Lasko odwró­cił się do kamery.

- Zawsze jest taka waleczna, Seth?

Seth stał bez ruchu. Na wizji zja­wił się Gar­rett.

- Znaj­dziemy cię, Emily. Trzy­maj się.

Poki­wa­łam głową i znowu zaczę­łam pła­kać.

Lasko zaśmiał się i nie­spiesz­nym ruchem zgar­nął mi włosy z szyi.

- Wybacz­cie, pano­wie, ale jeste­śmy umó­wieni na kola­cję. Mój skarb musi się jesz­cze odświe­żyć. Poże­gnaj się, kocha­nie.

Sły­sza­łam krzyk Setha. Ogar­nęła mnie nagła panika. Lasko zła­pał mnie za ramię i wbił w nie igłę. Wszystko stało się zama­zane.

Seth

Gar­rett ujął mnie za ramiona i odcią­gnął od kom­pu­tera.

- Znaj­dziemy ją. Nie pękaj.

Zało­ży­łem ręce na piersi i gwał­tow­nie odwró­ci­łem głowę. Pot wystą­pił mi na czoło.

- Jasne - sap­ną­łem. Naj­waż­niej­sze, że żyje.

Pod­szedł do nas ofi­cer śled­czy Micha­els.

- Prze­cze­sali teren co do metra. Nic nie zna­leźli. Zmie­niamy miej­scówkę. Za dzie­sięć minut ruszamy.

Poje­cha­li­śmy z Gar­ret­tem za SUV-em Micha­elsa do hotelu. Micha­els wysiadł z vana w towa­rzy­stwie John­niego, Rig­gsa, Camp­bella, Avery'ego i Mat­thewsa.

Avery pod­szedł do mnie i powie­dział:

- Mamy świetny zespół. Wszy­scy ją znają i lubią, więc staną na rzę­sach, żeby ją zna­leźć. - Ski­ną­łem głową i ruszy­łem w stronę budynku. Nie chcia­łem słu­chać fra­ze­sów o nadziei. Chcia­łem uwol­nić Emily i zostać na dzie­sięć minut sam na sam z Lasko.

Wraz z sied­mioma innymi poli­cjan­tami w mil­cze­niu sta­łem w win­dzie jadą­cej na ostat­nie pię­tro, gdzie mie­ściły się pen­tho­use'y. Nikt się nie odzy­wał. W małym sta­lo­wym pomiesz­cze­niu pano­wała iście gro­bowa atmos­fera. Przy wyj­ściu z windy cze­kał na nas wysoki, potęż­nie zbu­do­wany Afro­ame­ry­ka­nin, który ski­nął głową do Micha­elsa i popro­wa­dził nas do jed­nego z apar­ta­men­tów.

- Patrick, agent spe­cjalny - przed­sta­wił się czło­wiek w ciem­nym gar­ni­tu­rze. - A to agentka Weathers, spe­cja­listka od komu­ni­ka­cji, i agent Crew od IT. Jeste­śmy z FBI.

- FBI? - spy­ta­łem zdez­o­rien­to­wany.

Micha­els odwró­cił się do mnie i wyja­śnił:

- Sądzą, że Lasko ma zwią­zek z porwa­niem, które miało miej­sce kilka lat temu w Tek­sa­sie. To sprawa mię­dzy­sta­nowa... - więc się włą­czą, dokoń­czy­łem w myślach. - Prócz tego są mi winni parę przy­sług.

- Dzięki - ode­zwa­łem się schryp­nię­tym gło­sem. Co dwie pary oczu, to nie jedna.

- Podzię­ku­jesz, jak ją uwol­nimy.

Agent Crew wycią­gnął do mnie rękę.

- Przyj­rzyjmy się temu kom­pu­te­rowi. - Popra­wił oku­lary na nosie, a ja wrę­czy­łem mu lap­top.

- Pod­rzu­cił go spe­cjal­nie? Żeby­ście łatwo zna­leźli? - spy­tał.

- Tak - odpo­wie­dzia­łem szybko, roz­glą­da­jąc się po pokoju, w któ­rym trwała ogólna krzą­ta­nina.

Pode­szła do nas Weathers.

- Ofi­ce­rze - zaga­iła - zdaje się, że to z panem muszę poroz­ma­wiać.

Ode­szli­śmy na bok i usie­dli­śmy przy okrą­głym stole. Agentka wycią­gnęła notes, zgar­nęła włosy i zatknęła je za ucho. Była szczu­pła, ale silna i twarda, co było po niej widać, trzy­mała się pro­sto.

- Zna pan panią McPhee od dawna?

Kiw­ną­łem głową.

- Jak by pan okre­ślił rela­cję, która was łączy?

Odchrząk­ną­łem.

- Bli­ska.

- Jeste­ście parą?

- Tak.

Agentka znowu odgar­nęła z twa­rzy brą­zowe włosy.

- Czy pani McPhee i ofi­cer O'Brian też są ze sobą bli­sko?

- Tak. Jak brat i sio­stra.

- Ni­gdy nie miał pan wra­że­nia, że łączy ich coś wię­cej? - Badaw­czo patrzyła mi w oczy.

Wytrzy­ma­łem jej spoj­rze­nie.

- Nie, ni­gdy.

Agentka noto­wała. Cie­kaw byłem, jaki to ma zwią­zek ze sprawą.

- Czy przy­cho­dzi panu do głowy jakiś powód, dla któ­rego Lasko mógłby być nią zain­te­re­so­wany?

Zamkną­łem oczy i unio­słem rękę do ust.

- Nie. - Pokrę­ci­łem głową. - To pyta­nie nie do mnie, ale do Hanka Wal­lace'a - doda­łem. Agentka unio­sła brew i zmarsz­czyła czoło. - Prze­słu­chu­jemy Wal­lace'a już od ponad tygo­dnia. Oka­zuje się, że ma nie­złą kar­to­tekę, ale dotąd nie udało nam się go zła­mać. Cią­gle prosi o spo­tka­nie z Emily, lecz Micha­els nie chciał jej wyko­rzy­sty­wać. No i teraz oczy­wi­ście już nie może. Nie mam poję­cia, dla­czego Lasko ją sobie upa­trzył.

Crew pod­niósł rękę.

- Znowu mamy łącz­ność, pano­wie. Widzimy McPhee.

Zerwa­łem się od stołu i pod­bie­głem do kanapy. Emily sie­działa na tym samym krze­śle, co wcze­śniej, ze zwie­szoną na dół głową. Przy­su­ną­łem się do mikro­fonu.

- Em, sły­szysz mnie?

Ani drgnęła.

- Pró­bu­jemy namie­rzyć ten sprzęt? - Pokój wypeł­nił się ochry­płym gło­sem Patricka.

Crew przy­tak­nął. Otwo­rzył wła­sny lap­top, pod­piął go do tam­tego i zaczął coś pisać, po czym zde­gu­sto­wany pokrę­cił głową.

- Nic z tego. Prze­kie­ro­wuje na różne adresy.

Nie wyda­wał się tym spe­cjal­nie zdzi­wiony.

Emily lekko poru­szyła głową.

- Patrz­cie! - Gar­rett wska­zał pal­cem na ekran. Obser­wo­wa­li­śmy, jak Emily pró­buje poru­szyć rękami i nogami. Powoli pod­nio­sła powieki. Rozej­rzała się wokół sie­bie i zaczęła cicho pła­kać. Wyda­wała się przy­mu­lona, miała kło­pot z utrzy­ma­niem głowy w pio­nie.

Prze­łkną­łem gulę w gar­dle.

- Pew­nie dał jej coś na uspo­ko­je­nie.

- Emily, sły­szysz mnie? - spy­ta­łem pod­nie­sio­nym gło­sem. Z lewej strony na dole ekranu poja­wił się jakiś cień. - Cze­kaj­cie, co to było? - spy­ta­łem, sta­ra­jąc się powstrzy­mać panikę.

Crew odtwo­rzył nagra­nie na swoim kom­pu­te­rze i prze­wi­nął je do tyłu. W chwili, gdy zja­wił się cień, wci­snął pauzę i powięk­szył obraz.

- Wygląda jak pies.

- Pit­bul - szep­ną­łem.

Crew zmru­żył oczy.

- Tak, sądząc po kształ­cie głowy, powie­dział­bym, że rze­czy­wi­ście pit­bul - zawie­sił głos. - Skąd wie­dzia­łeś?

Prze­nio­słem wzrok na Weathers.

- Zanim ją dopadł, roz­ma­wia­łem z nią przez tele­fon. Powie­działa, że pit­bul na nią patrzy. A potem zaata­ko­wał.

Na ekra­nie dostrze­głem ruch. Z boku mignęła ręka Lasko. Coś robił. Ści­snęło mnie w żołądku.

- Jest.

Lasko uka­zał się na wizji. Miał wście­kłą minę. Poka­zał ręką psa i wydał jakiś roz­kaz. Pit­bul znik­nął z ekranu.

- Pass auf sie auf - roz­legł się za mną głos Patricka. - Po nie­miecku "pil­nuj jej".

Okry­łem się gęsią skórką.

- Czy­tasz z ruchu warg? - spy­tał Gar­rett, pod­cho­dząc do Patricka.

- Tak. W sze­ściu języ­kach. - Patrick wska­zał na ekran. - Lasko wła­śnie wyszedł.

Emily

Wyci­snę­łam czer­wony barw­nik spo­żyw­czy na cukier i wymie­sza­łam, naj­pierw powoli, a potem dokład­nie. Wzię­łam nóż i roz­sma­ro­wa­łam lukier na cia­stecz­kach w kształ­cie gwiaz­dek, po czym posy­pa­łam je kolo­rową posypką. Się­gnę­łam po ścierkę, a kiedy znów się odwró­ci­łam, bra­ko­wało dwóch cia­stek.

- Co to ma być? - Rozej­rza­łam się po kuchni, ale nikogo nie było. Lukro­wa­łam dalej, aż wszyst­kie moje świą­teczne wypieki ape­tycz­nie lśniły. Wkła­da­jąc brudne naczy­nia do zlewu, wychwy­ci­łam wzro­kiem odbi­cie taty w szy­bie.

- Tato! - zawo­ła­łam i rzu­ci­łam w niego ścierką. Przy­ła­pa­łam go, gdy z pira­midką cia­stek w dłoni wyco­fy­wał się do biura. Tata się zaśmiał i uciekł na schody. - Nie pod­kra­daj mi cia­stek!

Roze­śmia­łam się i nasta­wi­łam gło­śniej muzykę. Kuch­nię wypeł­nił głos Judy Gar­land, śpie­wa­ją­cej Have Your­self a Merry Lit­tle Chri­st­mas.

Co? Odwró­ci­łam głowę w lewo, potem w prawo, ale głos Judy Gar­land ucichł, a zastą­pił go natrętny jęk wio­lon­czeli. Smy­czek, prze­su­wa­jąc się po stru­nach, wydo­by­wał mnie z otę­pie­nia. Pod­nio­słam rękę i potar­łam się po gło­wie.

Uświa­do­mi­łam sobie, co wła­śnie zro­bi­łam i drgnę­łam. Jak to? Mogę ruszać rękami? Gwał­tow­nie otwo­rzy­łam oczy i stwier­dzi­łam, że leżę. Sku­pi­łam wzrok na sufi­cie. Pęk­nię­cia betonu cią­gnęły się w stronę drzwi. Drzwi?

Chcia­łam się pod­nieść, ale za bar­dzo krę­ciło mi się w gło­wie. Dopiero za trze­cim razem udało mi się usiąść i spu­ścić nogi z łóżka, jed­nak kiedy to zro­bi­łam, prze­ko­na­łam się, że mam kosz­marną migrenę. Byłam ubrana w długą jedwabną koszulę nocną. Gdy zda­łam sobie sprawę, co to ozna­cza, żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła. Prze­wró­ci­łam się na bok i zwy­mio­to­wa­łam.

Lasko mnie prze­brał! Siłą powstrzy­ma­łam się od roz­wa­żań na ten temat. Nie­pew­nie wsta­łam i jak pijana ruszy­łam w stronę meta­lo­wych drzwi. Sub­stan­cja, którą mi wstrzyk­nął, na­dal dzia­łała.

Muzyka umil­kła, zapa­dła dziwna cisza. Z przy­spie­szo­nym odde­chem, cała pokryta gęsią skórką pospiesz­nie maca­łam ścianę wzdłuż obwodu drzwi i dra­pa­łam drewno futryny. Musia­łam się stąd wydo­stać. Nagle usły­sza­łam jakiś dźwięk. Ktoś patrzył na mnie przez wizjer.

Prze­stra­szona, odsko­czy­łam i zato­czy­łam się na komodę. Drzwi się otwo­rzyły, Lasko sta­nął w nich i mie­rzył mnie wzro­kiem. Zmarszczki wokół jego oczu pogłę­biły się jesz­cze bar­dziej.

- Dobry wie­czór - ode­zwał się dziw­nym, niskim gło­sem. - Kola­cja za czter­dzie­ści minut. Może umy­jesz się i prze­bie­rzesz? Nie chcemy, żebyś się spóź­niła. On nie lubi cze­kać.

Chwila, co? Kto nie lubi cze­kać?

- Zbie­raj się, moja droga. Radzę ci, zrób, co każę.

Deli­kat­nie, lecz sta­now­czo zła­pał mnie za ramię i wypro­wa­dził za drzwi. Powłó­czy­łam nogami po zim­nej, wil­got­nej pod­ło­dze. Zauwa­ży­łam, że na­dal jeste­śmy w piw­nicy. Krze­sło, na któ­rym wcze­śniej sie­dzia­łam, stało teraz z boku. Zer­k­nę­łam na moni­tor, ale kom­pu­ter był wyłą­czony.

Lasko zwró­cił uwagę na moje spoj­rze­nie.

- Pomy­śla­łem, że ucie­szysz się z pry­wat­no­ści.

Chcia­łam coś odpo­wie­dzieć, ale byłam zbyt zdez­o­rien­to­wana jego zacho­wa­niem. Doszli­śmy do sta­rej prze­no­śnej wanny, sto­ją­cej w rogu. Lasko nalał do niej wody. Krew zasty­gła mi w żyłach, gdy uświa­do­mi­łam sobie, co zaraz będzie.

- Nie, bła­gam - wymam­ro­ta­łam. Mia­łam wra­że­nie, że ogromny język nie mie­ści mi się w ustach.

Poczu­łam jego rękę na ramie­niu.

- Przy­kro mi, moja droga. Będzie tak, jak musi być. Pod­nieś ręce.

Krę­ci­łam głową, gdy maj­stro­wał przy jedwab­nych ramiącz­kach. Zsu­nął mi je z ramion i koszula opa­dła na pod­łogę. Sta­łam przed nim zupeł­nie naga.

Na sekundę prze­bu­dziła się moja wewnętrzna odwaga, dum­nie unio­słam pod­bró­dek i spoj­rza­łam mu pro­sto w twarz. Nie będę oka­zy­wać sła­bo­ści. Lasko mru­gnął ze zdzi­wie­nia, ale szybko się opa­no­wał i odchrząk­nął.

- A teraz wejdź do wanny, pro­szę.

Drżąc na całym ciele, wsparta na jego ramie­niu weszłam do gorą­cej wody. Krzyk­nę­łam, bo rana na łydce mocno mnie zapie­kła. Lasko cmok­nął i pomógł mi odchy­lić się do tyłu. Wziął mydło i zaczął myć mi stopy. Mia­łam dziwne wra­że­nie, że robi to nie­mal z... naboż­no­ścią?

Intymne czę­ści ciała omi­nął, co nie zna­czy, że prze­sta­łam się trząść. Raczej się nie odzy­wał, wyda­wał jedy­nie pole­ce­nia. Spu­ścił wodę z wanny, kazał mi się pochy­lić i deli­kat­nie umył mi głowę. Parę razy sły­sza­łam, że coś mówi, ale nie rozu­mia­łam. Ten chory psy­chol pew­nie się raj­co­wał, uda­jąc, że się o mnie trosz­czy.

Wytarł mnie, a potem ubrał w ciem­no­nie­bie­ską wie­czo­rową saty­nową sukienkę, przy­pro­wa­dził z powro­tem do pokoju i kazał cze­kać. Wszystko to było tak dziwne, że tylko spo­tę­go­wało mój strach. Jeżeli to nie z Lasko mia­łam jeść kola­cję, to z kim?

I dla­czego nagle stał się dla mnie taki - bałam się nawet tak pomy­śleć - miły? Mimo że nie mia­łam butów, zaczę­łam krą­żyć po pokoju. Musia­łam się stąd wydo­stać. Czu­łam nara­sta­jącą panikę.

Na dźwięk otwie­ra­nych drzwi zamar­łam. Momen­tal­nie zaschło mi w ustach. Na widok Lasko w smo­kingu oblał mnie zimny pot. O co tu kurwa cho­dzi?

- Och, jak uro­czo wyglą­dasz, kocha­nie - powie­dział swoim daw­nym gło­sem i wycią­gnął do mnie rękę. - Chodźmy. Kola­cja czeka.

Cof­nę­łam się o krok; nie chcia­łam iść. Wolę już gnić tu, w tym pokoju, niż jeść kola­cję z psy­cho­lem, ale mina Lasko jasno pod­po­wia­dała, żeby z nim nie zadzie­rać. Prze­łknę­łam ślinę, żeby zwil­żyć gar­dło. Posta­wi­łam jeden nie­pewny krok naprzód.

- Mądra decy­zja - stwier­dził i mocno zła­pał mnie za ramię.

Decy­zja?

Pośrodku piw­nicy stał okrą­gły stół nakryty czer­wo­nym obru­sem. Było ciemno, pomiesz­cze­nie oświe­tlały tylko poroz­sta­wiane wszę­dzie świece. Na stole zoba­czy­łam dwa usta­wione naprze­ciw sie­bie tale­rze z pokry­wami. Z umiesz­czo­nego obok sta­rego adap­teru pły­nęła nie­po­ko­jąca muzyka wio­lon­cze­lowa, ta sama, co wcze­śniej.

Na ekra­nie dostrze­głam Setha i Gar­retta. Na mój widok obaj wstali i zaczęli coś mówić, ale z powodu gło­śnej muzyki nie sły­sza­łam, co.

Lasko odsu­nął dla mnie krze­sło.

- Sia­daj, pro­szę.

Kiedy nie posłu­cha­łam od razu, mocno pchnął mnie na sie­dzi­sko i roz­ło­żył mi ser­wetkę na kola­nach, po czym zajął miej­sce naprze­ciwko. Zer­k­nę­łam na lewo, na ekran. Czu­łam, jak łomo­cze mi serce.

- Patrz tu na mnie, kocha­nie - ode­zwał się łagod­nie Lasko. Nie­zręczną ciszę wypeł­niała muzyka. Lasko przy­mknął powieki i kiwał ręką w rytm melo­dii. - Uwiel­biam Bacha.

Bach jest dla mnie na zawsze stra­cony.

- Bach koi duszę.

Duszę? Boże, muszę się stąd wydo­stać!

Lasko nalał nam wina i uniósł kie­li­szek w górę.

- W końcu jesteś tu, gdzie twoje miej­sce.

Ten gość był zde­cy­do­wa­nie chory psy­chicz­nie. Nie poru­szy­łam się. Sie­dzia­łam jak przy­mu­ro­wana. On pochy­lił się ku mnie i stuk­nął swoim kie­lisz­kiem w mój.

- Twoje zdro­wie. - Uśmiech­nął się sze­roko i upił łyk. - Mmm, dobre, nie sądzisz? - Zer­k­nął na ety­kietę. - Dwa tysiące jede­na­sty, Mer­lot St Michelle, jedno z moich ulu­bio­nych. - Kla­snął w ręce. - To co? Zjemy?

To rze­kł­szy, zdjął pokrywę z mojego tale­rza, uka­zu­jąc pie­czeń wie­przową z ziem­nia­kami i zie­loną fasolką. Lasko z zado­wo­le­niem wcią­gnął powie­trze i przy­stą­pił do posiłku. Jego brak manier przy stole nie lico­wał z pró­bami nada­nia kola­cji roman­tycz­nej atmos­fery. Z tru­dem hamo­wa­łam odruch wymiotny. Lasko nawet nie ocie­rał brody, po któ­rej ście­kał mu sos z pie­czeni.

Wola­łam nie ryzy­ko­wać, więc nie patrzy­łam już w stronę kom­pu­tera. Bar­dzo chcia­łam, by Seth mi towa­rzy­szył, a wie­dzia­łam, że jeżeli spoj­rzę na ekran, Lasko wyłą­czy kamerę, więc zostanę z tym pomy­leń­cem sama.

- Jedz! - roz­ka­zał, wyry­wa­jąc mnie z zamy­śle­nia.

Nie poru­szy­łam się.

Odło­żył wide­lec i wresz­cie otarł usta. Zabęb­nił pal­cami w stół. Twarz mu stę­żała, ale po chwili poja­wił się na niej uśmiech.

- Mówi­łem ci już, że pięk­nie wyglą­dasz? Do twa­rzy ci w tym kolo­rze. Wprost pro­mie­nie­jesz. - Bęb­nił w stół jesz­cze gło­śniej. - Ale jeśli nic nie zjesz, to sam będę musiał zadbać o wygląd two­jej buźki.

Wzię­łam wide­lec, oddzie­li­łam maleńką por­cję mięsa i zaczę­łam ją prze­żu­wać, nie czu­jąc smaku.

- Dobre, prawda? - spy­tał z uśmie­chem.

Jedli­śmy dalej, aż oboje skoń­czy­li­śmy. Kon­cen­tro­wa­łam się wyłącz­nie na tym, by prze­ły­kać. Robi­łam to tylko z myślą o ener­gii, którą da mi posi­łek i która pozwoli mi sta­wić opór temu zwie­rzę­ciu, gdy nadej­dzie odpo­wied­nia chwila... bo na pewno kie­dyś taka nadej­dzie.

Nagle zadzwo­niła jego komórka. Lasko wydo­był ją z kie­szeni.

- Wybacz na moment, kocha­nie, muszę ode­brać.

Ści­szył muzykę i ode­brał tele­fon.

- Cze­kaj chwilę - powie­dział do słu­chawki.

Wyjął opa­ski zaci­skowe i przy­mo­co­wał mi ręce i nogi do krze­sła. Upew­nił się, czy wszystko dobrze się trzyma, a następ­nie zało­żył mi kne­bel.

- Wolę się upew­nić, że nie wpad­niesz na żaden głupi pomysł - zażar­to­wał i wyszedł na górę. Usły­sza­łam stuk zamy­ka­nych drzwi i jego stłu­miony głos.

Szybko zer­k­nę­łam na ekran. Seth z kimś roz­ma­wiał. Cie­szy­łam się, że są z Gar­ret­tem przy mnie choćby w ten spo­sób. Pró­bo­wa­łam się przy­su­nąć do kom­pu­tera, żeby coś usły­szeć. Prze­nio­słam cię­żar ciała na przód krze­sła i szarp­nę­łam. Po trzech takich akcjach byłam może dwa cen­ty­me­try bli­żej.

Stęk­nę­łam z bez­rad­no­ści i wście­kło­ści, ale to wystar­czyło, by zwró­cić uwagę Setha. A więc on też mnie sły­szał?

Roz­le­gło się mia­rowe stu­ka­nie. Zasty­głam. Po chwili usły­sza­łam ciężki oddech i w polu mojego widze­nia zja­wił się pit­bul. O, nie! Z psiego gar­dła wydo­był się głę­boki war­kot. Zwie­rzę oparło się łapami o moje nogi, mocno wbi­ja­jąc mi pazury w skórę. Przy­su­nęło pysk tuż do mojej twa­rzy i świ­dro­wało mnie spoj­rze­niem żół­tych ślepi. Z pasz­czy śmier­działo mu zgni­łym mię­sem. Musia­łam wstrzy­mać oddech, bo bałam się, że zwy­mio­tuję. Ten smród był nie do znie­sie­nia. Pies postał tak przez chwilę, by zazna­czyć swoją obec­ność, po czym zesko­czył na zie­mię, zosta­wia­jąc na mojej nodze ślady pazu­rów. Sap­nął, wró­cił do swo­jego kąta i ciężko legł na pod­łogę. Wypu­ści­łam powie­trze w dłu­gim, roz­dy­go­ta­nym odde­chu.

Słowo "prze­ra­że­nie" za słabo opi­suje to, co czu­łam.

Mój mózg bła­gał, żeby go wyłą­czyć, ale zwal­czy­łam pokusę. Byłam wycień­czona.

Gwał­tow­nie pode­rwa­łam głowę, gdy usły­sza­łam nade mną kroki Lasko. Nękały mnie wąt­pli­wo­ści. A jeśli już ni­gdy nie zoba­czę Setha? Dla­czego mu nie powie­dzia­łam, że go kocham, kiedy mia­łam szansę to zro­bić? Och, cóż bym dała, żeby jesz­cze raz poczuć uścisk jego objęć!

Lasko

Miał się zja­wić dopiero po mojej randce. Ten Danny zawsze albo się spóź­niał, albo przy­jeż­dżał za wcze­śnie. Mia­łem tego dość. No ale z dru­giej strony, chciało mu się jechać z dostawą aż tutaj, dopóki więc nie znajdę sobie kogoś głup­szego i tań­szego, muszę go zno­sić.

Wzią­łem pisto­let i wsu­ną­łem go za pasek spodni z przodu, tak aby dobrze było widać ręko­jeść. Odsło­ni­łem brudną zasłonę. Pod dasz­kiem stał sku­lony Danny i osła­niał się przed desz­czem.

Powoli prze­krę­ci­łem zamek i otwo­rzy­łem drew­niane drzwi. Spoj­rzał na mnie ciem­nymi oczami o roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach. Natych­miast wzmo­głem czuj­ność.

- Siema - ode­zwał się, kiwa­jąc się na pię­tach. - Wpu­ścisz mnie?

Adler sta­nął przy mojej nodze. Musną­łem pal­cami czu­bek jego wypu­kłej głowy. To był sygnał, że ma uwa­żać, ale kaza­łem mu wra­cać na dół pil­no­wać mojej Emily.

- Pokaż - rzu­ci­łem, nie rusza­jąc się z miej­sca. Danny wywró­cił oczami, roz­su­nął poły kurtki i odwró­cił się tak, bym widział, że nie ma broni. - Właź.

Wpro­wa­dzi­łem go do salonu i prze­chy­li­łem krze­sło, by zrzu­cić baj­zel z sie­dzi­ska. Danny się­gnął po leżący na pod­ło­dze por­nos i uniósł brew.

- Co, kręcą cię blon­dynki?

- Kręci mnie to, co masz w kie­szeni. - Nie chcia­łem roz­pra­wiać o tym, od czego mi staje. Chcia­łem tylko dostać pier­do­lony koks.

- Oto - Danny wycią­gnął wore­czek, ale kiedy chcia­łem po niego się­gnąć, szybko scho­wał go za plecy - moje naj­now­sze dzieło. - Wziął pismo i zaczął na nim for­mo­wać kre­skę. Z uśmie­chem pod­su­nął mi, żebym spró­bo­wał. Roz­krę­ci­łem dłu­go­pis i wcią­gną­łem pro­szek przez pustą obu­dowę. Trzy­ma­łem się za głowę, gdy prze­ni­kał mi do wnę­trza nosa. - Nie­zły towar, co?

Wrę­czy­łem mu plik dwu­dzie­stek i pod­sze­dłem do drzwi.

- To samo za tydzień. Powiem ci, dokąd przy­wieźć.

Danny rozej­rzał się i wstał.

- Długo się tu do cie­bie jedzie. Mogę tro­chę posie­dzieć?

- Nie. - Otwo­rzy­łem drzwi i poka­za­łem mu, by wyszedł.

- Strasz­nie jesteś miły - prych­nął i posta­wił koł­nierz.

Musia­łem parę razy mru­gnąć, bo zaczęła mnie ogar­niać nie­od­parta chęć, by wci­snąć mu dłu­go­pis do gar­dła. Potrzą­sną­łem głową - koks zaczy­nał dzia­łać. Niech ten Danny już idzie, bo ina­czej będę musiał wyko­pać cho­ler­nie wielki dół, żeby go tam zmie­ścić.

Danny wyszedł na dwór i coś tam jesz­cze mówił, ale bły­ska­wiczne zatrza­sną­łem za nim drzwi. Wynoś się, kurwa!

Kiedy sta­ną­łem u szczytu scho­dów, Byłem już twardy. Musia­łem się dwa razy potrzeć, zanim zsze­dłem na dół.

Seth

Agent Crew pod­szedł do ekranu i popra­wił oku­lary.

- Cie­kawe, kto przy­szedł. Bie­daczka. - Crew prze­cze­sał ręką włosy. - Pró­bo­wała się prze­su­nąć z krze­słem bli­żej ekranu, ale zja­wił się ten pies i ostrzegł ją, że ma sie­dzieć w miej­scu.

Poja­wił się Avery.

- Idę po coś do jedze­nia. Przy­nieść wam?

Crew pokrę­cił głową.

- Dla mnie cokol­wiek - odparł Gar­rett, nie odry­wa­jąc oczu od ekranu.

Avery odchrząk­nął.

- W porządku. - Zwró­cił się teraz do mnie: - Lecę po żar­cie, chcesz coś? - Wrę­czył mi kartkę z menu.

Zer­k­ną­łem i szybko mu ją odda­łem.

- Kanapka z indy­kiem, białe pie­czywo.

Nawet nie pod­nio­słem na niego oczu. Byłem pochło­nięty tym, co się działo na ekra­nie.

- O Boże - syk­nął Crew. - Znowu ma towa­rzy­stwo.

- Daj to na duży ekran - zarzą­dził Patrick, wska­zu­jąc na ekran rzut­nika, wła­śnie przed chwilą roz­wi­nięty na sto­jaku.

Prze­sia­dłem się na kanapę i jak zahip­no­ty­zo­wany patrzy­łem, jak Lasko wbija w Emily kolejną igłę, a ona odpływa. Psy­chol poma­chał nam i wyłą­czył kamerę.

???

Otar­łem pot z czoła. Nie mia­łem poję­cia, jak długo jesz­cze zdo­łam na to patrzeć. Zer­k­ną­łem na zega­rek. Dwa­dzie­ścia pięć minut do pół­nocy. Czter­na­ście godzin od porwa­nia, dwa­dzie­ścia jeden - od chwili, gdy ostatni raz trzy­ma­łem ją w ramio­nach. Byłem men­tal­nie, fizycz­nie i emo­cjo­nal­nie wykoń­czony. Prze­tar­łem oczy.

- Idź się tro­chę prze­śpij, Con­nors. - Sier­żant spoj­rzał na mnie z tro­ską.

Pokrę­ci­łem głową.

- Nie, jest okej.

- To był roz­kaz.

Spoj­rza­łem na Gar­retta, a on ze zro­zu­mie­niem poki­wał głową. Wie­dzia­łem, że da mi znać, kiedy Emily się obu­dzi.

Otwo­rzy­łem drzwi do jed­nej z sypialni apar­ta­mentu na pod­da­szu i zapa­li­łem lampkę przy łóżku. Cisza wręcz bolała. W pokoju było chłodno. Z cięż­kim ser­cem powlo­kłem się do łazienki. Poło­ży­łem kosme­tyczkę na bla­cie i odkrę­ci­łem gorącą wodę.

Odrę­twia­łymi pal­cami chwy­ci­łem koszulę, by ścią­gnąć ją przez głowę i roz­pią­łem spodnie, które sko­pa­łem z nóg. Wsze­dłem pod prysz­nic, sta­ną­łem dokład­nie pod stru­mie­niem wody i zadar­łem głowę. Woda lała mi się pro­sto na twarz. Musia­łem oprzeć się o ścianę, bo pierw­szy raz od ośmiu lat naprawdę się zała­ma­łem.

Bła­gam, niech nic się jej nie sta­nie. Potrze­buję jej.

Wyzuty z resz­tek ener­gii roz­pią­łem torbę z ubra­niami, po którą Gar­rett szczę­śli­wie posłał John­niego. Wło­ży­łem dżinsy i białą koszulkę, ucze­sa­łem się i spoj­rza­łem na swoje odbi­cie w lustrze. Dotkną­łem pal­cem opu­chli­zny wokół oczu. Umy­łem zęby, pod­łą­czy­łem tele­fon do łado­warki i nasta­wi­łem alarm na piątą rano.

Wypi­łem dusz­kiem butelkę wody. Boże, ale mi się chciało pić. Posta­wi­łem torbę na łóżku, roz­pią­łem ją i zaczą­łem szu­kać prosz­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Łupała mnie głowa, czu­łem pul­so­wa­nie jakie­goś nerwu w szyi. Potar­łem to miej­sce ręką, ale oczy­wi­ście nie przy­nio­sło mi to ulgi. Wyrzu­ci­łem z torby wszyst­kie ciu­chy i nagle zamar­łem. Do mojego swe­tra nie­chcący przy­cze­piła się zie­lona bluzka Emily.

Ostroż­nie oddzie­li­łem ją od swe­tra, przy­tkną­łem do nosa i głę­boko wcią­gną­łem jej zapach. Zaci­sną­łem pię­ści. Łzy znowu napły­nęły mi do oczu. Poło­ży­łem się, zwi­ną­łem w kłę­bek i wtu­li­łem twarz w bluzkę. Zamkną­łem oczy i wyobra­zi­łem sobie, że Emily jest tu przy mnie.

Roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi. Wszedł Gar­rett.

- Seth, Em zaczyna się budzić.

Wró­ci­łem do kosz­maru zwa­nego rze­czy­wi­sto­ścią. Przez okno do pokoju wpa­dało słońce, a Gar­rett miał na sobie inne ubra­nie niż wcze­śniej.

- Która godzina? Chyba nie sły­sza­łem budzika.

- Za sie­dem jede­na­sta. - Gar­rett uśmiech­nął się do mnie z powagą. - Nie chcia­łem cię budzić, nie było potrzeby.

Ziew­ną­łem i odrzu­ci­łem koc. Byłem otę­piały. Spa­łem bez prze­rwy jakieś trzy godziny. Nie­jed­no­krot­nie zaczy­na­łem służbę po krót­szej nocy, ale ni­gdy nie byłem przy tym tak wyczer­pany emo­cjo­nal­nie.

- Riggs ma kawę i baj­gle. Dziś czeka nas kolejna obława w lesie, ale ty masz sie­dzieć przy kame­rze. Ona musi wie­dzieć, że przy niej jesteś.

Gar­rett przy­su­nął sobie krze­sło i usiadł naprze­ciwko mnie. Upił łyk kawy i prze­tarł twarz. Musiał być rów­nie zmę­czony jak ja, a przy­naj­mniej tak wyglą­dał.

- No, gadaj.

Pokrę­ci­łem głową. Nie byłem pewny, czy potra­fię.

- Śmiało, Seth. - Wzru­szył ramio­nami i ski­nął głową w stronę drzwi. - Jeżeli nie chcesz gadać ze mną, to musisz z któ­rymś z nich.

Zamkną­łem oczy. Wie­dzia­łem, że sier­żant dużo ryzy­kuje, pozwa­la­jąc mi brać udział w śledz­twie. Musiał spraw­dzić, czy nie świ­ruję i dobrze, że wyzna­czył do tego Gar­retta, a nie kogoś obcego. Pró­bo­wa­łem upo­rząd­ko­wać myśli.

- Jest w porządku.

- Prze­cież to cho­dzi o Emily - mruk­nął, a po jego minie widzia­łem, że cierpi razem ze mną. Na dźwięk jej imie­nia serce mi się ści­snęło. Odru­chowo pod­nio­słem rękę i poma­so­wa­łem się po piersi. Chcia­łem jakoś ulżyć sobie w bólu, ale na próżno.

- Nie wiem, co powie­dzieć.

Gar­rett wes­tchnął i odchy­lił się na opar­cie.

- To zupeł­nie tak jak ja.

Roz­pro­sto­wa­łem palce na prze­ście­ra­dle, po czym zaci­sną­łem je w pię­ści. Emo­cje, które skry­wa­łem głę­boko w sobie, zaczy­nały wypły­wać na wierzch. Wsta­łem, pod­sze­dłem do okna i wyj­rza­łem na świat, w któ­rym życie toczyło się dalej, pod­czas gdy ja sta­łem w miej­scu. Nie mogłem iść naprzód, nie mogłem też się cof­nąć. Po pro­stu tkwi­łem w tym pie­przo­nym pie­kle, z któ­rego nie było wyj­ścia.

Gar­rett sta­nął obok mnie. Przez dłuż­szy czas obaj mil­cze­li­śmy. Mia­łem wra­że­nie, że mój orga­nizm zaraz nie wytrzyma, zała­mie się, straci nad sobą kon­trolę. Pró­bo­wa­łem to zwal­czyć, ale czu­łem, że moje serce nie może bić nor­mal­nie. Gdy Emily nie było obok, gubiło rytm.

- Wiesz - zaczą­łem, odchrząk­ną­łem i zaczą­łem jesz­cze raz. - Ja... - Zaci­sną­łem zęby i nie byłem już w sta­nie otwo­rzyć ust. Zalała mnie fala bólu.

Gar­rett poło­żył rękę na moim ramie­niu i na­dal patrzył w okno.

Pie­kły mnie oczy. Widzia­łem jak przez mgłę, wszyst­kie kolory zlały się w jeden.

- Hm. - Z tru­dem nabra­łem powie­trza. - Czuję się tak, jak­bym już cho­dził po jej gro­bie.

Jego ręka na moim ramie­niu zesztyw­niała.

- Nie, nie, nie, tylko nie idź w tę stronę.

Szybko zaczerp­ną­łem powie­trza. Zadrża­łem na myśl o sce­nie, którą sobie wyobra­zi­łem.

- Nie wiem... - Pokrę­ci­łem głową. Jak to się mogło stać? Ten psy­chol mi ją ode­brał. - Ona jest moja.

Gar­rett ski­nął głową i rzu­cił mi szyb­kie spoj­rze­nie.

- Twoja - potwier­dził. Spu­ścił głowę i zni­żył głos. - Z każdą minutą ta chwila jest coraz bli­żej - przy­po­mniał mi. Przy­su­nął palec do ust. - Uprze­dza­jąc bieg zda­rzeń, nie­po­trzeb­nie budu­jemy napię­cie. A zosta­jąc za bar­dzo w tyle, tra­cimy z oczu to, co się naprawdę dzieje.

- Skup się i dzia­łaj powoli, tak żeby mózg nadą­żał za sytu­acją - wsze­dłem mu w słowo. Opar­łem się rękami o ramę okna i zwie­si­łem głowę. Przy­wo­ła­łem zdrowy roz­są­dek i skon­cen­tro­wa­łem się tylko na tym, co muszę zro­bić za chwilę.

W drzwiach sta­nął sier­żant. Zer­k­nął na Gar­retta, a ten szybko ski­nął do niego głową.

- Świet­nie. - Sier­żant prze­niósł wzrok na mnie. - Zjedz coś i wra­caj na sta­no­wi­sko. Jesteś tam potrzebny.

- Tak jest.

Spoj­rza­łem w ślad za nim, gdy wycho­dził i wie­dzia­łem, że z całego serca nie chcę wra­cać do obser­wo­wa­nia tego, co się dzieje na ekra­nie. Przy­po­mi­nało to oglą­da­nie hor­roru - z jed­nej strony film cię prze­raża, z dru­giej - boisz się odwró­cić wzrok, żeby cię coś nie omi­nęło. Skąd on w ogóle o nas wie? I czemu aku­rat my? Czym sobie na to zasłu­ży­li­śmy? Emily ma w sobie tyle cie­pła, że można się ogrzać samym jej uśmie­chem, takim, który prze­nika do jej oczu, a wtedy poja­wiają się wokół nich drob­niut­kie zmarszczki.

- Kurwa mać - syk­ną­łem, bo czu­łem, że się roz­kle­jam.

Gar­rett objął mnie za szyję i oparł moją głowę na swoim ramie­niu. Nie wytrzy­ma­łem i uwol­ni­łem szloch, który od dawna nara­stał mi w piersi. Pozwo­li­łem sobie na wspo­mnie­nie. Po pro­stu musia­łem je przy­wo­łać.

Obu­dzi­łem się, trzy­ma­jąc ją w ramio­nach. Pach­niała domem, bez­pie­czeń­stwem. Wtu­li­łem nos w jej włosy. Poczu­łem, że zalewa mnie czy­sta adre­na­lina - jak zawsze, gdy byłem przy niej bli­sko. Przy­ci­sną­łem się do jej drob­nych twar­dych poślad­ków. Poru­szyła się i pożą­dli­wie wes­tchnęła, a ja uśmiech­ną­łem się i przy­war­łem do niej moc­niej. Deli­kat­nie uszczyp­ną­łem zębami jej wraż­liwą skórę w miej­scu, gdzie szyja zbiega się z ramie­niem. Zata­cza­jąc kręgi języ­kiem, prze­su­ną­łem usta wyżej, do jej ucha i lekko ugry­złem pła­tek. Przy­gry­zła dolną wargę. Myśla­łem, że osza­leję.

- Pra­gnę cię, mała - szep­ną­łem chra­pli­wie. Wie­dzia­łem, że to uwiel­bia.

Coś wymam­ro­tała i odwró­ciła się do mnie przo­dem. Powio­dłem pal­cem wzdłuż ramiączka jej koszulki, a potem wzdłuż skraju koronki, cia­sno opi­na­ją­cej jej pierś.

- Mmm... - Poru­szyła się, choć na­dal się nie obu­dziła. Nakry­łem ustami jej sutek i zaczą­łem ssać go przez koszulkę. Jej bio­dra zesztyw­niały, co tylko mnie napę­dziło. Poli­za­łem jej skórę tuż przy skraju koronki, a potem zaha­czy­łem o nią pal­cem, odsła­nia­jąc różowy sutek. Oto­czy­łem go języ­kiem i... zawi­bro­wał mój tele­fon.

Do dia­bła. Odsu­ną­łem się, by prze­czy­tać wia­do­mość.

Gar­rett: Uszko­dzone drzwi i okno szopy. Musimy jechać do mia­sta. Davis z nią zosta­nie. OK?

Spoj­rza­łem na Emily - na jej lśniące włosy, roz­sy­pane po poduszce, na mio­dową skórę na bia­łej pościeli. Była piękna, naga i gotowa, a mój cho­lerny part­ner, który miał po pro­stu ide­alne wyczu­cie czasu, wła­śnie zapra­gnął jechać do Home Depot. W dupę. Wzią­łem tele­fon.

Seth: Kupimy tapetę, może deski pod­ło­gowe, coś takiego. Będę za dzie­sięć minut.

Gar­rett: Możemy się nie wyro­bić.

Zaśmia­łem się. Obaj uwiel­bia­li­śmy ten film - Old School. Nie­za­li­czona. Popra­wi­łem ramiączko jej koszulki i ostatni raz poca­ło­wa­łem w szyję.

- Nawet nie wiesz, jak mi ciężko. - Uśmiech­ną­łem się, zaklą­łem pod nosem i wsta­łem, żeby się ubrać.

- Będzie dobrze. - Gar­rett klep­nął mnie w ramię, spro­wa­dza­jąc do bole­snej rze­czy­wi­sto­ści. Ski­ną­łem głową i wyrzu­ci­łem z głowy wspo­mnie­nia. Choć o niczym innym nie marzy­łem, nie mogłem teraz zanu­rzyć się w prze­szło­ści. Musia­łem być obecny tu i teraz. Jeżeli chcia­łem odzy­skać Emily.

Cof­ną­łem się o krok i wzią­łem głę­boki oddech.

- Jest okej.

- Wiem.

Drugi dzień w piwnicy

Emily

Wstrzy­ma­łam oddech i cze­ka­łam, aż tata to powie.

- Do góry! A teraz wszy­scy pod spód! - krzyk­nął. Ja i cała banda innych dzie­cia­ków trzy­ma­li­śmy brzegi kolo­ro­wej chu­sty-spa­do­chronu. Nacią­gnę­li­śmy go na sie­bie, a on utwo­rzył nad nami wielką, falu­jącą kopułę. - Jes­sie, jesteś pierw­sza. Stań pośrodku. - Jes­sie wysta­wiła głowę przez dziurę pośrodku cza­szy i zaśmiała się z widoku. - Teraz ty, kwia­tuszku! - Pod­peł­złam do otworu i wysta­wiłam głowę na zewnątrz. - Ha, wyglą­dam jak krab!

Powoli pokrę­ci­łam głową. Prze­cią­głe dzwo­nie­nie wytrą­ciło mnie z bez­piecz­nej przy­stani snu. Krę­ci­łam głową dokoła, pró­bu­jąc wydo­być się ze spo­wi­ja­ją­cej wszystko wokół lep­kiej mgiełki. Chwi­leczkę, znam ten dźwięk. Cze­ka­łam, aż umilk­nie, a potem poli­czy­łam: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, sie­dem, osiem, dzie­więć, dzie­sięć... jede­na­ście. Z wysił­kiem roz­war­łam powieki i spoj­rza­łam na szparę w sufi­cie. Prze­świe­cało przez nią słońce. Jede­na­sta rano!

Nie wie­dzieć czemu, popra­wiło mi to nastrój. Zna­łam godzinę, a więc odro­binę nad czymś pano­wa­łam. Wczo­raj nawet nie sły­sza­łam zegara. Dobrze. To zna­czy, że udało mi się prze­żyć ponad dwa­na­ście godzin. Czy to nie powód do dumy?

- Dzień dobry, kocha­nie - zagrzmiał od strony drzwi głos Lasko.

Niech to szlag, nawet nie sły­sza­łam, kiedy je otwo­rzył. Lasko wszedł do pokoju, a pit­bul zajął sta­no­wi­sko przy drzwiach.

- Cze­ka­łem, aż się obu­dzisz, aby­śmy mogli się troszkę poba­wić.

Poba­wić? Prze­łknę­łam ślinę, a on pomógł mi się pod­nieść. Krę­ciło mi się w gło­wie.

- Teraz bądź grzeczna i pod­nieś ręce.

Ścią­gnął mi koszulę. Prze­łknął ślinę, poże­ra­jąc mnie wzro­kiem. Prze­su­nął drżą­cymi pal­cami po moim brzu­chu.

- Miękka i deli­katna.

Przy­gry­złam wnę­trze policzka, ale nie odwró­ci­łam wzroku. Musia­łam być silna. Prze­cią­gnął ręką mię­dzy moimi pier­siami do szyi. Zamknął oczy i wcią­gnął mój zapach, jak­bym była nar­ko­ty­kiem.

- Lepiej się ubierz, zanim prze­stanę zacho­wy­wać się jak dżen­tel­men.

Puścił mnie, wyjął z komody spodnie i koszulkę na ramiącz­kach i rzu­cił je na łóżko. Znowu nie dał mi butów.

Przy­glą­dał się, jak wcią­gam na sie­bie ubra­nie. Spie­szy­łam się, jak mogłam, co wcale nie było łatwe, bo moje ciało nie chciało współ­pra­co­wać z mózgiem. Wola­ła­bym, żeby ściany się nie ruszały, to pomo­głoby uspo­koić się żołąd­kowi.

- M-muszę do łazienki - wyszep­ta­łam, a on wska­zał na sto­jące w kącie wia­dro. Fuj, ohyda. Pode­szłam tam i zała­twi­łam, co trzeba. Pra­wie się przy tym prze­wró­ci­łam, więc musia­łam pode­przeć się o ścianę. Kiedy skoń­czy­łam, Lasko zła­pał mnie za ramię i pocią­gnął na krze­sło naprze­ciw kamery. Zało­żył mi kne­bel i opa­ski zaci­skowe na ręce i nogi, po czym włą­czył moni­tor, bym zoba­czyła Setha, który już cze­kał. Na widok jego miny zapie­kło mnie w środku. Wie­dzia­łam, że źle wyglą­dam. Moje oczy były oknem duszy, a Seth dostrzegł cza­jący się w nich mrok.

Mru­gnął dziel­nie, by zmie­nić wyraz twa­rzy. Wyglą­dał strasz­nie. Panicz­nie wyszep­tał led­wie sły­szal­nym gło­sem:

- Cześć, mała.

Pokrę­ci­łam głową. Na wię­cej nie było mnie stać.

- Będziesz grzeczna, jak zabiorę kne­bel? - Lasko ostrzegł mnie spoj­rze­niem, żebym się nie odzy­wała. Ski­nę­łam głową, a on polu­zo­wał kne­bel, a potem opu­ścił mi go na szyję. Następ­nie deli­kat­nie dotknął moich policz­ków tam, gdzie skóra była zaczer­wie­niona. - Obtarły się.

Pod­nio­słam na niego wzrok. W takich chwi­lach chcia­łam, żeby myślał, że powoli mięknę i w końcu mu się pod­dam, zro­bi­łam więc naj­bar­dziej nie­winną minę, na jaką było mnie stać w takich oko­licz­no­ściach.

- Pro­szę. - Lasko wycią­gnął do mnie sty­ro­pia­nowy kube­czek z sokiem poma­rań­czo­wym i skie­ro­wał czer­woną rurkę do moich ust. - Wypłu­cze z cie­bie pro­chy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki