W objęciach magii. Niegodny i nieopierzona - Kerrelyn Sparks

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Ty­tuł ory­gi­nału When a Prin­cess Pro­po­ses
Re­dak­cja Pa­weł Wie­lo­pol­ski
Tłu­ma­cze­nie Krzysz­tof Kiet­zman
Ko­rekta Mag­da­lena Świer­czek-Gry­boś
Pro­jekt gra­ficzny okładki An­drzej Ko­men­dziń­ski
Skład i ła­ma­nie Agnieszka Kie­lak
Co­py­ri­ght ? 2022 by Ker­re­lyn Sparks First pu­bli­shed by Ken­sing­ton Pu­bli­shing Corp. All Ri­ghts Re­se­rved
Po­lish edi­tion co­py­ri­ght ? 2024 Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o. o. Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght ? 2024 Krzysz­tof Kiet­zman
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83293-90-5
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81 re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.pl www.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZDZIAŁ 1

Rok 720

Pa­łac Eb­ton, Ebe­ron

"Tor­tury do­bie­gną końca za go­dzinę lub dwie" - po­cie­szył się w du­chu Qu­en­tin, gdy pa­trzył, jak ona po­ru­sza się z gra­cją w ko­lej­nym tańcu. Miała na so­bie lśniącą zie­loną suk­nię pod ko­lor oczu, te­raz roz­pro­mie­nio­nych. Była tak piękna, że chciał zmie­nić się w orła i od­le­cieć hen, da­leko. W głębi serca jed­nak wie­dział, że nie ma ucieczki. Na­wet gdyby po­fru­nął jak naj­da­lej stąd, nie usu­nąłby spod po­wiek ob­razu pięk­nej twa­rzy ani wspo­mnie­nia słod­kiego śmie­chu. Nie po­wstrzy­ma­łoby to jego serca przed pra­gnie­niem nie­moż­li­wego.

Stał więc w miej­scu. Czaił się za mar­mu­rową ko­lumną w Wiel­kiej Sali, w pa­łacu Eb­ton, na wpół skryty, na wpół od­sło­nięty, by na­dal mógł wi­dzieć ją i roz­gry­wa­jący się na jego oczach wielki bal. Tak już wy­glą­dało jego ży­cie - za­wsze był obecny pod­czas waż­nych wy­da­rzeń, a jed­no­cze­śnie po­zo­sta­wał moż­li­wie nie­wi­doczny. Ob­ser­wo­wał, na­słu­chi­wał i zbie­rał in­for­ma­cje.

Jako ofi­cjalny po­słan­nik i nie­ofi­cjalny szpieg aer­th­lań­skich mo­nar­chów czę­sto go­ścił we wszyst­kich pię­ciu kró­lew­skich pa­ła­cach. Po­nadto dwa razy w roku, pod­czas wio­sen­nego i je­sien­nego Ob­ję­cia, zo­bo­wią­zany był do uczest­nic­twa w im­pre­zach uro­dzi­no­wych, ta­kich jak ta. Dziś, w dniu je­sien­nego Ob­ję­cia, król Leo z Ebe­ronu świę­to­wał pięć­dzie­siąte pierw­sze uro­dziny.

Qu­en­tin po­wiódł oczyma ku po­de­stowi, gdzie Leo i Lu­ciana za­sia­dali ra­mię w ra­mię na tro­nach. Mo­nar­cha spoj­rzał na żonę, uśmiech­nął się i ujął jej dłoń. "Mi­łość aż po grób" - uznał Qu­en­tin z ukłu­ciem za­zdro­ści i prze­niósł wzrok z po­wro­tem na tań­czą­cych. Ona tań­czyła już z pre­ten­den­tem do ręki nu­mer je­de­na­ście.

Po­dobne bale od­by­wały się dziś na wszyst­kich kró­lew­skich dwo­rach, bo tego sa­mego dnia uro­dziny świę­to­wały kró­lowa Bri­gitta z To­urinu, kró­lowa Gwen­nore z No­rveszki, król Bren­nan z Wo­odwynu i król Brod­gar z Wysp. "Szkoda - po­my­ślał Qu­en­tin - że nie mo­głem zo­stać ko­lej­nej doby na Wy­spie Księ­ży­ców. Oszczę­dził­bym so­bie tej tor­tury". Ma­eve, kró­lowa pa­nu­jąca na Wy­spach, na­le­gała jed­nak, by wy­ru­szył na­tych­miast i ostrzegł Leo i Lu­cianę przed tym, co ob­ja­wiło się jej w naj­now­szym śnie. "Kosz­mar" - tak to ujęła. Ciemna chmura za­wi­sła nad Ebe­ro­nem - miała spu­ścić na wszyst­kich śmierć i znisz­cze­nie.

Jako Wi­dząca kró­lowa Ma­eve rzadko się my­liła, ale Qu­en­tin miał wąt­pli­wo­ści co do naj­now­szej wi­zji. Ebe­ron był do­stat­nim pań­stwem za­miesz­ka­nym przez do­brze od­ży­wio­nych i szczę­śli­wych pod­da­nych. Wszy­scy możni ze­brani w Wiel­kiej Sali, odziani w wy­kwintne stroje, śmiali się i do­ka­zy­wali. "Może aż za bar­dzo do­ka­zują" - skwi­to­wał, bo wła­śnie był świad­kiem, jak nieco już wsta­wiony ba­ron usi­ło­wał za­im­po­no­wać part­nerce ta­necz­nej. Męż­czy­zna sko­czył w po­wie­trze, by w na­stęp­nej chwili wy­lą­do­wać na tyłku na twar­dej po­sadzce. Przez salę prze­to­czyła się fala śmie­chu, a Qu­en­tin uchwy­cił na jej twa­rzy piękny, choć prze­lotny uśmiech. "Nie zniosę tej tor­tury".

"Nie myśl o niej" - upo­mniał się w du­chu. Sku­pił my­śli na tym, jak mało praw­do­po­dobne jest za­gro­że­nie, które rze­komo za­wi­sło nad Ebe­ro­nem. W ostat­nich la­tach w kró­le­stwie zro­biło się tak spo­koj­nie, że ge­ne­rał Ne­vis Har­den po­słał do do­mów więk­szość żoł­nie­rzy z ebe­roń­skiej ar­mii. Wy­star­czyło kilka ob­sa­dzo­nych gar­ni­zo­nów na pro­win­cji, by upo­rać się z oka­zjo­nal­nymi ra­bu­siami.

W po­dzię­ko­wa­niu za lata służby Ne­vis otrzy­mał miano Lorda Pro­tek­tora Kró­le­stwa wraz z ty­tu­łem hra­biego i zie­mią. Ra­zem z żoną, księż­niczką Eli­nor, pro­wa­dził w swo­ich wło­ściach aka­de­mię i obóz szko­le­niowy dla dzieci z kró­lew­skich ro­dów oraz ta­kich z da­rami Ob­ję­tych. Dwaj sy­no­wie Leo - Eric i jego młod­szy brat Do­mi­nic - po­bie­rali na­uki w Aka­de­mii w zamku Ben­wick, ale wró­cili do domu na uro­dziny ojca.

Qu­en­tin znów za­cho­dził w głowę, dla­czego ona ni­gdy nie uczęsz­czała do Aka­de­mii. Była za­równo z kró­lew­skiej ro­dziny, jak i Ob­jętą, więc mia­łoby to sens. Ale choć jej star­szy brat bliź­niak Eric dys­po­no­wał im­po­nu­ją­cym da­rem to­pie­nia me­tali, zdol­ność księż­niczki była ści­śle skry­waną ta­jem­nicą. Co ta­kiego, do dia­ska, po­tra­fiła?

Po­nie­waż sam pa­rał się gro­ma­dze­niem in­for­ma­cji, do­skwie­rała mu świa­do­mość, że tego jed­nego se­kretu ni­gdy nie od­krył. Prych­nął. Gdyby na­wet go po­znał, na nic by mu się to nie przy­dało. Komu by o tym za­mel­do­wał? Ma się ro­zu­mieć, że Leo i Lu­ciana wie­dzieli o da­rze córki. Po­zo­stali kró­lo­wie i po­zo­stałe kró­lowe pew­nie też. Ale Qu­en­tin ani my­ślał zdra­dzać się z tym, że to go cie­kawi, py­ta­jąc wprost. Ro­dzice dziew­czyny mo­gliby się do­my­śleć jego naj­skryt­szej ta­jem­nicy: mia­no­wi­cie tego, że w du­chu po­żąda uro­dzi­wej, acz cał­ko­wi­cie mu nie­do­stęp­nej Eviany.

Pod­czas ostat­niego wio­sen­nego Ob­ję­cia skoń­czyła dwa­dzie­ścia trzy lata i naj­wi­docz­niej jej matka uznała, że je­śli tylko nie znaj­dzie wła­ści­wego part­nera tego wie­czoru, nie­chyb­nie grozi jej sta­ro­pa­nień­stwo. Bal, wy­dany na cześć Leo, za­roił się od do­bra­nych przed­sta­wi­cieli ebe­roń­skiej szlachty, go­to­wych ubie­gać się o rękę księż­niczki i za­ra­zem przy­szłej hra­biny Vin­da­lynu. Ko­lejka do tańca z Evianą była tak długa, że księż­niczka tań­czyła po pół utworu z każ­dym absz­ty­fi­kan­tem. A każdy przez ten krótki czas de­spe­racko pró­bo­wał jej za­im­po­no­wać.

- Stań w ko­lejce. Wiesz, że tego chcesz. - Zza ple­ców Qu­en­tina do­biegł ko­biecy szept.

Męż­czy­zna się ob­ró­cił, by prze­ko­nać się, kto po­znał ta­jem­nicę, którą skry­wał przez sześć lat.

- O, lady Olano. - Z tymi słowy cof­nął się o krok, po czym skrzy­wił się na wi­dok jej ura­żo­nej miny. - Prze­pra­szam.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie szko­dzi. Wszy­scy tak ro­bią.

Mimo wszystko czuł się od­po­wie­dzialny. To nie była jej wina, że dys­po­nuje tak prze­ra­ża­jącą mocą. Przed dwu­dzie­stoma laty, gdy Qu­en­tin i Olana opu­ścili Wy­spę Ta­jem­nic, byli zbyt mło­dzi, by wie­dzieć, na czym będą po­le­gały ich dary.

Qu­en­ti­nowi do­pi­sało szczę­ście. Cho­lerne szczę­ście. Jako or­ło­kształtny był oczy­wi­stym kan­dy­da­tem na za­stępcę króla Brod­gara w roli ofi­cjal­nego po­słan­nika kró­lów i kró­lo­wych Aer­th­lanu. I tak samo jak Brody na­uczył się zdo­by­wać in­for­ma­cje.

Do dwu­dzie­stego dru­giego roku ży­cia zo­stał nie­oce­nio­nym człon­kiem wszyst­kich pię­ciu mo­nar­szych dwo­rów.

Olana peł­niła rów­nie nie­oce­nioną rolę na dwo­rze, ale Qu­en­tin szcze­rze wąt­pił, by uwa­żała swój dar za bło­go­sła­wień­stwo. W wieku pięt­na­stu lat zo­stała damą dworu kró­lo­wej Lu­ciany i to wtedy ob­ja­wiła się jej moc Ob­ję­tej. Moc wręcz pod­stępna. Mi­nęło kilka ty­go­dni, nim kró­lowa i Olana uświa­do­miły so­bie, co się dzieje.

Sied­mio­letni Eric przy­pad­kiem ska­le­czył się w pa­lec pod­czas lek­cji łucz­nic­twa i Olana za­kła­dała mu opa­tru­nek, gdy na­gle pal­nął, że to on stłukł wa­zon w pra­cowni matki. Dwa ty­go­dnie póź­niej, gdy cze­sała włosy Evia­nie, młoda księż­niczka na­gle za­lała się łzami i wy­znała, że to ona przedarła ko­ron­kowy rą­bek halki swo­jej mamy, gdy ba­wiła się w prze­bie­ranki.

Ty­dzień póź­niej słu­żący nie­chcący do­tknął dłoni Olany przy po­da­wa­niu her­baty, po czym na­gle przy­znał, że ukradł pięć srebr­nych ły­że­czek. Za­cie­ka­wiona Lu­ciana za­brała Olanę do kwa­ter służby. Wy­star­czył do­tyk dziew­czyny, by obecni ko­lejno wy­znali naj­skryt­sze ta­jem­nice.

Te­raz na­zy­wano ją Spo­wied­niczką, a gdy kro­czyła ko­ry­ta­rzami pa­łacu Eb­ton, wszy­scy omi­jali ją sze­ro­kim łu­kiem. Nie­któ­rzy na jej wi­dok wręcz pisz­czeli i ucie­kali.

Kró­lo­wie Aer­th­lanu wkrótce uświa­do­mili so­bie, że prze­słu­chi­wa­nie więź­niów nie bę­dzie ko­nieczne - wy­star­czy we­zwać Spo­wied­niczkę. Przez ko­lejne lata lady Olana okryła się złą sławą. Wy­star­czyło za­gro­zić, że jest w dro­dze, by po­dej­rzany wy­śpie­wał wszyst­kie prze­winy.

Ale to, co było do­bre dla pię­ciu kró­lestw, nie­ko­niecz­nie było do­bre dla sa­mej Olany. Nikt nie chciał się z nią oże­nić ani choćby za­przy­jaź­nić, więc miesz­kała sama we wschod­niej wieży w zamku Eb­ton. Ja­kiś rok temu Qu­en­tin chwy­cił ją, gdy po­tknęła się na scho­dach, co spra­wiło, że wy­ja­wił jej swoją ta­jem­nicę. Całe szczę­ście, że nikt inny ich nie usły­szał, a Olana obie­cała, że bę­dzie mil­czała.

Qu­en­tin wes­tchnął, gdy zro­zu­miał, że te­raz Olana skrywa się w cie­niu tak samo jak on. Nikt nie za­mie­rzał jej po­pro­sić do tańca. Jed­no­cze­śnie była sza­no­wana i trzy­mana na dy­stans.

Spoj­rzał na par­kiet. Księż­niczka na­dal tań­czyła - te­raz już z kan­dy­da­tem nu­mer sie­dem­na­ście, hra­bią Ba­edanu. W ko­lejce cze­kało jesz­cze około trzy­dzie­stu męż­czyzn.

- Dla­czego nie sta­niesz z nimi? - spy­tała ła­god­nym gło­sem Olana. - Wąt­pię, by od­mó­wiła ci tańca.

Fuk­nął. Nie, nie od­mó­wi­łaby. Na­uczono ją do­brych ma­nier. Uzna­łaby to za jej dwor­ską po­win­ność. Na­wet te­raz, gdy przy­glą­dał się jej twa­rzy, miał nie­od­parte wra­że­nie, że jej uśmiech jest wy­mu­szony. Nie ba­wiła się do­brze tego wie­czora - po pro­stu ro­biła to, co do niej na­leży; czego od niej ocze­kują.

Dla­czego miałby jej przy­spa­rzać cier­pień, zmu­sza­jąc ją do tańca? "Nie ma mowy" - obie­cał so­bie w du­chu. Chwy­cił dwie czarki z wi­nem z tacki nie­sio­nej przez słu­żą­cego.

- Wiesz, Olano, bar­dzo mi miło, że mogę tu z tobą po­stać. Co po­ra­bia­łaś?

Z uśmie­chem przy­jęła jedną z cza­rek.

- Pra­co­wa­łam w bi­blio­tece. Jest tam ogromna liczba ksiąg, ale nie­które jesz­cze nie zo­stały ska­ta­lo­go­wane. I w warsz­ta­cie. Wy­pla­tam tar­tan, z któ­rego je­stem bar­dzo za­do­wo­lona. Ma piękne barwy.

Ma się ro­zu­mieć, że Olana mo­gła do­ty­kać ksią­żek i ma­te­riału.

- Chęt­nie go zo­ba­czę, gdy już skoń­czysz.

Olana uśmiech­nęła się sze­roko.

- To bar­dzo miłe z two­jej strony. - Upiła wina. - Uwie­rzysz, że mi­nęło dwa­dzie­ścia lat, od­kąd opu­ści­li­śmy Wy­spę Ta­jem­nic?

Qu­en­tin przy­tak­nął. Olana wio­dła sa­motne ży­cie, więc ro­zu­miał, dla­czego tak lubi pro­wa­dzić ko­re­spon­den­cję ze wszyst­kimi po­zo­sta­łymi z da­rem Ob­ję­tych, wów­czas dziećmi, któ­rzy do­ra­stali na Wy­spie Ta­jem­nic.

- Kto ci ostat­nio od­pi­sał?

- Wczo­raj do­tarł list od Irene. Te­raz pra­cuje jako główna ogrod­niczka w pa­łacu Wyn­de­las w Wo­odwy­nie. Oże­niła się z nie­ja­kim Hal­fri­kiem i do­cze­kali się dwójki uro­czych dzieci. - Ola­nie zrze­dła mina, a w jej nie­bie­skich oczach po­ja­wił się ślad go­ry­czy.

"Pew­nie chcia­łaby mieć wła­sne po­cie­chy" - uznał Qu­en­tin. Nie wy­ja­wił jej, że spo­tkał się z Irene i jej ro­dziną ostat­nim ra­zem, gdy go­ścił w pa­łacu Wyn­de­las. Tylko by jej spra­wił przy­krość, bo Olana rzadko kiedy wi­dy­wała się z ich daw­nymi przy­ja­ciółmi.

Spo­wied­niczka wes­tchnęła gło­śno.

- Dwa dni temu do­sta­łam list od Pe­tera. Prze­ka­zał w nim straszne wie­ści.

Qu­en­tin przy­po­mi­nał so­bie, że obec­nie Pe­ter jest rol­ni­kiem. Pro­wa­dzi go­spo­dar­stwo tuż na po­łu­dnie od rzeki Ron.

- Co się stało?

- Pa­mię­tasz Umę? Miała tylko cztery latka, gdy opusz­cza­li­śmy Wy­spę Ta­jem­nic.

- Le­d­wie, le­d­wie. - Uma i Vic­tor miesz­kali w żłobku w Or­lim Gnieź­dzie. Byli zbyt mło­dzi, by pra­co­wać fi­zycz­nie, czego wy­ma­gano od wszyst­kich miesz­kań­ców wio­ski.

- Cóż, oka­zało się, że Uma jest w isto­cie trze­cią córką hra­biego Ron­ford.

- Nie brzmi wcale tak tra­gicz­nie - mruk­nął Qu­en­tin. Ba, o wiele le­piej niż w jego przy­padku. Od­kry­cie, że był nie­ślub­nym i nie­chcia­nym sy­nem sta­jen­nego i po­my­waczki, pod­cięło mu nieco skrzy­dła i po­zba­wiło w czę­ści tego prze­mą­drza­łego cha­rak­terku, który prze­ja­wiał jako dziecko.

- Zmarła - po­wie­działa Olana. - Miała tylko dwa­dzie­ścia cztery lata.

Qu­en­tin za­mru­gał. "Szlag".

- Jak? Co się stało?

Olana wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie wiem. Pe­ter wspo­mniał tylko, że przy­da­rzył się jej tra­giczny wy­pa­dek.

Qu­en­tin zmru­żył oczy. Może po­wi­nien zło­żyć Pe­te­rowi wi­zytę.

- A ty, Quen? - Olana przyj­rzała mu się z za­cie­ka­wie­niem. - Co ta­kiego po­ra­bia­łeś?

- Wró­ci­łem z Wy­spy Księ­ży­ców przed około go­dziną. - Po­pra­wił czarny skó­rzany pas. Po­nie­waż czę­sto go­ścił we wszyst­kich kró­lew­skich pa­ła­cach i w Aka­de­mii w Ben­wick, w jed­nej z izb w wieży każ­dego z zam­ków trzy­mał po nie­wiel­kim ku­frze z odzieżą. Z my­ślą o balu ubrał się naj­le­piej, jak mógł: przy­wdział ciem­no­nie­bie­ską ak­sa­mitną tu­nikę, czarne bry­czesy i buty tej sa­mej barwy. - Mu­szę się roz­mó­wić z Jego Kró­lew­ską Mo­ścią, ale bę­dzie wolny do­piero ju­tro rano.

Olana przy­tak­nęła.

- Za­wsze tak jest wie­czo­rami pod­czas Ob­ję­cia.

- Za­raz, za­raz, no prze­cież!... - Qu­en­tin stuk­nął czarką w jej na­czy­nie. - Wszyst­kiego naj­lep­szego!

- Dzię­kuję. - Olana się uśmiech­nęła i wy­gła­dziła spód­nicę la­wen­do­wej je­dwab­nej sukni. Jej dłu­gie blond włosy zo­stały zwią­zane je­dwabną wstążką tego sa­mego ko­loru. - Kró­lowa po­da­ro­wała mi tę suk­nię. - Zrze­dła jej mina. - Choć mu­szę przy­znać, że nie­spe­cjal­nie mnie cie­szy to, że mam trzy­dzie­ści trzy lata.

- A mógł­bym przy­siąc, że dwa­dzie­ścia trzy.

Prych­nęła, ale aż roz­bły­sły jej oczy.

- Po­wi­nie­neś ćwi­czyć po­chleb­stwa na kimś, kto ci uwie­rzy.

Udał, że go ugo­dziła.

- My­ślisz, że ośmie­lił­bym się kła­mać przed ob­li­czem Spo­wied­niczki?

- To może cię do­tknę i się prze­ko­namy? - Uśmiech­nęła się, gdy od­sko­czył z uda­wa­nym prze­ra­że­niem na twa­rzy. - Oj, Quen, do­brze cię znów wi­dzieć.

- Wza­jem­nie - przy­tak­nął za­do­wo­lony, że dzięki niemu mo­gła się po­czuć choć tro­chę mniej sa­motna.

- Uro­dzi­łeś się pod­czas wio­sen­nego Ob­ję­cia, prawda? - Po­twier­dził, a ona spy­tała: - To skoń­czy­łeś dwa­dzie­ścia dzie­więć lat?

- Zga­dza się. - Spoj­rzał na par­kiet. Eviana dzie­liła z nim uro­dziny, choć nie przy­pusz­czał, by to za­uwa­żyła.

- I nie cią­gnęło cię do ożenku?

Skrzy­wił się w du­chu. Kto by chciał wyjść za nie­chcia­nego bę­karta, syna słu­żą­cych? I tak miał cho­lerne szczę­ście, że zo­stał przy­jęty przez króla Si­lasa i kró­lową Gwen­nore z No­rveszki. Był im tak wdzięczny, że pra­co­wał z wy­tę­że­niem, opa­no­wał wszyst­kie cztery aer­th­lań­skie ję­zyki i wszel­kie inne nie­zbędne mu umie­jęt­no­ści, dzięki któ­rym dziś peł­nił taką, a nie inną rolę. - Ile­kroć pod­py­tuje mnie o to Gwen­nore, od­po­wia­dam, że jesz­cze nie zna­la­złem wła­ści­wej kan­dy­datki.

Olana spoj­rzała na Evianę.

- A może już zna­la­złeś.

Prych­nął.

- Księż­niczkę? Leo po­wa­liłby mnie pio­ru­nem, gdy­bym od­wa­żył się choć do niej po­dejść.

- Moż­liwe. Fakt, że jego zda­niem ża­den męż­czy­zna na świe­cie nie jest jej go­dzien.

- Naj­wi­docz­niej Lu­ciana uważa, że ta­kich męż­czyzn jest po­nad pięć­dzie­się­ciu. Patrz tylko. Tań­czy z absz­ty­fi­kan­tem nu­mer dwa­dzie­ścia je­den.

- Li­czysz ich?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Ochrona kró­lew­skich ro­dów to je­den z mo­ich obo­wiąz­ków. Na przy­kład jej obec­nym part­ne­rem do tańca jest ba­ron Nor­tham, który lubi się wy­my­kać z wła­snej sy­pialni, by prze­bie­rać się za mle­czarkę.

Ola­nie opa­dła szczęka.

- Co ta­kiego?

Qu­en­tin przy­tak­nął, a ona się skrzy­wiła.

- Stro­isz so­bie ze mnie żarty.

- Nie wie­rzysz? Do­tknij go tylko. Przy­zna się do tego przed wszyst­kimi.

Wes­tchnęła gło­śno.

- Straszne. Przez cie­bie za­czy­nam się za­sta­na­wiać, ilu z tych szlach­ci­ców oka­za­łoby się fa­talną par­tią dla księż­niczki.

- Mo­gli­by­śmy się prze­ko­nać. - Qu­en­ti­nowi przy­szedł do głowy bły­sko­tliwy po­mysł.

- Te­raz? - Olana zro­biła wiel­kie oczy. - Tak pu­blicz­nie?

Wy­cią­gnął ku niej dłoń.

- Lady Olano, zro­bisz mi tę przy­jem­ność i dasz się za­pro­sić do tańca?

- Quen. - Spoj­rzała z nie­po­ko­jem na jego dłoń. - Gdy tylko cię do­tknę, wy­ja­wisz swoją ta­jem­nicę.

- Wy­szep­czę ją. Zresztą już ją znasz.

Przy­gry­zła wargę, ale za­sta­na­wiała się nad jego po­my­słem.

- By­łoby miło. Nie tań­czy­łam od lat. Wszy­scy się mnie boją...

- Ja nie. Chodź.

- Mo­żemy zro­bić nieco za­mie­sza­nia.

- Na to li­czę.

Prych­nęła.

- Chcesz, by król i kró­lowa byli na cie­bie źli?

- Może i będą w pierw­szej chwili - przy­znał, od­kła­da­jąc czarki na po­bli­ski stół - ale je­śli zdo­łamy usta­lić, któ­rzy kan­dy­daci do ręki księż­niczki nie na­dają się do ni­czego, wy­świad­czymy przy­sługę, za którą ko­niec koń­ców nam po­dzię­kują. - Znów wy­cią­gnął dłoń w jej stronę i się przy­go­to­wał, za­ci­ska­jąc usta. Gdy go do­tknęła, szep­tem wy­ce­dził przez zęby se­kretne słowa:

- Moje serce po wsze czasy na­leży do Eviany.

Olana spoj­rzała na niego ze współ­czu­ciem.

- To się prze­ko­najmy, co mo­żemy dla niej zro­bić.

Po­pro­wa­dził Olanę skra­jem par­kietu. Całe szczę­ście, że po­zo­stali tań­czący byli zbyt pod­pici i za­jęci, by ich za­uwa­żyć. Po­ma­gało i to, że w sali znaj­do­wały się miej­sca skryte w cie­niu, do­kąd nie do­cie­rało świa­tło świec, a Olana była na tyle drobna, że Qu­en­tin mógł ją za­sła­niać wła­snym cia­łem przed wzro­kiem więk­szo­ści zgro­ma­dzo­nych.

Gdy po­zwo­lił Ola­nie, by na­cie­szyła się kil­koma tak­tami ży­wego walca, po­kie­ro­wał ją bli­żej Eviany. Na ra­zie szło im do­brze. Nikt ich nie za­uwa­żył. Kan­dy­dat do ręki nu­mer dwa­dzie­ścia dwa w pełni sku­piał się na pró­bach za­im­po­no­wa­nia księż­niczce.

- Go­towa? - szep­nął Qu­en­tin, a Olana przy­tak­nęła.

Z eks­cy­ta­cji błysz­czały jej oczy. Ob­ró­cił nią i Olana mu­snęła dło­nią ra­mię pre­ten­denta. Na­stęp­nie Qu­en­tin rów­nie szybko się z nią od­da­lił i oboje skryli się w cie­niu.

Part­ner Eviany na­gle prze­rwał ta­niec, po czym ogło­sił gło­śno:

- Tak się składa, że już je­stem żo­naty, ale je­śli tylko mam szansę u Wa­szej Wy­so­ko­ści, spra­wię, by moja obecna part­nerka prze­pa­dła w nie­szczę­śli­wym wy­padku.

Evia­nie za­parło dech. Tań­czące obok pary za­trzy­mały się i wbiły wzrok w jej part­nera.

Męż­czy­zna przy­ło­żył dłoń do ust i po­to­czył wo­kół prze­ra­żo­nym wzro­kiem, by na­stęp­nie ze­rwać się do biegu w stronę wyj­ścia.

Tym­cza­sem kan­dy­dat do ręki nu­mer dwa­dzie­ścia trzy do­strzegł szansę. Sko­rzy­stał z bla­mażu po­przed­nika i po­pę­dził ku księż­niczce z peł­nym na­dziei uśmie­chem na ustach. Qu­en­tin po­kie­ro­wał part­nerkę ta­neczną w jego stronę i Olana do­tknęła jego dłoni.

- Na­dal po­pusz­czam w łóżku! - ogło­sił, po czym jęk­nął. - Nie! Nie­prawda! Nie zda­rzyło mi się od ty­go­dnia... Oj! - Rów­nież po­pę­dził ku drzwiom.

Po­zo­stali kan­dy­daci jak je­den mąż ru­szyli ku Evia­nie. Gdy Qu­en­tin i Olana tań­czyli w ich kie­runku, ci, któ­rzy wie­dzieli, kim jest Spo­wied­niczka, wrzesz­czeli i rzu­cali się ku drzwiom. Po­zo­stali, na­dal chętni, by zy­skać uzna­nie księż­niczki, prze­py­chali się wza­jem­nie, by do­trzeć do niej jako pierwsi. Gdy mi­jali Olanę, ta wy­cią­gała dłoń i ich do­ty­kała.

- Pra­gnę two­ich pie­nię­dzy!

- Chcę się wże­nić w ród kró­lew­ski!

- Gdy już obejmę wła­dzę nad hrab­stwem Vin­da­lyn, wtrącę cię do lo­chu.

- Je­stem pi­ro­ma­nem.

- Boję się wła­snego cie­nia.

- Bra­kuje mi po­łowy mó­zgu... chyba.

- Roz­ma­wiam z wie­wiór­kami. A one mi od­po­wia­dają.

- Chra­pię tak gło­śno, że pę­kają szyby w oknach.

- Ca­pią mi nogi.

- Ca­pie mi całe ciało!

- Je­stem ma­min­syn­kiem!

Ko­lejne ofiary rzu­cały się ku drzwiom z tłu­mio­nymi dźwię­kami prze­ra­że­nia.

Przez salę prze­szła fala szoku, gdy zgro­ma­dzeni z pi­skiem po­pę­dzili ku skra­jom par­kietu, byle zna­leźć się jak naj­da­lej od Olany, która wraz z Qu­en­ti­nem stała po­środku Wiel­kiej Sali. W po­bliżu zo­stała sama Eviana z wy­ra­zem prze­ra­że­nia na twa­rzy.

Gdy Leo i Lu­ciana ze­rwali się na nogi, mu­zyka za­marła. A po­tem sala wy­peł­niła się śmie­chami i szep­tami, które sta­wały się co­raz gło­śniej­sze. Eviana za­mru­gała i otrzą­snęła sięz szoku. Po­wio­dła nie­pew­nym wzro­kiem po twa­rzach pod­śmie­wu­ją­cych się go­ści.

Qu­en­tin skrzy­wił się na wi­dok jej skrzyw­dzo­nej miny i za­ru­mie­nio­nych po­licz­ków, które sta­wały się co­raz czer­wień­sze. "Cho­lera. W ogóle jej nie po­mo­głem. Za­wsty­dzi­łem ją. Zra­ni­łem".

Lu­ciana prze­szła przez par­kiet. Na jej twa­rzy ma­lo­wała się wście­kłość.

- Lady Olano, jak mo­głaś? - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, od­wró­ciła się w stronę córki. - Nic ci nie jest, ko­cha­nie?

Eviana po­krę­ciła głową, po czym chwy­ciła za spód­nicę i po­pę­dziła ku drzwiom wio­dą­cym do pry­wat­nych kom­nat kró­lew­skiego rodu. Przy­sta­nęła w progu i obej­rzała się na Qu­en­tina.

Serce ści­snęło mu się w piersi. Wresz­cie go do­strze­gła, wresz­cie na niego spo­glą­dała, ale szlag, gdy pa­trzył jej w oczy, do­strze­gał w nich ból i złość. Nie był pe­wien, jak zdoła ją prze­pro­sić, ale wie­dział, że nie ma chwili do stra­ce­nia. Gdy już się od­dali, mogą mi­nąć całe mie­siące, nim uj­rzy ją po­now­nie. Zro­bił krok w jej stronę, ale księż­niczka znik­nęła za drzwiami i za­trza­snęła je za sobą z hu­kiem.

"Niech to. Schrza­ni­łem to kon­cer­towo".

I to na oczach ksią­żąt. Za­równo Eric, jak i Do­mi­nic ru­szyli w jego stronę ze zmru­żo­nymi oczyma i za­ci­śnię­tymi pię­ściami, jakby pla­no­wali mu spra­wić sro­gie la­nie.

Qu­en­tin spu­ścił głowę.

- Naj­moc­niej prze...

- I twoim zda­niem to wy­star­czy? - wark­nął Eric, pod­cho­dząc bli­żej, ale za­trzy­mał się, gdy jego matka unio­sła dłoń.

- Nie po­gar­szajmy sy­tu­acji - za­ape­lo­wała ci­cho Lu­ciana.

Olana skło­niła się ni­sko.

- Jest mi nie­zmier­nie przy­kro, że spo­wo­do­wa­łam tyle cier­pień.

- To był mój po­mysł - przy­znał Qu­en­tin. Nie chciał, by do­stało się Ola­nie. - To ja ją do tego na­mó­wi­łem, a te­raz ża­łuję.

Lu­ciana wes­tchnęła i otak­so­wała ich smut­nym wzro­kiem.

- Je­śli ma­cie ko­goś prze­pra­szać, to Evianę. - Po­de­szła bli­żej i zni­żyła głos. - Póź­niej po­dzię­ku­jemy wam za wa­sze sta­ra­nia, ale te­raz wo­la­ła­bym, by im­preza uro­dzi­nowa mo­jego męża mo­gła się to­czyć da­lej bez ko­lej­nych za­kłó­ceń. - Spoj­rzała na sy­nów. - Zro­zu­miano?

Do­mi­nic wska­zał drzwi, przez które wy­bie­gło tylu kan­dy­da­tów do ręki księż­niczki.

- Ale chyba nie bę­dziemy po­now­nie za­pra­szać tych ła­chu­drów?

- Nie. Zo­staną wy­da­leni z dworu. Ostrzegę ka­pi­tana straży. - Lu­ciana zwró­ciła się do Olany. - Mu­szę się udać do kuchni, by spraw­dzić, czy tort Leo jest już go­towy. Ze­chcesz mi to­wa­rzy­szyć?

- Oczy­wi­ście, Wa­sza Kró­lew­ska Mość - od­parła Olana.

- Qu­en­ti­nie, chciał­bym się z tobą roz­mó­wić - za­wo­łał przez salę Leo, idąc w kie­runku pry­wat­nej izby. - Teraz.

Qu­en­tin się skrzy­wił. "Jesz­cze nie ko­niec kło­po­tów".

Olana spoj­rzała ze współ­czu­ciem na Qu­en­tina, po czym udała się za Lu­cianą ku przed­nim drzwiom.

Eric kiw­nął w stronę mu­zy­ków, by wzno­wili grę, po czym skie­ro­wał się wraz z bra­tem ku tłu­mowi. Młode szlach­cianki po­pę­dziły w ich stronę - każda chciała za­tań­czyć z księ­ciem. Gdy go­ście wró­cili na śro­dek par­kietu, Qu­en­tin ob­szedł go bo­kiem i udał się ku izbie króla.

Wtem drogę za­stą­pili mu ba­ron Nor­tham, ten sam, który cza­sami się prze­biera za mle­czarkę, i spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Te­raz to się do­igra­łeś, Po­słan­niku.

- Tak, a z tego wszyst­kiego bar­dzo chce mi się pić - od­parł bez­na­mięt­nym to­nem Qu­en­tin. - Do­star­cza pan mleko pod drzwi, mój lor­dzie?

Ba­ron Nor­tham aż się za­po­wie­trzył, po czym spoj­rzał ner­wowo na part­nerkę do tańca.

- N-nie mam po­ję­cia, o czym bre­dzisz.

Qu­en­tin skrzy­wił się w du­chu i wzno­wił marsz. Po­peł­nił drugi błąd. Po­zwo­lił, by za­wład­nęła nim fru­stra­cja - nie po­wi­nien był wy­ja­wiać ba­ro­nowi, że po­znał jego ta­jem­nicę.

Mimo wszystko przy­spa­rza­nie so­bie no­wych wro­gów było te­raz jego naj­mniej­szym zmar­twie­niem. Przy­pusz­czal­nie ze­zło­ścił króla, ale wąt­pił, by Leo długo cho­wał urazę. Nie, naj­gor­szą rze­czą, jaką wi­dział tego wie­czoru, był wy­raz twa­rzy Eviany.

Ile razy przez ostat­nie sześć lat ży­wił na­dzieję, że księż­niczka wresz­cie zwróci na niego uwagę? No to te­raz zwró­ciła.

I miał nie­od­parte prze­czu­cie, że go nie­na­wi­dzi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki