W objęciach imaginacji - Andrzej Kamiński

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Opowiadania, które znajdują się w tym zbiorze, są efektem mojej inspiracji literackiej. Wiele z nich zawiera treści o zabarwieniu emocjonalnym. Tworząc te utwory, szukałem natchnienia w moich doznaniach, wyobrażeniach oraz złudzeniach. Czytając niektóre spośród tych tekstów, można zaprowadzić spokój w swojej duszy i zaspokoić potrzebę przeżycia czegoś nieprzeciętnego.

Niniejsze opowiadania powstawały od drugiej połowy 2008 do początków 2010 roku. Przelałem na papier moje subiektywne odczucia, które miały miejsce w różnych okresach mojego życia. Moja postać występuje w większości utworów. Pojawiam się w nich zarówno jako bohater, jak i obserwator toczącej się akcji. Tworzyłem z potrzeby odreagowania psychiki, dania upustu mojej wyobraźni, snucia przemyśleń oraz przepracowania tego, co mnie zaintrygowało. Głębiej zastanawiając się, mógłbym się doszukać większej liczby motywów.

Zdarza mi się czasami snuć rozważania dotyczące przyszłości, szczególnie tej mającej związek z rozwojem nauki. Jedną z dziedzin, która mnie zainteresowała, jest transplantologia.

Przypuszczam, że medycyna rozwinie się do tego stopnia, że przeszczepy organów staną się zbędne. Zniknie wtedy potrzeba pozyskiwania serc, nerek czy też szpiku od dawców po to, aby ratować ciężko chorego. Zamiast tego sposobu leczenia pojawią się różne inne możliwości, które będą stopniowo ewoluować.

Na początku rozwoju metod alternatywnych dla dzisiejszej transplantologii powstaną hodowle tkanek i narządów do przeszczepów, a także części ciała takich, jak np. ręka, noga. Obecnie hodowana jest już skóra, którą przeszczepia się w przypadku głębokich i rozległych oparzeń.

Na dalszym etapie rozwoju działania naukowców będą zmierzały do tego, aby przeszczepy miały miejsce jak najrzadziej. W tym celu stworzą leki mające wpływ na regenerację komórek chorych organów. W wyniku podania tego rodzaju lekarstwa poprzez strzykawkę nastąpi odbudowa chorej części ciała. Substancję leczącą wstrzykiwałoby się w okolicę chorego organu, a przy ulepszonych rozwiązaniach i w niektórych przypadkach wprowadzałoby się po prostu do krwiobiegu. Przynajmniej w początkowej fazie leczenia pacjent pozostanie w szpitalu pod opieką personelu medycznego.

Potem zostanie wynaleziona metoda regeneracji na poziomie molekularnym. Odpowiednio przetworzona energia elektryczna poprzez dość skomplikowane układy elektroniczne, prawdopodobnie z zastosowaniem farmaceutycznych specyfików, zostanie skierowana w okolicę chorego organu poprzez lekkie wprowadzenie igły lub dwóch igieł pod skórę, a następnie podana odpowiednia dawka energii wraz z substancją farmakologiczną, która zregeneruje chore komórki. W niektórych przypadkach nawet po trzech dniach pacjent będzie mógł opuścić klinikę.

Tego rodzaju metody znajdą zastosowanie nie tylko w zabiegach chirurgicznych lub kardiochirurgicznych, lecz również w stomatologii. Uważam, że istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że tak będzie wyglądał rozwój medycyny związanej z przeszczepami, tym bardziej że jeszcze do niedawna mało kto wyobrażał sobie, że można sklonować jakąś żywą istotę.

Kończąc tę moją dygresję, zapraszam czytelników i czytelniczki do lektury moich opowiadań.

Niech towarzyszy Wam zawsze dobra energia wypływająca ze źródła światłości.

Sen o książce i kobiecie

W jedną październikową noc w 2009 roku miałem dziwny sen, który, mimo niezwykłej treści, wydawał mi się realistyczny. Dodam, że w tym śnie zachowałem pełną świadomość tego, gdzie się znajduje moje ciało fizyczne. W moim odczuciu mogłem w każdej chwili z własnej woli opuścić ten sen.

Na początku snu wziąłem z jakiejś biblioteki dość grubą książkę formatu A5 w miękkiej oprawie, a następnie znalazłem się natychmiast na wąskiej i długiej uliczce, przebiegającej przy bramie domku jednorodzinnego mojej babci. Stojąc na skraju drogi tyłem do bramy, a przodem w kierunku łąki obrośniętej wysokim zielem i trawami, usiłowałem wczytać się w treść tej publikacji. Przeczytałem dwie pierwsze strony, a następnie wróciłem do okładki. Zauważyłem, jak szybko i płynnie zmieniał się tytuł i autor książki. W mojej pamięci utkwiło jedynie imię autora nowego woluminu. Mianowicie nazywał się Jacques. Obydwa dzieła były typowymi publikacjami, pisanymi prozą, jakie powstawały w drugiej połowie XVIII i w całym XIX wieku. Występowały w nich opisy miejsc i wątki przygodowe.

Po chwili, gdy zdążyłem przerzucić dwie kartki, wczytując się pobieżnie w zawartość dzieła, spojrzałem w lewą stronę. Dostrzegłem dojrzałą szatynkę z jasnymi, nielicznymi pasemkami w kolorze blond, która, zwracając się do mnie, poruszała ustami, lecz nie wydawała z siebie żadnego głosu. Jej ciemne ubranie przypominało żakiet ze spódnicą. Kiedy odezwałem się do tej kobiety, również nie miałem głosu.

Przypuszczając, że ta osoba ma złe zamiary, skierowałem złączone dłonie w jej kierunku, tak że widziała ich wewnętrzną stronę, a następnie posłałem energię światłości, której strumień był dla mnie niewidoczny. Kobieta usunęła się wtedy z mojego widoku i zwinnie pobiegła wzdłuż drogi i straciłem ją z moich oczu.

Po upływie około minuty pojawiła się przy drodze biała, materiałowa zasłona, przymocowana do karnisza. Rozsunąłem tę zasłonę. Ujrzałem wtedy dwie dojrzałe panie.

Na typowej dla gabinetów lekarskich kozetce siedziała starsza, lecz niezbyt stara kobieta o zadbanej cerze i w dość eleganckim żakiecie w brązowym odcieniu. Drugą kobietę widziałem już wcześniej w tym samym śnie. Stała nieco oddalona po prawej stronie. Obydwie postacie wydawały mi się zamyślone. Dodam, że w środku, za zasłoną, było jasno. Natomiast na zewnątrz panował mrok.

Wkrótce obudziłem się, zachowując w pamięci ogólny zarys snu. Jedynie z mojej pamięci uleciały szczegóły związane z zawartością przeglądanych publikacji książkowych. Postanowiłem zapisać treść tego snu, ponieważ bardzo mnie zaintrygował.

Urojona wyprawa

W jedną niedzielę lutego w 2010 roku po obiedzie relaksowałem się, leżąc na wersalce. Moje myśli poszybowały do urojonego świata mojej wyobraźni, w którym pojawiłem się wraz z kumplem Pawłem Sokołowskim. Miejsce, do którego uleciała moja świadomość, wydawało mi się zarówno rzeczywiste, jak i nierzeczywiste.

Znaleźliśmy się nad dużym jeziorem, podobnym do jezior spotykanych na ziemi kaszubskiej. W trawie nieopodal brzegu dostrzegliśmy drewnianą łódź starego typu. Na łodzi stała tabliczka z następującym napisem: Zrzekam się tej łodzi na rzecz ogółu mieszkańców i przyjezdnych. Każdy, kto znajdzie tę łódź, ma prawo do jej użytkowania. Poniżej został umieszczony odręczny podpis za pomocą farby i pędzelka: Jan Mokrzyński.

Zdecydowałem z przyjacielem, że udamy się na tę wyspę, którą zauważyliśmy na jeziorze. Łajba miała tylko jedną parę podwójnych wioseł. Paweł podjął się wiosłowania i pierwszy wsiadł do łodzi, a ja popchnąłem, a następnie wskoczyłem na pokład.

Brzegi jeziora były wolne od trzcin i zarośli. Z piaszczystej plaży widzieliśmy, że wyspę porastały wysokie trawy i wysokie, lecz cienkie drzewa. Płynąc w gorący dzień, nie odczuliśmy najmniejszego podmuchu wiatru. Przemieszczaliśmy się łodzią, a nie żaglówką. Tak więc wiatr nie odgrywał dla nas istotnej roli. Mimo silnego słońca powietrze wydawało się nam lekkie.

Kiedy dopłynęliśmy do celu, jako pierwszy wyszedłem na brzeg, trzymając łódź za łańcuchu cumującym. Następnie razem wciągnęliśmy nasz środek lokomocji, który ukryliśmy w krzakach porośniętych wysokimi, lecz dość delikatnymi trawami.

Zarośnięte okazały się jedynie brzegi wyspy. Na środku znajdowała się łąka z niskim runem z rzadko występującymi drzewami.

Spacerując, zauważyliśmy niezbyt duży drewniany budynek, przypominający jakiś pałacyk. Idąc w kierunku pałacyku, przeszliśmy przez niewielki, zaniedbany ogród. Wywnioskowaliśmy, że ta posiadłość została porzucona, lecz aby upewnić się, czy nie zastaliśmy kogoś w środku, zapukaliśmy i głośno zapytaliśmy:

- Jest tam kto?

Nikt nie odpowiedział. Jedynie echo. Paweł na to:

- Wejdźmy, ale bądźmy ostrożni.

- Tak, dobrze - odpowiedziałem.

W środku widzieliśmy proste, staroświeckie meble pokryte kurzem. Nie dostrzegliśmy szaf ani szafek. Z mebli zauważyliśmy: stoły, krzesła, półki, wieszaki oraz łoża i łóżka.

W kuchni stał zwykły, pozbawiony zdobień, kaflowy piec, na którym mieściły się czajnik i jeden garnek. Właśnie te dwa przedmioty stały na wspomnianym obiekcie. Czajnik pochodził sprzed ponad stu lat. Nie miał gwizdka. Na podobne czasy można datować garnek.

Oglądając wnętrza budowli, czuliśmy się jak badacze z jakiejś ekspedycji naukowej, a po części jak poszukiwacze przygód.