W Nowej Fundlandii - Wiesław Wernic

Kup ebooka

9.99 zł
8.19 zł (7,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kres dłu­giej po­dróży

B o to było tak. W daw­nych, bar­dzo daw­nych cza­sach, nim do tego kraju przy­były blade twa­rze, In­dia­nie wie­rzyli (a i dziś po­nie­któ­rzy wie­rzą), że każda skała i rzeka, każde drzewo i ptak, i czwo­ro­nóg mają swe du­chy. Nie­które z tych du­chów są do­bre, nie­które złe. O tych du­chach, które przy­bie­rały po­staci ol­brzy­mów lub cza­row­ni­ków, a nie­kiedy zwie­rząt, In­dia­nie opo­wia­dali zdu­mie­wa­jące hi­sto­rie, zwane ato­okwa­kuns, co zna­czy: cu­downe opo­wie­ści.

We­dług tych opo­wie­ści na po­czątku świata ist­niały je­dy­nie las i mo­rze. Nie było ani lu­dzi, ani zwie­rząt. I oto pew­nego dnia po­ja­wił się ol­brzym o ludz­kich kształ­tach. Na­zy­wał się Glu­skap.

Gdzie się uro­dził i kiedy, nikt nie wie. Wia­domo tylko, że przy­wę­dro­wał z nieba wraz ze swym bra­tem bliź­nia­kiem, Mal­su­mem. Po­ja­wili się na ziemi Pół­noc­nej Ame­ryki, na ob­sza­rze po­ło­żo­nym naj­bli­żej wscho­dzą­cego słońca. Za­ko­twi­czyw­szy u brze­gów swe ka­noe, Glu­skap ru­szył w głąb gra­ni­to­wej wy­spy, którą na­zwał Uktam­koo. To wła­śnie była ta zie­mia, na któ­rej dziś miesz­kamy, dawna sie­dziba ol­brzyma, Nowa Fun­dlan­dia.

Glu­skap wy­glą­dał jak prze­ciętny In­dia­nin, był jed­nak dwa razy wyż­szy i dwa razy sil­niej­szy od naj­więk­szego i naj­sil­niej­szego z póź­niej­szych wo­jow­ni­ków. Ni­gdy nie cho­ro­wał, nie sta­rzał się i nie umarł. I po­sia­dał skó­rzany ma­giczny pas, który da­wał mu cza­ro­dziej­ską moc. Ale uży­wał jej je­dy­nie po to, by czy­nić do­bro. Jego brat na­to­miast, Mal­sum, rów­nie po­tężny wzro­stem i siłą, bar­dzo róż­nił się wy­glą­dem od Glu­skapa. Na ludz­kim ciele miał osa­dzoną głowę wilka, a swej siły uży­wał dla czy­nie­nia zła.

Obaj zja­wili się na wy­spie w cie­płej po­rze roku, kiedy po­wie­trze wy­peł­niały miłe wo­nie kwia­tów i ziół, a mo­rze szu­miało ła­god­nie.

Glu­skap przy­stą­pił do pracy. Naj­pierw stwo­rzył Mały Lud: cza­row­ni­ków, zwa­nych póź­niej przez In­dian: Me­gu­mo­owe­soos. Były to nie­wiel­kie, wło­chate stwory, miesz­ka­jące wśród skał i gra­jące na fle­tach. Po­dobno taka mu­zyka rzuca czar na każ­dego, kto jej słu­cha. Nie wie­rzy pan, dok­to­rze? Ja rów­nież. Cho­ciaż w każ­dej le­gen­dzie in­diań­skiej tkwi ziarno prawdy. Nie mam ra­cji?

- Na pewno tak - od­par­łem.

- Otóż Glu­skap z grona tych ma­łych stwo­rów wy­brał so­bie słu­żą­cego, Kunę. Po­tem za­jął się two­rze­niem lu­dzi. Z wiel­kiego łuku wy­pu­ścił dwie strzały, tra­fia­jąc w dwa pnie je­sio­nów. Wtedy z wnę­trza pni wy­szli męż­czyźni i ko­biety. Był to mocny i piękny lud o ja­sno­brą­zo­wej skó­rze i lśnią­cych czar­nych wło­sach. Glu­skap na­zwał ich Wa­ba­naki, co zna­czy: "ci, któ­rzy żyją tam, gdzie wstaje dzień". Z cza­sem Wa­ba­naki opu­ścili Uktam­koo (Nową Fun­dlan­dię) i po­dzie­lili się na ple­miona. Dziś sta­no­wią część na­rodu Al­gon­ki­nów. Jed­nakże w tam­tych od­le­głych cza­sach tylko ple­miona Mic­mac, Ma­le­cite, Pe­nob­scot i Pas­sa­ma­qu­oddy, ży­jące obec­nie w la­sach wschod­niej Ka­nady i Sta­nów Zjed­no­czo­nych, na­le­żały do ludu Glu­skapa.

Gdy przy­byli tu osad­nicy fran­cu­scy, słowo: Wa­ba­naki za­częli wy­ma­wiać nieco ina­czej. Mó­wili: Abe­naki. I tak już zo­stało. Dla­tego obec­nie lud Glu­skapa znany jest pod tym zmie­nio­nym imie­niem. Nie nu­dzę pana, dok­to­rze?

Za­prze­czy­łem bar­dzo szcze­rze.

- Cie­szy mnie, że ko­goś in­te­re­so­wać mogą stare in­diań­skie le­gendy. Ale wra­cam do te­matu.

Glu­skap, obej­rzaw­szy do­kład­nie swe dzieło, wy­dał okrzyk ra­do­ści, od któ­rego po­tężne pnie po­chy­liły się ni­czym ło­dygi traw. Zgro­ma­dził lu­dzi, by oznaj­mić, że jest ich Wiel­kim Wo­dzem i że bę­dzie rzą­dził nimi z mi­ło­ścią i spra­wie­dli­wie. Po­tem na­uczył ich bu­do­wa­nia wi­gwa­mów z kory brzo­zo­wej, lek­kich ło­dzi, ja­zów na rze­kach, aby mo­gli ło­wić ryby, oraz roz­po­zna­wa­nia ro­ślin uży­tecz­nych jako leki. Na ko­niec wy­ja­wił lu­dziom imiona wszyst­kich gwiazd na nie­bie, które były jego braćmi. Uczy­niw­szy to, Glu­skap przy­stą­pił do two­rze­nia zwie­rząt.

Naj­pierw stwo­rzył wie­wiórkę, na­stęp­nie ło­sia i niedź­wie­dzia. A po­tem wszyst­kie inne zwie­rzęta, które do dziś żyją na pre­riach, w la­sach lub w głębi wód na­szej pięk­nej ziemi.

To wszystko opo­wie­dział mi przed laty Che­bec, stary In­dia­nin z pół­noc­nych puszcz wschod­niego wy­brzeża. Pro­szę wy­ba­czyć, je­śli ję­zyk mej opo­wie­ści był nieco chro­pawy i nie­zbyt po­prawny. Nie mia­łem oka­zji na­uczyć się pięk­nych słó­wek i gład­kich zdań, ja­kimi świer­gocą lu­dzie wiel­kich miast po­łu­dnia. By­łem tra­pe­rem i przez całe lata prze­by­wa­łem wśród tra­pe­rów.

- Ależ wręcz prze­ciw­nie - za­prze­czy­łem. - In­te­re­su­jąca to le­genda i zgrab­nie opo­wie­dziana. Na pewno wzbo­gaci moją wie­dzę o ży­ciu czer­wo­no­skó­rych ple­mion.

- Przy­jem­nie mi to usły­szeć. No, ja już so­bie pójdę.

- Nie po­czeka pan na syna?

- Już zmierz­cha, a obie­ca­łem zię­ciowi na­rą­bać drew przed nocą.

Pod­niósł się z pnia, na któ­rym obok mnie sie­dział. Chcia­łem rów­nież wstać, lecz po­ło­żył mi swą ciężką dłoń na ra­mie­niu i przy­trzy­mał.

- Po co te ce­re­giele? Niech pan sie­dzi, dok­to­rze. Nad­we­rę­że­nie ścię­gna to pa­skudny przy­pa­dek. Nie na­leży for­so­wać nogi, chyba że pra­gnie pan bez końca tkwić przed tą cha­łupą. Hej! - krzyk­nął w kie­runku do­mo­stwa. - Kitty, by­waj! Może ju­tro znów pana od­wie­dzę - do­dał jesz­cze.

- Bar­dzo pro­szę - od­rze­kłem. - Będę cze­kał na pana.

Uśmiech­nął się i ru­szył wą­ską steczką ku brze­gowi je­ziorka, po­tem skrę­cił w prawo, aż za­sło­niły go roz­ło­ży­ste krzewy i gę­sto ro­snące drzewka.

Zo­sta­łem sam. Co prawda, w głębi domu, który wzno­sił się za mo­imi ple­cami, krzą­tała się Kitty, czyli Ka­ta­rzyna Grant, ale oczy moje zwró­cone były w stronę błysz­czą­cej w słońcu ta­fli je­ziorka.

Sie­dzia­łem na oba­lo­nym gru­bym pniu drzewa, o kil­ka­dzie­siąt kro­ków od ma­łego, z de­sek zbi­tego ta­rasu, przez który wcho­dziło się do miesz­kal­nego bu­dynku. Wo­kół mnie roz­cią­gało się nie­wiel­kie ko­li­sko udep­ta­nej, ja­ło­wej ziemi. Spod jej po­wierzchni gdzie­nie­gdzie wy­sta­wały ja­kieś frag­menty po­tęż­nych gła­zów, a do­koła ro­sły gę­ste krzewy, wśród któ­rych pie­niła się le­śna czarna ja­goda. Da­lej bie­gła wą­ska, wy­bo­ista steczka. Tam wła­śnie po­tkną­łem się wczo­raj, nad­we­rę­ża­jąc ścię­gno le­wej stopy. Sie­dzia­łem więc okra­kiem na pniu z nogą za­ban­da­żo­waną w ko­stce, z wil­got­nym okła­dem pod ban­da­żem. Fa­talna dla mnie ścieżka w koń­co­wym swym biegu prze­dzie­rała się przez skąpy za­gaj­nik, aby wresz­cie utknąć na bru­nat­nym pa­śmie wil­got­nej gliny. O krok da­lej za­czy­nały się wody je­ziorka. Ką­pa­łem się w nim wczo­raj, lecz dziś mu­sia­łem zre­zy­gno­wać z tej przy­jem­no­ści. Nie sta­ra­łem się na­wet do­kuś­ty­kać do brzegu.

Je­ziorko było po­dłu­go­wate. Na­wet bar­dzo kiep­ski pły­wak mógłby bez wiel­kiego wy­siłku osią­gnąć jego prze­ciw­le­gły brzeg. W prawo na­to­miast i w lewo wody roz­le­wały się na od­le­głość mili[1]. Na prawo - jak zdo­ła­łem to stwier­dzić przed dwoma dniami - je­ziorko ogra­ni­czała dzika łączka prze­cięta po­lną drogą, a ra­czej śla­dem drogi. Rzadko z niej ko­rzy­stali piesi i konni - ko­le­iny wo­zów le­dwo zna­czyły kie­ru­nek szlaku.

Na lewo zaś je­ziorko stop­niowo się zwę­żało aż do sze­ro­ko­ści ma­łej rzeczki le­ni­wie plu­ska­ją­cej o pła­skie brzegi, by wresz­cie zgi­nąć w mrocz­nym wnę­trzu pier­wot­nego boru.

Je­ziorko nie miało na­zwy, po­dob­nie jak rzeczka. Na­zwy nie po­siada zresztą cała oko­lica. Taki za­gu­biony świat.

Spoj­rzaw­szy w kie­runku spływu rzeczki, do­strze­głem dwie ciemne syl­wetki zdą­ża­jące w moim kie­runku. Oczy­wi­ście mo­gli to być je­dy­nie moi przy­ja­ciele - bo któż by inny - Ka­rol Gor­don i Maks Grant, mąż Kitty, po­wra­ca­jący z ło­wiec­kiej wy­cieczki.

Oto Ka­rol wy­cią­gnął rękę, po­ka­zu­jąc swój łup: za­jącą bie­laka, jesz­cze z kęp­kami bia­łej sier­ści na ła­pach, zwa­nych przez my­śli­wych sko­kami. Za­jąc bie­lak jest nieco mniej­szy od swego krew­niaka sza­raka, a za­sad­ni­cza róż­nica po­lega na tym, że bie­lak dwu­krot­nie w ciągu roku zmie­nia sierść. Pod ko­niec je­sieni jego fu­tro za­czyna ja­śnieć, a w po­cząt­kach zimy staje się tak białe, jak okry­wa­jący zie­mię śnieg. Je­dy­nie na czub­kach uszu po­zo­stają dwie czarne kępki. Z po­cząt­kiem wio­sny bie­lak szybko traci swe zi­mowe okry­cie. Jego nowe, let­nie fu­tro ma barwę sza­ro­brą­zową. Ta­kiego wła­śnie za­jąca po­ka­zy­wał mi już z da­leka Ka­rol.

- Jak tam twoja noga, Ja­nie? - za­py­tał, gdy sta­nął przy mnie.

- Nie­źle - od­par­łem. - Mam na­dzieję, że za dzień lub dwa będę mógł po­ru­szać się rów­nie spraw­nie jak ty.

Uśmiech­nął się.

- Wi­dzę, że je­steś do­brej my­śli. Cie­szy mnie to. Prze­cież nie ścią­gną­łem cię tu po to, abyś tkwił bez­czyn­nie nad tą ka­łużą - po­gar­dli­wie okre­ślił je­ziorko. - No, ale tak zna­ko­mity le­karz jak ty, który po­trafi wy­le­czyć każ­dego pa­cjenta, da so­bie radę z wła­sną nogą.

- Zwich­nię­cie wy­daje mi się błahe. A ty, Ka­rolu, daj spo­kój uszczy­pli­wo­ściom, do któ­rych, jak za­uwa­ży­łem, masz ostat­nio skłon­ność.

- Prze­pra­szam - za­śmiał się Ka­rol i usiadł obok mnie, a za­jąca za­brał Maks Grant i znik­nął z nim w głębi domu.

Za­pa­li­li­śmy fajki, ga­piąc się na słońce, które już po­łową swej czer­wie­nie­ją­cej tar­czy zdą­żyło skryć się poza ko­rony ciem­no­gra­na­to­wych świer­ków. Ptaki uci­chły, wiatr ucichł, zie­mię po­woli okry­wała wie­czorna ci­sza. Na wschod­niej stro­nie już gęst­niała ciem­ność, ale za­chód jesz­cze go­rzał ró­żo­wym bla­skiem, niby łuną da­le­kiego po­żaru.

- I co z tą ło­dzią? - prze­rwa­łem mil­cze­nie.

- Ano, nic. Spo­czywa w tym sa­mym miej­scu co przed­tem. Grant za­sta­na­wiał się, czy jej nie przy­cią­gnąć tu­taj.

- Nie po­wi­nien tego ro­bić, wio­ślarz może wró­cić lada go­dzina.

- Po­wie­dzia­łem mu to samo, więc zre­zy­gno­wał z za­miaru.

- I słusz­nie. A tropy?

- Poza tymi, które od­kry­li­śmy po­przed­nio, no­wych nie ma. My­ślę, że za dzień, dwa i one się za­trą.

- Ta łódź mnie nieco nie­po­koi, Ka­rolu - pyk­ną­łem kłę­bem dymu. - Czy jej po­sia­da­cza nie spo­tkał nie­szczę­śliwy wy­pa­dek? Może po­trze­buje po­mocy?

- Nie­szczę­śliwy wy­pa­dek - po­wtó­rzył prze­cią­gle Ka­rol. - Oczy­wi­ście, bra­łem to pod uwagę, lecz nic na to nie wska­zuje. Prze­cież ra­zem z Mak­sem prze­szu­ka­li­śmy spory szmat lasu.

- Ale po­wierz­chow­nie.

- Bo i nie było po­wodu do ja­kichś dro­bia­zgo­wych ba­dań. Dziś przy oka­zji po­lo­wa­nia prze­mie­rzy­li­śmy do­bry ka­wał po­brzeża rzeczki i ze dwie mile boru.

- Przy oka­zji po­lo­wa­nia - po­ło­ży­łem na­cisk na słowo "oka­zja", lecz Ka­rol nie zro­zu­miał, czy też nie chciał zro­zu­mieć iro­nii. Mach­nął tylko ręką, jakby opę­dza­jąc się przed do­kucz­li­wym ko­ma­rem.

- Po­słu­chaj, Ja­nie. Przed chwilą sam po­wie­dzia­łeś, że nie znany nam wio­ślarz może wró­cić w każ­dej chwili. Roz­ma­wia­łem na ten te­mat z Gran­tem, który twier­dzi, że na­wet mie­sięczna nie­obec­ność wła­ści­ciela ło­dzi nie daje po­wo­dów do nie­po­koju. Kraj jest roz­le­gły i miej­scami dziki, to­też nikt nie­do­świad­czony nie pró­buje pe­ne­tro­wać jego głębi. Może się na to zde­cy­do­wać je­dy­nie stary wyga, który po­trafi wyjść cało z każ­dej opre­sji.

- Obaj je­ste­ście opty­mi­stami - stwier­dzi­łem. - Teo­re­tycz­nie twój wy­wód jest słuszny, lecz sam do­brze wiesz, że na ta­kich roz­le­głych i dzi­kich te­re­nach mogą się zda­rzyć nie­bez­pieczne przy­gody na­wet naj­bar­dziej do­świad­czo­nym tra­pe­rom i prze­bie­ga­czom ście­żek.

Pora wy­ja­śnić, o co wła­ści­wie cho­dziło w na­szym spo­rze.

Otóż przed trzema dniami, pod­czas bez­tro­skiej prze­chadzki wzdłuż brzegu rzeczki, w od­le­gło­ści ja­kiejś pół­to­rej mili od le­śni­czówki na­tra­fi­li­śmy na wy­cią­gniętą na pia­sek łódkę. Ty­powe in­diań­skie ka­noe z brzo­zo­wej kory, wzmoc­nione po­przecz­nymi drew­nia­nymi prze­gro­dami. We­wnątrz spo­czy­wało krót­kie wio­sło o dwóch pió­rach. I nic wię­cej.

Sprawna łódź po­rzu­cona na rzecz­nym brzegu, wśród cał­ko­wi­tego pust­ko­wia - to wprost nie­praw­do­po­dobne! Ka­noe nie spa­dło z nieba. Gdyby wy­rzu­ciły je na brzeg fale rzeczki, mu­sia­łoby wy­pły­nąć z je­ziorka, nad któ­rym miesz­ka­li­śmy. A prze­cież nie było tu in­nej ło­dzi, poza czół­nem sta­no­wią­cym wła­sność Maksa Granta. Z tego wy­nika lo­giczny wnio­sek: ktoś tu przy­pły­nął z dołu rzeczki. Lecz kto?

Za­cie­ka­wieni, jaki to gość za­wi­tał w na­sze od­lu­dzie, po­sta­no­wi­li­śmy cier­pli­wie cze­kać. Skoro zo­sta­wił łódź, musi wró­cić. Ba, lecz ta­kie ro­zu­mo­wa­nie pa­suje ra­czej do oko­lic gę­ściej za­lud­nio­nych. A tu, na pust­ko­wiu, można łódź po­zo­sta­wić i wcale po nią nie wró­cić albo wró­cić po mie­sią­cach - jak twier­dził Maks Grant - byle przed zimą, nim mróz ze­tnie lo­dem rzeczne ko­ryto.

Roz­ło­ży­li­śmy się na piasz­czy­stej ła­sze tuż obok ta­jem­ni­czej ło­dzi i ćmiąc fa­jeczki, cze­ka­li­śmy na nie­zna­nego przy­by­sza. Ten czas ocze­ki­wa­nia zu­ży­łem na za­da­wa­nie Mak­sowi ko­lej­nych py­tań. Cie­ka­wo­ści swej w pełni jed­nak nie za­spo­ko­iłem, cho­ciaż uzy­ska­łem sporo in­te­re­su­ją­cych in­for­ma­cji. O co py­ta­łem? O tym - póź­niej.

Po trzech go­dzi­nach da­rem­nego wy­cze­ki­wa­nia ru­szy­li­śmy na po­szu­ki­wa­nie ta­jem­ni­czego przy­by­sza. Po­cząt­kowo szli­śmy brze­giem rzeczki, póź­niej skrę­ci­li­śmy w głąb lasu, bo w tam­tym kie­runku wio­dły od­kryte przez Ka­rola ślady stóp.

Le­piej wi­doczne na przy­brzeż­nym pia­sku, mocno za­tarte na mu­ra­wie i cał­ko­wi­cie gi­nące wśród le­śnego po­szy­cia. Nie za­wio­dły nas zresztą da­leko. Trzeba było wra­cać ku rzece i znów skie­ro­wać się nad je­ziorko.

Od tam­tej pory mi­nęły trzy dni, a łódź na­dal spo­czy­wała na pia­sku. Tak przed­sta­wiała się sprawa bu­dząca na­sze za­in­te­re­so­wa­nie i, nie ma co ukry­wać, nie­po­kój.

- Był tu oj­ciec Maksa - po­in­for­mo­wa­łem Ka­rola. Opo­wie­dział mi starą in­diań­ską le­gendę i wła­śnie po­szedł so­bie do domu.

- On lubi opo­wia­dać. My­ślę, że po­dob­nych le­gend ma w gło­wie pełny wo­rek, z któ­rym prze­wę­dro­wał pół Ame­ryki. Tylko nie bierz do­słow­nie wszyst­kiego, co mówi. Bo lubi też fan­ta­zjo­wać. Jedno doda, dru­gie odej­mie, a wszystko tak zręcz­nie, że na­wet naj­bar­dziej po­dejrz­liwy słu­chacz nie po­ła­pie się, gdzie prawda, a gdzie fałsz. Pod­czas zimy, gdy tra­fiała się kur­niawa, Ste­phen Grant prze­sia­dy­wał tu po trzy, cztery dni, umi­la­jąc nam swymi opo­wie­ściami przy­mu­sową nudę. To cie­kawy czło­wiek. Im le­piej się go po­znaje, tym bar­dziej zy­skuje na war­to­ści. Sam się prze­ko­nasz, Ja­nie.

- Prze­ko­nam się - po­twier­dzi­łem żar­to­bli­wie i za­czą­łem czy­ścić fajkę.

- Chodź­cie! - w drzwiach domu uka­zał się Maks. - Pora coś prze­ką­sić.

Wsta­łem z pnia i pod­trzy­my­wany przez Ka­rola, ku­le­jąc, prze­kro­czy­łem prog. bu­dynku. Za ma­lutką sionką znaj­do­wała się ob­szerna kuch­nia zaj­mu­jąca chyba po­łowę domu.

Wę­dru­jąc wraz z Ka­ro­lem tu i tam, od­wie­dza­jąc farmy i wio­ski na za­cho­dzie Sta­nów lub Ka­nady, wi­dzia­łem nie­je­den raz ta­kie ku­chenne po­miesz­cze­nia. Więk­szość wy­po­sa­żona była w po­tężne ko­minki. Nad pa­le­ni­skami, na że­la­znych ha­kach wie­szało się że­la­zne garnki. Jak taki gar­nek wy­glą­dał na­wet po jed­no­ra­zo­wym uży­ciu, ła­two so­bie wy­obra­zić, a jak póź­niej ciężko go­spo­dyni oczy­ścić go z tłu­stej sa­dzy, o tym wie tylko ten, kto tego pró­bo­wał. Ja pró­bo­wa­łem!

W domu Maksa Granta ko­minka w kuchni nie było. Jego miej­sce zaj­mo­wał wielki me­ta­lowy piec na czte­rech ni­skich nóż­kach, z fa­jer­kami i pie­kar­ni­kiem - no­wość, którą ku ra­do­ści ko­biet po­woli wy­pie­rała z far­mer­skich do­mostw nie­wy­godne, kło­po­tliwe ko­minki. Dru­gim ulep­sze­niem była stud­nia w kuchni! Tak, tak. Oto wzdłuż jed­nej ze ścian umiesz­czono bar­dzo długi stół, a w jego rogu znaj­do­wał się okrą­gły otwór o śred­nicy spo­rej beczki. Ka­rol zwró­cił mi na to uwagę. Spoj­rza­łem w głąb otworu. Drew­niane ob­rę­cze, jedna pod drugą, spa­dały pro­sto­pa­dle w dół, by znik­nąć w czar­nym lu­strze wody. Za­gad­ną­łem Maksa, co naj­pierw zbu­do­wano: dom czy stud­nię. Od­parł, że oczy­wi­ście stud­nię, która póź­niej zo­stała obu­do­wana ścia­nami kuchni. Do­dał, że we wsi, z któ­rej po­cho­dził, sporo chat zo­stało wy­po­sa­żo­nych w ta­kie we­wnętrzne stud­nie, co bar­dzo uła­twia ży­cie go­spo­dy­niom, zwłasz­cza zimą i pod­czas je­sien­nych sza­rug.

Tu do­dam, że piec ku­chenny był je­dy­nym w ca­łym domu. Zi­mową porą oba po­koje sta­wały się bez­u­ży­teczne. Miesz­kańcy ko­rzy­stali tylko z kuchni, gdzie w piecu bez prze­rwy bu­zo­wał ogień. Ano, prze­cież w stycz­niu tem­pe­ra­tura w tych oko­li­cach spada cza­sem do 22 stopni po­ni­żej zera![2]

Brak pie­ców w po­ko­jach nie był dla mnie ni­czym za­ska­ku­ją­cym. We wszyst­kich zna­nych mi do­mach far­mer­skich tak było. Po pro­stu ze wzglę­dów oszczęd­no­ścio­wych, a i rów­nież tech­nicz­nych - nowy piec wy­ma­gał no­wego prze­wodu ko­mi­no­wego.

Po ko­la­cji, która trwała tak długo, aż pani Kitty mu­siała za­pa­lić naf­tową lampę, ga­da­li­śmy jesz­cze, py­ka­jąc z fa­je­czek, a gdy gwiazdy uka­zały się na nie­bie, uda­li­śmy się na spo­czy­nek. Taki tu już pa­no­wał zwy­czaj. Wsta­wało się na­to­miast, kiedy czer­wone zo­rze ru­mie­niły świat. Przy­znam, że tego ro­dzaju zwy­czaje wcale mnie nie za­chwy­cały.

Wpraw­dzie nikt mnie ran­kiem nie ścią­gał z łóżka, lecz skoro go­spo­da­rze już krzą­tali się po obej­ściu, a Ka­rol, chla­piąc się nad sta­wem, wy­wrza­ski­wał ja­kąś tra­per­ską pio­senkę (też po­mysł!), nie wy­pa­dało prze­cież wy­le­gi­wać się dłu­żej. Po­wia­dam: "nie wy­pa­dało". Czyż do­prawdy w tej głu­szy na­le­żało się li­czyć z tym, co "wy­pada" i co "nie wy­pada"? A jed­nak nie były to je­dy­nie miej­skie na­wyki czło­wieka, o któ­rym mówi się, że jest "do­brze wy­cho­wany". Kie­dyś, gdy w sa­mym środku ska­li­stej pu­styni padł mi koń z pra­gnie­nia, a ja le­dwo wlo­kłem się w kie­runku źró­dła od­kry­tego cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu, na­po­tka­łem po­ra­żo­nego - po­dob­nie jak ja - pra­gnie­niem wę­drowca. Do źró­dła on do­czoł­gał się pierw­szy. I co? Czy rzu­cił się na zie­mię i za­nu­rzył głowę w przy­wra­ca­ją­cym ży­cie nur­cie? Nic po­dob­nego! Od­piął ma­nierkę wi­szącą u pasa, na­peł­nił wodą, pod­szedł do mnie i mi ją wrę­czył. A po­tem cier­pli­wie cze­kał, aż ją opróż­nię. Do­piero wów­czas padł plac­kiem na wil­gotny brzeg i długo, po­woli ga­sił pra­gnie­nie. Ni­gdy, prze­nigdy tego nie za­po­mnę. Wspa­niały gest za­iste wspa­nia­łego czło­wieka! Dla­czego tak po­stą­pił? Prze­cież był nie mniej spra­gniony niż ja. Wi­dać uznał, że "nie wy­pada" po­stą­pić ina­czej, że na­ka­zy­wało mu tak po­czu­cie wła­snej god­no­ści. A prze­cież - jak się wkrótce do­wie­dzia­łem - był to czło­wiek, który ni­gdy w ży­ciu nie oglą­dał wiel­kiego mia­sta i któ­remu nikt ni­gdy nie tłu­ma­czył, co "wy­pada", a co nie.

Wcze­sne wsta­wa­nie miało i swe do­bre skutki, przede wszyst­kim te, że wie­czo­rem za­sy­pia­łem szybko i że spa­łem bez przerw, bez noc­nych ma­ja­ków i na­głych prze­bu­dzeń. Więc i te­raz na­tych­miast za­pa­dłem w ni­cość.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki