W niewoli ambicji - Céline Raphaël

Reflow text when sidebars are open.
Pewnego wieczoru, a było to niedługo po moich dziesiątych urodzinach, ojciec zbił mnie i zabronił jeść kolację, po czym stwierdził, że nie pójdę spać, dopóki nie wymierzy mi ostatecznej kary. Zaprowadził mnie do kuchni i posadził przy stole. Potem wziął talerz i wymieszał na nim zimny omlet z jogurtem, chlebem, sałatą i wodą.
- Nie odejdziesz od stołu, dopóki wszystkiego nie zjesz. Wszystkiego. Razem z sosem.
Wtedy, czy to z zuchwałości, czy z rozpaczy, zebrałam się na odwagę i zapytałam z płaczem, co mu zrobiłam, żeby zasłużyć na cierpienie, jakie mi zadawał. Nawet Haydn, nasz owczarek niemiecki, był lepiej traktowany ode mnie. Ojciec odpowiedział chłodno, patrząc mi prosto w oczy:
- Jesteś gorsza od psa.
Słowa te wycisnęły na mnie niezatarte, krwawe piętno. Nigdy ich nie zapomnę. Bardzo trudno jest mi się od nich uwolnić. Mijają lata, a one wciąż dają znać o sobie i nie pozwalają mi się w pełni rozwinąć. Brakuje mi pewności siebie. Nie przepadam za sobą.
Nie jestem ani wyjątkowo brzydka, ani też wyjątkowo piękna.
Nie można powiedzieć, żebym była głupia, ale nie uważam się za szczególnie inteligentną. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś kiedykolwiek mógł być ze mnie dumny, i codziennie zdumiewa mnie, że mam życiowego partnera, który bardzo mnie kocha i to od tylu już lat. Mam nieprzyjemne wrażenie, że jestem oszustką.
Mój ojciec chciał ze mnie zrobić wybitną pianistkę. Wymagał ode mnie doskonałości, a ja nigdy nie potrafiłam sprostać jego oczekiwaniom. Byłam po prostu normalnym dzieckiem i słono za to płaciłam.
Kiedy patrzę na siebie w lustrze, powracam myślami do tych wszystkich lat, gdy musiałam walczyć, żeby przeżyć. Do tych wszystkich lat, gdy cierpiałam w milczeniu, mając nadzieję, że pewnego dnia ktoś przyjdzie uratować mi życie i wyrwie mnie z rąk ojca. Walczyłam, żeby przeżyć, i przeżyłam. Dzisiaj mogę powiedzieć, że w końcu mi się udało. Mam doktorat, kończę praktyki lekarskie w szpitalu i zaczynam walczyć z przemocą wobec dzieci; chcę przełamywać tabu i nie dopuścić, aby inni także cierpieli w milczeniu. Tortury w rodzinie łatwo ukryć, bo ich nie widać; chcąc z nimi skończyć, trzeba zmienić prawo i ludzką mentalność.
Z perspektywy czasu myślę, że przecież jestem warta dużo więcej niż pies.
Zapomnieć? Wybaczyć? Jak się pozbierać? Może opowiedzieć swoją historię, aby ocalić inne dzieci przed tym, co najgorsze, i otworzyć oczy dorosłym z ich otoczenia?
Oto moja historia. W imię talentu muzycznego zostałam grającą kukiełką, a mój ojciec - katem. Wszyscy wokół mnie udawali, że niczego nie słyszą.
Dziś przebiegam palcami po klawiaturze i składam na niej swoje wspomnienia. Zapisuję swoim rytmem partyturę własnej historii i próbuję odnaleźć harmonię.
Posłuchajcie.
Jest zimowy wieczór, na zewnątrz lodowaty ziąb. Śnieg przykrył wszystko i z wyjątkiem kilku świateł z sąsiedztwa nie sposób rozróżnić kształtów za oknem. Mieszkamy w Ard?che, w domu zbudowanym przez moich rodziców na końcu ślepej uliczki. Z perspektywy małej dziewczynki dom wydaje się ogromny, niczym zamek. Mam w nim nawet pokój tylko dla siebie: to pokój do gry, trzymam tam swoje zabawki. Przez okno można dostrzec wspaniały, choć teraz przykryty białym płaszczem ogród, który rozciąga się na kilku hektarach i graniczy z rzeką. Mój ojciec jest miłośnikiem ogrodnictwa i jeżeli tylko pogoda na to pozwala, każdą wolną chwilę spędza na podlewaniu, sadzeniu warzyw i pielęgnowaniu drzewek owocowych. Obok tarasu urządził dla mnie plac zabaw, ustawił huśtawkę i zjeżdżalnię, z których będę mogła korzystać, gdy nastaną cieplejsze dni.
Siedzę przytulona do mamy na kanapie w salonie, przy kominku, gdy wtem ktoś dzwoni do drzwi. Ojciec zrywa się i szybko idzie otworzyć, żeby dźwięk dzwonka nie obudził mojej młodszej siostry, Marie, która dopiero zasnęła.
Spoglądam na niego jeszcze z szacunkiem, ale już z niepokojem. Jest wysokim i szczupłym mężczyzną o ciemnej karnacji i włosach czarnych jak heban. Wąsy nadają jego rysom srogi, poważny wyraz twarzy. Patrzy surowym wzrokiem i rzadko się uśmiecha, pewnie przejęty nowymi obowiązkami służbowymi - jako zaledwie trzydzietoletni inżynier został mianowany kierownikiem brygady.
Przed drzwiami stoi dwóch dostawców. Przywieźli ogromne pianino w naturalnym kolorze drewna z klawiszami z kości słoniowej.
- To pianino jest dla ciebie - mówi do mnie ojciec, a oczy mu błyszczą. Patrzy z dumą na moją matkę. Jakby dając mi w prezencie instrument, chciał uleczyć własne rany z przeszłości. Wtedy nie domyślam się jeszcze, że ten piękny podarunek, o którym marzy każde dziecko, zamieni moje życie w koszmar.
Matka też wygląda na zachwyconą widokiem pięknego i majestatycznego, drewnianego potwora. W przeciwieństwie do ojca to raczej niewysoka, wątła kobieta. Jest bardzo blada, ale jej lśniące oczy i serdeczny uśmiech nadają jej promienny wygląd. Każdą cechą charakteru różni się od ojca. Matka jest żywiołowa, ojciec skryty, ona uczuciowa, on powściągliwy, ona wesoła, on wciąż smutny.
Z zachwytem przyglądam się mojemu pianinu i nie spuszczam go z oczu, gdy dwaj panowie ustawiają instrument w pokoju do gry. Mam dwa i pół roku i oto ważą się moje losy. Przez drzwi do domu wtargnęło piekło, ukryte pod pozorami harmonii. Ruszył walec, który zmiażdży nasze życie i przypieczętuje nasze losy. To pianino to zwiastuny obsesji mojego ojca, ale nikt tego jeszcze nie podejrzewa. Nie wiem, dlaczego ojciec wybrał dla mnie właśnie ten instrument. Być może jako dziecko marzył, aby na nim grać. Ale był biedny i musiał zadowolić się akordeonem.
Być może chciał za jego pomocą znaleźć ujście dla mojej ówczesnej nadmiernej energii i żywiołowości i konstruktywnie je wykorzystać. Trzeba przyznać, że byłam dzieckiem nad wiek rozwiniętym.
Matka, która tuż przed moimi narodzinami zrezygnowała z pracy, postawiła sobie za punkt honoru, aby jak najwcześniej nauczyć mnie mówić, chodzić i czytać. Często opowiadała potem z dumą, jak zaledwie ukończywszy dziewiąty miesiąc życia, wprawiałam w osłupienie przechodniów, którzy przystawali zdumieni na widok mojej matki prowadzącej rozmowę z niemowlęciem leżącym w wózku.
W wieku dwóch lat całymi dniami zadawałam pytania o sprawy tego świata. Chciałam wszystko wiedzieć i wszystko robić; zanudzałam mamę, która czasem wymigiwała się od odpowiedzi i odsyłała mnie do ojca, żeby mieć chwilę wytchnienia.
Może gdybym jako dziecko nie była taka męcząca, rzeczy przybrałyby inny obrót. Może gdybym mogła cofnąć czas, na wieść o kolejnej ciąży mojej mamy nie stałabym się jeszcze bardziej wymagająca i nadpobudliwa, niż byłam; zamiast tego zrobiłam się odrobinę zazdrosna. Nie miałam najmniejszej ochoty mieć siostry ani brata, bałam się, że drugie dziecko przyciągnie uwagę rodziców, a mnie zepchnie na dalsze miejsce w ich sercach.
To typowa historia. Chyba za bardzo uczepiłam się matki i próbowałam całkowicie nią zawładnąć. Nie odstępowałam jej ani na krok i chodziłam za nią nawet do toalety, co zdaje się oburzało jej znajomych, którzy uważali, że jest dla mnie zbyt łagodna. Matka nie potrafiła odmawiać.
Symbioza między mną i mamą rozpadła się wieczorem dziesiątego listopada 1985 roku.
Tamtej nocy ojciec obudził mnie znienacka i zaprowadził do sąsiadki, a sam pognał do najbliższego szpitala z matką, która miała silne skurcze. Mama była dopiero w połowie szóstego miesiąca ciąży. Czy po takim czasie dziecko jest w ogóle zdolne do życia?
Po przybyciu do szpitala matka doznała rozległego krwotoku. Zapadła w śpiączkę. Lekarze musieli zrobić jej cesarskie cięcie. Moja siostra, Marie, urodziła się zdecydowanie za wcześnie, z porażeniem lewej części ciała wywołanym niedotlenieniem mózgu, ale przeżyła. Została natychmiast umieszczona w inkubatorze i przewieziona do szpitala pediatrycznego. Ja przez cały ten czas byłam u sąsiadki, przyjaciółki mojej mamy. Przez te kilka dni okrutnie doskwierała mi samotność i straszliwy brak miłości.
Jak to zazwyczaj bywa, byłam zazdrosna o siostrę, zanim jeszcze w ogóle ją poznałam. W moim dziecięcym mniemaniu to ona ponosiła odpowiedzialność za nieobecność matki u mojego boku.
Kiedy rodzice wreszcie po mnie wracają, tak bardzo boję się, że mama znowu mnie zostawi, że wzmagam czujność i dosłownie nie odklejam się od niej przez cały dzień, a gdy po południu wyjeżdża odwiedzić moją siostrę w szpitalu, płaczę i wrzeszczę wniebogłosy.
Marie szybko dochodzi do zdrowia i wkrótce odłączają ją od kroplówki i respiratora. Potrafi samodzielnie przyjmować pokarm i wygląda na to, że jej mózg nie uległ uszkodzeniu. Porażenie ustępuje, ale pozostaje problem z biodrami. Każą jej nosić specjalną uprząż, prawdziwe narzędzie tortur, które ma za zadanie utrzymywać jej dolne kończyny w osi i zapewniać harmonijny rozwój. Dla noworodka to strasznie niewygodne. Mimo to trzy miesiące później, gdy Marie osiąga wiek, w którym powinna normalnie przyjść na świat, lekarze pozwalają rodzicom zabrać ją do domu.
Ja podobno nadal okazuję zazdrość w stosunku do niemowlęcia i wymagam od matki nieustannego zainteresowania, którego ona nie może mi okazywać z uwagi na stan zdrowia Marie. Siostra musi być karmiona butelką co dwie godziny, w dzień i w nocy, a z powodu uprzęży, która sprawia jej straszny ból, wymaga wzmożonej opieki, aby jej skóra nie została poraniona czy otarta. Tak więc dni mojej mamy naznaczone są ciągłym płaczem i lękiem. Naprawdę nie może poświęcać mi wiele czasu. Muszę zacząć radzić sobie sama. Czasem jestem dla niej bardzo niemiła, bo brakuje mi jej uwagi i czuję się z tego powodu nieszczęśliwa. Mam na wszystko jedną odpowiedź: nie. Tak daję się jej we znaki, że powierza opiekę nade mną ojcu. A on postanawia, że będę się uczyć muzyki.
I tak w wieku, w którym dzieci uczą się mówić, ja zaczynam karierę pianistyczną - od kolorowych naklejek na klawiaturze. Ta metoda nauczania polega na tym, że każdy kolor odpowiada jednemu klawiszowi na pianinie i jednej nucie w partyturze. Jest ona dziełem mojej nowej i zarazem pierwszej nauczycielki gry na pianinie, pani Lévy. Ona jedyna w całej okolicy zgodziła się, po wielu prośbach i błaganiach mojego ojca, wziąć pod swoje skrzydła tak młodą uczennicę jak ja. Ojciec pozostawił sobie rolę repetytora.
Zaczynam od podręcznika dla początkujących Różowe nutki, potem szybko przechodzę do Najpiękniejszych utworów klasycznych na pianino. To nuty dla każdego ucznia szkoły gry na pianinie. Traktuję to jak zabawę i lubię chodzić do pani Lévy, bo jest dla mnie miła i dobra. Zawsze na koniec lekcji daje mi cukierka w nagrodę za to, że ładnie grałam.
W domu ojciec zmusza mnie do ćwiczenia na pianinie najpierw przez pół godziny, potem przez godzinę dziennie. Mam dopiero trzy lata, w tym wieku trudno pracować w skupieniu przez tak długi czas, często się buntuję, ale mimo to podoba mi się, że w trakcie tych korepetycji skupiam na sobie jego uwagę. Nareszcie ktoś się mną zajmuje.
Nasza rodzina niepostrzeżenie, ale stopniowo rozpada się na pół. Z jednej strony jestem ja z ojcem; spędzamy coraz więcej czasu w pokoju do gry, przy pianinie. Z drugiej strony - mama z siostrą zajmują się swoimi sprawami w innej części domu.
Jestem małą, żywą dziewczynką. Pewnie trochę niesforną, jak większość małych dzieci. Uwielbiam sprzeciwiać się rodzicom, stawać okoniem. Wtedy jeszcze jestem do tego zdolna.
Wkrótce stanę się nikim. Kompletnie się załamię. Powoli zatracę zdolność wyrażania jakiejkolwiek opinii, nie będę umiała powiedzieć: nie, dosyć. Nie odważę się poskarżyć. Jako dwulatka byłam ciekawskim i tryskającym energią dzieckiem, kilka lat później będę musiała walczyć o przetrwanie. Czerń pianina i twarde klawisze z kości słoniowej całkowicie przysłonią mi horyzont.
Na krótko przed moimi piątymi urodzinami przeprowadziliśmy się do Niemiec. Ojciec dostał dobrą posadę w fabryce. Został dyrektorem technicznym tamtejszego oddziału zakładów chemicznych.
Zamieszkaliśmy w ładnej, eleganckiej dzielnicy willowej w bliźniaku z małym ogródkiem, wychodzącym na budynek miejscowej szkoły. Wspólną piwnicę dzieliliśmy z sąsiadami, starszym małżeństwem. Emeryci nie wyglądali na zachwyconych przyjazdem dwójki małych dzieci. Schron przeciwatomowy, jaki zbudowali w jednym z pomieszczeń w piwnicy, najlepiej świadczył o ich ogólnej podejrzliwości.
Marie i ja zostałyśmy zapisane do francuskiej szkoły. Można było chodzić do niej pieszo. Po wyjściu z domu trzeba było tylko wejść do lasu, znajdującego się kilka metrów dalej, i przemierzyć go z jednego końca na drugi. Po drugiej stronie lasu była już nasza szkoła.
Mama codziennie nas odprowadzała. Potężne drzewa, gęsty las i przeróżne odgłosy, które się z niego dobywały, stanowiły dla mnie źródło inspiracji. Za każdym razem chętnie wymyślałam nowe historie o duchach i czarownicach, żeby napędzić sobie stracha.
Chodziłam do drugiej klasy podstawówki, Marie - do grupy średniaków w przedszkolu.
W Niemczech uczniowie już od pierwszych klas szkoły podstawowej mają osobnego nauczyciela do każdego przedmiotu. Miałam zatem innego nauczyciela od matematyki, innego od niemieckiego, innego od francuskiego, jeszcze innego od plastyki, innego od historii i geografii. Trochę przerażała mnie taka liczba nauczycieli, bo z każdym z nich spędzaliśmy właściwie mało czasu. Rezultat był taki, że słabo nas znali i z trudem zapamiętywali nawet, jak mamy na imię. Trudno sobie wyobrazić, żeby w takiej sytuacji uczeń chciał zwierzyć się swojemu nauczycielowi w razie kłopotów...
Gdy tylko rozpakowano kartony, a pianino stanęło w nowym pokoju do gry, ojciec wyruszył na poszukiwania nowego nauczyciela muzyki. Znalazł go w osobie pani Tonnen.
Nowa nauczycielka była starszą panią w bliżej nieokreślonym wieku. Chuda i zgarbiona, poruszała się wyłącznie o lasce. Miała fryzurę na pazia i twarz naznaczoną trudami surowego i niewątpliwie ciężkiego życia. Mieszkała ze starszą siostrą, która mimo swoich na oko stu lat trzymała się lepiej niż pani Tonnen, oraz z zielonym ptaszkiem zamkniętym klatce. Ptaszek i lustro były prawdopodobnie największym skarbem obu kobiet.
Pani Tonnen musiała przez wiele lat dać się we znaki swoim młodym wychowankom. Na widok tak małego dziecka jak ja, grającego z podobną biegłością, przecierała oczy ze zdumienia.
Co sobotę, przy okazji każdego spotkania na cotygodniowych lekcjach, powtarzała ojcu, że mam talent, wyjątkowy talent, który należy wykorzystać i broń Boże nie zmarnować. Kazała mi ciężko pracować i nie rozczulała się nade mną specjalnie. Stare porzekadło mawia, że surowe metody wychowawcze przynoszą najlepsze rezultaty.
Pani Tonnen wywodziła się ze starej szkoły wschodnioeuropejskiej, według której jedyną skuteczną metodą wychowawczą, pozwalającą przekuć talent na sukces, jest karanie. Przy niej ciągle miałam wrażenie, że nigdy nie jestem dość dobra.
Jej zachowanie stopniowo zaczęło wpływać na zachowanie mojego ojca, który robił się coraz bardziej wymagający. Codziennie patrzył na mnie coraz ciemniejszym i coraz bardziej złowrogim spojrzeniem. Nie miałam już właściwie prawa negować jego uwag. W kółko powtarzał ulubiony refren: "Milcz i graj". Nie przepuszczał najmniejszego potknięcia, nie wybaczał nawet pomyłki w palcówce, a czas spędzany przy pianinie każdego dnia wydłużał się coraz bardziej.
Gdy byliśmy we Francji, ćwiczyłam trzy do czterech godzin dziennie. Po przyjeździe do Niemiec, a miałam wtedy cztery i pół roku, ojciec stał się wobec mnie znacznie surowszy. W tym kraju objawiła się jego obsesja perfekcji, w pianistycznym tego słowa znaczeniu. To wtedy zaczął tworzyć system coraz wymyślniejszych kar.
Był niedzielny poranek, na krótko przed moimi piątymi urodzinami, a ja od prawie trzech godzin ćwiczyłam etiudę Pozzolego. Ojciec siedział na taborecie po mojej prawej stronie i coraz bardziej się denerwował. Czułam się już zmęczona i coraz trudniej było mi się skupić.
- Ostrzegam cię, biorę kartkę i zapisuję. Jeżeli zrobisz trzy błędy, nie przerwiesz i nie poprawisz ich, dostaniesz trzy razy pasem.
Nic nie powiedziałam, ale strasznie się bałam. Ręce zaczęły mi się pocić, a palce drżeć.
Za wszelką cenę próbowałam się skoncentrować i zagrać jeszcze raz ten sam fragment, ale moje myśli pochłaniała kartka, którą ojciec trzymał w dłoniach. Pamiętam każdą sekundę tamtej chwili, jakbym przeżywała ją jeszcze raz.
Gram najlepiej, jak potrafię, gdy wtem w samym środku taktu słyszę odgłos ołówka na papierze. Stres wzrasta. Nie słyszałam, żebym się pomyliła, ale ojciec chyba właśnie odnotował pierwszy cios pasem. To mnie rozprasza. Drugi błąd i drugi chrobot ołówka.
Już nie mogę. Skupiam się na odgłosie ołówka i obawiam się tego, co nastąpi za chwilę. Już nawet nie wiem, co gram. Nie patrzę w nuty, tylko kątem oka zerkam na sylwetkę ojca odbijającą się w pianinie, aby przy najmniejszym gwałtownym geście z jego strony zrobić unik. Zanotował na kartce trzeci błąd i wstał w absolutnej ciszy. Bez słowa odpiął pasek i wskazał biurko stojące po lewej stronie pianina.
- Opuść spodnie, pochyl się do przodu i oprzyj ręce na biurku.
Jestem sparaliżowana ze strachu i nie mam odwagi się odezwać. Wykonuję polecenie, ale robię to najwolniej, jak mogę, tak bardzo obawiam się tego, co nastąpi. Po raz pierwszy w życiu tak bardzo się boję. Nie mogę oderwać oczu od paska ojca i pochyliwszy się przed biurkiem, nie spuszczam z niego wzroku.
Pierwszy cios przynosi rwący ból. Czuję, jak uda palą mnie żywym ogniem. Nigdy dotąd nie zaznałam tak intensywnego bólu. Z trudem powstrzymuję łzy.
Drugi cios jest jeszcze bardziej bolesny, bo skóra mnie piecze.
Myśl o bólu wypełnia mi umysł i nie czuję ostatniego ciosu.
Bez słowa podciągam spodnie, ojciec zapina pas i spokojnie siada z powrotem na taborecie.
- Jeszcze raz od początku od drugiej strony.
Gdy tylko to powiedział, do drzwi zapukała matka.
- Czas na obiad. Idziecie?
- Céline nie je obiadu.
Po tych słowach wstał i spojrzał na mnie złowrogo.
- Ćwicz, a ja w tym czasie zjem obiad, a jak wrócę, powtórzymy wszystko razem. I żebym nie słyszał, że przestajesz grać, bo popamiętasz.
Jestem zagubiona. Myśli kotłują mi się w głowie. Próbuję się uspokoić, ale nie potrafię. Wszystko wiruje mi w głowie. Jak to możliwe? Co się ze mną dzieje? Dlaczego mój tata, który we Francji zabierał mnie do parku z moją lalką Sidonie i huśtał mnie na huśtawce, jest dla mnie taki niedobry? Dlaczego nie pozwala mi jeść? Co mnie czeka po południu? Czy tata już mnie kocha? Czy znowu będzie mnie bił?
Nie mogę zebrać myśli, jestem struchlała ze strachu. Jak gdybym przeczuwała, że to dopiero początek i że odtąd moje życie zmieni się na zawsze. Ogarnięta paniką przestaję się kontrolować. Muszę odzyskać miłość mojego ojca. Chcę, żeby ojciec znów się do mnie uśmiechnął, żeby mi wybaczył. Nie mam innego wyboru.
Wstaję z taboretu i otwieram drzwi. Z kuchni dochodzą głosy, jego, mamy i Marie. Słyszę pobrzękiwanie sztućców uderzających o talerze, słyszę, jak rozmawiają, jakbym w ogóle nie istniała. Boję się.
Na czworakach przechodzę przez korytarz i zatrzymuję się przed kuchennymi drzwiami.
- Tatusiu, proszę cię, wybacz mi. Przepraszam, że źle grałam. Błagam cię, wróć ze mną, będę dobrze ćwiczyć, przyrzekam.
W tamtej chwili nie myślę o jedzeniu. Ważne jest tylko to, żeby ojciec mi wybaczył i nie gniewał się już na mnie. Chcę, żeby znowu mnie kochał.
Wciąż stoję na czworakach i płaczę.
Matka i siostra nic nie mówią.
- Wracaj natychmiast do pokoju. Liczę do trzech. Raz, dwa, trzy.
Nagle wstaje. Matka przytrzymuje go za ramię.
- Dobrze, dobrze, już idę. Nie bij mnie - mówię i na wszelki wypadek osłaniam sobie głowę rękami.
Pospiesznie wracam do pokoju i zamykam za sobą drzwi.
Straciłam ojca i jego miłość. Stopniowo ogarniał mnie strach przed tym, co będzie dalej, i w tamtym momencie uświadamiałam sobie, że w każdej chwili mogę umrzeć.
Umrzeć ze strachu, z bólu, umrzeć od ciosów.
Dostałam tylko trzy razy pasem, ale te trzy ciosy zmieniły moje życie na zawsze.
Koniec wersji demonstracyjnej.