W niedzielę rano ziele zbierała
Oj, nie chodź, Hrycu, na wieczornice.
Bo na wieczornicach dziewczyny czarownice,
Słomę palą i ziele warzą,
Ciebie, Hrycu, siły i zdrowia pozbawią.
Tamta jedna czarnobrewa
To prawdziwa czarownica!
Co zna ziele i z zadrości szlocha,
Bo ciebie, Hrycu, bez pamięci kocha!
W niedzielę rano ziele zbierała,
W poniedziałek je płukała,
We wtorek ziele warzyła,
A w środę rano Hryca na zawsze uśpiła.
W czwartek Hryca wszyscy żałowali,
A w piątek już go szybko pochowali.
Pogrzebali Hryca blisko granicy,
Płakały za nim dziewczyny i mołodyce.
I chłopcy Hryca żałowali,
Czarnobrewą wszyscy przeklinali.
Nie ma i nie będzie drugiego Hryca,
Co go wygoniła z tego świata czarownica!
W sobotę rano matka już wyczuła,
Że córka Hryca ziołami otruła,
Nie wiedziała, co takie ziele może,
Że Hryc skona, nim mu ktoś pomoże.
"Oj, matko, matko! Żałowanie nadaremne -
Niechaj Hrycunio w dwóch by się nie kochał!
Oto, Hrycu, za to zapłata:
Z czterech desek ciemna chata!"
Działo się to bardzo dawno temu. Tak dawno, że dzisiaj nikt już nie
pamięta, jak się nazywała wioska, w której miały miejsce opisane
wypadki. Wiadomo jedynie, że było to w górach.
W kotlinie otoczonej stromymi zboczami, których wierzchołki wznosiły się
niemal do samego nieba, kryła się dosyć spora wieś.
A góry te były porośnięte wiekowymi, niedostępnymi lasami...
U podnóża jednej z nich, zwanej Czabanicą, do której przylgnęła ta
wioska, wartko niosła swoje wody hałaśliwa rzeka. Jej głośny, spieniony
nurt przedzierał się prędko poprzez wielkie nieruchome głazy. Rzeka
okalała Czabanicę, jakby chciała ją objąć. A z samego wierzchołka góry
gęstymi rzędami zbiegały w dół, jak wędrowcy, świerki. Zbiegały aż do
rzeki, jeden za drugim. Znalazłszy się w dolinie, zatrzymywały się tuż
nad wodą.
Stały w tej kotlinie z szeroko rozpostartymi zielonymi gałęziami i uniesionymi czubami, stały i szumiały. Ale nie tak, jak dzika rzeka w dole, która głośno pluskała, hałasowała i huczała... Las szumiał na swój
sposób, niepowtarzalny, odmienny.
Miarowo i smutno, trwożnie, a jednocześnie wzniośle kołysał coś w powietrzu do snu. Sam zaś tonął w żalu. Spokojnie i ostrożnie, tu cicho,
a tam bezgłośnie szeptał las, ale jednym głosem. Szumiał, szumiał...
Tęskno było rosnąć drzewom na tym szczycie.
Gdziekolwiek by się spojrzało, wszystko było takie samo, wszędzie było
tak samo. Morze zieleni, jednostajna kołysanka, nic się nie zmieniało.
Gęste rzędy świerków na tamtej górze pięły się zawzięcie ku jej
wierzchołkowi.
Następnie zbiegały z niej żywo, rozpostarłszy zielone ramiona.
I ciągle tak samo.
Latem czy zimą, w pogodny dzień czy w ulewę, nieodmiennie, monotonnie.
Ta sama pieśń, taki sam rytm. Ciągła kołysanka, jednakowy szum.
Opodal rzeki stało zamożne obejście z młynem. Ogród sięgał aż do
Czabanicy. Było to siedlisko bogatej wdowy Iwanychy Dubychy, dobrze
znanej i w tej okolicy, i daleko poza nią.
Rzeka hałasowała, młyn huczał, sosny szumiały, a wszystko odbywało się
tak samo i jednocześnie... Czy to w nocy, czy w dzień, zawsze i ciągle w jednym brzmieniu.
Świerki zieleniały, okrywając gęstym cieniem chatę bogaczki, pobożnej i srogiej gospodyni Iwanychy Dubychy.
Jej ogród pysznił się kwiatami, odkąd wydała się za Iwana Duba.
Krzewiły się do późnej jesieni, bo już od młodych lat wdowa hodowała
rozmaite kwiecie. Kochała je bardzo. A kiedy owdowiała i została sama z jednym dzieckiem, zżyła się jeszcze bardziej ze swoimi barwnymi
ulubieńcami. Jej ogród koło chaty byłby bez kwiatów bardziej pusty od
pustyni.
Najładniejszymi i najbujniejszymi wydawały się okazałe czerwone maki,
które zimowały w glebie. I nikt w całej wsi nie miał takich cudownych
kwiatów jak Iwanycha Dubycha.
Pewnego razu do tej wsi okolonej górami zawitali Cyganie1. Ku
wielkiemu zdziwieniu mieszkańców pojawiła się cała ich gromada.
Przyjechali kilkoma wozami naraz. Pozostawili za sobą wiele miast i wsi.
Powracając na Węgry, rozbili namioty właśnie tutaj, opodal węgierskiej
granicy, w sąsiedztwie góry Czabanicy, w niewielkiej odległości od
wiejskich zagród. Przebywali tam już od kilku dni.
Mieszkańcy nie byli z natury ludźmi płochliwymi, lecz widok tych
smagłych, nieproszonych przybyszów bardzo ich zatrwożył. Od dawna
opowiadano o nich historie, które nie mogły się spotkać z życzliwością
słuchaczy. Już pewna legenda, głosząca o postępkach Cyganów, czyniła z nich nieprzyjaciół. Powiadano, że ich przodkowie nie udzielili
schronienia Marii, która uciekała wraz z dzieciątkiem i Józefem. Nie
wszyscy najpewniej znali tę legendę, mimo to Cyganie nie byli mile
widziani wśród mieszkańców wsi. Wszystkim natomiast było wiadomo, że
mieli oni w górach, w różnych miejscach, tajemne schowki i kryjówki,
skąd nocami dokonywali napadów na podróżnych, ograbiali ich i zabijali,
i w ten sposób się bogacili. Znikali tak samo zagadkowo, szybko i skrycie, jak się pojawiali. Nikt nie wiedział, skąd przybywali i dokąd
znikali. Kiedy gdzieś się zatrzymywali, zapalali nocą wielkie ogniska.
Tym samym zawiadamiali okoliczną ludność o swojej obecności. A w dzień
rozchodzili się pojedynczo po wsiach. Tu poprosili o jałmużnę, tam
popytali, czy nie trzeba zreperować ubrania lub naprawić naczynia...
Gdzieś powróżyli, a jeszcze gdzie indziej zagrali na skrzypcach czy
cymbałach za kawałek chleba albo starą odzież... Na zboczach zaś
czarodziejskie ziele zbierali... No i, jak już było wspomniano, napadali
na podróżnych... I wszystko w pośpiechu, jakby w przelocie, mimochodem.
Tym razem pojawili się we wsi u podnóża Czabanicy i poprosili o zgodę na
tydzień postoju. Na tyle im nie pozwolono, pobyt skrócono do połowy. I w tych oto kilku dniach zaszło pewne zdarzenie, które na długo miano
zapamiętać. Cygańskich wozów było pięć, a każdy z nich przykryty był
zakurzonymi płachtami. Z wozów wyglądały stare i młode Cyganki o odpychających twarzach i długich czarnych włosach, obok nich widniały
też dziecięce główki.
Wozy były zaprzężone w konie i osły. Po obu stronach zaprzęgów i z tyłu
za nimi szli mężczyźni o czarnych błyszczących oczach i rozglądali się
ciekawie dokoła.
Jak już powiedziano, przybysze rozbili swoje namioty opodal wsi u podnóża Czabanicy, niedaleko rzeki, i od razu tego samego wieczoru
rozniecili wielkie ognisko.
Trzeciego dnia po przybyciu taboru w jednym z namiotów podniósł się
okropny zgiełk, który nie ustawał przez dwa dni. Otóż trzeciej nocy po
rozbiciu obozu młoda Mawra, żona wójta o imieniu Radu, który stał na
czele taboru, powiła dziecko... Białego synka. Rozwścieczony "ojciec"
oburzył się na nieszczęśnicę, zaczął jej wymyślać, zagroził pobiciem za
zdradę. Matka biednej Mawry była najstarszą kobietą w taborze, a zatem,
wedle cygańskiego zwyczaju z racji wieku, najbardziej szanowaną przez
Cyganów. Stara matka broniła córki, miotała się między jej posłaniem w namiocie a Radu, dziko krzyczała i rzucała przekleństwa. A tymczasem
niemal wszyscy mężczyźni stanęli po stronie zdradzonego męża, ich wójta.
Mawra okryła hańbą całą społeczność czystej cygańskiej krwi, wydając na
świat pierworodnego o białej skórze. "Żebyś ty rana nie doczekała!" -
grzmieli i wymyślali położnicy od najgorszych. Wtórowali w ten sposób
rozjuszonemu "ojcu", ich wójtowi, który wprost kipiał ze złości. Zarazem
czuł się śmiertelnie obrażony, żądał zemsty i wygrażał pięścią, miotając
się w tłumie Cyganów. Wszyscy zebrali się obok namiotu przestępczyni i jak jeden mąż za swoim wójtem powtarzali: "Swego pierworodnego syna!...".
- Skąd się wziął ten biały pies?! - Radu rzucał się co pewien czas do
obolałej żony, która leżała półprzytomna w wozie na poduszkach,
przykryta łachmanami. Tuliła do siebie niemowlę, osłaniając je przed
błyszczącym dzikim, rozwścieczonym spojrzeniem męża, oniemiała ze
strachu przed tym, co w każdej chwili mogło się zdarzyć.
Wolała umrzeć niż dożyć takich czasów. Wolała umrzeć, ale cóż z tego!
Nieszczęśnica nie otwierała ust, nie mówiła ani słowa. Omdlewała ze
strachu...
Tymczasem Radu, dużo od niej starszy, był wystrojony w jakieś granatowe
ubranie z wielkimi srebrnymi guzikami i brzęczącymi ozdobami. W dłoni
trzymał posrebrzany gruby kij, symbol władzy wójta tej niewielkiej
społeczności, i powtarzał wciąż to samo:
- Skąd je wzięłaś?! Ale ja ciebie nauczę moresu, ja ci pokażę, kto to
Radu i czyją żoną byłaś! - I zaczął od nowa, szarpiąc ją za włosy tak
mocno, że biedna aż jęczała. - Poczekaj, ja ci pokażę! Nie miną trzy
dni, a i twojego ducha nie stanie w moim namiocie, a ten pomiot
przeklęty - wskazał przy tym dziecko - wyrzucę aż za siódmą górę.
Myślałaś, że wyjdziesz za mnie, a potem okryjesz wstydem mnie i całą
moją wspólnotę?! Giń, suko, jeśli nie doceniłaś swojego szczęścia i nie
wiedziałaś, jak się ma zachowywać żona wójta. Patrzcie! - wycedził
groźnie przez zęby. - Patrzcie! Jakiego syna po trzech latach od
zamęścia na świat sprowadziła! - I zarechotał, splunąwszy przez zęby. -
Masz jeszcze tyle szczęścia, że leżysz tutaj, wśród nas, bo ojciec twój
to Andronati, a matka jest najstarsza w gromadzie, bo inaczej nie
ścierpiałbym i trzech dni z tobą w moim namiocie! - Tupnął wściekle nogą
i ponownie splunąwszy z pogardą, wyszedł na zewnątrz.
Mawra zanurzyła swe cienkie smagłe palce we włosy nad niskim czołem i lekko nimi szarpnęła. Z jej młodych piersi wydobyły się rozpaczliwe jęki
bólu i zarazem głębokiego żalu... A potem zamilkła i zacisnęła mocno
obolałe powieki, spod których spływały gorące łzy. Wielkie srebrne
monety, wplecione w jej czarne włosy, zsunęły się niespodzianie, jakby
same z siebie, aż na czoło i utworzyły przedziwną magiczną ozdobę wokół
jej smagłej twarzy jakby odlanej w brązie.
Była letnia noc, jasna i spokojna. Ciemne, porośnięte lasem góry
wznosiły się ku niebu jak olbrzymy, a najwyższe szczyty zdawały się
rozpływać w księżycowym blasku i przezroczystej nocnej mgle...
Wokół wielkiego ogniska zebrali się sami mężczyźni. Radu dołączył do
swoich Cyganów. Leżeli albo siedzieli, palili fajki i rozprawiali o tym,
co się stało, podczas gdy kobiety i dziewczęta zajmowały się codziennymi
sprawami. Opodal, przy drugim mniejszym ognisku, przygotowywały posiłek,
krzątały się przy dzieciach, karmiły je, układały do spania. A przy tym
bez ustanku gorączkowo zastanawiały się nad dalszym losem pięknej,
młodej Mawry. Od dawna zazdrościły jej srebrnych i złotych naszyników,
jakimi obdarował ukochaną wójt Radu, gdy wybrał ją sobie na żonę.
Zazdrościły jej też, bo zarabiała najwięcej z nich wszystkich, wróżąc i prostym ludziom, i panom. A teraz... po trzech latach od zamęścia... powiła
swojemu ślubnemu białego syna o niebieskich oczach! Tfu!
Podszedł Radu do wielkiego ogniska i rzucił na ziemię kapelusz o szerokim rondzie, nie wypowiedziawszy ani słowa.
- Radu! - odezwał się stary Andronati, ojciec młodej przestępczyni,
która miała zaledwie dwadzieścia lat. - Radu, co chcesz zrobić? Wiem, że
Mawra jest winna, i wiem, co nasz zwyczaj nakazuje czynić za zdradę,
jakiej dopuści się żona. Wiem też, że jeśli nie ukarzemy jej my sami, to
ukarze ją jej grzech, a może i jeszcze coś gorszego. Ukarze ją teraz, od
razu, a może po dwudziestu latach, a może i później, ale ukarać musi. Co
chcesz uczynić? Mawra jest winna. - I z tymi słowami pokornie schylił
głowę przed wójtem.
Radu nic nie odpowiedział, ale zamiast tego szarpnął na piersi swój
granatowy bezrękawnik i zdjął z szyi mały woreczek.
- Zróbcie miejsce! - krzyknął. - I uważajcie!
Cyganie ruszyli się, w milczeniu zrobili miejsce młodemu wójtowi i posłusznie umościli się wokół niego, wielce zaciekawieni. Radu tymczasem
potrząsał głową wściekle i dumnie jak sam włodarz nocy... Jego czarne
włosy, długie i kędzierzawe, będące oznaką wolnego człowieka, spadały mu
luźno na ramiona. Sięgnął do woreczka, wyjął z niego pełną garść
błyszczących czerwońców, cisnął je na ziemię, jak przedtem kapelusz, i krzyknął:
- Oto po raz pierwszy temu...
Powtórzył czynność i znowu krzyknął:
- Oto po raz drugi temu...! A to po raz trzeci temu, kto przepędzi w dwa
dni zdrajczynię, żebym jej na oczy nie widział! A wraz z nią tego jej
białego psa!
Wśród Cyganów zapanowała cisza, ale nie na długo. Zaraz wszyscy się
poruszyli, jakby brzęknęły struny basowe, zaszeleściły liście.
Każdy wiedzał, że za zdradę w ich wspólnocie należy się bardzo surowa
kara, ale nigdy jeszcze nic takiego jak tej nocy u nich się nie
zdarzyło. Takie coś jeszcze nigdy...
Tyle razy dochodziło między nimi do bijatyk! Tyle rozbojów wspólnie
dokonali! Ale jeszcze nigdy się nie przydarzyło, by sam wójt stanął
wśród nich i nakazał im pozbyć się swojej żony. A płacił czystym złotem!
Takiego czegoś nigdy dotąd nie było. To mógł wymyślić tylko zawzięty,
oszalały z zazdrości Radu. Taką miał naturę.
W pierwszej chwili nie mieli pojęcia, co powiedzieć, co począć. Zbyt
niespodziewanie zwaliło się na nich to straszne postanowienie wójta.
Zatrwożeni Cyganie trwali więc w milczeniu.
Ale cisza nie trwała długo. Z ziemi podniósł się stary ojciec Andronati,
wysoki, chudy, brodaty Cygan, pierwszy muzykant wśród nich. Nawet i teraz trzymał skrzypce w dłoniach.
- Czekaj, Radu... - rzekł i podniósł rękę, rysując w powietrzu łuk. -
Czekaj no, Radu. Nad nami wszystkimi czuwa Bóg, a my wszyscy jesteśmy
jego dziećmi, i biali, i Cyganie, i Radu, i Mawra. Ty na jej los...
Radu chciał przerwać staremu, wyrzucając z siebie dzikie przekleństwo,
ale Andronati, nie zważając nań, mówił dalej:
- Ty, Radu, byłeś jedynym synem swojego ojca, wójta w Siedmiogrodzie, a Mawra to jedyne dziecko moje, sławnego grajka Andronatiego z puszty2, i się pobraliście. Dlatego ty dla mnie jesteś tym
samym, co Mawra, a Mawra tym, co ty. Nie pozwolę ci wypędzić jej czy
zabić, tak jak tego chcesz. Wiem, że nasze obyczaje nakazują surowo
osądzić za zdradę męża czy żony. Ja jednak nie pozwoliłbym ciebie zabić,
nawet gdyby ktoś tego zażądał w imieniu prawa. Osądzimy Mawrę inaczej,
po dobremu, po ludzku. Pozwól jej zostać z nami jeszcze ze trzy dni,
proszę ciebie o to ja, ojciec Andronati! - powiedział i ukłonił się
młodemu watażce.
- Ona jest przeklętą zdrajczynią, żeby jutra nie doczekała! -
Przerażające słowa wzburzonego męża wyrwały mu się prosto z piersi. Radu
kipiał gniewem.
- Może i nie doczeka - odezwał się stary Andronati. - Ale ty za bardzo
nastajesz na jej życie. Sama odejdzie od nas na zawsze, żebyś wiedział,
a twoje złote dukaty zostaną u ciebie.
- Niech idzie, niech idzie! - podniósł się hałas wśród Cyganów. - Wstydu
nam narobiła. I to wtedy, gdy wydała na świat swojego pierwszego syna. A co będzie dalej, jakie będzie jej następne dziecko? Precz z nią! Niech
się stąd wynosi, sama sobie drogę wybrała! - zawołał ktoś z zebranych. -
Precz z nią!
- Nie, zabić, żeby kogoś innego sobie nie znalazła! - syczał Radu. -
Zabić!
- Za trzy dni Mawry już tutaj nie będzie - odezwał się znów Andronati. -
Jej los przesądziło samo dziecko. Rozszarpalibyście je na strzępy, gdyby
Mawra z nami została. Każdy by jej dołożył. A tak... ona stąd odejdzie,
zniknie z oczu i wam, i Radu.
- Sam ją ukarzesz? - zapytał ponownie ktoś spośród Cyganów. Był to głos
cymbalisty, towarzysza Andronatiego.
- Sam.
- To bierz złoto!
- Nie, zostawiam je wam. Weźcie je sobie. Jesteście młodsi ode mnie. Ja
czerwońców nie potrzebuję. Mawra od teraz jakby już nie moja. Złota nie
potrzebuję. A chleb dla siebie i mojej żony zdobędę. - Wyciągnął przy
tym dumnie skrzypce przed siebie, grożąc pięścią w stronę młodszego od
siebie wójta.
- A co ze szczenięciem twojej córki? - zapytał Radu. Wyprostował się
dumnie i rzucił nienawistne spojrzenie na odważnego teścia. - Ja go nie
potrzebuję. Zabiję, zdepczę jak gadzinę!
- Nim się nie martw. Biorę to na siebie. Ono... - Nagle urwał w pół słowa.
Z jednego z namiotów wynurzyła się podobna do zjawy stara matka Mawry i stanęła jak wryta. Wyglądała strasznie z potarganymi włosami i naszyjnikiem ze srebrników, które zamigotały na jej piersiach w blasku
księżyca. Kobieta rzuciła się do nóg Radu i Andronatiego.
- Przebaczcie Mawrze, jeżeli zgrzeszyła, nie niszczcie jej, młodej,
poddajcie ją chłoście, niech cierpi, ale nie pozbawiajcie jej życia! -
lamentowała na cały głos zrozpaczona matka, błagalnie rozpościerając
ramiona. - Och, Mawro, Mawro, coś ty narobiła? Co ci się przytrafiło?
Jaki zły wiatr zwiódł cię na manowce? Skąd zawiał? Z dołu czy z gór?
Mawro, córeczko moja... serce moje... Mawro! - biadoliła nieswoim głosem. -
Przecież ja ciebie, córuniu, w świetle księżyca w ziółkach kąpałam,
prawie każdej nocy błagałam o szczęśliwy los dla ciebie. Od maleńkości
miodem cię żywiłam, przed złymi spojrzeniami chroniłam, dopókiś się nie
wydała... jak przed ogniem cię chroniłam. Ale nadeszła zła godzina, a wraz
z nią nadszedł i twój wróg... I oto... och, ratujcie, zmiłujcie się... dajcie
mnie ją choć na kilka dni, chociaż do puszty... pozwólcie mi ją
odprowadzić, a potem zabijajcie, ale razem ze mną... - I runęła ciężko na
ziemię.
- Idź stąd, stara! - zawołał Andronati. - Czegoś tu przylazła? Żeby cię
pobili? Już zapomniałaś? Nie licz na swoją siwą głowę. Precz stąd, mówię
do ciebie. Precz, tu są sami mężczyźni, nie widzisz? Obradują. Teraz
Radu i ludzie sądzą. Powiedz swoje ostatnie słowo, zanim ja swoje
wypowiem! - Ponownie zwrócił się do wójta: - Pozwól, by Mawra jeszcze
chociaż cztery dni z nami pobyła, żeby na tyle wydobrzała, by jej ojciec
zagrał dla niej pośród was wszystkich po raz ostatni. By ją pożegnał.
Tedy... chociaż... wybacz, rób, co chcesz, twoja wola, naczelniku. - I tak
jak przedtem pochylił z pokorą głowę.
- Nie przebaczę Mawrze, nie chcę jej więcej na oczy widzieć. Życia
wspólnego nie będzie! - odezwał się z zaciętością Radu. - Sama sobie
jest winna.
- Sama... sama... - podchwycili uniżonym szeptem Cyganie. - Sama, nikt,
tylko ona!
- Czy to twoje ostatnie słowo, Radu? - zapytał Andronati, a stara matka
zabiadoliła ponownie, szarpiąc mocno palcami swoje siwe włosy.
- Ostatnie.
I powtórzył to samo, co mówił wcześniej, gdy rzucał na ziemię garściami
czerwońce.
- To po raz pierwszy temu... To po raz drugi temu... To po raz trzeci temu,
kto za cztery dni uwolni mnie od tej przeklętej zdrajczyni. Słyszycie,
co powiedziałem?
- Słyszymy.
Przy tych słowach muzykant Andronati się wyprostował. Powiódł wokół
dziwnym spojrzeniem. Straszliwy ogień pałał w jego czarnych błyszczących
oczach.
Wsunął skrzypce pod pachę i rzekł:
- Idę. Pojutrze wieczorem wrócę. Znowu będziemy razem. Bywajcie zdrowi.
Po czym nachylił się do żony. Stara Cyganka nadal leżała plackiem na
ziemi, prawie odchodziła od zmysłów z żalu. Andronati zawołał:
- Czego szalejesz? Idź do Mawry. Nikt dzisiaj nie odważy się jej tknąć,
pojutrze wieczorem stąd odejdzie, a ty za nią odpowiadasz. Ja idę i wrócę. Pojutrze wieczorem zbierzcie się w kręgu, jak teraz, i czekajcie.
Andronati wróci, ale zła nie przyniesie. A wy się w tym czasie
naradźcie, który z was pozbiera czerwońce za pozbycie się Mawry. No to
idę...
I poszedł.
Powrócił na trzeci dzień.
I znowu Cyganie umościli się przy ognisku, tworząc duże koło. Między
nimi siedział Radu. Blady, niespokojny, podobny do diabła. Chwilę
wcześniej pobił się z matką swojej cierpiącej żony, po czym stara
wypędziła go z namiotu Mawry.
Rzecz niespotykana wśród Cyganów! Kobieta podniosła rękę na mężczyznę,
na dodatek matka Mawry! Tej zdrajczyni!
Ale on nauczy je rozumu. Wszystkie. Stare i młode. Zdrajczyni będzie
bronić? On jej pokaże. Starej i...
Do siedzących w kręgu Cyganów podszedł Andronati, w rękach trzymał
skrzypce.
Towarzyszył mu przyjaciel cymbalista. Andronati oddał przyjacielowi
skrzypce, a sam wyciągnął wielką, pękatą butelkę z gorzałką i postawił
ją pośrodku koła.
- Pijcie, bracia, szczerze was zapraszam! - zawołał. - Pijcie i nie
żałujcie sobie. Andronati żegna się właśnie ze swoją Mawrą,
zapamiętajcie ten wieczór! Mawro! - wykrzyknął i walnął pięścią w pierś.
- Mawro! - Nagle żal ścisnął mu gardło, a głos zadrżał. - Nie
zasłużyłaś, kukułeczko, aby być tutaj z nami... Ale nie jesteś tam sama.
Obok ciebie jest twoja matka i są wszystkie żony wasze, bracia moi... Żeby
ona, moja córeczka, nie wiedziała, że jutro to jej ostatni dzień, który
spędzi tutaj z nami. Ale Andronati - ciągnął, zwracając się w stronę
namiotu - żegna się z tobą, kukułeczko, przed obliczem jego druhów i twojego męża, wójta, aby to pojęli. Zapamiętajcie, bracia... - Jego głos
znowu zadrżał i stopniowo zamarł. - Dorzućcie świerczyny do ognia! -
krzyknął naraz stanowczym, zdecydowanym tonem, jakby te słowa dodały mu
pewności siebie. - Żeby się rozniecił, igrał światłem, rozpromieniał
całą górę, pałał, powiadam wszelako: Mawra z Cyganami się żegna. Pijcie
i nie żałujcie sobie! Ogień podsycajcie, płomienie rozdmuchujcie, żeby
od dziś oblewały światłem duszę Mawry, gdy będzie daleko od domu.
Pijcie, bracia! Pijcie, zaprasza was muzykant Andronati. Pijcie, nie
żałujcie sobie. Kto wie, dokąd nas los rzuci i czy Andronati będzie
jeszcze z wami. A Mawry wśród was nie będzie... I Andronatiego biednego
też nie... Ot i wszystko... Każdemu jest co innego sądzone, a tak dobrze jej
się układało... Pijcie!
I chodził Andronati, i zapraszał. Innym dolewał, a sobie jakby zapominał
dolewać. Tylko łzy dłonią ocierał.
Radu leżał na ziemi, podparłszy głowę łokciem. Zaciął się, nie odzywał
się do nikogo, jakby był tu tylko on jeden.
Jemu pierwszemu podał Andronati mały srebrny kieliszek. Ten kieliszek
był bardzo cenny, przechodził z rodziny na rodzinę jak rzecz święta.
Radu wychylił go i się zadumał. Myślał o Mawrze. Czuł się tak, jakby
stracił rozum. Co mu teraz po niej? Gdy ją brał, zapewniała, że kocha, a potem zdradziła go... A do tego z kimś spoza ich bractwa. I on, Radu, już
się domyślał z kim. Tam, w małym węgierskim miasteczku, niedaleko
puszty, gdzie czasem przebywali i gdzie jej ojciec często zarabiał
graniem na skrzypcach, a ona wróżyła i śpiewała przy ich
akompaniamencie, a niekiedy i tańczyła... Był tam jeden młody
bojar3, który słono płacił za cygańską muzykę, a nieraz z innymi,
blisko ich namiotu, pędził konno jak wicher do puszty. To z nim... Dlatego
Radu już jej nie chce. Co z tego, że była piękna, że umiała wróżyć
najlepiej, że była młoda, że była córką sławnego wśród Cyganów
Andronatiego... Radu już nie chce takiej żony. Rzucił złoto swoim ludziom.
Niech zrobią z nią, co zechcą. Zabiją lub gdzieś wywiozą i porzucą. Było
mu to obojętne. Pragnął się tylko zemścić. Chciał, żeby zeszła mu z oczu. Żywa czy martwa. Wszystko jedno. Bo nigdy już nie będzie między
nimi zgody. A z jej powodu nie zostawi swojej gromady, żeby tylko nie
musieć jej oglądać. A więc to ona musi zejść mu z oczu. Jak? Wszystko
jedno. Już była mu obojętna. Chyba że... żeby chociaż ją bił... a zresztą i tak była już mu obojętna.
Obojętna? Gdy tak myślał, jego chmurne spojrzenie ukradkiem, jak
złodziej, zatrzymało się na namiocie, w którym przebywała winowajczyni.
I jęło świdrować ten namiot.
Obojętna?
Przeklęta! Zdradziła. Zdradziła go. Jego. Pierwszego wójta wśród
cygańskich gromad zdradziła.
Ludzie wokół niego pili, cicho rozmawiali. I o Mawrze, i o nim. W jednym
się zgadzali, o coś innego się kłócili. Wtrącały się też kobiety. Musiał
z nimi pić, chociaż było mu gorzko na duszy, a w środku płonęło tak, jak
płonęła ruda, wyschnięta świerczyna, która trzeszczała, gdy dorzucano ją
do ognia.
Tak samo płonęło w jego piersiach. Ale musiał tutaj być.
Po raz ostatni musiał zrobić wszystko, co trzeba. Dla siebie, dla ludzi
i dla Andronatiego, którego wszyscy bardzo szanowali.
Nagle dostrzegł jakiś ruch.
Andronati po raz ostatni obchodził wszystkich dookoła. Częstował
trunkiem, polewał, nie szczędził ani kropli, prawie każdemu nalewał po
sam wierzch. A potem wyciągnął skrzypce.
Wreszcie się wyprostował.
- Ludzie! - krzyknął. - Cymbały, fujarki w ręce, a kto gra tak jak ja,
to i skrzypce. Mawro! - zwrócił się w stronę namiotu, w którym leżała
córka. - Mawro! Pożegnaj się z Radu. Jutro o tej porze już cię z nami
nie będzie. - Pociągnął smyczkiem po strunach. Potem pochylił głowę
nisko nad skrzypcami, jakby usłyszał tajemny pojedynczy dźwięk
przeznaczony tylko dla niego, dźwięk wydobywający się z twardego wnętrza
instrumentu, i zagrał.
Grał i się żalił.
Płakały skrzypce, brzęczały cymbały, drżały fujarki, a nad tym wszystkim
królowała jedna jedyna struna skrzypiec Andronatiego. Ach, te skrzypce!
Rzucały się żałosnym jękiem, błądziły dźwiękiem, rozpływały się
smutkiem, wyrywały spomiędzy Cyganów i wciąż o Mawrze i Radu opowiadały.
I znowu ten żal...
Żaliły się skrzypce i drżały jak delikatne pszczółki. Miotały się,
wpijały w duszę, plotły tęsknotę i smutek, pławiły się w nieszczęściu.
Andronati grał doinę4.
- Mawro! - wołał od czasu do czasu rozpaczliwie, nie mogąc znieść
rozdzierającego żalu, i tupał nogą. - Mawro! - Grał, kołysząc się całym
ciałem jak pomylony. - Mawro! To twój ojciec gra... Andronati gra po raz
ostatni dla ciebie wśród Cyganów, jutro może już go nie usłyszysz!
Mawro!
Radu leżał twarzą do ziemi. Był owładnięty jedną myślą, poddał się
jednemu uczuciu. Zdradziła go. Zdradziła, i on nigdy jej nie tknie,
chyba żeby zrobić jej coś złego. Zabić. Zabije. Inaczej nic byłby
niewart, taką miał naturę. Niewart. Niewart. Głos skrzypiec uczepił się,
jak się zdawało, wyłącznie jego duszy, rozoranej bólem i spragnionej
zemsty. Jako ta osa raz po raz przysysał się do niej, jątrzył. "Białe
dziecko powiła, dziecko obcego mężczyzny, obcego!" Skrzypce drżały od
jęków, użalały się cymbały: "Obcego, cudzego jakiegoś...". Te jego myśli,
uczucia żalu i zazdrości doprowadzały go do szaleństwa. Radu zdawało
się, że traci rozum. "Jakieś białe dziecko... po trzech latach od
zamęścia... Mawro! Bądź przeklęta za twoją zdradę, całe nieszczęście
spadnie na twoją głowę!"
Księżyc w pełni wyjrzał zza wysokiej zalesionej góry. Lśnił nieruchomo.
- Radu! - Nagle wydało mu się, że słyszy głos Mawry. Roztrzaskane
skrzypce Andronatiego znalazły się tuż przy jego głowie. - Radu! - Młody
Cygan zadrżał na całym ciele, stary Andronati zwalił się obok niego na
ziemię.
- Mawro, Ma-w-ro! Żegnamy ciebie na wieki, na... wieki - zajęczał, a po
długiej chwili milczenia przemówił: - Śpijcie, ludzie, śpijcie. Tę noc
prześpijcie jeszcze obok niej, a jutro uczynicie to, co uważacie,
skończycie z nią. Ten, kto zabrał czerwońce, niech weźmie jej duszę albo
i ją samą. Czy nie tak, Radu?
- Tak - usłyszał zachrypnięty głos wójta.
- Tedy z powrotem do puszty, szerokiej, bezbrzeżnej puszty. Uh-ha,
puszta! Uh-ha! - huczał dzikim głosem muzykant. - A dzisiaj jeszcze
śpijcie. I razem z wami stary Andronati. - Usiadł, podkulił nogi,
zanurzył palce we włosy i gorzko, rozdzierająco zaszlochał. Musiał się
rozstać ze swoją Mawrą, nie miał wyjścia. Za zdradę zawsze należała się
surowa kara. Za zdradę, której dopuściła się zwłaszcza kobieta, a tym
bardziej żona wójta! On najlepiej rozumiał, co ona uczyniła, tedy
musiała to być jej ostatnia noc wśród swoich, wśród Cyganów. - Śpijcie,
ludzie... - błagał i modlił się. - Śpij, Radu. Patrzcie, wszystko
znieruchomiało. Jeżeli tak było sądzone, niech i tak będzie. Księżyc
jest świadkiem, brat księżyc, wierny druh, który zawsze jest z nami.
Śpijcie, ludzie, śpij, Mawro, śpij, Radu, młody osierocony
wójcie-atamanie. Wszyscy jesteście moimi dziećmi. Cicho sza, niechaj ona
ostatni raz dobrze się wyśpi pośród nas. Śpijcie. Śpij, Mawro. Śpij,
Radu. Czeka na nas jeszcze tylko puszta... Obszerna głucha puszta. Cicho
sza... cicho sza... śpijcie... Mawra... śpi... cicho sza... śpijcie...
Wszystko ucichło.
Wszyscy spali.
Było około pierwszej w nocy. Tej właśnie nocy Mawra, młoda i piękna żona
wójta Radu, miała opuścić jego namiot ze swoim białym synem. I zejść
atamanowi z drogi na wieki.
Radu i Cyganie spali jak zabici. Ale nie wszyscy. Dwóch z nich opuściło
legowiska z kocią zwinnością. Byli to Andronati i jego wierny druh,
muzykant cymbalista, który nigdy się ze starym nie rozstawał. Obaj
zmówili się poprzedniego dnia, że nie będą pili tyle co inni. Gdy już
wszystkich zmorzy sen, wyniosą Mawrę z namiotu razem z dzieckiem. Tak
uwolnią ją z rąk Radu i ochronią przed śmiercią lub przynajmniej przed
okaleczeniem. Wyroki cygańskiego wójta bywały nieraz przerażające.
Pobratymcy naradzili się między sobą i zdecydowali, że nikogo nie
wtajemniczą w swoje zamiary. Nie upłyną cztery dni, a sami wyprowadzą
Mawrę z namiotu i uratują ją przed złem, a może i przed śmiercią. A gdy
już się znajdzie poza taborem, będzie bezpieczna - tak sądzili. Mawra
była mądra i chytra, na pewno da sobie radę w życiu. I kiedyś znowu się
spotkają. A jej dziecko miał podrzucić Andronati jakiemuś bezdzietnemu
bogaczowi... Może gdzieś tam, w jednej ze wsi za górą Czabanicą, i wszystko będzie dobrze. Lepsze to, niż miałaby zginąć lub na zawsze
pozostać kaleką. Przeklinając swoich wrogów, Radu miał w zwyczaju życzyć
im kalectwa, a tego właśnie obawiał się stary muzykant.
I gdy wszyscy wreszcie posnęli kamiennym snem na skutek szczodrego
częstowania się trunkiem zmieszanym z zielem usypiającym, które
Andronati zbierał w górach przez dwa dni, obaj towarzysze wynieśli z namiotu Mawrę i jej dziecko.
Mawra, młoda i piękna, jedyne dziecko skrzypka Andronatiego, nie mogła
zginąć jak jakieś zwierzę. Ona musiała żyć. Żyć jak najdłużej wśród
dobrych ludzi, jak najdalej stąd. Świat jest długi i szeroki, Bóg karmi
wszystkich, nakarmi i ją. Gdyby została przy Radu, mściłby się na niej
przez całe życie, jak tylko by wydobrzała. Złą naturę przejął po swym
sławnym ojcu, wójcie Cyganów z Siedmiogrodu. Radu był złośliwy, mściwy
jak śmierć, mimo że piękny jak księżyc i ponad swój wiek mądry.
Mawra spała jak zabita, tak samo upojona zielem. Kiedy ojciec i cymbalista wynieśli ją z namiotu, niczego nie poczuła. I tylko księżyc i gwiazdy były świadkami tego, co się działo, nikt więcej.
Andronati szczękał zębami z przejęcia, gdy wraz z druhem wynosił swoje
dziecko z taboru. Uginał się pod brzemieniem smutku i żalu. Lepiej
jednak będzie, gdy zostawi ją na łasce obcych, niż zobaczy martwą lub
okaleczoną na wieki. A tak jeszcze się kiedyś w życiu spotkają,
wcześniej czy później ją odnajdzie. Tylko żeby nie została kaleką... To
byłoby gorsze od śmierci.
Szli u podnóża Czabanicy wzdłuż rozhukanej rzeki, która pieniła się i miotała w swoim łożysku, w dzikim pędzie rozbijając się o olbrzymie
głazy.
Zostawili za sobą cygańskie namioty. Zamierzali odejść jak najdalej od
obozu. Wreszcie znaleźli odpowiednie miejsce, opodal jakiejś wsi, ale
uczęszczane przez ludzi, tego byli pewni. Niedaleko stał młyn. Należał
on do bogaczki Iwanychy Dubychy, która niedawno owdowiała.
Wędrowcy ułożyli Mawrę pod wysokim, rozłożystym świerkiem, w pewnym
oddaleniu od wsi, ale blisko młyna. Tam też ją zostawili.
Świerk dla Cyganów był drzewem świętym. Chronił przed śmiercią, był ich
przyjacielem. Na razie miał stanowić jedyną ochronę nieszczęśnicy. Może
nie będzie musiała długo czekać, aż zlituje się nad nią jakaś dobra
dusza. Obok śpiącej dziewczyny położyli tobołek z jej rzeczami i czerwońcami, które cymbalista pozbierał z ziemi dla córki swego wiernego
starego druha.
A potem mieli wyruszyć w drogę powrotną.
Cymbalista pospieszył do taboru. Chciał jak najprędzej tam dotrzeć i się
położyć, zanim ktoś się obudzi i zobaczy, że jego posłanie jest puste.
Nie mógł w nikim wzbudzać żadnych podejrzeń. Andronati miał dołączyć
później. Stary skrzypek podszedł jeszcze na chwilę do córki, chciał
pobyć z nią sam.
Mawra wciąż spała. Gorzkie łzy popłynęły z ojcowych oczu. Popłakał nad
córką, wypowiedział jakieś czarodziejskie zaklęcia, które miały chronić
ją przed złem w dalszym życiu, zabrał jej białego syna i odszedł. Tulił
dziecko delikatnie do siebie, mówił coś do niego, a jednocześnie
przeklinał wroga, niegodziwca, który zbałamucił młodą dziewczynę i doprowadził do takiego nieszczęścia. Życzył mu, by ten nigdy nie stanął
przed obliczem Boga, a błąkał się po świecie w ubóstwie i smutku, w głodzie i chłodzie. Żeby nigdy nie stanął przed Panem. Żeby nigdy tego
nie doczekał.
"Dokąd ja niosę tę sierotkę?" - pytał sam siebie. Jeszcze nie wiedział.
Do jakiego ojca, jakiej matki? Nie znał ich, nie widział, nie słyszał o nich, ale szedł z nadzieją w sercu. Czy nie podrzuci niemowlęcia w złą
godzinę? Dopóki żyje, będzie przeklinał niegodziwca. A jego przeklęcia
były straszne, wszyscy się ich bali. Bo się sprawdzały.
I szedł tak przed siebie.
Wspinał się pod górę wąską ścieżyną, która zaczynała się niedaleko młyna
Iwanychy Dubychy, omijała Czabanicę z prawej strony i biegła daleko w las. Po drugiej stronie leżał głęboki wąwóz, a na jego dnie pędził
rozhukany potok.
Ludzie we wsi nazywali tę ścieżkę "białą". Na przemian to pięła się w górę, to zbiegała w dół, naśladując rzeźbę góry Czabanicy, wciąż po jej
prawym stoku. Jak już powiedziano, wiodła wzdłuż głębokiego ciemnego
wąwozu. Oddzielał on Czabanicę od sąsiedniej skalistej góry ze stromym
zboczem, które porastał las.
Biała Ścieżka to prowadziła w gęstym lesie Czabanicy, to przemykała po
pięknych łąkach i polach, wszędzie tak samo biała i wąziutka.
Wreszcie się skończyła.
Gdy dobiegła kresu, położyła się, jakby chciała odpocząć, a tak naprawdę
rozpłynęła się w gościńcu. Ciągnął się skądś, przecinał wąską ścieżkę w poprzek, odcinał jej dalszą wędrówkę i ją w siebie wchłaniał, tak jak
rzeka wchłaniała niewielki potok.
Szarzało. Andronati pozostawił już za sobą dwie wsie, położone w pobliżu
Czabanicy, i docierał właśnie do trzeciej wioski, oddalonej od
pozostałych. Przycupnęła ona przy innej górze, która wznosiła się tuż na
węgierskiej granicy.
Nie szedł długo, ale się spocił.
Usiadł na skraju lasu i się rozejrzał. Słońce właśnie zapowiadało
wschód, a świerki owiewały starca rześkim zapachem żywicy. Szarość
poranku zmieniała się stopniowo w brzask jutrzenki, ale wszędzie
panowała jeszcze święta poranna cisza.
Wszystko dookoła było nadal pogrążone we śnie.
Stary Cygan z białym wnukiem na rękach wodził orlim wzrokiem, szukając
czegoś na dole, we wsi.
Nie mógł tego znaleźć i dusza mu drżała.
Daleko stąd, w lesie na zboczu góry, nieopodal wsi położonej w dolinie,
u podnóża Czabanicy, stary ojciec pozostawił swoje jedyne dziecko.
Zostawił je w miejscu, gdzie rzeka wartko niosła swoje wody i huczała w unisono z samotnym młynem nad jej nurtem. Porzucił chorą córkę jak
jakieś zwierzę, żeby swoi, Cyganie, jej nie stracili lub nie uczynili z niej kaleki. A on sam przytulał teraz jej biednego synka. Ale już
niedługo. Podrzuci zaraz małego jakiemuś obcemu bezdzietnemu bogaczowi
mieszkającemu w tej dolinie...
Tyle że szczęście mu jakoś nie dopisywało. Siwa poranna mgła niby
naumyślnie nie miała zamiaru się podnieść. Jakby nie chciała, żeby
wędrowiec mógł zobaczyć drogę, którą miał iść. Jakby nie chciała
odsłonić widoku sadyby zamożnego gospodarza. Tymczasem zaczęło się
rozwidniać, dnia przybywało.
Andronati westchnął ciężko. Oto co mu było sądzone. Dożył takiego dnia i takiej godziny! Wczorajszego wieczoru był tak bardzo rozżalony i rozgoryczony, że roztrzaskał swoje skrzypce, jak tylko zagrał córce
pożegnalną pieśń. Potem zostawił żonę i odszedł. Czy zastanie ją żywą,
gdy wróci? Któż to wie. Cygana rozumiał tylko Cygan, wiedział, co w nim
kipiało, co się działo w głębi jego duszy. Takie było to cygańskie
życie. Dzisiaj tu, jutro tam, a pojutrze może i martwy. Nagle
przypomniał sobie dawne dzieje, prawie tysiącletnią legendę o przyczynach ich odwiecznej wędrówki i biedy. Kiedy przebywali jeszcze w Egipcie, nie udzielili gościny Marii z dzieciątkiem bożym i Józefowi, by
ci, zdrożeni, mogli odpocząć. Dlatego za karę plemię cygańskie
poniewierało się i tułało po świecie już od wieków. "I czy ta kara boska
będzie miała kiedyś swój kres? Czy kiedyś za to odpokutują? - pytał sam
siebie Andronati. Uśmiechnął się gorzko. Czuł się jak we śnie. - Póki
plemię cygańskie będzie istniało, najpewniej nie".
A teraz to... Jego córka i niewinne białe dziecko, jego wnuk... Czyż nie
była to kara, pokuta za dawne winy?
"Panie Boże, zmiłuj się nad grzesznym ludem twoim, on kaja się za swoje
winy. W ubóstwie i pokorze, w głodzie i chłodzie kaja się w skrusze" -
wyszeptał te słowa i nadal czekał.
Mgła wciąż wisiała nad wsią, nijak nie mogła się podnieść. Czy ta mgła
umyślnie powstrzymywała Cygana, by pozostawił tutaj wnuka? Czy była to
zapowiedź, że małego czeka zagmatwany los?
Słońce było tuż-tuż, zaraz miało wzejść, rozjarzyć się, tuż-tuż... A mgła
nie ustępowała.
Raptem! Co to?
Z góry oddzielonej od niego tylko niewielką doliną odezwał się głos
trombity.
O tak wczesnej porze?
Tak. To był naprawdę dźwięk góralskiej trombity, która zwiastowała coś
smutno i przeciągle, wyraźnie się żaliła. Ten dźwięk sprawił, że Cygana
zaczęło ogarniać przygnębienie. Wokół panowała cisza, żadne drzewko nie
poruszało gałęziami, a odgłos trombity płynął ponad wierchami. Andronati
poczuł się bardzo samotny.
Nie zdołał się powstrzymać i zapłakał przy tym smętnym brzmieniu. Złą
nowinę zwiastowało echo trombity o poranku. Andronati spojrzał na
słońce. Już wychylało się zza góry, jaskrawiło się krwistą czerwienią.
Piękne, oślepiające. Mgła w dolinie rzedła. Stary Cygan wstał i skierował się ścieżką w dolinę. Za chwilę ścieżyna znowu pobiegła do
góry. Tam, niewysoko na zboczu, położone było wspaniałe zadbane
obejście, którego wygląd świadczył o zamożności i dobrobycie
właścicieli. Wszędzie na zboczu, tak samo jak w lesie, panował jeszcze
sen. Tedy Cygan zbliżył się bezszelestnie do chaty i ostrożnie położył
na przyzbie swojego białego wnuka. Chłopczyk wciąż smacznie spał.
Starzec obejrzał się za siebie.
"Czy nie w złą godzinę zostawiłem chłopca? Któż to wie. Panie Boże,
spraw, by w dobrą... A czy ktoś mi zdradzi, jaki los czeka to dziecko?"
Gubił się w myślach, lecz odpowiedzi nie otrzymał. Wokół panowała tylko
cisza. Ani szelestu, ani ruchu, ani szmeru. Jak powiedziano, słychać
było tylko oddech snu poranka. Ranne mgły podnosiły się delikatnie,
zasłaniając wszystko przed wzrokiem wędrowca.
Gdy szedł już z powrotem, spotkał na ścieżce jakiegoś pasterza. Od razu
go zatrzymał i spytał:
- Dlaczego jeszcze przed wschodem słońca w górach odezwała się trombita?
Ale nie tak zwyczajnie, ona szlochała.
- Może jakiś bogacz zmarł. Jeśli by biedak, to taki nie ma owiec ani
połonin, to i trombity nie będą go żałowały - odpowiedział krótko
pasterz i zaczął chyżo zbiegać z góry. Zdążył już się trochę oddalić,
gdy Andronati go powstrzymał:
- He-ej!
Pasterz przystanął niechętnie.
- Czego chcecie?
- Czyje to obejście, o tam, niewysoko, na zboczu tej góry? - zapytał
Cygan. - Koło chaty stoją stogi siana. - Wskazał na gospodarstwo, gdzie
zostawił wnuka.
- To siedlisko pierwszego bogacza w naszej wsi. Nie znacie go?
- Nie. Nie jestem stąd.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki