1
Na teren siedziby Scotland Yardu wjechał samochód eskorty królewskiej,
tuż za nim zielony jaguar i nieoznakowany land rover, a na końcu kolumny
dwa policyjne motocykle. Wszystkie pojazdy zatrzymały się przed
budynkiem o jedenastej trzydzieści, akurat w momencie, gdy z wieży
zegarowej Big Ben rozbrzmiewał głos dzwonu.
Agent ochrony zerwał się z przedniego fotela dla pasażera i otworzył
tylne drzwi jaguara. Wtedy z szeregu oczekujących na dziedzińcu wystąpił
komisarz policji metropolitalnej, sir Peter Imbert, skłonił się i powiedział:
- Witamy Waszą Królewską Wysokość w Scotland Yardzie.
Jego powitalne słowa zostały przyjęte dobrze wszystkim znanym ciepłym,
nieśmiałym uśmiechem.
- Dziękuję, sir. Cieszę się, że przystał pan na moją niecodzienną prośbę
- wyraziła zadowolenie księżna, gdy wymieniali uścisk dłoni.
- Cała przyjemność po mojej stronie, ma'am. - Sir Peter lekko zwrócił
się w stronę starszych oficerów z grupy powitalnej. - Pozwolę sobie
przedstawić zastępcę komisarza...
Księżna ściskała dłoń każdemu funkcjonariuszowi, aż dotarła do końca
szeregu. Tam został jej zaprezentowany szef zespołów dochodzeniowych
Wydziału Zabójstw w Met.
- Komendant Hawksby jest u nas głównym specjalistą od morderstw -
wyjaśnił komisarz. - A dziś rano w roli przewodnika wystąpi starszy
inspektor William Warwick - dodał.
Wtem do przodu wystąpiła dziewczynka. Dygnęła i wręczyła księżnej
bukiecik różowych róż, za co została obdarzona najszerszym uśmiechem na
świecie.
Księżna pochyliła się, podziękowała i zapytała:
- Jak masz na imię?
- Artemisia - wyszeptała dziewczynka, patrząc w ziemię.
- Bardzo ładne imię! - pochwaliła księżna.
Już miała iść dalej, ale Artemisia spojrzała wprost na nią.
- Dlaczego nie nosisz korony? - zapytała.
William oblał się jaskrawoczerwonym rumieńcem, a jego zastępca,
inspektor Ross Hogan, ledwie zdołał powstrzymać śmiech. Zawstydzona
Artemisia się rozpłakała. Księżna pochyliła się ponownie i objęła małą.
- Bo nie jestem królową, Artemisio, tylko księżną.
- Ale kiedyś będziesz królową.
- I wtedy będę nosiła koronę.
Usatysfakcjonowana Artemisia się uśmiechnęła, a jej ojciec podążył za
królewskim gościem do budynku Met.
Drzwi otworzył im młody kadet. Księżna się zatrzymała i zamieniła z nim
kilka słów, po czym William poprowadził ją do czekającej już windy.
Przed wizytą księżnej odbyła się długa narada. Rozważano, czy powinna
wejść na pierwsze piętro po schodach czy raczej wjechać windą. Wybrano
windę pięcioma głosami do czterech. Równie trudno było podjąć decyzję,
kto powinien towarzyszyć księżnej w windzie. Ostatecznie ustalono, że
będą to: komisarz, komendant Hawksby i William. Postanowiono też, że
dama do towarzystwa księżnej pojedzie drugą windą wraz z inspektorem
Rossem Hoganem i detektyw sierżant Roycroft.
William przygotował szczegółowy plan wizyty Jej Królewskiej Wysokości,
ale pierwsze pytanie księżnej zbiło go z tropu.
- Czy Artemisia jest pana córką?
- Tak, ma'am - potwierdził, mając w pamięci instrukcje Jastrzębia
dotyczące sposobu zwracania się do księżnej i prawidłowej wymowy jej
tytułu, który ma się rymować ze słowem "spam". - Skąd takie
przypuszczenie? - zapytał, na chwilę zapominając, że nie zwraca się do
podkomendnego.
- Gdyby tak nie było, nie zarumieniłbyś się - usłyszał w odpowiedzi, gdy
znaleźli się w windzie.
- Uprzedziłem ją, ma'am, żeby z tobą nie rozmawiała - tłumaczył się
William. - A tym bardziej nie zadawała pytań.
- Ale cię nie posłuchała, a ja mam przeczucie, że to właśnie ona okaże
się najciekawszą osobą z dzisiaj poznanych - szepnęła Diana, gdy drzwi
windy się zamknęły. - Skąd się wziął pomysł na imię Artemisia?
- Otrzymała je po Artemisii Gentileschi, wielkiej włoskiej malarce
baroku.
- Czyli z powodu pańskiego zainteresowania sztuką?
- Tak, wielkiego zamiłowania, ma'am. Ale imię wybrała dla niej moja
żona, Beth, która jest kuratorem sztuki w muzeum Fitzmolean.
- W takim razie będę miała okazję jeszcze spotkać się z Artemisią, bo
jeśli dobrze pamiętam, w przyszłym roku otwieram w Fitzmolean wystawę
dzieł Fransa Halsa. Koniecznie muszę na tę okazję włożyć przynajmniej
diadem, jeśli nie mam znowu usłyszeć wymówki - dodała, gdy drzwi windy
otworzyły się na pierwszym piętrze.
- Muzeum Zabójstw, ma'am - zaczął William, powracając do swego planu. -
Bardziej znane jako Czarne Muzeum. Powstało dzięki inspektorowi
Neame'owi, który był jego pomysłodawcą. W tysiąc osiemset
sześćdziesiątym dziewiątym roku uznał, że takie muzeum byłoby pomocne w prowadzeniu dochodzeń, a nawet w zapobieganiu przestępstwom, ponieważ
policjanci mieliby możliwość analizowania dobrze znanych przypadków. W tworzeniu zbiorów pomagał mu konstabl Randall. Zgromadził on materiały o wielokrotnych przestępcach i miejscach zbrodni, które następnie znalazły
się w tej galerii łotrów jako pierwsze eksponaty. Muzeum otwarto pięć
lat później, w kwietniu tysiąc osiemset siedemdziesiątego czwartego
roku, ale do tej pory nie zostało udostępnione do zwiedzania.
William mimochodem spojrzał za siebie i zobaczył Rossa Hogana
rozmawiającego z damą do towarzystwa księżnej. Swego królewskiego gościa
prowadził długim korytarzem do pokoju 101. Tam przed księżną otworzyły
się kolejne drzwi. Był ciekaw, czy Jej Królewska Wysokość kiedykolwiek
sama otworzyła sobie drzwi, ale szybko tę myśl porzucił i skupił się na
planie zwiedzania.
- Mam nadzieję, ma'am, że eksponaty, które zobaczysz w tym muzeum, nie
zrobią na tobie nazbyt wstrząsającego wrażenia. Podobno niejeden
zwiedzający, który znalazł się tu przypadkiem, był bliski omdlenia -
powiedział.
Weszli do sali pogrążonej w półmroku, gdzie jeszcze bardziej powiało
grozą.
- Trudno mi sobie wyobrazić coś gorszego od czterech dni w Ascot. Tam
mam ochotę mdleć raz po raz - skomentowała księżna.
William chciał się roześmiać, ale się opanował.
- Znajdujące się tu eksponaty - zaczął, podchodząc do dużej przeszklonej
gabloty - to najwcześniejsze pamiątki po przestępcach zebrane przez
Neame'a i Randalla.
Księżna uważnie przyglądała się narzędziom zbrodni użytym przez
siedemnastowiecznych przestępców. Były wśród nich: laska, która po
przekręceniu gałki zmieniała się w miecz, rozmaite noże, ciężkie
drewniane pałki i kastety. William, nie zwlekając zbyt długo, przeszedł
do następnej gabloty z kolekcją przedmiotów pozostałych po Kubie
Rozpruwaczu. Na przykład jego własnoręczny list z drwinami z policji i zapewnieniem, że nigdy go złapią, który wysłał do londyńskiej Centralnej
Agencji Prasowej w tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku, czyli w czasie największego nasilenia zabójstw, których się dopuścił. William
zwrócił uwagę, że wtedy w Met jeszcze nie korzystano z daktyloskopii do
identyfikacji osób na podstawie śladów linii papilarnych i ponad sto lat
przed zastosowaniem badania DNA w kryminalistyce.
- Na razie trzymam się na nogach - zażartowała księżna, gdy mijali
następną gablotę, tym razem z zabytkową lornetką. - Co jest w niej
takiego specjalnego? - zapytała.
- Że nie wykonano jej z myślą o wyścigach w Ascot, ma'am - wyjaśnił
William. - Była prezentem szczególnie nieprzyjemnego typa dla jego
narzeczonej. Tę lornetkę otrzymała od niego kilka dni po zerwaniu z nim
zaręczyn. Podniosła ją i próbowała ustawić ostrość, a wtedy z lornetki
wystrzeliły jej prosto w oczy dwa gwoździe. Oczywiście straciła wzrok.
Na rozprawie na pytanie prokuratora, dlaczego postąpił tak okrutnie,
oskarżony odparł sucho: "Żeby nigdy więcej nie spojrzała na żadnego
mężczyznę".
Diana zasłoniła dłońmi oczy. William szybko ruszył dalej.
- Ten eksponat, ma'am, jest szczególnie fascynujący - kontynuował,
wskazując niepozorną metalową kasetkę. - Dostarczyła istotnej wskazówki
w pierwszej sprawie prowadzonej przez Met, w której jako dowód
wykorzystano odciski palców. W tysiąc dziewięćset piątym roku bracia
Alfred i Albert Stratton zostali aresztowani pod zarzutem zabójstwa
właściciela sklepu Thomasa Farrowa i jego żony Ann. Zbrodnia uszłaby im
na sucho, gdyby Alfred nie zostawił odcisku kciuka na pustej kasetce.
Obaj zostali uznani za winnych i straceni przez powieszenie.
Przeszli do następnej gabloty, przy której księżna przelotnie zerknęła
na znajdującą się wewnątrz fotografię, po czym zwróciła się do Williama:
- Proszę mi o niej opowiedzieć.
- Osiemnastego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego roku
John Haigh pozbawił życia Olive Durand-Deacon, zamożną wdowę, która
odwiedzała go w warsztacie mechanicznym w Crawley. Haigh ograbił ją ze
wszystkiego, co miała przy sobie, i rozpuścił jej ciało w beczce z kwasem siarkowym, przekonany, że jeśli policja nie zdoła odnaleźć zwłok,
nie będzie można go oskarżyć o morderstwo. Nie przyszło mu jednak do
głowy, że zgubna okaże się ekspertyza doktora Keitha Simpsona, patologa,
który odkrył trzy kamienie żółciowe i kilka sztucznych zębów ofiary w stosie gruzu na tyłach warsztatu. Jego właściciela aresztowano, skazano
i powieszono.
- Widzę, że lubi pan, starszy inspektorze, wybrać się z dziewczyną na
pierwszą randkę w romantyczne miejsce - napomknęła żartem księżna, a William po raz pierwszy od początku jej wizyty odprężył się i roześmiał.
- Kolejny eksponat, jeden z pierwszych w tym muzeum - kontynuował, gdy
zatrzymali się przed następną gablotą - wiąże się ze zbrodnią dokonaną
przez doktora Hawleya Harveya Crippena, amerykańskiego homeopatę.
Zamordował on własną żonę Corę w Londynie przed ucieczką do Brukseli w towarzystwie swojej kochanki, Ethel Le Neve. Stamtąd oboje udali się do
Antwerpii, gdzie Crippen kupił dwa bilety na parowiec Montrose płynący
do Kanady. On i Ethel weszli na pokład w przebraniu, udając ojca i syna.
Ale zanim statek wyruszył w morze, kapitan, któremu pokazano list gończy
z wizerunkiem pary, nabrał podejrzeń, gdy zobaczył Crippena i Le Neve
całujących się i trzymających za ręce. Natychmiast wysłał telegram do
Scotland Yardu. Prowadzący sprawę starszy inspektor Walter Dew
niezwłocznie udał się do Liverpoolu i stamtąd na pokładzie znacznie
szybszego statku Laurentic dotarł do Montrealu wcześniej niż
Montrose. Dew w mundurze pilota wszedł na pokład parowca, który
wpływał na Rzekę Świętego Wawrzyńca, aresztował Crippena wraz z Ethel i sprowadził ich z powrotem do Anglii, gdzie stanęli przed sądem. Ławie
przysięgłych wystarczyło zaledwie trzydzieści minut, żeby uznać Crippena
za winnego zbrodni.
- Czyli on też trafił na szubienicę - podsumowała pogodnie księżna. - A co z Ethel?
- Została uniewinniona z zarzutu współudziału. Ława przysięgłych
potrzebowała jednak znacznie więcej czasu na podjęcie tej decyzji.
- Ciekawe, jak często kobietom występki uchodzą na sucho - zastanawiała
się księżna po drodze do następnej sali, która nie wyglądała ani trochę
bardziej zachęcająco od poprzedniej.
- Przedstawię teraz, ma'am, kilku znanych gangsterów z East Endu -
zapowiedział William. - Zacznę od najsławniejszych, czyli braci Krayów,
Reggiego i Ronniego.
- Nawet ja o nich słyszałam - przyznała księżna, stojąc przed
czarno-białymi zdjęciami osławionych bliźniaków.
- Mimo że przez lata wielokrotnie popełniali okrutne przestępstwa, także
morderstwa, nie sposób było postawić im zarzutów, nie mówiąc już o ich
skazaniu, ponieważ nikt nie chciał wystąpić i zeznawać przeciwko nim ze
strachu przed konsekwencjami.
- W takim razie jak ostatecznie zostali złapani?
- Policji w końcu udało się ich aresztować w tysiąc dziewięćset
sześćdziesiątym siódmym roku, gdy Reggie zamordował ich wspólnika, Jacka
"The Hat" McVitiego. Obaj Krayowie zostali skazani na dożywocie.
- A osoba, która złożyła zeznanie? - zapytała księżna.
- Nie świętowała swoich następnych urodzin, ma'am.
- Wciąż trzymam się na nogach, starszy inspektorze - przekomarzała się z Williamem księżna, gdy przechodzili do następnej sali, w której
znajdowała się wystawa jutowych lin różnej długości i grubości.
- Aż do dziewiętnastego wieku w Tyburn zbierały się rzesze ludzi, którzy
chcieli być świadkami publicznych egzekucji - opowiadał idący z tyłu
komisarz. - Tej barbarzyńskiej rozrywki zaniechano w tysiąc osiemset
sześćdziesiątym ósmym roku i od tamtego czasu przeprowadzano je za
murami więzień bez publiczności.
- Czy jako młody funkcjonariusz był pan kiedyś świadkiem takiego
zdarzenia? - księżna zapytała sir Petera.
- Na szczęście tylko raz, ma'am.
- Proszę mi przypomnieć, starszy inspektorze - księżna zwróciła się do
Williama - kim była ostatnia kobieta stracona na szubienicy?
- Uprzedziłaś mnie, ma'am - powiedział William, przechodząc do następnej
gabloty. - Była to Ruth Ellis, hostessa w klubie nocnym. Została
powieszona trzynastego lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego
roku. Zastrzeliła swojego kochanka z rewolweru Smith and Wesson kaliber
trzydzieści osiem. Można go obejrzeć tutaj.
- A ostatni mężczyzna? - dociekała księżna, przyglądając się broni.
William łamał sobie głowę, ponieważ na takie pytanie nie był
przygotowany. Spojrzał na komisarza, ale i on nie odpowiedział.
Z niezręcznej sytuacji wybawił ich kurator muzeum, który podszedł
bliżej.
- Gwynne Evans i Peter Allen, ma'am - wyjaśnił. - Obaj zostali
powieszeni trzynastego sierpnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego
czwartego roku za zabójstwo Johna Alana Westa. W następnym roku do
parlamentu został wniesiony projekt poselski ustawy o zawieszeniu kary
śmierci za morderstwo, którą ostatecznie przyjęto. Ale dodam, ma'am, że
utrzymano karę śmierci przez powieszenie za zdradę stanu lub piractwo z użyciem przemocy.
- Myślę, że w moim wypadku zdrada jest bardziej prawdopodobna -
skwitowała księżna, rozbawiając wszystkich tym żartem.
William poprowadził gościa do ostatniej sali na trasie zwiedzania, w której pokazał księżnej rząd butelek z różnymi truciznami. Wyjaśnił, że
do trucicielstwa najchętniej uciekały się kobiety, a ofiarami
najczęściej stawali się ich mężowie. Pożałował tych słów w tej samej
chwili, w której je wypowiadał.
- I tak dobiegła końca nasza wycieczka. Mam nadzieję, ma'am, że była... -
Zawahał się i słowo "przyjemna", które pierwsze miał na myśli, zastąpił
słowem "interesująca".
- Fascynująca, starszy inspektorze, byłoby lepszym określeniem minionej
godziny - odpowiedziała księżna, gdy towarzyszył jej do wyjścia z muzeum.
Szli długim korytarzem w stronę windy, mijając toaletę, która została
specjalnie przeznaczona dla królewskiego gościa. Przy drzwiach czekały
dwie młode policjantki, ale ich asysta nie była potrzebna. Ku ich
rozczarowaniu. Księżna to wyczuła i przystanęła na krótką rozmowę, zanim
ruszyła dalej.
- Będę z niecierpliwością czekać na następne spotkanie z panem, starszy
inspektorze, i mam nadzieję poznać pańską żonę przy okazji otwarcia
wystawy obrazów Fransa Halsa - powiedziała, wsiadając do windy. -
Zapewne będzie to weselsze wydarzenie.
William zdobył się na uśmiech.
Gdy drzwi windy na parterze się otworzyły, komisarz ponownie przejął
przewodnictwo i odprowadził królewskiego gościa do samochodu, gdzie przy
otwartych tylnych drzwiach czekał agent ochrony osobistej księżnej.
Zatrzymała się i pomachała do ludzi, którzy zebrali się po drugiej
stronie ulicy.
- Nie zwlekałeś długo z pogawędką z jej damą do towarzystwa - zauważył
William, gdy zjawił się inspektor Hogan.
- Czuję, że mam u niej pewne szanse - odparł Ross, nie dając się zbić z tropu.
- Rzekłbym, że próbujesz mierzyć zbyt wysoko - odparował William.
- Nigdy się tym nie przejmowałeś - odwzajemnił się Ross z uśmiechem.
- Punkt dla ciebie! - William lekko się skłonił przed przyjacielem.
- Lady Victoria powiedziała mi, że obecny agent ochrony osobistej
księżnej pod koniec roku odchodzi na emeryturę i jeszcze nie znaleźli
zastępcy. Mam nadzieję, że wstawisz się za mną dobrym słowem.
- Jakie słowo miałeś na myśli? - zapytał William. - Niewiarygodny?
Podejrzanej reputacji? Roztrzepany?
- Myślę, że ona właśnie kogoś takiego szuka - oznajmił Ross, gdy dama do
towarzystwa wsiadła do samochodu przed księżną.
- Pomyślę o tym - mruknął William.
- Tylko na tyle możesz się zdobyć po tym wszystkim, co przez te lata dla
ciebie zrobiłem?
William starał się nie roześmiać, gdy pomyślał o finale ich ostatniej
eskapady. Obaj niedawno wrócili z Hiszpanii z podróży tropem Milesa
Faulknera. Wreszcie dogonili swego dawnego wroga, którego odnaleźli w Barcelonie, i doprowadzili z powrotem do więzienia Belmarsh - tego
samego, z którego uciekł rok wcześniej. William i Ross czuli się
triumfatorami, ale też zdawali sobie sprawę z nieuchronnych
konsekwencji, z jakimi będą się musieli zmierzyć "po złamaniu wszystkich
obowiązujących zasad" - takimi słowami komendant podsumował ich wyczyn.
William przypomniał swemu szefowi, że Miles Faulkner nie uznaje żadnych
zasad, a gdyby oni nie złamali absurdalnych przepisów regulaminowych, to
z pewnością znowu wymknąłby im się z rąk.
"Zło nigdy nie usprawiedliwia zła", przypomniał im dowódca.
William się zastanawiał, jak długo zdołają utrzymać Faulknera w zamknięciu, skoro jego skorumpowany prawnik tylko czeka na okazję, żeby
te same zasady nagiąć na tyle, na ile się da, i zagwarantować swemu
"szacownemu klientowi" oczyszczenie z wszystkich zarzutów i zwolnienie z więzienia bez uszczerbku na reputacji. Było również wiadomo, że radca
królewski Booth Watson zaspokoi swoje ambicje dopiero wtedy, gdy William
i Ross staną przed komisją dyscyplinarną i w upokarzającej atmosferze
zostaną zwolnieni ze służby za niedopuszczalne zachowanie podczas
pełnienia obowiązków. William ostrzegł już żonę, że przez kilka
najbliższych miesięcy nie będzie łatwo.
- Żadna nowość - skomentowała Beth i dodała, że będzie zadowolona
dopiero wtedy, gdy Booth Watson wraz z tym swoim "szacownym klientem"
znajdą się za kratkami, czyli tam, gdzie jest ich miejsce.
William powrócił do teraźniejszości, gdy Jej Królewska Wysokość znalazła
się w samochodzie na tylnym siedzeniu, a funkcjonariusz z eskorty
podkręcił obroty silnika i wyprowadził królewską kolumnę ze Scotland
Yardu na Victoria Street.
Księżna pomachała im wszystkim z samochodu, a oni odpowiedzieli tym
samym, oprócz Rossa, który wciąż uśmiechał się do lady Victorii.
- Wiesz, Ross, twój problem polega na tym, że przyrodzenie masz większe
od mózgu - zakpił William, gdy kolumna powoli oddalała się od siedziby
Nowego Scotland Yardu.
- Ale dzięki temu mam o wiele ciekawsze życie - odciął się Ross.
Gdy konwój księżnej zniknął z pola widzenia, podeszli do nich komisarz i Jastrząb.
- Mieliście dobry pomysł - pochwalił ich sir Peter - żeby zamiast nas,
starych pierników, naszych gości oprowadzali po muzeum dwaj młodzi
oficerowie. Zwłaszcza że jeden z nich najwyraźniej wzorowo wywiązał się
ze swego zadania.
- Dziękuję, sir - powiedział Ross, czym wywołał krzywy uśmiech
komendanta.
- Uważam, że Warwick zasłużył sobie na wolne popołudnie - zasugerował
sir Peter i oddalił się do swego gabinetu.
- Płonne nadzieje - mruknął Jastrząb, gdy komisarz znalazł się poza
zasięgiem głosu. - A was obu chcę widzieć u siebie wraz z resztą
zespołu. I to jak najszybciej... a najszybciej znaczy w tej chwili.
2
Komendant zajął miejsce u szczytu stołu, dołączając do swojej ekipy,
której kompletowanie zajęło mu pięć lat, a teraz uznawano ją za jedną z najlepszych w Scotland Yardzie. Ale mógł na nią spaść dotkliwy cios w związku z akcją złapania Milesa Faulknera w Hiszpanii po jego ucieczce z więzienia i sprowadzenia go wreszcie z powrotem do Anglii, by stanął
przed sądem.
Jastrząb mógł się tylko zastanawiać, ilu członków jego zespołu otrzyma
wezwanie do złożenia zeznań w tej konkretnej sprawie. William i Ross
prawdopodobnie będą się musieli poddać przesłuchaniu krzyżowemu przez
bezkompromisowego adwokata Faulknera. Booth Watson, dla którego
wszystkie chwyty są dozwolone, bez wahania poinformuje sędziów
przysięgłych, że dwaj najbardziej doświadczeni oficerowie z Met pojmali
z naruszeniem prawa jego klienta, który udał się w podróż do Barcelony.
Wprawdzie Jastrząb wciąż miał asa w rękawie - wiedział bowiem o Watsonie
coś, co wybitny radca królewski wolałby zachować w tajemnicy przed Radą
Adwokacką - ale mimo to w tej sprawie rozegra się zacięta walka.
Jastrząb traktował oficerów siedzących z nim przy stole raczej jak
członków rodziny niż współpracowników, ale nic w tym dziwnego, bo
przecież nie miał własnych dzieci. Jak w każdej rodzinie, tak i w ich
zespole pojawiały się problemy i różnice zdań, toteż zastanawiał się,
jak zareagują na to, co zamierzał im powiedzieć.
William Warwick był najprawdopodobniej najmłodszym starszym inspektorem
w historii Met, ale nikt już go nie nazywał Chórzystą, może oprócz
inspektora Rossa Hogana, który siedział naprzeciw niego. Ross był
niewątpliwie czarną owcą w ich rodzinie, indywidualistą, którego
bardziej interesowało zamykanie przestępców niż wypełnianie tasiemcowych
formularzy. Często wychodził obronną ręką ze starć z przełożonymi tylko
dlatego, że Jastrząb uważał go za najlepszego tajnego agenta, z jakim
dotychczas pracował.
Po prawej stronie Hogana siedziała detektyw sierżant Roycroft, jedna z wielu byłych kochanek Rossa, która uchodziła za najodważniejszą
policjantkę wśród zebranych przy stole. Jackie jako młoda policjantka w stopniu konstabla, świeżo upieczona absolwentka Hendon, kiedyś zmierzyła
się z algierskim handlarzem bronią, który miał metr dziewięćdziesiąt
pięć wzrostu. Powaliła go na ziemię i zakuła w kajdanki, zanim pojawił
się drugi funkcjonariusz. Ale chyba wśród swoich kolegów bardziej
zasłynęła z tego, że znokautowała inspektora, który podczas służby
położył jej rękę na udzie. Nikt nie stanął w jej obronie, gdy zgłosiła
skargę, ponieważ inspektor, o którym mowa, był jedynym świadkiem. Po tym
zdarzeniu jej kariera nagle utknęła w miejscu, do czasu aż komendant
dostrzegł jej potencjał i zaprosił ją do swego zespołu.
Naprzeciwko niej zajął miejsce detektyw sierżant Adaja. Bystry, zaradny
i ambitny z godnością i wdziękiem radził sobie z wszelkimi uprzedzeniami
rasowymi w policji i poza nią. Jastrząb nie wątpił, że Paul będzie
pierwszym ciemnoskórym policjantem, który otrzyma awans na komendanta, i bawiło go, że Paul również był tego pewien.
I wreszcie detektyw sierżant Pankhurst, najmłodsza członkini zespołu,
która nigdy nie wspomniała o nauce w szkole publicznej ani świadectwie z wyróżnieniem pierwszej klasy, a już na pewno nie o tym, że jedna z jej
najsłynniejszych antenatek więcej niż raz siedziała w więzieniu. Wiele
wskazywało na to, że Rebecca jest najbystrzejsza w gronie siedzących
przy stole, a komendant już zdecydował, że niebawem ją awansuje, chociaż
jeszcze jej o tym nie powiedział.
Kłopot z dowodzeniem tak błyskotliwymi i energicznymi podwładnymi
polegał na tym, że trzeba było wstawać wcześnie - bardzo wcześnie -
rano, żeby mieć szansę wyprzedzić ich o kilka kroków. Ale tym razem
komendant wiedział, że będzie w gotowości, nim zadzwonią ich budziki.
- Zacznę od złożenia wam gratulacji za zaangażowanie w akcje ścigania
bezwzględnych zabójców, które zlecał nam zastępca komisarza. Ale te
sprawy należą już do przeszłości a my musimy patrzeć przed siebie.
Podniósł wzrok i stwierdził, że wszyscy słuchają go w skupieniu.
- Komisarz z tylko sobie znanych powodów postanowił odebrać nam
prowadzenie spraw o morderstwo i postawić przed nami większe wyzwanie. -
Zawiesił głos, ale tylko na chwilę. - W przekonaniu komisarza w Wydziale
Ochrony Członków Rodziny Królewskiej... - znów przerwał i czekał, aż
wybrzmią jego słowa - ...panuje samowola. Szefowi tej służby, niejakiemu
nadinspektorowi Brianowi Milnerowi, wydaje się, że jest nietykalny, że
odpowiada wyłącznie przed rodziną królewską i że w związku z tym jego
wydział przestał być częścią Metropolitalnej Służby Policyjnej. Niebawem
wyprowadzimy ich z błędu. Od pewnego czasu Milner nie przeprowadza
rozmów kwalifikacyjnych z kandydatami z zewnątrz, gdy któryś z jego
oficerów odchodzi ze służby albo na emeryturę. W ten sposób nie traci
kontroli nad jednostką, co samo w sobie stanowi problemem. Po niedawnych
atakach terrorystycznych na całym świecie otrzymaliśmy z jednostki MI6
ostrzeżenie, że następnym razem mogą być one wymierzone w kogoś z rodziny królewskiej, ponieważ jej członkowie, zdaniem policji, są na
ogół łatwym celem. Również w królową.
Nastała cisza.
- Skąd, zdaniem MI6, miałby nadejść taki atak? - zapytał Paul po długiej
chwili.
- Prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu - odpowiedział Jastrząb. - Służby
antyterrorystyczne bacznie obserwują każdą osobę przybywającą do nas z Iranu, Iraku i Libii. Wymieniam jedynie trzy najbardziej prawdopodobne
kraje pochodzenia potencjalnych przestępców. Zastępca komisarza, Harry
Holbrooke, dobitnie mi uświadomił, z czym mamy do czynienia. Wymienił
trzy organizacje terrorystyczne z jego listy objęte obserwacją i stanowiące bezpośrednie zagrożenie.
Wszyscy siedzący wokół stołu na bieżąco robili notatki.
- Holbrooke uważa, że raczej nie opuszczą swoich krajów, gdzie czują się
bezpiecznie, ale nie ma wątpliwości, że przestępcy z wszystkich trzech
rozlokowali po kilka uśpionych komórek terrorystycznych w Wielkiej
Brytanii, pozostających w gotowości do działania w każdej chwili.
Powołał już zespoły monitorujące, które mają uważnie obserwować około
tuzina najbardziej podejrzanych, ale zarazem przyznaje, że nie dysponuje
wystarczającym personelem do realizacji tego zadania, ponieważ środki są
bardzo ograniczone. Dlatego też poprosił nas o dzielenie się wszelkimi
informacjami wywiadowczymi, które zdołamy zgromadzić, nawet tymi, które
mogą się nam wydawać nieistotne.
- Zwykli gliniarze i rabusie z pewnością są już postaciami z przeszłości
- skomentował z lekkim rozżaleniem Ross.
- Owszem, odeszli w mroczną i odległą przeszłość - przyznał Jastrząb. -
Na domiar złego Holbrooke stracił zaufanie między innymi do
nadinspektora Milnera jako szefa królewskiej ochrony i chce go jak
najszybciej wymienić.
- Z jakiegoś szczególnego powodu? - zapytał Ross.
- Tak. Zadzwonił do niego na Buckingham Gate i zostawił wiadomość z prośbą o pilny kontakt, a Milner odezwał się dopiero po tygodniu.
Ponadto, gdy Holbrooke poinformował go szczegółowo o narastającym
zagrożeniu terrorystycznym, tamten go zbył jednym zdaniem: "Nie martw
się, stary, mamy wszystko pod kontrolą".
- Nasuwa mi się wobec tego pytanie, sir - odezwała się Jackie, podnosząc
wzrok znad notatnika - czy tylko z tego powodu, że zdaniem komisarza
Milner nie podoła zadaniu, nas wszystkich przydzielono do ochrony
rodziny królewskiej?
Komendant Hawksby przez pewien czas milczał.
- Nie, to nie jest jedyny powód. W rzeczywistości nawet Holbrooke nie
zna całej sprawy, ponieważ w dalszym ciągu uważam ją za wewnętrzną. -
Zamknął teczkę, którą miał przed sobą. - Przestańcie notować - dodał i wszyscy bez dalszych pytań zastosowali się do jego polecenia. - Komisarz
ma również podstawy podejrzewać, że Milner i niektórzy policjanci z jego
najbliższego kręgu są uwikłani w układy korupcyjne. I chodzi nie tylko o to, że za pensję nadinspektora wiedzie, jak się zdaje, dostatnie życie
dalszego kuzyna rodziny królewskiej. Gdyby te podejrzenia się
potwierdziły, będziemy potrzebować niepodważalnych dowodów na jego
poczynania przez ostatnie dziesięć lat, żeby w ogóle myśleć o jego
aresztowaniu. Nie tylko dlatego, co zresztą jest oczywiste, że ma on
wysoko postawionych przyjaciół i z niektórymi z nich pracuje od wielu
lat. W związku z powyższym w najbliższej przyszłości do zespołu Milnera
dołączą cztery nowe osoby, ale wśród nich nie znajdzie się Ross Hogan,
który będzie podlegał bezpośrednio mnie.
- Czy znowu będę tajnym agentem? - zapytał Ross.
- Nie - rzekł Jastrząb. - Przeciwnie, będziesz tak widoczny, że bardziej
się nie da - dodał bez wyjaśnienia.
Nikt już nie wystąpił z żadnym pytaniem ani nie przerywał szefowi, który
szczegółowo przedstawiał plan.
- Detektyw starszy inspektor Warwick dołączy do zespołu ochrony członków
rodziny królewskiej jako zastępca nadinspektora Milnera, ale dopiero
wtedy, gdy reszta z was będzie miała pełny obraz problemów, z którymi
przyjdzie się wam zmierzyć, a ich rozpoznanie może potrwać co najmniej
kilka miesięcy. Przyjmijcie do wiadomości, że Milner nie może się
dowiedzieć, co szykujemy. Czyli poza tym gabinetem nie wolno wam z nikim
rozmawiać na ten temat. Nie możemy sobie pozwolić na stworzenie mu nawet
najmniejszej okazji do zatarcia śladów, zanim się tam pojawimy. Starszy
inspektor Warwick będzie miał wolną rękę do wykluczenia tych
funkcjonariuszy, którzy wedle ich mniemania są postawieni ponad prawem,
a jednocześnie będzie się starał dowiedzieć, czy w ogóle poważnie
traktują zagrożenie terrorystyczne.
- Pierwszym problemem - komendant zwrócił się do Williama - może być sam
Milner. Jeśli w beczce gnije największe jabłko, to czego można się
spodziewać po pozostałych? Nie zapominajmy, że Milner dowodzi jednostką
od ponad dziesięciu lat i uważa, że jedyną osobą, przed którą odpowiada,
jest Jej Królewska Mość Elżbieta II. Będziesz musiał postępować
ostrożnie, jeśli zamierzasz zostać tam przez tyle czasu, ile trzeba,
żeby się dowiedzieć, jak mu to wszystko, co robi, uchodzi na sucho -
dodał Jastrząb, przekazując pałeczkę jedynej osobie przy stole, która
już została w pełni poinformowana.
- W ciągu najbliższych kilku tygodni - zabrał głos William - chcę,
żebyście dokładnie zbadali, jak poszczególni członkowie rodziny
królewskiej wykonują swoje obowiązki publiczne. Musicie przyjąć
założenie, że o niczym nie macie pojęcia. Zacząć od zera i każdego z nich traktować jak przestępcę, którego należy rozpracować.
- Czuję, że będzie zabawnie - ucieszyła się Jackie.
- Możesz zacząć od rezerwacji wycieczki po zamku Windsor w dniu
otwartym, kiedy nie ma w nim nikogo z rodziny królewskiej. Twoim celem
będzie rozpoznanie terenu i jednocześnie kontrola bezpieczeństwa. Chcę,
żebyście byli we wszystkim dobrze zorientowani, zanim pierwszego dnia
zgłosicie się na służbę w charakterze agentów ochrony członków rodziny
królewskiej.
- Jakieś przeciwwskazania, żebym się niepostrzeżenie dostał do pałacu? -
zapytał Ross.
- Nawet o tym nie myśl - przestrzegł go Jastrząb. - I tak masz
wystarczająco dużo kłopotów. Ale możesz się przypadkowo natknąć na
któregoś z niedawno emerytowanych agentów ochrony i wybrać się z nim na
ryby. Tylko się pilnuj i nie skończ jako przynęta, bo wtedy możesz być
pewien, że następnym razem telefon od nich zadzwoni na biurku Milnera i zostaniesz wykluczony ze sprawy.
- Powinniśmy się jednak liczyć z tym - kontynuował William - że gdy w końcu zgłosimy się tam gotowi do służby, spotkamy się z lekceważeniem,
upokorzeniami, a nawet kpinami ze strony funkcjonariuszy, którzy teraz
nie zdają sobie sprawy, że za kilka miesięcy może ich tam nie być. Ale
pamiętajcie! Nie wszyscy są skorumpowani i niektórzy mogą nawet
podzielać odczucia komisarza w stosunku do Milnera, chociaż moim zdaniem
nie da się ich przywrócić na właściwe tory. Spotkania naszego zespołu
będą się odbywać tutaj, w Yardzie, każdego ranka między ósmą a dziesiątą. Będziemy mogli się w tym czasie dzielić aktualnymi
informacjami i miejmy nadzieję, że się dokładnie dowiemy, z czym mamy do
czynienia, zanim się tam pojawimy. Jakieś pytania?
- Nie wspomniałeś, jaka rola mnie przypadnie w udziale - wtrącił
detektyw inspektor Hogan, udając lekko urażonego.
- Będzie zależała od tego, czy ona zaproponuje ci pracę.
- Ona? - zapytał Ross.
- Jej Królewska Wysokość księżna Walii - wyjaśnił William i odwrócił się
twarzą do starego przyjaciela. - Zaprosiła nas do siebie na herbatę do
pałacu Kensington jutro o trzeciej po południu.
Ross milczał przez chwilę. Nie mógł się zorientować, czy William sobie z niego żartuje.
- Niestety, nie dam rady - zaryzykował od niechcenia. - Na jutro po
południu mam już umówione spotkanie w pilniejszej sprawie. Muszę iść się
ostrzyc.
Pozostali członkowie ekipy czekali na reakcję Jastrzębia.
- Inspektorze, jedyne pilne spotkanie, jeśli jutro po południu nie
stawisz się na czas w pałacu Kensington, czeka cię w londyńskiej Tower,
a tam się dowiesz, że nadzór nad torturami powierzyłem starszemu
inspektorowi Warwickowi. Detektyw sierżant Roycroft będzie obsługiwać
łoże sprawiedliwości, detektyw sierżant Adaja zgniatacze kciuków, a detektyw sierżant Pankhurst otrzyma zadanie znalezienia na tyle dużego
kloca, żebyś mógł położyć na nim głowę. Nie musisz pytać, kto będzie
katem. Jeszcze jakieś nieprzemyślane pytania, inspektorze Hogan?
Tym razem zamiast śmiechu rozległo się głośniejsze niż zwykle bębnienie
w stół. Gdy ucichło, pierwszy odezwał się William.
- Od jutra zaczynamy pracować nad naszymi nowymi zadaniami, a dziś do
końca dnia macie wolne. O ósmej rano czekam na was w moim gabinecie.
Dowiecie się, jakie powierzę wam role. Do tego czasu dokładnie
przeczytajcie instrukcje. - Wręczył każdemu gruby plik dokumentów.
Paul zerknął na swoje akta.
- Szefie, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że z punktu widzenia logiki, o którą zawsze tak pan dba, nie będziemy mogli skorzystać z tego wolnego
czasu, skoro mamy się stawić jutro o ósmej rano po uważnym zapoznaniu
się z tą dokumentacją.
- Masz całkowitą rację - przyznał bez chwili wahania William. - Ale
jeśli nie stawisz się punktualnie i nie będziesz znał treści wszystkich
dokumentów, detektywie sierżancie Adajo, będziemy mieć w naszych
szeregach dwóch detektywów konstabli, a ja mogę uznać, że jest o jednego
za dużo...
- Będę na czas, sir - zapewnił Paul, biorąc ze stołu akta, zanim William
zdążył dokończyć zdanie.
- Miło mi to słyszeć - ucieszył się Jastrząb - ale na razie ty, Paul,
Jackie i Rebecca możecie nas zostawić, a ja porozmawiam ze starszym
inspektorem Warwickiem i inspektorem Hoganem.
Odezwał się, dopiero gdy zamknęły się drzwi.
- Mamy, jak obaj dobrze wiecie, jeszcze poważniejszą sprawę do
omówienia. Miles Faulkner wrócił do więzienia i wznowiono bieg jego
wyroku za oszustwo i wyłudzenie, który odsiadywał przed ucieczką, ale
pojawią się bardzo poważne pytania o to, w jaki sposób przywieźliście go
z Hiszpanii do Belmarsh. Zakładam - powiedział, pochylając się do przodu
i stawiając oba łokcie na stole - że obaj macie wiarygodne uzasadnienie
waszych pozasłużbowych działań w Hiszpanii, które Booth Watson z pewnością przedstawi ławie przysięgłych jako uprowadzenie i kradzież
oraz nie pominie informacji o rażącym pogwałceniu praw człowieka, czyli
jego klienta.
- Kradzież, sir, w sensie prawnym polega na zabraniu czegoś, czego nie
zamierza się zwrócić prawowitemu właścicielowi - wyjaśnił William. -
Rzeczywiście portret Fransa Halsa został wyniesiony z domu Faulknera w Hiszpanii, ale oświadczam, że od razu trafił do rąk prawowitego
właściciela w Anglii. Odbiór obrazu potwierdziła na piśmie była żona
Faulknera, Christina - kontynuował i podał komendantowi dokument.
- Gdzie teraz znajduje się obraz? - zapytał Jastrząb po zapoznaniu się z jego treścią.
- W muzeum Fitzmolean i tam w przyszłym roku zostanie zaprezentowany na
wystawie dzieł Fransa Halsa.
- Niezbyt dobrze się składa, że twoja żona jest kuratorem tej wystawy -
strapił się Jastrząb, patrząc wprost na Williama.
- Moja żona i Christina przyjaźnią się od kilku lat - przypomniał mu
William. - Dodam jeszcze, że Beth zawsze widzi w ludziach ich najlepsze
cechy.
- Wątpliwa to przyjaźń - zauważył Jastrząb. - Pani Faulkner, gdyby miała
takie widzimisię, zmieniłaby front szybciej, niż obraca się wprawiona w ruch moneta. - Oficerowie nie zareagowali na tę uwagę. - Nie zmienia to
faktu, że wciąż mamy do czynienia z zarzutem uprowadzenia dzieła sztuki.
Czy nadzieja, że masz na to wiarygodne wyjaśnienie, to zbyt wiele
powiedziane?
- Przecież uratowałem Faulknerowi życie - powiedział nieco urażony Ross.
- Czego jeszcze chce ten przeklęty typ?
- Przypuszczam, że wydostać się z więzienia z czystą kartą - odparł
Jastrząb. - Niezależnie od tego, jak się potoczy sprawa, ława
przysięgłych będzie chciała wiedzieć, jak i dlaczego uratowałeś
Faulknerowi życie.
- Faulkner w jakiś sposób zamknął się we własnym sejfie, a ja byłem
jedyną osobą, która wiedziała, jak go otworzyć - wyjaśnił Ross. - Prawdę
mówiąc, dotarłem w samą porę, bo gdyby mnie tam nie było, Faulkner
niestety by nie przeżył - dodał, ale w jego głosie nie zabrzmiało nawet
echo smutku.
- Przypomnę sędziom przysięgłym, że Faulkner był nieprzytomny, gdy
otworzyliśmy sejf - uzupełnił William, zaglądając do swego raportu. -
Porucznik Sanchez z hiszpańskiej policji musiał zastosować metodę
usta-usta, żeby przywrócić mu czynności życiowe.
- Zaraz potem ze strony Bootha Watsona padnie pytanie: "Dlaczego od razu
nie wezwałeś pogotowia ratunkowego?" - zwrócił uwagę komendant.
Po krótkim zastanowieniu Ross odpowiedział:
- Już miałem to zrobić, ale zjawił się Faulkner i krztusząc się,
nieskładnie mnie błagał...
- "Domagał się" brzmiałoby bardziej przekonująco - zasugerował Jastrząb.
- Domagał się wizyty u swego lekarza. Sądziłem, że tamtejszego,
Hiszpana, ale Faulkner chciał się dostać do doktora Simona Redwooda,
który ma gabinet na Harley Street 122.
- Co się stało potem? - zwrócił się Jastrząb do Williama.
- Odwieźliśmy Faulknera na lotnisko, gdzie przygotowywano do startu jego
prywatny odrzutowiec.
- Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności - skomentował Hawksby. - I z całą
pewnością pilot zapytał cię, dlaczego nie odwiozłeś Faulknera do
najbliższego szpitala. Powinniśmy się liczyć z tym, że zanim odpowiesz,
Booth Watson postawi tego pilota na miejscu dla świadków.
- Ależ on to pytanie zadał - zapewnił Ross, wyraźnie z siebie
zadowolony. - A ja mu odpowiedziałem, że wykonuję polecenie pana
Faulknera. Dodałem też, że jeśli chce, może zgłosić zastrzeżenia swojemu
szefowi. Ale tego nie zrobił.
- Na szczęście, prawda, inspektorze? - zauważył Jastrząb, nawet nie
próbując ukryć ironii. - Jednak i tak będziesz musiał wyjaśnić ławie
przysięgłych, dlaczego po wylądowaniu na Heathrow od razu nie zabrałeś
Faulknera na Harley Street, ale kazałeś go zawieźć do Belmarsh,
najlepiej strzeżonego więzienia w Londynie.
- Była piąta rano. Zadzwoniłem z samochodu do centrum zdrowia na Harley
Street, ale odezwała się tylko automatyczna sekretarka informująca, że
lekarz przyjmuje od dziewiątej - wyjaśnił William.
- Zarejestrował się czas tego połączenia? - dociekał Jastrząb.
- Tak jest. Było o piątej zero siedem. Ponowiłem próbę tuż po dziewiątej
i poinformowałem doktora Redwooda, że może odwiedzić swego pacjenta w szpitalu więziennym w dogodnym dla siebie czasie i przeprowadzić pełne
badanie. Zrobił to później tego samego ranka.
- Dzięki Bogu, że chociaż jeden z was wykazał się przytomnością umysłu.
- Jastrząb odetchnął z ulgą. - Sugerowałbym jednak, żebyście obaj
śpiewali jednym głosem na długo przed wniesieniem sprawy do sądu.
Zapewniam was, że gdy Booth Watson wróci z Hiszpanii i będzie miał
okazję skonsultować się ze swoim klientem, szybko się zorientuje, że ma
więcej niż wystarczająco dużo argumentów, żeby podważyć wszystkie wasze
dowody. Przyjdzie się wam modlić, by ława przysięgłych dała wiarę wersji
wydarzeń przedstawionej przez Rossa, a nie przez Faulknera. Jeśli
sędziowie się dowiedzą, że wbrew prawu schwytałeś Milesa Faulknera, a potem zaciągnąłeś go z powrotem do Anglii, możecie skończyć w jednej
celi.
Na biurku komendanta odezwał się telefon. Jastrząb chwycił słuchawkę i niemal krzyknął:
- Angelo, chyba wyraźnie powiedziałem, że nie przyjmuję żadnych
telefonów. - Słuchał przez chwilę. - Dobrze, połącz go.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki