W mroku miasta. Cienie - Magdalena Rewers

Kup ebooka

16.22 zł
13.00 zł (13,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

 

W wietrzny i deszczowy listopadowy wieczór 1926 roku Leon Adamski wyszedł ze swojego mieszkania na warszawskiej Pradze. Ciemność (niezbędny element jego fachu) była mu bliska.

Nasunął na czoło rondo brązowego welurowego kapelusza i uniósł kołnierz prochowca. Nie powinien dać się zauważyć. Dyskrecja i czujność - nieodzowne cechy każdego włamywacza - były w nim tak zakorzenione, że nawet wychodząc po papierosy, wykonywał te dwa maskujące gesty.

Szedł zatęchłymi ulicami, na których niepodzielnie królująca nędza władała każdym zakątkiem tej podłej dzielnicy. To właśnie stąd pochodziły uliczne męty stolicy - żebracy, rzezimieszki, dziwki i złodzieje. Ta wylęgarnia ludzkich szumowin była też jego kolebką. Nikt nie dziwił się jego profesji, bo na Pradze mało kto znał przyzwoity czy uczciwy przepis na życie.

Dopóki, krążąc po dzielnicy z grupką takich jak on rzezimieszków, obrabiał z portfeli co zamożniejszych przechodniów, nie przypuszczał, że może się stąd wyrwać, ale gdy zrobił swój pierwszy prawdziwy skok - gdy obrabował bogatą willę na przedmieściach - otworzył oczy na lepszy świat. Też będę miał taki dom - zdawałoby się nieskomplikowana myśl, a jednak... Ale Leon był zawzięty; raz obrany cel przesłonił mu wszystko, dlatego zerwał z ferajną i rozpoczął solową karierę włamywacza-profesjonalisty.

Teraz, po pięciu latach, miał zgromadzony niezły kapitalik i jeszcze kilka lat, a uzbiera tyle, by wynieść się z tego parszywego miejsca. Rzuci tę profesję i stanie się praworządnym człowiekiem.

Na razie jednak musiał zaciskać pasa i mieszkać w odrażającej dzielnicy, a jedyną rzeczą, na którą Leon pozwalał sobie uszczknąć coś z kapitału, była schludna odzież. Żadne szaleństwo - ot niełatany garnitur, czysta koszula i czysty płaszcz.

Od lat nie miał nikogo, kto troszczyłby się o niego i o kogo sam musiałby się troszczyć. Matka i młodsza siostra zmarły na suchoty, ojca zaś, pijaka i kanalię, ostatni raz widział czternaście lat temu w swoje dziesiąte urodziny. Nie był nawet pewien, czy wyrodny rodzic wciąż żyje. Najprawdopodobniej zapił się na śmierć albo dostał nożem pod żebro w jakimś ciemnym zaułku. Tacy jak on z reguły kończyli w ten sposób, dlaczegóż więc jego ojciec nie miałby tak skończyć?

Pogoda była paskudna, ale nie dla Leona. Szedł na robotę, więc ulewny deszcz i zimny, porywisty wiatr, a wraz z nimi zamierający ruch uliczny, były mu na rękę. Czyżby wszystkie moce świata postanowiły stanąć dziś po stronie Leona Adamskiego? Dobrze - pomyślał, uśmiechając się pod nosem i skręcił w stronę Targówka.

- Szlag by...! A tak dobrze się zapowiadało - mruknął z irytacją, gdy uszedłszy zaledwie parę kroków, natknął się na mężczyznę, który wytoczył się z pobliskiej bramy zalany krwią.

Jakikolwiek incydent był diabelnie nie po jego myśli. Jeśli nie zdąży przed północą, może pożegnać się z tym skokiem - drugiej okazji nie będzie. Jednak mężczyzna ociekał krwią od brody aż po pas i pojękując, zbliżał się chwiejnym krokiem, nie dając Leonowi szansy, by się z tego wywinął. Chłopak stanął więc i spoglądając na zakrwawionego człowieka, spytał:

- Potrzebuje pan pomocy? Co się stało?

Nie było odpowiedzi, tylko szklisty, srebrzysty wzrok i ciało oparte o mur kamienicy w kuriozalnym półukłonie, przywołujące go gestem ręki.

Leon desperacko nie chciał się do niego zbliżać. Cholera, robota pójdzie w diabły i jeszcze zaplami mi ubranie - marudził w duchu. Nie mógł sobie pozwolić na kupno nowego, ale z drugiej strony czy mógł zignorować rannego, słaniającego się człowieka? Nie mógł, dlatego podszedł.

Mężczyzna uniósł się, chwycił Leona za ramię i wtedy wydarzenia potoczyły się lotem błyskawicy. Nim młody przestępca zdał sobie sprawę, że nie jest wybawcą a ofiarą, ostry ból przeszył go na wskroś, jego ciało zwiotczało, a słaniający się przed chwilą mężczyzna stał sprężysty i silny, trzymając go w żelaznym uścisku niczym szmacianego manekina. Potem była już tylko ciemność.

Kiedy się ocknął w odrapanej bramie nędznej kamienicy, wciąż była noc. A może znowu? Leon nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy stracił przytomność, wiedział jednak, że dzieje się coś osobliwego... arcydziwnego - piekący ból rozchodził się po jego ciele, docierając do każdej pojedynczej komórki, a zmysły szalały, przesadnie reagując na bodźce. Słyszał każdy szelest, widział każdy szczegół ohydnych murów bramy i obskurnej klatki schodowej, czuł najodleglejsze i najwątlejsze zapachy, ale przede wszystkim odczuwał nieodparty głód.

- Szlag... krwi? - wystękał zbolały. - Niemożliwe! - podpowiadał rozum.

Ale instynkt wiedział lepiej - jego ciało domagało się krwi. I to w najczystszej postaci. Nie miał pojęcia, jak go zaspokoić, ale... Znajdź żywiciela! Znajdź żywiciela! - krzyczał wewnętrzny głos. Inaczej skończysz marnie.

- Żywiciel w środku ulewnej nocy w obskurnej dzielnicy? Nic prostszego - burknął z sarkazmem i otrzepawszy dłońmi sponiewierane ubranie, wyszedł na deszcz.

Trzy bramy dalej dostrzegł majaczącą sylwetkę. Mimo wszystko los mu sprzyjał. Korpulentna, podstarzała dziwka wdzięczyła swoje nieapetyczne ciało. Jej niechlujny wygląd bardziej odstręczał, aniżeli wabił, ale Leon nie miał wyboru. Zresztą... przecież nie zamierzał jej pieprzyć. Pożywi się, a potem starannie wymyje twarz i zęby, by pozbyć się brudu i smrodu nieświeżości, będących jej atrybutami.

Zanurzył kły błyskawicznie, instynktownie znajdując najczulszy punkt na ludzkim ciele. Wampir?! - zawyła z przerażeniem jego podświadomość. Takiego typu przemiana się w nim dokonała? Ogarnęły go lęk i konsternacja i trudno było przewidzieć, które pierwsze zawładnie jego jaźnią.

Leon toczył wewnętrzną walkę na emocje, a tymczasem niechlujna dziwka zaczęła wiotczeć w jego ramionach. Odsunął się przerażony i spoglądając jej w oczy, beznamiętnym tonem zaczął kobietę uspokajać. Ku jego zdziwieniu wyraz zadowolenia i przyjemności zagościł na jej twarzy.

- Jasna cholera! To nie może być takie proste.

Ale nawet jeśli nie było to łatwe, instynkt samozachowawczy prowadził go pewnie i zdecydowanie.

I wtedy poczuł drugi głód... seksu.