Maryla Rodowicz powiedziała kiedyś, że jestem jedynym niepodpiwniczonym artystą krakowskim. I miała rację. Nigdy nie miałem z kabaretem Piotra Skrzyneckiego kontaktów innych niż towarzyskie. Nie zaliczyłem w swoim estradowym życiorysie epizodu polegającego na regularnym tam śpiewaniu, byciu członkiem trupy. Taki epizod mieli na swoim koncie Marek Grechuta, bracia Zielińscy, Leszek Długosz, Grzegorz Turnau, Jacek Wójcicki, Anna Szałapak, Beata Rybotycka i wielu innych, którzy potem poszli własną drogą.
W Piwnicy pod Baranami się bywało, w pewnym momencie była bowiem oazą niezależnego myślenia, stylu życia, ostoją cyganerii, mekką błękitnych ptaków, gdzie dewizę Piotra: "Tylko bydlacy chodzą do pracy" realizowano na sto procent, balując do białego rana. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ich program, byłem przede wszystkim oszołomiony atmosferą, jaką wodzirej umiał wyczarować. Ulegaliśmy rodzajowi zbiorowej hipnozy i zahipnotyzowani bawiliśmy się, wzruszali, podawaliśmy nad głowami jakieś fragmenty dekoracji, stare ciuchy, zakurzone szmaty, wszystko przy dźwiękach Piotrowego dzwonka, a on gadał, bajdurzył, plótł i to gadanie, bajdurzenie, plecenie przenosiło nas w świat tak odmienny od zostawionego na ulicy, że nie chciało się iść do domu.
Piwnica przeżyła swój czas i utraciła to, co było jej największym atutem - punkt odniesienia. W czasach, w których każdy gest niemal, każde słowo było aluzją do istniejącego porządku, wywoływanie śmiechu nie sprawiało wielkich trudności, na dodatek skupieni wokół niej wywoływacze to byli ludzie nieprzeciętnych talentów. Pamiętam pozapiwniczny kontakt z dwoma z nich. Pojechałem gdzieś na Śląsk czy do Zagłębia na występ w klubie studenckim. Miałem swoimi balladami okrasić - czy też lepiej - dodać szczyptę liryki do satyrycznych prezentacji Wiesława Dymnego i Andrzeja Warchała. Oni giganci z dorobkiem, ja jeszcze wciąż prawie debiutant. Po imprezie zostaliśmy zaproszeni przez reprezentantów widowni na wysokie piętro domu akademickiego, do jednego z pokojów na poczęstunek. Był obfity, chyba zbyt obfity. Moi starsi koledzy raczyli się skwapliwie i w pewnym momencie Dymny postanowił, że zaprezentuje swoje umiejętności kaskaderskie - miał przecież za sobą wiele filmów - i usiadł na parapecie okna. Jak wspomniałem, było wysoko, musieliśmy więc odwodzić go od zamiaru cyrkowych akrobacji. Nie uwierzycie, jak długo trwała walka z tym niewysokim, ale silnym jak tur mężczyzną. Wkrótce zmarł przedwcześnie, zaprzeczając tej oglądanej przeze mnie krzepie.
Po pogrzebie Wieśka w Piwnicy odbyła się impreza wspomnieniowa, akompaniowałem na niej Leszkowi Długoszowi, znów pojawiła się mandolina. Kiedy opuściłem lokal, okazało się, że amerykańska wojskowa zielona kurtka, jaką mam na sobie, jest jedynie do mojej podobna. W gąszczu okryć zdejmowanych z wieszaków ktoś tę moją wziął za własną i wyniósł na grzbiecie. Zaczęły się zatem spekulacje i próby zdiagnozowania takiego ubioru wśród znajomych. Wybór padł na jednego z bywalców i okazał się trafny. Tylko jak w środku nocy gościa odnaleźć? W tej mojej kurtce - prócz rzeczy całkiem nieistotnych - było kilka dość istotnych papierków. Mianowicie: dolarowe bony - środek płatniczy w sklepach Pewex, Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, w których nabywało się dobra luksusowe, czyli alkohol, lepsze papierosy, słodycze, sprzęt elektroniczny, ciuchy. Liczba bonów w kieszeni kurtki nie pozwalała na zakup telewizora, ale na kilka butelek wystarczała lekko, a ów bywalec za kołnierz nie wylewał. Kurtki wróciły więc do swych właścicieli, lecz moja lżejsza o kilka gramów, bo ile może ważyć parę malutkich papierków...
Piotrowi S. się nie odmawiało, zatem parę razy na jego życzenie zaśpiewałem coś swojego w Piwnicznym programie. W sobotę wpadałem na drinka i pogaduchy przy barze. W sąsiedniej sali trwał spektakl. Pojawiał się Piotr i zagadywał: "Andrzeju, wyjdź na dwie pieśni". Pożyczałem wtedy gitarę od któregoś z miejscowych artystów i spełniałem prośbę maga. Po jego śmierci już do Piwnicy nie zaglądam. Jest dla mnie przeczytaną i odłożoną na półkę książką. Z jedną różnicą. Do kart książki można powrócić, do kabaretu z tamtych lat i ludzi, którzy go tworzyli, nie.
Żal za Piotrem S.
Spotkałem wczoraj Piotra we śnie
w Rynku po kabarecie
miał obok siebie gwiazdy dwie:
Ankę Szałapak i Becię
Gdy zapytałem dokąd w noc
idzie kompania cała
odpowiedzieli jeden krok
na Bracką do Turnaua
Ledwie minęło parę chwil
i już stukamy w bramę
Grzesiek szykuje wódkę i
siada za fortepianem
Piotr opowiadać zaczął tak
że migotały słowa
po brodzie mu płynęła łza
czterdziestoprocentowa
Zegar zadzwonił jak to w snach
zachłysnął się kurantem
i wtem Wójcicki stanął w drzwiach
z fasonem i belcantem
Wręczył Piotrowi bukiet róż
zaśpiewał: czas się zbierać
taksówki podstawione już
do Maszyc do Preisnera
A u Zbyszka jak zawsze u Zbyszka
jego żona cichutka jak myszka
psów czereda i pełno w kieliszkach
i nijaki nie grozi nam głód
Tu muzyka się snuje po kątach
i Terenia po gościach posprząta
i za oknem zieleni się łąka
i nie jeden wydarzy się cud
Piotr z powagą obejrzał obrazy
chyba przy tym się trochę rozmarzył
bo miał uśmiech anielski na twarzy
bez obrazów wszak trudno jest żyć
Potem jakby się na nas pogniewał
nagle stwierdził że żegnać się trzeba
bo ma drogi kawałek do nieba
a przed świtem powinien tam być
Spotkałem wczoraj Piotra we śnie
w Rynku po kabarecie
bo najważniejsze prawdy dwie:
zaśnijcie a znajdziecie.
Jeszcze słów parę o paniach towarzyszących Piotrowi S. w piosence podczas spaceru po Rynku Głównym. Anię Szałapak, której nie ma już wśród nas, poznałem w latach siedemdziesiątych w trakcie podróży Pociągiem Przyjaźni na trasie Moskwa-Leningrad-Ryga. Krakowska studencka artystyczna ekipa podróżowała do tych miejsc zimą. Występowała, ale - rzecz jasna - bawiła się najlepiej w wagonach kolejowych. Długość przemierzanych tras pozwalała się nieźle integrować w przedziałach, przy gitarze i trunkach. Ania była wtedy członkinią zespołu Słowianki, grupy folklorystycznej z bogatą, wieloletnią tradycją. I tańczyła! Przygodę z estradą zaczynała od pląsów, a nie od wokaliz. Ale podczas wspomnianej wyprawy wzięła kiedyś gitarę i zanuciła piosenkę bodaj Joan Baez nieśmiało, urokliwie. Nie przypuszczałem, że po latach zostanie ochrzczona mianem Białego Anioła i że wzbudzi entuzjazm swoimi wykonaniami tekstów Osieckiej, muzyki Koniecznego. Zaśpiewała na jednej z płyt dwie moje melodie do wierszy Ewy Lipskiej, co później dało asumpt do bliższej znajomości, bywania w jej kocim królestwie przy Wiślnej, wymieniania uwag o ludziach (niech będzie, że plotek), komentowania wydarzeń.
Z Anią Szałapak i Zygmuntem Koniecznym w Vis a Vis, ok. 2015 r.
Kiedy dla krakowskiej telewizji robiłem cykl programów Plotka z A-B, jeden z odcinków poświęciłem właśnie Ani. Zapamiętałem jej opowieść związaną z Piotrem Skrzyneckim. Poczęstowała go podczas Piwniczego autokarowego wyjazdu kanapką sporządzoną na drogę przez mamę. Pan Piotr zapytał, z czym jest kanapka, i otrzymał standardową odpowiedź: "Z wędliną". "A ja myślałem, że pani je tylko płatki róż" - odparł wielbiciel kwiatów zresztą.
Druga dama piosenki, ukryta pod zdrobnieniem Becia, to Beata Rybotycka, która udział w Piwnicy zaliczyła, ale dziś związana jest przede wszystkim z Teatrem STU, będąc żoną jednocześnie wieloletniego szefa i twórcy tego teatru - Krzysztofa Jasińskiego.
Scena przy alei Krasińskiego prócz wielu premier, jakie na niej obejrzałem, kojarzyć mi się będzie już zawsze z benefisami, które rejestrowane przez telewizję zdobyły sobie sporą renomę. Programy miały każdorazowo swego bohatera i temu, siedzącemu na paradnym tronie, składano hołdy i ukłony w postaci występów. Artyści, którzy pojawiali się na scenie, zazwyczaj przygotowywali coś specjalnego na tak zwaną okoliczność. Mnie uzbierała się spora ilość takich właśnie okolicznościowych tekstów. Czciłem nimi Roberta Korzeniowskiego, generała Mieczysława Bieńka, Andrzeja Grabowskiego, Zbyszka Wodeckiego, Jarosława Śmietanę, Anię Dymną. Sam zresztą podobnego zaszczytu doczekałem, ale szczerze mówiąc, na tronie czuję się znacznie gorzej niż przed mikrofonem, z gitarą.
Nasz chodziarz Robert Korzeniowski skarżył się kiedyś, że żmudne treningi są nudne. Całe godziny spędzał, krążąc wokół Błoń na przykład. Słuchał muzyki, owszem, ale i to mu się przejadło. "Kup sobie psa", poradziliśmy. Odparł: "Kupiłem, ale pies po dwudziestu kilometrach już miał dość, a ja muszę iść dalej".
Andrzejowi Grabowskiemu zadedykowałem wierszyk o jego wpływie na mój nieudany wegetarianizm. Otóż dawna próba niejedzenia mięsiwa - dzisiaj uwieńczona sukcesem - zakończyła się porażką. Udałem się bowiem z małżonką na imprezkę do państwa Grabowskich. Mój imiennik lubi i umie kucharzyć, przygotował zatem furę pyszności, głównie mięsiwo, a ja że tego nie tknę. Ale na stole pojawiła się także cytrynówka, wyrób boski w smaku, w skutkach szatański. Nie wiem, jaka ilość owej nalewki jest potrzebna, by przełamać opory najbardziej nawet zatwardziałego wyznawcy wegetarianizmu, ale widać uzyskałem wymaganą normę i sięgnąłem po kotlety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki