Życie religijno-społeczne pod okupacją niemiecką i radziecką Małgorzata Krupecka
Druga wojna światowa była starciem dwóch totalitaryzmów - narodowego socjalizmu i komunizmu - z całym systemem wartości, reprezentowanych i bronionych przez chrześcijaństwo. Pojęcie godności ludzkiej próbowano zastąpić nazistowskim kultem rasy lub komunistycznym kultem klasy. Były to więc w gruncie rzeczy nowe - świeckie religie, którym na przeszkodzie stała moralna siła chrześcijaństwa, sprzężona przez wieki z wartościami społecznymi i kulturalnymi, składającymi się na pojęcie ojczyzny.
Działalność Kościoła w Polsce od wieków wykraczała poza zwykłą posługę religijną. Szczególnie charakterystyczny był związek Kościoła z narodem w chwilach ciężkich doświadczeń dziejowych. Kościoła, zwłaszcza w czasie wojny, nie należy utożsamiać tylko ze sferą organizacyjno-instytucjonalną ani tym bardziej z hierarchią kościelną, ale z szeroko pojętym katolicyzmem jako czynnikiem scalającym społeczeństwo polskie na płaszczyźnie religijno-narodowo-kulturalnej. W tym kontekście życie religijno-społeczne to szeroki i trudny do zdefiniowania i wyczerpującego scharakteryzowania obszar życia narodu.
Polska wkraczała w drugą wojnę światową bardzo zróżnicowana pod względem struktury wyznaniowej. W 1931 r. w miastach katolicy obrządku rzymskiego stanowili 63,7% mieszkańców, żydzi - 27,3%, grekokatolicy - 3,7%, ewangelicy - 2,8%, prawosławni - 2,2%. Nieco inaczej struktura wyznaniowa Polski międzywojennej wyglądała na wsi, gdzie katolicy łacińscy stanowili 65,1%, drugim pod względem liczebności wyznaniem było prawosławie - 15,4%, na trzecim miejscu sytuowali się grekokatolicy - 13%, następnie wyznawcy religii mojżeszowej - 3,2% i ewangelicy - 2,5%.
U progu wojny katolicyzm był więc wyznaniem dominującym. Wśród studentów i wolnych słuchaczy szkół wyższych katolicy wyznania łacińskiego stanowili w 1938 r. 80,9%. Oczywiście, deklaracje wyznania nie zawsze szły w parze z praktyką religijną, a w niektórych środowiskach, zwłaszcza inteligenckich, istniała swego rodzaju moda na antyklerykalizm.
W II Rzeczpospolitej istniały cztery ryty katolickie: łaciński, grecki, ormiański i bizantyjsko-słowiański. W województwach południowo-wschodnich większość stanowili katolicy obrządków wschodnich.
Kościół greckokatolicki w przedwojennej Rzeczpospolitej składał się z trzech diecezji: lwowskiej, stanisławowskiej i przemyskiej, tworzących razem galicyjsko-lwowską prowincję kościelną z arcybiskupem lwowskim Andrzejem Szeptyckim na czele. Po jego śmierci - 1 listopada 1944 r. - jego następcą został biskup Josyf Slipyj. Oprócz tego, aby zahamować proces przechodzenia Łemków na prawosławie, tereny z Gorlicami, Jasłem, Krosnem, Leskiem, Nowym Sączem i Sanokiem, zamieszkane przez 250-tysięczną społeczność łemkowską, wydzielono w 1934 r. w administrację apostolską Łemkowszczyzny, podlegającą bezpośrednio Stolicy Apostolskiej.
Wojna była okresem wielkiej próby dla grekokatolików. Na ziemiach zajętych we wrześniu 1939 r. przez wojska radzieckie skonfiskowano majątki ziemskie Kościoła greckokatolickiego, pozbawiając go w ten sposób materialnych podstaw utrzymania. Wielu duchownych aresztowano i skazano na zesłanie. Gdy tereny te dostały się pod okupację niemiecką, sytuacja wiernych się nie polepszyła.
Z punktu widzenia polskich interesów metropolita Andrzej Szeptycki, próbujący lawirować pomiędzy okupantami w celu realizacji dążeń do zbudowania wolnej i niepodległej Ukrainy, jest postacią bardzo kontrowersyjną. Na jego niekorzyść szczególnie przemawia brak jednoznacznego potępienia zbrodni popełnianych na Polakach przez OUN-UPA. Równocześnie jednak Szeptycki wypowiadał się przeciwko obu zbrodniczym totalitaryzmom, ratował Żydów, niektórych ukrywał w swoim mieszkaniu, starał się rozszerzyć działalność duszpasterską oraz przeciwdziałać wojennej demoralizacji. Informował Stolicę Apostolską o zbrodniach popełnianych najpierw z inspiracji okupacyjnych władz radzieckich, a później hitlerowskich. Organizował pomoc humanitarną, z której korzystali zagrożeni ludzie niezależnie od wyznania i narodowości. Ważną w tym rolę odegrała sieć klasztorów: bazylianów, studytów i redemptorystów obrządku wschodniego. Funkcjonowały też klasztory żeńskie: bazylianki, siostry Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, służebniczki św. Józefa, służebniczki św. Rodziny, służebniczki św. Józefata, studytki. Świeccy zorganizowani byli w bractwa: Bractwo Najświętszego Sakramentu, Bractwo Dobrej Śmierci, Bractwo Najświętszego Serca Chrystusa, Bractwo Trzeźwości i inne. Kościół greckokatolicki przetrwał wojnę; cięższy cios zadała mu władza komunistyczna najpierw na radzieckiej Ukrainie, a potem w Polsce.
W przededniu wojny w Polsce istniało też prawie 50 parafii obrządku bizantyjsko-słowiańskiego (neounickiego) z własną hierarchią duchowną (71 księży, w tym jeden biskup). Neounię, żywą w diecezjach wschodnich (wileńskiej, pińskiej, siedleckiej, łuckiej i lubelskiej), wspierali też duszpastersko jezuici obrządku wschodniego, kapucyni, oblaci, marianie oraz inne zakony męskie i żeńskie. W czasie wojny okupanci, zarówno niemieccy, jak i radzieccy, wykorzystywali różnice obrządków do podsycania waśni na tle narodowym lub religijnym. W konsekwencji większość parafii neounickich upadła lub przyłączyła się do Kościoła prawosławnego. Po 1947 r. przetrwała już tylko parafia w Kostomłotach.
Stosunkowo nieliczną, ale prężną grupę wyznaniową w II Rzeczpospolitej stanowili katolicy obrządku ormiańskiego. W południowo-wschodniej Polsce było ich niewiele ponad 5 tysięcy. Na czele metropolii lwowskiej obrządku ormiańskiego stał arcybiskup Józef Teofil Teodorowicz, który zmarł jednak w grudniu 1938 roku. Jego następcy Watykan nie zdążył mianować przed wybuchem wojny. Tymczasowy administrator - ks. Dionizy Kajetanowicz - w czasie wojny uratował wielu Żydów, wydając im metryki chrztu, za co w kwietniu 1943 r. został aresztowany przez Niemców. Uwolniony z rąk niemieckich, został z kolei w listopadzie 1945 r. aresztowany przez NKWD i zesłany na Syberię, gdzie zmarł w 1954 r. w opinii męczennika za wiarę. We Lwowie istniał jedyny w Polsce klasztor sióstr benedyktynek obrządku ormiańskiego, liczący w czasie wojny kilkanaście sióstr. Przed wojną zakonnice prowadziły gimnazjum, słynące z wysokiego poziomu nauczania. W 1946 r. ewakuowały się do Polski i osiedliły w Lubiniu k. Kościana. Okres wojny z 20 księży przeżyło dziesięciu. Inni zginęli z rąk okupantów. Tylko ośmiu księżom udało się w 1945 r. przedostać do Polski. Wraz z nimi w Polsce schroniło się 99% wiernych obrządku ormiańskiego.
Wojna - wspólne nieszczęście
Kościoły chrześcijańskie i inne związki wyznaniowe od pierwszych dni wojny wsparły obronę Polski. 1 września 1939 r. w depeszy do prezydenta Ignacego Mościckiego prymas August Hlond zapewnił, że Kościół wszelkimi środkami poprze sprawę obrony państwa. W podobnym duchu orędzia do wiernych wydali też zwierzchnicy pozostałych Kościołów chrześcijańskich, a także muzułmanów i żydów. Mufti Jakub Szynkiewicz, zwierzchnik polskich muzułmanów, w odezwie wydrukowanej 1 września w wileńskim "Słowie" apelował do muzułmańskich mężczyzn, kobiet i dzieci, żeby żarliwie prosili Boga o błogosławieństwo dla polskiego oręża, w każdy możliwy sposób wspierali wojsko i przyczyniali się do pokonania wroga.
Solidarność międzywyznaniowa i międzyreligijna nie była w tym momencie tylko odgórną deklaracją, ale - przynajmniej w niektórych miejscach - przekładała się na wspólne działania. Przełożona sióstr urszulanek w Lubczu na Nowogródczyźnie s. Monika Alexandrowicz 16 września - dzień przed inwazją sowiecką - została zaproszona do gminy na zebranie. Wspominała później:
Zastałam tam zespół, którego się nie spodziewałam: był tam pop, ubrany uroczyście, ze złotym krzyżem na piersiach; był rabin ze srebrną gwiazdą na łańcuchu; kierownik szkoły, naczelnik poczty, wójt i inni. Okazało się, że zebranie to miało na celu zorganizowanie pomocy uchodźcom. Pierwszy zaczął mówić rabin. Pytał, czy wszyscy uchodźcy są na naszym utrzymaniu[1].
Siostry przyjęły u siebie 70 rodzin oficerskich ewakuowanych z Białegostoku i wielu przerażonych, wynędzniałych uchodźców z Warszawy.
Gdy odpowiedziałam, że tak, że wszystkich żywimy własnymi produktami, rabin zaskoczył mnie pytaniem, czy zastanowiłam się nad tym, co będzie, gdy produktów zabraknie[2].
Niewielka wspólnota szarych urszulanek, zaangażowana w opiekę nad uciekinierami, nie miała czasu na tak perspektywiczne myślenie. Rabin zdecydował więc:
To jest wspólne nasze nieszczęście, ta wojna, więc wszyscy musimy mieć swój udział w niesieniu pomocy i ratunku. Pomożemy siostrom. Postanowiliśmy zbiórkę. Jutro wysyłamy pięć furmanek na wieś po produkty, aby każdy, ile może, ofiarował na ten cel. Wszystko będzie dowożone do sióstr, do ich dyspozycji[3].
Kapłani katoliccy bezzwłocznie zadeklarowali gotowość do posługi wśród żołnierzy. Katolicka Agencja Prasowa informowała 1 września, że na wieść o wybuchu wojny do biskupa polowego Wojska Polskiego, Józefa Gawliny, zgłosili się natychmiast nie tylko kapelani rezerwowi, wyznaczeni na wypadek wojny, ale także ponad 100 księży z różnych diecezji, którzy poprosili o natychmiastowy przydział na front. Ochotnicy zostali zachęceni, aby tymczasem - póki nie zaistnieje potrzeba - trwali na swoich posterunkach wśród ludności cywilnej, także potrzebującej wsparcia duchowego. Biskupi zarządzali w swoich diecezjach codzienne modlitwy o pokój. Księża masowo wspierali Fundusz Obrony Narodowej.
"Kurier Warszawski" 1 września 1939 r. zamieścił list pasterski biskupa Czesława Kaczmarka, ordynariusza diecezji kieleckiej, który zachęcał do walki zarówno żołnierskiej, frontowej, jak i poza frontem, gdyż "kto służy Ojczyźnie, służy Bogu". Wzywał wszystkich diecezjan, a zwłaszcza instytucje charytatywne i organizacje kościelne, żeby w odpowiedzi na zwiększone potrzeby społeczeństwa natychmiast poszerzyły zakres swojej pracy i zintensyfikowały działalność. Kapłanom nakazywał pozostawanie na swoich placówkach i organizowanie błagalnych nabożeństw o pokój. "Jakże wiele znaczy kapłan dobry i mężny pośród ludzkiego smutku. Nasz patriotyzm każe nam dziś stać się oparciem dla wielu"[4] - pisał biskup Kaczmarek. Zwracał się do sióstr zakonnych, żeby były gotowe zaopiekować się rannymi, opuszczonymi kobietami, młodzieżą i dziećmi.
Stosunek Kościoła do obu okupantów wynikał nie tylko ze znajomości Ewangelii, ale dodatkowo określony został dwa lata przed wojną dwiema encyklikami Piusa XI: Mit brennender Sorge, piętnującą nazizm, i Divini Redemptoris, podkreślającą bezbożny charakter komunizmu. Obie encykliki zostały ogłoszone w marcu 1937 r. w odstępie pięciu dni.
Pierwsze bomby II wojny światowej spadły 1 września o świcie nie na obiekty wojskowe, ale na szpital Wszystkich Świętych w Wieluniu - oznakowany wymalowanym na dachu czerwonym krzyżem. Wydarzenie to można traktować jako symboliczną zapowiedź odrzucenia i podeptania wartości nie tylko chrześcijańskich, ale ogólnoludzkich, stanowiących fundament cywilizacji europejskiej.
Religia dawała nadzieję i siłę, pomagała wierzyć w zwycięstwo dobra, a więc także w zwycięstwo nad wrogiem i w odzyskanie niepodległości. Wiara pomagała też w zachowaniu człowieczeństwa i w obronie godności ludzkiej: własnej i innych. Stąd nienawiść okupantów do chrześcijaństwa i planowa, konsekwentna eksterminacja elit narodu, do których zaliczało się m.in. duchowieństwo. Okupanci próbowali pozbawić Polaków fundamentalnych praw religijnych - na równi z innymi prawami człowieka. Służyły temu nakładane na Kościół restrykcje, ograniczające wiernym dostęp do podstawowych elementów życia religijno-kościelnego: sakramentów i innych form praktyk religijnych, zwłaszcza regularnego udziału we mszy świętej. Dewastacja obiektów sakralnych była aktem wymierzonym w świątynie i klasztory nie tylko jako miejsca kultu religijnego, ale centra wrogiej, skazanej na zniszczenie kultury.
Wśród Polaków krążył w odpisach - jako dobrze charakteryzujący obu najeźdźców - fragment Norwidowskiej "Pieśni od ziemi naszej":
Od wschodu - mądrość-kłamstwa i ciemnota,
Karności harap lub samotrzask z złota,
Trąd, jad i brud.
Na zachód - kłamstwo-wiedzy i błyskotność,
Formalizm prawdy - wnętrzna bez-istotność,
A pycha pych!
Sytuacja Kościoła na ziemiach przyłączonych do Rzeszy
Najtrudniejszy był los Kościoła na ziemiach przyłączonych do Rzeszy, zwłaszcza na Pomorzu (diecezja chełmińska) i w tzw. Kraju Warty. Do Rzeszy wcielono: archidiecezję gnieźnieńską i poznańską, prawie całą diecezję włocławską, większą część diecezji płockiej i łódzkiej oraz fragment częstochowskiej. Polska struktura organizacyjno-terytorialna Kościoła rzymskokatolickiego uległa niemal całkowitej likwidacji. Był to krok w kierunku zupełnego zatarcia polskości tych ziem.
Celem polityki niemieckiej było zniszczenie tego, czego się nie dało zgermanizować. Jesienią 1939 r. wydany został zakaz odprawiania nabożeństw w języku polskim. Zakazano śpiewów i kazań po polsku, aby stopniowo doprowadzić do całkowitego wyeliminowania języka polskiego z życia Kościoła. Zniesiono polskie święta kościelne.
Zamknięto większość kościołów i klasztorów[5]. Jedna z zakonnic w swoich wspomnieniach zanotowała, że wiosną 1944 roku
w Poznaniu były dostępne dla Polaków dwa kościoły: św. Wojciecha i drugi na Łazarzu. By dostać się do kościoła na Łazarzu, ludzie ustawiali się czwórkami, rząd sięgał daleko na ulicę. Gdy z jednej mszy świętej bocznymi drzwiami wypuszczono ludzi i kościół opustoszał, wówczas głównym wejściem wpuszczono następnych. Nikomu nie pozwolono pozostawać w kościele na drugiej mszy świętej, by innym miejsca nie zajmował. Podziwiałam tych dobrych ludzi, którzy w ciszy, cierpliwie, na mrozie oczekiwali swojej kolejki do Pana Jezusa[6].
Oczekiwanie na wejście do kościoła nie było jednak bezpieczne, zwłaszcza dla młodych ludzi. Hitlerowcy chętnie bowiem organizowali przed świątyniami łapanki.
Naziści planowali całkowitą eksterminację polskiego duchowieństwa. Tylko z diecezji chełmińskiej śmierć poniosło 323 duchownych diecezjalnych. W Kraju Warty po masowych aresztowaniach w październiku 1941 r. jedynie kilkudziesięciu księży mogło kontynuować pracę duszpasterską.
Zarządzono rozdział Kościoła niemieckiego od polskiego, łącznie z odseparowaniem Niemców i Polaków podczas nabożeństw. Do niektórych świątyń, wyznaczonych przez władze niemieckie - na przykład do kościoła Franciszkanów w Poznaniu - Polacy nie mieli wstępu. Jednak nawet niektórzy niemieccy duchowni starali się w tajemnicy obchodzić te zakazy. Administrator apostolski dla katolików niemieckich w Kraju Warty Hilarius Breitinger przez dłuższy czas raz w tygodniu o godzinie drugiej w nocy spowiadał około 60 polskich sióstr i odprawiał msze święte w piwnicy szpitala św. Elżbiety w Poznaniu.
Przysyłanie na te tereny specjalnie dobranych - sprawdzonych przez Gestapo - duchownych niemieckich ze "starej" Rzeszy także miało służyć germanizacji ludności katolickiej. Wbrew oczekiwaniom nazistów księża ci w zdecydowanej większości nie przysłużyli się akcji germanizacyjnej. Angażowali się bowiem przede wszystkim w działalność duszpasterską, czym po przełamaniu nieufności zyskiwali na ogół zaufanie wielu Polaków. Niektórzy nawet nauczyli się języka polskiego, aby skuteczniej służyć parafianom. Wykorzystywali także swą pozycję, żeby zdobywać dla Polaków pomoc charytatywną (żywność, kartki na wyroby włókiennicze, buty czy naftę). Wstawiali się nawet u władz niemieckich za uwięzionymi.
W Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie polska administracja kościelna została w całości zastąpiona niemiecką. W grudniu 1939 r. Pius XII mianował biskupa gdańskiego Karola Marię Spletta administratorem apostolskim włączonej do Rzeszy diecezji chełmińskiej i części diecezji płockiej. Biskup Splett, ulegając naciskom gauleitera gdańskiej NSDAP Alberta Forstera, zakazał na podległych mu terenach nawet spowiedzi po polsku. Nieprzestrzeganie tego zarządzenia groziło obozem koncentracyjnym. Był to element wprowadzonego zakazu używania języka polskiego we wszystkich miejscach publicznych. Nawet za rozmowę po polsku na ulicy groziła kara - od grzywny pieniężnej po wywózkę do pracy przymusowej w Rzeszy. Z kolei w Kraju Warty spowiedź mogła się odbywać wyłącznie w soboty w określonych godzinach. Zabroniono nabożeństw związanych z rokiem liturgicznym: majowych, czerwcowych, październikowych, Gorzkich żalów itp. oraz wszelkich ludowych form kultu, takich jak nabożeństwa przy krzyżach przydrożnych czy kapliczkach. Procesje mogły być urządzane tylko wewnątrz kościoła. Zabroniono nawet konduktów pogrzebowych.
Z powodu małej liczby księży i restrykcyjnych przepisów okupacyjnych duszpasterstwo na terenach wcielonych do Rzeszy ograniczało się w gruncie rzeczy do nieregularnie odprawianych mszy świętych. W związku z tym wierni gromadzili się na wspólną modlitwę (np. na odmawianie różańca) w domach. Zarówno celebransowi, jeśli był obecny, jak i uczestniczącym w konspiracyjnym nabożeństwie groziły surowe kary, z osadzeniem w obozie koncentracyjnym włącznie. Zdarzało się też, że wierni klękali na ulicach i modlili się przed zamkniętymi kościołami.
Zabroniono nauczania religii w szkołach. W Kraju Warty dopuszczalne było wyłącznie około dziesięciogodzinne nauczanie katechizmu przed I komunią św. Zarządzenia te prowokowały do prywatnego, nielegalnego przygotowywania dzieci i młodzieży do sakramentów, co jednak groziło śmiercią. Franciszek Stryjas, ojciec rodziny, za potajemne nauczanie religii w okolicznych wioskach został aresztowany przez Gestapo i osadzony w więzieniu w Kaliszu, gdzie po 10 dniach tortur zmarł. Jan Paweł II beatyfikował go w czerwcu 1999 r. w Warszawie w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej.
W październiku 1939 r. władze niemieckie zamknęły w Pelplinie katedrę i seminarium duchowne, w którym urządziły szkołę policyjną i prowizoryczne więzienie. Katedra pozostawała przez cały okres okupacji zamknięta, podobnie jak inne kościoły katedralne na terenach wcielonych do Rzeszy: w Gnieźnie, Łodzi, Poznaniu, Płocku, czy Włocławku. Archikatedrę gnieźnieńską zamieniono w salę koncertową. W katedrze poznańskiej urządzono magazyn sprzętów liturgicznych skradzionych z innych kościołów. Katedra częstochowska służyła jako tymczasowy areszt. Zamknięto prawie wszystkie kościoły na Pomorzu i przeznaczono je na stajnie lub magazyny. Trzynastowieczny kościół farny w Wieluniu - miejsce pochówku rodziców Jana Długosza - który po bombardowaniach z 1 września miał uszkodzoną tylko nawę, został przez Niemców wysadzony w powietrze, a na jego miejscu postawiono baraki. W XIII-wiecznym podominikańskim kościele Urszulanek w Sieradzu i na krużgankach klasztornych urządzono najpierw szpital polowy dla żołnierzy niemieckich, potem dla polskich. W sierpniu 1942 r. spędzono tam i zamknięto na kilka dni parę tysięcy Żydów oczekujących na transport z getta do obozu. Następnie świątynię zamieniono w magazyn zbożowy. Kościół Urszulanek w Łodzi stał się magazynem szpitalnym.
9 listopada 1939 r., czyli w rocznicę pogromu niemieckich Żydów (tzw. noc kryształowa z 9 na 10 listopada 1938 r.), hitlerowcy zniszczyli na Pomorzu przydrożne krzyże i kapliczki. Zamalowywano też polskie napisy w kościołach i na nagrobkach. W Sieradzu i okolicy akcja profanacji krzyży, kapliczek przydrożnych i cmentarzy miała miejsce 20 kwietnia 1941 r. z okazji 52. urodzin Hitlera.
W Generalnym Gubernatorstwie
W Generalnym Gubernatorstwie (GG) - mimo ograniczeń i represji - Kościół miał więcej swobody działania (legalnego lub nielegalnego). Organizacja kościelna nie przestała funkcjonować mimo strat wśród duchowieństwa i restrykcji wprowadzonych przez władze okupacyjne. Świątynie w zasadzie pozostały otwarte. Nie zlikwidowano także klasztorów.
W kraju nie było prymasa Augusta Hlonda, a niekwestionowanym moralnym przywódcą narodu stał się metropolita krakowski arcybiskup Adam Stefan Sapieha. Karolina Lanckorońska wspomina w związku z rozpoczętą w sierpniu 1940 r. bitwą o Anglię:
Pamiętam 15 sierpnia mszę pontyfikalną, którą w kościele mariackim odprawił książę metropolita Sapieha. Wszyscy zrozumieliśmy: w rocznicę cudu nad Wisłą arcypasterz modli się o cud nad Tamizą. Kraków był na kolanach. Gdy Sapieha wychodził z kościoła, został przyjęty huczną owacją przez oczekujące go tłumy, które się w kościele zmieścić nie mogły[7].
Półkonspiracyjnie i konspiracyjnie w GG kontynuowano kształcenie kleryków. Taka była np. droga Karola Wojtyły, który w 1942 r. postanowił studiować teologię i wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, pracując nadal w fabryce sody kaustycznej Solvay. W 1944 r. zamieszkał w pałacu metropolity w Krakowie przy ul. Franciszkańskiej 3 i jesienią tego roku otrzymał z rąk arcybiskupa Sapiehy niższe święcenia kapłańskie.
W GG władze niemieckie pozwoliły istnieć zakonom. Często właśnie zakonnicy pełnili posługę duszpasterską tam, gdzie nie docierało duchowieństwo diecezjalne: głosili rekolekcje, nauczali religii, świadczyli posługę sakramentalną, towarzyszyli wywożonym do Rzeszy do przymusowej pracy. Znane są przypadki m.in. salezjanów i pallotynów, którzy z własnej woli potajemnie dołączali do transportów przeznaczonych na wywózkę, żeby wspierać duchowo wysyłanych na przymusowe roboty.
W kościołach na terenie GG zakazano wszelkich przejawów polskości, w tym celebrowania uroczystości o charakterze narodowym i śpiewania niektórych pieśni religijnych. Uroczyste odpusty mogły się odbywać tylko w niedziele. Zabroniono też organizowania procesji poza zabudowaniami kościelnymi. Kontrolowano treść wygłaszanych kazań. W kwietniu 1940 r. został aresztowany, a następnie wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau i tam uśmiercony zastrzykiem jeden z jasnogórskich paulinów, Romuald Kłaczyński. Była to kara za kazanie, podczas którego powiedział, że trzeba odrodzić się w duchu, aby doprowadzić do powstania Polski.
Duchowni nie mogli organizować tradycyjnej wizyty duszpasterskiej, czyli kolędy, ani święcić pokarmów w Wielką Sobotę. W szkołach powszechnych i zawodowych pozwalano w zasadzie na nauczanie religii. Dozwolone było także przygotowanie w kościołach do I komunii św.
Zdarzało się, że podczas uroczystości religijnych Niemcy urządzali łapanki. Schwytanych w nich ludzi wywożono do Rzeszy na roboty przymusowe lub nawet do obozów koncentracyjnych. Podobne niebezpieczeństwo groziło wiernym zgromadzonym np. na naukach rekolekcyjnych. Możliwość udziału w wieczornych nabożeństwach ograniczała godzina policyjna. Utrudnienia te prowokowały wiernych do urządzania podwórkowych kapliczek i ołtarzyków, przy których gromadzili się mieszkańcy domu na wspólną modlitwę. W Warszawie niektóre kapliczki istniały od początku okupacji; najwięcej powstało ich jednak w sierpniu 1944 r. "Nie ma dziś prawie domu w Warszawie bez urządzonego przez mieszkańców ołtarza" - donosiła prasa powstańcza. Większość podwórkowych kapliczek uległa zniszczeniu, przetrwało ich około 860 po obydwu stronach Wisły. Jeszcze popularniejsze były takie właśnie "podwórkowe" czy "domowe" formy kultu na terenach włączonych do Rzeszy.
W 1941 r. w GG rozwiązano istniejące dotychczas związki religijne (adwentystów, baptystów, mariawitów i in.), natomiast parafie luterańskie i reformowane dzielono na dwie części: polską i niemiecką. W bardzo trudnej sytuacji znaleźli się polscy ewangelicy, których zmuszano do podpisywania Volkslisty. Ci, którzy mieli odwagę odmówić, ryzykowali życiem. Duchowni obydwu Kościołów ewangelickich, często noszący niemieckie nazwiska, deklarowali swą polskość i ponosili śmierć jako zdrajcy narodu niemieckiego. Jako przykład może służyć biskup luterański Juliusz Bursche. W październiku 1939 r. został on aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, gdzie zginął, konsekwentnie utrzymując, że jest Polakiem, i odmawiając podpisania Volkslisty.
Pod okupacją radziecką
We wrześniu 1939 r. ponad 13 mln obywateli Polski znalazło się pod okupacją radziecką. Ponieważ 17 września wypadł w niedzielę, wielu mieszkańców Kresów Wschodnich o agresji ze strony ZSRR dowiadywało się w kościołach. Zaraz po zajęciu polskich ziem przez Armię Czerwoną z klas szkolnych i budynków publicznych usunięto krzyże i godła Polski. Celem okupantów była szybka i skuteczna sowietyzacja. Kościół był zatem naturalnym wrogiem nie tylko jako obrońca idei narodowych i tradycji patriotyczno-niepodległościowych, ale również jako instytucja przeciwstawiająca się prawnie obowiązującemu w komunistycznej Rosji ateizmowi.
Po włączeniu do ZSRR nieco ponad połowy terenów Rzeczpospolitej (de iure dokonało się to w październiku 1939 r. po bezprawnych wyborach do zgromadzeń ludowych Białoruskiej i Ukraińskiej Socjalistycznych Republik Radzieckich), zaczął obowiązywać na nich radziecki system prawny. Dotyczyło to również religii i stosunku państwa do Kościoła. Na ziemiach polskich włączonych do Związku Radzieckiego zaczęły zatem obowiązywać dekrety z 5 lutego 1918 r.: O oddzieleniu państwa od Kościoła i O oddzieleniu Kościoła od szkoły. Zakazano nauczania religii dzieci i młodzieży do lat 18 oraz odmawiania modlitwy przed lekcjami. Przestrzegania tego zakazu pilnowano, inwigilując nauczycieli i uczniów, a jego złamanie groziło karą kilku lat łagru. Mimo to w różnych miejscach nawet najmłodsze dzieci z własnej inicjatywy kontynuowały zwyczaj rozpoczynania i kończenia zajęć szkolnych pacierzem. Dziewięcioletni uczeń wyjaśniał nauczycielce: "Proszę pani, my wiemy, że nie pozwolono pani modlić się z nami, że pani może pójść za to do więzienia, to my już sami przed lekcjami i po lekcjach odmawiamy modlitwę"[8]. W gimnazjum w Trembowli młodzież powiesiła krzyż w sali między portretami Stalina i Woroszyłowa, a pod nim napis: "Znów wisisz, Panie, między dwoma łotrami". W innym miejscu na krzyżu umieszczonym między portretami Stalina i Mołotowa dodano napis: "Jezu, ukrzyżowany między łotrami, zmiłuj się nad nami"[9].
Okupanci próbowali też - bezskutecznie - wprowadzić w szkołach wolną sobotę zamiast niedzieli. Dzieci jednak mimo presji nie przychodziły na lekcje w niedziele i święta. Równocześnie różnymi sposobami naciskano na rodziców, aby nie posyłali dzieci do kościoła. Na rozmaite formy oporu władze odpowiadały aresztowaniami nie tylko uczniów, ale również rodziców i nauczycieli.
Władze radzieckie wysłały na ziemie polskie włączone do ZSRR liczną grupę wyspecjalizowanych agitatorów, którzy próbowali sączyć propagandę antyreligijną i antypolską poprzez lekcje w szkole, obowiązkowe zebrania w zakładach pracy, broszury czy pogadanki nadawane przez głośniki. Przeprowadzali oni wśród dzieci m.in. na Białostocczyźnie naiwny eksperyment, mający "naukowo" udowodnić, że Bóg nie istnieje. Kazali dzieciom prosić Boga, żeby zesłał natychmiast cukierki, a gdy nic z tego nie wynikało, kazali głośno prosić o cukierki "dobrego ojczulka" Stalina. Efekt, jak łatwo się domyślić, był natychmiastowy: cukierki spadały "z nieba".
Karolina Lanckorońska wspomina, że po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa:
Dużą ilość godzin poświęcono na naukę języka ukraińskiego [...]. Polski został zredukowany do czytania i pisania, nauka religii skasowana. Na jej miejscu urządzano pogadanki o raju sowieckim, o dobroci batki Stalina, najlepszego opiekuna, o okrucieństwach panów polskich i o prześladowaniu robotnika[10].
W pierwszych miesiącach okupacji nowa władza, obawiając się masowego oporu ludności, próbowała nawet w niektórych miejscowościach tymczasowych układów z Kościołem katolickim. W Lubczu nad Niemnem na początku października 1939 r. do przełożonej tamtejszej wspólnoty szarych urszulanek przyszedł wysłannik z gminy, który zajął miejsce dawnego wójta i tytułowany był komisarzem. Zaproponował on, żeby trzy siostry pozostały na miejscu i po otwarciu białoruskiego gimnazjum podjęły w nim pracę.
Różnymi sposobami usiłował wywrzeć na mnie presję - pisze s. Monika Alexandrowicz. - Obiecywał zarówno wszelką pomoc pieniężną, jak i opiekę władz bolszewickich, jeżeli tylko zgodzimy się na współpracę z nimi. Oczywiście, kategorycznie odmówiłam. Komisarz nie dawał za wygraną - widać było, że chce nas użyć do jakichś ukrytych celów [...]. Okazało się, że przeczucia mnie nie myliły. Komisarz zupełnie wyraźnie mi to powiedział: "Chcemy, żebyście z nami pracowały, bo wiemy, jak was tu ludzie szanują. Widzieliśmy waszą pracę przez te lata i rezultaty tej pracy. [...] Jeżeli was ruszymy - wszyscy będą przeciwko nam. Jeżeli z nami zostaniecie, to ludzie będą i dla nas życzliwi, a nam na tym bardzo zależy"[11].
Zajęcie Kresów Wschodnich przez okupantów radzieckich było szokiem dla tamtejszej ludności, która bardzo szybko dostrzegła przepaść kulturową i cywilizacyjną, dzielącą najeźdźców z ZSRR i dotychczasowych mieszkańców tych ziem. Naiwna propaganda radziecka nie mogła więc być skuteczna, a ludność, przede wszystkim inteligencja, coraz liczniej garnęła się do Kościoła. Rosnące zapotrzebowanie na hostie świadczyło o coraz większej liczbie przystępujących do komunii świętej. Mimo lęku przed konfidentami, współpracującymi z nową władzą z pobudek ideologicznych lub nacjonalistycznych, młodzież garnęła się też do literatury, historii i religii.
[...] Dzieci w latach wojennych kształcone - wspomina Karolina Lanckorońska - niewątpliwie o tych rzeczach wiedziały znacznie więcej niż poprzednicy. Uczono się w domu przedmiotów zakazanych z namiętnością dawniej nie widzianą, Polska i religia zlały się w młodzieńczych umysłach w jedną nierozerwalną całość, zgodnie z tradycją, a wylana za te ideały ofiara krwi młodzieży szkolnej była również zgodna z tradycją[12].
W innych relacjach pojawiają się porównania pokolenia nauczanego konspiracyjnie w latach wojny do wileńskich filomatów.
Masowe zsyłki Polaków dotykały wszystkich niemal grup społecznych. Deportowano na wschód całe rodziny. Ten rodzaj prześladowań objął co najmniej kilkaset tysięcy Polaków. Do dziś trwają próby dokładniejszego obliczenia strat. Po wielu aresztowanych ginął wszelki ślad. Prawdopodobnie nigdy nie uda się policzyć polskich dzieci, odebranych rodzicom i poddanych rusyfikacji w domach dziecka. Raporty z wywózek i wspomnienia deportowanych - to apokaliptyczne obrazy, wstrząsające bezmiarem udręki, cierpienia i śmierci, zmęczenia, głodu. Zabierani nocą, z zaskoczenia, mający od kwadransa do najwyżej godziny na spakowanie się, trzymani i przewożeni w trzaskającym mrozie lub - bez wody - w przeraźliwym upale, w religii znajdowali siłę do przetrwania.
Pierwsza masowa wywózka ze Lwowa nastąpiła w lutym 1940 r. Na dworcach ustawiono długie rzędy wagonów bydlęcych, zapełnianych polskimi rodzinami. Wspomnienia wywożonych i świadków deportacji zgodnie potwierdzają, że z wagonów rozlegał się śpiew pieśni patriotycznych i religijnych. Najczęściej śpiewano Gorzkie żale, był to bowiem Wielki Post. A gdy pociągi ruszyły na wschód, "zawsze, bez wyjątku - pisze Lanckorońska - w tej chwili najstraszniejszej rozbrzmiewał śpiew zawsze ten sam, a raczej zawsze te same dwie pieśni: Rota lub Boże, coś Polskę..."[13].
Na Wielkanoc 1940 r. płacz towarzyszył ludziom w kościele podczas intonowania pieśni Wesoły nam dzień dziś nastał. Również w Ostaszkowie, w radzieckim obozie dla polskich oficerów - zamordowanych wkrótce potem w Miednoje - w niedzielę wielkanocną 24 marca 1940 r. śpiewano tę pieśń. Franciszek Bator, ocalały jeniec Ostaszkowa, zanotował w pamiętniku:
Gorycz nam serca zalewa [...], ale śpiewamy, łkając. To zaprzeczenie słowom pieśni. Jednak otrząsamy się trochę. Wiara w słowa pieśni bierze górę: zmartwychwstał Chrystus - zmartwychwstanie Polska. [...] Mróz 20 stopni. Wygnali nas do roboty[14].
Popularną wszędzie modlitwą o wyzwolenie były słowa pieśni: Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud, słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud. Przemień, o Jezu, smutny ten czas, o Jezu, pociesz nas.
Ludzką bezsilność i rozpacz potęgowały wywózki w głąb ZSRR, masowe aresztowania i mordy, bezprawie, grabieże i brak żywności. Władze okupacyjne starały się jak najszybciej doprowadzić społeczeństwo do nędzy, czemu służyły nieustanne rekwizycje, konfiskaty i różnego rodzaju obowiązkowe świadczenia, zwłaszcza na rzecz wojska. Upaństwowiono banki, kopalnie, fabryki i zakłady przemysłowe, wywłaszczono majątki ziemskie. Masowo wywożono w głąb Związku Radzieckiego skonfiskowane mienie państwowe i prywatne: od lokomotyw, samochodów, różnych maszyn i urządzeń aż do żywego inwentarza. Miasta stały się biedne i brudne. Opustoszały sklepy, codziennością stały się długie kolejki, w których trzeba było godzinami stać po podstawowe produkty. Zmuszanie ludzi do nieustannej walki o chleb miało na celu odebranie im chęci i czasu do organizowania oporu. Władze radzieckie rozumiały doskonale, że łatwiej jest zniewolić ludzi odciętych od tradycji i od kultury narodowej. Stąd konsekwentna polityka brutalnego niszczenia wszelkich śladów przeszłości. W głąb ZSRR wywieziono zbiory muzealne i archiwalne, zarówno państwowe, jak i prywatne. Wiele dóbr kultury celowo niszczono. Spalono m.in. archiwum rzymskokatolickiej kurii metropolitalnej we Lwowie.
Karolina Lanckorońska zauważała różnicę między okupacjami radziecką i niemiecką. Gdy Lwów przeszedł z rąk radzieckich w niemieckie, "przysłowiowy temperament tego miasta dziwnie opadł", "panowanie wschodnie pozostawiło po sobie głęboki ślad - przygnębienie straszliwe". Wpływ na to miała zapewne m.in. świadomość, że wśród Polaków byli też sympatycy ideologii komunistycznej, czasem ludzie nawet porządni, lecz zdumiewająco naiwni, którzy nie przeciwstawiali się okupantom ze wschodu na początku, a potem nie mieli już odwrotu. Wśród aresztowanych było zresztą coraz więcej także polskich komunistów i osób, które wcześniej entuzjastycznie witały wkraczające oddziały Armii Czerwonej. Poza tym władza radziecka umiejętnie podsycała antagonizmy narodowościowe: polsko-litewskie, polsko-białoruskie i zwłaszcza polsko-ukraińskie.
Okupacja niemiecka działała bardziej jednocząco i mobilizująco na społeczeństwo.
Powstało coś - pisała Lanckorońska - co porównać można do ekstazy masowej, która oczywiście wzrastała w miarę, jak rosło u każdego z nas poczucie bliskości śmierci za to tylko, że był właśnie Polakiem. Walka jednak szła nie tylko o życie narodu, ale po prostu o wszystko, dla czego żyć warto, o wszystkie ideały każdego z nas. Szło o chrześcijaństwo, o prawa jednostki, o godność człowieka. Nieraz dziękowaliśmy Bogu za to jedno, że giniemy w obronie wszystkich najwyższych wartości ludzkości. Na podstawie tej świadomości powstała atmosfera, która często przypominała to, co wiemy o nastroju wojen krzyżowych[15].
Pod koniec 1939 r. na Uniwersytecie Lwowskim zlikwidowano Wydział Teologiczny, konfiskując równocześnie wyposażenie jego pracowni i biblioteki. Kościoły nie zostały od razu zamknięte, ale obłożono je wysokimi podatkami, przekraczającymi możliwości finansowe parafii, tak aby formalną przyczyną zamknięcia świątyni mogło stać się niepłacenie podatków przez parafię, a nie prowadzone przez władze radzieckie prześladowanie religii. Nie wszędzie się to okupantom udawało.
W czysto polskiej wsi Chłopy pod Komarnem - pisze Karolina Lanckorońska o okolicach Lwowa - wystawiliśmy właśnie nowy, duży kościół, gdy wybuchła wojna. Władze sowieckie nałożyły zań olbrzymi podatek na wieś, która w okresie wojennym dużo zarabiała i podatek natychmiast zapłaciła. Nie dość na tym. Chłopi na wyścigi pracowali nad wykończeniem kościoła i kupowali urządzenie wewnętrzne"[16]. Podobno nawet niektórzy bolszewicy "wcześnie rano, gdy jeszcze było ciemno, wsuwali się cichutko do konfesjonałów, a po spowiedzi przystępowali do Stołu Pańskiego[17].
W początkowej fazie okupacji nie było zorganizowanej akcji wymierzonej przeciwko duchowieństwu, bywały jednak pojedyncze, drastyczne przypadki gwałtów i mordów na księżach. Szybko jednak duchownych pozbawiono źródeł utrzymania i objęto ścisłą inwigilacją, podobnie jak organistów, kościelnych i inne osoby zatrudniane przez parafie. Wszystkim księżom NKWD założyło teczki personalne. Aby utrudnić duchownym odprawianie mszy świętych, podczas rewizji konfiskowano wino mszalne. Wśród wiernych rozpuszczano wiadomość, że księżom trzeba zabrać alkohol, żeby się nie upijali. Wyśmiewano księży i zakonnice, wyszydzano chodzenie do kościołów, wiarę w "zabobony religijne".
Najbardziej ucierpiały świątynie - profanowane lub niszczone - w prawie kilometrowej szerokości pasie granicznym, oddzielającym tereny zajęte przez Niemców od ziem zagarniętych przez ZSRR. Na przykład w Drohiczynie nad Bugiem kościół Świętej Trójcy zamieniono w stajnię, kościół Sióstr Benedyktynek w latrynę wojskową, a pofranciszkański - w śmietnik. W wielu miejscach niszczono przydrożne krzyże i kapliczki.
W ramach nacjonalizacji odebrano Kościołowi majątki ziemskie i zamieniono je w kołchozy. Zamknięto instytucje kościelne: zakłady opiekuńczo-wychowawcze i charytatywne, szkoły katolickie, seminaria duchowne, wydawnictwa czy stowarzyszenia kościelne. Skonfiskowano ich siedziby i inne zabudowania kościelne. Upaństwowiono również mieszkania duchowieństwa, zwiększając równocześnie opłaty za ich użytkowanie. Działania duszpasterskie mogły być organizowane wyłącznie w obrębie murów kościoła.
Zebrane z różnych miejsc świadectwa potwierdzają, że ludność rzymskokatolicka nie brała udziału w rabunkach dworów czy plebanii, lecz przeciwnie, starała się w miarę możliwości ukrywać i przechowywać rzeczy należące do właścicieli majątków, księży, inteligencji, żeby je potem zwrócić właścicielom. Wierni zaopatrywali też swoich pozbawionych środków do życia duszpasterzy w żywność, wspierali ich finansowo, w różny sposób dawali dowody wiary i przywiązania do tradycji religijnych. Z kolei księży ekstremalne warunki mobilizowały do tym gorliwszego pełnienia obowiązków, wygłaszania odważnych kazań, podtrzymywania ducha chrześcijańskiego i polskości. Duchowieństwo szybko włączyło się w konspirację, w tworzące się struktury SZP-ZWZ-AK. Nierzadko właśnie księża bywali organizatorami siatki konspiracyjnej w małych miejscowościach i wioskach.
Kolejnym krokiem okupantów były masowe aresztowania wśród duchownych oraz likwidacja klasztorów. Pretekstem do aresztowań i zsyłek lub nawet wyroków śmierci były różne formy konspiracji antyradzieckiej, ale też publiczne krytykowanie nowej władzy, odmowa współpracy z NKWD i inne prawdziwe lub wymyślone przyczyny. Prezydium Rady Najwyższej ZSRR nadało wszystkim mieszkańcom wcielonych ziem obywatelstwo radzieckie. Z powodu odmowy przyjęcia tego obywatelstwa podczas pierwszej okupacji ukarano deportacją na Syberię około 30 sióstr zakonnych z województwa wileńskiego.
Zakonnice w większości wypadków zmuszono do zdjęcia habitów i założenia świeckich ubrań. Pierwsze surowe represje dotknęły sióstr szarytek, które prowadziły wiele zakładów opiekuńczych dla starców i sierot, a na ich utrzymanie posiadały znaczne majątki. Szarytkom odebrano folwarki, a wszystkie instytucje opiekuńczo-wychowawcze prowadzone przez nie oddano pod zarząd komunistów. Wkrótce ten sam los spotkał inne zgromadzenia zakonne.
Miejscowa ludność nierzadko stawała w obronie księży i zakonników usuwanych z zajmowanych obiektów. W październiku 1939 r. w Czortkowie rozeszły się pogłoski, że Rosjanie chcą wyrzucić dominikanów z ich klasztoru i przeprowadzić zamach na kościół. Pod świątynią pojawił się tłum ludzi. Dzięki interwencji mieszkańców Czortkowa dominikanie zostali usunięci tylko z części klasztoru. W tym samym miesiącu w Białymstoku w niedzielę rano nakazano siostrom szarytkom opuszczenie budynku, w którym od 20 lat prowadziły ochronkę dla dziewcząt. Na znak protestu kilka wychowanek ośrodka wyskoczyło z okna na pierwszym piętrze i poważnie się poraniło. W tym czasie wierni wychodzący z kościoła św. Marcina otoczyli budynek ochronki. Rozpoczęły się burzliwe protesty, których nie były w stanie spacyfikować interweniujące oddziały milicji i NKWD. Siostry powróciły do budynku ochronki i kontynuowały opiekę nad sierotami.
W Lubczu nad Niemnem do urszulanek przyszedł krótko po 17 września 1939 r. nieznany siostrom człowiek i oświadczył, że każdej nocy wokół domu zakonnego będzie chodzić dwuosobowa warta, której zadaniem będzie strzec siostry przed ewentualnymi ekscesami. "I dobrze się stało - wspominają siostry - bo byłyśmy bardzo osamotnione w tym czasie, wielu ludzi uciekło, miasteczko się wyludniło, Polaków zostało już bardzo niewielu, mogły się więc zdarzać rabunki"[18]. W tym samym Lubczu urszulanki doświadczały wielokrotnie pomocy od miejscowych Żydów. Gdy radzieccy żołnierze zarekwirowali siostrom konia, urszulanki zrozumiały, że lepiej będzie wyzbyć się żywego inwentarza, i tak narażonego na stratę. Wówczas Żydzi zaproponowali, że za krowy zapłacą siostrom złotem, które w czasie wojny jest pewniejszą walutą niż obiegowe pieniądze. Inni mieszkańcy miasteczka zaoferowali pomoc przy likwidacji trzody chlewnej: sami dokonali całej pracy przy uboju i przerobie mięsa, i nie chcieli wziąć za to żadnej zapłaty - ani w naturze, ani w pieniądzach. Ponieważ urszulanki spodziewały się eksmisji, Żydzi przygotowali zamaskowany lokal, w którym trzy siostry mogłyby się ukryć w razie niebezpieczeństwa. Urządzili też zakonnicom konspiracyjne mieszkanie w Nowogródku. Siostry z niego już jednak nie skorzystały. Zdecydowały się bowiem na ewakuację placówki pod Wilno.
Konfiskowane kolejno obiekty kultu i ośrodki o charakterze religijnym radzieccy okupanci często zamieniali celowo w instytucje o przeznaczeniu nierzadko odmiennym od dotychczasowego. Kaplicę uniwersytecką we Lwowie zamieniono w salę wykładową im. Stalina, w seminarium duchownym i w budynku parafialnym przy kościele św. Mikołaja próbowano otworzyć dom publiczny, a pałac arcybiskupi zamieniono na koszary. W kościołach urządzano magazyny, kina lub kluby Związku Wojujących Bezbożników.
Na Wileńszczyźnie polski Kościół wiele wycierpiał od zmieniających się prześladowców: najpierw okupantów radzieckich, potem Litwinów, następnie okupantów niemieckich i znów, od roku 1944, władzy radziecko-litewskiej. Po objęciu rządów przez Litwinów zaczęły się wywózki polskich dzieci z prowadzonych przez zakony sierocińców. Pierwszym sposobem uchronienia sierot przed wywiezieniem było znalezienie im rodzin zastępczych. Uczyniły tak urszulanki, które w Czarnym Borze pod Wilnem miały pod opieką 90 dzieci.
Akcja zorganizowana była w ten sposób, że każdemu dziecku przydzielono adres rodziny, u której miało się schronić, a każda rodzina znała imiona i nazwiska dzieci, które miały do niej przybyć w razie niebezpieczeństwa deportacji. Niebezpieczeństwo było realne:
Już wkrótce zjawiła się u nas Litwinka z żądaniem, aby wszystkie dzieci jej oddać. Siostra przełożona nie zgodziła się na to. Na razie dano nam spokój, ale sytuacja była krytyczna: byłyśmy pozbawione środków do życia, znikąd żadnej pomocy finansowej, a wydatki na tak wielką ilość osób były duże[19].
Po kilku miesiącach przydzielono siostrom "komisarza", który miał kierować sierocińcem. "Komisarz" sprowadził własny personel administracyjny i gospodarczy. Siostry musiały zaś opuścić teren ośrodka. Chodziło nie tylko o uniemożliwienie zakonnicom wychowywania polskich dzieci w duchu patriotycznym. Celem ataku stawała się sama religia. Przedstawiciel władzy litewskiej zażądał od urszulanek, żeby zabroniły okolicznym mieszkańcom przychodzenia do ich kaplicy. Siostry odmówiły, motywując odmowę m.in. faktem, że kaplica nie jest ich wyłączną własnością, ponieważ właśnie miejscowi wierni pomogli ją zbudować swoimi ofiarami. Gdy polska ludność dowiedziała się, że władze litewskie chcą uniemożliwić im korzystanie z kaplicy urszulanek, na znak protestu zaczęła tłumnie przychodzić na odprawiane tam nabożeństwa. Tłok panował nie tylko w kaplicy, ale również wokół niej. Wówczas władze litewskie zabrały siostrom dom łącznie z kaplicą, choć kaplicy nie odważono się jeszcze zamknąć.
W czerwcu i lipcu 1941 r. Rosjanie, wycofując się z Kresów Wschodnich przed nacierającymi Niemcami, wymordowali osadzonych w więzieniach we Lwowie, Łucku, Mińsku, Oszmianie, Tarnopolu, Wilejce, Złoczowie i innych miejscowościach. Niemcy w celach propagandowych pozwolili Polakom zwiedzać lwowskie Brygidki w takim stanie, w jakim je zastali po zdobyciu Lwowa. Zwłoki więźniów były tak okrutnie okaleczone, że wielu ludzi nie mogło rozpoznać swoich bliskich. Śmierć w lwowskim więzieniu poniosło wówczas także wielu duchownych. "Byli tam - pisze Karolina Lanckorońska - i księża ukrzyżowani na ścianie, jeden z różańcem przeciągniętym przez obydwie jamy oczne, i drugi z krzyżem znaczonym gwoździami wbitymi do piersi, i innych bardzo wielu"[20]. Nie oszczędzono również zakonników. W Czortkowie rozstrzelanych zostało wtedy ośmiu dominikanów. Spośród kilku tysięcy więźniów, zmasakrowanych na rozkaz NKWD na dziedzińcu więzienia w Łucku, udało się przeżyć księdzu Władysławowi Bukowińskiemu, który, leżąc pod ostrzałem na dziedzińcu więziennym, udzielał rozgrzeszenia swoim sąsiadom. Aresztowany powtórnie przez NKWD w styczniu 1945 r., odbył karę 10 lat łagru. Nie skorzystał w 1955 r. z możliwości powrotu do Polski, przeżył resztę życia jako nieustannie prześladowany, lecz niezłomny duszpasterz w Kazachstanie i całej sowieckiej Azji Środkowej.
Szacuje się, że w latach 1939-1941 i 1944-1945, tzn. podczas pierwszej i drugiej okupacji radzieckiej, na wschodnich terenach Rzeczpospolitej zamordowanych zostało około 130 księży, około 140 kapłanów zaginęło po aresztowaniu lub zmarło w wyniku represji. Około 10 księży podjęło heroiczną decyzję pozostania w ZSRR w celu otoczenia opieką duszpasterską osamotnionych katolików.
Za zgodą arcybiskupa lwowskiego Bolesława Twardowskiego do odjeżdżających na wschód z deportowanymi Polakami wagonów starali się dołączyć księża, chcący towarzyszyć zesłańcom. Jedynym ich wyposażeniem do posługi duszpasterskiej bywał mały kieliszek i niewielka książeczka z przepisanymi malutkimi literami tekstami stałymi mszy świętej. Jednym z takich kilku bohaterskich kapłanów był ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który w 1940 r. dobrowolnie wyjechał z transportem Polaków z Małopolski Wschodniej zesłanych w głąb ZSRR. Przebywał najpierw w obozie pracy w Republice Maryjskiej (Maryjska Autonomiczna Socjalistyczna Republika Radziecka), następnie pełnił obowiązki duszpasterskie wśród ludności wywiezionej do Kazachstanu. Mszę świętą celebrował, ukrywając się w zaroślach. Po odzyskaniu wolności na mocy układu Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 r. dotarł do formującej się Armii Polskiej pod dowództwem gen. Władysława Andersa i został skierowany do Kazachstanu, gdzie roztoczył opiekę duszpasterską nad tamtejszymi Polakami. Nie opuścił ich, kiedy oddziały Andersa odeszły na Bliski Wschód. Aresztowany przez NKWD w lutym 1943 r. za odmowę przyjęcia obywatelstwa radzieckiego, spędził cztery miesiące w więzieniu. Od kwietnia 1944 r. był kapelanem 4. Dywizji Piechoty wchodzącej w skład I Armii Wojska Polskiego, z którą wrócił do Polski i z której został usunięty w listopadzie tego samego roku.
Około 60 księży, aresztowanych i deportowanych w głąb ZSRR lub zesłanych do łagrów, doczekało układu polsko-radzieckiego z lipca 1941 r. i będącej jego wynikiem "amnestii" i dołączyło do armii Andersa. Rząd gen. Władysława Sikorskiego, podpisując układ z ZSRR, chciał zadbać nie tylko o uwolnienie setek tysięcy więźniów i utworzenie polskiej armii, ale także o prawo do opieki duszpasterskiej dla obywateli polskich w ZSRR. Chodziło m.in. o możliwość tworzenia związków religijnych, udostępnienie im obiektów, w których mogłyby odbywać się nabożeństwa, uwolnienie z więzień i obozów księży katolickich, którzy nie tylko odprawialiby mszę świętą i udzielali sakramentów, ale także uczyli w polskich szkołach i ochronkach, odwiedzali chorych w szpitalach, rozdawali wydawnictwa religijne. Niestety, władze radzieckie nie tylko nie uwzględniły tych propozycji, ale nawet nie dotrzymywały warunków określonych w podpisanej z rządem polskim umowie. Mimo ogłoszonej "amnestii" nadal przetrzymywano w łagrach i więzieniach tysiące Polaków.
Korzystając z chwilowego ocieplenia stosunków politycznych między Polską a ZSRR, podjęto dzieło pozbierania na terenie ZSRR, wyleczenia, dożywienia i wykształcenia tysięcy polskich dzieci. Około 20 tys. z nich, dzięki pomocy rządu polskiego - a zwłaszcza Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oraz Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej - udało się wywieźć z ZSRR i stworzyć im warunki do życia i do nauki w innych krajach.
Zofia Kuczyńska, szara urszulanka, zaczęła organizować polski dom dziecka w obozie, a właściwie w kołchozie "Inkłap". Powstała tam również polska szkoła. Siostra Kuczyńska tak opisywała te wydarzenia:
Dzieci zaczęły się uczyć z radością, ale trudno było dostać polskie książki, tak samo i zeszyty. Pisały na różnych skrawkach papieru lub gazet. Dostałam też skądś jakiś stary atlas geograficzny, który się bardzo przydał. W naszej szkole nie było osobnej sali na klasę. Dzieci uczyły się w tym samym pokoju, w którym spały. [...] Najprzyjemniejsze były wieczory. Siedziałyśmy z dziećmi i śpiewałyśmy nasze polskie pieśni. Uczyłyśmy ich krakowiaka, trojaka i kujawiaka. Czasem urządzałyśmy małe przedstawienie. Niektóre dzieci były bardzo zdolne i bystre. Uczyły się wszystkiego w lot. Najgorzej było z rosyjskim. Pani Drozdowicz nieraz ze łzami w oczach wychodziła z lekcji. Dzieci absolutnie nie chciały się uczyć tego języka. Przekręcały naumyślnie wyrazy, wybuchały śmiechem, robiły rozmaite figle[21].
Dwie inne szare urszulanki, Monika Alexandrowicz i Imelda Tobolska, zwolnione z łagru w styczniu 1942 r., przez Czelabińsk dotarły do Taszkientu i do Jangi-Jul, gdzie kwaterował sztab Armii Polskiej. Przydzielone zostały najpierw do pomocy w szpitalu w Guzarze, pełnym wycieńczonych polskich dzieci pozbieranych po drodze przez napływających do obozu żołnierzy. Stamtąd siostry trafiły do obozu w Pahlewi (w Persji), a potem do Teheranu, później przejechały z grupą dzieci do Isfahanu (nazywanego "miastem polskich dzieci"). Następnie w październiku 1944 r. popłynęły z grupą prawie 800 swych wychowanków do Nowej Zelandii - najdalszego zakątku świata, gdzie dotarły polskie dzieci i młodzież po ewakuacji z Rosji. Inne grupy udały się do Indii, Afryki Wschodniej i Meksyku. W ewakuacji pomagały m.in. siostry nazaretanki; pomagali też zakonnicy: salezjanie, jezuici, misjonarze św. Wincentego a Paulo i inni. W 2007 r. w Taszkiencie, w kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego, odsłonięta została tablica pamiątkowa w kształcie orła w cierniowej koronie, na którego rozwiniętych skrzydłach widnieje napis w języku polskim i uzbeckim: "Panu Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu i Matce Najświętszej z wdzięcznością za cud ocalenia z domu niewoli - uratowane przez Armię generała W. Andersa dzieci z polskich rodzin deportowanych w latach 1940-1941 w głąb ZSRR".
W 1942 r. z wizytą duszpasterską w Uzbekistanie przebywał biskup polowy Gawlina. W marcu wizytował obozy polskich uchodźców, ewakuowanych z ZSRR do Iranu, a w kwietniu jako pierwszy biskup katolicki oficjalnie został wpuszczony do Związku Radzieckiego, gdzie odbył trzymiesięczną wizytację oddziałów Armii Polskiej gen. Władysława Andersa w Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgizji i Kazachstanie. W czasie wizytacji Gawlina udzielił sakramentu bierzmowania grupie około 5,5 tys. żołnierzy i uchodźców cywilnych oraz święceń kapłańskich trzem diakonom, którzy później pełnili posługę kapelanów wojskowych.