W łożnicach królów - Juliette Benzoni

-
Proszę czekać

 

 

Po bogach, półbogach, prawie bogach lub kopiach mniej czy bardziej zbliżonych do wizerunku prawdziwego Boga oto królowie, pomazańcy Boga, wyposażeni przez niego we władzę i obowiązki, które stawiają ich tak wysoko nad ogółem, że najdrobniejszy ich gest dokonuje się pod nadzorem mniej czy bardziej życzliwym, mniej czy bardziej szczerym setek spojrzeń. Oto książęta, ich następcy i wielmoże, którym również towarzyszy niedyskrecja publiczna.

Bo życie królów w rzeczywistości toczy się publicznie, pozbawione zazwyczaj intymności. Wprawdzie nie widywało się wówczas aparatów fotograficznych w apartamentach królewskich - w gruncie rzeczy chwała Bogu, gdyż inaczej fototeki pełne byłyby cennej dokumentacji dotyczącej królewskiego sposobu, w jakim Ludwik XIV zasiadał na swym krześle z dziurą - ale zawsze znajdował się jeden albo wielu świadków, jakiś zagraniczny ambasador (Wenecjanie byli szczególnie zręczni w tych sprawach), dworzanin czy zwykły służący, który był zdolny odtworzyć, z korespondencji lub z pamięci, najbardziej intymne chwile królewskiego życia. Oczywiście, poza śmiercią, największe zaciekawienie budziły śluby, a zwłaszcza noce poślubne, gdzie obowiązywał specjalny ceremoniał, który niektórzy, a przede wszystkim niektóre ocenią jako barbarzyński lub co najmniej krępujący...

Dzięki tym niedyskrecjom książęce alkowy są otwarte na wszystkie strony. Można, jak demon Asmodeusz, książę ciekawskich, podnieść ten czy inny baldachim nad koronowanym łożem i stwierdzić, że działo się tam często mnóstwo dziwnych rzeczy... W rzeczywistości bowiem wybór partnera czy partnerki nie wchodzi w zakres królewskich praw, co sprawia, że wszystkie te noce poślubne mają różny koloryt, zależnie od stanu duszy uczestników. Niektórzy poddają się próbie z rezygnacją, podczas gdy inni okazują jawną niechęć. I nawet jeżeli tu czy tam można znaleźć prawdziwy lub udawany entuzjazm, spotykamy też wiele naprawdę dramatycznych nocy będących początkiem katastrofy.

Królowa Neapolu Maria Karolina, siostra Marii Antoniny, miała dużo racji, gdy wzdychała: "Nas, córy tronu, wrzuca się na głęboką wodę...". Mogłaby jeszcze dodać: "Bez względu na to, czy umiemy pływać, czy nie...". Dokąd niebezpieczna fala niosła te niewiniątka? Do szczęśliwej wyspy czy na skrawek opustoszałego kamienistego wybrzeża, które mogło zostać zalane przez pierwszą wielką falę?

Czasami lepiej było mieć małżonka opornego niż małżonka zrezygnowanego, który wysoko kazał sobie płacić za poświęcenia wymagane przez rację stanu. Dwoje zrezygnowanych mogło się czasami porozumieć, ale najczęściej gorzej niż dwoje zbuntowanych. Dramat rodził się często z szału lub rozpaczy.

Unosząc brokatowe zasłony, które uroczyście zaciągano za młodą parą, narażamy się na wiele niespodzianek - komicznych, smutnych, dramatycznych lub wręcz groteskowych, ponieważ "tylko perły błyszczą w koronie. Nie widzi się na niej ran...".

 

Babilońska noc

Palące promienie boga słońca Szamasza gasły powoli nad Babilonem, unosząc ze sobą przygniatający upał mijającego dnia. Ale stolicę Nabuchodonozora od dwunastu dni ogarnęło szaleństwo, które tej właśnie nocy miało sięgnąć szczytu, albowiem był to ostatni dzień uroczystych świąt Nowego Roku, obchodzonego w miesiącu Nisan.

Bohaterami tych świąt, najważniejszych w roku, byli Marduk, bóg pomyślności, płodności, pan wszystkich bogów, i Isztar, bogini miłości, córka Sina, boga-księżyca, i siostra Szamasza. Wkrótce, gdy zapadnie noc, Marduk posiądzie Isztar w komnacie - złotej kaplicy, zwieńczającej siedem bajecznie kolorowych pięter Entemenanki, największego ziguratu Babilonu, należącego do świątyni Marduka, Esangili.

W zachodzących promieniach słońca barwy poszczególnych pięter wieży nabierały soczystości i upiększały się wzajemnie. Biel Isztar uwypuklała hebanową czerń Adara, która z kolei podkreślała głęboką purpurę Marduka. Następnie, patrząc piętro po piętrze, objawiał się niebiański błękit Nebu, płomienisty oranż Nergala, łagodna srebrzystość Sina, a na końcu oślepiające złoto Szamasza.

Dla Babilończyka nie było nic piękniejszego niż Entemenanki, którego wspaniała budowla wznosiła się między olbrzymią czworokątną świątynią a pałacem królewskim, przyozdobionym zielonym gąszczem Wiszących Ogrodów, jednego z cudów antycznego świata. Droga procesyjna z jednej strony i Eufrat z drugiej stanowiły obramowanie trzech budowli, które zajmowały całą szerokość miasta, od bramy Urasz do bramy Isztar, i od dwunastu dni były widownią niekończących się wystawnych ceremonii, ponieważ wszyscy bogowie wiosek i miast Imperium Międzyrzecza przybywali złożyć hołd Mardukowi, "twórcy i niszczycielowi, przepełnionemu współczuciem i litością, a w swych rozkazach pełnemu życzliwości wobec bogów...".

Czasami przybywali z bardzo daleka, nawet ze zbyt daleka dla tych, którzy na swoich ramionach dźwigali w nieubłaganym słońcu ciężkie figury, kiedy transport drogą rzeczną lub kanałami był niemożliwy. Ale los tych niewolników nie wzbudzał litości, podobnie jak jeńców, którzy ukryci pod trzema piętrami legendarnych Wiszących Ogrodów w lepkiej błotnistej ciemności nieustannie poruszali olbrzymie norie podnoszące wodę z rzeki aż do bujnych cudowności powstałych z kaprysu legendarnej królowej...

Dopóki trwało święto, tympanony i flety, bębny i cytry, cymbały i sistra towarzyszyły świętym orszakom od rzeki lub bram miasta, wystukując rytm tańca kapłanów i kurtyzan sakralnych, wkraczających na dziedziniec Esangili jak balet na scenę. Masa białych, żółtych i czerwonych szat, przyozdobionych słynnymi haftami babilońskimi, których tajemnica wyrobu zaginęła, zalała ulice, aleje i drogę procesyjną. Złota i srebrna biżuteria błyszczała, słabiej jednak niż wypucowane pancerze żołnierzy w czerwonych szatach, o czarnych brodach skręconych mocniej niż karakułowe futro. Ogarnięte szaleństwem miasto tryskało kolorami, dusiło się od pachnideł i zapachów jadła przyrządzanego na wolnym powietrzu. Tej ostatniej nocy miasto upije się miłością i... daktylowym winem.

W miarę jak gasło światło, spojrzenia kierowały się nieodparcie ku Entemenanki. Na szczycie, w ostatniej kaplicy zawieszonej na niebie jak złoty klejnot, między olbrzymim łożem z kości słoniowej przybranym jedwabnymi poduszkami a stołem ze szczerego złota, stanowiącymi jedyne umeblowanie boskiej komnaty, oczekiwała dziewica.

Przybyła, kiedy słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi, niesiona jak posąg samej bogini Isztar na ramionach połyskującej grupy kapłanek bogini miłości, ale nikt nie mógł podziwiać jej urody, przeznaczonej dla boga, ponieważ liczne welony spowijały ją tak szczelnie, że nie sposób było czegokolwiek zobaczyć.

Wysadzono ją z lektyki u stóp ziguratu, tuż przed schodami prowadzącymi na pierwsze piętro - to w kolorze białym. Weszła sama, powoli, i na ostatnim stopniu zrzuciła pierwszy welon, także biały. Później wstąpiła na czarne schody Adara i na ostatnim stopniu zrzuciła czarny welon, ukazując się udrapowana w purpurę. Purpura opadła z jej ramion, gdy osiągnęła czwarte piętro, to, które było jak błękit letniego nieba, a błękitny woal zakrył wejście na taras, gdzie wznosił się oranżowy Nergal. Następnie przyszła kolej na piąty welon. Boska narzeczona była już wysoko, na tle nieba, szczupła sylwetka najpierw srebrna, potem złota, gdy w końcu postawiła stopę na ostatnim tarasie, gdzie oczekiwali jej kapłani, by poprowadzić do łożnicy, na której progu zrzuciła swój ostatni welon, by naga oczekiwać, już gotowa, tego, który miał nadejść.

Ta kobieta - raczej ta dziewczyna - została wybrana spośród setek kandydatek wyłącznie ze względu na urodę, która powinna być bez skazy. Równie dobrze mogła być szlachetnie urodzoną, jak branką lub niewolnicą. Objęcia boga odrywały ją na zawsze od dotychczasowego życia, ale będzie to jedyny uścisk miłosny, który pozna kiedykolwiek, ponieważ po skończonej nocy wybranka nie dołączy do służebnic Isztar, uprawiających prostytucję sakralną, ale do gromady kapłanek Marduka, poświęconych jedynie temu bogu, a więc skazanych na dozgonną czystość. Przynajmniej oficjalnie.

W rzeczywistości bowiem, ponieważ bóg nie miał prawie żadnej możliwości, aby ukazać się we własnej postaci, zastępował go wielki kapłan, chyba że był zbyt leciwy lub bez formy, co oznaczałoby katastrofę dla przyszłych zbiorów. Wówczas sam król poświęcał się temu zajęciu, z pewnością z ogromną ochotą.

Jeżeli towarzyszka jednej nocy umiała go oczarować, bez kłopotu mógł ją przeprowadzić ze świątyni do kobiecych komnat swojego pałacu. Jeżeli odprawiał ten obrządek sam wielki kapłan i zakochał się, bez trudu mógł odnaleźć w przepastnym labiryncie Esangili tę, która wywarła na nim tak silne wrażenie. Gdy rodziło się dziecko, co zdarzało się często i co uważano za niewątpliwy znak przychylności Marduka, było zupełnie naturalne, że przeznaczano je do służby boskiemu ojcu...

Niezależnie od tego, pod jaką postacią bóg wkraczał do złotej komnaty, dziewica powinna pochylić się do jego stóp, recytując tradycyjny poemat miłosny starożytnego Sumeru:

Jestem twoją branką, pozwól więc, bym trwała cała drżąca przed tobą, Małżonku, chcę, abyś mnie poprowadził do łoża Małżonku, pozwól, bym cię pieściła Moja miłosna pieszczota Moja miłosna pieszczota jest słodsza niż miód...

To, co miało zostać dopełnione, dopełniało się. Chyba tylko drewno lub kamień oparłyby się podobnemu zaproszeniu, wypowiedzianemu przez prześliczną dziewczynę, której jedynym ubraniem były włosy. Kapłani Marduka uważali, że w tych sprawach nie wolno podejmować żadnego ryzyka, wtedy można być spokojnym o wynik. Zwłaszcza że ślicznotka, odpowiednio wyedukowana, łączyła gest ze słowem, starając się wykazać, że rzeczywiście jej pieszczoty są słodsze, a przede wszystkim bardziej wyrafinowane niż miód.

Przed oddaniem się miłosnemu upojeniu bóg musiał jednak wpatrywać się w niebo, na którym błękitniała noc, ponieważ, zgodnie z tradycją, Marduk mógł posiąść swoją towarzyszkę dokładnie w chwili, gdy wschodziła gwiazda Isztar. Dopiero wówczas olbrzymie łoże z kości słoniowej stawało się ołtarzem, a nietknięte ciało otwierało się dla boskiego kochanka.

Ale ta para nie była sama. Znajdował się tam jeszcze ktoś. Kapłan Marduka - Święty Strażnik - stał na tarasie w pobliżu wejścia do komnaty i obwieszczał, że wszystko spełniło się zgodnie z rytuałem, by ziściły się życzenia i największe nadzieje ludu.

W dole tysiące oczu było wpatrzonych w białą sylwetkę, rysującą się na tle nieba, tak maleńką na tej wysokości. Czekano, aż strażnik podniesie ramiona siedem razy ku gwiazdom. Wówczas wybuchała olbrzymia wrzawa i Babilon, przekonany, iż bogowie zapewnili w nadchodzącym roku płodność i ziemiom, i brzuchom, oddawał się całkowicie szalonym miłosnym orgiom, trwającym aż do pierwszych szarości świtu... przynajmniej ci jego mieszkańcy, którzy mieli wystarczająco dużo energii, aby wcześniej nie zasnąć.

W ten sposób Babilon uznawał kobietę, a zwłaszcza dziewicę - za wybrankę boga. Wydaje się zresztą, że pojęcie dziewictwa nie zostało ściśle sprecyzowane przed epoką sumeryjską, kiedy to znajomość anatomii była jeszcze w powijakach. Za dziewicę uważano tę, do której nie zbliżył się żaden mężczyzna, tę, która była nowa, i oczywiście dziewictwo utożsamiano z dojrzewaniem płciowym. Za nową uznawano dziewczynę, której piersi zaczynały rosnąć, a ciało zaokrąglać się...

Stąd wziął się zwyczaj, długo utrzymywany również na Zachodzie, zwłaszcza w rodzinach królewskich, aby wydawać za mąż ledwo dojrzałe dziewczęta. Jeszcze jeden sposób, aby ustrzec się przed ewentualnymi nieprzyjemnymi niespodziankami, które nie przerażały wcale członków antycznych społeczeństw. Wśród ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego często ofiarowywano bogom dziewictwo dziewcząt, które prowadzono do świątyni, aby tam zostały rytualnie zdeflorowane przez kapłanów, wyposażonych w moc boską. Bez wątpienia był to hołd, ale również środek ostrożności, ponieważ tajemnica nietkniętego jeszcze kobiecego ciała wzbudzała pewien niepokój. Nikt nie mógł powiedzieć, jakie niebezpieczeństwo, jakie czary, jaki demon mógł kryć się w wilgotnej ciemności dziewiczego łona. Zdając się na boga, można było nie obawiać się niczego. Sługa boży brał niebezpieczeństwo na siebie, wytyczał drogę, którą później ewentualny mąż mógł podążyć absolutnie spokojnie.

U Hebrajczyków, w Księdze Przysłów odnajdujemy ślady tego odwiecznego lęku mężczyzny wobec kobiecej tajemnicy:

Są trzy rzeczy, których nie rozumiem Cztery, których nie znam: Droga, jaką odbywa orzeł w przestworzach Droga węża na skale Droga, jaką płynie statek na pełnym morzu Droga, jaką odbywa mężczyzna w młodej kobiecie...

Od czasów matki Ewy, przez którą wszelkie radości i cierpienia spadły na człowieka, ponieważ niewiniątko pozwoliło się tak radośnie nakłonić do grzechu, kobieta stała się obiektem nieprzemijających podejrzeń i męskiej nieufności. Stąd entuzjazm starożytnych, prowadzących swoje córki do łoża boga lub jego przedstawiciela. Stąd też najstarsza zasada słynnego "prawa pierwszej nocy", wprowadzona w życie, kiedy pojawiło się chrześcijaństwo, a starzy bogowie wycofali się z gry. Suweren - zostawał nim najdzielniejszy z dzielnych (lub też najchytrzejszy z chytrych) - zajął miejsce nieobecnego boga. Oczywiście z upływem czasu zaszły pewne zmiany i święty niegdyś obowiązek stał się już tylko bardzo przyjemnym przywilejem egzekwowanym wyłącznie od pięknych dziewcząt, a epuzerzy od dawna przestali się godzić, by odważniejsi od nich otwierali tajemnicze drzwi do świątyni zapładniania.

Ale wróćmy do czasów, kiedy potęga bogów rozciągała się na cztery strony świata. Noc miłości, którą Babilon ofiarowywał Mardukowi, była więc wspaniała. O wiele poważniejsza była noc, jaką surowa Asyria ofiarowywała w Kalach, a później w Niniwie swemu bogu Nabnowi, trzeciego dnia miesiąca Ayyaru. Nie urządzano tam powszechnych orgii, nie było pięknej nagiej dziewicy przeznaczonej dla boskiego Nabna. Nie było to możliwe, ponieważ żadna istota ludzka nie była godna reprezentować Nabna, nawet król. A więc jedynie jego posąg ze złota i emalii trafiał do komnaty w połowie "drogi do nieba", gdzie oczekiwała go kapłanka.

Po poświęceniu łoża i złożeniu rytualnych ofiar kapłanka brała kawałek trzciny, moczyła go w zmieszanej z pachnidłami oliwie i czyściła nim stopy boskiego wizerunku. Z kolei trzykrotnie zbliżała się do łoża, które kropiła wonnościami i przed którym składała ukłon, po czym całowała stopy figury. Na koniec po prostu siadała na chwilkę obok.

Po pewnym czasie wracali kapłani. Poświęcali pachnące drzewo sandałowe, palili je, a popioły wysypywali na ofiarę bogom. Wreszcie nadchodził moment uczty weselnej: przygotowywano długie stoły, wspaniale zastawione dla wszystkich okrutnych bogów asyryjskiego panteonu, ale tylko ich wizerunki ze złota lub srebra brały w niej udział, obsługiwane z szacunkiem i powagą. Owa "rozwiązła" noc kończyła się ogólną modlitwą za króla, aby bogowie zechcieli pobłogosławić jego oręż zawsze gotowy do służby.

Wraz ze wschodem słońca procesja odprowadzała biednego Nabna do jego siedziby. Umieszczano go na wozie obok woźnicy i zabierano na maleńką przejażdżkę do świętego lasu. Tam odbierał hołd innych brodatych kapłanów, przyjmował ofiary, ale nie spotykał się z żadną powabną bachantką gotową do igraszek. Następnie umieszczano go na rok w mrocznej świątyni, gdzie za wszelkie rozrywki musiały mu wystarczyć psalmodie kapłanów, dymy kadzideł, ofiary i krew zarzynanych zwierząt na przemian z obmywaniem stóp oliwą. Oraz, niekiedy, w dni pomyślne, rytualna masakra jeńców wojennych albo grupki niewolników, jeżeli nieprzyjaciel nie wykazywał dobrej woli...

Ma się takich bogów, na jakich się zasłużyło. Nabn nie był bogiem wesołym. W 612 roku przed Chrystusem imperium asyryjskie, chciwe i niezwykle wojownicze, upadło pod ciosami Medów i Babilończyków, pozostawiając jako główne świadectwo swojej chwały gigantyczne skrzydlate byki z ludzką głową i płaskorzeźby w pałacu Sargona w Chorsabad... a także niesłychanie wymyślny stos Asurbanipala, którego wizerunek zawdzięczamy romantycznemu, genialnemu, ale bardzo mało dbałemu o historyczną dokładność Eug?ne'owi Delacroix. Tymczasem przez stulecia utrwalały się w pamięci ludzkiej wspomnienia o ogrodach babilońskich, marzeniach Semiramidy i tej zdumiewającej, powstałej u zarania świata wśród Sumerów, "kulturze o glinianych skrzydłach", która olśniła wieki, podbiła ludy i zrodziła liczby i znajomość nieba, zanim zaginęła z ręki Boga, w piaskach pustyni...

 

Południowy harem Amona...

Ipet-resut-Imen - tak w Tebach o Stu Bramach nazywano nową świątynię na wschodnim brzegu Nilu. Faraon Amenhotep III wzniósł ją na prośbę Teje, swej dostojnej królewskiej małżonki, swej najdroższej żony, by świętować tam co roku gody Amona-Re z ziemią Egiptu, którą jego boskie nasienie powinno zapłodnić, przynosząc wielkie bogactwo i wszelką pomyślność całemu ludowi.

Wielki Amenhotep III nie ograniczył się do tej jednej świątyni. Na drugim brzegu rzeki, brzegu zmarłych - ponieważ właśnie tam zachodziło słońce - zbudował olbrzymi pałac, z którego, niestety, pozostały już tylko słynne kolosy Memnona. Podobnie na brzegu życia i wschodzącego słońca powiększył i upiększył wielką świątynię w Karnaku, główną świątynię Amona, której nowe sanktuarium stanowiło jedynie przyległość.

Podobnie jak Karnak, Ipet-resut-Imen poświęcono nie tylko Amonowi, ale także jego małżonce Mut i ich synowi Chonsu. Władcę bogów przedstawiono tam pod postacią człowieka w czapce ozdobionej dwoma ogromnymi piórami, obdarzonego cechą boga Min, to znaczy wzniesionym członkiem, symbolizującym potęgę jego płodności. Mut, o ciele kobiety i głowie sępa, nosiła podwójną koronę Górnego i Dolnego Egiptu. Jeśli chodzi o Chonsu, czczono go pod jego zwykłą postacią: okrytego śmiertelnym całunem, z głową zwieńczoną tarczą księżyca.

Zawsze w tym samym, określonym dniu miesiąca Paofi posąg Amona opuszczał na ramionach setek tragarzy sanktuarium wielkiej świątyni i schodził ku Nilowi, by zająć miejsce w świętej nawie pomalowanej jaskrawymi kolorami i złoconej. Po nim przybywała Mut, następnie Chonsu, wreszcie sam faraon. Każdego z członków świętej rodziny ustawiano w oddzielnej barce, niemal równie wspaniałej jak barka Amona. Złoty tron faraona zajmował rufę ostatniej.

Cztery boskie barki płynęły w górę Nilu do nowej świątyni, którą wzniesiono wysoko, by była bezpieczna w czasie wylewów Nilu. Tam bogowie opuszczali swoje prawdziwe łodzie dla łodzi symbolicznych, zbudowanych ze złoconego drewna i zaopatrzonych w dyszle, do których zaprzęgali się najsilniejsi z kapłanów.

W takim orszaku, przy dźwięku świętych bębnów i religijnych pieśni, Amona, Mut, Chonsu i faraona niesiono do najbardziej sekretnej świątyni, której wrota z drzewa cedrowego inkrustowane złotem zamykały się za nimi na dziesięć dni, podczas gdy barki-lektyki były umieszczane każda w oddzielnej kapliczce.

Podobnie jak w złotej komnacie Entemenanki i tu także oczekiwała ich kobieta. Spała w świątyni już poprzedniej nocy i miała oddać swoje ciało faraonowi, ukochanemu synowi Amona-Re i jego zastępcy podczas tych boskich godów. O kobiecie tej mówiono, że nie poznała i nie pozna żadnego innego mężczyzny. Lud marzył o losie istoty, która musiała być idealnie piękna i która po dziesięciu miłosnych nocach z bogiem miała już tylko żyć wspomnieniami.

W rzeczywistości w rolę boskiej małżonki wcielała się zazwyczaj sama królowa Egiptu albo jedna z licznych małżonek, zaludniających imponujący harem faraona, ponieważ zdarzało się, że dostojna królewska małżonka była brzemienna w dniu święta lub też faraon życzył sobie innej towarzyszki. Liczebność haremu faraona ocenia się w przybliżeniu na trzysta dwadzieścia kobiet. Zdarzało się, że "dziewicą" świątyni zostawała jedna z zagranicznych księżniczek, które ich ojcowie, pokonani władcy, wysyłali do Egiptu, aby tam zostały małżonkami faraona. Tak było z księżniczką Taduchipa, córką króla Tuszratty z Mitanni, którą ofiarowano Amenhotepowi IV (spędziła z nim dziesięć miłosnych nocy w Luksorze) i którą niektórzy historycy utożsamiali z Nefertiti, "najpiękniejszą z pięknych...".

Gdy tylko zamknęły się wrota świątyni za boską parą, zaczynał się tajemniczy ceremoniał, o wiele bardziej skomplikowany i dziwny niż ten - w gruncie rzeczy prosty i naturalny - praktykowany w ziguratach mezopotamskich. Faraon i jego małżonka nie padali sobie po prostu w ramiona na dziesięć dni i dziesięć nocy. Rytuał wymagał, aby upodobnienie się królów do bogów było całkowite. Amon odstępował od swej boskości, by przybrać postać faraona, a ten, w momencie gdy stawał się Amonem, przywdziewał kostium i atrybuty boskie: czapkę z długimi piórami, krzyż z pętlą, symbol życia, i berło z głową szakala. Zebrani wokół niego kapłani i kapłanki zakrywali twarze maskami, przedstawiającymi rozmaite święte zwierzęta, które miały towarzyszyć Amonowi aż do królewskiego łoża. Wkrótce wokół boga tworzyła się przedziwna procesja mężczyzn z głowami szakala, krokodyla, sokoła, ibisa oraz kobiet z głowami krów i żab, odprowadzająca go aż do łożnicy królowej. Tam dokonywało się skonsumowanie mistycznego i cielesnego małżeństwa zgodnie z tekstem świętego prawa.

"I tak rzekł Amon-Re, władca bogów, pan Karnaku, najwyższy zwierzchnik Teb, gdy przybrał wygląd tego mężczyzny (tu należało wstawić imię panującego faraona), króla Górnego i Dolnego Egiptu, szafarza życia. Przybył do królowej, gdy spoczywała w swym wspaniałym pałacu. Słodki boski zapach przebudził ją i oczarował. Jego Majestat zbliżył się do niej, posiadł ją, włożył w nią swe serce i objawił jej swoją boską istotę. Piękność boga w czasie zbliżenia pogrążyła królową w zachwycie. Miłość owładnęła wszystkie jej członki, zapach i oddech boga były przesycone wonnościami Puntu...".

Królowa, zaszczycona w ten sposób, odpowiednio okazywała swoją wdzięczność: "Oby Twa moc była dwakroć większa! Cudowne jest podziwianie Twojej twarzy, gdy czynisz mi łaskę, łącząc się ze mną. Twoja rosa przenika wszystkie moje członki...".

I zazwyczaj święto płodności i boskie zaślubiny wieńczyły narodziny królewskiego dziecka, syna lub córki boga, a nikomu nie przychodziło do głowy, by podawać w wątpliwość tak znakomite ojcostwo...

Przez dziesięć dni kapłani robili wspaniałe interesy, ponieważ Egipcjanie z Górnego i Dolnego Kraju przybywali masowo, obładowani prezentami, tak jak należy, gdy jest się zaproszonym na wesele. Biedacy przynosili owoce, kwiaty, zwierzynę. Bogacze - złoto, kość słoniową, heban z kraju Kusz, perfumy i kadzidło z kraju Puntu oraz pochodzące z dalekiej Azji przyprawy, szlachetne drewno i drogocenne kamienie.

Po zakończeniu miodowego miesiąca Amon-Re opuszczał ziemską powłokę, by na powrót zamieszkać w niebie. Faraon zaś powracał do Karnaku w towarzystwie trzech posągów, ale tym razem drogą lądową, używano bowiem jedynie łodzi procesyjnych. Kołysząc się na ramionach licznych kapłanów i olbrzymich nubijskich niewolników Amon, Mut i Chonsu podążali do wielkiej świątyni w Karnaku szeroką drogą triumfalną, strzeżoną przez sfinksy o ludzkich twarzach.

Tak odbywało się w Egipcie wielkie święto Opet (lub Ipet). Było ono zarówno Nowym Rokiem, jak i rozpoczęciem nowego cyklu agrarnego, ponieważ przychodził po nim wielki wylew Nilu. Zatapiając ziemie spalone słońcem, sprawiał, że odradzały się i zazieleniały czarne gleby obydwu krain. Faraon, który podczas tej długiej poślubnej nocy dzielnie się sprawował dla jak największej chwały Amona i jak największego bogactwa Egiptu, pozwalał sobie na dwu-, trzydniowy wypoczynek w świątyni boga, by złożyć hołd i złapać oddech przed powrotem do swego haremu!...

 

Niekończąca się noc poślubna Zeusa

Zeus - z pewnością najbardziej rozpustny i pomysłowy bóg wszech czasów - ustanowił absolutny rekord trwania nocy poślubnej, rekord, który nieprędko zostanie pobity, ponieważ jego noc poślubna z Herą (znaną również pod rzymskim imieniem Junony, tak jak Zeus pod imieniem Jowisza) trwała ni mniej, ni więcej, tylko trzysta lat...

Wyspa Samos - która nazywała się wówczas Stefana - od niepamiętnych czasów domagała się uznania, iż to na niej odbyła się "najdłuższa noc poślubna". Wyspa poświęcona była Herze, a ruiny jej wspaniałego sanktuarium, Herajonu, są jeszcze dziś widoczne. Samos nie jest zresztą jedynym miejscem pretendującym do tego zaszczytu, ponieważ Argos, również poświęcone małżonce Zeusa, rości te same pretensje.

Aby rozsądzić ten spór, należałoby również rozstrzygnąć na korzyść którejś legendy i w zależności od miejsca opowiadać ją odmiennie. Według Samos to Hera zdecydowała się uwieść swego młodszego brata, a według Argos inicjatywa należała wyłącznie do młodego boga, który niespodziewanie zakochał się w starszej siostrze.

Albowiem Hera i Zeus, jak również Demeter i Hestia, Hades i Posejdon mieli tych samych rodzicieli: Kronosa (Czas) i Reę (Ziemię), tworzących raczej niedobraną parę. Ich dziadkami byli Uranos (Niebo) i Gaja (Ziemia-Matka), od których zaczął się konflikt pokoleń.

Za każdym razem, kiedy Gaja wydawała na świat dziecko - a wyprodukowała ich niemało: od tytanów do Justycji, poprzez Okeanosa i innych, niesłychanie różnorodnych - nienawidzący ich Uranos wsuwał je do brzucha matki, gdzie było im jednakowoż nieco ciasno. Gaja, która również nie czuła się z tym najlepiej, zwróciła się o pomoc do uwięzionych dzieci, wynalazła żelazo i zrobiła z niego rodzaj sierpa lub kosy, którą dała Kronosowi, by odpowiednio potraktował Uranosa, kiedy znów spróbuje się z nią kochać. Misja została skrupulatnie spełniona - ukryty w łonie matki Kronos zaczaił się na ojca i okaleczył go jednym, celnie wymierzonym ciosem.

Boleśnie zaskoczony Uranos wycofał się, a odrobina jego nasienia spadła do płodnego morza, z czego pewnego dnia narodziła się boska Afrodyta. Nie przestał jednak przeklinać swojego potomka, któremu oznajmił, iż za karę pewnego dnia zostanie również pokonany przez jedno ze swoich dzieci. Niestety, nie sprecyzował, przez które.

A więc za każdym razem, kiedy biedna Rea wydawała na świat syna, Kronos umieszczał go w swoim menu i połykał w całości podczas najbliższego posiłku. Nieszczęsna matka cierpiała okropnie z tego powodu i kiedy przyszedł na świat mały Zeus, wydał jej się tak piękny, iż postanowiła "zatrzymać go dla siebie". By uratować go przed żarłocznością ojca, poszukała wielkiego kamienia o rozmiarach mniej więcej noworodka, owinęła w pieluszki i z miną odpowiednią do okoliczności okazała zawiniątko swemu małżonkowi, który otworzył swą wielką paszczę i połknął rzekome niemowlę równie obojętnie jak zwykle. Poza tym, że jego upodobania kulinarne musiały być mało wyszukane, Kronos nie znajdował jakiejś szczególnej przyjemności w pochłanianiu własnych dzieci. Po prostu uważał, że w zaciszu jego żołądka są lepiej chronione od niezdrowych pokus niż w świetle słońca.

Podczas gdy Kronos trawił, Rea umieściła Zeusa w bezpiecznym miejscu na Krecie, gdzie była u siebie i gdzie żyło szczególnie głośne i niespokojne plemię kapłanów-wojowników kuretów, ludzi prymitywnych i z natury agresywnych, spędzających swój czas na niekończących się wojennych tańcach z waleniem w cymbały, szczękiem krzyżującej się broni i okolicznościowym wyciem. Utrzymywało to na wyspie radosny zgiełk, stanowiący wątpliwą rozrywkę, wystarczający jednak, aby zagłuszyć kwilenie boskiego noworodka.

Cieszącemu się błogim snem dzieciństwa Zeusowi dobrze wiodło się na Krecie. Rósł tam, najpierw żywiony mlekiem poczciwej kozy Amaltei, a później serami i wszystkimi smakowitościami wylatującymi co dzień z jej uciętego rogu, dobrze znanego pod nazwą rogu obfitości. Kureci zaś, pomiędzy dwoma hałaśliwymi tańcami, uczyli go sztuki wojennej i wytrwałości w walce. Uczyli tak dobrze, że już wkrótce zostawszy Zeusem-kuretem, młody bóg był zdolny do wyrównania rachunków z ojcem.

Uzbroił się w piorun i egidę - tarczę z koziej skóry, którą jego żywicielka pozostawiła mu, zanim udała się na spoczynek w niebie pod postacią konstelacji Koziorożca. Następnie wyruszył na poszukiwanie Kronosa. Uważając, że jest zbyt słaby, by samotnie zaatakować starego nicponia, Zeus uciekł się do podstępu i dał mu do połknięcia środek wymiotny.

Potwornie chory, co odbiło się serią wstrząsów na ziemi i niebie, Kronos zwrócił nietknięte wszystkie swoje dzieci, które tak żarłocznie pochłaniał od ich urodzenia. To ponowne pojawienie się dzieci Kronosa i Rei przysporzyło Zeusowi dwóch liczących się towarzyszy walki, braci: Hadesa (czyli Plutona) i Posejdona (czyli Neptuna).

Zeus zobaczył również Herę i stwierdził, że jest piękna...

Hera zobaczyła Zeusa i stwierdziła, że jest piękny... Kto kogo zobaczył pierwszy, kto zachwycił się pierwszy urodą drugiego, tutaj opinie się różnią; jak widzimy, spierają się o to mieszkańcy Samos i mieszkańcy Argos. Nie licząc zresztą Kreteńczyków, którzy twierdzili, że również mają coś do powiedzenia w tej sprawie...

Uważali bowiem, że Hera, którą matka ustrzegła przed apetytem Kronosa, wychowała się na wyspie Eubei wśród krów - stąd zachowała, na zasadzie mimetyzmu, to piękne "spojrzenie jałówki", które tak uwiodło Homera podobnie jak Zeus wśród kuretów, i usłyszawszy o urodzie młodszego brata, odszukała go potajemnie w owczarni, gdzie wpoiła mu, ku jego wielkiej radości, wdzięczne podstawy miłości.

Mieszkańcy Samos podawali dość zbliżoną wersję: Hera postanowiła uwieść Zeusa i być może wątpiąc w swoje wdzięki - pożyczyła od Afrodyty jej pas, który był pierwszym znanym afrodyzjakiem. W ten sposób wyposażona udała się na poszukiwanie młodego boga, powiodła go wśród kwiatów wyspy do groty wysłanej jaśminem, gdzie na posłaniu z pachnących lilii kochali się nieskończenie i namiętnie.

Ludzie z Argos głoszą zupełnie odmienną wersję. Opuściwszy ojcowskie wnętrzności, Hera - wówczas dziewica o słodkiej twarzy - wybrała Argolidę, by tam żyć w cnocie pod opieką starej kobiety imieniem Makris, określanej jako "piastunka", ale która pełniła raczej rolę kucharki, guwernantki i przyzwoitki. Niebiańska istota i jej mentorka osiadły ponoć na górze, którą nazwano Górą Kukułki. A oto dlaczego:

Pewnego zimowego dnia, szczególnie chłodnego, Hera udała się na przechadzkę po wsi i wtedy właśnie drżąca i przemarznięta mała kukułka przysiadła na jej ramieniu. Pełna współczucia dziewczyna wzięła ją w ręce i schowała pod suknią, by ją ogrzać. Tego właśnie chciała kukułka, ponieważ nie była ona nikim innym jak Zeusem, który w ten sposób przejawił po raz pierwszy swoje dobrze znane zamiłowanie do miłosnych przeobrażeń. Umieściwszy się w słodkim gniazdeczku, które wydało mu się miejscem rozkosznym i godnym długich badań, powrócił do swego zwykłego wyglądu - Kuku! Oto jestem! - oznajmił, pragnąc pozostać tam, gdzie był, jako Zeus, a nawet posunąć się nieco dalej. Oburzona młoda dziewica wezwała swą matkę Reę i oświadczyła, że odda się wyłącznie za obietnicę małżeństwa we właściwej i godnej formie.

Zeus natychmiast się zgodził.

- O Hero! - powiedział jej. - Pragnę, byś została mą prawowitą małżonką. Pójdź za mną, wielkooka bogini, a sprawię, że będziesz królowała po mojej prawicy, zasiadłszy na Olimpie na wspaniałym tronie...

Hera nie oczekiwała więcej i Zeus, aby uczcić ich związek, przeniósł ją na zadrzewiony szczyt góry. Ziemia ofiarowała im łoże z miękkich traw, kwiaty rozkwitły przed nimi, zwłaszcza lilie, będące symbolem młodej dziewczyny, drzewa pochyliły swe gałęzie, by ich osłonić, ze źródeł bił zapach ambrozji, kiedy zamieniały swoje wody w nektar z najlepszych roczników.

W czasie nocy poślubnej, która trwała trzysta lat, para młodych bogów udowodniła sobie miłość, po czym Zeus ujął Herę za rękę, powiódł ją na Olimp, przedstawił innym bogom jako prawowitą i jedyną małżonkę, posadził ją na olśniewającym tronie, co jej przyobiecał... i nie zajmował się nią więcej. Noc poślubna równie "pracowita" wydała mu się dostatecznym hołdem, nawet dla wdzięków bogini, i poszedł sprawdzić, czy gdzie indziej trawa nie jest bardziej zielona.

Wydawało mu się, że boginie z jego rodziny cierpią na melancholię - jako dobry władca plemienia, zatroskany o morale wszystkich, a zwłaszcza kobiet, zajął się tymi, które wydawały się zbyt samotne, dostarczając im radości macierzyństwa. Swej ciotce Temidzie zmajstrował hory, innej ciotce, Mnemosyne, zrobił muzy, każdą spłodzoną w czasie innej miłosnej nocy. Następnie zajął się swą siostrą Demeter, która wkrótce powiła Persefonę.

Dopóki interesował się tylko rodziną, Hera, która powiła dwóch niezbyt udanych synów: Aresa (Marsa), pretensjonalnego żołdaka, i Hefajstosa (Wulkana), pracowitego, ale ułomnego i bardzo brzydkiego, nie mówiła nic. W końcu wszystko rozgrywało się wśród bogów. Ale kiedy jej małżonek zaczął zadawać się ze śmiertelniczkami i zapewniać im oryginalne noce poślubne, objawiając się pod postacią łabędzia, byka, niedźwiedzia, złotego deszczu lub po prostu przyjemnego młodzieniaszka czy też wojownika tebańskiego, sprawy się popsuły. Hera odkryła zazdrość i wynalazła sceny małżeńskie, a Olimp zaczął rozbrzmiewać jej wrzaskami i kłótniami. Zeus odmówił stanowczo poddania się mieszczańskim konwenansom.

- Twój gniew pozostawia mnie obojętnym - grzmiał swoim gromkim głosem. - Gdybyś nawet pobiegła do najdalszych krańców ziemi i mórz lub też do niezbadanego Tartaru, nie przejmę się ani tobą, ani twoją furią...

Łatwo było mu demonstrować lekceważenie. W tej sprawie sam ponosił winę. Gdy popełnia się nieostrożność pozostawania tak długo przy jednej kobiecie, musi ona z tego wyciągnąć wnioski niesłychanie pochlebne dla swych wdzięków. Toteż przeżywa katusze, gdy spostrzeże, że małżonek, tak dotąd uważny i czuły, objawia nagle ochotę znalezienia się z dala od jej spojrzeń. Zeus powinien był wiedzieć, że niedobrze jest zakosztować zbyt wielu uciech za jednym razem. Hera zaś nie powinna była pozwolić, aby nasycił się jej wdziękami aż do znużenia. Ale wytłumaczcie to bogini uważającej się za niezrównaną!

Ponieważ Hera urządzała regularnie sceny małżeńskie, Zeusowi, który o wiele bardziej przejmował się stanami duszy swej towarzyszki, niż to chciał okazać, nie pozostawało nic innego jak rozpocząć, z pomocą wyrozumiałych chmur i seansów niewidzialności, potajemne powroty na paluszkach wczesnym rankiem, które na długie wieki stały się piękną męską tradycją.