Rozdział 1
w którym spotykamy amerykańskiego proroka i niemieckiego anarchistę
Mieli zasłonięte materiałem twarze lub nosili maski i dlatego przypominali wyglądem pospolitych bandytów. Ponadto wkładali damskie ubrania lub przebierali się tak, by uniemożliwić rozpoznanie, kim są. Ich uzbrojenie stanowiły młoty kowalskie, siekiery, piki, a czasami również broń palna. Luddyści, bo tak nazywano tych ludzi, byli buntownikami w drugiej dekadzie XIX wieku w Anglii. Próbowali odwrócić bieg dziejów, czyli zatrzymać ówczesną rewolucję przemysłową: ich celem stały się przede wszystkim maszyny tkackie, które z zaciekłością rozwalali, gdyż zabierały im pracę, radykalnie zmieniały dotychczasowy styl życia i niszczyły rzemiosło, przekształcając je w masową produkcję.
Ten bunt, stosunkowo szybko stłumiony przez ówczesne władze, z biegiem czasu zyskał romantyczną otoczkę niczym postać Robin Hooda (luddyści również działali między innymi w Nottingham). Miał bowiem mitycznego przywódcę, niejakiego Neda Ludda (choć nie ma pewności, czy ktoś taki istniał), zwanego również Generałem Luddem czy wręcz Królem Luddem. I kusił niemal filozoficznym przesłaniem wymierzonym w bezwzględne i coraz szybsze zmiany technologiczne. Dlatego znalazł naśladowców w postaci współczesnych neoluddystów sprzeciwiających się innowacjom. Co więcej, w ostatnich dekadach zyskał bardzo na popularności, gdyż oburzenie dziewiętnastowiecznych rzemieślników zastąpiła irytacja konsumentów z końca XX wieku domagających się na przykład "naturalnej i lokalnie wytwarzanej żywności", a więc również wolnej od zmodyfikowanych genetycznie roślin.
Dotąd wydawało się, że nikt nie ma takiej mocy, by zastopować innowacje i zatrzymać postęp technologiczny. A jednak, w przeciwieństwie do luddystów sprzed dwóch stuleci ich następcom udało się skutecznie opóźnić, a w niektórych rejonach świata nawet zastopować rozwój jednej z technologii - biotechnologii rolniczej wykorzystującej narzędzia inżynierii genetycznej. Za ten bezprecedensowy i niewątpliwie spektakularny "sukces" w ogromnym stopniu odpowiada pewna międzynarodowa organizacja: Greenpeace.
Przez długi czas bardzo trudno mi było zrozumieć te działania. Jeśli bowiem spojrzeć wyłącznie z racjonalnych pozycji na decyzję Greenpeace'u o podjęciu walki z biotechnologią, dającą szansę na ograniczenie negatywnych dla środowiska naturalnego skutków rolnictwa, wydawało się to wręcz skrajnie absurdalne. Dlatego czytając publikacje tej organizacji, wnikliwie analizowałem przedstawiane przez nią argumenty. Jednak im dłużej to robiłem, tym bardziej niezrozumiała wydawała mi się jej postawa, a szczególnie niejasne były powody, dla których podjęła taką decyzję. W pewnym momencie, a konkretnie na początku 2012 roku, postanowiłem więc zaczerpnąć informacji u samego źródła i zaproponowałem spotkanie ówczesnemu szefowi polskiego oddziału Greenpeace'u, panu Maciejowi Muskatowi. Chciałem się dowiedzieć, z jakich dokładnie przyczyn pod koniec lat dziewięćdziesiątych minionego wieku jego organizacja stanęła do bezpardonowej walki z GMO. Co dokładnie pchnęło ją do tej decyzji, jakie argumenty przeważyły? Czy zasięgano opinii naukowców, a jeśli tak, to kogo?
Organizację Greenpeace założyli we wczesnych latach siedemdziesiątych XX wieku w Kanadzie pacyfiści protestujący przeciwko testom broni jądrowej. Później jej działalność znacznie się rozszerzyła, zarówno tematycznie - między innymi walczono z połowami wielorybów, toksycznymi odpadami oraz energetyką jądrową - jak i terytorialnie. Greenpeace stawał się powoli globalną instytucją z bardzo dużym budżetem (w ostatnich latach wynoszącym około dwustu trzydziestu milionów euro rocznie), którą wspiera datkami ponad trzy miliony ludzi i dla której pracuje ponad trzydzieści sześć tysięcy wolontariuszy na całym świecie. Nadrzędnym celem ich działania, przynajmniej na poziomie deklaracji, jest obrona środowiska naturalnego. Stąd też określa się Greenpeace, choć według mnie błędnie i myląco[3], mianem organizacji "ekologicznej", a jej aktywistów "ekologami".
A wracając do mojego spotkania z szefem polskiego Greenpeace'u: gdy zadałem mu pytanie o same początki walki z GMO i źródło tak negatywnego nastawienia do tej technologii, nie potrafił na nie jasno odpowiedzieć. Wspomniał tylko ogólnikowo o dokumencie wysłanym przed laty przez naukowców do jego organizacji. Dopiero po naszej rozmowie otrzymałem z Greenpeace'u e-mail z krótką informacją, że mniej więcej dwadzieścia lat wcześniej kilkoro naukowców, w tym genetyk Pierre-Henri Gouyon i botanik Jean-Marie Pelt, wystosowało apel do Ecoropy (europejskiej organizacji ekologistycznej), w którym zwracało uwagę na niebezpieczeństwa związane z uwalnianiem GMO do środowiska naturalnego. "Ten list sprawił, że Greenpeace, który współpracował z Ecoropą, rozpoczął kampanię na rzecz wyeliminowania GMO z użycia w środowisku naturalnym" - informowano mnie w e-mailu. Skoro tak - kontynuowałem korespondencję - to czy mógłbym ów dokument otrzymać? Odpowiedź ówczesnej koordynatorki kampanii "Stop GMO" Greenpeace'u była zaskakująca: "Nie wiem, gdzie można znaleźć ten list. Proponuję kontakt z wymienionymi naukowcami". Jak to?! Nie ma w archiwach dokumentu, który spowodował, że Greenpeace rozpoczął jedną ze swoich największych akcji, w dodatku kosztującą co najmniej osiemdziesiąt cztery miliony euro?[4]
No cóż - pomyślałem - może polski oddział organizacji niewiele na ten temat wie (choć samo w sobie było to intrygujące), ale międzynarodowa centrala z pewnością dysponuje owym listem. Odpowiedź nadesłana przez rzeczniczkę Greenpeace'u z Amsterdamu (tam mieści się główna siedziba) okazała się nie mniej zagadkowa: nie posiadają tego dokumentu i sugerują, żebym skontaktował się bezpośrednio z Ecoropą... Tak też zrobiłem. Na moje pytanie odpowiedziała sama szefowa organizacji Christine von Weizsäcker: nie udało jej się znaleźć apelu naukowców w sprawie GMO w archiwach, nikt nie słyszał o tym dokumencie, a w ogóle to mógł on zostać wysłany przez ówczesny francuski oddział Ecoropy, a dziś lokalne struktury albo już nie działają, albo się usamodzielniły. Ostatnim tropem pozostawali więc dwaj, wymienieni z nazwiska przez polski Greenpeace, francuscy naukowcy: Pierre-Henri Gouyon i Jean-Marie Pelt. Ale na moje e-maile nie doczekałem się z ich strony żadnej odpowiedzi (później zaś, w 2015 roku, Pelt zmarł).
W tamtym momencie wiedziałem więc tylko tyle, że Greenpeace rozpoczął swoją wielką akcję na podstawie apelu (ale nie wiadomo, co dokładnie w nim było) wystosowanego (być może) z jakiegoś lokalnego oddziału mało znanej organizacji Ecoropa i podpisanego przez bliżej nieokreśloną grupę naukowców, spośród których tylko dwa nazwiska są dziś znane. Dopiero pisząc tę książkę, odkryłem, że całą tę historię można potraktować jako jedną z wielu manipulacji Greenpeace'u w sprawie GMO. Choć nie kwestionuję tego, że jacyś naukowcy wysłali kiedyś jakiś list do organizacji Ecoropa, a stamtąd trafił on do Greenpeace'u. Jednak ów dokument nie miał większego (a być może nawet żadnego) znaczenia przy podejmowaniu decyzji o rozpoczęciu wojny z GMO. Jak zatem było naprawdę?
Genetyczna Kasandra
"Wie pan, gdzie narodził się ruch sprzeciwu wobec GMO? W moim biurze" - stwierdził buńczucznie Amerykanin Jeremy Rifkin podczas rozmowy z europejskim serwisem internetowym euractiv.com, do której doszło w 2015 roku1. Nie były to czcze przechwałki. To rzeczywiście Rifkin dał ruchom anty-GMO, przede wszystkim Greenpeace'owi, ich credo oraz całą uzasadniającą je antybiotechnologiczną ideologię. I do dziś ma on ogromny wpływ na organizacje ekoaktywistów.
Urodził się w 1945 roku w stolicy stanu Kolorado, Denver. Jeszcze w trakcie studiów - ukończył Uniwersytet Pensylwanii, gdzie uzyskał licencjat z ekonomii, oraz Uniwersytet Tufts, w którym obronił pracę magisterską ze stosunków międzynarodowych - postanowił zostać zawodowym aktywistą. Jak po latach wspominał, myśl o działalności społecznej zakiełkowała w jego głowie dość niespodziewanie w 1967 roku, gdy pewnego dnia przechodził obok grupy studentów protestujących przeciw wojnie w Wietnamie, których zaatakowała grupa członków uczelnianej drużyny futbolu amerykańskiego. Zrozumiał wówczas, że nie może ich ani całej tej tragicznej sprawy zaangażowania USA w krwawy konflikt w dalekiej Azji zostawić. Już następnego dnia zorganizował na uczelni wiec poświęcony wolności słowa, a niedługo później stał się jednym z czołowych działaczy ruchów pacyfistycznych w Stanach Zjednoczonych.
Rifkin miał sporą charyzmę, niespożytą energię, świetną umiejętność autoprezentacji i wielką potrzebę bycia w centrum różnych wydarzeń oraz skupiania na sobie uwagi. Dlatego wojna w Wietnamie z czasem okazała się zbyt wąskim problemem, a przede wszystkim zmierzała ku końcowi. Włączył się więc w organizowanie skrajnie lewicowych (przynajmniej jak na standardy amerykańskie) ruchów społeczno-politycznych, które miały radykalnie zmienić Amerykę2. W 1973 roku zorganizował protest przeciwko koncernom naftowym. Akcja odbyła się w Bostonie w dwusetną rocznicę słynnej "herbatki bostońskiej", czyli wyrzucania do morza transportu herbaty, który przypłynął do portu na pokładzie brytyjskich statków. Był to wyraz sprzeciwu wobec polityki Londynu i dowód rosnącego poczucia niezależności ówczesnej zamorskiej kolonii. W 1973 roku, zamiast herbaty, w wodach bostońskiej zatoki wylądowały puste beczki po ropie. Stany Zjednoczone znajdowały się wówczas na początku potężnego kryzysu naftowego[5].
To właśnie w tamtym czasie Rifkin zwrócił też uwagę na burzliwą dyskusję toczącą się wokół zastosowań inżynierii genetycznej. W 1971 roku amerykańskiemu biochemikowi Paulowi Bergowi udało się uzyskać pierwszą tak zwaną rekombinowaną (czyli zmienioną nowymi narzędziami inżynierii genetycznej) cząsteczkę DNA. Połączył on materiał genetyczny małpiego wirusa SV40 z DNA bakteriofaga (czyli wirusa atakującego bakterie) o nazwie lambda. Kolejnym krokiem miało być wkomponowanie tak powstałego "hybrydowego" wirusa do DNA bakterii Escherichia coli (żyjącej między innymi w naszych jelitach). Jednak Berg tego nie zrobił, bojąc się nieprzewidzianych, a potencjalnie bardzo groźnych konsekwencji eksperymentu, na które zwracali uwagę współpracownicy naukowca, przede wszystkim doktorantka Janet Mertz[6]. Ich poważne obawy budziło to, że wirus SV40 potrafi wywoływać nowotwory u gryzoni oraz w pewnych szczególnych warunkach laboratoryjnych powodować rakowacenie ludzkich komórek hodowanych in vitro. Co by się zatem stało, gdyby z laboratorium, niechcący, wydostała się tak zmodyfikowana genetycznie bakteria? Czy mielibyśmy epidemię nowotworów?
Dlatego Berg napisał list otwarty do naukowców na całym świecie, który został opublikowany pod koniec lipca 1974 roku w tygodniku "Science". Ostrzegał w nim przed potencjalnymi niebezpieczeństwami doświadczeń polegających na kopiowaniu genów z jednych organizmów do drugich. I postulował wprowadzenie moratorium na tego typu eksperymenty do czasu zakończenia szerszej dyskusji w gronie specjalistów (i nie tylko). Choć nie wszyscy zgadzali się z Bergiem, jego apel poskutkował i w laboratoriach przestrzegano dobrowolnego moratorium. Był to pierwszy taki przypadek w historii nauki.
Rok później Berg wraz z innymi uczonymi zorganizował w miejscowości Asilomar w Kalifornii spotkanie stu czterdziestu naukowców (w tym sześćdziesięciu z dwunastu krajów oprócz USA) oraz lekarzy, prawników i szesnastu dziennikarzy. W owym zaszczytnym gronie znaleźli się też dwaj wybitni polscy genetycy: profesorowie Piotr Węgleński i Wacław Gajewski (związani z Uniwersytetem Warszawskim oraz z Instytutem Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie).
Profesor Węgleński opowiedział mi o tym wydarzeniu w wywiadzie dla "Polityki"3:
Przez kilka dni roztrząsaliśmy wszelkie możliwe scenariusze: co się może stać złego i dobrego dzięki metodom inżynierii genetycznej? Wśród uczonych wyczuwalny był lęk, że oto otwieramy puszkę Pandory, z której nie wiadomo co wyskoczy. A jeśli będziemy mogli modyfikować wszystko, to w pewnym momencie zaczniemy modyfikować również człowieka. Jednak obawy głównie dotyczyły zastosowań inżynierii genetycznej w celach militarnych, na przykład w postaci broni z superzjadliwych wirusów czy bakterii. Dużą rolę odegrał w tych dyskusjach James Watson, laureat Nagrody Nobla i współodkrywca - w 1953 roku - budowy cząsteczki DNA, czyli słynnej podwójnej helisy. Mówił zebranym, że jest doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej i gdyby miał prawo zdradzić, co znajduje się w magazynach wojskowych, to uczeni nie przejmowaliby się wydumanymi niebezpieczeństwami inżynierii genetycznej. "Mamy tyle różnego rodzaju świństw, że każdego człowieka na tej planecie można by za ich pomocą zabić na osiem różnych sposobów jednocześnie. Rosjanie posiadają to samo albo i dwa razy więcej" - przekonywał.
Na konferencji ustalono, że doświadczenia polegające na modyfikacji DNA za pomocą metod inżynierii genetycznej mogą być prowadzone z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności. Jeżeli na przykład ktoś pracuje dziś nad genami wirusa HIV, to musi to robić w najwyższej klasie zabezpieczeń. Jeżeli zaś ktoś eksperymentuje z bakteriami, do których wprowadzono gen odpowiadający za produkcję ludzkiej insuliny, to wystarczy pierwsza klasa. Czyli praktycznie rzecz biorąc - normalne laboratorium biologiczne, bo ani bakteria, ani gen insuliny nie stanowią zagrożenia. Dziś wszystkie kraje, gdzie nauka jest rozwinięta, stosują się do tych zasad. Natomiast proste doświadczenia z inżynierii genetycznej, między innymi we Francji, wykonują uczniowie już w szkołach średnich, a w Polsce studenci biologii na wszystkich uniwersytetach. Polegają one na przykład na wprowadzaniu do bakterii genu pochodzącego od robaczka świętojańskiego. I dzięki temu hodowla mikrobów pięknie świeci4.
Ale konkluzje konferencji w Asilomar miały nie tylko wymiar praktyczny w postaci listy zaleceń, jak powinno się prowadzić eksperymenty z wykorzystaniem rekombinowanego DNA. Stały się również impulsem dla sformułowania etycznych zasad, którymi do dziś kierują się badacze wykorzystujący inżynierię genetyczną5. Dzięki zaś obecnym w Asilomar dziennikarzom z przebiegiem debaty naukowców mogła się zapoznać opinia publiczna. Przy czym niektóre późniejsze publikacje podsycały lęki. Magazyn "Rolling Stone" informował, że biolodzy molekularni zdają sobie sprawę, iż znaleźli się w sytuacji, w jakiej byli fizycy w latach poprzedzających skonstruowanie bomby atomowej. W 1976 roku w "The New York Times Magazine" profesor Liebe Cavalieri, biochemik z Uniwersytetu Cornella, sugerował w swoim artykule zatytułowanym New Strains of Life - or Death [Nowe odmiany życia - lub śmierci], że zmodyfikowane DNA może przypadkowo wywołać epidemię nowotworów. Wielu naukowców szybko zdementowało te spekulacje, nazywając je szalonymi lub wymysłem autora, ale tekst wywołał poruszenie. W Kongresie odbyły się przesłuchania mające ustalić, czy rząd nie powinien nałożyć ostrych restrykcji na badania z użyciem inżynierii genetycznej. W tym samym czasie burmistrz Cambridge (ale tego leżącego w amerykańskim stanie Massachusetts) Alfred Vellucci publicznie wyrażał zaniepokojenie, czy genetycznie zmodyfikowane bakterie nie wydostaną się z laboratoriów Uniwersytetu Harvarda, znajdującego się w miasteczku6. Vellucci zdobywał w ten sposób kapitał polityczny, przewodząc tak zwanym zwykłym ludziom. Dlatego przez kilkanaście miesięcy zabiegał także o całkowity zakaz klonowania DNA na terenie Cambridge. Postanowił zostać również tropicielem prawdy i demaskować na użytek opinii publicznej najrozmaitsze naukowe szachrajstwa. W 1977 roku skierował do przewodniczącego National Academy of Sciences (czyli Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych) następujący list:
W dzisiejszym wydaniu "Boston Herald American" znalazłem dwie wzmianki, które bardzo mnie zaintrygowały. W hrabstwie Dover (stan Massachusetts) zaobserwowano "dziwne stworzenie z pomarańczowymi oczyma", natomiast w Hollis (stan New Hempshire) mężczyzna i jego dwóch synów napotkali "owłosionego dwuipółmetrowej długości stwora". Zwracam się do Pańskiej wielce szanownej instytucji z bardzo uprzejmym, acz stanowczym żądaniem zbadania owych doniesień. Mam nadzieję, że nie będzie stanowiło żadnej trudności sprawdzenie, czy owe stwory - jeśli istnieją - mają cokolwiek wspólnego z eksperymentami nad rekombinowaniem DNA, które mają miejsce na obszarze Nowej Anglii7.
Informacje te docierały do Jeremy'ego Rifkina, który w pewnym momencie uznał, że oto na jego oczach dzieje się coś ogromnie niebezpiecznego - człowiek zaczyna manipulować DNA organizmów żywych, w tym swoim własnym, co kojarzyło mu się z eugeniką, obiecującą wyhodowanie kiedyś zdrowszej i mądrzejszej ludzkości. Już w 1977 roku opublikował książkę zatytułowaną Who Should Play God? (co można przetłumaczyć: "Kto powinien bawić się w Boga?"), w której przypuścił ostry atak na inżynierię genetyczną. Twierdził między innymi, że "zabawa genami" może skończyć się dla ludzkości równie koszmarnie jak nuklearny holokaust spowodowany wojną jądrową. Dlatego najważniejsze pytanie, na które musimy sobie odpowiedzieć, brzmi: czy zachowamy nasz i inne gatunki, czy też będziemy je masowo przebudowywać dzięki inżynierii genetycznej? W kilku miejscach książki pisał też o mającej pojawić się kiedyś na rynku żywności zmodyfikowanej genetycznie, twierdząc między innymi, że naukowcy z koncernu General Electric już eksperymentują z tabletką pozwalającą ludziom jeść i trawić siano podobnie do krów. Ma być ona w pierwszej kolejności przeznaczona dla osób otrzymujących pomoc społeczną, jako alternatywa bonów na tradycyjną żywność.
W kolejnej książce na temat biotechnologii[7], zatytułowanej Algeny i wydanej w 1983 roku, Rifkin nawiązał do dawnej przednaukowej dziedziny wiedzy - alchemii (ang. alchemy). Jej zwolennicy wierzyli między innymi w to, że każdy metal da się odpowiednimi zabiegami przekształcić w szlachetne złoto. Podobnie współcześni naukowcy zdaniem Rifkina traktują materiał genetyczny organizmów jak plastyczną masę, którą można dowolnie lepić i mieszać, by uzyskiwać coraz doskonalsze - z punktu widzenia człowieka - stworzenia (stąd tytuł książki: Algeny). DNA, białka, komórki i całe organizmy mają się stać w przyszłości trybikami w nowych biologicznych maszynach konstruowanych zgodnie z potrzebami człowieka. Jeśli dziś inżynieria genetyczna zajmuje się bakteriami, to jutro stworzy nowy rodzaj psa, a niedługo później nowego człowieka. Zdaniem Rifkina nie powinno się na to pozwolić, gdyż w ten sposób ludzie nieodwracalnie i na gorsze zmienią świat, być może nawet doprowadzając do apokalipsy.
Na kartach Algeny skrytykował również mocno teorię ewolucji Karola Darwina, która według niego była wytworem kapitalizmu ery przemysłowej, a nie teorią naukową. Profesor Stephen Jay Gould, znany zoolog i geolog z Uniwersytetu Harvarda oraz świetny popularyzator nauki (jego książki zostały przetłumaczone między innymi na język polski) o lewicowych poglądach, w recenzji Algeny zamieszczonej w 1985 roku na łamach "Discover"8 nie zostawił na tej książce suchej nitki. Uznał ją bowiem za sprawnie napisany traktat będący jednak antyintelektualną propagandą udającą naukę. "Chyba nigdy nie czytałem tak tandetnej książki, która byłaby reklamowana jako poważna wypowiedź znanego intelektualisty" - pisał Gould.
Stawia on tezom Rifkina pięć głównych zarzutów. Po pierwsze, autor Algeny spiera się na jej kartach nie z prawdziwą teorią ewolucji, ale z jej wręcz absurdalną karykaturą, uciekając się między innymi do używania argumentów kreacjonistów walczących zaciekle z darwinizmem. Na przykład: żywe komórki są zdaniem Rifkina zbyt skomplikowane, by mogły wyewoluować przez przypadek, gdyż prawdopodobieństwo takiego zdarzenia miałoby być znikome. Sugeruje również, że w ogóle darwinizm jest pseudonaukowy. Co więcej, w swoich atakach na ewolucję Rifkin - co Gould zauważa z pewnym rozbawieniem - posługuje się także teorią punktualizmu (według której gatunki powstają bardzo szybko, a później nie ulegają już gwałtownym przemianom) autorstwa... Goulda, ale znów w jakiejś zupełnie karykaturalnej formie.
Zarzut numer dwa: Rifkin nie rozumie tego, ani czym jest nauka, ani jak działa. Ciągle na przykład myli fakty z teoriami. Po trzecie, amerykański aktywista nie szanuje zasad uczciwej debaty, gdyż zniekształca i trywializuje argumenty przeciwników po to, żeby swoje wątpliwe twierdzenia przedstawić w różowym świetle. Pisze na przykład, że ewolucjoniści nie mają pojęcia o drzewie rodowym koni, powołując się na wystawę w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej, która odbyła się w... 1905 roku. Szczątki przodków koni ułożono na niej według wielkości kości, a nie według ich genealogii. "Racja, Jeremy, to była bardzo kiepska wystawa, ale mógłbyś przeczytać książkę Horses George'a Gaylorda Simpsona, żeby przekonać się, co wiemy na temat ewolucji tych zwierząt" - pisze Gould. Podaje również przykłady rzekomego obalenia przez Rifkina tez adwersarzy, których ci nigdy nie formułowali, albo takich, które sami dawno już porzucili.
Zarzut czwarty: Rifkin ignoruje elementarne zasady porządnej pracy naukowej, między innymi cytując stare, nieaktualne źródła lub czerpiąc informacje z drugiej ręki, na przykład z antyewolucyjnych traktatów pisanych przez kreacjonistów. "Nie widzę dowodów na to, by Rifkin większość dzieł Darwina przeczytał w oryginale. Nie ma też pojęcia o najważniejszych pracach na temat darwinizmu napisanych przez współczesnych historyków" - podkreśla Gould.
Po piąte, książka Algeny pełna jest śmiesznych i prostych błędów. Rifkin opisuje na przykład, jakie to liczne zwierzęta zobaczył Darwin po wylądowaniu na wyspach Galapagos w czasie słynnej wyprawy dookoła świata na pokładzie okrętu HMS Beagle. Wymieniając kondory, sępy, węże, nietoperze wampiry i jaguary, autor Algeny daje dowód, że nie ma bladego pojęcia o tym archipelagu. Poza wężami żadne z tych zwierząt na nim nie występowało.
Poglądy Rifkina - podsumowuje Gould - nie są ani lewicowe, ani prawicowe. To romantyzm w swojej najbardziej niebezpiecznej, antyintelektualnej formie. Książka Algeny przynależy do "podłego antynaukowego towarzystwa", a argumenty przeciwko inżynierii genetycznej są równie trafne jak nawoływania do zakazania używania maszyn drukarskich, gdyż można na nich powielać Mein Kampf. My, naukowcy, "respektujemy integralność natury, panie Rifkin. Ale pańskim argumentom brak uczciwości. I nad tym ubolewamy" - kończy swój tekst profesor Stephen Jay Gould.
Miażdżące recenzje nie powstrzymały jednak Rifkina przed wydaniem w 1998 roku trzeciej - i jak dotąd ostatniej - publikacji poświęconej inżynierii genetycznej: The Biotech Century. Harnessing the Gene and Remaking the World [Wiek Biotechnologii. Wykorzystywanie genów i przekonstruowywanie świata]. Amerykanin pisał w niej między innymi, że w XXI wieku nastąpi groźne połączenie technologii komputerowych z biotechnologią. Zarazy, głód i rozprzestrzenianie się nowych rodzajów chorób na świecie może się okazać ostatnią częścią scenariusza pisanego dla Wieku Biotechnologii - przestrzegał na jej kartach.
Ten bezpardonowy atak Rifkina na inżynierię genetyczną i teorię ewolucji może na pierwszy rzut oka dziwić. Dlaczego lewicowy aktywista posiadający wykształcenie w dziedzinie stosunków międzynarodowych nagle zajmuje się skomplikowanymi kwestiami dotyczącymi biologii? Jeśli jednak przyjrzymy się temu, co od lat siedemdziesiątych XX wieku robi i pisze Amerykanin, sprawa ta staje się mniej zagadkowa. Otóż Rifkin prezentuje się swoim czytelnikom i słuchaczom jako człowiek renesansu, znający się na mnóstwie bardzo skomplikowanych i ważnych dla ludzkości spraw. Od 1973 do 2014 roku wydał w sumie aż dwadzieścia dwie książki, co daje średnio jedną publikację na dwa lata (później jednak mocno zwolnił, bo do 2022 roku ukazała się tylko jedna). Ich rozstrzał tematyczny jest ogromny: od kwestii społeczno-politycznych po ekonomiczne, naukowe i technologiczne. Na przykład w 2002 roku Rifkin ogłosił rychłe nadejście "ery wodoru", czyli powstania sieci małych lokalnych elektrowni, w których paliwem będzie właśnie ten pierwiastek pozyskiwany z wody. Ziemię miałaby w związku z tym opleść "wodorowa pajęczyna", energetyczny odpowiednik internetu. Tyle że wizja ta przy ówczesnym (i obecnym) stanie nauki oraz techniki była i nadal pozostaje pobożnym życzeniem. Jak to kiedyś celnie podsumował na łamach "Polityki" Edwin Bendyk, "Jeremy Rifkin [...] słynie bardziej z intelektualnych prowokacji niż intelektualnej ścisłości"9. Znacznie ostrzej potraktował Amerykanina na łamach polskiego "Newsweeka" mieszkający w USA publicysta Andrzej Lubowski w tekście zatytułowanym Jeremy Rifkin. Mistrz globalnej bredni:
O tym, że Rifkin nie jest naukowcem, lecz aktywistą, który lekceważy elementarne pryncypia analizy, wiadomo w Ameryce od ponad 20 lat. Jedną z jego książek dziennik "Los Angeles Times" określił jako notoryczne brednie, a inni recenzenci jako bezwstydną mieszankę dezinformacji i błędów logicznych10.
Rifkin jest zatem kimś w rodzaju współczesnego proroka, dla którego własne wizje i mocne przekonania są istotniejsze niż fakty, dane naukowe czy logika. Jednak to go wcale nie dyskredytuje w oczach wielu ludzi. Swoją charyzmą, energią i elokwencją Rifkin potrafi skutecznie uwodzić dziennikarzy, słuchaczy na wykładach, a szczególnie młodych studentów. I polityków, bo - jak podaje na swojej stronie internetowej - był doradcą między innymi niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego i w ogóle Unii Europejskiej, której miał pomóc naszkicować w 2007 roku plan "trzeciej rewolucji przemysłowej" (taki też tytuł nosi jego książka wydana w 2011 roku).
Credo aktywisty
W poglądach Rifkina na biotechnologię wybija się na pierwszy plan jego głęboka wiara, że pomiędzy poszczególnymi gatunkami roślin, zwierząt, bakterii czy grzybów istnieją bardzo wyraźne i nieprzekraczalne (bez ingerencji człowieka) granice wyznaczone przez samą naturę. Inżynieria genetyczna, znosząc je, okazuje się najbardziej niebezpieczną technologią w historii ludzkości, łamiącą etyczne kanony naszej cywilizacji. Nie można bowiem łączyć pomidora z rybą czy przenosić genów człowieka do łososia albo pobierać ich z bakterii i wstawiać do kukurydzy. Nawet jeśli da nam to krótkoterminowe zyski w rolnictwie lub w produkcji leków, to w dłuższej perspektywie doprowadzi do zmniejszenia genetycznej różnorodności. Staniemy się "monokulturą", w której będzie się uprawiać wyłącznie wykreowane ręką człowieka rośliny, co jest przeciwieństwem zrównoważonego biologicznie świata. W ten sposób Ziemię całkowicie opanują zmodyfikowane genetycznie organizmy. Takie jak na przykład łosoś z ludzkimi genami powodującymi jego szybszy wzrost, za sprawą których z naturalnego środowiska wyparte zostaną naturalne łososie.
Ale nie tylko w tym tkwi problem. Wpuszczenie do środowiska tworów takich jak owa zmodyfikowana ryba jest działaniem nieodwracalnym, gdyż są to organizmy żywe, które się rozprzestrzeniają i mnożą, powielając swoje DNA. Krzyżowanie się z naturalnymi łososiami doprowadzi do ich "zanieczyszczenia" zmienionym przez człowieka materiałem genetycznym. Dlatego modyfikacje genetyczne to "najcięższe przestępstwo przeciw godności i integralności świata organizmów żywych".
Według Rifkina istnieje zatem coś takiego jak wręcz święta "integralność gatunków", czyli ich fundamentalne i naturalne prawo do istnienia jako grupy oddzielnych, konkretnych istot. Każde stworzenie żywe posiada podstawową tożsamość jako członek konkretnego gatunku11 - przekonuje Amerykanin.
I chociaż przez tysiąclecia udomawialiśmy organizmy, hodując je i krzyżując, to zawsze byliśmy ograniczeni właśnie owymi naturalnymi barierami pomiędzy gatunkami. Poprzez klasyczną hodowlę nie da się bowiem skrzyżować osła z jabłkiem, dlatego czegoś takiego nie widzieliśmy przez dziesięć tysięcy lat historii rolnictwa. Dziś zaś nie ma już żadnych biologicznych ograniczeń przed ingerencją w "genetyczny plan" gatunków. Co więcej, kiedyś podstawową jednostką biologiczną był organizm, a teraz stał się nią gen, który na dodatek widziany jest wyłącznie jako fragment zwykłej cząsteczki chemicznej (DNA). To według Rifkina nieuprawniony redukcjonizm. Organizmy żywe nie są już bowiem postrzegane na przykład jako ptaki czy pszczoły, tylko "paczki" genów12. W dodatku drenowane przez człowieka. Życie staje się wyłącznie kodem do odczytania, nie ma miejsca na kwestie jego świętości i wyjątkowości.
Dlatego ceną za lepsze zboża czy leczenie chorób genetycznych okaże się ludzka dusza. W tym nowym świecie stwarzanie nie będzie już czymś świętym. Życie człowieka straci niezbywalną wartość. Wszelka kreacja wymknie się wyższym prawom i moralności. "W świecie bioinżynierii nie jesteśmy odpowiedzialni za cokolwiek poza nami samymi, jesteśmy bowiem królestwem, mocą, chwałą, na wieki wieków" - pisze Rifkin w książce Algeny.
Drugi bardzo istotny element jego "antybiotechnologicznego credo" to niepewność i zagrożenia. Oprócz "genetycznego zanieczyszczenia" umieszczenie genu pochodzącego od niespokrewnionego organizmu jest zdaniem Rifkina jak wprowadzenie obcego gatunku do lokalnego środowiska. Innymi słowy - GMO będzie się zachowywało jak gatunki inwazyjne (na przykład króliki przywiezione do Australii czy tak zwany barszcz Sosnowskiego sprowadzony z Kaukazu między innymi do Polski). Grozi to destabilizacją ustanowionych przez miliony lat relacji między organizmami żyjącymi w morzach i oceanach. Zatem nawet zmiana jednego genu może mieć wielką moc sprawczą.
Niepewność związana z inżynierią genetyczną dotyczy również zdrowia konsumentów żywności GMO. Będą oni narażeni na spożywanie bezprecedensowych kombinacji genów: melona zawierającego geny bakterii i wirusów, ziemniaków z genami kurczaka, pomidorów z genami flądry lub tytoniu, ryb i świń z genami człowieka. A geny, które dotąd nie znajdowały się w żywności, mogą powodować alergie.
I trzecia kwestia: patentowanie. Chciwe korporacje tworzące GMO zapragną objąć prawem własności intelektualnej geny i całe organizmy (w 1980 roku Sąd Najwyższy USA podjął decyzję, że organizmy GMO podlegają ochronie patentowej). A życia patentować nie wolno, gdyż jest ono własnością wszystkich ludzi.
Podsumowując: według Rifkina biotechnologia to zagrożenie, jakiego do tej pory nie znała ludzkość. Dalszy rozwój tej dziedziny będzie oznaczał przekazanie ogromnej władzy nad życiem w ręce naukowców, wobec których Amerykanin przejawia głęboką nieufność. Nabrał jej, jak sam wspomina w jednej z rozmów z dziennikarzami, po wizycie w byłym obozie koncentracyjnym w Dachau, dokąd pojechał pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku i gdzie zrozumiał, że naziści mordowali ludzi w sposób obojętny, racjonalny i naukowy. "Holokaust reprezentuje ciemną stronę nowoczesności" - stwierdził w 1989 roku na łamach "Time'a"13. Rifkin prezentował się również jako krytyk racjonalizmu - podczas wystąpień często brał na cel czterech najbardziej nielubianych przez siebie filozofów: Francisa Bacona (uważanego za jednego ze współtwórców metodologii naukowej), Kartezjusza, Izaaka Newtona i Johna Locke'a. Oskarżał ich bowiem o zredukowanie systemu wartości w nauce do jedynego "bóstwa": efektywności.
Dlatego Rifkin wrzuca naukowców do jednego worka z szefami koncernów i politykami, którzy zaślepieni krótkoterminowymi zyskami oraz posiadaną władzą nad naturą będą znieczuleni na długoterminowe fatalne konsekwencje wprowadzania nowych technologii. Ludzie nauki mają też samolubny interes - własne badania i osiągnięcia pozwalające piąć się w hierarchii - w przedmiotowym widzeniu przyrody i niedostrzeganiu niezbywalnej wartości, jaką są odrębne gatunki biologiczne. System etyczny wyznawany przez biologów molekularnych i genetyków jest wadliwy, jak również odległy od tego, w co wierzy - zdaniem Rifkina - amerykańska (i nie tylko) opinia publiczna. Naukowcy nie mogą więc być arbitrami w sporach, czy dana technologia jest potrzebna i jakie ryzyko ze sobą niesie. "To tylko technicy, a nie bogowie" - stwierdził na łamach "Time'a".
Artykułowi temu redakcja amerykańskiego tygodnika nadała tytuł "Człowiek najbardziej znienawidzony przez naukę". Z pewnością przesadny, ale równocześnie trudno zaprzeczyć obopólnej niechęci na linii naukowcy - Rifkin, która z czasem tylko narastała. Badacze czuli się obrażani jego agresywnymi tezami, tym bardziej że to przecież oni sami - nieprzymuszani przez nikogo - nałożyli w połowie lat siedemdziesiątych embargo na eksperymenty z użyciem inżynierii genetycznej i rozpoczęli poważną dyskusję, w dodatku całkowicie jawną dla opinii publicznej. Jak stwierdził genetyk i biolog molekularny William French Anderson, również na łamach wspomnianej publikacji w "Timie", Rifkin podczas prywatnej rozmowy potrafił się niemal we wszystkim zgadzać. Ale gdy wchodził w rolę aktywisty, robił wszystko, by zwrócić uwagę na swoje poglądy.
Niemiecki łącznik
W 1986 roku doszło w Waszyngtonie do przypadkowego spotkania, które miało się okazać jednym z kluczowych wydarzeń w wojnie wypowiedzianej przez Rifkina biotechnologii i genetycznie zmodyfikowanym organizmom. Do stolicy USA przyleciał Benedikt Härlin, członek Parlamentu Europejskiego z ramienia niemieckiej partii Zielonych14. Celem jego wizyty było przedyskutowanie z działaczami amerykańskiej lewicy programów dotyczących opieki społecznej. Härlin nie zamieszkał w hotelu, tylko skorzystał z zaproszenia kilkorga aktywistów wynajmujących wspólnie dom w centrum Waszyngtonu. Jedną z tych osób była Linda Bullard, która zaczęła opowiadać gościowi z Niemiec o potężnej dziedzinie nauki: biotechnologii, a przede wszystkim o narzędziach inżynierii genetycznej pozwalających dowolnie manipulować DNA. Skąd takie zainteresowania Bullard? Jej szefem był wówczas Jeremy Rifkin.
Härlin bardzo zainteresował się opowieściami Amerykanki. Ona zaś zasugerowała mu, by porozmawiał z samym Rifkinem. Niedługo później doszło do spotkania, w trakcie którego Amerykanin wyłożył swoje antybiotechnologiczne credo wraz z katastroficznymi przewidywaniami końca biologicznego świata, jaki znamy. Härlin był pod wielkim wrażeniem i tego, co usłyszał, i charyzmy Rifkina. "Pamiętam, że najbardziej poruszyła mnie kwestia zupełnie nowego i sztucznego sposobu modyfikowania oraz tworzenia żywych organizmów" - wspominał trzynaście lat później w rozmowie z dziennikiem "The Wall Street Journal"15. Spotkanie z Rifkinem zmieniło życie Niemca. Wracając z Waszyngtonu do Brukseli, miał jasność, czemu należy teraz poświęcić całą energię: walce z GMO.
Młodszy o dwanaście lat od Rifkina (urodził się w 1957 roku) Härlin to człowiek o burzliwym życiorysie. Pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku zaangażował się w skrajnie lewicowy ruch złożony głównie z ludzi, którzy ściągnęli do Berlina Zachodniego - wówczas enklawy o specjalnym statusie na terytorium komunistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD) - by uciec przed obowiązkową w Niemczech Zachodnich (RFN) służbą wojskową, lub po prostu szukających przygody w gorących czasach buntu młodego pokolenia. Na ogół trafiali oni do dzielnicy Kreuzberg, gdzie stało sporo opuszczonych domów, i zajmowali je bez zgody właścicieli. Takie budynki ogłaszano "strefami wyzwolonymi", a na ich murach pojawiały się marksistowskie hasła o walce klas. Zrewoltowani młodzi ludzie toczyli bitwy z policją, która próbowała ich stamtąd usunąć siłą.
Härlin w pewnym momencie dołączył do grupy wydającej pismo "Radikal", publikujące między innymi odezwy Komórek Rewolucyjnych, przedstawiających się jako podziemna organizacja anarchistyczna. W 1982 roku nawoływało ono do gwałtownych protestów (które zmieniły się w uliczne walki z policją) przeciwko wizycie ówczesnego amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana. Władze odpowiedziały zamknięciem redakcji i aresztowaniem jej członków, w tym Benedikta Härlina, który trafił do aresztu w czerwcu 1983 roku. Następnie sąd skazał go na dwa i pół roku więzienia za wspieranie działalności terrorystycznej.
Środowiska lewicowe w Niemczech Zachodnich rozpoczęły natychmiast akcję solidarności z aresztowanymi osobami z kręgu "Radikal". Tworząca się wówczas niemiecka partia Zielonych wpisała Härlina na swoją listę kandydatów do Parlamentu Europejskiego, z której został w maju 1984 roku wybrany eurodeputowanym. To zaś zwolniło go z więzienia. Jak później wspominał, opuszczał je, pozostawiając w celi również radykalny marksizm. Härlin postanowił od tej pory całkowicie zaangażować się w działalność parlamentarną na rzecz ochrony środowiska.
Po spotkaniu z Rifkinem w 1986 roku zgromadził wokół siebie niewielką grupę aktywistów występującą pod nazwą Gene Ethics Network, której zadaniem było rozpowszechnianie informacji na temat niebezpieczeństw nowoczesnej biotechnologii. Stał się też w Parlamencie Europejskim najgłośniejszym jej krytykiem, próbując doprowadzić do - przynajmniej czasowego - zakazu wprowadzania do środowiska jakichkolwiek organizmów powstałych z użyciem narzędzi inżynierii genetycznej. Bezskutecznie.
W 1990 roku opuścił więc Parlament i wrócił do Niemiec, by rok później dołączyć do organizacji Greenpeace. Na razie walczył tylko z toksycznymi odpadami chemicznymi zanieczyszczającymi środowisko oraz z pestycydami stosowanymi w rolnictwie. Ale kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych dowiedział się, że Unia Europejska zezwoliła na import pierwszej partii genetycznie zmodyfikowanej soi odpornej na herbicyd Roundup (glifosat) i kukurydzy Bt potrafiącej, dzięki produkcji pewnej bakteryjnej toksyny, samodzielnie bronić się przed szkodnikami (ziarno nie było przeznaczone na zasiew, tylko do produkcji żywności i pasz), postanowił mocno uderzyć w biotechnologię. Najpierw musiał jednak przekonać do tego szefów Greenpeace'u, co wcale nie było łatwe - organizacja przeżywała wówczas kryzys spowodowany między innymi malejącym dopływem funduszy i przemęczeniem walką na kilku frontach. Dlatego kierownictwo sceptycznie odnosiło się do pomysłów rozpoczynania nowej kampanii. Ponadto niektóre organizacje ekoaktywistów w Europie[8] widziały w biotechnologii szansę na zmniejszenie zużycia pestycydów, zwalczanych przecież przez Härlina i Greenpeace. Przykładem takiej rośliny GMO była wspomniana już kukurydza Bt, do której skopiowano pewien gen pochodzący od bakterii. Dzięki temu sama wytwarzała białko trujące dla niektórych atakujących ją owadów, ale całkowicie bezpieczne dla ludzi. To zaś mogło oznaczać redukcję oprysków środkami owadobójczymi.
Mimo to Härlin nie dawał za wygraną, gorąco przekonując Greenpeace do tez Rifkina przestrzegających przed nadciągającą katastrofą ekologiczną i niedopuszczalnym manipulowaniem żywymi organizmami. "Inżynieria genetyczna będzie dominująca w wielu obszarach, którymi się zajmujemy: w globalnym ociepleniu, wyrębie lasów czy pestycydach" - argumentował. I dodawał: to wojna, którą możemy teraz wygrać, gdyż rozwój biotechnologii rolniczej znajduje się na tak wczesnym etapie, że da się go jeszcze zastopować16.
Jesienią 1996 roku kierownictwo Greenpeace'u w końcu dało się przekonać i postawiło Härlina na czele kampanii przeciwko inżynierii genetycznej w rolnictwie, oddelegowując wyłącznie do niej kilkunastu doświadczonych aktywistów. Nie była to decyzja opierająca się na dogłębnych analizach zagrożenia dla środowiska ze strony biotechnologii, konsultowana z ekspertami z różnych dziedzin nauki. Wiele wskazuje na to, że najważniejszą rolę odegrało poczucie misji i zapał jednego człowieka: Benedikta Härlina. Osoby bez wyższego wykształcenia[9] i specjalistycznej wiedzy z dziedziny biotechnologii, biologii i rolnictwa. Za to głęboko wierzącej w credo Jeremy'ego Rifkina. I zahartowanej w walce z lat osiemdziesiątych, więc dobrze wiedzącej, jak organizuje się głośne i ostre protesty. A zatem idealnej do poprowadzenia wielkiej wojny z biotechnologią.