W kraju Mahdiego - Karol May

Kup ebooka

8.99 zł
7.39 zł (6,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Reis Effendina

  

Murad Nassyr odprowadził mnie i dzieci. Posługacz szedł przed nami. Kiedyśmy się dostali na statek, skończyła załoga właśnie modlitwę południową i zabierała się do rozwinięcia wielkiego żagla. Uścisnąłem Nassyrowi rękę, podziękowałem mu za towarzystwo i wskoczyłem razem z czarnymi na pokład. Wkrótce wiatr wydął żagle i dahabijeh skierowała dziób ku środkowi rzeki. Po kilku pożegnalnych skinieniach odwróciłem się od brzegu, aby przywitać się z re?sem, czyli kapitanem. Podszedłszy do mnie, ukłonił się bardzo grzecznie i nawet podał rękę, poczem zaprowadził mnie sam do mojej kajuty. Kajuta znajdowała się w tylnej części okrętu, a od pokładu dzieliła ją wisząca rogoża słomiana, zastępująca drzwi. Zauważyłem tam coś w rodzaju materaców, a ponieważ w koce zaopatrzył mnie Nassyr, mogłem urządzić się wygodnie z moimi małymi, czarnymi towarzyszami podróży. Miejsca było tu dość, choć nie za wiele. Ku mojemu zdziwieniu, zastałem tuzin flaszek, ustawionych wzdłuż ściany. Reis mnie objaśnił, że Turek je przysłał. Było to piwo pilzeńskie. Sympatja moja dla grubasa wzmagała się z każdą chwilą.

Właśnie odszedł był reis ode mnie, a ja przystąpiłem do małej luki w kajucie, aby rzucić okiem na ożywioną żaglami rzekę, kiedy usłyszałem za sobą głos:

- Effendi, czy pozwolisz mi przynieść tu swoje rzeczy, które hammal złożył tam naprzedzie okrętu?

Odwróciłem się do mówiącego. Stał u wejścia do kajuty w tak uprzejmej, pokornej nawet postawie, że trzeba było odpowiedzieć mu przyjaźnie, a jednak nie mogłem się na to zdobyć. Oko jego patrzyło ostro z pod brwi krzaczastych, a kąty wąskich warg opadały ku dołowi, jakby za chwilę miał wybuchnąć śmiechem szyderczym. A nos...! Był mocno spuchnięty i zabarwiony na żółto, czerwono, zielono i niebiesko. Jakim sposobem ten człowiek tak sobie twarz oszpecił? Mimowoli przyszedł mi na myśl duch trzeci, którego nos zetknął się silnie z moją pięścią. W duszy mej, skłonnej teraz do nieufności, zbudziło się podejrzenie. Kiedy rozwijano żagle, zanim okręt ruszył, śpiewali majtkowie: "Ah ia sidi Abd el Kader". Jest to zwyczajny okrzyk muzułmanów, należących do Kadirine. Czyżby reis tego statku, a z nim cała załoga, byli członkami bractwa? Czyżby Abd el Barak, który od Selima mógł się dowiedzieć, że popłynę na dahabijeh, kazał reisowi wziąć na statek mego trzeciego stracha? Były to dla mnie pytania pierwszorzędnego znaczenia. Nie zdradziwszy myśli swoich najdrobniejszym skurczem twarzy, zaskoczyłem tego człowieka nagłem zapytaniem:

- Jak się nazywasz?

Zapewne spodziewał się, że na swoje zapytanie otrzyma w odpowiedzi słowo zgody: "tak", usłyszawszy jednak coś innego, zawahał się na chwilę. Dlaczego? Czy miał powód do skrywania swego imienia?

- No, odpowiadaj! - przynagliłem surowo.

- Nazywam się ben Szorak - odrzekł.

Powiedział to tak, jakgdyby wypuszczał przez u sta pierwsze lepsze imię, które przyszło mu na myśl. Nazwisko takie jednak, jak ben Szorak, czyli syn Szoraka, bynajmniej mi nie wystarczało. Ten człowiek miał około pięćdziesięciu lat, więc musiał mieć własne imię, po którem pewnie następowało ben Szorak. Nie zastanawiałem się jednak nad tem zbyt długo i pytałem dalej:

- Dlaczego się zgłaszasz do tej roboty?

- Ponieważ obsługuję podróżnych.

- Aha! Czy jesteś Arabem?

- Tak, z plemienia Maazeh.

- Jak długo służysz na tym statku?

- Od roku przeszło.

- Dobrze! Przynieś mi rzeczy. Jeśli będę z ciebie zadowolony, otrzymasz obfity bakszysz.

Zależało mi na tem, aby ten człowiek nie miał czasu zawiadomić drugich o udzielonych mi odpowiedziach. Wyszedłem więc na pokład. Reis stał wtyle obok sternika; przystąpiłem do niego i zadałem mu kilka pytań, odnoszących się do moich praw i obowiązków jako podróżnego. Potem spytałem, czyby nie zechciał wyznaczyć mi kogoś do drobnych posług. Reis odpowiedział, nie przeczuwając niczego:

- Już wyznaczyłem ci tego, co zaniósł do kajuty twoje rzeczy.

- Jak się nazywa?

- Barik.

- Czy to Beduin?

- Nie. Pochodzi z Minieh.

- Czy wierny i godzien zaufania? Jak długo jest na tym statku?

- Już od czterech miesięcy.

Wiedziałem dosyć. Ten upiór numer trzeci okłamał mnie i nie był nawet na tyle ostrożny, żeby omówić z załogą personalja. Nie ulegało wątpliwości, że przybył na statek jedynie w tym celu, aby mi w drodze towarzyszyć. Uderzyło mnie to, że bawił jeszcze w kajucie. Czego tam szukał? Zbliżyłem się ostrożnie, nie chcąc go spłoszyć przedwcześnie, a potem wszedłem szybko do środka. Dzieci siedziały i obgryzały kilka daktyli, które im dał, aby ich uwagę zaprzątnąć, a sam trzymał rękę w wewnętrznej kieszeni mego haika, chcąc widocznie zbadać jej zawartość. Udałem, że tego nie zauważyłem, i obarczyłem go jakiemś poleceniem, z którem się musiał oddalić.

Jakżeż uzasadnione były moje obawy! Teraz zachodziło pytanie, jakie polecenie otrzymał od Abd el Baraka. Może otrzymał rozkaz, aby mnie w drodze zamordować? Tej ostateczności nie chciałem jeszcze przypuszczać. Prawdopodobnie chciał mi wykraść dokumenty i może teraz właśnie szukał ich w kieszeni haika. Bądź co bądź, nie znajdowałem się w położeniu godnem zazdrości, i byłoby mi najprzyjemniej, gdybym mógł dahabijeh bezzwłocznie opuścić. Postanowiłem zmienić okręt przy najbliższej sposobności, co zresztą wielkich trudności nie przedstawiało, statki te bowiem przybijają prawie regularnie co wieczora do jakiejś przystani i zawsze znajdzie się ich tam kilka. Nie sądziłem przytem, żeby niebezpieczeństwo dziś już miało mi zagrażać. Zaniechałem narazie rozmyślań i zabrałem się do urządzenia mego małego pływającego gospodarstwa domowego. Należało przedewszystkiem zabezpieczyć żywność przed szczurami, które są prawdziwą plagą tych statków. W trakcie tego wpadła mi w rękę paczka tytoniu. Otworzyłem ją i znalazłem na wierzchu papier złożony, a na nim napis: "pańskie koszta podróży do Siut". Pakiet był dosyć ciężki; kiedy go rozwinąłem, zamigotało przede mną dwadzieścia inglis liraszy, czyli około tysiąca złotych. Mój gruby Murad Nassyr był sobie wcale poczciwym Osmanem. Mieliśmy wprawdzie bardzo odmienne przekonania religijne, lecz w kwestjach pieniężnych panowała widocznie między nami wzruszająca harmonja. Zachodziło tylko pytanie, do jakich usług chciał mnie tem zobowiązać. Wciąż jeszcze Nassyra podejrzewałem, że prowadzi takie interesy, na jakie zgodzić będzie mi się trudno. Jego twarz przybierała czasem wyraz taki, jaki można zauważyć tylko u ludzi, dla których każda droga dobra, jeśli prowadzi do celu. Jego zachowanie się wobec mnie niewątpliwie wynikało z dużej dozy sympatji, to przyznać musiałem; równocześnie jednak przypuszczałem, że wiele także dałoby się wyjaśnić jego egoistyczną rachubą. Tego egoizmu jednak nie mogłem mu brać za złe, bo każdy człowiek jest w mniejszym lub większym stopniu egoistą.

Ażeby żywność przed szczurami zabezpieczyć, zbudowałem z flaszek podstawę i położyłem na niej wszystkie zapasy i wartościowe przedmioty. Dopomagały mi w tem moje murzynięta. Okazało się przy tej sposobności, że były to dzieci zręczne i pojętne. Byłbym sobie oszczędził tej pracy, gdybym przeczuwał, że pobyt mój na dahabijeh nie przetrwa dnia jednego, Wiał wiatr północny, jak zwykle w tej porze roku, i statek płynął dosyć szybko, dopóki słońce nie zniknęło na zachodzie i nie odmówiono moghrebu, modlitwy wieczornej. Potem jednak kazał reis płynąć tylko połową żagli. Dahabijeh posuwała się powolniej i zauważyłem, że ster skierowano ku lewemu brzegowi rzeki. Zwróciłem się do reisa i spytałem o przyczynę tego manewru.

- Zatrzymujemy się w Giseh - odpowiedział.

- Ale dlaczego? Dopiero rozpoczęliśmy drogę. Z jakiego powodu mamy ją już przerywać? Jeszcze nie ciemno i wkrótce ukażą się gwiazdy, a przy ich świetle moglibyśmy wcale dobrze dopłynąć do Atar en Nebi lub Der et Tin, a nawet do Menil Sziba i do Der Ibn Sufgan.

- Skąd znasz te miejscowości? - spytał zdziwiony. - Kto ci o nich opowiadał?

- Uważasz mnie zapewne za nowicjusza? Nie po raz pierwszy tu jestem i przejeżdżałem już przez katarakty.

- W takim razie musisz wiedzieć, że statek przybija do brzegu z nastaniem zmroku.

- Tak, ale dopiero wtedy, kiedy dalej z powodu ciemności płynąć już nie można. Teraz przecież nie noc i dziś wogóle ciemno nie będzie, bo należy się spodziewać pięknego światła gwiazd, a także woda świeci. Moglibyśmy płynąć przez całą noc.

- Na to się żaden ostrożny i doświadczony reis nie ośmieli.

- I owszem. Ja sam tego nieraz doświadczałem. Żeglowaliśmy często przy blasku księżyca, albo przy świetle gwiazd przez całe noce. Jeśli chciałeś zatrzymać się w Giseh, to nie trzeba było wogóle zaczynać dzisiaj podróży. Zresztą, wiesz chyba o tem, że każdy rozumny reis kieruje się życzeniami podróżnych.

- Pod tym względem niema żadnego przepisu. Jestem panem tej dahabijeh i postępuję wyłącznie wedle własnego upodobania.

- W takim razie przygotuj się na to, że twoją niegrzeczność podam do publicznej wiadomości, a potem nie pojedzie z tobą nikt z Franków, którzy są najlepszymi podróżnymi i najlepiej płacą za wszystko!

- Niech nie jeżdżą! Nic mi po nich!

Odwrócił się i odszedł, i na tem skończyła się rozmowa. To wczesne przybicie do lądu w Giseh musiało mieć swój specjalny powód, być może w związku z planami Abd el Baraka, a zatem i z obecnością trzeciego ducha na statku. Miało stać się coś, czego nie chciano odwlekać i czego miano dokonać wpobliżu Kairu. Ale co to być mogło? A może tylko zamierzali wydrzeć mi podpisy Abd el Baraka? Prawdopodobnie słuszne były wszystkie moje domysły.

Co się tyczy Giseh, jest to miejscowość, w której wysiadają ze statków podróżni, chcący obejrzeć piramidy, leżące w odległości ośmiu kilometrów od Kairu. Podczas wylewu wynosi ta odległość dwa razy tyle, gdyż trzeba wtedy ogromne obszary wodne obchodzić wałami ziemnemi. Miejscowość ta posiada żelazny obrotowy most przez Nil. Naprzeciwko wyspy Roda leży ogród haremowy i park selamliku. Oprócz tego znajdują się tu liczne w gruzy zapadłe bazary i ruiny dawnych willi mameluckich, wreszcie kilka kawiarń, których próg jednak niechętnie przestępuje noga Europejczyka. W Giseh zamierzałem nocować nie na lądzie, lecz na statku, postanowiłem się jednak maskować i udawać, że chcę opuścić żaglowiec. To też, gdy dahabijeh przybiła do brzegu, zarzuciłem na siebie haik, wziąłem dzieci za ręce i udawałem, jakbym miał zamiar wyruszyć. W tej chwili zbliżył się szybko reis i zapytał:

- Z jakiemi się pan nosi zamiarami? Czy chcesz wysiąść, effendi, ażeby spędzić noc w Giseh?

- Tak.

- Nie znajdziesz tam noclegu.

- Czemu nie? Płacę dobrze, więc przyjmą mnie w każdym domu.

- Ale my odpłyniemy bardzo wcześnie, i jeśli zaśpisz, zostaniesz tutaj!

- Tego się nie obawiam, gdyż zawiadomię cię, gdzie będę, i będziesz mógł po mnie posłać.

- Posyłać po ciebie nie mogę. Muszę uważać na wiatr poranny i odpłynąć natychmiast, skoro tylko wiać zacznie.

- Wszak przysłanie kogoś do mnie byłoby zwłoką zaledwie kilku minut.

- Nawet tak krótkiego czasu nie mogę marnować.

- Cóż cię teraz tak nagli, skoro przybiłeś do brzegu, chociaż mogłeś jechać dalej?

- Jestem reisem i nie mam obowiązku wyłuszczać ci moich powodów. Chcesz iść, to idź, lecz nie poślę po ciebie. Jeśli zobaczę, że gwiazdy świecą dość jasno, odpłynę nawet przed północą i trudno ci będzie nas dogonić.

- W takim razie muszę poddać się twojej woli i zostać tutaj. Niech ci Allah wynagrodzi uprzejmość, z jaką obchodzisz się z podróżnymi!

Wypowiedziałem te słowa tonem niechęci i umyślnie przybrałem minę niezadowolenia. Na jego twarzy zaznaczył się przelotnie wyraz radości, udałem jednak, że tego nie dostrzegam. Osiągnąłem cel - wiedziałem mianowicie, czego mam się spodziewać. Zależało mu na tem, abym nie opuszczał statku; zamierzano więc plan, przeciwko mnie zwrócony, wykonać jeszcze dziś w nocy. Było mi to na rękę. Wolałem, żeby się sprawa już dziś zakończyła, niż żebym miał trwać dłużej w niepewności.

Majtkom pozwolono na to, czego mnie zabroniono; mogli wysiąść na ląd. Przypatrywałem się, jak opuszczali okręt; został tylko reis, mój "służący" z nosem jak dynia, i sternik. Łatwo się domyślić, dlaczego pozwolono marynarzom opuścić statek. Chciano się pozbyć niepożądanych świadków.

Wkrótce wszedł służący do mnie do kajuty i zapytał, czy sobie czego nie życzę. Zażądałem wody i lampy, by mieć ciągle ogień do fajki. Przyniósł jedno i drugie i wtedy mimochodem zauważyłem, że czuję się niedobrze i że z tego powodu nie opuszczę kajuty. Wyjąłem przytem z kieszeni portfel i otworzyłem niby nieumyślnie tak, że widział, iż znajdują się w nim papiery. Postąpiłem tak, aby całą sprawę przyśpieszyć i wziąć na lep tych ludzi. Że miałem słuszność i że w sedno trafiłem, przekonałem się natychmiast, gdyż człowiek ten odpowiedział:

- Dobrze czynisz, effendi. Zostań w kajucie. Powietrze nocne szkodzi obcym i niejeden już dostał nieuleczalnego zapalenia oczu, spędziwszy wieczór na dworze. Chroń więc światła oczu twoich! Czy będziesz mnie potrzebował dziś jeszcze?

- Nie. Zjem jeszcze kilka daktyli, wypalę dwie fajki i ułożę się do snu.

- W takim razie idę i nie przeszkadzam. Miej noc szczęśliwą!

Złożył mi ukłon głęboki, choć nie tak karkołomny, jaki składał Selim, i oddalił się, zapuściwszy rogożę, ażeby kajutę oddzielić od pokładu. Zaledwie to uczynił, zgasiłem glinianą lampkę, ażeby nie widziano mnie w ciemności, podniosłem rogożę i wyjrzałem za nim. Domyślałem się, że służący natychmiast zawiadomi tamtych poczciwców o tem, co powiedziałem.

Na całym pokładzie nie było ani jednego światła. Zastępy gwiazd nie ukazały się jeszcze i tylko kilka ich zwiastunów migotało na niebie, nie mogąc rozjaśnić panujących ciemności. Wprawne moje oczy jednak patrzyły bystrzej, aniżeli oczy Arabów; dojrzałem ducha numer trzeci kierującego się ku środkowi statku. Podążyłem za nim. Wprawdzie nie obejmowałem wzrokiem całego pokładu, wiedziałem jednak, że leżało tam kilka obszytych łykowemi rogożami tobołów z tytoniem, transportowanych na południe. Popełzłem więc do nich na rękach i kolanach, jak mogłem najszybciej. Przypuszczenie moje sprawdziło się, kiedym się bowiem zbliżył, usłyszałem rozmowę. Na prawo stała oparta o toboł jakaś postać; obok niej druga. Posunąłem się nieco na lewo i położyłem po drugiej stronie tobołów. Usłyszałem przytem następującą rozmowę:

- Zaczekaj jeszcze! Nie należy dwa razy mówić o jednej rzeczy, skoro można powiedzieć raz tylko. Reis wkrótce nadejdzie.

- Gdzie on jest?

- Na brzegu. Udał się tam, chcąc przytwierdzić latarnię, aby muza'bir, kuglarz, który ma przyjść, nie potrzebował się błąkać.

Był to sternik i mój służący kajutowy. A zatem na lądzie wywieszono latarnię na znak dla kuglarza. Naco im ten człowiek potrzebny? Czy on tutejszy, czy też przybył z Kairu? Ciekawym wreszcie, czy sprowadzają go ze względu na mnie, czy też poto, aby zabawił załogę? Takim ludziom darowują zazwyczaj koszta podróży, jako zapłatę za popisy.

Ponieważ leżałem na podłodze, a obramowanie pokładu sięgało prawie do wysokości moich piersi, nie mogłem widzieć brzegu, ani latarni. Natomiast usłyszałem, jak rzekł służący, który stał prosto:

- Teraz się świeci. Wetknął żerdź w ziemię i przymocował do niej latarnię. Zaraz powróci.

Leżałem od strony rzeki, a reis musiał nadejść od strony lądu, więc spodziewałem się, że mnie nie zobaczy. Znajdowałem się w położeniu prerjowego myśliwca, podchodzącego Indjan! Pod tym względem miałem dość wprawy i byłem pewien, że dowiem się czegoś ważnego.

Reis wszedł na pokład i przemierzył go krokami wpoprzek. Zawołano go cichem "pst!", a on, widząc ich obu, zapytał:

- No, co robi ten giaur? Oby go Allah w wiecznym pogrążył ogniu!

Brzmiało to cokolwiek inaczej, aniżeli uprzejme przywitanie, z jakiem przyjął mnie na wstępie.

- Siedzi w swej komórce i pali fajkę - odpowiedział chajjal trzeci.

- Nie ma zamiaru wyjść?

- Nie. Czuje się niezdrów; wykurzy dwie fajki, a potem zaśnie. Zresztą, powiedziałem mu, że dostanie zapalenia oczu, jeżeli wyjdzie.

- Bardzo sprytnie! Bodajby ten pies udusił się swoim tytoniem! Jak śmie taki trup śmierdzący porywać się na naszego mokkadema i kraść mu niewolników! Oby uschnęła ręka, która to uczyniła, i oby nigdy nie wyzdrowiała! Czemu mokkadem, oby go Allah otaczał swoją opieką, nie kazał ci zabić tego niewiernego?

- Tylko dlatego, żeby ciebie nie narażać na niebezpieczeństwo. W Kairze bowiem wiadomo wszystkim, że wsiadł na twoją dahabijeh i gdyby zniknął, pociągniętoby ciebie do odpowiedzialności.

- To prawda, ale mógłbym powiedzieć, że wysiadł po drodze, a przypuszczam, że wszyscy ludzie moi potwierdziliby to zgodnie.

- Jest wśród nich kilku, którym ufać nie można, bo niedługo służą u ciebie. Dlatego radziłem ci oddalić ich teraz ze statku. Naco mają wiedzieć, że muza'bir przyjdzie na okręt.

- Niepotrzebnie mi go przysyłają. Musiałem przez niego przybijać do brzegu i to wpadło w oko chrześcijaninowi. Szczęściem, nie domyśla się niczego. Wierny sługa proroka zauważyłby zaraz, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Gdybyśmy nie musieli czekać na muza'bira, mógłbyś, zamiast niego ukraść giaurowi papiery i zanieść je mokkademowi.

- Allah, Wallah! Czego ty ode mnie wymagasz! Ten giaur silny jak lew; sam to na sobie poczułem. Pokonał mokkadema, który przecież posiada siłę olbrzyma, potem obalił jego sługę i omal mnie nie pochwycił. Ślad jego pięści ponoszę z miesiąc na twarzy. Za to, że mi w ten sposób zeszpecił ozdobę mojego życia, niech go djabeł na sto kawałków rozszarpie, a duszę jego spali w najsilniejszym ogniu! Nie znam trwogi, a serce moje pełne męstwa, jak serce pantery, ale wyciągnąć nocą papiery z kieszeni takiego zbójcy, tego dokonać nie potrafię, bo nie mam w tem wprawy. To potrafi muza'bir, który umie tysiąc sztuk, a przytem jest najsłynniejszym złodziejem kieszonkowym. Przyjdzie, weźmie papiery i zniknie. Gdy giaur brak ich spostrzeże, niech wtedy robi, co mu się podoba; na dahabijeh ich nie znajdzie.

- A czy wiesz, że ma je przy sobie?

- Nie ulega to najmniejszej wątpliwości.

- Możesz się mylić. Równie dobrze mógł je wziąć na przechowanie Turek Murad Nassyr.

- Nie. Jestem tego samego zdania, co nasz pobożny mokkadem. Giaur jest sprytniejszy, ostrożniejszy i silniejszy od Turka i nie powierzyłby mu tak ważnych dokumentów. Zachował je przy sobie na pewno. Zresztą, widziałem teraz, kiedy byłem u niego, portfel z listami i innemi papierami. Te trzy dokumenty muszą się tam na pewno znajdować.

- Spodziewam się; ale niełatwo mu je będzie zabrać. Jeśli się przytem zbudzi, wszystkie zachody stracone!

- Muza'bir ma lekką rękę i dokonywał już rzeczy o wiele trudniejszych. Wiesz chyba dobrze, że mokkadem nie pośle człowieka niezręcznego.

- Być może, ale zawsze lepiej zabić niewiernego! W ten sposób nie byłoby najmniejszej wątpliwości, że się sprawa powiedzie.

- Teraz także niema wątpliwości.

Mokkadem musi bezwarunkowo mieć te papiery i pewnie dał muza'birowi najdokładniejsze wskazówki. Kuglarz będzie miał oczywiście nóż przy sobie; otóż, jeśli się chrześcijanin nie zbudzi, zostanie narazie przy życiu, jeśli się jednak zbudzi, wbije mu muza'bir nóż w serce.

- Narazie? A więc później przecież zginie?

- Tak. Będzie to kara za grzechy, popełnione względem mokkadema.

- Ale kiedy i gdzie?

- To jeszcze nieoznaczone. Jak powiedziałem, oszczędzi się go teraz tylko ze względu na ciebie, gdyż jesteś wiernym członkiem Kadirine i ulubieńcem Abd el Baraka; ale po takich jego czynach musi nastąpić śmierć. Na dzisiaj daruje mu się życie, lecz zawiśnie ono na cienkim włosku, który się przerwie przy najbliższej sposobności.

- Chyba w Siut, gdzie wysiądzie i czekać będzie na Turka.

- Tego nie mogę powiedzieć, gdyż należy się kierować okolicznościami, a nie wiemy, czy te będą tam dla nas pomyślne.

- Skoro wam w Siut zniknie z oczu, umknie niezawodnie!

- O nie! Wiesz przecież, że jeszcze nie jest pewne, dokąd masz mnie ze sobą zabrać. Będę otwarty i powiem ci, że mam rozkaz zostać przy giaurze.

- Masz go śledzić?

- Tak. Nie wolno mi oka zeń spuścić. Muszę być względem niego uniżony i czujny, żeby nabrał do mnie zaufania. Potem łatwo mi będzie doprowadzić do tego, że mnie zatrzyma przy sobie jako sługę.

- Plan jest dobry, a ja mu cię polecę gorąco. A więc to ty masz go potem zabić?

- Nie. Mokkadem życzy sobie widzieć śmierć jego, ażeby w ostatniej chwili rzucić nań klątwę wiernego muzułmanina.

- Ależ mokkadem znajduje się w Kairze!

- Dzisiaj tak, ale wyrusza na południe do Chartumu i dalej.

- W sprawach świętej Kadirine?

- Tak. Otrzymał list, aby koniecznie tam jechał. Przebywa tam nadzwyczajnie pobożny i uczony fakih, mnich mahometański, który wstąpił do Kadirine i wymyślił wielki plan rozszerzenia Islamu po całym świecie. Nazywa się Szech Mohammed Achmed, czy Achmed Suleiman, czyli późniejszy Mahdi; dobrze już nie pamiętam. Plan jego ma tak wielką wagę, że gdy przyjdzie do jego wykonania, wtedy nasza Kadirine zajaśnieje niezmiernym blaskiem. Wobec tego postanowił mokkadem posłuchać wezwania tego człowieka, odwiedzić go i wszystko z nim omówić. Widzisz więc, że Abd el Barak nie zostanie w Kairze, lecz uda się do Chartumu i tam spotka się z tym psem chrześcijańskim. Może natknie się na niego już wcześniej. Będę się o to starał, gdyż wiem, którym statkiem mokkadem przyjedzie.

- To, co słyszę, ma wielkie znaczenie. Teraz już pojmuję, dlaczego nie należy tego giaura zabić na mojej dahabijeh. Tam na południu nie mają obcy konsulowie tej władzy, co tutaj, i nikt nie zwróci uwagi na zniknięcie psa niewiernego. Mokkadem przybije pewnie w Siut do brzegu i wysiądzie. Jeśli potrafisz tak długo trzymać się giaura, to nietrudno ci będzie wydać go w ręce Abd el Baraka. Mam nadzieję, że nie uda mu się ujść zasłużonej zemsty. Ale powiedz, czy wolno ci o tem mówić? Te trzy pisma, które mu mamy zabrać, muszą mieć wielkie znaczenie. Znasz ich treść?

- Nie. Muza'bir będzie ją znał, gdyż musi przeczytać i zbadać te papiery, czy są prawdziwe. Ich tajemnicy mokkadem mi nie powierzył, ponieważ...

Przerwano mu. Na statek wszedł człowiek, trzymający latarnię, prawdopodobnie muza'bir, czyli oczekiwany kuglarz i złodziej kieszonkowy. Zabrał z dołu latarnię na statek. Świecąc nią dokoła, zobaczył trzech ludzi, zbliżył się do nich i pozdrowił słowy:

- Massik bilchair! - Dobrywieczór!

- Ahla wa sahla wa marhaba! - Życzę ci licznego potomstwa i pomyślności! - odpowiedział reis.

- Marhaba! - powtórzyli obaj pozostali.

Zwykle mówi się tylko słowo "marhaba", co oznacza "witaj". Użycie przez kapitana rozwlekłej formuły było dowodem wielkiego szacunku, jakim otaczał tego największego złodzieja kieszonkowego w Egipcie. Musiałem się przypatrzyć temu kuglarzowi i opryszkowi; podniosłem nieco głowę. Postawił latarnię na najbliższym tobole tytoniu - światło jej padło jasno na jego twarz i całą postać. Był w wieku mokkadema, miał taką samą cerę i rysy murzyńskie. Był jednak niższego wzrostu, niż Abd el Barak, ale zato daleko szerszy w plecach. Człowiek ten był co najmniej taki silny, jak jego czcigodny mokkadem, który się nim posługiwał, tylko o wiele zręczniejszy od niego. Miał na sobie długą ciemną koszulę przewiązaną sznurkiem, za którym tkwił nóż. Na nogach miał słomiane sandały. Było to ubranie człowieka ubogiego, ubóstwu jego jednak przeczyły ciężkie złote kolczyki, zwisające z uszu i drogocenne pierścienie z iskrzącemi się kamieniami, połyskujące na ciemnych palcach, a których było przynajmniej dziesięć. W głosie jego brzmiała duma i pewność siebie, zwłaszcza kiedy zapytał:

- Czy uprzedzono was o mojem przybyciu?

- Tak, panie, czekaliśmy na ciebie, - odrzekł reis.

- Czy ten pies znajduje się tutaj, czy może wysiadł z okrętu?

- Leży w kajucie.

- Ze światłem?

- Tak, lecz może zgasi je przed zaśnięciem. Murzynięta są przy nim.

- Niech sobie zgasi, lub świeci, wszystko mi jedno. Dzieło moje wykonam, choćby osłonił się ciemnością grobu lub zapalił tysiąc płomieni. Nie mam ochoty długo czekać i zacznę wkrótce. Ponieważ jednak nie znam jego kajuty, będziecie musieli mi ją opisać, jak również każdy przedmiot, który się w niej znajduje.

Ponieważ mój duch numer trzeci był poprzednio u mnie, podjął się opisu. Postanowiłem nie słuchać tego, ale oddalić się czem prędzej. Złodziej kieszonkowy śpieszył się, a mnie zależało także na tem, ażeby skrócić podniecenie, w jakiem się znajdowałem. Dlatego poczołgałem się natychmiast ku swojej kajucie.

Szczęściem, rozmawiający rzucali silny cień, który mnie dostatecznie chronił. To też bez zbytniego wysiłku dotarłem do kajuty.

Spojrzawszy za siebie po raz ostatni, dostrzegłem jeszcze, że kuglarz zgasił latarnię. Gdyby był na tyle ostrożny, żeby uczynił to wcześniej, nie byłbym sobie wrył w pamięć jego powierzchowności, coby miało dla mnie, jak się później okazało, jak najgorsze skutki. Widać, że i najlepszy złodziej kieszonkowy popełnia błędy.

Najpierw zapaliłem lampę na nowo, co mi przyszło z łatwością, gdyż zaopatrzyłem się obficie w zapałki: na południu są drogie i nie wszędzie można je dostać. Chciałem, żeby mnie okradziono przy świetle, a nie w ciemności, co byłoby dla mnie niebezpieczniejsze. Następnie wyjąłem z portfelu trzy dokumenty z podpisami, oraz kilka innych ważnych dla mnie papierów, które starannie ukryłem, portfel zaś wsunąłem napowrót do kieszeni, umieszczonej na piersiach pod marynarką. Służący widział przedtem, że go tam schowałem, i można było przypuścić na pewno, że o tem złodzieja uwiadomi. Zapytacie może, dlaczego chciałem dopuścić do tego łotrostwa? Czy tylko dlatego, żeby zdobyć przeciwko nim dowody? Jeśli mam być szczery, przyznam, że trochę i dlatego, żeby dowieść tym ludziom, że pies chrześcijański ma głowę nie do pozłoty, i że nie byłem ani głuchy ani ślepy. A zamiar mój nie był dla mnie bezpieczny; muza'bir mógł z jakiegokolwiek powodu pchnąć mnie nożem. Ufałem jednak swojemu oku i zręczności.

Dzieci dostały jeść już przedtem, ale nie spały jeszcze. Zapowiedziałem im, że przyjdzie tu pewien człowiek i że sięgnie do mojej kieszeni. Uprzedziłem je, że nie powinny się niczego obawiać, i poleciłem, żeby udawały śpiących. Przyrzekły mi to i byłem pewien, że dotrzymają przyrzeczenia. Potem położyłem oboje plecami do wejścia.

Ja sam położyłem się na prawym boku tak, że lampa oświetlała twarz moją. Właściwie powinienem był położyć się tak, aby twarz była w cieniu, chciałem jednak, aby łotr zaraz na wstępie nabrał przekonania, że śpię. Odpiąłem guziki bluzy, aby mógł z łatwością wsunąć rękę za moje zanadrze. Ułatwiając mu zadanie, zmniejszałem tem samem grożące niebezpieczeństwo. Ażeby jednak być przygotowanym na wszystko, wsunąłem: sobie rewolwer pod kark w ten sposób, że prawą ręką, którą podłożyłem pod głowę, mogłem go szybko wyjąć i odwieść kurek. W ten sposób byłem już przygotowany i narazie pragnąłem tylko jak najrychlejszego najścia muza'bira.

Życzeniu mojemu stało się zadość. Oczy miałem przymknięte w ten sposób, że przez rzęsy widziałem rogożę. Poruszyła się całkiem lekko w jednym rogu na dole, poczem cicho podniosła się zwolna do wysokości około sześciu cali. Drab zajrzał do środka, a po chwili chrząknął. Oddychałem spokojnie, jak człowiek śpiący głęboko. Teraz zakaszlał, niegłośno wprawdzie, w każdym razie tak, że musiałbym się zbudzić, gdybym spał lekko. Nie poruszyłem się. Zdjął mnie jednak strach, nie o siebie, lecz o dzieci; jeśliby bowiem które z nich zapomniało w krytycznej chwili o przestrodze, mogłoby być po mnie i po nich, a przynajmniej po ich wolności. Dochodziłem do przekonania, że brałem sprawę zbyt lekko.

Dzieci, jak się później dowiedziałem, słyszały kaszel, lecz sądziły, że to ja kaszlę. Nie mogły widzieć muza'bira, a to, co czynił, działo się zupełnie bez szmeru. Nic nie słyszały, a kiedy się oddalił, nie wiedziały wcale, że był w kajucie.

Nabrawszy przekonania, że śpię mocno, wsunął pod rogożę najpierw głowę, potem ramiona i korpus. W prawej ręce trzymał nóż. Oczu nie spuszczał z mojej twarzy, a oczy te wyglądały jak u dzikiego zwierza przed śmiertelnym skokiem. Kiedy już całym tułowiem prześlizgnął się za rogożę, chrząknął raz jeszcze. Nie poruszyłem się, więc szedł całkiem na pewno. Jak dalece był przezorny, świadczy o tem to, że zrzucił z siebie odzież zupełnie i ciemne ciało wysmarował olejem. Ręce najsilniejszego i najzręczniejszego przeciwnika nie zdołałyby go uchwycić, bo musiałyby się z jego członków ześlizgnąć.

Teraz przysunął się do mnie, przyłożył mi ostrze do piersi, a równocześnie położył palce lewej ręki na miejscu, w którem domyślał się portfelu. Poczuł go, podniósł bluzę i wyciągał pożądany przedmiot z kieszeni mojej tak powoli, że zdawało mi się, iż zużyje na to kilka kwadransów. Wkońcu znalazł się w posiadaniu portfelu. Odjął mi nóż od piersi i obmacał obydwiema rękami swoją zdobycz. Było tam jeszcze dość papieru, więc jakby zadowolenie przemknęło mu po twarzy.

Następnie rozejrzał się po kajucie, ażeby może jeszcze co zabrać. Ponieważ jednak nie obeszłoby się przytem prawdopodobnie bez szelestu, zadowolił się dotychczasową zdobyczą. Odwrót odbył się tak samo powoli i ostrożnie, jak przyjście. Nawet kiedy się znajdował już za rogożą, podniósł ją raz jeszcze, ażeby się upewnić, że spałem rzeczywiście.

Czekałem co najwyżej minutę, poczem zdmuchnąłem lampę, wziąłem rewolwer w rękę i zerwałem się z łóżka. Uchyliwszy nieco rogoży, zobaczyłem trzech łotrów, stojących obok tobołów z tytoniem, a mianowicie reisa, mego kochanego stracha numer trzeci i muza'bira. Ten ostatni wdział już długą koszulę; obrócony był do mnie plecami tak, że twarzy jego widzieć nie mogłem. Musiał właśnie skończyć przeszukiwanie mego portfelu, gdyż machał nim przed twarzami towarzyszów i mówił, jak się domyśliłem z jego gniewnych ruchów, że w nim poszukiwanych papierów nie znalazł.

Czwartego z ich grona, mianowicie sternika, nie było między nimi. Gdzie mógł się teraz znajdować? Powiedziałem sobie, że się nad tem zastanawiać nie warto. Odsunąwszy całkiem rogożę, wyszedłem na pokład. Wtem zabrzmiał tuż obok mnie okrzyk:

- Effendi, effendi!

To sternik wołał. Był przy sterze niewiadomo dlaczego; schodził właśnie schodami obok mojej kajuty i zobaczył mnie. Teraz miałem sposobność przypatrzeć się godnej podziwu przytomności umysłu złodzieja kieszonkowego. Z okrzyku sternika wywnioskował, że jestem na pokładzie. Musiałem więc zbudzić się, a może nawet zauważyłem brak portfelu. Teraz miał dwie alternatywy przed sobą: albo zamordować mnie i potem zabrać papiery, albo uciekać. Wolał widocznie zaniechać pierwszej. Prawdopodobnie słyszał od mokkadema, że atak na mnie nie jest bezpieczny. Pozostało więc tylko drugie: ucieczka; przezorność jednak nakazywała mu ukryć twarz przede mną. Takie prawdopodobnie myśli w jednej chwili przebiegły mu przez głowę. Każdy inny obejrzałby się naskutek ostrzegawczego okrzyku. Nawet reis i służący spojrzeli wstecz z przestrachem. Kuglarz jednak nie odwrócił się wcale. Usłyszałem tylko szybkie, przytłumione, dosłyszalne jednak pytanie:

- Czy to rzeczywiście ten pies?

- Stanowczo! - odpowiedział reis.

- A więc tym razem sprawa się nie powiodła!

Odrzucił portfel tak, że papiery się rozleciały, pomknął jak wąż na pomost i zniknął w pomrokach wieczora; gwiazdy zaczęły się wprawdzie rozżarzać i rozpędzać ciemności, lecz nie w tym stopniu, żebym mógł zbiega okiem doścignąć.

Ponieważ się pozbył mego portfelu, który mógł znowu do mnie wrócić, ucieczka jego nie sprawiła mi przykrości. Nie wiem, cobym zrobił z muza'birem, gdybym go był pochwycił tak, jak zamierzałem. Oddać go mudirowi w Giseh, policji? Jakie kłopoty ściągnąłbym wtedy na siebie! A może puścić wolno, powiedziawszy mu, co myślę? Poszedł sam i w ten sposób uwolnił mnie od obowiązku wyrażenia mu mego zdania. Zapytałem więc sternika spokojnie bez cienia gniewu:

- Czemu tak krzyczysz? Czy aż w Kahirze powinni słyszeć, że jestem tutaj?

- Przebacz, effendi! - odpowiedział. - Tak się zląkłem ciebie...

- Czyż tak okropnie wyglądam?

- Nie, nie, - wyjąkał - ale... ale... sądziłem... myślałem...

- Co myślałeś?

- Myślałem, że śpisz, i dlatego się przestraszyłem.

- Zupełnie, jakbym był widmem, które się zjawia niespodzianie.

- Tak, zupełnie tak! - rzekł uradowany, że podpowiedziałem mu jakąś choćby najlichszą odpowiedź.

- Żałuję bardzo - pocieszałem go. - Spodziewam się jednak, że strach, jakiego ci napędziłem, nie zaszkodzi ci zbytnio. Chodźmy do reisa!

Poszedł ze mną. Podczas tej krótkiej rozmowy nie spuściłem tamtych dwu z oka. Schylili się czem prędzej, by pozbierać moje papiery, włożyli je do portfelu, który potem zniknął pod opończą reisa. Ja także coś schowałem, a mianowicie rewolwer, który wydał mi się teraz niepotrzebny, przynajmniej na pewien czas. Złodziej kieszonkowy mógł bowiem wrócić w ciemności i rzucić się na mnie. Może tylko w pierwszej chwili dał dziś za wygraną. Polecono mu, aby mi zabrał papiery, i muza'bir mógł przypuszczać, że jeżeli ich nie miałem w portfelu, to prawdopodobnie schowałem do którejś kieszeni. Skoro chciał mnie pchnąć nożem, gdybym się poruszył podczas kradzieży, nie cofnąłby się pewnie przed zamordowaniem mnie później, byle tylko dopiąć swego celu. Należało uważać, czy przypadkiem nie wróci. Musiałem niezwłocznie postarać się o dobre oświetlenie. To też zapytałem reisa całkiem uprzejmie:

- Czy masz pochodnie na statku?

- Nie. Naco to pytanie? - odpowiedział tonem zdumienia.

- Ponieważ sądzę, że musisz mieć coś takiego na wypadek, gdyby kiedyś wypadło oświetlić jasno statek i wodę.

- W takim wypadku stawiamy miskę ze smołą na pokładzie i na tyle okrętu.

- Gdzie są miski?

- Tam na przodzie w komórce.

Wskazał na dziób okrętu, gdzie stała skrzynia z desek, podobna do szafy. Wziąłem bez ceremonji latarnię, poszedłem tam, otworzyłem szafę i zobaczyłem dwa żelazne naczynia oraz zapas smoły. Napełniłem jedno z nich i zapaliłem od latarni kawałek smoły, którego płomień ogarnął wkrótce inne.

- Co ci wpadło do głowy? - zapytał reis, który poszedł za mną z obu towarzyszami.

- Zapytaj lepiej, co tamtemu wpadło do głowy, - odparłem, wskazując na pomost, po którym właśnie przebiegła postać ku brzegowi. Kuglarz zamierzał widocznie powrócić. Stał już na desce, łączącej pokład z brzegiem, ale uciekł przed jasnością, którą rozlewał płomień smolny.

- Kto to jest? Kogo masz na myśli? Ja nic nie widzę! - rzekł reis, pomimo że musiał widzieć tę postać tak samo dobrze, jak ja.

- Jeśli nie wiesz istotnie, to ci powiem! - zawołałem, zapalając drugą miskę smoły i niosąc ją ku sterowi. W ten sposób oświetliłem pokład w przeciągu dwu minut, czego nie wytargowałbym od reisa nawet w przeciągu godziny. Zszedłem następnie po wąskich schodach nadół i wciągnąłem na pokład pomost. Do tej czynności zazwyczaj używano dwóch ludzi.

- Ależ, effendi, jaki duch w ciebie wstąpił! - zawołał reis. - Na Allaha, nie wiemy, co z tobą począć i co myśleć o tobie!

Stał z obydwoma innymi pod masztem. Podszedłem do niego i odparłem:

- Jaki duch wstąpił we mnie? To tu widocznie są duchy. Właśnie chciał jeden z nich wrócić na statek, ale go ogień smolny przepłoszył. Ten poczciwy sternik myślał przedtem, że ja sam jestem widmem, a tymczasem tuż obok niego stoi widmo we własnej postaci.

- Ja - - widmem?! - zapytał wrzekomy sługa, na niego bowiem wskazałem.

- Tak, ty! Spodziewam się, że temu nie zaprzeczysz.

- O, Allah! Ja mam być widmem! Effendi, dusza cię opuściła! Przyjdź do siebie!

Oparłem się o maszt. Oba płomienie oświetlały brzeg i całe otoczenie statku, a zarazem twarze obu poczciwców. Nie wiedzieli, czy mają postąpić ze mną grzecznie, czy po grubjańsku. Najmilszem byłoby im to drugie, lecz niespokojne sumienie skłoniło ich do wyczekiwania.

- Tak, tak, jesteś widmem! - potwierdziłem poufale, kiwając głową. - Jestem przy zdrowych zmysłach, ty natomiast musiałeś zapomnieć o sobie samym; wszak jesteś strachem numer trzeci.

Rozkoszny był widok miny, którą przybrał, kiedy, cofnąwszy się o dwa kroki, zapytał znów, jąkając się co chwila:

- Strachem... trzecim...! Nie rozumiem!

- Więc zrobię ci tę przyjemność i przyjdę z pomocą twojej pamięci. Pierwszego ducha związałem w moim pokoju, drugiego powaliłem kolbą na dziedzińcu, a trzeciego ścigałem po ogrodzie, ale mi uciekł. Czy pojmujesz mnie teraz?

- Jeszcze... wciąż... nie pojmuję! - wyjąkał.

- Nie? A przecież powiedziałeś przed chwilą tym dwu ludziom, którzy stoją przed tobą, że shańbiłem blask twego istnienia, i że jeszcze z miesiąc ponosisz na twarzy ślady mojej pięści.

Nie odpowiedział, lecz spojrzał na tamtych dwu, którzy spozierali to na niego, to na mnie, to znów na niego i milczeli.

- Zato - mówiłem dalej - życzyłeś mi, żeby szatan rozszarpał moje ciało na tysiąc kawałków, a duszę moją dał na pożarcie najsilniejszym płomieniom piekła.

Zaskoczony, patrzył na mnie jak nieprzytomny i ani słowa ze siebie nie wydobył. Ale stary reis był zatwardziałym grzesznikiem. Odezwał się zuchwale:

- Effendi, nie wiem, co cię skłania do mówienia takich srogich słów temu pobożnemu i prawowiernemu człowiekowi. Chcę...

- Polecić mi go, nieprawdaż? - wtrąciłem. - Przecież mu to nawet przyrzekłeś. Ma zostać moim służącym i oddać mnie w ręce mokkadema.

Sternik, który, jak się okazało, był tchórzem pierwszej wody, przeraził się okropnie, usłyszawszy słowa, które z ich ust poprzednio wyszły; nie mógł nad sobą zapanować i zawołał, podniósłszy obie ręce do góry i złożywszy je nad głową:

- Ia Allah, ia faza, ia hijarahrt! - O Boże, o strachu, o przerażenie! To człowiek wszechwiedzący! Idę, biegnę, znikam!

Chciał odejść, przytrzymałem go jednak za ramię i zawołałem tonem rozkazującym:

- Zostań! Jeśli słyszałeś, o czem ci dwaj przedtem ze sobą mówili, to możesz także usłyszeć, co ja im powiem.

Poddał się swemu losowi i został. Reis uważał za stosowne nie wiedzieć o niczem, gdyż ofuknął mnie gniewnie:

- Effendi, ja zwykłem być uprzejmym dla moich podróżnych, jeśli jednak ty...

- Uprzejmym? - przerwałem. - Czy to uprzejmie nazywać mnie psem chrześcijańskim, mówić, że mam wprawdzie głowę, ale brak mi rozumu, że mam oczy i uszy, a mimo to jestem ślepy i głuchy? Czy o uprzejmości świadczy to, że uważałeś za wskazane, aby mnie ten drab zamordował...

- Zamordował? - przerwał mi tonem dotkniętej niewinności.

- Nie wystarczyło ci, żeby mi tylko portfel zabrać? - mówiłem dalej.

- Portfel? - powtórzył. - Co mnie obchodzi twój portfel!

- Nic, całkiem nic; to czysta prawda. Jednak masz go przy sobie! Oddaj go!

Na te słowa wyprostował się, jak tylko mógł najbardziej, i fuknął na mnie:

- Effendi, jestem wyznawcą Mohammeda, a ty chrześcijaninem. Czy ty wiesz, co to znaczy w tym kraju? Zresztą, ja jestem reisem, a ty moim podróżnym. Czy wiesz, co to znaczy tu na pokładzie?

- Wkońcu - uzupełniłem jego przemowę - jestem człowiekiem uczciwym, a ty jesteś łotrem. Czy wiesz, co z tego wynika? Nie jesteśmy jeszcze w Sudanie, lecz tutaj w Giseh, gdzie wedle własnych słów twoich konsulowie nasi mają władzę, której się boisz. Muza'bir uszedł i...

- Muza'bir! - krzyknął sternik. - On wie o wszystkiem, o wszystkiem, nawet o tem!

- Tak, tak, istotnie wiem o wszystkiem. Reis żartował sobie ze mnie, sądząc, że jestem za głupi, by zauważyć cokolwiek. Powiedział, że prawdziwy wierny zauważyłby natychmiast, że się zbliża niebezpieczeństwo. No i cóż, wy prawdziwi muzułmanie? Kto był mądrzejszy, wy, czy ja? Stu drabów w waszym gatunku nagromadzi wprawdzie dość przewrotności i złości, ale nie tyle mądrości i prawdziwego sprytu, co jeden dobry chrześcijanin. Wy, pobożni stronnicy świętej Kadirine, chcecie mnie okraść, zniszczyć i zabić. Ale ja się z was śmieję. Wiedziałem, że muza'bir tu przyjdzie; pozwoliłem zabrać sobie portfel, ale przedtem schowałem gdzie indziej dokumenty, podpisami zaopatrzone. Oto są!

Wydobyłem papiery, pokazałem im, a potem schowałem i mówiłem dalej:

- Tam obok tobołów z tytoniem stał złodziej. Nie znalazłszy papierów, rzucił portfel i umknął, kiedy się zbliżyłem. Ty go schowałeś, reisie, - widziałem. Oddaj go!

- Ja go nie mam! - zgrzytnął.

- Nie? Przypatrz-no się nosowi tego stracha! Czy chcesz także mieć taki? Chcesz poznać moją rękę? Dawaj, albo ci go odbiorę!

Przystąpiłem groźnie do niego, a on się cofnął, sięgnął pod suknię i zawołał szyderczo:

- Mam portfel, ale on nie twój, lecz Nilu. O, patrz!

Wyjął portfel i chciał wrzucić do wody. Byłem na to przygotowany. Jeden szybki skok, jeden chwyt i miałem go w ręku. Stał przez chwilę, jak skamieniały, potem zacisnął pięści i rzucił się na mnie. Podniosłem nogę i kopnąłem go w brzuch tak silnie, że zatoczył się wbok, zachwiał i runął na ziemię.

- Na Allaha, reisie, gwałtu, co za nieszczęście i klęska! - biadał sternik, śpiesząc do swego przełożonego, ażeby mu dopomóc przy wstawaniu. Tymczasem miły służący stał jak żak, spuściwszy opuchły nos na kwintę.

- Jak ośmieliłeś się podnieść na mnie rękę! - huknąłem gniewnie na kapitana. - Zachciało ci się, postarzały, nędzny żeglarzu, walki z młodym Frankiem! Tylko swemu wiekowi zawdzięczasz, że nie ukarałem cię inaczej, a złości twej, że nie tknąłem cię ręką, ale nogą kopnąłem. Zaprowadźcie go do tobołów z tytoniem, niech sobie tam usiądzie i dowie się, czego żądam od niego.

Rozkaz ten odnosił się do dwóch pozostałych. Usłuchali go natychmiast. Reis źle się wybrał, a kopnięcie przywiodło go do poznania własnej słabości. Prowadzony z prawej i z lewej strony, trzymał obie ręce na brzuchu i wlókł się, kulejąc, stękając i z trudem chwytając powietrze. Usiadł ciężko na najbliższym tobole, jakby napół żywy. Poszedłem za nim. Tego starca było mi jednak żal. Nie należy człowieka sądzić wedle tego, czem jest, lecz jak do tego doszedł. Reis był całkiem złamany. Czego nie dokazało żadne słowo moje, żaden z przytoczonych dowodów, to udało się mojemu butowi. Ten starzec siedział teraz skurczony i nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy. Dlatego miałem dla niego nawet nieco współczucia, kiedy się po chwili odezwałem:

- Pojmiesz chyba, że teraz nie mogę mieć z tobą już nic wspólnego. Nie jadę z tobą dalej.

- Jedź z djabłem i do piekła! - fuknął na mnie, jak kot.

- Ile zapłacił Murad Nassyr za moją podróż?

- Tylko sto piastrów - odrzekł, domyślając się dalszego ciągu.

- Nie kłam, bo dwieście za mnie, a sto za murzynięta. Powiedział mi to, zanim wszedłem na pokład, a jemu więcej wierzę, niż tobie.

- Sto! - twierdził uparcie.

- Trzysta! Oddasz mi je, gdyż opuszczam twoją dahabijeh.

- Dał tylko sto. Rozkosz mi sprawisz, kiedy mi się z oczu usuniesz. Zabieraj się czem prędzej! Jechałeś jednak ze mną z Bulaku do Giseh. A to kosztuje pięćdziesiąt piastrów, oddam ci zatem tylko resztę, to jest pięćdziesiąt.

- Za tę krótką przestrzeń pięćdziesiąt piastrów? Dobrze, dobrze, licz sobie, jak chcesz, nie mam nic przeciwko temu. Nie odejdę jednak stąd, dopóki policja tutejsza nie rozstrzygnie sprawy.

- To może trwać kilka tygodni!

- Ja wiem, ale mam czas.

- Ja także!

- A przytem wyjdzie może najaw, dlaczego nie jadę dalej. Ja będę czekał na wyrok na wolnej stopie, a wy będziecie w więzieniu rozmyślali nad tem, czy należy chrześcijanina uważać za giaura i głupca.

Oddaliłem się od tej nieszczęsnej grupy i chodziłem po pokładzie od strony Giseh. Rzuciwszy okiem na brzeg, zauważyłem trzy postacie męskie, oświetlone płomieniami smolnemi. Muza'bira wśród nich nie było. Otaczała nas cisza wieczorna; ponieważ mówiliśmy głośno, krzykliwie nawet, można nas więc było z brzegu dosłyszeć. Miejsce, w którem staliśmy na kotwicy, wyglądało dość pusto.

Kiedy stanąłem, by się przypatrzyć tym trzem osobom, przystąpiła jedna z nich bliżej i zapytała:

- Czy to dahabijeh "Es Semek"?

- Tak - odpowiedziałem.

- A ty jesteś podróżnym?

- Tak jest.

- Skąd?

- Jestem Frankiem z Almanji.

- Frankiem? - zawołał z widoczną radością, iż ma przed sobą Europejczyka. - Nie bierz mi tego za złe, że cię zapytam, dokąd zamierzasz!

- Do Siut.

- Tym statkiem? Miej się na baczności!

- Przed kim?

- Przed wszystkimi, w których towarzystwie podróżujesz. Przechodząc tędy, widziałem myszkującego człowieka, którego znam bardzo dobrze. Chciał widocznie podsłuchać, o czem na pokładzie mówiono. Był to muza'bir.

- Był tu na statku, żeby mnie okraść, ale mu się to nie udało.

- Dziękuj Allahowi, że tak się stało! Bardzo łatwo mogło być gorzej, znacznie gorzej.

- Czy macie czas?

- Mamy,

- Proszę was na chwilę na statek!

Trąciłem pomost tak, że się zaczepił o brzeg; równocześnie poczułem, że mnie ktoś pochwycił ztyłu i pociągnął. Był to reis. Szepnął mi głosem stłumionym, jakby nie chciał, żeby go dosłyszano z brzegu:

- A tobie co przychodzi do głowy? Kto tu ma prawo ludzi zapraszać, ja, czy ty?

- My obaj.

- Nie, tylko ja! A właśnie tego człowieka, którego poznaję po głosie...

Utknął i nie miał odwagi mówić dalej, gdyż owi trzej ludzie weszli właśnie na pokład. Na ich widok zniknął sternik czem prędzej w jednym z otworów pokładu, a mój służący podążył za nim równie szybko. Reisowi byłoby może także przyjemniej znaleźć się gdzieś w większem oddaleniu, gdyż ludzie ci byli mu bardzo nie na rękę, lecz nie mógł ani zniknąć, ani ich odprawić. Został więc, skrzyżował ręce na piersiach, dotknął prawicą czoła, ust i serca, i skłonił się prawie tak nisko, jak marszałek domu mojego Turka. Z tego pozdrowienia można było wnosić na pewno, że przybysze, a przynajmniej pierwszy z nich, nie byli ludźmi zwykłymi.

Pierwszy był to mężczyzna w sile wieku, dobrze zbudowany i, jak spostrzegłem, elegancko ubrany. Miał na sobie szerokie białe spodnie, ciemne meszty, złotem wyszywaną bluzę, a na biodrach czerwony jedwabny pas, u którego wisiała krzywa szabla; z za pasa wyzierały złotem i kością słoniową wykładane głownie pistoletów. Z ramion zwisał mu biały jedwabny płaszcz. Turban był z tej samej materji i tego samego koloru. Twarz jego, której ciemne oczy przyglądały mi się z badawczą życzliwością, okolona była pełną, czarną brodą, tak piękną, jaką rzadko kiedy widywałem. Nie spojrzawszy na reisa, pozdrowił mnie:

- Niechaj Allah obdarzy cię dobrym wieczorem!

- Bądź szczęśliwy! - odrzekłem lakonicznie, a uprzejmie.

Towarzysze jego skłonili się w milczeniu, na co odpowiedziałem takim samym ukłonem. Następnie zwrócił się przybysz do reisa i zapytał ostro:

- Czy znasz mnie?

- Miałem już kilkakroć szczęście oglądać twoje oblicze - odpowiedział zapytany utartą formułą wschodnią.

- Nie wiem, czy wielkie to było dla ciebie szczęście. Czy niema tutaj jeszcze dwu ludzi?

- Jest sternik i służący dla obcych.

- Nikogo więcej?

- Nie, sijadetak; moi majtkowie poszli do kawiarni.

- No, a czemuż ci dwaj zniknęli? Gdzie się udali? Czy może nadół do szczurów?

Reis nie miał odwagi odpowiedzieć i spuścił głowę.

- A więc tak, tak! Wiem dobrze, czego tam chcą. Zawołaj ich natychmiast, jeśli nie chcesz dostać harapem!

Mówiąc to, wskazał na swego towarzysza, któremu zwisał u pasa wiele obiecujący kurbacz. Ten człowiek umiał rozkazywać! Reis nazwał go "sijadetak'", co znaczy "twoja wspaniałość", a tego wyrażenia używa się tylko względem osób, którym należy okazywać uszanowanie. - Stary pośpieszył do otworu, ażeby drabów przywołać. Wkrótce ukazali się obaj zbiegowie i usiedli w przygnębieniu. Tymczasem obcy skinął na mnie, żebym szedł za nim. Podszedł ku sterowi, gdzie leżał dywan, wskazał nań i powiedział:

- Usiądź obok mnie, gdyż zdaje mi się, że będziemy musieli odbyć naradę, i przyjmij ode mnie europejskie cygaro.

Usiadłem po jego prawym boku, a trzeci nasz towarzysz po lewym. Był podobnie ubrany, tylko skromniej, i także miał szablę przy boku. Posiadacz harapa stanął kilka kroków za nami. Na skinienie swego pana wydobył z za pasa étui z cygarami, otworzył i podał. Władca wyjął dwa cygara i jedno z nich mnie podał, a drugie sam zapalił. Pierwszy towarzysz nie otrzymał żadnego, a drugi musiał nam usłużyć ogniem. Mogło to być cygaro wartości trzech centów, trudno się jednak domyślić, ile ten Egipcjanin istotnie za nie zapłacił. Ponieważ przypatrywał mi się badawczo, nadałem twarzy wyraz zadowolenia i puszczałem dym z najrozkoszniejszą miną w ten sposób, że mieszał się z dymem stojącej obok nas miski ze smołą. Cieszyło go to widocznie, że palę z zadowoleniem, gdyż zapytał mnie tonem chłopca, który darował drugiemu kawałek migdała w cukrze:

- Nieprawdaż, że smakuje?

- Znakomite! - oświadczyłem.

- Powiadają, że koran zabrania cygar. I cóż ty na to?

- Nie mógł ich zabronić, gdyż w czasach, w których powstał, cygar jeszcze nie znano.

Egipcjanin spojrzał na mnie zdziwiony, a potem rzekł:

- Allah! To całkiem słuszne! Niechno mi się z tem teraz kto wyrwie. Twierdzą jednak niektórzy tłumacze koranu, że wogóle tytoń jest zakazany.

Zachowanie się jego uprawniało mnie do pewnej swobody, odpowiedziałem mu przeto odpowiednim tonem:

- Kiedy w Ameryce ujrzano po raz pierwszy ludzi palących, upłynęło osiemset siedemdziesiąt lat od Hedżiry.

- Co ty mówisz? Skąd takie wiadomości, i to nawet z datami, i znasz Hedżirę? Wy, Frankowie, wiecie wszystko; widziałem takich, którzy znali koran i wszystkie objaśnienia znacznie lepiej ode mnie. Allah jest wielki, a wy mądrzy. Czy widziałeś kiedy cesarzy?

- Często.

- Allah! Jakżeś szczęśliwy! Więc jesteś pewnie oficerem?

- Nie. Nie biorę udziału w bitwach, ale zato zużywam jak najwięcej atramentu i psuję po kilkaset stalówek rocznie.

- A zatem domyślam się - jesteś uczonym, a może nawet musannifem, literatem, i przybyłeś tu, aby o nas książkę napisać?

- Zgadłeś! - potwierdziłem.

- To pięknie, to dobrze, to mnie cieszy niezmiernie! Ja także chciałbym napisać książkę.

- O czem?

- O niewolnictwie.

- To temat wielce zajmujący. Mam nadzieję, że wykonasz ten dobry zamiar?

- Na pewno! Brak mi tylko jednej rzeczy, tylko jednej: tytułu. Bo słuchaj! Tytuł, to głowa książki, a jeśli głowa do niczego, to głupie i całe ciało. Ale skąd mam wziąć mądry tytuł? Ty jesteś zawodowcem i może mi dasz jaką radę?

- Są pisarze, piszący bardzo dobre książki, a nie znajdują dla nich dobrych tytułów; inni znowu mają głowy pełne doskonałych tytułów, a nie sklecą ani jednej rozumnej stronicy.

- Być może. No, a co myślisz o mnie?

- Mamy u nas przysłowie: "Mów, jak cię matka nauczyła!" Czy to rozumiesz?

- Tak. Należy mówić szczerze i poprostu.

- Otóż ja tak myślę i piszę.

- Jaki poradziłbyś mi tytuł? - Naprzykład: "Zaraza niewolnictwa w Sudanie", albo "Targ niewolników a ludzkość".

Kogoś innego stropiłaby może moja odpowiedź, on jednak uderzył się rękoma po kolanach i zawołał uradowany:

- Mam, mam! Aż dwa tytuły naraz i to te same, które i ja także uważałem za najlepsze, a tylko formy odpowiedniej dla nich znaleźć nie mogłem. Teraz brak tylko przedmowy!

- A czy nie brak ci także wstępu?

- Zapewne, gdyż nie można zaczynać zaraz po przedmowie. A potem samo niewolnictwo. Poradź mi, co mam o niem napisać i jak?

- A wreszcie zakończenie - zauważyłem z wielką powagą.

- Oczywiście! Zakończenie, to główna rzecz; jeśli zakończenie chybione, to książka wygląda tak, jak koń bez ogona. A wkońcu, kiedy się już uporam, kto ją wydrukuje? Nie mógłbyś mi wskazać wydawcy?

- Teraz nie jeszcze. Gdybyśmy o tem obszerniej pomówili, to może wpadłoby mi coś właściwego do głowy.

Szczególna rzecz! Niedawno temu byłem w niebezpieczeństwie śmierci, a teraz siedziałem na tem samem miejscu i bawiłem się arcykomiczną rozmową. Kiedy ten człowiek wszedł na statek i zdruzgotał formalnie reisa, wydał mi się baszą o największej liczbie buńczuków, a teraz dowiedziałem się, że chce pisać książkę, do której brak mu ni mniej, ni więcej, tylko tytułu, przedmowy, wstępu, treści i zakończenia. Jego zachowanie się wobec reisa kazało mi oczekiwać katastrofy, a teraz gawędził ze mną, jakgdyby na statku wcale reisa nie było. I skąd temu muzułmaninowi przyszło do głowy zajmować się kwestją niewolnictwa? - Powiedziałem ostatnie słowa dla żartu tylko, lecz podchwycił je natychmiast i zawołał:

- Któż ci powiedział, że nie będziemy o tem mówili? Ty dążysz do Siut i ja także.

- A to co innego! - odrzekłem.

- Pojedziemy razem. Nie zostaniesz przecież na tej dahabijeh?

- Istotnie, nie mam zamiaru tu zostać, lecz reis nie chce mi zwrócić pieniędzy. Zapłaciłem mu już za drogę aż do Siut.

- Żądałeś zwrotu pieniędzy? Dlaczego? Z jakiego powodu chciałeś ten statek opuścić?

- Hm! Wzgląd na siebie samego nie pozwala mi o tem mówić.

- Czemu?

- Bo byłbym zmuszony zabawić dłużej w Giseh, a nie mam czasu.

- Ale wzgląd na mnie nakazuje ci to powiedzieć. Ostrzegłem cię przed tą dahabijeh, nie wiedząc jeszcze, że zamierzasz statek opuścić. Byłem tak niegrzeczny, że ci pytania zadawałem, nie powiedziawszy wprzód, kim jestem. Muszę to naprawić i uzupełnić. A może już sam odgadłeś?

Spojrzał na mnie bokiem z tak dobrotliwem szelmostwem, iż przeczułem, że go rychło polubię. Nie był to zagorzały muzułmanin; posiadał żywe usposobienie, energję i dużo poczciwości. Nie był to leniwy, tępy mieszkaniec Wschodu, który nicość swoją uważa za wszystko i zgoła nic o świecie wiedzieć nie pragnie. Ogarnęło mnie teraz żywe pragnienie, by odbyć podróż z nim razem.

- Jesteś oficerem - odpowiedziałem.

- Hm! - mruknął z uśmiechem. - Właściwie nie, a jednak nieźle odgadłeś. Nazywam się Achmed Abd el Insaf.

To znaczy: Achmed, Sługa Sprawiedliwości. Czy on zawsze nosił to miano, czy też otrzymał je dzięki obecnemu zawodowi? Powiedziałem mu swoje nazwisko, a on oświadczył:

- Jestem także reisem, i ty powinieneś się przesiąść na mój statek.

Spojrzałem nań z niedowierzaniem. Ten człowiek miałby być kapitanem jakiejś tam dahabijeh, przewożącej z górnego Nilu kauczuk i liście senesu? Chyba nie!

- Nie wierzysz? - zapytał. - W takim razie powiem ci, że noszę tytuł re?s effendina, kapitana pana naszego, który tylko mnie jednemu przysługuje.

- Kapitan wicekróla? W tem jest coś szczególnego!

- Zapewne. To "coś" związane jest bardzo ściśle z książką, którą mam zamiar napisać. Ja ci to wytłumaczę! Handel niewolnikami jest zabroniony, a mimo to uprawia się go wciąż jeszcze. Nie domyślisz się, ilu ludzi ginie rocznie z tego powodu!

- Czy ja to wiem - zaraz ci wyjaśnię! Pomówmy tylko o Egipcie, gdzie handel niewolnikami urzędowo zniesiono. Z nad górnego Nilu przewozi się 40.000 niewolników przez Morze Czerwone. Z tego idzie 16.000 do innych okolic, a 24.000 do Egiptu. Do tego należy dodać 46.000 ludzi, których się przewozi Nilem i drogami lądowemi do Nubji i do Egiptu. Kraj ten otrzymuje zatem przez cztery porty i czternastu drogami lądowemi rocznie 70.000 niewolników. Do tego należy dodać, że na jednego niewolnika przypada przynajmniej czterech zabitych podczas obławy, lub ginących podczas transportu. Z tego rachunku wynika, że krainy Sudanu tracą dla samego Egiptu rok rocznie po 350.000 ludzi. - Czy mam ci powiedzieć także o niewolnictwie w innych krajach?

Spojrzał na mnie szeroko rozwartemi oczyma i nic nie odpowiedział.

- Czy mam ci powiedzieć, że haremy w Konstantynopolu roją się od dziesięcio do czternastoletnich Czerkiesek, za które dziś płaci się po dwadzieścia talarów, a przedtem były osiem razy droższe? Ile tam musi być murzynów i murzynek? A jednak ambasady Wysokiej Porty zapewniają nas, że handel niewolnikami już nie istnieje!

- A zatem ty, effendi, wiesz o tem wszystkiem, wiesz nawet znacznie lepiej i dokładniej ode mnie! - przyznał. - Wy, Europejczycy, wiecie rzeczywiście wszystko, wszystko!

- No, wiemy przynajmniej, że się policzy za mało, jeśli się przyjmie, że kraje sudańskie tracą rok rocznie przeszło miljon ludzi w obławach na niewolników. Takie liczby musisz w swojej książce uwzględnić.

- Podam je - na Allaha, podam! Nie zapomnij tych liczb. Podyktujesz mi je przy sposobności. Nie jest to gołosłowne zdanie, że handel niewolnikami trwa nadal. Mnóstwo okrętów płynie z niewolnikami wdół Nilu. Posiadamy policyjne okręty, przeznaczone do tropienia handlarzy, lecz kapitanowie są nieuczciwi. Te psy łączą się z łowcami niewolników. Potrzeba więc sprawiedliwego i uczciwego człowieka, któryby gorliwie nad tą sprawą czuwał. Ja nim jestem. Nazywam się Abd el Insaf, Sługa Sprawiedliwości, zrozumiałeś? Jestem zaś reisem effendiną, czyli kapitanem naszego pana. Choć odniedawna piastuję tę godność, już wszystkie łotry dobrze mnie znają, gdyż nie przepuszczę żadnemu, choćby mi ofiarował nie wiem ile pieniędzy. Okręt mój nazywa się Esz Szahin, Sokół. Pędzi szybko, jak sokół, i napada, jak sokół. Żadna dahabijeh, żaden sandał, żaden noker nie zdołają przed nim umknąć. Czy chcesz go obejrzeć?

- Jestem nawet bardzo ciekawy.

- Stoi niedaleko stąd, przy brzegu. Musiałem wylądować w Giseh, gdyż pragnąłem pomówić z mudirem. Gdy nadszedł wieczór, przechadzałem się po brzegu, bo takie przechadzki często dobry połów mi dają. I dziś także gruba ryba wpadnie mi w ręce.

- Któż taki?

- Ta właśnie dahabijeh.

- Czyż być może? Ależ ona dopiero dzisiaj wypłynęła z Bulaku!

- Tak, niewolników nie wiezie, ale ja oddawna już śledzę ją i jej reisa. Wnętrze tego okrętu urządzono tak, jak tego potrzeby handlu niewolnikami wymagają. Już ja ten statek znam.

- Przecież nie byłeś jeszcze pod pokładem!

- Pod pokładem nie byłem, ale dlaczego tak przeraziło reisa moje przybycie? Dlaczego sternik zniknął natychmiast w otworze? Chyba tylko w tym celu, żeby tam na dole coś zmienić, albo ukryć. Zobaczysz wkrótce, że się nie mylę. Ale smoła się dopala. Niech reis znowu miski napełni; jeśli się nie pośpieszy, dostanie harapem!

Rozkaz ten zwrócony był do drugiego towarzysza; ten skwapliwie się zerwał, aby go wykonać.

Co za spotkanie! Mój nowy znajomy był więc, żeby się tak wyrazić, oficerem marynarki i polował na handlarzy niewolników. Ogromnie rad byłem z tej znajomości; wiele obiecywałem sobie po niej, nawet bardzo wiele.

Stary reis przyniósł smołę, nie śmiejąc podnieść wzroku. Gdy odszedł, nawiązał reis effendina przerwaną rozmowę:

- No, teraz wiesz już, kim jestem i jaki mój zawód. Czy sądzisz jeszcze ciągle, że należy przede mną zatajać, dlaczego chciałeś opuścić tę dahabijeh?

- Może właśnie dopiero teraz. Zatrzymanoby mnie tutaj, a ja muszę jechać do Siut, aby tam czekać na przyjaciela.

- W takim razie przyrzekam ci, że podróż twoja nie dozna zwłoki. Udaję się nad górny Nil do Chartumu i jeszcze dalej, więc przybiję w Siut do brzegu. Odpływam stąd pojutrze; otóż przeniesiesz się na mój statek, oczywiście jako mój gość, gdyż dla zarobku podróżnych nie przewożę. Dobrze?

Kiedym się jakiś czas wahał, podał mi rękę i zawołał:

- Zgódź-że się, bardzo cię o to proszę! Nie ja tobie, lecz ty mnie wyrządzisz przysługę!

- A zatem dobrze, i oto moja ręka. Jadę z tobą do Siut.

- Bardzo chętnie zabrałbym cię i dalej ze sobą, ale skoro masz czekać na przyjaciela, to musisz oczywiście danego mu przyrzeczenia dotrzymać. A teraz opowiedz, co się tu stało!

- To nie wystarczy. Muszę opowiedzieć więcej, opowiedzieć i to, co przedtem zaszło; ty jednak nie będziesz miał czasu wysłuchać mnie do końca.

- Mam dziś dosyć czasu; muszę czekać, dopóki nie nadejdą majtkowie. Ciekawym, dlaczego ten drab wysłał wszystkich swoich ludzi ze statku!

- Tylko z mego powodu.

- Tak? Rzeczywiście? To podwaja moją ciekawość. A zatem od początku! Nie krępuj się! Mój sąsiad, to sternik Sokoła, a tamten z harapem, to mój ulubieniec, prawa ręka. Już niejeden handlarz i właściciel niewolników poczuł na swoim grzbiecie tę moją szybką, ochoczą i dość silną rękę, i w ten sposób poznał moje hasło: "Biada temu, kto krzywdą wyrządza!"

Nie opierałem się dłużej i zacząłem opowiadanie od chwili, kiedy mnie Turek zaprosił do kawiarni. Wyraz twarzy reisa effendiny świadczył, że z każdą chwilą rosła jego uwaga i coraz większe było jego zaciekawienie. Nie przerywał mi ani słowem, ani jednym okrzykiem; kiedy jednak doszedłem w opowiadaniu do chwili, w której podsłuchałem reisa, i kiedy powiedziałem mu, co mówili i postanowili, położył mi rękę na ramieniu i przeprosił:

- Wybacz na chwilę! - a zwróciwszy się do "prawej ręki", dodał: - Śpiesz na naszego Sokoła i sprowadź dziesięciu ludzi, aby obsadzić dahabijeh! Ja przypomnę tej zgrai o dziewięćdziesięciu dziewięciu wzniosłych własnościach Allaha. - A teraz, proszę, mów dalej, effendi!

- Nie jesteś członkiem świętej Kadirine? - spytałem.

- Nie, wogóle nie jestem członkiem żadnego bractwa. Mahomet był prorokiem i Jan był prorokiem. Allah jest miłością i sprawiedliwością, Allah jest i twoim Bogiem; powinniśmy się nawzajem miłować i być wobec siebie sprawiedliwymi. Cenię wiarę, w której na świat przyszedłem, ale nie poniżam drugiego; nie chcę nawracać i nie pozwolę siebie nawracać. Oczy moje mogą widzieć tylko rzeczy ziemskie, a dopiero po śmierci ujrzą rzeczy niebieskie. Dlaczego miałbym spierać się o to, kto Boga wielbi prawdziwie? Jesteśmy jedną wielką rodziną i mamy jednego ojca. Każde dziecię ma swoje odrębne dary i właściwości, więc na swój sposób rozmawia z ojcem. Podaj mi rękę, effendi! Ty jesteś chrześcijaninem a ja muzułmaninem, ale jesteśmy braćmi, jesteśmy posłuszni ojcu, ponieważ go kochamy!

Wyciągnął do mnie rękę, którą serdecznie uścisnąłem. Czyż powinienem był mu powiedzieć, że jako chrześcijanin nie mogę się z nim zgodzić? Nie zmieniałem się przez milczenie w muzułmanina, przeciwnie, pozwalając mu mówić, dałem mu sposobność mówienia tak, jakby mówił prawdziwy chrześcijanin. Wyrzekając się zachłanności Islamu, przestawał być mahometaninem. Uczynił przez to wielki krok ku Chrześcijaństwu, a niewczesną repliką mogłem go tylko skłonić do cofnięcia tego niezwykłego kroku. Wiedziałem zresztą, że misjonarzem jest nietylko ten, co naucza słowami, ale i ten, co czynami drugim przykład daje. Czyn działa często potężniej, aniżeli słowo; czasem i milczenie jest czynem, choćby tylko takim, który zapobiega zgorszeniu.

Opowiadałem dalej; kiedy dobiegłem do końca, wrócił "ulubieniec" i "prawa ręka". Usadowił dziesięciu uzbrojonych ludzi w rozmaitych miejscach pokładu; ukryli się za wyższym pokładem, ażeby ich z brzegu nie można było zobaczyć. Następnie "ulubieniec" zbliżył się do nas i oznajmił: - Emirze, statek obsadzony, ale kiedyśmy nadchodzili, stał tam pod drzewem człowiek, który się czujnie wpatrywał w dahabijeh. Wydało mi się to podejrzane i kazałem go pochwycić. Zdołał jednak umknąć. Jeśli Allah obdarzył mnie dobremi oczyma, to mógłbym przysiąc, że to ten sam człowiek, którego widzieliśmy przedtem, zanim weszliśmy na okręt.

- A więc złodziej kieszonkowy? Jaka szkoda, że umknął! Teraz wie, w czyje ręce wpadła dahabijeh, i chyba już tu nie przyjdzie. Jutro jednak będę w Kahirze i każę go pochwycić.

- Jeśli go znajdziesz! - wtrąciłem.

- O, ja go znajdę! Zaalarmuję całą policję, a gdzie się ten łotrzyk włóczy, o tem tam wiedzą dokładnie. A więc, effendi, już skończyłeś. Wiem, co się stało, lecz wiem jeszcze coś innego, a mianowicie, że jesteś człowiekiem, któregobym pragnął mieć na Sokole. Czy chcesz być moim porucznikiem?

- Niestety, nie mogę.

- Wiem, dlaczego. Porucznik to niewielka ranga, ale przecież nie mogę ci wprost zaproponować, żebyś dowodził moim Sokołem, ani też nie wypada mi mówić, że chciałbym być twoim podwładnym!

- Jedno i drugie chyba niepotrzebne; przypuszczam bowiem, że musisz już mieć porucznika.

- Oczywiście, że mam, ale zapytam cię przynajmniej, czy nie miałbyś ochoty towarzyszyć mi w drodze na górny Nil.

- Ochotę miałbym, lecz mi nie wolno.

- Z powodu tego Turka? Dałeś mu słowo? Musisz mu go dotrzymać, bo murzynów przyjął do siebie. Jak się nazywa?

- Murad Nassyr.

- A skąd pochodzi?

- Z Nifu obok Ismiru.

Popatrzył w milczeniu nadół; ponieważ mina jego niebardzo mi się podobała, więc zapytałem:

- Czy go znasz?

- Zdaje mi się, że słyszałem już kiedyś to nazwisko.

- Wymawiano je pochlebnie, czy nie?

- Nie! Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, ale zdaje mi się, że niebardzo pochlebne zdanie o nim słyszałem. Może sobie zresztą cośkolwiek wyraźniejszego przypomnę. Mamy czas, bo razem pojedziemy. Dajmy więc tem u spokój, a zajmijmy się chwilą obecną. Gdyby sprawa twoja poszła drogą przepisaną, musiałbyś mimo wpływu konsula zmarnować tutaj kilka tygodni. Ponieważ jednak przyrzekłem ci, że tego unikniesz, nadam sprawie taki obrót, jaki uważam za najlepszy. Ciebie nie potrzeba nam wcale; wystarczy przyznanie się tych łotrów i kilku świadków, którzy to usłyszą, a potem w sądzie powtórzą. Świadków mam; to moi ludzie.

- A więc sprawcy poniosą karę?

- Oczywiście! "Biada temu, kto krzywdzi innych!"

- I Barakowi, mokkademowi?

- Hm! Właśnie dlatego, że ten Abd el Barak jest mokkademem Kadirine, trudno będzie dobrać się do niego. Nikt, nawet najpotężniejszy, nie zechce powaśnić się z tak wpływowem bractwem. Znajdę jednak środki i drogi, aby się domacać go moją "prawą ręką". Teraz zejdziemy na pokład; przesłucham tych trzech drabów.

Zeszliśmy po wspomnianych wąskich schodach, przyczem "prawa ręka" i "ulubieniec" wyjął kurbacz z za pasa. Ten zacny sługa znał widocznie mocne i słabe strony swego energicznego pana, jako inkwizytora. Kiedyśmy się zbliżyli do masztu, pod którym siedzieli delikwenci, powstali wszyscy trzej ze swych miejsc. Postawa ich bynajmniej nie zdradzała pewności siebie, a twarze już teraz wyglądały nędznie. Emir, którego tak odtąd będę nazywał, ponieważ jego "ulubieniec" dał mu przedtem ten tytuł, podniósł rękę, a na ten znak natychmiast zjawiło się owych dziesięciu ludzi i otoczyło nas dokoła. Sędzia śledczy zwrócił się natychmiast do służącego:

- Jak się nazywasz?

- Barik - odrzekł zapytany.

- A zatem prawie tak, jak twój miły mokkadem! Skąd pochodzisz?

- Z Minieh.

- A przecież powiedziałeś temu effendiemu, że jesteś Beni Maazeh imieniem Ben Szorak! Jak śmiałeś okłamywać człowieka, który w każdym końcu włosa ma więcej rozsądku, aniżeli ty miałeś i mieć będziesz razem z twoimi przodkami i potomkami! Radzę ci mówić prawdę, gdyż nie jestem tak cierpliwy, jak ten effendi. Czy udawałeś wczoraj ducha?

- Nie.

- Dobrze! Przypomnij sobie! My ci w tem pomożemy.

Na jedno jego skinienie położyli czterej ludzie kłamcę na ziemi i przytrzymali go, a "ulubieniec" zaczął wybijać takt w taki sposób, że ten wrażliwy człowiek krzyknął za piątem uderzeniem:

- Dość, już się przyznam!

- Tak przypuszczałem! A więc byłeś jednym ze strachów?

- Byłem - odrzekł zapytany, leżąc jeszcze na ziemi.

- Kto byli tamci dwaj?

- Mokkadem i jego sługa, spełniający zarazem powinność pisarza.

- Jak często udawaliście strachy?

- Ciągle od śmierci właściciela domu.

- Te zeznania wystarczą. Podnieś się i stań pod masztem.

Czterej ludzie puścili go, a "ulubieniec" przeciągnął go jeszcze raz po plecach tak, że delikwent zerwał się z podłogi, jak tylko mógł najszybciej. Emir spojrzał teraz na reisa i rzekł:

- Znasz mnie i wiesz dobrze, jak ciebie lubię i jaką mam władzę nad tobą. Odpowiadaj dokładnie i rzetelnie, bo jak nie, to dostaniesz baty!

Tego chyba nigdy nie obiecywano starcowi, więc wybuchnął gniewem:

- Emirze, ja jestem wiernym muzułmaninem, a nie niewolnikiem lub sługą. Kieruję tą dahabijeh!

"Ulubieniec" wiedział już, co czynić w takich wypadkach; nie zapytawszy nawet wzrokiem o pozwolenie, przeciągnął starca w poczuciu swego majestatu tak silnie dwa razy po grzbiecie, że go już cała ochota do oporu odeszła.

- Tak! - zaaprobował emir, zadowolony z gorliwości podwładnego. - Czy ktoś niewolnikiem, sługą, dowódcą, muzułmaninem, czy poganinem, to wszystko jedno wobec Allaha, mnie i mego bata. Kto się sprzeciwia lub kłamie, musi dostać po grzbiecie! Od kiedy ten Barik z Minieh służy na twoim statku?

- Od dziś - odpowiedział reis z tłumioną złością.

- Kto go sprowadził?

- Mokkadem.

- Jakie obowiązki miał pełnić ten pachołek?

- Miał służyć temu obcemu effendiemu.

- Miał temu effendiemu pochlebiać, aby go przyjął na służbę, a potem miał go wydać mokkademowi, czyli śmierci?

- O tem nic nie wiem.

- Więc zapomniałeś? Otóż wyrządzimy ci przysługę i dopomożemy twej pamięci.

Powalono reisa na ziemię; dostał znowu batem, ale tylko trzy razy, bo po trzeciem uderzeniu przyznał się do tego, o co go pytano.

- Widzisz, jak szybko bat krzepi pamięć! - rzekł emir. - Skóra hipopotama usuwa za pierwszem uderzeniem zatwardziałość serca. Masz leżeć tak dalej i odpowiadać. Czy wiedziałeś, że upatrzono sobie portfel effendiego?

- No tak... wiedziałem... - przyznał się z wahaniem.

- I przyłożyłeś rękę do tego?

- Nie... tak, oj tak! - krzyknął przeraźliwie, poczuwszy harap.

- Czy wiedziałeś, że nastawano na życie effendiego?

Przyznanie się nastąpiło dopiero po drugiem uderzeniu.

- Czy radziłeś temu drabowi, aby go zabił dziś jeszcze?

Reis milczał. Nie chciał powiedzieć tak, a bał się środka przymusowego, zwanego przez Turków "kyr", a przez Arabów "kurbacz". Ale działalność "ulubieńca" doprowadziła go rychło do tego, że się przyznał.

- Mógłbym pytać dalej, - rzekł emir - ale budzisz wstręt we mnie. Jesteś tchórzliwym psem, który ma odwagę popełnić grzech, a nie ma odwagi do niego się przyznać. Udusisz się w swojem własnem błocie. Przyprzyjcie go do masztu! A teraz do sternika!

Sternik drżał na sam widok tego, co się działo. Gdy usłyszał, że do niego mają się teraz zwrócić z okropnem pytaniem, padł na kolana i zaczął wrzeszczeć:

- O Allah, o nieba! Tylko nie bić! Ja zeznam wszystko, wszystko!

- Emirze, - poprosiłem reisa effendinę - miej litość dla niego! On nie taki zły i musiał słuchać reisa. Podczas mego podsłuchiwania nie powiedział ani słowa, a gdy potem zarzuciłem im przewrotność, przyznał prawdę mym słowom. Dostał się w złe towarzystwo i to jest cała jego wina.

- Ten effendi ma słuszność, emirze; on m a słuszność! Allah będzie mu błogosławił za te słowa! - lamentował tchórzliwie sternik.

- Dobrze, chcę wierzyć, - rzekł emir - i postawię ci tylko jedno pytanie. Czy przyznajesz, że to wszystko jest prawda, co nam opowiedział effendi?

- Tak jest, to wszystko prawda!

- Więc powstań! Będziemy mieli litość nad tobą. Ale spodziewam się, że potem na inne pytanie odpowiesz równie otwarcie.

- Jakie pytanie? Powiem wszystko!

- Nie teraz jeszcze. Nie powinieneś dłużej przestawać z tymi zatwardziałymi grzesznikami. Usiądź obok kajuty, ale nie ruszaj się z miejsca!

Zrozumiałem zamiar emira. Chciał sternika trzymać zdala od reisa, aby go namowami lub groźbami nie skłonili do odmówienia spodziewanego jeszcze zeznania. Teraz kazał reis effendina wyszukać trzy lampy i zeszedł z muhamelem, sternikiem i "ulubieńcem" do wspomnianego już otworu.

Widziałem, że reis zacisnął wargi, ale nie tyle z bólu, jaki mu sprawiły baty, ile raczej z obawy przed odkryciem, którego należało się spodziewać. Nie mogłem wprost już patrzeć na tego człowieka. Zbrodniarz młodociany z pewnością wzbudzi w nas litość, lecz jeśli człowiek stary, jedną nogą już w grobie stojący, grzeszy z samego upodobania w złem, nie zasługuje na nasze współczucie. Chrześcijanin osądzi go może łagodniej, obywatel jednak i psycholog musi potępić surowo. Poszedłem na tył okrętu do sternika. Wyciągnął do mnie rękę i powiedział:

- Effendi, dziękuję ci, że wstawiłeś się za mną! Jestem krewnym reisa i nie mogłem odejść od niego. Nie życzyłem ci nic złego i dlatego milczałem.

- Lecz musisz uznać, że milczenie twoje było grzechem, a nawet zbrodnią.

- Effendi, moje słowo żadnegoby skutku nie odniosło! Czyż miałem reisa zdradzić dla ciebie?

- Oczywiście, a wtedy nie byłoby tak źle z wami, bo emir nie byłby wszedł na dahabijeh; zwabiliśmy go dopiero naszą głośną rozmową. Gdyby nie to, nie byłby odkrył, że ten żaglowiec służy do przewozu niewolników.

- Prze... wo... zu... niewolników! - wyjąkał z przerażeniem. - Kto... kto... tak... twierdzi?

- Emir, a on jest znawcą.

- O nieszczęście, o zamęcie w mej głowie! Allah, Allah, Allah! Ciało moje chwieje się, kości dygocą, a dusza drży. Pochłania mnie morze strapienia, a wiry strachu pchają w otchłań rozpaczy. Jakaż dusza ulituje się nade mną, jaka ręka wyciągnie się, aby mnie ocalić?

- Nie krzycz tak, bo zwrócisz na nas uwagę. Czy przyznajesz, że ta dahabijeh służy do handlu niewolnikami?

- Effendi, ona ich tylko przewozi.

- Zbliżasz się już do sześćdziesiątki. Czy masz rodzinę?

- Mam w Gubatar syna oraz wnuków i wnuczęta; mieszka z nimi moja żona.

- To wpobliżu wolnych Beduinów Uled-Ali, których znam dobrze. Uciekaj do nich i siedź tam, dopóki ta sprawa nie pójdzie w zapomnienie. Czy masz pieniądze?

- Mam tylko kilka piastrów, a i te przechowuje reis.

Dałem mu trochę pieniędzy, które miałem przy sobie, i powiedziałem:

- Zauważyłem, że małe czółno przymocowane jest ztyłu do steru. Spuść się po linie, na której wisi, i uciekaj.

- Chętnie, o jak chętnie! Za rok pójdzie wszystko w zapomnienie, a potem będę mógł pokazać się znowu. Ale jak się dostanę do steru? Zobaczą mnie!

- Nie, bo idę tam teraz i skupię na sobie uwagę tych ludzi. Uważaj zatem. Skoro tylko upewnisz się, że nikt nie patrzy w tę stronę, wbiegniesz na schody.

- Tak, tak, effendi! Jakie dzięki...

- Nie gadaj nic, raczej działaj! Niechaj Allah osłania twą ucieczkę i nie pozwoli ci zejść znów na bezdroża.

- Nigdy już nie popełnię nic złego, effendi! Nikt z muzułmanów nie byłby się ulitował nade mną, a ty, który jesteś chrześcijaninem...

Nie słyszałem nic więcej, gdyż odszedłem od niego ku masztowi i tam zacząłem wypytywać ludzi emira o Sokoła. Byli tak zachwyceni zaletami tego statku, że zaczęli mówić do mnie wszyscy naraz. Kiedy zaś oznajmiłem im, że pojadę z nimi, stłoczyli się dokoła mnie tak, że sternik miał sposobność do ucieczki. Widziałem go śpieszącego po schodach i znikającego poza dymem, wydzielającym się z miski smolnej. Gdyby mi był kto w owej chwili powiedział, że wkrótce sternika spotkam i to nie u Beduinów Uled-Ali, lecz w Sudanie, nie byłbym chyba uwierzył.

Teraz powrócił emir z obydwoma towarzyszami. Obawiałem się już, że najpierw będzie szukał sternika i rychło odkryje ucieczkę, ale na szczęście przyszedł prosto do nas i zwrócił się do reisa:

- Najpierw załatwię jeszcze jedną sprawę uboczną. Ile ten effendi zapłacił za przewóz?

- Sto piastrów - rzekł stary niepoprawny grzesznik.

- A jednak effendi mówi o trzystu z czego wynika, że ty podajesz o dwieście mniej. Jeden z was chce mnie oszukać, ale w tym wypadku ja jemu wierzę, nie tobie. Wolę przypuścić, że effendi omylił się o dwieście. To wynosiłoby pięćset, które mu wypłacisz natychmiast.

- To oszustwo, najoczywistsze oszustwo! - krzyknął starzec, lecz poczuł natychmiast bicz "ulubieńca" na grzbiecie, co skłoniło go do oświadczenia, że zgadza się na wypłatę.

- Dobrze! Gdzie masz pieniądze? - zapytał emir.

Reis zawahał się z odpowiedzią, lecz podniesiony harap zmusił go do wyznania, że kasę ukrył w dolnej części okrętu.

- A zatem sprowadzisz nas nadół - rzekł nieubłagany inkwizytor. - Dokąd płynie twoja dahabijeh?

- Tylko do Chartumu.

- Nie dalej? To kłamstwo. Dajesz mi tę odpowiedź, ażebym nie zgadł, jakiego to rodzaju handel chcesz tam uprawiać. Jakie zabrałeś towary?

- Takie, jakich tam poszukują, mianowicie materje na ubrania, narzędzia, tanie ozdoby dla murzynów i tym podobne rzeczy; chcę to zamienić na produkta krajowe.

- To brzmi wcale niewinnie, ale ja ci nie wierzę. Skrzynie i toboły, które widziałem na dole, wyglądają tak, że należy się w nich domyślać całkiem innych rzeczy. Każę je zatem otworzyć i biada ci, jeśli cię złapię na oszustwie!

- Emirze, ja chodzę drogami prawa, - zapewnił starzec - a więc możesz sobie śmiało oszczędzić trudu otwierania.

- Rzeczywiście? Przypuszczam jednak, że handlujesz deskami, słupami i innem drzewem, gdyż widziałem na dole mnóstwo tego materjału. Powiedz mi, jakie jego przeznaczenie?

- Wszystko przeznaczone na sprzedaż. Na południu niema drzewa ciętego i dlatego ludzie zamożni, którzy go potrzebują do budowy, płacą za nie bardzo dobrze.

- Komu innemu mógłbyś to mówić, ale nie mnie. Dlaczego w takim razie te podpory, słupy i deski tak są obrobione, że można z nich zbudować jeszcze dwa niższe pokłady?

- To przypadek, emirze!

- Gdybyś był wiernym synem proroka, wiedziałbyś, że przypadek nie istnieje. Czy handlujesz żelaznemi łańcuchami? Widziałem ich całe stosy na dole. Te deski i łańcuchy zdradzają twoje właściwe zatrudnienie; twoje krętactwa nie przydadzą się na nic. Że handlujesz niewolnikami, udowodni ci to twój własny sternik swemi zeznaniami. Sprowadźcie go tutaj! On się tak boi harapa, że zaraz wyzna prawdę.

Na te słowa zwróciły się oczy wszystkich ku miejscu, gdzie się znajdował sternik, ale już go tam nie było. Zaczęto go szukać i szukano oczywiście napróżno. Reis effendina wziął całą sprawę o wiele lżej, aniżeli przypuszczałem. Już po krótkim czasie rozkazał jednemu ze swoich ludzi;

- Nie trudźcie się! Widzę, że uciekł. Nie uważaliście i udało mu się niepostrzeżenie przekraść na brzeg po pomoście. Powinienem was właściwie ukarać, ponieważ jednak nie był to taki zatwardziały łotr, jak ten reis, więc niech ucieka, a wam przebaczam. Teraz zejdźmy znów nadół, aby odebrać pieniądze za podróż.

Poprosił mnie, żebym szedł za nim. Dwóch jego ludzi pochwyciło reisa, aby go zaprowadzić do otworu, reszta została na górze. Przybywszy nadół, zorjentowaliśmy się łatwo przy pomocy światła. Od wnętrza dahabijeh odcięte były zprzodu i ztyłu małe komórki. Zobaczyłem zaledwie dwadzieścia skrzyń i tobołów. Było to uderzające, ponieważ te okręty nie opuszczają Kairu, zanim nie nabiorą pełnego ładunku. W tylnej zamkniętej komórce stała skrzynia z narzędziami. Leżały tam łańcuchy rozmaitej długości, grubości i konstrukcji, wszystkie bez wyjątku przeznaczone na okowanie niewolników. W wielkim przedziale piętrzyły się wysokie składy desek i belek. Oprócz tego spostrzegłem trzy poziome, leżące jeden na drugim, szeregi podpór, przyśrubowanych mocno do żeber statku. Były to widocznie podpory niższych pokładów, które w razie potrzeby budowano ze znajdujących się tu desek i belek. Te dolne pokłady przeznaczone były oczywiście dla murzynów. Oddalenie bocznych podpór od siebie wskazywało, że pokłady nie były wyższe nad cztery stopy, że więc biedni czarni nie mogli podczas transportu stać, tylko siedzieli, i to w niewygodnej pozycji. Zresztą, reis przyznał później, że tylko wyjątkowo wolno im było siadać, przeważnie zaś przykuwano ich w pozycji leżącej. Ponieważ mnie to żywo zajęło, wybadałem go później i dowiedziałem się bliższych szczegółów o podziale tych dolnych pokładów i sposobie umieszczania tam czarnych. Ściany z desek na przodzie i tyle okrętu odcinały zaokrąglenia statku tak, że każdy taki pokład, przeznaczony dla niewolników, miał kształt regularnego prostokąta, w którym umieszczano czarnych w następujący sposób:

  

  

  

Każdy taki pokład dzielił się na trzy części, w których, jak to kreski na planie wskazują, mieściło się w pozycji leżącej po pięćdziesięciu czarnych, zwróconych do siebie nogami. W środku tych przedziałów, jak to wskazuje na rysunku litera O, znajdował się otwór, przez który łączyły się schodami dolne pokłady z górnemi. Jeśli się weźmie pod uwagę bardzo małą wysokość tych przedziałów, brak wszelkiej wentylacji, skwar egipski, nędzne pożywienie i złe, a nawet okrutne obchodzenie się reisów z niewolnikami, to nietrudno sobie wyobrazić, jak straszne było położenie tych czterystu pięćdziesięciu czarnych na dahabijeh.

Reisa zaprowadzono do przedniej komórki, która była zamknięta. Kiedy ją otworzono, ujrzeliśmy znaczną liczbę harapów, zawieszonych na ścianie, mnóstwo flaszek "raki", przeznaczonych oczywiście dla reisa, oraz skrzynię blaszaną, u której wisiały dwie kłódki. Reis miał klucze do niej przy sobie. Gdy ją otworzył, okazało się, że zawierała kilka tysięcy talarów Marji Teresy. Emir sięgnął ręką bez ceremonji i odliczył pewną sumę, którą mi wręczył, mówiąc:

- Oto masz, effendi, pięćset piastrów!

- Ależ to o wiele więcej, aniżelim zapłacił! - odrzekłem, i bynajmniej nie miałem zamiaru tej kwoty sobie przywłaszczyć. - Talar znaczy tu...

- Milcz! - przerwał mi. - Ja to lepiej rozumiem od ciebie. Ten reis, handlujący niewolnikami, ma pieniądze przeznaczone na zakup w Sudanie, gdzie talar ma wartość dziesięciu piastrów. Dlatego właśnie liczę wedle tamtego kursu i daję ci...........................

Chajjal

 

Zwycięska, El Káhira, lub Bauwaabe el bilad esz szark, t. j. Wrota Wschodu, tak brzmią określenia, któremi Egipcjanin nazywa stolicę swojego kraju. O ile pierwsza nazwa oddawna już nie odpowiada rzeczywistości, o tyle druga zupełnie jest słuszna. Kair bowiem istotnie można nazwać Wrotami Wschodu. Najbardziej z pośród miast wschodnich wystawiona na wpływy Zachodu, zwycięska niegdyś El Kahira tak z wiekami osłabła, że dziś naporowi tych wpływów wcale nie może się oprzeć. Z roku na rok Kair staje się miastem coraz bardziej frankońskiem i tam, gdzie dawniej na wysokiem nawet stanowisku Europejczyk mógł doznać pchnięcia nożem za zwrócenie tylko uwagi, że sułtan wchodzi w butach do Aja Sofia, tam dziś każdy może zwiedzić pięćset dwadzieścia i trzy meczety stolicy egipskiej, nie zdejmując obuwia.

Liczne hotele, jak np. Shephearda, Hotel nowy, Hotel d'Orient, Hotel du Nil, Hotel des ambassadeurs, jako też liczne pensjonaty, restauracje i kawiarnie zapewniają obcemu przybyszowi zupełne zaspokojenie potrzeb, do których przyzwyczaił się w ojczyźnie. Ale zato trzeba dobrze, bardzo dobrze zapłacić. A kto, jak ja, nie rozporządza dochodami lorda, niech się trzyma jak najdalej od owych zbiorowisk Krezusów europejskich.

Oczywiście, łatwiej jest dać taką radę, aniżeli stosować się do niej. Kto chce uniknąć tych domów, a jednak mieszkać w Kairze, musi ulokować się w domu prywatnym i codzień, ba, nawet co godzina, będzie ofiarą oszustwa i zdzierstwa ze strony krajowców, jeśli nie zna dokładnie miejscowych stosunków i jako tako języka arabskiego. Na uczciwość tłumaczów i służących liczyć niepodobna. Nawet taki służący, któremu można powierzyć majątek z tem przeświadczeniem, że z niego nic nie zginie, przy każdym zakupie oszuka swego pana na kilka para lub piastrów, co, rzecz prosta, z czasem tworzy wcale pokaźną sumę.

Z tłumaczami jest jeszcze gorzej. Ilekroć obcy przybysz pójdzie z dragomanem do bazaru, a sam nie zna języka, może być pewny, że dragoman zmówi się z każdym kupcem i, dopomógłszy mu obedrzeć swego klienta, zgłosi się potem po swój udział w zysku. To też każdy obeznany z krajem ofiarowuje zazwyczaj trzecią część ceny, której od niego za towar żądają. Dla sprawdzenia zasady ogólnie przyjętego tu względem przybyszów zdzierstwa, pewien Francuz, władający językiem arabskim, udając jednak, że go nie rozumie, wziął dragomana i poszedł z nim po zakupy. Zaledwie weszli do jednego z kupców, już handlarz, podając klientowi zwyczajową filiżankę kawy, odezwał się do tłumacza: - "No, bracie, trzeba tę świnię chrześcijańską oskrobać! Dam mu towar sheffieldzki, a niech płaci za damasceński." - Usłyszawszy to, Francuz oświadczył handlarzowi najpiękniejszą arabszczyzną, że ani świnią nie jest, ani też nic nie kupi, i, ku wielkiemu zdziwieniu kupca i dragomana, wyszedł wzburzony ze sklepu.

Pewien słynny podróżnik pisze:

"Dawniej trzeba było tu samemu starać się o zaspokojenie swych potrzeb codziennych i, wziąwszy na siebie rolę kucharki, kupować na rynku ryż, groch, mięso wędzone, drób i inne wiktuały, wyliczane zazwyczaj w przewodnikach podróżnych. Od kilku lat ten kłopot bierze na siebie dragoman, który też załatwia wiele innych spraw. Należy tylko zawrzeć z nim umowę, mocą której obowiązany jest podać to a to na śniadanie, tyle a tyle potraw na obiad i tyle a tyle na kolację; oprócz tego zaś powinien dostarczyć światła, bielizny, usługi i środków lokomocji. Umowę taką sporządza się w konsulacie swego kraju. Sposób to doskonały, bo zabezpiecza obie strony od wyzysku nieświadomego przybysza. Chciwy przewodnik wie dobrze, że jeżeli swych zobowiązań nie spełni, może go zmusić konsul do zwrotu strat z nadwyżką, a nawet materjalnie zrujnować, bo usług jego już nikomu nie zaleci. Zdeklarowanych oszustów niema tu prawie wcale; zato przebiegli Arabowie starają się przy zawieraniu umów zdobyć sobie jak największe korzyści, a jednocześnie zrzucić ze swoich barków na podróżnego jak najwięcej kłopotliwych obowiązków; a czynią to z właściwą swej rasie zręcznością".

Przyznając przebiegłość tym ludziom, stwierdzam to, com rzekł o nich wyżej. Mojem zdaniem zresztą, na jedno wychodzi, czy mnie okpią przy zawieraniu umowy, czy też w następstwie. W każdym razie, kto ma możność zawrzeć tego rodzaju umowę, jest godzien zazdrości, gdyż możność ta dowodzi, że rozporządza środkami, z jakich nie każdy podróżny korzystać może. - -

Zajechłem do Hotelu d'Orient i kazałem sobie dać pokój najtańszy, zamierzając korzystać z niego tylko przez dzień jeden. Następnie wyszedłem na miasto, aby wyszukać sobie mieszkanie prywatne. Hotel leży przy Esbekijeh, najpiękniejszym placu w całem mieście. Dawnemi czasy wezbrane wody Nilu zalewały ten plac. Rozciągała się tutaj kotlina, zanim Mehemed Ali kazał dla zabezpieczenia od wylewów nilowych otoczyć ją kanałem, a brzegi obsadzić drzewami. Później Ismail-basza przysypał ją ziemią, więc plac podniósł się do poziomu miasta. Pewną część tej przestrzeni zabudowano domami, a resztę zamieniono na piękny ogród z kawiarniami, teatrami i grotami. Po południu odbywają się tu często koncerty. Wschodnią część placu zdobią gmachy ministerstw spraw zewnętrznych, wewnętrznych i skarbu, a w południowej wznosi się teatr dramatyczny i opera. Ogród zajmuje 32000 m? obszaru. Patrząc na niezliczoną ilość znajdujących się przy tym placu restauracyj, piwiarń, kiosków z likierami i lodami, sal koncertowych wśród mnóstwa zdobnych latarń gazowych, zapomniećby można, że się człowiek znajduje u Wrót Wschodu, gdyby nie zieleniejące i kwitnące rośliny strefy południowej.

Zwróciłem się na południo-wschód, w stronę Muski. Jest to dawna frankońska dzielnica, w której za panowania Saladyna zamieszkali chrześcijanie, otrzymawszy po raz pierwszy pozwolenie na pobyt w Kairze. Tu można oglądać największe sklepy, należące do Europejczyków; ruch i tłok niezwykły znamionują tę część miasta. Ulica wprawdzie jest dość ciasna i duszna, jednakże, zanim powstały wspaniałe dzielnice Esbekijeh, Ismailia i południowy Abdin, była jedyną szerszą ulicą w Kairze. Tu wszystko ma już polor europejski; jedynie kilka starych arabskich płaskich dachów, prawdziwie egipski brud i panująca wszędzie woń ruin i spusztoszenie przypomina podróżnemu, gdzie się znajduje.

Kto jednak pragnie zobaczyć Wschód, niesfałszowany polorem europejskim, powinien się udać do jednej z dzielnic arabskich, niezbyt stąd odległych.

Przypomniałem sobie dawniejsze wędrówki po Kairze i skręciłem w wąską boczną uliczkę. Kiedy ją minąłem i wszedłem w sąsiednią, ujrzałem zdaleka na glinianym murze niskiego domu czterowierszowy napis:

  

Beer-house

Cabaret a bi?re

Birreria

Bira, ingliziji we nimsawiji.

  

Zetknęły się więc cztery języki: angielski, francuski, włoski i arabski; to też czwarty wiersz napisany był literami arabskiemi. Przystanąłem, aby się przyjrzeć temu domowi. Zewnętrzny jego wygląd nie był wcale ponętny, lecz pociągał mię wyraz "piwo". W domu tym nie było drzwi, ani okień. Zamiast nich frontowa strona budynku zaopatrzona była w dziesięć mocno popękanych słupków drewnianych, dźwigających górną część ściany. Słupy owe stanowiły więc jedyną przegrodę pomiędzy mieszkaniem a ulicą. W głębi widać było kilku gości, siedzących na rogożach z sitowia, lub na drewnianych sprzętach, przypominających raczej inkwizyty do tortur, aniżeli stołki. Jeden z siedzących, jakiś spotniały grubas, spostrzegł moje wahanie i skinął na mnie obydwiema rękami, a potem, uśmiechnąwszy się nader uprzejmie, zawołał:

- Gel tszelebi, gel tszelebi! Arpa suju pek eji, pek eji! - Chodź pan, chodź pan! Piwo tu bardzo dobre, bardzo dobre!

Mówił po turecku, a więc domyśliłem się, że jest Osmanli. Widząc, żem niezbyt skwapliwy na jego wezwania, wyciągnął ku mnie flaszkę, trzymaną w lewej ręce, a prawą jął na mnie kiwać zachęcająco i tak zawzięcie, że trójnóg, służący mu za siedzenie, a podobny do stołka szewckiego, zachwiał się od tego ruchu i ciężkie beczkowate ciało grubasa z wielkim łoskotem zwaliło się na ziemię.

- O jarik, o gekim, o babalarim, o tenim, o azalarim, o bukalim! - O biada, o nieba, o ojcowie moi, o moje ciało, o moje kości, o flaszko! - stęknął, nie wypuszczając z ręki flaszki, lecz nie czyniąc też wysiłku w celu powstania.

Przyskoczyłem doń i narazie zdołałem stwierdzić, że tylko rozpaczliwy zwrot do flaszki był uzasadniony. Rozbiła się o jeden ze słupów i w ręku grubasa tkwiła zaledwie jej część górna - próżna szyjka; zawartość zaś cała wylała mu się na twarz i odzienie. Towarzysze grubasa patrzyli na wypadek z uśmiechem, ale żaden z nich nie próbował podejść ku niemu, ażeby kompanjonowi dopomóc w powstaniu.

- Zarar onlarinwar? - Czyś pan się nie zranił? - zapytałem, biorąc mu z ręki szyjkę od flaszki i ocierając go chustką.

- Azalarim dżimle kyrmsz! - Wszystkie kości mam połamane! - odpowiedział, leżąc wciąż na grzbiecie z podniesionemi wgórę nogami i rękami.

- Nie przypuszczam jednak - pocieszałem go. - Gdybyś pan nawet tylko się potłukł, nie mógłbyś długo pozostawać w tak trudnej pozycji. Spróbuj pan powstać.

Ująłem go za ręce i usiłowałem podnieść. Ciągnąłem go z całych sił, ale napróżno. Wtem nadszedł czarny młodzieniec, zapewne sufratszi, czyli kelner, z miską w ręku, napełnioną węglami, prawdopodobnie do zapalania fajek. Chłopiec miał minę gotowego na wszelkie figle urwisa. Uchwycił szczypcami rozżarzony węgiel z miski i podsunął Turkowi pod nos tak blisko, że aż wąs mu zaskwierczał. W jednej chwili zerwał się grubas z ziemi i wymierzył czarnemu figlarzowi taki bakszysz poza uszy, że chłopiec upuścił miskę i z wrzaskiem wybiegł z lokalu.

- Sakalim, byjykym güzel! - Mój wąs, mój piękny wąs! - krzyczał grubas gniewnie, głaszcząc się po uszkodzonej ozdobie twarzy. - Jak śmiało takie czarne bydlę porywać się na moje wąsy! Niech je Allah na samem dnie piekła upraży!

Teraz dopiero mogłem się dokładnie przyjrzeć rozsrożonemu Turkowi. Nie był wysoki, tuszę zato miał potężną. Twarz jego nazbyt czerwona, nie świadczyła o zdrowiu, ale cechował ją wyraz uczciwości i, chociaż oczy iskrzyły się jeszcze gniewem, widać było, że w innych warunkach umiały patrzeć przychylniej. Był w wieku najwyżej lat trzydziestu pięciu. Ubraniem nie różnił się ode mnie: miał na sobie szerokie tureckie szalwar, czyli szarawary, kamizelkę i krótki kubaran, czyli bluzę ze stojącym kołnierzem, chustkę pod kołnierzem od koszuli, na głowie fez, szal na biodrach i był w lekkich trzewikach. Moja odzież miała barwę przeważnie szarą, jego natomiast była ciemnoniebieska, ozdobna złotemi galonami i sznurami. Wogóle wyglądał na człowieka, który nie potrzebuje liczyć się zbytnio z zawartością swojej sakiewki.

Obmacawszy się ztyłu i zprzodu, od góry i od dołu, i przekonawszy się, że przykry wypadek nie pozostawił po sobie śladu z wyjątkiem kilku osmalonych włosów w wąsie, wypogodził oblicze i, wyciągając do mnie rękę do uścisku, rzekł serdecznie:

- Allaha szüke, szagh im! Bu wakyt n'asl idiniz? - Dzięki Bogu, zdrów jestem! Co się z panem w ostatnich czasach działo?

- W ostatnich czasach? - zapytałem zdumiony. - Zna mnie pan, jak widzę...

- A pan mnie nie?

- Rzeczywiście, nie mogę sobie przypomnieć.

- Wierzę, gdyż nie mówiłeś pan ze mną wówczas. Usiądźmy! Pewnie się pan piwa napijesz. Zapraszałem pana; musisz pan być moim gościem.

Usiadł na pewniejszym stołku, zaś ja naprzeciw niego. Co za przypadek! Zaledwie w Kairze pył strzepnąłem z obuwia z Dżebel Abu Tartur, gdy oto spotykam człeka, który mnie znał i widocznie niezłe miał o mnie wyobrażenie. Wysoce mnie zaciekawiło, kim był Turek i gdzie mnie widział.

- Ja walad, dżib sziszaten! - Hej, chłopcze, przynieś-no dwa nargile! - zawołał poza siebie.

Wezwany murzynek zbliżył się bojaźliwie i postawił nargile, trzymając przytem głowę w takiej odległości, aby jej powtórnie ręka grubasa nie dosięgła. Ale spostrzegłszy, że Turek nie sroży się na jego widok, nabrał odwagi i śmielej już podał mu węgle. Fajki napełnione były tembekiem, silnym perskim tytoniem, którym można było się zaciągać tylko z nargilów.

- A'tina kizazaten bira nimsawiji! - Podaj nam dwie flaszki piwa austriackiego! - zadysponował udobruchany Turek.

Była to względem mnie wielka uprzejmość; zamiast piwa angielskiego częstował austrjackiem. O ile jednak grzeczny był dla mnie, o tyle szorstki okazał się wobec murzyna, zaledwie bowiem chłopak postawił na stole butelki i szklanki, otrzymał tak starannie poprawione wydanie pierwszego kaffu, czyli policzka, że błyskawicznie wyleciał przez izbę za próg.

- Bu-war partszasi! - Dostał już za swoje! - rzekł Turek, odkorkowując butelkę, aby nalać sobie i mnie piwa.

Widocznie nie po raz pierwszy pił z mieszkańcem Zachodu, gdyż trącił się ze mną całkiem prawidłowo. Było to piwo pilzneńskie, prawdziwe piwo pilzneńskie z browaru mieszczańskiego. Najmilszy Wschodzie, zaczynam się obawiać o ciebie! Jednak pij dalej, zapijaj się piwem; lepsze ono, aniżeli mocny arak, który krew ci zatruwa i nerwy rujnuje, chociaż Muhammed nie zakazał go, tak, jak wina.

Gdy po nasyceniu pragnienia poszły w ruch fajki, zmierzył mnie Turek wzrokiem przychylnego poważania, poczem rzekł:

- Pan mnie nie zna, więc muszę powiedzieć moje nazwisko. Nazywam się Murad Nassyr, mieszkam w Nif, koło Ismiru, czyli Smyrny. Jestem bazirgijan, kupiec i mam kilka okrętów. Mekżeb, kantor swój mam w Ismir, ale składy w Nif. O, effendi, mam ja tam piękne i cenne, bardzo cenne rzeczy, których posiadanie uradowałoby niejednego baszę!

Mówiąc to, przyłożył do ust końce wielkiego i wskazującego palca, a cmoknąwszy w nie, zamknął oczy i jął mlaskać językiem z rozkoszą niewymowną, poczem dopiero prawił dalej:

- Ale ja jestem nietylko bazirgijan, bo i wojownikiem. W podróżach moich muszę nieraz używać broni, i niema człowieka, któryby mógł pochwalić się tem, że mnie zwyciężył. Zresztą, świadczy już o tem moje nazwisko.

Wygłosił to z wielką dumą i spojrzał na mnie w oczekiwaniu mojego w tej sprawie zdania,

- Pańskie nazwisko? - zapytałem. - Masz pan na myśli "Murad", czy "Nassyr"?

- Oczywiście, że Nassyr.

- No, to słowo nie ma nic wspólnego z walecznością, gdyż oznacza nagniotek na nodze, który bywa zwykle tak bolesny, że chodzi się z miną wcale niebohaterską.

- Allah, Allah! - zawołał. - Jakże się pan mylisz okropnie! Ależ to słowo oznacza zwycięzcę!

- Tak, arabskie słowo "nassr" oznacza zwycięzcę, ale nie tureckie "nassyr". Po turecku musiałbyś się pan nazywać Ghalib, Fatih albo Genidżi.

- Effendi, chyba chcesz mnie pan obrazić i purpurą okryć moje policzki! Czyż pan, człowiek u nas obcy, możesz lepiej ode mnie zrozumieć imię moje, imię człowieka, którego przodkowie walczyli z chwałą pod najsławniejszymi sułtanami tego kraju?

- Dobrze, w takim razie mylę się, - przyznałem uprzejmie. - Wybacz mi pan moją nieświadomość!

- Wybaczam - rzekł z zadowoleniem. - A teraz powiem panu, gdziem pana widział. Było to w Dżeza?r, czyli w Algierze, gdzie okręt mój stał na kotwicy. Czy znasz pan tam kupca francuskiego Latréaumonta?

- Tak, istotnie znam, - potwierdziłem.

- Siedziałeś pan w kawiarni przy ulicy Bab-Azoun. Ja również przyszedłem tam i spostrzegłem, że obecni spoglądali z zaciekawieniem, rozmawiając o panu szeptem. Kiedyś pan odszedł, zapytałem o ciebie i dowiedziałem się, żeś jest owym obcym, który młodego Latréaumonta, porwanego i zawleczonego na Saharę, wyrwał z pośród zgrai jego katów. Zapamiętałem sobie dobrze twarz pańską i teraz oto poznałem pana natychmiast.

- Tak, nie mogę wprawdzie zaprzeczyć, że jestem owym obcym, lecz na to, co uczyniłem, patrzano, zdaje się, przez churdebin to jest przez szkło powiększające.

- O nie, effendi! Wiem ja dobrze, że zniszczyłeś całą liczną gum, czyli zbójecka bandę. Nie uszedł panu ani jeden z Imoszarhów, ani z Tuaregów.

- Nie byłem tam sam jeden.

- Był z panem jakiś Anglik i dwaj służący, oto wszystko. Odwiedziłem potem Latréaumonta, do którego miałem interes, i on właśnie opowiedział mi obszernie całą tę historję. Effendi, skąd pan obecnie przybywasz?

- Z Bir Haldeh w kraju Uelad Ali.

- A dokąd pan dążysz?

- Do domu.

- Co? Do Europy? Czyżby tam czekano na pana, czy też wzywa pana jakie obowiązkowe zajęcie? Taki effendi nie może przecież prowadzić żadnego interesu!

Czekał na moją odpowiedź z wielką, niemaskowaną niczem ciekawością.

- No, interesów nie mam żadnych i nie mogę powiedzieć, aby mnie tam oczekiwano niecierpliwie.

- A więc zostań pan tutaj i jedź ze mną.

- Dokąd?

- Do Sudanu, do Chartumu.

Co za propozycja! Podróż w tamte strony byłaby spełnieniem moich najgorętszych życzeń. Niestety, mogłem dać tylko odpowiedź odmowną.

- Nie mogę; niepodobna mi zostać; muszę wracać do domu.

- Ciekawym dlaczego, skoro nic pana nie wzywa?

- To mnie pędzi! - rzekłem, uderzając się po kieszeni, a wyciągnąwszy z niej skórzaną sakiewkę, potrząsnąłem nią przed nosem Nassyra. - Czy mam panu powiedzieć, na jaką chorobę cierpi ten woreczek? To sill, zajyflanma, suchoty, czyli dolegliwość, którą tylko w kraju można wyleczyć. To znaczy, wyraźniej mówiąc, że pieniędzy starczy mi jedynie na jazdę wielbłądem do Suezu, a potem na szybki powrót do domu.

Spodziewałem się, oczywiście, że teraz mój rozmówca da pokój całej sprawie, lecz zawiodłem się, Turek bowiem rzekł natychmiast:

- O, panu nie może braknąć pieniędzy! Pójdź pan tylko do banku egipskiego w Muski, do Oppenheima & Co. na Esbekijeh, albo do Toda, Rathbone & Co. w ogrodzie Rozetty, a otrzymasz pan tyle, ile zażądasz. Ja znam tych ludzi.

- Ba! Ale oni mnie nie znają!

- Dam panu kiaghat, czek.

- Dziękuję, nie pożyczam. Nie jestem taki bogaty, jak pan, i nie mogę jechać dalej, aniżeli mi na to osobista kasa moja pozwoli.

- Naprawdę pan nie chce?

- Nie.

- Szkoda, wielka szkoda! - rzekł poważnie, a twarz jego przybrała wyraz szczerego żalu. - Gdyby mi pan towarzyszył, wielkąby mi pan wyświadczył przysługę. Ucieszyłem się, spotkawszy pana, effendi, i postanowiłem zaraz poprosić cię o towarzyszenie mi w podróży, gdybyś nic innego nie miał do roboty.

- Jakto? Mógłbym się panu naco przydać?

- Tak.

- A to na co?

- Allah! Pan jeszcze o to pytasz? Udaję się do Chartumu, ażeby zawieźć siostrę do jej niszanly'ego, narzeconego. Zabiera ze sobą kilka służebnic, muszę więc dobrać odpowiednich ludzi, którym mógłbym zaufać. Pomyśl pan: taka długa i niebezpieczna podróż!... Jedziemy najpierw Nilem, a potem przez dziki kraj Arabów. Człowiek taki, jak pan, który nie boi się nikogo, który pokonał gum krwawych Tuaregów, jest mi nieodzownie potrzebny! - Czy masz, effendi, ze sobą broń, którą rozporządzałeś wówczas?

- Mam.

- No, to niech się pan namyśli! Podróż nie będzie pana kosztowała ani para; już ja postaram się o wszystko. Zapłaty, jak służącemu nie mogę panu zaofiarować; ale tam zrobimy dobry interes, który nam da pokaźne zyski i podzielimy się niemi stosownie do umowy.

To mnie ostatecznie przekonało. Przyznaję, że byłbym chętnie wyraził natychmiast swoją zgodę, ale się jeszcze wstrzymałem. Rzuciłem pytanie:

- Jakie pan ma tam interesa na myśli!

Mrugnął oczyma, a twarz jego przybrała wyraz tak chytry, jakiegom się u tak dobrodusznego człowieka nie spodziewał:

- Nie domyślasz się pan?

- Nie.

- A może rekwik?

Spojrzał mi w oczy pytająco a ciekawie. Wyraz "rekwik" znaczy "niewolnicy". Odpowiedziałem bez namysłu:

- Do tego nigdy nie przyłożyłbym ręki. Jestem chrześcijaninem! Zresztą, łowy na niewolników zakazane zostały przez kedywa.

Twarz jego przybrała znowu pierwotny wyraz szczerości i rzekł mi otwarcie:

- Zawodowy łowca niewolników nie pyta o zakaz kedywa. Lecz ja nim nie jestem i nie zamierzam się tem zajmować. Inny towar zajął moją uwagę: strusie pióra, guma, kadzidła, liście senesu, rogi bawole i kość słoniowa. W Chartumie znajdziemy wielkie zapasy tego wszystkiego. Zamierzam poczynić znaczne zakupy. Czyżbyś pan uważał handel takim towarem za grzech, za coś przeciwnego pańskim wyznaniom religijnym?

- Bynajmniej.

- Więc jedź pan ze mną! No, zgoda? - i wyciągnął do mnie rękę.

- Dopiero com pana poznał; nie znamy się jeszcze - zauważyłem.

- Ja pana znam i powtarzam, że życzyłem sobie takiego właśnie towarzysza podróży. Daję słowo, że nie doznasz pan żadnej straty. Przeciwnie, przywieziesz do domu sakiewkę pełną, zamiast pustej.

Ten argument był bardzo zachęcający. Może zgodziłbym się na propozycję bez zastanowienia, gdyby nie owo chytre spojrzenie, którem przedtem wypatrywał z moich ust odpowiedzi. Wzbudziło we mnie podejrzenie, pomimo dobroduszności Turka. Wydało mi się, że byłby rad, gdybym nie okazał się przeciwnikiem handlu rekwikem. Dlatego też odpowiedziałem:

- Sprawa nie taka pilna. Daj mi pan czas do namysłu.

- Bardzo chętnie, effendi! Ale zdaje mi się, że miałeś pan zamiar, w razie niedojścia umowy naszej do skutku, udać się do Suezu. Kiedy mianowicie chciałeś pan tam odjechać?

- Pojutrze lub jeden dzień później.

- W takim razie mamy dosyć czasu. Czy wolno zapytać, gdzie pan mieszkasz?

- Właściwie wcale jeszcze nie mieszkam. Zostawiłem swój skromny bagaż w hotelu, a niedawno oto wyszedłem, aby poszukać sobie mieszkania.

- I nie znalazłeś pan jeszcze?

- Nie znalazłem, i wogóle nie widziałem żadnego, gdyż zaraz na początku moich poszukiwań byłeś pan łaskaw zatrzymać mnie tutaj.

- To bardzo dobrze! To doskonale! Bo mam dla pana mieszkanie. Nie wiem tylko, jakie są pańskie wymagania.

- Małe, a raczej żadne. Potrzeba mi zwykłego pokoju z dywanem, albo też zasłanego zwykłemi kocami. Tylko musi być czysty. Jeśli zaś będzie przytem jakiś mały dziedziniec, gdzie możnaby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, to byłbym więcej niż zadowolony.

- Tak, to istotnie bardzo małe wymagania.

- Kto przywykł w podróżach spać pod gołem niebem, ten łatwo może w mieście ograniczyć swoje potrzeby.

- Ba! Ograniczać się tu nie potrzeba. Możesz pan mieszkać, jak basza. Lokal, który chcę panu polecić, jest bardzo ładny; składa się z trzech pokojów, któreby zadowoliły ministra.

- Dziękuję bardzo! Nie jestem ministrem, nie żyję też na tak wysokiej stopie. Właśnie dlatego, że polecone przez pana mieszkanie jest tak wspaniałe, nie nadaje się dla mnie i nie odpowiada - - zawartości mojej sakiewki.

- O, nadaje się bardzo, bo nie zapłacisz pan ani piastra.

- Pah! Któż to wynajmuje trzy pokoje, nie żądając zapłaty?

- Kto? Ja, effendi, ja!

- Pan? Posiadasz pan dom w Kairze?

- Nie, własnego domu nie mam, ale musiałem sobie wynająć, gdyż tak interesa, jak i przygotowania do podróży zmuszały mnie do przynajmniej trzytygodniowego pobytu w Kairze. Ze względu zaś na siostrę i orszak jej służebnic nie mogłem zajechać ani do hotelu, ani do prywatnego domu, gdzie mieszka się w mniej lub bardziej licznem sąsiedztwie. Ogromnie trudno znaleźć tutaj odosobnione a wygodne mieszkanie, udało mi się jednak wynająć o dwie ulice stąd odpowiedni budynek. Właściciel tego domu był bardzo bogatym człowiekiem i zostawił w nim całe swoje wspaniałe urządzenie.

- I masz pan trzy zbędne pokoje?

- I więcej nawet, jeśli pan zechcesz. Dom jest wielki i obszerny, a ja sam go zamieszkuję. Szczególne to uczucie mieszkać samemu w takim obszernym gmachu. Dlatego sprawiłbyś mi pan wielką przyjemność, gdybyś się sprowadził do mnie i brał udział w moich ucztach samotnych.

- Hm! Ta propozycja wydaje mi się godna przyjęcia. Czy mogę obejrzeć te pokoje?

- Bardzo chętnie. Jeśli sobie pan życzy, pójdziemy zaraz. Chłopcze, płacić!

Słowa te zawołał poza siebie. Murzynek wetknął głowę przez drzwi i cofnął ją czem prędzej. W obawie przed ponownem obiciem posłał po gospodarza. Grubas zapłacił za piwo siedem piastrów, bynajmniej jednak nie okazał niezadowolenia, owszem, jeszcze dla chłopca piastra jednego, jako bakszysz, zostawił. Widocznie lubował się jęczmiennym nektarem, bo kiedyśmy lokal opuszczali, zastrzegł się, że po zwiedzeniu mieszkania powrócimy tutaj.

Po drodze dowiedziałem się, że wszystek czas wolny przepędza zwykle w tej piwiarni, ponieważ napój jest doskonały, a ruch przed domem bardzo zajmujący. Ulica mianowicie była w tem miejscu szeroka i skutkiem tego mógł się na niej rozwinąć iście wschodni, gwarem przepełniony handel. Z piwiarni więc widok był bardzo zajmujący i ten ruch pstrego tłumu musiał nęcić Murada Nassyra.

Weszliśmy w uliczkę, w której mieszkał. Była ślepa, jak wiele ulic w Kairze. Domy, stojące przy niej nie wyglądały zbyt gościnnie, co jednak nie pozwalało sądzić o ich wnętrzu. Na Wschodzie trafiają się budynki, z pozoru wyglądające jak ruiny, a we wnętrzu kryjące komfort pałaców. Mieszkaniec Wschodu stara się zataić, w przeciwieństwie do mieszkańca Zachodu, wszystko, co odnosi się do jego domowego życia. Może to mieć swoje dobre strony, ale tamuje obywatelską solidarność i postęp społeczny.

Wiele domów nie miało okien, w innych zaś okna były rozmieszczone bezmyślnie i nieregularnie, a wszystkie opatrzone kratami. Długich rzędów szyb, przepuszczających światło z ulicy, nigdzie na Wschodzie nie znajdziesz. Tamtejsi ludzie nie lubią nadmiaru światła.

Budynek, zamykający ulicę, a więc stojący napoprzek, był tym właśnie, który Turek wynajął. Brama była wprawdzie wysoka, lecz bardzo wąska. Jeździec mógł się przez nią przecisnąć, lecz musiał nogi szczelnie do boków konia przyłożyć, nie chcąc otrzeć się z prawej lub z lewej strony. Wrota były zamknięte, a obok nich wisiał na sznurze drewniany młotek, którym też Nassyr zapukał.

Otworzono dopiero po długiej chwili i we drzwiach zjawił się człowiek, na którego widok przeraziłem się niemal. Przerastał mnie prawie o głowę i był niesłychanie szczupły. Pierś jego miała najwyżej półtora piędzi szerokości, zato jego ręce były dwa razy dłuższe od moich. Takie proporcje miało całe jego ciało i wszystkie członki, długie, nieskończenie długie, lecz zastraszająco cienkie. Nos jego miał przynajmniej cztery cale długości i był tak ostry, że możnaby go użyć jako snycerskiego narzędzia. Twarz wygolona zupełnie, a na głowie turban szeroki, jakiego nie widziałem nawet u Kurdów, znanych z tego, że noszą najszersze turbany. Od szyi aż do ziemi, przykrywając nogi, zwisał mu żupan białej barwy, podobny do koszuli, ale co to była za białość!

- To Selim, zarządca mego domu, - rzekł Turek, odsuwając longina na bok, a mnie popychając przed siebie.

Weszliśmy. Podobny do cienia Selim zasunął drzwi za nami. Znaleźliśmy się w wąskim korytarzu, nie w środku, lecz po lewej stronie parteru, gdyż brama umieszczona była w tem miejscu. Wszystkie izby leżały więc na prawo od nas. Najpierw zaprowadził mnie Nassyr na dziedziniec, którego urządzenie było rzeczywiście kosztowne, choć bardzo zniszczone. Szliśmy po marmurowej posadzce. Na środku dziedzińca znajdował się basen, również marmurowy, ale bez wody. Kwadratowe podwórze zamykały wysokie ściany budynku, podparte długim szeregiem filarów. Poza kolumnadą widniały drzwi, wiodące do komnat. Turek wykonał ręką ruch kulisty i rzekł:

- Z dawnej wspaniałości tego budynku dzisiaj pan widzi już tylko resztki. Tu biła przepyszna fontanna, użyczająca ochłody. Już oddawna nieczynna! Pomyśl pan, ile tutaj pokojów na dole i na górze! Kto ich ma używać?

Mówił po turecku. Dozorca, stojący przy nim, skłonił się i rzekł po arabsku:

- Słusznie, bardzo słusznie!

Lecz jaki to był ukłon! Nie widziałem i nie zobaczę już nic podobnego, bo i takiego Selima drugiego z pewnością na świecie nie spotkam. Kiedy się kłaniał, pochylał górną część ciała tak nagle i z taką siłą, że zdawało się, iż musi spaść z podstawy długich nóg. Miałem wrażenie, że jakiś dreszcz gwałtowny wstrząsnął wszystkiemi jego członkami. Wyglądał jak osika, w której gałęzie zadmie nagle silny wicher. W czasie tego ukłonu poruszył się kaftan Selima w osobliwy i nieopisany sposób, mniej więcej tak, jak materja, której ruchem naśladuje się na scenach fale morskie. Zdawało się, że każde żebro, każda kość uniezależniła się od całości ciała i wyprawia na własny koszt wszelkiego rodzaju skoki i kozły, a kaftan musi iść śladem tych dziwnych ruchów.

- Teraz pokażę panu ogród - rzekł Turek. - Chodź pan!

Przeszliśmy przez dziedziniec. Za sobą usłyszałem znowu: - "Słusznie, bardzo słusznie!" - a kiedym się obejrzał, zobaczyłem Selima, wykonywującego nowy ukłon, tak głęboki, że korpus jego utworzył z nogami kąt ostry sześćdziesięciu stopni.

W murze, po drugiej stronie dziedzińca, umieszczone były maleńkie drzwi, wiodące do ogrodu bardzo nawet wielkiego, jeżeli się uwzględni to, że znajdował się w środku miasta. Trzy dalsze boki otoczone były murem wysokości człowieka, poszczerbionym gdzie niegdzie od starości. Trawników jednak ani kwiatów nie było, tylko jedna dzicz wszelakich chwastów i roślin jadowitych; był to "ogród" wschodni w całem tego słowa znaczeniu.

- Pokazuję to panu, ażebyś się zorjentował, - rzekł Nassyr. - Teraz zobaczysz pan pokoje.

Wróciliśmy na dziedziniec. Stał tam Selim, wciąż na tem samem miejscu. Kiedy przechodziliśmy, wykonał tak karkołomny ukłon, żem się przestraszył, czy sobie przypadkiem z bioder zbyt wysmukłej kibici nie wykręcił. Potem ruszył za nami krokiem pełnym godności i otworzył pierwsze drzwi parteru, przyczem znowu tak się ukłonił, że nosem dotknął prawie ziemi.

Weszliśmy do przedpokoju, wyłożonego rogożą z liści palmowych. Ściany i powała były bielone. Stąd weszliśmy do drugiej większej komnaty, przeznaczonej prawdopodobnie do przyjęć. Dokoła leżały czerwone aksamitne poduszki. Dywan smyrneński pokrywał całą podłogę. Na ścianach widniały sentencje z koranu, malowane złotem na tle niebieskiem. Następny pokój przeznaczony był na sypialnię. Ze środka powały zwisała barwna szklana lampka. W jednym kącie leżał drogocenny dywan modlitewny, a w drugim stała umywalnia, składająca się, jak później zauważyłem, z prawdziwych chińskich naczyń porcelanowych. Naprzeciw stało łóżko, wyłożone kilkoma wysokiemi, miękkiemi poduszkami, na których leżały kołdry okryte jedwabiem.

Dostaliśmy się do małego pokoju, którego urządzenie świadczyło, że był kancelarją pana domu. Na jednej ścianie wisiał zbiór fajek, we wnęku stały nargile i miedziane naczynia na tytoń, a w niszy znajdowała się szafa z książkami. Tu i owdzie również leżały książki na półkach. Zauważyłem dwa pisane korany i trochę innych książek nabożnych. Właściciel musiał być bardzo uczonym w piśmie i wierzącym muzułmaninem.

Następne drzwi wiodły do dalszych komnat, nie otworzyliśmy ich jednak. Murad Nassyr powiedział:

- Dalej są pokoje, zamieszkałe przeze mnie. Te, które widziałeś pan dotychczas, przeznaczam dla pana. Czy chcesz tu zamieszkać?

- Jestem gotów, lecz pod jednym warunkiem.

- Jaki to warunek?

- Wprowadzenie się moje tutaj nie obowiązuje mnie do niczego.

- Zgoda, effendi! Wprowadzi się pan tutaj i będzie moim gościem; zresztą, możesz pan postępować wedle swego upodobania. Spodziewam się jednak, że sprawi mi pan tę radość i weźmie udział w podróży do Chartumu. Zanim jednak postanowienie pańskie, aby tu zamieszkać, nabierze znaczenia, oznajmię panu coś, co uważam za konieczne. Selimie, przynieś nam fajki!

Marszałek domu stał w ostatnich drzwiach, które był otworzył. Skłonił się znowu w opisany poprzednio sposób, przyczem zatrzęsły się wszystkie jego członki, a ręce zwisły aż do ziemi, i odrzekł:

- Słusznie, bardzo słusznie, ale to nie moja rzecz, lecz murzyna. Wnet go tu przyślę!

Ten szczególny kościotrup uważał się za zbyt wysoko postawioną osobę, ażeby się miał zniżyć do tej usługi. Zniknął, a wkrótce potem ukazał się stary murzyn. Zdjął ze ściany dwie fajki, napełnił je tytoniem, zaczerpniętym z naczyń miedzianych, zapalił i podał nam na klęczkach. Następnie oddalił się, aby za drzwiami czekać na dalsze rozkazy. Tymczasem usiedliśmy obok siebie na poduszce. Obyczaj Wschodu nie pozwalał mi zapytać Turka o siostrę, chociaż jako zawezwany przez niego do wspólnej podróży, musiałem się nią żywo zająć. Kobieta, jadąca ze Smyrny do Chartumu, aby tam wyjść zamąż, to wypadek tak rzadki, że musi mieć swe odrębne powody. Dowiedziałem się tylko mimochodem, że ma cztery służące; dwie białe i dwie czarne.

Byłem bardzo ciekaw, co mi Nassyr zamierza powiedzieć. Wywnioskowałem z jego słów, że musiało się to odnosić do lokalu i wyglądało na coś takiego, co chciał mi oznajmić w dobrej wierze. Czyżby chodziło o coś, co miało mnie skłonić do wyrzeczenia się tego mieszkania, pomimo że ani za lokal, ani za całe utrzymanie wogóle nie miałem nic zapłacić? Niedługo dał mi błąkać się w wątpliwościach, chociaż Turek, wschodnim zwyczajem, nie powiedział wprost, o co mu chodzi, lecz poprzedził to wstępem.

- Jesteś pan chrześcijaninem, - zaczął - ja znam za mało pańską religję, ażebym mógł wiedzieć, czego ona uczy. Czy wierzysz pan w wieczną szczęśliwość, w potępienie i w to, że dusza żyje dalej po śmierci?

- Naturalnie.

- Czy wiesz pan, dokąd dusza odchodzi, i jak wygląda to miejsce, do którego dostaje się po śmierci?

- Nie. Tylko Bóg może to wiedzieć.

- Czy dusza zmarłego może ukazywać się na ziemi jako widmo? Odpowiedz pan tak, jak panu każe sumienie!

- Jako duch - tak, ale jako widmo - nie, na pewno nie.

- W takim razie pan się myli! Widma mogą się ukazywać.

- Jeżeli pan w to wierzy, nie będę się z panem spierał, choć nie podzielam tego zdania.

- A jednak wcześniej, czy później pan mi słuszność przyzna. Od jutra zaczniesz pan wierzyć w strachy, gdyż w tym domu mamy takiego chajjala.

- Ponieważ wogóle niema strachów ani upiorów, w które gmin wierzy, przeto i tutaj ich nie zobaczę! - zaśmiałem się szczerze.

- Zapewniam pana jednak, że mówię prawdę!

- W takim razie ulega pan złudzeniu. Wziąłeś za widmo cień, lub coś innego, rzecz jakąś całkiem naturalną.

- O nie! Cień jest ciemny, a widmo jasne.

- Jakie ma kształty?

- Przybiera najrozmaitsze, to człowieka, to psa, to wielbłąda, to osła...

- Wtedy - wtrąciłem - wybiera postać właściwą. Nie chciałbym uchodzić za osła!

- Nie żartuj, effendi! Mówię całkiem poważnie. Właściwie, trudno mi z panem o tem mówić, bo obawiam się, abyś tego mieszkania nie opuścił.

- O to nie lękaj się pan bynajmniej. Przeciwnie, właśnie to zachęca mnie, ażeby się do pańskiego mieszkania sprowadzić. Słyszałem tyle razy o strachach, a nie widziałem dotychczas ani jednego. Ponieważ teraz nadarza się sposobność, skorzystam z niej z radością. Zostaję zatem w tym domu.

- Effendi, bluźnisz przeciw duchom!

- Ani myślę! Jestem tylko żądny wiedzy i spodziewam się, że otrzymam od upiora wiadomości o świecie duchów, choć, niestety, nie wierzę, żeby on do nich należał.

- Należy do nich, gdyż ukazuje się i znika, kiedy mu się spodoba.

- Czy wyprawia jakie psoty, czy też zachowuje się jak osoba w wieku statecznym?

- Ciągle szydzisz, effendi, ale dowiesz się czegoś innego. Widmo to przechodzi przez wszystkie drzwi.

- Gdy są zamknięte?

- Nie.

- No, to i ja potrafię, choć nie jestem widmem.

- Dzwoni jakby łańcuchami, szumi i wyje jak wicher, szczeka jak pies, lub szakal, i ryczy jak wielbłąd i osioł.

- Takie głosy i ja potrafię naśladować.

- A nagłe znikanie?

- Z pewnością i ja potrafię, jeżeli wprzód zobaczę, jak to nasz strach urządza. A zatem, pan sam to wszystko widziałeś i słyszałeś?

- Tak.

- Kto jeszcze?

- Wszyscy, wszyscy! Moja siostra, jej służące, Selim i murzyn. Duch wszedł do izby i stał nad ich łóżkiem i nad mojem.

- I nad łóżkiem pańskiej siostry?

- Nie, bo ona kazała służebnicom zabarykadować drzwi swoich apartamentów.

- A więc mamy do czynienia z duchem, który nie umie przejść przez drzwi zastawione, tylko przez otwarte. I ja to także potrafię!

- Proszę, nasze drzwi nie są wprawdzie zamknięte, lecz zaryglowane! W tym domu niema zamków; są jedynie zasuwy.

- Hm! Czy upiór ukazuje się stale o tej samej godzinie?

- Naturalnie! Wiesz pan może, iż godzina duchów zaczyna się o północy.

- Czy przychodzi codziennie?

- Tak, i bawi tutaj przez całą godzinę.

- Nie mam mu tego za złe. Jeśli ma do rozporządzenia tylko godzinę, to jako prawdziwy strach chce ją wyzyskać. Czy z nim kto mówił i czy widmo odpowiadało?

- Nie.

- A więc to upiór nierozmowny, istota cicha. Bardzo ją za to poważam, gdyż nie lubię gadatliwości. Czy dawno nawiedza ten dom?

- Już dawno. Ukazywał się także wszystkim poprzednim jego mieszkańcom.

- I właścicielowi?

- Nie, gdyż widmo jest właśnie duchem ostatniego właściciela.

- Aha! Czy udowodniło to jaką miarodajną legitymacją?

- Proszę cię, effendi, porzuć te żarty! Jest tak, jak mówię. Od śmierci właściciela, który był majorem w armji wicekróla, nie było mieszkańca tego domu, któryby tu zabawił dłużej nad tydzień. Upiór wszystkich prześladował.

- A jak długo pan tutaj mieszkasz?

- Tydzień, i przyznaję się panu otwarcie, że byłbym się za kilka dni wyprowadził, gdybym pana nie spotkał, gdyż tak mam nadzieję, że pan ducha wypędzi!

- To bardzo szczere wyznanie. Jestem panu za nie wdzięczny. Wdzięczność tę okażę w ten sposób, że spełnię pańskie nadzieje. Mam zamiar tak przekonywająco z duchem porozmawiać, że już nigdy nie wróci.

- Allah, Wallah, Tallah! - zawołał przerażony. - Nie bierz się pan do tego zbyt ostro! On i tak nie wróci, choć nie będzie z panem rozmawiał.

- Tak pan sądzi?

- Tak. Sama obecność pana sprawi, że on już nie wróci.

- Sądzisz pan, że boi się mnie tak bardzo?

- To nie, ale... Effendi, nie weź mi tego za złe, że powiem otwarcie!

- Nie. Mów pan śmiało.

- Z tamtych książek poznałeś pan, że major był pod koniec życia bardzo pobożnym człowiekiem. Z tego można wnosić na pewno, że i duch jego jest pobożny. Upiór zaś wierzący i bojący się Allaha i proroka z pewnością będzie unikał domu, w którym mieszka niewierny, chrześcijanin.

- Aha! - roześmiałem się. - To z pana chytry człowiek! Dlatego to dałeś mi pan bezpłatne mieszkanie?

- Nietylko dlatego. Raczej z tego powodu, że słyszałem wiele o panu, i życzę sobie, żebyś mi towarzyszył. Zechciej pan wejść w moje położenie. Ten dom jest jedynem odpowiedniem mieszkaniem dla mnie i mojej siostry i jeśli będę musiał opuścić go z powodu widma, to nie znajdę drugiego, odpowiadającego w tym stopniu naszym potrzebom. Dlatego to jesteś mi, effendi, gościem tak miłym. Wiem, że zmarły major nie wejdzie do domu, dopóki pan w nim przebywa. Siostra jest w śmiertelnym strachu i chce się wynosić, a służba zapowiedziała, że nas opuści, jeśli tutaj zostaniemy. Wszyscy uspokoją się, kiedy się dowiedzą, że pan jest naszym domownikiem.

- Więc donieś im pan o tem czem prędzej! Cieszy mnie serdecznie, że mahometańskie upiory tak się boją chrześcijan, a jeśli zmarły major jest mądrym strachem, to dziś jeszcze zaniecha swoich odwiedzin. Ile płacisz pan za ten dom nawiedzany?

- Pięćdziesiąt piastrów tygodniowo. Pomyśl pan sobie, jak tanio!

- Czy z powodu widma?

- Tak. Cały Kair wie o tem, że tu straszy, i każdy ten dom omija. Tylko obcym można go jeszcze wynajmować, a i ci mieszkają tylko przez kilka dni, co najwyżej przez tydzień.

- A kto jest właścicielem obecnie?

- Wdowa po zmarłym, lecz i ona nie mogła wytrzymać i sprowadziła się do swego brata, handlarza dywanów w Muski.

- Hm! Uważam to za bardzo nieodpowiednie ze strony ducha, że obchodzi się tak z żoną. Skoro dom zostawił w spadku, to trudno mu wybaczyć obecne wypędzanie jej z dziedzictwa.

- On go jej nie zapisał, lecz bractwu Kadirine, pobożnemu stowarzyszeniu Seyd Abd el Kader el Djelani. Wdowa ma dożywocie, a po jej śmierci dom przejdzie na własność stowarzyszenia.

- Ach, tak. Pobożna Kadirine nie może używać domu aż do śmierci wdowy i duch zmarłego majora włóczy się po komnatach? Idź pan do siostry i powiedz jej, że duch nawiedzi dom, co najwyżej raz jeszcze.

- Podzielasz więc pan moje przekonanie? Przyznajesz mi słuszność? Tak, ja zaraz pójdę do niej, aby jej zanieść tę wesołą nowinę. Nietylko to ją jednak zachwyci. Opowiadałem jej nieraz o panu i gdy oznajmię, że widziałem się z tobą, effendi, i że jesteś tutaj, a może nawet udasz się z nami do Chartumu, znikną natychmiast jej obawy przed niebezpieczeństwem podróży. W każdym razie muszę donieść o pańskiej obecności, gdyż będziesz pan z nami jadał.

Powstał i odszedł. I tak w pierwszych zaraz godzinach pobytu mego w Kairze trafiła mi się doskonała przygoda. Nazieja bezpłatnej podróży do Chartumu i nadzieja pochwycenia za czuprynę ducha egipskiego majora! I czegóż mogę żądać ponadto?

Co do upiora, to, po poznaniu bliższych okoliczności, przypomniałem sobie podobny wypadek. Pewien bogaty chłop umarł i postanowił w testamencie, że stara krewna będzie mogła aż do śmierci mieszkać w oficynie. Wkrótce po pogrzebie zaczął nieboszczyk straszyć, a szczególnie w oficynie. Staruszka nie wierzyła jednak w strachy - była rozsądniejsza od wdowy po majorze wicekróla - i, sprowadziwszy potajemnie kilku silnych ludzi, kazała im czekać na ducha. Pochwycono go, a kiedy zdjęto zeń prześcieradło, okazało się, że to spadkobierca, syn zmarłego, który nierad był temu, że staruszka mieszka w oficynie.

Czyżby podobny wypadek nie mógł się zdarzyć w Egipcie? Byłem sam i przystąpiłem do drzwi, żeby je zbadać. Wszystko można było sobie łatwo wytłumaczyć prócz tego, że duch mógł przechodzić przez drzwi zaryglowane. Moja izba miała troje drzwi; jednemi weszliśmy tutaj, drugie prowadziły do komnat Turka, a trzecie na krużganek, otaczający dziedziniec. Pierwszych nie chciałem otwierać, gdyż murzyn czekał za niemi; rygiel był po mojej stronie w pokoju. Przy następnych drzwiach nie zauważyłem rygla - widocznie musiał być przytwierdzony po drugiej stronie, zauważyłem natomiast trzy obok siebie wywiercone dziury. Trzecie drzwi, wiodące na krużganek, miały rygiel od strony izby. Kiedy je otworzyłem i zbadałem od zewnątrz, znalazłem znowu takie trzy dziury, i to właśnie w tem miejscu, gdzie po drugiej stronie znajdował się rygiel. Zasuwy nie były z żelaza, tylko z drzewa. Należy jeszcze zauważyć, że wszystkie izby, położone dokoła dziedzińca, połączone były drzwiami, oprócz tego każda miała jedne drzwi, wiodące na krużganek. Prawdopodobnie strach cienkim, śpiczastym gwoździem, przy pomocy wspomnianych dziur, każde drzwi otwierał. Wystarczyło wsunąć gwóźdź w jeden z otworów, wbić w miękkie drzewo rygla i odsunąć nabok. Nie zwierzyłem się Nassyrowi z tego odkrycia; wolałem zachować je dla siebie.

W kilka chwil później gospodarz powrócił i oznajmił, że siostra wita mnie z radością, że bardzo mnie pragnie zobaczyć, ponieważ jednak nie wypada, aby obcego odwiedziła, a mężczyźnie także nie wolno wejść do apartamentów kobiecych, musi czekać cierpliwie, dopóki nie nadarzy się do tego sposobność w podróży. Zapewne jednak muszę być głodny, mówiła, gdyż dopiero przybyłem i zabawiłem krótko w hotelu, więc ona temu zaradzi.

Grubasowi nie przyszło na myśl, że mogę być głodny. Pod tym względem są kobiety na całym świecie rozważniejsze od mężczyzn. - Nassyr miał jeszcze coś na sercu, więc wezwałem go, żeby się przede mną wywnętrzył.

- O, - rzekł - nie chciałbym się panu naprzykrzać; to dotyczy tylko murzynki.

- O co chodzi?

- Ma wściekły ból zębów, a pan jesteś lekarzem, jak przypuszczam.

- Czy mógłbym ją zobaczyć?

- Czarną służącą? Pewnie!

- No to poślij pan po nią!

Klasnął w ręce, poczem wszedł murzyn, otrzymał rozkaz przyprowadzenia czarnej. Była jeszcze bardzo młoda i nie miała spłaszczonego nosa, ani obrzękłych warg, jak dorośli murzyni. Prawy policzek był silnie spuchnięty. Otworzywszy usta, wskazała pokolei cztery zęby i każdy z nich uważała za zbolały. Rozpoznałem, że to ból neurologiczny, bo zęby były zupełnie zdrowe. Obiecałem pomóc jej natychmiast, przybrałem tajemniczą minę, przesunąłem kilkakrotnie palcami po policzkach, ruszając przytem wargami, jak gdybym coś wymawiał, i odesłałem ją, poleciwszy, aby nie wychodziła dziś z izby.

Nie była to szarlatanerja. Ból zęba był tylko symptomatyczny. A znałem wpływ prostej wiary i ufności. Dotknięcie białego lekarza było dla murzynki skuteczniejsze, niż wszelkie mikstury na ból zębów. Ufność murzynki uwolniła ją od cierpień, a w konsekwencji ocaliła mi potem życie.

Wkrótce wszedł stary murzyn i przyniósł na tacy zimną kurę, obłożoną dokoła wielkiemi płatami pieczeni wołowej. Zamiast chleba podano cienkie kromki placka. Widelców nie było, więc wyjąłem nóż tak samo, jak Turek. Zjadłem kawałek pieczeni; reszta zniknęła za błyszczącemi zębami Nassyra. Następnie odkroiłem sobie łapkę kurzą, lecz usta moje zapomniały o pracy na widok wirtuozostwa, z jakiem mój gospodarz ogołocił szkielet kury z mięsa i wsunął je sobie między szczęki. Zdawało mi się, że ten człowiek wcale nie żuje. Połykał i połykał potąd, aż nic nie zostało. W chwili, kiedy odsunął tacę od siebie, uporałem się zaledwie z łapką kurzą i złożyłem kość jej razem z resztą szkieletu.

- Tak, to już skończone, - rzekł z zadowoleniem i dodał pocieszająco: - Dziś będzie jeszcze więcej, ale teraz chodźmy do piwiarni. Tam zabawimy się lepiej, aniżeli w tym samotnym domu.

Wolałbym zostać, aby rzucić okiem do książek zmarłego, kiedy jednak wziąłem jedną z nich do ręki, rzekł Nassyr:

- Zostawże pan to! Naco mogą przydać się panu te książki, jako chrześcijaninowi? Nie pomogły nawet majorowi do przejścia przez most śmierci. Podobno podczas wyprawy do Sennar dopuścił się wielkich okrucieństw, które mu potem ciążyły na sumieniu. Dlatego stał się w ostatnich latach życia bardzo pobożnym i zapisał majątek bractwu. Zostaw pan te niepotrzebne książki i chodź ze mną napić się bira nimsawiji; to lepsze od wszelkiej mądrości uczonych!

Musiałem ukorzyć się przed tą filozofją, a że w perspektywie był pilzner, ukorzyłem się bez niechęci. Na podwórzu stał Selim. Pobiegł, ażeby drzwi nam otworzyć.

- Ten effendi jest moim gościem - oznajmił mu jego pan. - Zamieszka u nas i wypędzi ducha.

Selim otworzył usta, zesunął na kark olbrzymi turban, wytrzeszczył na mnie oczy bezmyślnie; przypomniał sobie jednak swoją powinność, otworzył drzwi, pochylił korpus do ziemi i odrzekł:

- Słusznie, bardzo słusznie! Ale jak tego dokona?

Zachował przybraną pozycję i czekał na odpowiedź.

- Mądrzej zabierze się do tego od ciebie - odpowiedział Nassyr.

Na te słowa wyprostował się chudeusz, jakby pchnięty sprężyną, i rzekł tonem obrażonej godności:

- Czy nie nosiłem wieczorem i przez całą noc broni przy sobie?

- To prawda.

- Czy nie odmawiałem ustawicznie świętej fathhy i sury wojennej?

- Wierzę, że odmawiałeś.

- Więc uczyniłem wszystko, co tylko może uczynić wobec ducha wierny i pobożny muzułmanin, - nic mi nie można zarzucić! Jestem mądry i waleczny. Zaliczają mnie do bohaterów mojego plemienia i przelałem już tyle krwi, ile wody jest w Nilu. Jestem gotów walczyć ze wszystkimi wrogami na całym świecie, ale, czy mogę walczyć z duchem, przez którego kule przechodzą, jak ziarna ryżu przez rzeszoto, którego nie może dosięgnąć ani mój nóż, ani pałasz, gdy tymczasem on, jeśliby tylko zechciał, może mi twarz przekręcić na szyi, jak na śrubie.

- Prawdę mówisz. Widma nie można zakłuć, ani zastrzelić. Jestem z ciebie zupełnie zadowolony.

- Słusznie, bardzo słusznie! - zawołał bohater swego plemienia, zgiąwszy się wpół i zamknąwszy drzwi za nami.

- To szczególny człowiek ten Selim - rzekłem po drodze. - Czy już długo u pana służy?

- Nie. Nająłem go dopiero tutaj.

- A czem był przedtem?

- Był przez dłuższy czas przewodnikiem do piramid; poczem wdał się w spór z pewnym Anglikiem, co go tak rozzłościło, że postanowił w inny sposób zarabiać na życie. Spełnia u mnie swe obowiązki z wielką gorliwością i nie mogę się skarżyć na niego.

- Czy będzie towarzyszyć panu do Chartumu?

- Tak. Wynająłem go na czas tej podróży, gdyż twierdzi, że zna drogę dokładnie.

- W takim razie gratuluję panu. Jeśli jest rzeczywiście takim bohaterem, jak mówi, to obroni pana przed wszelkiemi atakami i niebezpieczeństwami, a mnie brać nie potrzeba.

- Tak - potwierdził Turek. - Męstwo ma zawsze na ustach. Poznasz go pan jeszcze bliżej. Język Selima jest pełen czci i szacunku, a ukłonów, które przez dzień wykonywa, nie można zliczyć. W odwagę jego zaś wątpić nie wolno, bo wobec wątpiących zachowuje się czasem ordynarnie i gotów nawet nie poprzestać na pogróżkach.

- Hm, hm, taki pyszałek jest zazwyczaj tchórzem. Już nieraz przekonałem się o tem.

- Być może! Selim jednak na pewno tchórzem nie jest. Opowiedział mi o kilku swych przygodach, z których wynika, że jest nietylko nieustraszonym wojownikiem, lecz ma wprawę we władaniu bronią. Anglika, o którym właśnie wspomniałem, tak wypoliczkował, że leżał jak nieżywy.

- Czy pan był świadkiem tego zajścia?

- Nie. Wiem o tem tylko z jego opowiadania.

- Przypuszczam więc coś wręcz przeciwnego; to Anglik musiał go tak wypoliczkować, że Selimowi zbrzydło zajęcie przewodnika. Gdyby bowiem tak było, jak twierdzi, wystarczyłoby jedno słowo konsula, a doznałby ciężkiej kary.

Doszliśmy tymczasem do piwiarni. Usiedliśmy znowu przy stole. Murad Nassyr, zanim usiadł, zbadał wytrzymałość stołka, poczem dopiero kazał sobie podać dwie szklanki piwa. Chłopak przyniósł je razem z dwiema fajkami. Mrugnął przytem na grubasa bez obawy, a tak poufale, że mnie to ubawiło. Ten murzynek był bardzo rozgarnięty. Włosy miał gładko ostrzyżone; pomimo młodości był już tatuowany. Miał między brwiami głębokie wcięcie, z którego rozchodziły się odśrodkowe koliste linje kropek w obie strony czoła. Ten rodzaj tatuowania cieszy się powodzeniem u wszystkich plemion murzynów Dinka i to zarówno u kobiet, jak u mężczyzn. Jak się wkrótce dowiedziałem, darł ten murzynek koty z grubasem. Za ostatni atak wymierzony na wąsy nieprzyjaciela dostały mu się dwa uderzenia w twarz i jeden piaster bakszyszu.

Przed domem rozwijał się osobliwy ruch na szerokiej ulicy. Z naszego miejsca mogliśmy przypatrywać mu się wygodnie, zwłaszcza że mieliśmy widok dość daleki na obie strony gościńca.

Na rogu bocznej uliczki, którą tu przyszedłem, stało kilku hammarów, czyli chłopców, przewożących ludzi i towary na osłach. Ci przewoźnicy w Kairze pełnią zawód naszych uliczników. Osioł jest na południu całkiem innem zwierzęciem, niż na północy, gdzie uważają go za smutny symbol głupoty. Osioł egipski to nieznużony, zawsze żwawy sługa swego pana, który wynagradza go za usługi odrobiną paszy i mnóstwem batów i kopnięć. Nawet z najcięższym jeźdźcem na grzbiecie kłusuje osioł godzinami, nie nużąc się wcale, a często mimo tego ciężaru wyprawia najzabawniejsze podskoki. Za nimi pędzi spotniały i sapiący hammar, który bije swe zwierzę, szturcha, kopie i obrzuca kamieniami, aby jego bieg przyśpieszyć. Ci hammarzy to prawdziwi znawcy ludzi. Poznają na pierwszy rzut oka, czy mają przed sobą Anglika, Francuza, Włocha, czy też Niemca. Z języków tych narodowości rozumieją po kilka słów i frazesów; mają nawet pewne wiadomości z geografji i historji Europy, jak tego dowodzi sposób zachwalania kłapouchów. - "Hier ist ein schöner Bismarck!" - krzyczy jeden, widząc obcego, którego uważa za Niemca. Mówiąc "Bismarck", ma oczywiście osła na myśli. - "Here is a fine general Grant!" - woła drugi do Jankesa. Anglik słyszy okrzyk - "Here is a good beefsteak, a celebrated Palmerston!" - Obywatel francuski musi znowu wysłuchać - "Monsieur, voila le plus grand Napoléon; j'ai l'animal, le plus préférable de la France!"

Właśnie usiedli przed nami na środku ulicy dwaj arabscy kuglarze, ażeby zaprodukować swoje sztuki. O kilka kroków od nich zgromadził muhad'dit - opowiadacz dokoła siebie grono ciekawych, ażeby za dwie lub trzy najdrobniejsze monety opowiedzieć kilka bajek, tysiąc już razy słyszanych. Wpobliżu tańczył młody murzynek na szczudłach; grał przytem na instrumencie podobnym do fletu. Między tłumem przeciska się orszak osłoniętych kobiet, jadących na osłach. Potem ciągną przez ulicę wysokie, ciężko objuczone wielbłądy jeden przywiązany słomianym sznurem do ogona drugiego. Za tą karawaną postępują, sapiąc, hammarzy, tragarze z ciężkiemi pakami i skrzyniami na głowach, i, aby nie wypaść z taktu, śpiewają przytłumionym głosem jeden i ten sam refren. Wtem nadchodzi czyściciel fajek; w żółtych, cuchnących tytoniem rękach trzyma kilka owiniętych przędzą drutów. Potem zjawia się sakkah hemali, sprzedawca napojów, dźwigający wielkie naczynie gliniane z jakimś płynem, którym za małe wynagrodzenie orzeźwia spragnionych. To, co się dzieje na drugiej stronie ulicy, może przekonać każdego, że nawet najbardziej poufne sprawy załatwić można z wielkim hałasem. Fronty domów są otwarte tak, że można zaglądać do każdego sklepu i do każdego mieszkania. Tam siedzi czcigodny obywatel, trzymający między kolanami szarpiącego się chłopaka, i oczyszcza las na jego głowie z owej zwierzyny, z której słynął Egipt już za czasów Faraonów. W sąsiedztwie jakiś starzec wyrzuca coś przez okno; to kot, który prawdopodobnie z głodu zamknął oczy na zawsze. Trup jego zgnije na ulicy, a nikt nawet uwagi nie zwróci na woń trującą, która ten zakątek będzie przez jakiś czas napełniała. Wszak sam basza przejeżdża w tej chwili na koniu, tuż obok leżących na bruku zwłok, i nie znajduje w tem nic, coby sprzeciwiało się porządkowi publicznemu. Orszak jego nie zwraca na kota najmniejszej uwagi, a idący na przedzie piechur nie uważa za odpowiednie usunąć go nabok, choćby jednym ruchem nogi. W tem miejscu właśnie, gdzie wspomniany starzec "wyludnia" głowę wnuka, siedzi drugi białobrody staruch oparty plecami o kolumnę. Cicho, jakby w zachwycie, przepuszcza przez wychudłe palce perły swego różańca i porusza wargami, odmawiając modlitwy. Ani widzi, ani słyszy, co się dzieje dokoła niego; oderwał się od ziemi i błądzi duchem po gościńcach raju, obiecanego wiernym przez Mohammeda.

Wtem rozbrzmiewa głośny okrzyk: - "Niech poranek wasz będzie biały!" - to mleczarz zwraca uwagę na swój towar. - "Sokiem opływający pocieszyciel spragnionych!" - woła sprzedawca melonów. - "Wyrosła z potu proroka, o woni nad woniami!" - brzmi głos handlarza róż; a sprzedawca sorbetu i wina rodzynkowego ogłasza: - "Eliksir życia, ucieczka od śmierci, likwor oczyszczający krew!" - Naprzeciwko piwiarni stoi mała ośmioletnia murzynka ze zwisającym na szyi koszykiem i woła trwożliwym głosem: - "Figi, figi, od moich oczu słodsze!"

Kto postawił tu to biedne dziecko i kto mu przepisał te słowa? W każdym razie jakiś wyrachowany handlarz, gdyż głęboko rozmarzone spojrzenia małej były istotnie słodkie. Było to piękne dziecię, choć czarnej barwy. Trwożny, błagalny głos i wyciągnięte rączęta powinny były każdego przechodnia skłonić do zamiany kilku para na figi. Nie mogłem prawie oczu odwrócić od tej małej. Jej subtelny głos brzmiał lękliwie, a słowa "figi, figi," wydawały mi się wołaniem o pomoc. Postanowiłem dać jej na odchodnem dobry bakszysz. Zauważyłem, że nietylko mnie pociągało to dziecko. Murzynek-kelner przeszedł w przeciągu godziny trzy razy, ażeby sobie kupić fig. Czy to był tylko łakotniś, czy też czynił to z dziecięcej sympatji? Kiedy zbliżał się do małej, zaczynały jaśnieć jej oczy, a twarz przybierała wyraz wybuchającej miłości. Działo się też to zawsze, ilekroć spojrzała na drugą stronę i oko jej spotkało się z jego okiem.

Teraz nie miał żadnego zajęcia; siedział napół odwrócony od nas w kącie i... płakał, naprawdę płakał. Widziałem jak osuszał sobie co chwila łzy ręką. Czy ten swawolny chłopak umiał być smutnym? Jeśli tak, to nie było to zwykłe dziecięce strapienie, które tu, w tem otoczeniu, wyciskało mu łzy z oczu.

Wzrok małej odnalazł go w kącie; ujrzawszy go płaczącego, przytknęła natychmiast obie ręce do oczu. Między obojgiem tych dzieci musiał zachodzić jakiś serdeczny stosunek. Nie umiem powiedzieć, jak się to stało, i dlaczego tak uczyniłem, dość, że powstałem i podszedłem do chłopca. Widząc mnie przed sobą, wstał i chciał się oddalić, szlochając zcicha. Zatrzymałem go za rękę i zapytałem, starając się wzbudzić w nim zaufanie:

- Dlaczego płaczesz? Czy możesz mi powiedzieć?

Spojrzał na mnie, obtarł łzy i odpowiedział:

- Płaczę, bo nikt nie kupuje u Djangeh.

- Czy masz na myśli tę małą dziewczynę z figami po drugiej stronie ulicy?

- Tak.

- Przecież ty u niej kupujesz; widziałem to już kilka razy.

Sądził widocznie, że pomawiam go o łakomstwo, gdyż odrzekł żywo i jakby z oburzeniem:

- Ja fig nie zjadłem; oddam je Djangeh, gdy nasz pan odejdzie. Kupowałem tylko, żeby miała pieniądze; jeśli wieczorem nie przyniesie pięciu piastrów, biją ją i nie dają nic jeść, a potem przywiązują zgiętą do słupa. Ja zaś muszę osiem piastrów przynieść. Dzisiaj otrzymałem już cztery jako bakszysz, właściciel piwiarni daje mi dziennie trzy, więc potrzeba mi na dziś jeszcze tylko jednego. Ktoś mi go jeszcze daruje, więc mogłem dać Djangeh dwadzieścia para za figi.

- Komuż ty musisz dawać te piastry?

- Naszemu panu.

- Czy on jest także panem Djangeh?

- Tak. Przecież to moja siostra.

- A kto jest waszym panem?

- Bardzo zły człowiek, a nazywa się Abd el Barak.

- Czy wynajął was od ojca?

- Nie. Nasz ojciec i matka mieszkają daleko. Kupił nas od człowieka, który napadł na wieś, spalił nasze chaty, a nas z wielu innymi zabrał do niewoli, żeby potem sprzedać.

- Więc jesteście niewolnikami, biedacy! Jak się nazywa kraj, w którym mieszkaliście?

- Nie wiem, bo nie ma nazwy. Rzeka nazywa się Bahr el Abiad.

- Nie umiałbyś mi powiedzieć, jak nazywa się twój naród?

- Tak. Nasi ludzie nazywają się Dongiol.

- Nie płacz już dzisiaj; nic wam się nie stanie. Masz tutaj dziesięć piastrów i podziel się niemi z Djangeh. Dostanie strawę i nie będzie przywiązana do słupa.

Kiedy włożyłem mu w rękę pieniądze, trysnęły mu z oczu łzy radości. Chciał mówić, podziękować, usta mu drgały, lecz nie wydobył ani słowa ze siebie. Zrobił krok ku drugiej stronie ulicy; widocznie chciał przejść do siostry, żeby dać jej pieniądze; lecz namyślił się i mruknął:

- Nie, teraz nie, dopiero kiedy przejdzie nasz pan.

- Czemu?

- Bo wiedziałby, że nie sprzedała tyle i dostała pieniądze jako bakszysz. Dary musimy mu oddawać, a on ich nam wcale nie zalicza.

- Więc przychodzi tu często, aby zobaczyć, ile Djangeh sprzedała?

- Tak, przychodzi raz przed południem, a raz po południu po pieniądze. Ja je przed nim ukrywam i daję mu tylko osiem piastrów, a czasem dam także coś i Djangeh, gdy ma za mało. Resztę zakopuję. Kiedy będę miał już dosyć, wykupię siebie i Djangeh z niewoli, a potem pójdę z nią nad Bahr el Abiad do Dongiolów.

Była to bardzo poufna wiadomość; uważał mnie za człowieka, któremu można powierzyć tajemnicę.

- Ileż już zaoszczędziłeś? - spytałem.

- Już prawie czterdzieści piastrów.

- A jak długo jesteś już u Abd el Baraka?

- O, wiele, wiele tygodni, a dni jeszcze więcej!

- Czy jest już rok?

- Tego nie wiem.

Chłopak nie umiał oznaczyć czasu, dlatego zapytałem:

- Ile razy widziałeś, jak wyruszają pielgrzymki do Mekki?

- Dwa razy.

- Więc już dwa lata jesteś u niego; zapamiętaj to sobie. Nie po raz ostatni mnie widzisz. Ja tu jeszcze często będę pił piwo, a może dam ci dobrą radę, albo poproszę twego pana, ażeby was puścił na wolność.

Wróciłem na miejsce, odprowadzony wzrokiem pełnym wdzięczności. Czy miałem mu powiedzieć prawdę, że właściwie jest już wolny, gdyż wicekról zniósł niewolnictwo? Nie, gdyż nie umiałby tego wyzyskać. A więc byli rodzeństwem! Wzruszyłem się. Co za miłość i przywiązanie! Wspierał ją, żeby nie widzieć jej cierpień. Nie zapomniał o swoim kraju, narodzie i rodzicach; chciał do nich wrócić i oszczędzał pieniądze w tym celu. Dziwne, na jakim stopniu stawiają tych czarnych ci, co o nich piszą! Czy biały chłopiec w wieku tego murzynka mógłby lepiej czuć, myśleć i postępować? Pewne, że nie! Kto uważa murzyna za niezdolnego do rozwoju, kto mu odmawia lepszych odruchów serca, ten popełnia grzech wielki, nietylko względem czarnej rasy, lecz względem całej ludzkości.

A ten Abd el Barak, czyli "Sługa Błogosławieństwa"! Jak ta nazwa nie harmonizowała z jego postępowaniem! Chciałem właściwie wypytać się szczegółowo o niego, nie uszłoby to jednak powszechnej uwagi. Bądź co bądź, postanowiłem silnie zająć się w jakikolwiek sposób temi dziećmi. Ja, obcy, mający pieniądze wystarczające zaledwie na powrót do kraju? W jaki sposób? A jednak, zdaje mi się, że przecież zdołam dla nich coś zrobić. Abd el Barak nie miał prawa uważać tych dzieci za swoją własność i kazać im pracować na swoją korzyść. Musi je wydać, choćbym miał pójść do gubernatora, a nawet do ministerjum.

Nie było żadnej wątpliwości, do jakiego plemienia dzieci należały. Byli to Dongiole, a szczep ten należy do murzynów Dinka, nazywających się także Djangeh. Nazwa ta stała się w Kairze imieniem dziewczęcia. Dinkowie są najpiękniejszymi ludźmi nad górnym Nilem, są smukli i wysocy, a twarz ich okazuje więcej łagodności i inteligencji, aniżeli u innych murzynów. Nic dziwnego, że chłopiec nie był tępy i nie brak mu było współczucia. Gdyby się kształcił w europejskiej szkole, nie pozostałby pewnie wtyle za innymi uczniami.

W takiem cichem rozmyślaniu pogrążyłem się na jakiś czas, aż wreszcie Turkowi znudziło się moje milczenie. Zapytał o powód zadumy, więc opowiedziałem, co słyszałem od małego wroga jego wąsów. Patrzył długo przed siebie, nie wypowiadając swego zdania, aż go sam zapytałem:

- No i cóż pan na to?

- Nie radzę panu mieszać się w tę sprawę. Doznałbyś pan nietylko wielu trudów i gniewu, ale może i czegoś gorszego.

- Pah! Niewolnictwo zniesione.

- Tak, w księgach i umowach, w rzeczywistości jednak istnieje jeszcze w Turcji i w Egipcie. Żadne władze nie pytają tu, czy mój murzyn jest moim służącym, czy niewolnikiem.

- A jeśli doniosę o takim wypadku i dostarczę dowodów, władza przecież będzie musiała w to wejrzeć.

- Tak, ale jak ona wejrzy? Weźmy naprzykład gospodarstwo domowe najwyższego człowieka w Egipcie. Czy khedive ma tylko służących i służące, a nie ma już niewolników? Nie odpowiadaj mi pan ogródkami, lecz poprostu - tak, albo nie.

Milczałem, bo słowa nie byłem w stanie wyrzec.

- Nie słyszę odpowiedzi - milczenie pańskie starczy mi jednak za odpowiedź. Czy pan sądzi, że od chwili wydania zakazu Sudan nie dostarcza niewolników? A może pan myśli, że władze nie wiedzą o tem, iż rok rocznie tysiące czarnych płynie Nilem do Delty? Przymyka się na to oczy, gdyż potrzeba sług, dozorców haremowych, służebnic dla kobiet, a ponieważ niepodobna ich dostać w inny sposób, kupuje się niewolników. Radzę panu nie mieszać się do tej sprawy.

Niestety, nie mogłem mu odmówić słuszności, źle mię to jednak dla niego usposobiło. Jako mahometanin nie był pewnie wrogiem niewolnictwa. Znał je od młodości jako prawnie istniejącą instytucję, można go więc było usprawiedliwić. - Na nowo byłbym się w zadumę pogrążył, gdyby nowe zjawisko nie zwróciło mojej uwagi. Oto na wylocie ulicy ukazał się człowiek, którego niepodobna było nie zauważyć. Był w sile wieku, o wysokiej i szerokiej postawie. Z pierwszego rzutu oka można było wyczuć wielką siłę fizyczną. Świadczył też o tem zarys twarzy, silnie rozwinięte szczęki, obrzękłe wargi, wystające kości policzkowe i szerokie kanciaste czoło. Twarz miała połysk ciemnobronzowy, co było pewną oznaką, że w jego żyłach płynęła krew murzyńska. Miał jednak na głowie zielony turban, jakoby był potomkiem proroka. Postać jego okrywał lśniąco biały kaftan; w obu rękach trzymał różańce, a z szyi zwisał na złotym sznurze futerał z hama?lem, koranem pisanym w Mecce i kupionym podczas pielgrzymki. Wyprostowany wyszedł z bocznej ulicy i zbliżył się do piwiarni. Jego postawa, mina i zachowanie się mówiło najwyraźniej: Oto jestem, kto mi dorówna? Wy, w proch przede mną!

Człowiek ten wydał mi się wysoce wstrętnym. Twarz prosiła się o wypoliczkowanie; na jej widok aż ręka świerzbiła, chociaż tego człowieka po raz pierwszy widziałem.

Nie domyślałem się nawet w tej chwili, jak usprawiedliwiona była moja instynktowna niechęć. Nie mogłem przypuszczać, że kilkakrotnie zderzymy się i to w nader poważnych sytuacjach.

Kiedy przystąpił, podnieśli się z małemi wyjątkami wszyscy obecni i pochylili się nisko, przykładając ręce do serca, ust i czoła. Odpowiedział tylko ledwie dostrzegalnem skinieniem głowy, przeszedł między nimi i zniknął za tylnemi drzwiami. Przedtem jednak skinął na małego kelnera. Zauważyłem, że twarz chłopca przybrała wyraz trwogi, kiedy spojrzał na siostrę, stojącą po prawej stronie; wezwana, podeszła do niego z pewnem wahaniem. Widziałem, że drżała i miała łzy w oczach. Chłopak wziął ją za rękę i wyszedł temi samemi drzwiami, co przybysz.

Byłby to Abd el Barak? Z pewnością! Przybył zbadać zarobki dzieci. Jąłem nadsłuchiwać uważnie i wydało mi się, że jestem tam potrzebny. Nie zadałem sobie pytania, czy mam prawo, lub poprostu obowiązek interwenjować; poczułem jakby nakaz prawa natury, któremu nie mogłem się oprzeć.

Doleciał mianowicie mych uszu jakiś trwożliwy jęk. Zerwałem się i w jednej chwili stanąłem we drzwiach. Za niemi znajdowało się podwórko. Stał tam ów człowiek i trzymał w powietrzu Djangeh za włosy. Nie miała odwagi wyrazić inaczej swojego bólu, jak tylko cichym, tłumionym z trudnością jękiem. Przed nim klęczał chłopak i wołał błagalnie:

- Puść ją, puść ją! Ja za nią zapłacę!

Drab trzymał mimo to dziewczynę za włosy, przyczem pytał jej brata, wykrzywiając twarz w szyderczym uśmiechu:

- A więc masz więcej pieniędzy, aniżeli mówiłeś? Domyślałem się tego! A jeżeli mi...

Zamilkł, gdyż zobaczył mnie szybko wchodzącego. Nie puszczając z ręki biednego dziecka, huknął na mnie:

- Kim jesteś? Czego chcesz tutaj?

- Puść dziecko i to w tej chwili! - odpowiedziałem.

Wystawił zęby, jak zwierzę drapieżne, lecz nie zważałem na to. A kiedy nie usłuchał mego żądania, uderzyłem go pięścią w pierś tak, że palce mu się rozwarły i dziewczynka upadła na ziemię; nie śmiała powstać ze strachu. On cofnął się o dwa kroki, skurczył się, zacisnął pięści i chciał się rzucić na mnie.

- Stój! - zawołałem. - Czy wolno potomkowi proroka poważyć się na bijatykę?

To podziałało natychmiast. Wyprostował się nagle i zobaczyłem twarz, ale jaką! Urągała wszelkim opisom. Krew z niej ustąpiła, a pierwotna jej barwa zmieniła się w brudno-szarą. W otwartych ustach widać było dwa rzędy długich, żółtych zębów, oczy iskrzyły się, a oddech wydobywał się z gardła donośnem charczeniem.

- Psie! - syknął na mnie - Porwałeś się na szeryfa, to jest wzniosłego, potomka Mahometa. Czy znasz mnie?

- Nie - odparłem spokojnie, lecz nie spuszczałem zeń oka dla ostrożności.

- Jestem szeryf Hadżi Abd el Barak, mokkadem świętej Kadirine Seyida Abd el Kader el Djelani.

Aha! Więc to on był głową tutejszych członków tego świątobliwego bractwa, które zostało spadkobiercą majora, wałęsającego się teraz nocami, jako upiór. Jeśli taki naczelnik pochodzi od założyciela bractwa, nazywa się szeik, albo szech; zwykle zaś mokkadem, strażnik. Stojący przede mną mokkadem przypuszczał, że mnie zdruzgoce, wymieniając swoje nazwisko, lecz się zupełnie zawiódł. Jako chrześcijanin niewiele sobie robiłem z mahometańskich godności, a ponadto nie mógł mi ten człowiek zaimponować pod względem moralnym. To też odpowiedziałem spokojnie:

- Wierzę, ale czemu nie postępujesz, jak potomek proroka i godna głowa tak świątobliwego i słynnego bractwa?

- Co ty wiesz o mojem życiu i uczynkach! Czy nie widziałeś, jak wszyscy pochylili głowy przede mną? Padnij do mych nóg! Uderzyłeś mnie, otóż ja ci powiem, jaką pokutą możesz uzyskać moje przebaczenie!

- Ja nie klękam przed nikim; nie jestem muzułmaninem lecz chrześcijaninem.

Po tych słowach zdawało się, że mokkadem urasta w dwójnasób.

- Chrześcijanin, giaur, pies parszywy? - ryknął do mnie. - Poważyłeś się tknąć szeryfa Abd el Baraka! Lepiejby cię była matka udusiła przy porodzie, bo ja cię zakuję w łańcuchy i...

- Cicho! Nie chełp się! - przerwałem. - Wszelkie groźby z ust twoich budzą śmiech we mnie. Nie wmawiaj sobie zbyt wiele! Nie jesteś niczem więcej ode mnie i nie masz żadnej władzy nade mną. Jeśli uczyniłem coś złego, będzie mnie sądził mój konsul. On zaś nie pyta o to, czyś ty szeryf i mokkadem. W obliczu jego prawa nie stoisz wyżej, niż pierwszy lepszy człowiek, co worki dźwiga, lub czyści fajki.

- Psie! Psi synu i potomku psiego syna! Ty ośmielasz się mówić w ten sposób do mnie?

Na to przystąpiłem bliżej i upomniałem:

- Porzuć obelgi! Jeśli jeszcze raz powtórzysz to słowo, to cię tu powalę, a do sądu doniosę, że kupujesz niewolników, że wypożyczasz ich, jako kelnerów, i stawiasz na rogach ulic, jako przekupki. Wtedy dowiedzą się ludzie o życiu człowieka, co katuje biedne dzieci, głodzi i wiąże je w kabłąk, jeśli przynoszą za mało pieniędzy!

Słowa te zatrwożyły go; cofnął się i rzekł:

- Kto ci to powiedział, kto to zdradził? To ten chłopak, ten szakal; nikt inny nie mógł tego wygadać. Biada mu, gdy wróci dziś wieczorem do domu!

- Nic mu nie zrobisz; o to ja się postaram!

- Ty postarasz się o to? Ty będziesz mi dyktował prawa, ty psie chrześcijański, którego Allah...

Nie dokończył. Powtórzył obelżywe słowo, więc czułem święty obowiązek względem wszystkich chrześcijan spełnić swoją groźbę. Zamachnąłem się i uderzyłem go pięścią w głowę tak silnie, że runął nawznak bez ruchu. Gospodarz, który stał we drzwiach i słyszał ostatnią część naszej rozmowy, przybiegł wielce przerażony i, załamując ręce, zawołał:

- Allah, Allah, Allah! Ty go zamordowałeś!

- Nie. Leży ogłuszony i wkrótce przyjdzie do siebie. Zabierz go gdzieś, aby nie było świadków jego upokorzenia.

- Lecz ty, panie, uciekaj natychmiast, bo rozgniewani wierni zadepcą cię na śmierć nogami!

- Nie obawiam się; ale gdy się wszyscy dowiedzą, co się tu stało, przepadnie sława twej gospody. Oddalę się zatem ze względu na ciebie.

- Oddal się, oddal, ale czem prędzej! Nie wracaj koło gości, lecz przez dziedziniec, a potem przez małą bramę. Tam dostaniesz się do ogrodu zapadłego domu, a potem przez zwaliska na drugą ulicę. Tylko czem prędzej, czem prędzej!

Ujął nieprzytomnego pod ramię i powlókł go, nie zważając już na mnie. Ja natomiast wziąłem chłopca prawą, dziewczynę lewą ręką i rzekłem:

- Chodźcie ze mną! Wasz pan nie będzie was już dręczył.

Na to wyrwał się chłopiec, pobiegł do kąta, w którym wznosiła się kupka ziemi i skorup, rozkopał ją i wyjął ukryte pieniądze. Był gotów pójść ze mną. Poszedłem drogą, wskazaną mi przez gospodarza, choć byłbym wolał powrócić do mego tureckiego przyjaciela. Co byłoby się stało ze mną, gdyby się to wydarzyło przed dwudziestu, a nawet dziesięciu laty? Gospodarz zawołałby wtedy wszystkich gości i zlynchowanoby mnie na miejscu. Teraz rozumiał już, że w jego własnym interesie leży, aby takich scen unikać.

Nie dbałem o to, co później będzie. Postąpiłem, jak nakazywała chwila i moje poczucie sprawiedliwości. Skutki musiałem, oczywiście, wziąć na siebie, lecz nie obawiałem się ich zbytnio.

Wszedłem do wskazanego ogrodu i ujrzałem przed sobą szczątki zwalonego muru. Przelazłszy przez nie, dostaliśmy się na wąską, mało ożywioną ulicę, równoległą do tej, przy której znajdowała się piwiarnia. Nietrudno mi więc było dostać się do domu Turka. Przyszedłszy do bramy, zapukałem. Selim otworzył mi. Dostrzegłem jego zdziwienie, że nie wróciłem z Muradem, lecz w towarzystwie murzyniąt. Rychło jednak położyłem kres ciekawości longina, pytając:

- Selimie, czy znasz piwiarnię w której bywa zwykle Murad Nassyr?

- Bardzo dobrze, effendi, - odpowiedział.

- Prawdopodobnie siedzi tam jeszcze i nie wie, gdzie się zapodziałem. Idź czem prędzej do niego i powiedz, że jestem tutaj. Ale nikt nie powinien tego zauważyć. Najlepiej będzie, gdy skiniesz na niego zdaleka.

- Słusznie, bardzo słusznie! - rzekł, przeginając w pokłonie głowę jak manekin. Następnie udałem się z Djangeh i jej bratem do przeznaczonych dla mnie pokoi.

Dzieci szły dotąd obok mnie w milczeniu i teraz dopiero poczęły się rozglądać, zarzucając mnie tysiącem pytań. Nie mogłem odpowiedzieć na wszystkie, lecz poznałem z pytań, jakie dobre serce i zdrowe pojęcia miały te dzieci. Nie upłynęło jeszcze pół godziny, kiedy drzwi się otwarły i wszedł Murad Nassyr. Na widok niespodziewanych lokatorów, spytał zdziwiony:

- Co to ma znaczyć? Ci murzyni tutaj? Przyszły tu z panem? Dlaczego poszedłeś pan do domu beze mnie? Wybiegłeś pan tak szybko przez te drzwi i nie wróciłeś. Dlaczego?

- A więc pan nie wiesz, co zaszło za temi drzwiami?

- Nic nie wiem. Słychać było tylko głosy nieco donioślejsze, niż zwykle. Chciałem pobiec za panem, lecz, widząc we drzwiach gospodarza, pomyślałem sobie, że nie pozwoli panu uczynić nic złego. Czekałem więc, dopóki Selim nie nadszedł i nie skinął na mnie. Ale teraz dowiem się chyba, co się stało?

- Usiądź pan przy mnie i słuchaj spokojnie!

Opowiedziałem mu przebieg wypadku tak obszernie, jak uważałem za konieczne. Napełniło go to takiem przerażeniem, że wysłuchał mego opowiadania do końca, nie rzekłszy ani słowa. Zato, kiedy skończyłem, wybuchnął tem obfitszemi skargami. Ponieważ posługiwał się językiem tureckim, nie rozumiały dzieci, co mówił. Przysłuchiwałem się spokojnie, zniosłem pełną trwogi nawałę słów i zapytałem wkońcu:

- Ależ, panie, czy boisz się tak bardzo tego Abd el Baraka? Mojem zdaniem, nie może panu ani trochę zaszkodzić.

- Nie? - spytał zdumiony. - Przełożony takiego bractwa, takiego potężnego związku!

- Co pana obchodzi ten związek? Czy jesteś także jego członkiem?

- Nie, ale czy nie zauważyłeś pan, z jakim szacunkiem zachowywano się wobec niego? On ma wpływy, które mogą być dla nas bardzo niebezpieczne.

- Służalczość, okazywana przez drugich, nic mnie nie obchodzi. Dla mnie najważniejszą rzeczą jest to, jak ja z nim postąpiłem, a nikt chyba nie powie, żeby w tem było wiele dla Abd el Baraka szacunku. Pan nie był świadkiem zajścia, więc nie masz się czego obawiać, tem bardziej że ja nie trwożę się.

- Ależ pan jesteś moim gościem, mieszkasz u mnie i dlatego odpowiadam za wszystko, co pan czynisz!

- Temu łatwo zapobiec; poszukam sobie innego mieszkania.

Powstałem i udałem, że chcę się oddalić. To sprzeciwiało się jego planom, więc zerwał się równie szybko, pochwycił mnie za rękę i zapytał.

- Pan chyba nie odchodzi? Zostań pan, zostań!

- Nie mogę, ponieważ pan twierdzisz, że narażę pana na nieprzyjemności.

- Ależ nie, przeciwnie! Może mi to przynieść wielki pożytek. Jeśli się nam uda co do murzyniąt zawrzeć umowę, to nie poniosę żadnej szkody.

- Zgoda. Przyrzekam panu niniejszem wziąć wszystko na siebie. Oświadczam równocześnie, że mam nietylko prawo, lecz obowiązek zająć się niemi. Wobec tego oświadczenia możesz je pan śmiało tutaj zatrzymać. Gdybyś pan z tego powodu miał jakie zatargi z władzą, to powołasz się na moje oświadczenie i zwalisz pan tem samem na mnie całą odpowiedzialność.

- Mimo to będę miał wiele kłopotów i nieprzyjemności. Gdy zobaczą, że zabrałeś pan dzieci, zwrócą się przedewszystkiem do mnie, a nie do pana. Może to odwlec moją podróż i przynieść mi szkodę, gdyż mam być w Chartumie w pewien oznaczony dzień.

- Jestem gotów wynagrodzić to panu.

- W jaki sposób?

- Jeśli pan zatrzymasz tu dzieci, przyrzekam pojechać z panem do Chartumu. Jedna przysługa warta drugiej.

Wtedy rozjaśniła mu się twarz i zapytał:

- Czy pan przyrzeka na serjo?

- Najzupełniej.

- W takim razie przystaję i oto moja ręka; przybij pan! Dzieci zostaną tutaj, ale pan przyjmujesz odpowiedzialność za wszystko, co z tego może wyniknąć, a potem będzie mi pan towarzyszył do Chartumu.

- Dobrze, zgoda, oto moja ręka. A teraz niech pański Selim idzie do mego hotelu po rzeczy. Dla legitymacji dam mu kartkę z paru słowami.

- Wydam mu odpowiedni rozkaz i postaram się o wieczerzę, bo już czas na nią.

Krótki w Egipcie zmierzch zapadł tymczasem. Po odejściu Nassyra wszedł Selim z głębokim ukłonem i z prośbą o kartkę. Za nim ukazał się murzyn, aby zapalić lampę. Gdy się obaj oddalili, wrócił Nassyr.

- Panie, - rzekł - jesteś wielkim lekarzem. Twój środek pomógł; ból zębów zniknął zupełnie i nie wrócił więcej. Czy umiesz leczyć i inne choroby?

- Umiem. Czy masz pan jeszcze jakiego pacjenta w domu?

- Niestety! To moja siostra.

- Na co cierpi?

- Na chorobę, o jakiej kobieta ani dziewczyna mówić nie lubi, lecz ty zdobyłeś jej zaufanie i kazała mi powiedzieć ci wszystko otwarcie. Oto, od pewnego czasu traci ozdobę głowy.

- Włosy? W takim razie musisz mi odpowiedzieć na kilka pytań, których nie zadaje się zwykle, do których postawienia jednak jako lekarz jestem uprawniony.

- Pytaj śmiało! Ja cię objaśnię.

- Ile lat ma twoja siostra?

Zawahał się z odpowiedzią, ponieważ pytanie takie uchodzi na Wschodzie za niedyskretne, i zapytał:

- Czy ta wiadomość potrzebna panu koniecznie.

- Koniecznie.

- W takim razie powiem ci, że Letafa ma dwudziesty rok.

Na Wschodzie dziewczyna, mająca lat dwadzieścia, uchodzi za starą, mimo to, jak wskazywało imię, musiała posiadać pociągające zalety, gdyż letafa znaczy tyle, co godna miłości. Tem trzeźwiej musiało też brzmieć następne pytanie:

- Czy to rzeczywista łysina?

Mówiąc otwarcie, wygłosiłem te słowa, ażeby zobaczyć, jakie też wrażenie uczynią na Turku. Załamał ręce, zrobił minę, jakby otrzymał policzek, i zawołał:

- O Allah, Allah, co za pytanie! Jak nieszczęśliwe muszą się czuć kobiety Franków, skoro lekarze zmuszają je do takich wyjaśnień.

- Kto chce uzdrowienia, musi być otwarty.

- Więc nie możesz pomóc mojej siostrze, nie wiedząc, ile włosów utraciła?

- Pewnie, że nie.

- Więc muszę ci powiedzieć, że na samym środku głowy znajduje się okrągłe miejsce wielkości talara Marji Teresy, pozbawione włosów.

- A czy pacjentka przeszła kiedy jaką ciężką, długotrwałą chorobę?

- Nigdy.

- W takim razie zdołam może pomóc, lecz muszę widzieć to łyse miejsce.

- Czy oszalałeś? - zawołał. - Nikt z wyznawców proroka nie śmie widzieć dziewczyny, a ty jesteś do tego chrześcijaninem!

- Ja też nie chcę widzieć dziewczyny, ani jej twarzy, lecz muszę widzieć łyse miejsce na głowie.

- To jeszcze gorsze! Kobieta woli pokazać mężczyźnie twarz, aniżeli łysinę na głowie.

- Nie występuję tutaj jako mężczyzna, lecz jako lekarz. Kto chce pomocy, nie może bać się mych oczu.

- No, dobrze! Ręce wolno pokazać, więc możesz je zobaczyć.

- To się na nic nie zda. Nie jej ręce są chore, lecz głowa, i muszę bezwarunkowo zobaczyć to miejsce. Nie pozwalasz, przeto nie mogę pacjentce przywrócić ozdoby głowy.

- Panie, to okrucieństwo gwałci nasze obyczaje!

- Przyznaję, lecz muszę obstawać przy swojem żądaniu. Albo siostra twoja zgodzi się na to, albo będzie miała nadal małą łysinę, która rozszerzy się na całą głowę.

- Co za nieszczęście, co za ból! Co tu robić? Gdy narzeczony zobaczy ten brak, odeśle mi siostrę. To być nie może i ona zgodzi się chyba. Pójdę do niej i zapytam.

Zwrócił się ku drzwiom i już je otworzył, gdy naraz odwrócił się i zapytał:

- Czy nie można tego uniknąć?

- Nie.

- W takim razie muszę to wziąć na siebie.

Wyszedł. Byłem pewien, że tu chodzi o tak zwaną kolistą łysinę...........................