W krainie znikających ścieżek - Hubert I. Siekierka

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017

? Copyright by Hubert Siekierka, 2017

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Skład i łamanie: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski

Korekta i redakcja: Hubert Siekierka

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-948-0

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

Wszyscy młodzi skauci tego ranka poczuli się trochę smutni. Wiedzieli, że to ostatnie dni ich wspólnych zabaw i przygód, że za niedługo przyjadą po nich rodzice i większość z nich trafi do swoich nudnych czterech ścian, przed komputery, telewizory i gry PlayStation. Postanowili jednak do końca wykorzystać każdy dzień i ruszyli na wyprawę do puszczy, na której skraju obozowali już prawie dwa tygodnie.

Wtem poczuli mocny powiew wiatru, który zaczął szarpać koronami starych drzew. Wiatr był coraz mocniejszy i zaczął przewracać nawet chłopców, którzy nie wiedzieli dokąd uciekać albo gdzie się schronić.

- Aua, aua! – Nagle płaczliwe wołanie zaczęło wydobywać się z głębokiego leśnego rowu. – Maciek! Maciek!... – Ktoś wołał płaczliwym głosem.

- To ja, Kuba...

- A, super! Pomóż mi, bo chyba złamałem rękę.

- A ja cały jestem mokry. Wpadłem do wody... Ej, a co to było?

- Nie wiem. Co to za dziwna burza!...

- Burza? No może i burza, ale nie jestem pewien. I błoto! Tu jest błoto! Jak ja nie lubię błota!...Poczułem jakby jakiś huragan, halny albo inny tajfun i wylądowałem w rowie.

- To chyba jakaś wichura. I to silna, bo u nas przecież nie ma nigdy huraganów, halnych albo tajfunów.

- Ale to był na pewno jakiś huragan. Mówię ci, albo tajfun.

- No nie wiem... A gdzie reszta naszej drużyny?

- Musimy ich poszukać. Może też gdzieś tu leżą?...

- Maciej! Piotrek! Ej, chłopaki! – zaczęli wołać.

Młodzi skauci przez kwadrans przeszukiwali pobliskie krzaki, rowy i okoliczny las, stając co chwilę na baczność, aby wsłuchiwać się w ewentualne wołanie swoich przyjaciół, lecz nie mogli nikogo znaleźć. Nie rozpoznawali też leśnej ścieżki, na której nagle się znaleźli.

- Kuba, powiedz mi, co to za dziwny las? – spytał trochę przestraszony Maksym.

- No właśnie. Te dziwne głębokie rowy z wodą i drzewa wydają mi się takie obce.

- Weź... Wychodzimy z tego lasu, bo źle się tu czuję.

- Boisz się?...

- Nie, ale nie lubię tego lasu. Nasz jest fajniejszy.

- To którędy mamy teraz iść?

- Na północ. Żeby wrócić do obozu, kierujmy się na północ.

- Musimy patrzeć na drzewa?

- No właśnie. Od północnej strony rośnie mech.

- No wiem. Pamiętam.

Chłopcy ruszyli leśną dróżką na północ, która miała wyprowadzić ich z tej mało przyjaznej okolicy.

- Popatrz, Kuba! Tam się coś rozjaśnia!

- To może być nasza polana, na której jest obóz.

- No! Oby, oby...

Młodym skautom udało się wreszcie wyjść z nieprzyjemnego lasu i znaleźli się na polanie, której jednak nie znali.

- Popatrz! Tam jest jakiś drewniany dom.

- To mi wygląda na leśniczówkę. – Uśmiechnął się zadowolony Maksym.

- Może nam pomogą...

Kuba zapukał delikatnie do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Próbował jeszcze raz i kolejny, ale nikt nie otwierał.

- Spróbuj ty! Może będziesz miał więcej szczęścia?

- No ale jak? – Maksym się zdziwił.

Maks zdecydował się jednak pukać trochę mocniej, aż w pewnym momencie drzwi się otwarły. Leśniczówka okazała się pusta, ale nie opuszczona.

- I co robimy?...

- Ogień?

- No właśnie, ogień. Tu jest super kominek, a mi już trochę zimno.

Przy kominku na szczęście było suche drewno doskonałe do rozpalenia.

- O! Są i zapałki. – Maksym się ucieszył.

- To rozpalaj, rozpalaj – ponaglał go przyjaciel.

Kiedy ogień w kominku rozświetlił leśniczówkę, w rogu sporego salonu zauważyli kolejne drzwi.

- Maks, a może tam ktoś jest?

- Musimy to sprawdzić.

Najpierw wsłuchiwali się, czy nie dochodzą zza drzwi jakieś hałasy albo przynajmniej rozmowy, a kiedy już byli pewni, że nikogo nie ma, Kuba delikatnie nacisnął klamkę. W pomieszczeniu było ciemno, choć z boku można było dostrzec małe okienko.

- Poszukaj włącznika, bo tu nic nie widać.

- Myślisz, że tutaj jest prąd? Nie mogę nic znaleźć.

- Tam widziałem świeczkę. Zapal ją.

Kiedy Maksym światłem świeczki rozświetlił to tajemnicze pomieszczenie, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Znaleźli się w obszernej i super urządzonej łazience.

- Ale super! – wydobył z siebie Maks.

- Ale czemu tu nie ma światła? – zdziwił się Kuba.

- No może po prostu żarówka się spaliła.

- Ale tu nie ma żadnej żarówki, żadnego włącznika.

- Oj, Kuba! Daj spokój!... Ważne, że jest gorąca woda. Dorzuć do ogniska drewna, a ja się wykąpię.

- A ja?...

- No przecież ta wanna jest trochę przymała. Wykąpiesz się za chwilę.

- Nie ma rady, zostajemy. Na dworze jest już prawie ciemno, a przecież musimy wysuszyć ubrania, choć i tak jutro pewnie będę chory.

- A jak gospodarz wróci?

- Jaki gospodarz?

- No ktoś, kto tu mieszka. Chyba leśniczy.

- A może gospodyni? – Maksym się zaśmiał. – No przecież nas nie wyrzuci.

Gdy Maks korzystał z przyjemności gorącej kąpieli, Kuba zaryglował drzwi i sprawdził okna czy są dobrze pozamykane i dopiero wtedy poczuł się bezpieczny. W kominku zaś buchał ogień, który rozświetlał wnętrze całego salonu leśniczówki i choć na suficie wisiała stylowa lampa, młody skaut nie potrafił znaleźć włącznika aby ją zapalić.

- Maks! Myślisz, że nas będą szukać? – spytał Kuba, kiedy i on zdążył się już wykąpać.

- Ale kto?

- No nie wiem... Drużynowy czy rodzina. Jeśli nas będą szukać, to nas znajdą. Zresztą jutro rano wrócimy do obozu, to po co mieliby nas szukać. – Po chwili namysłu Maksym dodał: – No, ale mnie raczej nie... Moi rodzice wyjechali na Kajmany albo jakieś inne wyspy... Kanaryjskie czy jakieś tam. Moi to raczej też nie – stwierdził po chwili Kuba.

Chłopcom zrobiło się trochę smutno, ale przynajmniej było im ciepło dzięki ogniu, który rozpalili w kominku. Starali się też do siebie uśmiechać, co powodowało, że czuli się bezpieczniej.

- Zobacz! Tu jest jakaś lodówka.

- Gdzie?

- Schowana w szafie.

- Fajny pomysł, lodówka w szafie, he, he.

Kiedy Maksym otworzył drzwiczki lodówki, przeżyli szok. Po brzegi była wypełniona różnymi smakołykami.

- Ale popatrz! Tu jest światło.

- No właśnie. Jeśli w lodówce jest światło, to musi być i w salonie.

- Gdzieś tu musi być włącznik. Szukamy?

- No pewnie.

- Mam! Mam! – zawołał po chwili Kuba.

- To zapal światło!

- No może nie, bo nas może zobaczyć ktoś z polany. Chyba tylko jakiś zwierzak... – Przyjaciel się zaśmiał.

***

Okazało się jednak, że chłopcy byli już trochę głodni. A może głód spowodowało lodówkowe odkrycie? Kiedy uważnie rozejrzeli się po salonie, w kącie dostrzegli starą szafę.

- Może są tam jakieś ciuchy? Już mi trochę zimno...

- Otwieramy?

- Ale powoli, bo może coś wyskoczy albo wypełźnie.

- Ale co?

- Żartowałem... To tylko stara szafa.

Szafa z zewnątrz wydawała się bardzo wąska, ale w środku okazała się całkiem głęboka.

- Popatrz, jaka duża! Jakby wbudowana w ścianę.

- No i chyba tak jest – przyznał Maksym. Najważniejsze, że jest dużo fajnych ciuchów.

- Zobacz, tu chyba mieszka cała klasa gimbusów. – Kuba się zaśmiał. Ale chyba takich przedwojennych, bo te ciuchy są mało modne.

- Modne, niemodne, ważne, że suche, czyste i ciepłe.

- Patrz, jakie falbanki na tej koszuli i jakie dziwne guziki. – Maks podniósł koszule.

- Biorę ten szlafrok i idę zrobić coś do zjedzenia. Już się woda gotuje, a poza tym jestem głodny jak wilk.

- Tylko zrób dużo herbaty, bo mi się też strasznie chce pić.

Maks jeszcze długo przeglądał dziwną szafę, aż wreszcie poczuł głód i dołączył do przyjaciela.

- I co jesz dobrego?

- Wszystko jest dobre. A z drugiej strony skąd wiedzieli, że przyjdziemy? A tu masz dużo herbaty. Proszę.

- No jak mogli wiedzieć? Pewnie, że nie wiedzieli! Ale się zdziwią, kiedy wrócą nocą i nas tu zastaną – zaniepokoił się Maksym.

- A jak to będzie ktoś... A zresztą, po co się martwić na zapas. A z czego jest ta sałatka? – zastanowił się Kuba, który właśnie znalazł w lodówce przygotowany pojemnik.

- No jak to z czego? Z sałaty! – Zaśmiał się głośno Maks.

- No i z czego jeszcze?

- Jedz, jedz! Ważne, że smaczna.

Chłopcy, jedząc, uważniej rozejrzeli się po salonie. Po chwili doszli do wniosku, że w pomieszczeniu znajduje się wiele rzeczy, które widzą pierwszy raz w życiu i nawet nie wiedzą, do czego służą. Ponieważ jednak było bardzo późno, postanowili zająć się nimi następnego dnia rano, gdy tylko wstaną.

- Ej! A gdzie się gasi to dziwne światło?

- Przecież ja go nie zapalałem tylko ty.

- Ja też nie! Otworzyłem drzwiczki lodówki i samo się zapaliło.

- Samo się zapaliło, to i samo zgaśnie. Zresztą ja mogę spać przy zapalonym świetle. Widziałeś, jakie to łóżko jest wąskie?

- To nic, potrafię spać na stojąco.

- Na serio? A nie przewrócisz się?

- Dzisiaj spróbuję. A jak nie dam rady, to będę spał na dywaniku przy łóżku, he, he. Ale pamiętaj! Jutro się zmienimy.

Maks często nie wiedział, czy Kuba żartuje, czy mówi serio. Nawet czasami się trochę dziwił, ale pomyślał sobie, że taki po prostu jest.

- Myślę, że się znajdzie miejsce dla nas obu.

- Ja też tak myślę... – Uśmiechnął się przyjaciel.

W tej samej chwili Maksym dostrzegł, że łóżko stało się o wiele, wiele szersze, niż mu się wcześniej wydawało, i w ogóle jest inne, jakby fajniejsze, i leży na nim kilka poduszek, jakby ktoś wniósł do leśniczówki zupełnie inne łóżko. "Ale to przecież niemożliwe" – pomyślał.

- Maksiu! Maksiu! – zawołał głośno Kuba. – To łóżko chyba jest zaczarowane! Zobacz!

- He, he... Boisz się, że jutro będziesz musiał spać na stojąco albo na dywaniku – odpowiedział przyjaciel.

- To chodź, chodź! Zobacz, co się z nim stało.

Maksym zbliżył się do łóżka i też mu się wydawało, że to nie ten sam mebel. Nie przyznał tego jednak... Chciał spokojnie zasnąć i już się nie martwić.

- Maks! Zgaś to światło! – zawołał po chwili Kuba.

- Jest zgaszone.

- To zgaś jeszcze raz – zawołał już trochę zdenerwowany, przykrywając się kołdrą.

- No to muszę księżyc zgasić – odparł Maks.

- To zgaś księżyc.

Kuba po chwili jednak zasnął, a Maks rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu leśniczówki. Sprawdził, czy za oknami nic złego się nie dzieje, i położył się obok przyjaciela.

- Rzeczywiście, to łóżko stało się jakby szersze. Dziwne – powiedział szeptem, żeby nie obudzić Kuby.

***

Noc minęła młodym skautom szybko i na szczęście spokojnie, a rano poczuli się wypoczęci jak nigdy. Postanowili jeszcze poleżeć w łóżku, bo im się super leżało, i pościel była bardzo fajna, taka delikatna.

- Śniło mi się, że byłem pszczołą. – Uśmiechnął się na dzień dobry Maksym.

- Ja pszczołą?

- Nie! Ja pszczołą, a ty trutniem, he, he.

- A kto to jest truteń?

- Taki pszczeli robotnik. Pszczoła, która nie fruwa, tylko pracuje.

- I co robiłeś jako ta pszczoła?

- Wiesz... masakra. Jakie ciężkie życie ma taka pszczoła. Żaden człowiek nie dałby rady tak ciężko pracować.

- A co robiłeś?

- No ciągle szukałem i zbierałem miód albo pyłek z kwiatów. I ciągle mi się ten pyłek lepił do skrzydeł i do całego ciała. A wiesz, co było najgorsze?

- No co, co?

- Rano wyfrunąłem z kumplami, to jest z innymi pszczołami, na zbieranie miodu, a tu nagle usłyszeliśmy hałas, jakby pracujący silnik. Nikt nie wiedział, co to jest. I w pewnej chwili zaczął padać dziwny deszcz – taki kapuśniaczek. Na początku nie wiedziałem, co to może być, ale najgorsze było to, że ten niby-deszcz był bardzo brudny. Teraz wiem, że to był traktor, który truł chwasty.

- I co, i co? – zainteresował się Kuba.

- Po chwili większość moich kumpli pszczół leżała już na ziemi martwa. Uciekłem w ostatniej chwili i natychmiast skierowałem się w stronę ula – mojego domu. Szybko zrzuciłem z siebie pyłek, który zbierałem cały ranek, żeby też się nie zatruć. I w ulu zobaczyłem ciebie, jak karmiłeś inne pszczoły.

- Ciebie też?

- No pewnie! Jak zobaczyłeś, co się stało, od razu przyniosłeś mi pyłek. Tylko taki czysty, nie ten z trucizną.

- I co się później stało?

- Powoli sobie jadłem i jadłem, później spałem i odpoczywałem, a ty karmiłeś inne pszczoły, które też się trochę zatruły.

- A czemu ja nie byłem pszczołą, tylko takim trutniem?

- Ale tam w ulu truteń był ważniejszy niż jakaś tam pszczoła.

- Jednak wolałbym być pszczołą, taką, która lata.

- To nie jest tak, że możesz sobie wybierać. Urodziłeś się trutniem i pracujesz jako truteń. To tak, gdybym chciał być dziewczyną... A jestem przecież chłopcem. Nie mogłem wybrać, czy chcę być dziewczyną, czy chłopcem.

- A chciałeś być dziewczyną? – Zaśmiał się Kuba.

- Nie! No co ty! To tylko tak dla przykładu.

- Ale mi się za bardzo nie podoba być trutniem.

- Śniło mi się dalej, że leciałem z dwoma kumplami pszczołami szukać miodu i trafiłem na dziwną trasę przelotu, na której były szklano-metalowe potwory. Dopiero teraz zrozumiałem, że była to droga, po której jeździły samochody. A lecieliśmy bardzo nisko, bo wiesz, kwiaty rosły nisko przy drodze. I w pewnej chwili w naszym kierunku zaczął zbliżać się taki szklano-metalowy potwór.

- Auto?

- No auto! Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to auto. Zaczęliśmy krzyczeć i uciekać. Pofrunąłem w górę i potwór nie zdołał mnie złapać. Moi kumple zaczęli uciekać do tyłu i wtedy potwór uderzył w nich, łamiąc im skrzydła. I już nigdy nie wrócili do ula.

- A co ja tam jeszcze robiłem?

- No... troszczyłeś się o chorych, dbałeś o młode pszczoły i młodych trutni, no i oczywiście karmiłeś czasami królową.

- Królową!?To w ulu taka matka wszystkich pszczół i trutni, robotników i wojska.

- No to królowa czy matka?

- Królowa jest matką, a matka jest królową. Tak jest w ulu. To najważniejsza pszczoła, którą wszystkie pozostałe kochają. Gdyby nie było królowej, to ul szybko przestałby istnieć. A wiesz, czego najbardziej bały się wszystkie pszczoły?

- No czego, czego? – zainteresował się Kuba.

- Lecieliśmy całą grupą w stronę lasu, bo dostaliśmy cynk, że przy lesie zakwitły kwiaty, z których pyłek bardzo smakuje młodym pszczołom. I trutniom też. No bo wiesz, właśnie w naszym ulu pojawiło się sporo młodych pszczół.

- I trutni?

- No i trutni. I w pewnym momencie, kiedy zbliżaliśmy się do sporych drzew, przy których mieliśmy skręcić w prawo, to właśnie z nich ruszyło w naszym kierunku stado ptaków. Niektóre małe i wredne, inne większe i paskudne, a jeszcze inne straszne. I ktoś krzyknął: "Ratuj się, kto może!". Z początku nie wiedziałem, o co chodzi, ale kiedy spojrzałem w górę, zobaczyłem te wredne ptaki i zaraz zacząłem pikować w dół, a za mną inne pszczoły.

- A co to pikować?

- Samolot czasami pikuje w dół, to znaczy leci na dół prawie pionowo.

- Ano tak.

- I schowałem się w wysokiej trawie, bo tam mnie nikt nie mógł znaleźć. Strasznie się bałem, że mnie jakiś ptak wytropi i zje. Nie wiedziałem, że jestem człowiekiem i że to tylko sen. Byłem przekonany, że jestem prawdziwą pszczołą. I wielu moich kumpli też ukryło się w trawie. A gdy minęło niebezpieczeństwo, wróciłem do ula. I później dowiedziałem się, że mało nas wróciło. A ci, którzy lecieli w górę albo uciekali w bok, zostali złapani przez ptaki i już nie wrócili do domu. Było nam wtedy bardzo smutno...

- To już chyba wolałbym być trutniem – stwierdził po chwili Kuba.

- Ale życie pszczoły też jest super! Mogłem sobie latać z innymi pszczołami i gadać nawet z innymi owadami! Wtedy czułem się taki wolny. Tylko te ptaki i te inne pułapki. No i zbierałem pyłek dla innych pszczół.

- I dla trutni.

- No też. – Uśmiechnął się Maksym.

- Ej, pszczółko! A może byś już wyszedł z tego ula, to znaczy łóżka, bo mam niespodziankę dla ciebie na śniadanie.

- A jaką?

- Miód. Widziałem w tamtej drugiej szafie różne dżemy, powidła i miód.

- Ale super! Ciekawe, kto tu mieszka?

- Jak to kto? Leśnik!

- To raczej leśniczy.

- No właśnie, leśniczy. Ale co mu powiemy, gdy wróci?

- Dzień dobry.

- No weź, nie żartuj.

- Powiemy prawdę. Że się zgubiliśmy i nie wiemy, jak wrócić do obozu. I podziękujemy za gościnę.

- I za miód, he, he.

***

Po pysznym śniadaniu młodzi skauci postanowili po sobie posprzątać i zostawić wiadomość właścicielowi leśniczówki. Na kartce napisali, że skorzystali z gościnności, ponieważ zabłądzili, kiedy nastała brzydka pogoda. I że noc zaskoczyła ich w lesie. Oczywiście za wszystko podziękowali. Kiedy stanęli na ganku leśniczówki polana, która roztaczała się przed nimi, była cała w słońcu. Zapowiadał się wspaniały dzień.

- W tych naszych mundurkach wyglądamy jak leśnicy. – Uśmiechnął się Kuba

- Chyba młodzi leśnicy – dodał Maksym. – Ale dokąd teraz się udamy?

- No... Tą ścieżką prosto. – Wskazał ręką Kuba.

- Ale nie przyszliśmy tą dróżką.

- Jak to nie! Przecież innej tu nie ma, tylko jakieś wąskie ścieżki. I właśnie tym się martwię. Dotarliśmy tu z prawej strony, ale teraz nie ma żadnej dróżki.

- Eeee... Coś ci się musiało pomylić.

- Nie, no co ty! Mam bardzo dobrą orientację w terenie. Na pewno przyszliśmy z prawej strony.

Chłopcy się trochę zmartwili, ale postanowili ruszyć drogą, która znajdowała się przed nimi. Starannie zamknęli drzwi leśniczówki. Powoli zeszli drewnianymi schodami, aż znaleźli się w wysokiej trawie.

- Wczoraj ta trawa nie była tak wysoka – zauważył Maksym.

- Myślisz, że coś dziwnego się tutaj dzieje? – spytał trochę przestraszony Kuba.

- No. Choć teraz sam już nie wiem.

Bardzo szybko opuścili polanę, aż nagle usłyszeli dziwne wołanie:

- Kuba! Panie Kubusiu!

Natychmiast się zatrzymali i zaczęli się rozglądać.

- Maksiu! Też słyszysz to dziwne wołanie?

- Coś tam słyszę.

- Widzisz kogoś?

- Właśnie nie.

- Maksiu! Tu jestem! Tutaj! Nie bójcie się! Podejdźcie nad stawek.

- Ale nie widzimy żadnego stawku.

- A światło widzicie? – spytał ktoś bardzo tajemniczo.

Chłopcy rozejrzeli się bardzo uważnie i po chwili pośród ogromnych drzew dostrzegli strumień światła unoszący się w górę. Mieli wrażenie, jakby ktoś latarką świecił w niebo.

- Idziemy czy biegniemy? – spytał Kuba.

- No co ty.

- Może wracajmy do leśniczówki?

- A może tam ktoś potrzebuje pomocy? Co z ciebie za skaut?

Chłopcom serca biły już bardzo mocno, ale zaczęli iść powoli w kierunku światła wznoszącego się pośród drzew, które z każdym krokiem stawało się jaśniejsze.

- Jakby co, to zwiewamy do leśniczówki – zdecydował Kuba.

- OK.

Po przejściu kilkunastu metrów zobaczyli niewielki staw, w którym woda wydawała się bardzo ciemna.

- A to światło gdzie? – zdziwił się Maksym. – Dziwny ten stawek. Jakby zaczarowany – dodał po chwili.

- Ale tu nikogo nie ma...

***

Leśny staw nie był zbyt duży. Wpływał do niego mały strumyk. W jednym miejscu przy brzegu rosły niewysokie trzciny, a trochę dalej wierzba płacząca, której zwisające gałęzie dotykały lustra wody.

- Nie bójcie się, proszę... – Do ich uszu dobiegł tajemniczy głos.

- Widzisz kogoś? – spytał przestraszony Kuba. Nikogo...

- Zaraz do was podpłynę...

Chłopcy spodziewali się ujrzeć w wodzie któregoś z kolegów, ale ku ich zdziwieniu spośród trzcin wypłynął nieduży żółw.

- Myślisz, że to on nas wołał? – spytał ściszonym głosem Kuba.

- No co ty! To przecież żółw. Może ktoś ukrywa się w tamtych krzakach.

- Nie... To ja was wołałem. Nazywam się Robert.

Kubie zadrżały nogi i musiał usiąść. Maksym natomiast nie wiedział, co robić: zostać przy przyjacielu czy jak najdalej uciekać. "Ale przecież nie mogę pozostawić przyjaciela" – pomyślał.

- Ty mówisz? – spytał zdziwiony Maksym.

- Tak jak wszystkie żółwie. Tylko nie wszyscy nas słyszą. Te najmniejsze jeszcze nie mówią, ale zasadniczo szybko się uczą.

- Ale jak to możliwe? Myślałem, że tylko ludzie potrafią mówić.

- Znajdujecie się w prastarej puszczy, a tu wszystko jest możliwe, he, he. Uwierzcie mi, nie tylko ludzie mówią. Przepraszam, że was tak przestraszyłem, ale potrzebuję waszej pomocy. Właściwie potrzebuje jej mój przyjaciel.

- A skąd znałeś nasze imiona? – spytał Kuba.

- Poranny wiatr mi powiedział. To znaczy, że wszyscy was już znają.

Młodzi skauci nie dopytywali się, jakiej pomocy potrzebuje przyjaciel Roberta. Uważnie słuchali, co powie żółw.

- Mój przyjaciel zaplątał się w plastyk i już od kilku tygodni nie potrafi uwolnić się z niego. Wczoraj plastyk zahaczył o jakiś metalowy przedmiot zatopiony na dnie stawu i nie może się ruszyć.

- No pewnie, że pomożemy! Ale gdzie jest twój przyjaciel?

- Poczekajcie chwilkę.

Żółw Robert odpłynął od brzegu i natychmiast zniknął pod wodą, aby po chwili znowu się wynurzyć. Za nim wypłynął kolejny żółw.

- Dziękuję wam, szlachetni skauci – powiedział cichym głosem. – Nie mogę do was podpłynąć, bo mnie coś trzyma – stwierdził przyjaciel Roberta.

- Pomożemy ci – odpowiedział natychmiast Kuba.

Przyjaciel Roberta był naprawdę zmęczony i trochę przestraszony. Może i łzy pojawiłyby się w jego oczach, ale żółwie nigdy nie płaczą. Okazało się, że jego skorupa była zaplątana w plastykowy woreczek, taki, który można otrzymać w wielu mniejszych i większych sklepach, a drugi jego koniec był uwięziony gdzieś pod wodą.

- Lubisz wchodzić do wody? – spytał Maksym.

- Na basenie tak. A ty?

- Nie za bardzo.

- To ja wejdę. – Uśmiechnął się Kuba.

Zdjąwszy spodnie i buty, zaczął uważnie szukać dogodnego wejścia do stawu.

Woda przy brzegu była płytka. Kiedy Kuba ruszył w stronę uwięzionego żółwia, robiło się coraz głębiej, a na domiar wszystkiego było coraz więcej mułu, który najprawdopodobniej powstał z liści drzew, od lat jesienią wpadających do wody.

- Bądź ostrożny! – zawołał Maksym, kiedy woda sięgała przyjacielowi po sam pas.

- Spoko, spoko. Tylko ta woda strasznie zimna.

- Bo tu nigdy promienie słońca nie docierają – stwierdził Robert.

- Spróbuj przyciągnąć pana żółwia na brzeg, żeby wydobyć z wody również ten plastykowy worek.

Kuba delikatnie złapał uwięzionego żółwia i próbował uwolnić go z pułapki. Nie było to jednak takie proste, ponieważ plastyk zaczął się bardzo rozciągać.

- Podaj mi pana żółwia – zaproponował Maksym.

Żółw znalazł się w rękach Maksa, który wyjął swoją skautowską finkę i uwolnił biednego gada, przeciąwszy twardy plastyk. Po chwili żółw znalazł się na trawie. Kuba jednak potrzebował pomocy, aby uwolnić staw od pułapki.

- Podam ci rękę, a ty mnie ciągnij – poprosił.

- Bliżej, bliżej, bo nie sięgnę.

Kiedy chłopcy podali sobie ręce, Maksym pochylił się trochę za bardzo i tracąc równowagę, z głośnym pluskiem wpadł do wody.

- Jak już tu jesteś, to może mi pomożesz wyciągnąć to badziewie. – Śmiał się Kuba.

- Co ty byś zrobił beze mnie. – Uśmiechnął się Maksym.

Młodym skautom udało się wyciągnąć na brzeg plastykowy worek oraz metalowy, gruby i powyginany drut, który leżał na dnie leśnego stawu.

- Kto takie rzeczy wrzuca do wody? – spytał z oburzeniem Kuba.

- No i co teraz z tym zrobimy?

- Zaniesiemy pod leśniczówkę.

- Dziękujemy wam, skauci! Bardzo dziękujemy! – Nagle usłyszeli głos żółwia Roberta.

- Nie ma za co – odpowiedział dumnie Kuba.

- I ryby też wam dziękują – dodał Robert.

- A to ryby też potrafią mówić?

- No co wy! Nie wiecie, że ryby i dzieci głosu nie mają. – Zaśmiał się żółw.

- Życzymy wam długich lat życia – zawołał inny żółw.

- Długich lat w spokoju – dodał Robert.

- A jak długo żyją żółwie? – spytał Kuba.

- He, he... Dłużej niż ludzie. Ja już mam siedemdziesiąt lat, a mój przyjaciel osiemdziesiąt i jesteśmy jeszcze młodzi.

- Aha! Mój dziadek też ma osiemdziesiąt lat, ale już raczej młody nie jest.

- Gdybyście potrzebowali kiedyś naszej pomocy, wystarczy, że o nas pomyślicie – stwierdził na pożegnanie żółw Robert.

Żółwie patrzyły jeszcze ze swojego stawku na odchodzących przyjaciół i może się do nich uśmiechały, ale Kuba i Maksym byli już zbyt daleko, aby to zauważyć.

***

- No popatrz! I znowu jestem cały mokry! I brudny na dodatek – zaczął żalić się Maksym.

- I na dodatek trochę śmierdzący od błota – zaśmiał się Kuba.

- Trochę? Powiedziałbym bardzo. I nie od błota, a raczej od szlamu czy mułu.

- Wracamy do leśniczówki czy idziemy do obozu?

- Nie... Do obozu, do obozu, tylko nikomu ani mru-mru o tych żółwiach.

- Wiem, wiem, bo uznają nas za czubków.

- Ale w obozie nie ma takiej fajnej wanny jak w leśniczówce.

- Kuba! No weź! Nie widzisz, że świat tutaj jest jakiś taki dziwny.

- Zaczarowany?

- No tak.

Chłopcy szli powoli, przedzierając się przez leśne krzaki. Kierowali się w stronę dróżki, która miała zaprowadzić ich do obozu.

- Gdzie ta ścieżka? – zaniepokoił się Maksym.

- No właśnie. Już dawno powinna być – stwierdził Kuba. – Ej! Popatrz! Tam jest chyba leśniczówka – dodał po chwili. To nawet dobrze. Stamtąd na pewno będzie widać tę leśną dróżkę.

Po chwili okazało się, że leśniczówka ta sama, ale polana na pewno nie. Wprawdzie słońce świeciło tak mocno jak wczoraj, lecz drzewa również wydawały się inne. Najgorsze jednak, że przy leśniczówce nie znaleźli ani drogi, ani nawet ścieżki.

- Gdzie my jesteśmy? – spytał trochę przestraszony Kuba.

- Coś ty taki niekumaty! Przecież sam powiedziałeś, że to zaczarowany las. A już na pewno zaczarowana leśniczówka i zaczarowana polana.

- Daj spokój! Tylko żartowałem! Przecież takich miejsc nie ma.

- Jak to nie ma? A to wszystko wokół nas? – Maksym wskazał ręką.

- Może wejdziemy do leśniczówki i wypierzemy nasze ciuszki? Czemu nie...

Wewnątrz leśniczówki na szczęście nic się nie zmieniło. Łazienka nadal była super, a łóżko stało na swoim miejscu. Na ścianach wisiało kilka szafek, których zawartości przyjaciele jeszcze nie znali. No i dwoje drzwi. Jedynie zapasy drewna i zawartość lodówki były uzupełnione.

- Napalę w kominku, żeby się wykąpać – zaproponował Kuba.

- To ja przygotuję coś do jedzenia – stwierdził Maksym.

- Pizzę?

- Pizzę to chyba nie, bo to długo trwa, ale może makaron z czymś tam. Może z rybami?

- Nie!... Z rybami nie lubię. A z salami?

- Z salami? – zdziwił się Maksym. – Tylko nie wiem, czy jest salami.

- Jest, jest... Poszukaj.

Maks po kolei otwierał szafki, mając nadzieję, że w którejś znajdzie wiszące salami. Kiedy zbliżył się to tajemniczych drzwi, które wczoraj były zamknięte, nacisnął klamkę i bardzo się zdziwił. Tym razem były otwarte.

- Kuba! Te drzwi są otwarte! – zawołał przestraszony Maksym.

- Uważaj, bo może tam ktoś mieszka – zaśmiał się Kuba, zbliżając się do tajemniczego wejścia.

Wystarczyło lekkie popchnięcie i drzwi otwarły się szeroko. Za nimi kryła się spiżarka, której Maksym tak szukał.

- Ale smakołyków... – zachwycili się chłopcy.

- Możemy tu mieszkać do końca świata – zaśmiał się Kuba.

- Ty lepiej tak sobie nie żartuj.

W spiżarce wisiały kiełbasy, a wśród nich i salami. Był także boczek wędzony i żeberka, a na półkach stało wiele słoików pełnych dżemów, kompotów i ogórków.

- Jak ja lubię takie ogórki – zachwycał się Maksym.

- To zrób sobie makaron z ogórkami – odparł Kuba.

- A wiesz, że zrobię? Tylko nie wiem, czy będzie nam smakował.

- Ej! Zobacz, jak szybko rozpalił się ogień w kominku.

- Rzeczywiście... Dziwne. To chyba jednak zaczarowana leśniczówka, a już na pewno tajemnicza.

***

Kiedy Maksym zajął się gotowaniem, Kuba postanowił odkryć wszystkie tajemnice leśniczówki, a także te poza nią.

- Maks! Tu jest dziwne wejście do piwnicy! – zawołał Kuba.

- Ale dlaczego dziwne?

- Sam nie wiem... Trochę się boję piwnic. – Przyjaciel się zaśmiał. Tu jest piwnica? – zdziwił się po chwili Maksym.

- I jeszcze jaka! Pełno w niej starego sprzętu.

- Co to za dziwna leśniczówka?

- I to jak bardzo dziwna.

Makaron bardzo się udał Maksymowi, a szczególnie sos z salami. Zrobił go sporo, żeby już nie gotować niczego na kolację. Poza tym skauci byli bardzo głodni i mieli też na uwadze leśniczego, którego oczekiwali.

- A widziałeś jakieś ciuchy?

- Nie. Znalazłem piwnicę.

- Ale czy jakieś ciuchy tam znalazłeś?

- Nie, ale znalazłem piwnicę – żartował Kuba.

- To już wiem, ale czy tam były jakieś ubrania.

- Nie szukałem, bo trochę się boję piwnicy.

- Sam muszę tam się udać – stwierdził Maksym.

- Co jeszcze możemy dzisiaj zrobić? – spytał Kuba.

- Posprzątać po obiedzie?

- I poszukać drogi do obozu. A wcześniej?

- Jak wcześniej?

- A jak nas tu ktoś zastanie... Przecież nie jesteśmy w domu. Muszę jeszcze trochę poleżeć.

- Poleżeć?

- Ta zimna woda w stawie z żółwiami... No poleżeć w wannie z gorącą wodą. – Zaśmiał się Kuba.

- To ja popilnuję, żeby cię nikt nie ukradł. – Uśmiechnął się Maksym.

Kiedy Kuba brał kąpiel, Maksym postanowił odkryć wszystkie tajemnice piwnicy. Otworzył drzwi, za którymi spodziewał się znaleźć schody, lecz znalazł jedynie schowek na miotły. "No jak to? Czyżbym pomylił drzwi? – pomyślał. – No przecież nie ma już innych drzwi w tej leśniczówce. A jeśli jest rzeczywiście zaczarowana? Ale takie rzeczy są tylko w bajkach".

W rogu leśniczówki Maksym zauważył jeszcze jedną szafę. Była bardzo wąska, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Nie miała też żadnego uchwytu, tylko mały kluczyk.

Kiedy ją otworzył, okazało się, że to schowek, w którym wisiało kilka strzelb.

- Chyba myśliwskie! – zachwycił się Kuba, który właśnie wyszedł z łazienki.

- No tak! Jeżeli leśniczówka, to muszą być i strzelby – przyznał Maksym.

Za strzelbami dostrzegli małe pudełka z nabojami.

- O, kurczę, ten leśniczy to chyba rzeczywiście poluje na zwierzęta – stwierdził Maksym.

- Obejrzymy je? – zaproponował Kuba.

- Nawet ich nie dotykaj! – oburzył się Maks.

- A może tylko służą do obrony? Na przykład przed niedźwiedziami.

Kuba jednak nie mógł się powstrzymać i wyjął jedną ze strzelb, aby lepiej jej się przyjrzeć. Wydała mu się bardzo stara – liczne ozdoby, drewniany uchwyt... Im dłużej trzymał ją w ręku, tym bardziej czuł się nieswojo. Wreszcie wstawił ją do szafy.

- Miała tam być jakaś piwnica. Gdzie jest wejście do niej? – zawołał Maksym.

- Tutaj – odpowiedział przyjaciel, otwierając drewniane drzwi. – Są i schody! Popatrz – dodał po chwili.

Maksym w pośpiechu zbliżył się do Kuby i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

- Przyrzekłbym, że za tymi drzwiami był schowek na miotły – stwierdził przerażony. To schodź pierwszy, bohaterze – zaproponował Kuba.

- A jak tam będzie jakiś trup?

- Co ty mówisz? Jaki trup? To uciekniemy...

Wreszcie Kuba powoli zaczął schodzić, ale w pewnym momencie zatrzymał się. Było zbyt ciemno.

- Nie widziałeś jakiejś latarki? Już nic nie widzę.

- Chyba jest w szufladzie. – Przypominał sobie Maksym i pobiegł, aby ją przynieść.

Zeszli do piwnicy i... aż Po chwili zaniemówili z wrażenia.

- Ale jazda! – zachwycił się Kuba na widok stołu z piłkarzykami.

- Tu musiały mieszkać jakieś dzieci.

- A ty myślałeś, że leśniczy nie może mieć dzieci?

- Bierzemy go na górę?

- Jasne!

Po chwili ulubiona gra przyjaciół znajdowała się już w salonie leśniczówki. Chłopcy zapomnieli o wszystkim, a nawet o tym, żeby zamknąć drzwi do piwnicy. Zaczęli wielką przygodę z piłkarzykami. Grali bardzo głośno i żywiołowo. Raz wygrywał Kuba, a innym razem Maksym. Już dawno tak wspaniale się nie bawili do momentu, kiedy poczuli się zmęczeni.

- Muszę się na chwilkę położyć – stwierdził nagle Kuba. – Poczułem się zmęczony.

- To ja też – odpowiedział Maksym, ziewając.

Przyjaciołom ledwie udało się dowlec do łóżka i od razu smacznie zasnęli.

***

- To rzeczywiście dziwne, bardzo dziwne – stwierdził Kuba, skoro tylko otworzył oczy.

- A co jest znowu takie dziwne? – zdziwił się Maksym, szeroko ziewając.

- Śnił mi się mały jelonek.

- Taki z różkami?

- No właśnie. Mały jelonek z małymi różkami, którego karmiłem z małej butelki, he, he. Ale mam sny...

- A skąd się wziął ten jelonek? – spytał Maksym.

- O, kurczę! – Kuba się przestraszył. – Jakiś kłusownik zabił jego matkę, a on jest teraz całkiem sam – mówił bardzo chaotycznie, wychodząc z łóżka. – A jeśli w nocy znajdą go wilki?

- Kuba! Spokojnie. To był tylko sen, nic więcej. Myślisz, że żyją tu wilki?

- No pewnie! To jest puszcza, a jeśli nie żyją w puszczy, to gdzie miałyby żyć? Muszę uratować tego jelonka.

- Kuba! Miałeś tylko sen. To nie był real.

- A skąd wiesz, jeśli tu wszystko takie dziwne.

- Ciekawe, jak go znajdziesz? – Chłopcy zaczęli się kłócić.

- No przecież mówię ci, że mi się śniło. Jeśli wyjdziemy z leśniczówki, to musimy skręcić w lewo i iść w górę. Ej! No chodź, żeby się czasami ciemno nie zrobiło. Potem w nagrodę pogram z tobą w piłkarzyki. I może dam ci wygrać.

- Taaaa... Akurat! I tak jestem lepszy.

- Nie kłóć się ze mną, tylko rusz się!

Ku zaskoczeniu chłopców okazało się, że ubrania już wyschły. Nie wiedzieli nawet, która jest godzina, i choć robiło się już szaro, postanowili ruszyć w drogę. Pospiesznie założyli mundurki i ostrożnie wyszli z leśniczówki. Zdziwieni zauważyli, że leśnej dróżki, która poprzednio brała początek albo też kończyła się na polanie, po prostu nie było. Na jej miejscu rosły wiekowe buki, masywne dęby i gdzieniegdzie krzaki.

- Ale tu się zmieniło!...

- Tu się ciągle coś zmienia. Musimy iść w lewo...

- ... i do góry. Wspominałeś już.

Na polanie, na której znajdowała się leśniczówka, było szaro, a nawet ciemno, natomiast ścieżkę, która biegła w górę za leśniczówką, oświetlały promienie słońca.

- Tylko tu świeci słońce.

- Hmm...

- To ta ścieżka. Pamiętam ją ze snu. Później usłyszałem hałas... jakby zbliżającego się pociągu.

- W puszczy pociąg? – zdziwił się Maksym.

- To nie był pociąg, tylko wodospad. Był super. Nie był wprawdzie zbyt wysoki, ale spływała z niego bardzo czysta woda. I przy wodospadzie pływały śliczne ryby. No mówię ci.

- Duże?

- Nie! Małe, ale kolorowe. Białe, nakrapiane w różnego koloru plamki.

- Chyba tam jest ten wodospad.

- Słyszysz coś?

- Tak.

Im bardziej chłopcy oddalali się od leśniczówki, tym wyraźniej słyszeli ów tajemniczy hałas.

- Jest! Chyba jest! – zawołał Maksym.

- No właśnie, to tutaj! Wszystko sobie przypominam. Ale ja mam sny... Co nie, Maks?

Maksym nie odpowiedział, tylko popatrzył na przyjaciela. Kiedy doszli do wodospadu, zachwycili się jego widokiem, a gdy pochylili się nad wodą, urzeczeni patrzyli na rybki, które tam pływały.

- Jeszcze nigdy nie widziałem tak kolorowych rybek – stwierdził Kuba, wkładając delikatnie palce do wody.

- Ja też, ale może wyjmij ten palec z wody.

- No weź! Ty się ciągle boisz!?

- Ej, a nie wydaje ci się, że ten strumyk, który wypływa z tego stawu, płynie trochę pod górkę.

- No, chyba tak. Ale jest to możliwe?

- Wiem, że to niemożliwe, ale zobacz.

Wokół wodospadu rosło sporo drzew i jeszcze więcej krzaków. Chłopcy ostrożnie ruszyli z biegiem strumyka.

- O! Tutaj! Tutaj rosną te krzaki, które widziałem we śnie – zawołał głośno.

Faktycznie, były niezwykłe. Liście koloru czerwono-fioletowego, były bardzo małe, a spod każdego z nich wyrastała jedna igła.

- A ten jelonek, o którym mówiłeś, to gdzie? – Uśmiechnął się Maks.

- Powinien tam leżeć. Musimy uważać, żeby się nie ukłuć. Już się ukłułem.

- Widzisz! Jest! – stwierdził cicho Kuba, odsuwając gałęzie i pokazując przyjacielowi jelonka. Ale super!

- Tylko popatrz, jaki chudy i jak szybko oddycha. Chyba się boi. Możemy go zabrać?

- Jeśli tego nie zrobimy, to już po nim, bo jego mama zginęła.

- A co je taki maluch?

- Jak wszystkie maluchy pije mleko.

- Albo makaron z salami... – Maksym się zaśmiał. – Weź go na ręce. Tylko uważaj, żeby nie uciekł.

Jelonek był bardzo wystraszony, ale zaufał chłopcom i nie próbował uciekać, choć może był już tak słaby, że nie dał po prostu rady.

- Ale on lekki – stwierdził Kuba, kiedy go tylko podniósł.

- Gdzie go zaniesiemy?

- No... zabierzemy do leśniczówki. Może spać z nami – zaśmiał się Kuba.

- Taaa... Na pewno ma robaki.

- Jakie robaki?

- No, takie jelonkowe. Zresztą wszystkie dzikie zwierzęta mają robaki, czytałem kiedyś w jakieś książce.

- Ale ten nie ma – bronił jelonka Kuba. To przecież jelonek z czarodziejskiego lasu.

- Pomóc ci?

- Nie! Nie, on jest naprawdę lekki.

Po kilku minutach zadowoleni z siebie skauci dotarli do leśniczówki.

- Patrz! Teraz tu też świeci słońce – zauważył Kuba.

- Bo słońce już tak ma, raz świeci tu, a innym razem tam. Choć właściwie to słońce świeci zawsze, tylko czasami chmury je zasłaniają.

- Ale na niebie nie ma dziś chmur.

- Dlatego świeci i u nas.

- Wchodź już do środka, bo nasz gość jest na pewno głodny.

- Popatrz! Drzwi są trochę uchylone.

- Chyba je tak zostawiłem. A może leśniczy wrócił?

W leśniczówce jednak nikogo nie było i na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło.

- Połóż jelonka na fotel – stwierdził Maksym. – I poszukaj jakiegoś koca, a ja mu podgrzeję mleko.

- Mamy mleko? – zdziwił się Kuba.

- Tu mamy wszystko.

- A butelkę ze smoczkiem?

- He, he... A wiesz, że mamy? Zobacz, co stoi na stoliku.

- To jednak tutaj ktoś był! Albo znowu czary.

Po chwili mleko dla jelonka było już ciepłe. Maksym wlał je do butelki, a Kuba podał maluchowi. Szło mu bardzo dobrze, bo miał sporo praktyki, którą zdobył, kiedy karmił butelką młodszego brata.

- Już się napił? – spytał zdziwiony Maksym, kiedy zobaczył, że Kuba zrobił przerwę w karmieniu.

- Nie, ale nie może pić zbyt wiele, bo jeszcze dostanie kolki albo coś takiego. Tak mi zawsze mówiła mama.

Jelonek leżał grzecznie na fotelu – chyba jeszcze bardzo osłabiony – i przyglądał się uważnie chodzącym po leśniczówce chłopcom. Sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć albo przynajmniej się uśmiechnąć, choć wiadomo, że jelonki nie mówią i się nie uśmiechają. Któż to jednak mógł wiedzieć, skoro tutejsze żółwie mówią. Jelonek na pewno był bardzo zadowolony, zwłaszcza kiedy Kuba przykrył go miękkim, ciepłym kocem.

- Musimy go co kilka godzin karmić, żeby się trochę wzmocnił. No i przytył.

- A trawą też?

- Trawę to sam może skubać, jak tylko wyjdzie na polanę.

- Ale musimy go jakoś nazwać.

- Może Oli?

- Od oliwy?

- Nie! Od Oliwera.

- Nawet fajnie: Oli.

- Oli spokojnie leży, to my możemy zagrać mecz – zaproponował Kuba.