W krainie marzeń Tom drugi - Katarzyna Koziorowska

-
Proszę czekać

Weekend u babci

Poranek zaczął się bardzo niewinnie i niepozornie. Pospaliśmy sobie do dziesiątej z hakiem, więc byliśmy wypoczęci i wyspani. Nie chciało się nam przygotowywać czasochłonnego dania, więc zdecydowaliśmy, że przyrządzę poczciwą jajecznicę. Pięć minut później postawiłam ci parujący i smakowicie pachnący talerz przed nosem. Sama też uraczyłam się porcją apetycznego posiłku. Życzyliśmy sobie "smacznego", po czym bez ceregieli rzuciliśmy się na jedzenie.

Podczas posiłku, z pełną buzią opowiadałeś mi o swojej wczorajszej próbie. Byłeś niezwykle podekscytowany. Wasza nowa płyta miała się ukazać już za miesiąc, co niesamowicie cię cieszyło. Kiedy po raz kolejny opisywałeś mi, jak bardzo przełomowy ma być ten krążek, z ciepłym uśmiechem odparłam, żebyś skupił się na jedzeniu, bo za chwilę zawartość twojego talerza będzie zimna. Powtórzyłeś jeszcze trzy razy, jak ty i chłopaki się cieszycie, kiedy w końcu zabrałeś się do dalszego konsumowania.

Kiedy najedliśmy się do syta, zebrałam brudne naczynia i wrzuciłam do zlewu. Nie miałam teraz ochoty na zmywanie, pomyślałam, że zrobię to nieco później. Zapytałam cię, czy miałbyś ochotę czegoś się napić. Ochoczo pokiwałeś głową i odparłeś, że marzy ci się mocna, czarna kawa. Skinęłam głową i zajęłam się przygotowywaniem napoju.

Wróciłam do stołu, stawiając na blacie dwa gorące kubki kawy. Jej aromatyczny zapach rozszedł się po całej kuchni. Napój jednak był jeszcze zbyt gorący, aby go pić. Otoczyłam dłońmi swój przyjemnie ciepły kubek. Milczeliśmy, żadne z nas nie chciało się odzywać pierwsze.

Gdy ostrożnie pociągnęłam drobnego łyka, usłyszałam dochodzący z oddali ostry dźwięk. Hałas robił mój smartfon. Hm, kto mógł do mnie dzwonić o tej porze? Wymieniając z tobą zdziwione spojrzenie, wstałam od stołu i udałam na poszukiwania telefonu. Znalazłam go na nocnym stoliku w sypialni. Zbliżyłam wyświetlacz urządzenia do nosa. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam na nim imię mojej mamy. Odebrałam jak najszybciej połączenie i wróciłam do kuchni. Jako że spoglądałeś na mnie pytająco, szepnęłam, że dzwoni do mnie moja rodzicielka.

Mama zadała mi serię klasycznych pytań (jak się czujemy, co robimy, czy jesteśmy zdrowi, czy mamy co jeść, kiedy odwiedzimy ją i Andrzeja itp.), po czym przeszła wreszcie do sedna sprawy. Mama zapytała, czy nie mielibyśmy ochoty odwiedzić mojej babci. Babcia mieszkała na wsi. Babcia, gdy się dowiedziała, że wreszcie mam chłopaka, postanowiła nas do siebie zaprosić. Po chwili zastanowienia stwierdziłam, że to całkiem dobry pomysł. Musiałam jednak zapytać ciebie, czy znajdziesz czas na kilkudniowe wakacje. Poprosiłam więc mamę, by chwilkę zaczekała, i wyjaśniłam ci całą sprawę. Na pytanie, czy znajdziesz trochę wolnego czasu w przyszłym tygodniu, odparłeś, że nie masz żadnych planów. Gdy wyraziłeś zgodę, wróciłam do rozmowy z mamą. Gdy oznajmiłam jej, że z przyjemnością odwiedzimy babcię, bardzo się ucieszyła. Rodzicielka zapytała, kiedy dokładnie mielibyśmy czas. Ty i ja zgodnie zadecydowaliśmy, że może być piątek, sobota i niedziela. Mama powiedziała, że porozmawia z babcią i da nam znać, czy możemy wtedy ją odwiedzić. Pożegnałam się więc z mamą i zakończyłam połączenie.

Byłeś tak podekscytowany i radosny, że nie mogłeś usiedzieć w miejscu. Powiedziałeś, że gdy byłeś jeszcze mały, jeździłeś na wakacje do dziadka, który miał konie. Przyznałeś, że zdarzało ci się jeździć z dziadkiem w teren. Opowiadając to, najwyraźniej się rozmarzyłeś. Zmrużyłeś oczy, jakbyś chciał dobrze przyjrzeć się wspomnieniom. Odparłam, że ja również uprawiałam jazdę konną, gdy byłam dzieckiem. Razem z mamą jeździłam do pobliskiej stajni. Nie mogłam się doczekać, aż znów znajdę się w siodle. Miałam nadzieję, że przez piętnaście lat przerwy nie zapomniałam, jak się jeździ. Odpowiedziałeś, że tego się nie zapomina.

***

Prędko nadszedł dzień naszego wyjazdu. Miało nas nie być w domu przez trzy dni, więc nie zabieraliśmy ze sobą pokaźnego bagażu. Zdecydowaliśmy, że wystarczy nam plecak. Nie zapomnieliśmy, aby wziąć ze sobą wygodne ubranie, żeby nie nabawić się otarć i siniaków podczas konnej jazdy.

Na szczęście, nie musieliśmy tułać się podmiejskim autobusem. Babcia zaoferowała, że po nas przyjedzie. Moja babcia nie przypominała klasycznej staruszki. Wyglądała bardzo młodo jak na swój wiek. Starowinka nie ubierała się też jak stereotypowa babcia; najlepiej czuła się w przewiewnej koszulce i szortach. Gdy było nieco chłodniej, zakładała wyciągnięty sweter i dżinsowe spodnie. Nikt, kto miał przyjemność poznać moją babcię, nie dawał jej więcej niż pięćdziesiąt pięć lat. Staruszka tak naprawdę liczyła sobie prawie siedemdziesiąt wiosen. Bardzo, bardzo ją lubiłam, bo roztaczała wokół sobie niezwykle przyjemną atmosferę. Czułam się rewelacyjnie w jej obecności. Babcia miała krzepki, donośny głos, uwielbiała się śmiać i żartować. Cieszyłam się niesamowicie, że zaproponowała, abyśmy ją odwiedzili. Najwyraźniej chciała cię poznać.

Gdy zajęliśmy tylne miejsca w niepozornej skodzie babci, babcia gwizdnęła przeciągle na widok naszego domu. Stwierdziła, że dawno nie widziała takiej willi. Z nutką zazdrości mruknęła, że od zawsze marzyła, by zamieszkać w takim apartamencie. Przyglądając się nam żywym spojrzeniem we wstecznym lusterku, powiedziała, że dałaby wiele, żeby żyć w takich luksusach. Nie żeby było jej źle na wsi, absolutnie! Babcia kochała swoje konie i bliski kontakt z naturą. Jednak taka rozległa posiadłość na każdym robiła wrażenie.

Podczas jazdy babcia zadawała nam podstawowe pytania. Opowiedziałam starszej kobiecie, jak się poznaliśmy i jak rozkwitało nasze uczucie. Opisałam naszą podróż do "krainy marzeń", o naszych pierwszych wspólnych Świętach, o wycieczce nad polskie morze. Babcia słuchała mnie uważnie, od czasu do czasu grzecznie kiwając głową. Wtrącała czasami żartobliwy komentarz, jednak jej lekko ironiczne poczucie humoru nie raniło nas. Gdy skończyłam streszczać historię naszej znajomości, babcia zachichotała, że miałam fart, spotykając takiego zajebistego faceta (tak, tak, babcia nie bała się przeklinać). Przytaknąwszy, spojrzałam na ciebie. Byłeś najwyraźniej speszony tym komplementem, bo rozkosznie się zarumieniłeś. Zacząłeś też miętosić brzeg swojej szarej koszulki.

Około godzinę później dotarliśmy na miejsce. Gdy babcia zatrzymała się przed swoim skromnym, ale bardzo sympatycznym domkiem, wysiedliśmy z samochodu. Mmm, rozkoszny wiatr musnął delikatnie moją twarz. Powietrze pachniało tak upojnie, że zaciągnęłam się nim jak palacz dymem z papierosa. Poczułam się, jakbym cofnęła się do czasów dzieciństwa, kiedy odwiedzałam babcię regularniej, niż obecnie. Pogoda zdecydowanie nam dopisywała; uśmiechało się do nas rzęsiste słońce, królujące bez skrupułów na czystym niebie.

Babcia sięgnęła do kieszeni dżinsowych szortów i wyjęła z niej klucze. Wręczyła mi je i zapytała, czy wciąż pamiętam, co gdzie się znajduje. Odparłam, że oczywiście, że nie mogłabym tego zapomnieć. Babcia w odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko, prezentując swoje nienagannie białe zęby, po czym oznajmiła, że mamy czuć się jak u siebie w domu. Byłam tak szczęśliwa, że w ramach wdzięczności przytuliłam staruszkę. Ta poklepała mnie po plecach i wyswobodziła ostrożnie z moich objęć. Gdy zapytałam, czy mogłabym zanieść do domku plecak z naszym ekwipunkiem, babcia zaoferowała się, że się nim zaopiekuje. Powiedziałam, że plecak trochę waży, ale to jej nie interesowało. Podałam babci plecak; zamaszystym ruchem zarzuciła go sobie na grzbiet. Och, chciałabym być na starość taka krzepka! Odchodząc w stronę swojej skromnej posiadłości, babcia zasalutowała nam i życzyła przyjemnego odpoczynku. Dodała, że jeśli będziemy mieli ochotę na kawkę i ciasto, to zaprasza nas do siebie. Skinęliśmy głowami i gorąco jej podziękowaliśmy.

Gdy babcia zniknęła za drzwiami domku, spojrzeliśmy sobie w oczy. W twych zielonych tęczówkach tańczyło złote światło, które zapalało się, gdy byłeś wesoły i zrelaksowany. Odwzajemniłam twój szeroki uśmiech. Zapytałam bez ceregieli, czy masz ochotę na konną przejażdżkę. Szczerząc swoje śnieżnobiałe, równe ząbki odparowałeś, że jak najbardziej. Ujęłam cię więc za nadgarstek i poprowadziłam w stronę stajni.

Gdy wkroczyliśmy do środka, do naszych nozdrzy wpadł przyjemny zapach koni. Wierzchowce powitały nas donośnym rżeniem. Oprowadzałam cię po stajni, przedstawiając ci po kolei wszystkie rumaki. Z tabliczek wiszących na drzwiach boksu mogłeś przeczytać, jak nazywa się dany koń. Gdy poznałeś wstępnie wszystkie wierzchowce, poprosiłeś, żebym zaprowadziła cię do siodlarni. Zapytałeś mnie, czy mógłbyś dosiąść siwka o imieniu Malwa. Według ciebie wyglądała na spokojną, nieskorą po ponoszenia i brykania klacz. Odparłam, że to prawda, Malwa jest najspokojniejszym koniem z całej stajni. Ja wolałam dosiadać Czarnego Księcia; lubiłam tego wałacha, bo jego jeździec nigdy nie mógł być pewny, czy koń znienacka nie odmówi posłuszeństwa. Lubiłam dosiadać Księcia, bo jazda na nim była solidnym zastrzykiem adrenaliny.

Pokazałam ci, gdzie znajduje się siodlarnia. Gdy wkroczyliśmy do wewnątrz, poczuliśmy przyjemną woń skóry. Przedstawiłam ci, gdzie znajduje się siodło i ogłowie Malwy. Jako że siodło ważyło dość sporo, pomogłam ci je zdjąć. Przypomniałam ci, jak należy je trzymać. Podałam ci też ogłowie Malwy, które zarzuciłeś sobie na ramię. Następnie ściągnęłam z haka osprzęt Księcia i mogliśmy wracać do stajni.

Gdy wróciliśmy do stajni, konie musiały wyczuć, że szykuje się jazda. Gdy podeszłam do boksu Czarnego Księcia, ten na powitanie szarpnął gwałtownie łbem. Nie dało się ukryć, że wałach lubi dokazywać. Jazda na nim nigdy nie była nudna. I to mnie właśnie podniecało.

Gdy skończyłam przygotowywać do jazdy Księcia, sprawdziłam, jak radzisz sobie z Malwą. Uniosłeś do góry kciuk na znak, że wszystko w porządku. Uśmiechnąłeś się szeroko, by dać mi do zrozumienia, że jesteś gotowy do jazdy.

Wyprowadziliśmy ze stajni nasze wierzchowce. Na szczęście, pogoda pozostała bez zmian; wciąż było słonecznie i przyjemnie ciepło. Zatrzymaliśmy się w okolicy niewielkiego padoku, by wspiąć się na konie. Nie udało mi się to za pierwszym razem; najwyraźniej wypadłam z wprawy. Ty zaś wskoczyłeś na siodło jak zawodowy jeździec. W końcu i ja dosiadłam swojego konia. Szybko przypomniałam sobie, jak należy poprawnie trzymać wodze. Wyprostowałam się, wypięłam pierś, spojrzałam przed siebie. Szturchnęłam piętami boki konia, który posłusznie ruszył naprzód. Odwróciłam konia w twoją stronę i zapytałam, czy jesteś gotowy do drogi. Radosny jak skowronek odparłeś, że jak najbardziej. Uderzyłeś Malwę obcasami i klacz nieco ospale ruszyła się z miejsca. Jako że nie znałeś tutejszych terenów, zaproponowałam, że będę twoim przewodnikiem. Zgodziłeś się ochoczo.

Jejku, czułam się po prostu cudownie! Miałam wrażenie, jakbym wróciła do czasów dzieciństwa. Do pięknych chwil, których nigdy nie zapomnę. Czarny Książę musiał podzielać mój entuzjazm, bo potrzebowałam dużo siły, aby powstrzymać go przed rzuceniem się do galopu. Ty zaś wciąż musiałeś poganiać Malwę, by dotrzymać mi kroku.

Zapytałam cię, czy miałbyś ochotę ruszyć kłusem. Natychmiast się zgodziłeś. Dosiadem dałam do zrozumienia Księciu, aby przyśpieszył kroku. Ten oczywiście przeszedł od razu do galopu, więc musiałam ściągnąć wodze. W końcu posłusznie ruszył szybkim kłusem. Anglezując obejrzałam się przez ramię, by stwierdzić, czy za mną nadążasz. Zdziwiłam się, że udało ci się obudzić Malwę. Klaczka, zazwyczaj ospała i niechętna do szybkiej jazdy, kłusowała całkiem energicznie. Pozostawałeś wprawdzie lekko z tyłu, ale dawałeś z siebie wszystko.

Kłusowaliśmy jeszcze przez dłuższy czas. W pewnym momencie zapytałam cię, czy chciałbyś przyśpieszyć. Odpowiedziałeś, że nie możesz się doczekać, aż zagalopujemy. Na samo słowo "galop" Czarny Książę parsknął i gromko zarżał. Nie musiałam go poganiać; koń sam ruszył wyciągniętym galopem...

Weekend u babci II

Ruszyliśmy pełnym galopem. Oddałam Czarnemu Księciu wodze, pogoniłam go dosiadem do szybszego biegu. Czułam się fantastycznie! Uwielbiałam czuć wiatr we włosach, słyszeć świst powietrza, widzieć umykającą spod kopyt konia drogę... Co jakiś czas zerkałam do tyłu, aby się upewnić, że za mną nadążasz. Na szczęście, Malwa doskonale dawała sobie radę. Uśmiechnięta od ucha do ucha, rozkoszowałam się prędkością.

Nagle Czarny Książę bryknął. Tak solidnie, że wyrwał mi z rąk wodze. Straciwszy równowagę, zsunęłam się na szyję wierzchowca, a potem runęłam z łoskotem na ziemię. Uderzyłam w nią ze sporym impetem. Spróbowałam usiąść, ale nagle zakręciło mi się w głowie i z powrotem opadłam na trawę. Chciałam krzyknąć, abyś złapał Księcia, ale nie potrafiłam się odezwać. Zrobiło mi się niedobrze, poczułam lekkie mdłości. Kątem oka widziałam, jak zsiadasz z Malwy i doganiasz mojego konia, który zatrzymał się niedaleko stąd i bez ceregieli skubał trawę. Następnie podszedłeś do mnie i ukucnąłeś w pobliżu. Zapytałeś z troską, jak się czuję. Po raz drugi podjęłam próbę przejścia do pozycji siedzącej. Na szczęście, tym razem mi się udało, choć wciąż czułam się nieswojo. Złapałam się za głowę, w której lekko wirowało. Jeszcze raz zadałeś mi pytanie o moje samopoczucie. Odparłam, że dobrze, tylko mam drobne zawroty głowy. Zapytałeś, czy jestem w stanie dalej jechać. Odpowiedziałam, że jak najbardziej, tylko żebyś dał mi chwilkę, bym doszła do siebie. Poprosiłam, abyś przez ten czas zaopiekował się końmi. Rzuciłeś mi ostatnie zmartwione spojrzenie i wstałeś z klęczek. Podszedłeś do koni, które skubały trawę, i chwyciłeś je za wodze.

Na szczęście, kilka minut później mdłości i zawroty głowy minęły. Nie sądziłam, żebym miała coś złamanego. Postanowiłam, że możemy ruszać dalej. Wstałam nieco chwiejnie, ale udało mi się utrzymać równowagę. Podeszłam do ciebie, pilnującego koni. Przejęłam Księcia i wdrapałam się na jego grzbiet. Wskakując na Malwę upewniłeś się, czy jestem w stanie kontynuować przejażdżkę. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha na znak, że wszystko ze mną w porządku. Szturchnęłam piętami mojego wierzchowca i od razu przeszłam do galopu. Ty podążyłeś za mną.

W pewnym momencie znaleźliśmy się na brzegu niewielkiego jeziorka. Wpadłam na pomysł, aby w nim popływać. Oczywiście, siedząc na grzbietach naszych rumaków. Podzieliłam się z tobą tym pomysłem; uznałeś go za bardzo dobry. Pogoniłam Księcia, aby wszedł do wody. Wierzchowcowi tak bardzo się to spodobało, że zarżał donośnie i usiłował ponownie bryknąć; na szczęście, tym razem byłam jednak czujna. Popchnęłam go dosiadem, żeby wszedł głębiej. Kątem oka sprawdziłam, czy z tobą i Malwą wszystko w porządku. Wreszcie, gdy woda sięgała mi do pasa, Czarny Książę stracił grunt pod kopytami. Było to świetne wrażenie. Usłyszałam twój śmiech i radosny krzyk; najwyraźniej tobie również się podobało.

Postanowiliśmy wracać na brzeg. Gdy nasze konie wyszły z wody, pozwoliliśmy im na chwilę odpoczynku. Poluzowaliśmy im popręgi, by mogły skubać trawę. Ty i ja zaś, mokrzy od pasa w dół, usiedliśmy na brzegu jeziora. Słońce grzało intensywnie, więc powinniśmy za chwilę wyschnąć.

Dłubiąc w piasku znalezionym nieopodal patykiem, zapytałam, kiedy dokładnie ruszasz w trasę. Niepewnym głosem odparłeś, że we wtorek. Upewniłam się, jak długo cię nie będzie; zaoponowałeś, że przez blisko półtora miesiąca. Westchnęłam ciężko. Cóż, nie miałam innego wyjścia, jak zaakceptować fakt, że mój chłopak jest wokalistą słynnego na cały świat rockowego zespołu. Mogłam cię jedynie poprosić, abyś regularnie do mnie dzwonił i pisał e-maile. Obiecałeś, że będziesz robił to tak często, jak pozwoli ci czas. Ponownie ciężko zaczerpnęłam powietrza i zapatrzyłam się w dal. Patyczek, którym nieświadomie się bawiłam, złamał się.

Siedzieliśmy przez jakiś czas w kompletnym milczeniu. Ciszę przerywały jedynie śpiewające w koronach drzew ptaki. Gdy postanowiłeś zabrać głos, podskoczyłam lekko ze strachu, bo zrobiłeś to bardzo niespodziewanie. Oznajmiłeś, że masz świetny pomysł, jak zapewnić mi towarzystwo na czas swojej nieobecności. Spojrzałam na ciebie, kompletnie zaskoczona. Wyjaśniłeś mi, że po powrocie do domu udamy się do schroniska. Pomyślałeś, że opieka nad kotem czy psem pozwoli mi przetrwać jakoś czas naszej rozłąki. Zamyśliłam się na moment, po czym stwierdziłam ochoczo, że to całkiem ciekawa propozycja. Zainteresowałeś się wtedy, czy wolę psa, czy kota. Zripostowałam zdecydowanie, że kota. Ucieszyłeś się tak bardzo, że aż klasnąłeś w dłonie i pocałowałeś mnie w środek czoła.

Faktycznie, wpadłeś na naprawdę rewelacyjny pomysł. Obecność zwierzaka w naszym domu z pewnością umili mi oczekiwanie na twój powrót. Może nie sprawi to, że przestanę tęsknić i odliczać dni, ale na pewno będzie mi nieco łatwiej. Od zawsze marzyłam, aby mieć kota. Najlepiej całego czarnego, łącznie z wąsami. Wolałam, aby była to kotka, bo kocury potrafią mocno dokazywać. Kotki podobno są też spokojniejsze i łagodniejsze. Mniejsza z tym. Cieszyłam się, że nasza rodzina się powiększy.

Gdy uzgodniliśmy, że po powrocie od babci wybierzemy się do pobliskiego schroniska, nad brzegiem jeziora znów zapadła cisza. W pewnej chwili położyłam się na trawie, dłonie wsuwając pod potylicę. Wziąłeś ze mnie przykład i zająłeś miejsce u mojego boku. Przez jakiś czas patrzyliśmy tylko, jak na niebie kłębią się niewielkie obłoczki; nie zwiastowały one deszczu. W pewnym momencie podniosłam rękę, jakbym próbowała schwytać chmurkę. Niestety, moja dłoń zacisnęła się na pustce. Słyszałam w pobliżu ciche rżenie koni, raczących się trawą. Poczułam, jak powoli staję się coraz bardziej senna... Gdzieś w trzcinie buczał donośnie jakiś owad... Powoli odlatywałam... Kiedy poczułam, jak twoja dłoń wślizguje się pod moją koszulkę. Natychmiast się ożywiłam. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam twoją twarz, przyozdobioną szerokim uśmiechem. Zapytałeś mnie bez ceregieli, czy nie marzyłam nigdy o seksie na sianie. Nie przestawałeś przy tym dotykać moich nagich piersi. Posłałam ci rozmarzone spojrzenie i odparłam, że owszem, lubiłam o tym fantazjować... Następnie twoja głodna ręka wdarła się do moich spodni... Powstrzymałam cię jednak, chwytając za nadgarstek. Spojrzałeś na mnie z wyrzutem i stwierdziłeś, że z pewnością nikt nam nie przeszkodzi. Ja jednak miałam lepszy pomysł. Zapytałam cię, czy nie wolałbyś przemknąć się w środku nocy do stodoły, w której znajdowało się siano. Babcia będzie z pewnością spała o tej porze, więc nikt nie powinien nas przyłapać. Gdy twoje zielone oczy rozbłysły, wiedziałam, że moja propozycja przypadła ci do gustu. I to bardzo...

***

Spałam w najlepsze, kiedy poczułam szturchnięcie w bok. Pomyślałam, że mi się to przyśniło, więc zamierzałam przewrócić się na drugi bok i kontynuować sen. Szarpiąca mnie ręka jednak nie dawała za wygraną. Nie lubiłam, gdy przeszkadzano mi w drzemce, więc burknęłam coś niezrozumiale i ponownie przytuliłam twarz do poduszki. Wtedy usłyszałam szept. Twój szept, żebym się obudziła, bo mieliśmy przecież pewne plany... Gdy dotarł do mnie sens tych słów, wszystko mi się przypomniało. Zamierzaliśmy obudzić się w środku nocy i przemknąć się do stodoły, w której planowaliśmy sobie niegrzecznie pobaraszkować. Gdy pokonałam senność, wydostałam się z łóżka. Prędko zrzuciłam z siebie piżamę i wskoczyłam w koszulkę i dżinsy. Ty byłeś już gotowy. Starając się nie robić hałasu, zeszliśmy po schodach na dół. Poruszaliśmy się na paluszkach, by nie obudzić śpiącej babci. Bezszelestnie minęliśmy próg i wyszliśmy na zewnątrz domku. Westchnęłam głęboko, sycąc się rozkosznym zapachem nocy. Z bezchmurnego nieba mrugały ku nam gwiazdy, jakby wiedziały, jakie mamy plany. Pyzaty księżyc także sprawiał wrażenie, jakby odgadł, dokąd i po co się wybieramy... Wziąłeś mnie za rękę i biegiem ruszyliśmy w stronę stodoły. Drewniane drzwi zaskrzypiały nieco przy otwieraniu; modliliśmy się w duchu, żeby hałas nie obudził babci. Staruszka najwyraźniej miała mocny sen, więc ostrożnie zamknęliśmy za sobą drzwi i nie zwlekając rzuciliśmy się na siebie. Jejku, nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam tak nienasycona. Miałam wrażenie, że nie kochaliśmy się od wielu tygodni. Czułam się tak podniecona, że chciałam, abyś natychmiast mnie posiadł... Nasze jęki i westchnienia splatały się ze sobą; czułam się szczególnie rozochocona, bo było niemal ciemno i nasz zmysł dotyku znacznie się wyostrzył. Po omacku zdarłam z ciebie koszulkę, a następnie dobrałam się do spodni, które nagle stały się zbyt ciasne... Ty również nie próżnowałeś i czym prędzej pozbawiłeś mnie garderoby...

W końcu osunęliśmy się na przyjemnie pachnące, nieco kłujące siano. Byłam tak rozgrzana, że pragnęłam, abyś przeszedł wreszcie do sedna sprawy. Ty, choć najwyraźniej pragnąłeś tego samego, postanowiłeś się nieco ze mną podroczyć. Błagałam, żebyś przestał się przekomarzać, że pragnę cię w końcu poczuć... Szeptałam, żebyś się nie powstrzymywał, żebyś pokazał, jaki jesteś niegrzeczny... Chciałam poznać, jaki potrafisz być nieokrzesany; pragnęłam, abyś mnie nie oszczędzał. Mruczałam ci do ucha, byś pokazał, jaki możesz być narowisty. Wiedziałam, że moje niegrzeczne słowa rozpalają cię.

W końcu jednak się nade mną zlitowałeś. Gdy wtargnąłeś do środka, powitałam cię głośnym westchnieniem. Moje ciało bezwolnie wygięło się w łuk. Wiedziałam, że nie będę potrzebowała wiele czasu, by eksplodować. Zanurzyłam palce w twoich włosach, przygarniając twoją głowę do moich płonących piersi. Wciąż szeptałam, żebyś potraktował mnie tak, bym nie zapomniała tej nocy do końca życia. Żebyś skończył z delikatnością i wyczuciem, tylko udowodnił, jaki potrafisz być dziki i nienasycony. Spełniałeś z ochotą moje życzenia. Poruszałeś się bardzo, bardzo szybko; byłam pewna, że długo nie wytrzymam.

Uwielbiałam, gdy udawało się nam sięgać szczytu w tym samym czasie. Tak było i tym razem. Przestaliśmy się bać, czy ktoś nas usłyszy; nie krępowaliśmy się, wyrażając na głos naszą rozkosz. Kurczę, nie pamiętałam, kiedy ostatnio było mi tak dobrze. W świetle księżyca, które przeciekało do środka stodoły przez szpary w belkach, widziałam twoją twarz, wykrzywioną przypływem namiętności. Przez moment patrzyliśmy sobie w oczy, próbując złapać oddech. Mmm, siano pachniało tak cudownie, tak rozkosznie kuło w nasze obnażone ciała... W końcu nabrałeś wystarczająco siły, aby się ze mnie zsunąć. Leżeliśmy na wznak jeszcze przez kilka minut; czekaliśmy, aż wrócimy na ziemię. Gdy mniej więcej odetchnęliśmy, odwróciłeś się do mnie i spojrzałeś na mnie kokieteryjnie; wodziłeś przy tym wskazującym palcem po moim brzuchu. Zadałeś klasyczne pytanie, czy mi się podobało. Odwzajemniłam twoje spojrzenie i odparłam, że pomogłeś mi spełnić najskrytszą z moich erotycznych fantazji. Zapytałeś wtedy, czy są jeszcze jakieś inne i jak wyglądają. Odpowiedziałam, że na razie chcę zachować je w tajemnicy. Gdy zadałam ci to samo pytanie, puściłeś perskie oko i wymamrotałeś, że od zawsze marzyłeś o seksie na stole w kuchni. Albo na plaży. W windzie. W przymierzalni. Hmm, zrobiło mi się przyjemnie, gdy wyobraziłam sobie, jak siedzę na stole, a ty mnie nie oszczędzasz... Szepnęłam, że któregoś razu moglibyśmy spróbować w windzie. Na widok twojej buzi stwierdziłam, że się rozmarzyłeś...

Zrobiło się nieco chłodno, więc postanowiliśmy się ubrać. Moje nogi wciąż były jak z waty, więc podałeś mi rękę i pomogłeś wstać. Naprędce wskoczyliśmy w nasze fatałaszki. Chwiejnym krokiem udaliśmy się do wyjścia ze stodoły. Najpierw jednak zerknęłam przez szparę w drzwiach i sprawdziłam, czy droga wolna. Gestem dałam ci do zrozumienia, że możemy ruszać.

Gdy wróciliśmy do domku, z ulgą usłyszeliśmy, że babcia donośnie chrapie. Na paluszkach wspięliśmy się na piętro. Przebraliśmy się w piżamy i wskoczyliśmy do łóżka. Wciąż czułam błogi spokój, moje ciało było rozluźnione i zrelaksowane. Kiedy zakopaliśmy się w pościeli, przylgnęłam do twojego boku. Mruknęliśmy sobie "dobranoc", po czym zamknęliśmy oczy, czekając na nadejście snu...

Cichy wielbiciel

Trwał przyjemny poranek. Krzątałam się po kuchni, przygotowując z okazji śniadania bułeczki z dżemem truskawkowym, czyli nasz ulubiony posiłek. Siedziałeś przy stole, z ożywieniem streszczając mi, co się wydarzyło podczas twojej dwumiesięcznej nieobecności. Tak, nie widzieliśmy się od przeszło ośmiu tygodni. Z tego powodu staraliśmy się nadrobić stracone dni, zwłaszcza wieczory i noce... Cieszyliśmy się, że znowu możemy być razem.

Gdy śniadanie było gotowe, postawiłam na stole dwa talerze z kanapkami. Życzyliśmy sobie "smacznego", po czym oddaliśmy się konsumpcji. Jako że byliśmy nieco głodni (wczoraj wieczorem nie mieliśmy czasu ani ochoty, aby coś przekąsić), bułeczki po chwili zniknęły w naszych żołądkach. Wypiliśmy do ostatniej kropli kawę, wcześniej przeze mnie przygotowaną. Mmm, cudownie było móc najeść się do syta. Uwielbiałam, gdy mój żołądek był pełny. Być może dlatego nie potrafiłam przejść na dietę. Cóż, najważniejsze, że tobie podobały się moje kilogramy.

Kiedy zajęłam się zmywaniem brudnych naczyń, poprosiłam cię ładnie, abyś sprawdził pocztę. Grzecznie wstałeś od stołu i zniknąłeś w korytarzu. Ja zaś pochylałam się nad zlewem, szorując i opłukując talerze i kubki.

Wróciłeś parę minut później. Nie odrywając się od zmywania zapytałam wesoło, czy dostałeś jakiś miłosny list. Nie odpowiedziałeś, więc spojrzałam w twoją stronę. Stałeś u wejścia do kuchni, w dłoni trzymając jakiś list. Przeraził mnie wyraz twojej twarzy; nigdy wcześniej nie widziałam cię tak wściekłego. Usta miałeś zaciśnięte, przez co przypominały poziomą, ponurą kreskę. Zmarszczyłeś brwi, co czyniło cię jeszcze groźniejszym. Oddychałeś z wyraźnym trudem.

Nie mając pojęcia, co się dzieje, zapytałam cię, czy wszystko w porządku. Wciąż milczałeś; wysunąłeś przed siebie rękę, w której tkwił list. Wytarłam naprędce mokre dłonie w kuchennej ścierce i przejęłam list. List był rozdarty, musiałeś najwyraźniej go czytać. Zdziwiłam się niebotycznie, gdy spostrzegłam, że jest adresowany na moje nazwisko. Nie miałam pojęcia, kto mógłby kontaktować się ze mną za pomocą tradycyjnego listu. Drżącymi dłońmi wyjęłam ze środka koperty kartkę. Zaczęłam czytać, a z każdym kolejnym zdaniem moje oczy stawały się coraz większe.

To był list. List miłosny. Jakiś mężczyzna, w bardzo niewybredny sposób, przedstawiał swoje uczucia względem mojej osoby. List był długi, zajmował dwie strony A4. Nadawca miał bardzo ładny charakter pisma. Niestety, nie podpisał się, wiadomość pozostawała anonimowa.

Z trudem panując nad sobą zapytałeś, co to ma być. Czy jest coś, o czym nie wiesz. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami; nie miałam pojęcia, kim mógł być nadawca listu. Z tego, co wiedziałam, nie miałam cichego wielbiciela. Ty jednak wciąż byłeś rozzłoszczony. Zaciskałeś pięści tak mocno, że pobielały ci kłykcie. Twoja zaciśnięta szczęka drżała nerwowo. Kazałeś mi wyjaśnić, kto do mnie pisze w taki sposób. Zgodnie z prawdą odparłam, że nie mam bladego pojęcia. Poprosiłam cię też, żebyś nie podnosił głosu, rozmawiając ze mną. Zdecydowanie nie podobał mi się ton, jakim się do mnie zwracałeś. Ty jednak pozostawałeś wzburzony. Kazałeś mi natychmiast przyznać się, kto jest autorem takich prostych, tandetnych wyznań. Rozłożyłam ręce na znak i powtórzyłam, że nie wiem. Tobie to jednak nie wystarczało. Wysapałeś, że nie pozwolisz, aby jakiś niezbyt rozgarnięty koleś podkradał ci dziewczynę. Jako że nie znosiłam się kłócić, zaproponowałam, abyśmy zapomnieli o całej sprawie. Ty jednak nie zamierzałeś poddać się tak łatwo. Podszedłeś do mnie, położyłeś mi dłonie na barkach i lekko mną potrząsnąłeś. Zdecydowanie mi się to nie spodobało. Zrzuciłam z siebie twoje ręce i cofnęłam o dwa kroki. Zaczynałam tracić cierpliwość. Zapytałam, co się z tobą dzieje. Że nie masz podstaw, aby być zazdrosnym. Przysięgałam, że z nikim cię nie zdradzam. Zarzekałam się, że kocham tylko ciebie. Lecz to wszystko do ciebie nie docierało. Wciąż byłeś zły jak osa. Nie mogłeś uwierzyć, że naprawdę nie wiem, kto mógłby się mną interesować. Zacząłeś mi zarzucać, że nie mówię ci prawdy, że z pewnością coś przed tobą ukrywam. Żądałeś, abym natychmiast ci się przyznała, z kim potajemnie się spotykam.

Nie, to było mocne przegięcie. Straciłam resztki cierpliwości. Rzucając list na blat stolika, wymaszerowałam z kuchni. Ty ruszyłeś za mną. Udałam się w stronę sypialni i z szafy wydostałam walizkę. Zatrzymałeś się w progu sypialni i zapytałeś nieco niepewnie, co robię. Odparłam buńczucznym tonem, że chyba potrzebujesz czasu, aby ochłonąć. Na ten czas wrócę do kawalerki. Cieszyłam się, że nie zdążyłam jeszcze jej wynająć.

Gdy wrzucałam do walizki moje najpotrzebniejsze rzeczy, spostrzegłam, że nieco spuściłeś z tonu. Poprosiłeś mnie, żebyśmy porozmawiali. Moja cierpliwość jednak się wyczerpała. Nie będziesz mi zarzucał, że potajemnie się z kimś spotykam! Pięknie, że nie ufałeś własnej dziewczynie! Nikt nie będzie mnie w ten sposób obrażał, poddawał w wątpliwość moją wierność! Pomyślałam, że musimy od siebie nieco odpocząć. Być może wtedy pójdziesz po rozum do głowy.

Zacząłeś mnie błagać, żebym została. Ja jednak byłam niewzruszona. Gdy spakowałam najważniejsze rzeczy, znalazłam smartfona i zamówiłam taksówkę. Chwyciłam bagaż i ruszyłam w stronę korytarza, ciągnąc za sobą walizkę. Wciąż usiłowałeś mnie powstrzymać, ale ja byłam nieugięta. Wyjęłam klucze do naszego (twojego?) domu i rzuciłam bezceremonialnie na pobliską szafkę. Gdzieś w oddali czułam drobne wyrzuty sumienia, ale nie mogłam pozwolić, aby ktoś ranił moją dumę. Nie, nie chciałam w tej chwili z tobą rozmawiać; wiedziałam doskonale, co masz mi do powiedzenia. Nie oglądając się, minęłam próg domu i ruszyłam wraz z bagażem w stronę bramy. Na szczęście, taksówka nadjechała błyskawicznie. Wrzuciłam walizkę do bagażnika, wślizgnęłam na tyle siedzenie i wskazałam kierowcy adres mojej kawalerki.

Gdy wkroczyłam do mojego mieszkania, do którego nie zaglądałam od kilku miesięcy, poczułam się, jakbym wróciła do przeszłości. Do przeszłości złej i okrutnej. Porzuciłam w przedpokoju walizkę i ruszyłam w stronę saloniku. Osunęłam się na kanapę, po czym wybuchłam donośnym płaczem. Przestałam kompletnie nad sobą panować. Wyłam tak głośno, że z pewnością słyszeli mnie sąsiedzi. Pewnie mocno się dziwili, dlaczego wróciłam do kawalerki...

Płakałam, póki wystarczyło mi sił i łez. Bez ciebie zrobiło mi się nagle bardzo zimno. Choć byłam na ciebie wściekła, to pragnęłam, abyś w tej chwili był przy mnie i mnie przytulił. Chciałam usłyszeć bicie twojego serca, upewnić się, że jesteś w pobliżu, gotów obronić mnie przed życiem... Ty jednak byłeś daleko, po drugiej stronie miasta.

Mimowolnie moja dłoń powędrowała w stronę kieszeni dżinsów. Wydostałam z niej mojego smartfona. Z bólem serca stwierdziłam, że telefon milczy. Miałam nadzieję, że napiszesz do mnie, gdy tylko opuszczę nasz dom... Lecz nie, skrzynka odbiorcza była pusta.

Nie chciałam od ciebie odchodzić, nie! Za bardzo cię kochałam. Dzisiaj jednak zdecydowanie przesadziłeś ze swoją zazdrością i zaborczością. Jak mogłeś mi zarzucać, że cię zdradzam?! Dlaczego poddawałeś w wątpliwość moją wierność, moją prawdomówność?! Nie, nie potrafiłam tego przełknąć, nie mogłam się z tym pogodzić. Postanowiłam zaczekać, aż odezwiesz się pierwszy. Niestety, mój smartfon uparcie milczał...

Powoli zapadał zmrok. Ja jednak nie miałam sił, aby wstać i zapalić światło; pozwoliłam, aby otoczyła mnie lodowata, samotna noc. Siedziałam na kanapie, z podciągniętymi pod brodę kolanami. Było mi okrutnie zimno, ale nie z powodu niskiej temperatury panującej w pokoju. Drżałam jak osika, tęskniąc za twoim ciepłem, za twą bliskością...

Popadłam w coś w rodzaju półsnu. Drzemałam z otwartymi oczami. Mój smartfon leżał na stole, wciąż bezdusznie milcząc. To niemożliwe, żebyś poddał się bez walki. To było do ciebie niepodobne. Byłam pewna, że naprawdę mnie kochasz i nasze uczucie nie zgaśnie przez tak banalną w gruncie rzeczy sprzeczkę. Wpatrywałam się w telefon, czekając, aż wyda jakiś dźwięk. W pokoju jednak było nieznośnie cicho. W dodatku zaszło słońce, więc z każdej strony nacierała na mnie głęboka czerń. Czułam się podle i wstrętnie.

A może to ja przesadziłam? Może powinnam dać ci szansę i z tobą porozmawiać, gdy zacząłeś prosić, bym cię nie opuszczała? Może postąpiłam zbyt pochopnie? Może poniosły mnie emocje? Kłębiło mi się w głowie od sprzecznych myśli... Serce podpowiadało, abym natychmiast sięgnęła po telefon i do ciebie napisała. Rozum jednak kazał, abym zaczekała na twój ruch. Czego miałam słuchać?

Nie miałam pojęcia, kiedy zasnęłam. Obudziłam się dopiero kolejnego dnia. Było już jasno, zegar wskazywał szóstą rano. Zabolało mnie pod mostkiem, gdy uzmysłowiłam sobie, że spędziliśmy osobno kolejną noc. Gdy oprzytomniałam i rozprostowałam zdrętwiałe nogi, moja ręka wystrzeliła w stronę smartfona. Poczułam, jak na żołądek osuwa mi się coś ciężkiego i zimnego; nie miałam nowych wiadomości. Cóż, stwierdziłam, że pewnie postanowiłeś zaczekać, aż to ja przyznam się do błędu. Choć na co dzień byłeś nieśmiały i niepewny siebie, to dbałeś o swój honor.

Boże, co miałam zrobić? Czy miałam się poddać i napisać pierwsza? Znów zrobiło mi się nieznośnie zimno. Nieprzyjemne dreszcze przetaczały się przez mój grzbiet. Oddałabym wszystko, abyś mógł mnie w tej chwili przytulić, otrzeć łzy i obiecać, że wszystko będzie dobrze!

Osunęłam się na kanapę, przyjmując pozycję embrionalną. Łzy spływały ciurkiem po mojej twarzy. Wciąż targały mną wątpliwości i wyrzuty sumienia. Kilka razy wyciągałam rękę w stronę milczącego smartfona, ale w ostatniej chwili ją wycofywałam. Tłumaczyłam sobie, że zaczekam jeszcze chwilkę, że na pewno w końcu się odezwiesz... W końcu nadzieja umiera ostatnia, prawda?

Nie zwracałam uwagi na to, że byłam głodna, że nie wzięłam prysznica. Nie potrafiłam przestać dygotać. Zaglądające przez okno słońce prosiło, abym się uśmiechnęła, ale w mojej duszy panował w tej chwili mrok. Obojętnie przyglądałam się czystemu niebu.

Co za idiota napisał do mnie ten cholerny list?! Czy tego właśnie chciał - skłócić nas?! Jeśli tak, to brawo, właśnie mu się to udało! Ach, jak bardzo żałowałam, że sama nie udałam się do skrzynki na listy! Porwałabym ten głupi list na kawałki i wrzuciła do kosza. Nie dowiedziałbyś się nigdy o nim i teraz leżelibyśmy przytuleni do siebie, po upojnej nocy! Masz to, co chciałeś, cholerny nieudaczniku!

Wstałam z kanapy, bo nie byłam w stanie spokojnie leżeć. Zaczęłam krążyć po pokoju, tocząc walkę z antagonistycznymi myślami i uczuciami. Co jakiś czas zatrzymywałam się i wyglądałam przez okno; być może miałam nadzieję, że cię zobaczę... Lecz nie, na podwórku nie było nikogo.

Gdy znudziło mi się błąkanie od ściany do ściany, ponownie osunęłam się na kanapę. Pochyliłam się i schowałam twarz w dłoniach; znów wybuchłam głośnym szlochem. Nie mogłam uwierzyć, że nie zależało ci, żeby się ze mną pogodzić, żeby było jak dawniej! Skąd w tobie tyle obojętności?! Nie, tego się po tobie nie spodziewałam. Ta myśl zagrzewała mnie do walki. Nie, nie napiszę do ciebie. Będę siedzieć w tej kawalerce, głodna i samotna, dopóki nie zrozumiesz swojego błędu.

Głodna nie byłam, ale nabrałam ochoty na gorącą kawę. Udałam się więc do kuchni, aby przygotować napój. Pięć minut później zasiadłam do stołu, tuląc w dłoniach przyjemnie gorący kubek. Zaczekałam, aż kawa nieco wystygnie, po czym pociągnęłam drobnego łyka. Miałam nadzieję, że kawa sprawi, że zacznę myśleć bardziej trzeźwo.

Byliśmy przecież tacy szczęśliwi! To niemożliwe, żeby taka piękna znajomość skończyła się tak nagle, tak niespodziewanie! Przecież obiecywaliśmy sobie kochać się aż do śmierci! Nasze uczucie miało przetrwać wszystko! Byliśmy wzorem udanego związku! A tu proszę... Poróżnił nas jakiś głupi list, być może napisany tylko po to, aby nas skłócić!

Cichy wielbiciel II

Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Mój pusty żołądek dawał o sobie znać, ale nie mogłam nic zjeść, bo lodówka od wielu miesięcy stała pusta. Zajrzałam do szafek, mając nadzieję, że znajdę pudełko sucharów lub coś w tym rodzaju, ale półki również były puste. Zawiedziona, wróciłam do pokoju i opadłam na fotel, podciągając kolana pod brodę i otaczając je ramionami. Przyłapałam się na tym, że kiwam się jak dziecko przy napadzie choroby sierocej.

Wpatrywałam się w mojego smartfona, ale ten sprawiał wrażenie, jakby się zepsuł. To niemożliwe, że milczałeś tak wytrwale. Byłam przekonana, że prędko wyciągniesz rękę na zgodę. Sądziłam, że nie znosisz kłócić się tak jak ja. No właśnie, tak jak ja... A może powinnam chrzanić honor i odezwać się pierwsza? Przecież zależało mi, żebyśmy pogodzili się jak najprędzej! Pragnęłam uratować nasz związek, który do tej pory był związkiem idealnym, godnym pozazdroszczenia! To niemożliwe, żeby rozpadł się przez taką bzdurę! Nasza wielka miłość nie mogła tak po prostu przeminąć! Nasze uczucie było zbyt silne, aby potraktować je w podobny sposób!

Nie wytrzymałam. Nie mogłam pozwolić, żeby tyle wspólnych miesięcy legło w gruzach. Sięgnęłam po smartfona i zbliżyłam wyświetlacz do nosa. Żadnych nowych wiadomości. Wahałam się jeszcze przez dłuższy czas. Odkładałam telefon, lecz po chwili znów podnosiłam go ze stolika. W końcu, z obijającym się o żebra sercem, otworzyłam okienko nowej wiadomości. Drżącym kciukiem zaczęłam tworzyć SMS-a. Co i rusz kasowałam to, co napisałam. W końcu postanowiłam zadać ci proste, niezobowiązujące pytanie: "O czym myślisz?". Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę, czy postępuję właściwie, zaczynając rozmowę. Westchnęłam donośnie, przeżegnałam się, po czym kliknęłam przycisk "Wyślij". Wiadomość pomknęła do adresata.

Gdy było już za późno, pomyślałam, że fatalnie postąpiłam. Mogłam zaczekać, aż nie wytrzymasz i odezwiesz się pierwszy. Nie mogłam jednak dłużej zwlekać. Pragnęłam wrócić do naszego domu, rzucić walizkę w kąt i przytulić się do ciebie... Tak brakowało mi twojego dotyku, twojego ciepła, bliskości!...

Poderwałam się jak oparzona, gdy martwą ciszę w kawalerce przerwał donośny, ostry dźwięk, zwiastujący nadejście SMS-a. Rzuciłam się na smartfona; prawie go upuściłam, gdy ujęłam go w drżące dłonie. Z zapartym tchem odczytałam wiadomość. "A jak myślisz?". Tylko tyle. Na tylko tyle było cię stać. Poczułam, jak na mój żołądek osuwa się coś ciężkiego i zimnego. Moje serce galopowało jak oszalałe. Co mogłam napisać? Odpowiedź nasuwała się sama... "Nie wiem, o czym myślę. Chcę jedynie, żebyś mnie przytulił". Tak, to właśnie chciałam napisać. Ale czy to było na miejscu? Nie wiem, nie zastanawiałam się. Czym prędzej przelałam swoje myśli na dotykowy ekran i wcisnęłam "Wyślij".

Mijały sekundy. Minuty. W końcu godziny. Och, chyba straciłam głowę, wysyłając ci tego SMS-a! Byłam na siebie wściekła. Do tego stopnia, że zaczęłam wyrywać sobie włosy i obgryzać moje zazwyczaj zadbane paznokcie. Mogłam zaczekać, mogłam potrzymać cię w niepewności! Lecz nie, wszystko musiałam dokumentnie schrzanić. Wszystko przez moją nadgorliwość. Byłam w gorącej wodzie kąpana. Byłam tak bardzo zła, że po raz kolejny rozpłakałam się. Szlochałam, a łzy spływały po mojej twarzy i wsiąkały w koszulkę. Nie troszczyłam się o to, że sąsiedzi usłyszą mój płacz. W tej chwili było to zupełnie bez znaczenia. Niech sobie myślą, co chcą. Moje życie legło w gruzach i tylko o tym byłam w stanie teraz myśleć. Wszystko skończone! Nasza wielka miłość poległa z kretesem.

Podskoczyłam, gdy po raz kolejny jakiś dźwięk rozproszył głęboką ciszę. To było stukanie do drzwi. Tak, słyszałam wyraźnie, bardzo wyraźnie. Ktoś ewidentnie pukał do drzwi! Niewiele myśląc, rzuciłam się w stronę przedpokoju.

Odczekałam parę sekund, zanim odryglowałam drzwi. W końcu je otworzyłam.

Zobaczyłam ciebie. A jakże. Stałeś u progu, z pokaźnym bukietem szkarłatnych róż w ramionach. W moim żołądku zaroiło się od motyli; usiłowałam jednak nie dać tego po sobie poznać. Nie od razu. Splotłam ramiona na piersi i udając, że nie dostrzegam bukietu, zapytałam, czego chcesz. Z miną zbitego psiaka odparłeś, że chcesz mnie przeprosić. Przyznałeś, że zachowałeś się jak skończony palant. Przyszedłeś tutaj, by ratować naszą miłość. Nie mogłeś pozwolić, aby skończyła się tak nagle, przez kompletną bzdurę. Wciąż zadzierając nosa zapytałam, dlaczego w takim razie tak długo milczałeś. Odpowiedziałeś, że nie miałeś odwagi, że czekałeś na mój krok.

Och, byłam wściekła, ale przy tym cholernie szczęśliwa. Miałam ochotę rzucić ci się na szyję i solidnie cię wycałować, ale na szczęście przeszkadzał mi w tym bukiet. Zapytałeś, czy wpuszczę cię do środka. Po paru sekundach skinęłam głową, ale wciąż nie dawałam po sobie poznać, jak się cieszę na twój widok. Wręczyłeś mi bukiet; udawałam, że robię ci wielką łaskę, przyjmując go.

Gdy wstawiłam kwiaty do wazonu i ustawiłam go na środku stołu, zapytałam, czy się czegoś napijesz. Dodałam, że dysponuję jedynie kawą, bo w lodówce hula wiatr. Poprosiłeś więc o kawę.

Byłam zajęta gotowaniem wody, kiedy wmaszerowałeś do kuchni. Udałam, że nie usłyszałam twoich kroków. Wciąż symulowałam, że jestem na ciebie obrażona. Odetchnęłam jednak z ulgą, gdy przytuliłeś się do moich pleców, w pasie otaczając mnie ramionami. Podbródek wsparłeś o mój bark. Usiłowałam burknąć, czego chcesz, lecz zdradził mnie szeroki uśmiech, nad którym nie miałam kontroli. Szepnąłeś mi do ucha, kiedy znudzi mi się udawanie, że jestem na ciebie zła.

Nie, nie potrafiłam dłużej grać. Zdejmując czajnik z palnika, odwróciłam się w twoją stronę. Gdy zobaczyłam swoje odbicie w twoich zielonych oczach, poczułam, jak mijają mi resztki złości. Zarzuciłam ci ramiona na szyję i pozwoliłam, byś mnie pocałował. A całowałeś tak, jakbyśmy nie widzieli się od kilku miesięcy. Byłeś zachłanny i spragniony. Och, czułam, że powoli zapominam o tym, co się wydarzyło. Mogliśmy uratować nasz związek! Nic nie było w stanie poskromić naszej miłości! Pozwoliłam, aby twoje rozgrzane, trzęsące się dłonie wdarły się pod moją koszulkę. Następnie chwyciłeś mnie z siłą imadła za biodra i posadziłeś na kuchennym stole, na szczęście pustym. Hm, spełniałeś właśnie jedną z moich niegrzecznych fantazji... Od zawsze marzyłam o seksie w kuchni... Pośpiesznie pozbawiłeś mnie podkoszulka, uwalniając mój biust (nie nosiłam stanika). Przez kilka następnych minut interesowałeś się wyłącznie moimi piersiami. Uwielbiałam tę pieszczotę, więc odrzuciłam głowę do tyłu, pozwalając moim rozpuszczonym włosom spłynąć na plecy. Gdy znudziła ci się zabawa, zdarłeś z siebie koszulę i rozpiąłeś zamek u spodni, wypuszczając na wolność swoją gotową do działania męskość. Aby ci pomóc, pozbyłam się dżinsów. Całując mnie chciwie poprosiłeś, abym się przed tobą otworzyła. Pośpiesznie spełniłam twoją prośbę. Gdy cię poczułam, zadławiłam się własnym oddechem. Błagałam, żebyś mnie nie oszczędzał. Żebyś pokazał mi, jaki potrafisz być dziki i gorący. Postępowałeś zgodnie z moimi życzeniami. Nie chciałam jednak, żebyśmy od razu przeszli do sedna sprawy, więc mruknęłam proszalnie, żebyś odrobinę zwolnił. Oplotłam cię nogami, nadając prędkość twoich ruchom.

W końcu zrozumiałam, że dłużej nie wytrzymam. Błagałam, abyś dał z siebie wszystko. Nie musiałam nalegać. Och, od bardzo dawna nie doświadczałam takich fajerwerków! Czułam, jak eksploduję, jak nasycam swój nieutulony głód...

Gdy było po wszystkim, roześmiałam się. Zrelaksowany i rozluźniony po chwilach uniesień zapytałeś, z jakiego to powodu mi tak wesoło. Odparłam, że to śmieszne, że seks jest zawsze najlepszym sposobem na pogodzenie się. Że orgazm zawsze rozwiązuje wszelkie problemy. Po udanym stosunku mija cała złość, wszystko wraca do stanu sprzed kłótni. Z szerokim uśmiechem odpowiedziałeś, że to słuszne spostrzeżenie.

Gdy ponownie wskoczyliśmy w ubrania, wróciłam do parzenia kawy. Musiałam ponownie zagotować wodę, bo zdążyła wystygnąć. Poprosiłam cię, abyś udał się do pokoju, że za chwilę do ciebie dołączę. Grzecznie spełniłeś moje życzenie; wcześniej jednak pocałowałeś mnie gorąco.

Gdy wkroczyłam do pokoju, wręczyłam ci gorący kubek kawy. Następnie opadłam na krawędź kanapy, tuż obok ciebie. Otaczając dłońmi mój kubek czekałam, aż rozpoczniesz rozmowę. W pewnej chwili westchnąłeś ciężko i ponownie mnie przeprosiłeś. Tłumaczyłeś się, że poniosły cię emocje. Byłam już z tobą od dłuższego czasu i chyba najwyższa pora, abym przyzwyczaiła się do faktu, że reagujesz na wszystko bardzo emocjonalnie. I tym razem nie posłuchałeś podpowiedzi rozumu. Kierowałeś się jedynie uczuciami. Mówiłeś, że w końcu zrozumiałeś, że czasem trzeba się głęboko zastanowić, zanim się coś powie bądź uczyni. Obiecywałeś, że spróbujesz się poprawić. Nie przestawałeś prosić mnie, żebym była wobec ciebie wyrozumiała i cierpliwa, żebym przyzwyczaiła się do fanaberii, za które był odpowiedzialny twój niespokojny charakter.

Mówiłbyś pewnie jeszcze dużo, ale w końcu położyłam ci wskazujący palec na ustach. Szepnęłam, że tyle na dziś wystarczy. Że nie musisz się tak tłumaczyć, że wszystko dobrze rozumiem. Uznałam, że nie warto mówić więcej o wydarzeniach z ostatnich kilkunastu godzin. Nasz związek przeszedł pomyślnie poważną próbę i z tego faktu powinniśmy się bardzo cieszyć.

Położyłam się u twojego boku, głowę opierając o twoje uda. Zacząłeś przeczesywać palcami moje włosy; dobrze wiedziałeś, że przepadam za tą pieszczotą. Przez kolejne kilka minut wsłuchiwaliśmy się w ciszę, która panowała w kawalerce. Tym razem była to jednak cisza bardzo przyjemna. Nie przestawałeś bawić się moimi kosmykami.

Odezwałeś się pierwszy. Przyciszonym, lekko spłoszonym głosem zapytałeś, jak bardzo za tobą tęskniłam przez ostatnią noc. Choć mieliśmy więcej nie rozmawiać na ten temat, odparłam, że bardzo, bardzo mocno. Kilka razy chciałam napisać, ale nie umiałam się na to zdecydować. Wielokrotnie podnosiłam i odkładałam smartfona. Miałam nadzieję, że odezwiesz się jako pierwszy.

Wciąż głaszcząc mnie po głowie odpowiedziałeś, że czułeś się bardzo podobnie. Również cierpiałeś z faktu, że się pokłóciliśmy. Zauważyłeś, że była to nasza pierwsza poważniejsza sprzeczka. Też chciałeś się do mnie odezwać, ale czekałeś na moją inicjatywę. Noc minęła ci koszmarnie, ani na chwilę nie zmrużyłeś oka. Nie jadłeś ani kolacji, ani śniadania. Wciąż tylko czekałeś, aż twój smartfon wyda dźwięk obwieszczający nadejście nowej wiadomości. Dlatego bardzo się ucieszyłeś, gdy się odezwałam. Prawie upuściłeś telefon, odczytując mojego SMS-a. Pomyślałeś wtedy, że kolejny ruch należy do ciebie. Pognałeś do kwiaciarni po kwiaty i z bukietem udałeś się do mojej kawalerki.

Podniosłam głowę z twoich kolan i przysiadłam na krawędzi kanapy. Następnie wspięłam się na twoje uda i rozsiadłam na nich okrakiem. Zaproponowałam, abyśmy zapomnieli o całej sprawie. Nasz związek trwa nadal i z tego powodu powinniśmy się cieszyć. Nie ma sensu wspominać tych przykrych chwil. Następnie ujęłam w dłonie twoją twarz i złożyłam na malinowych ustach soczystego buziaka. Odpowiedziałeś natychmiast na pocałunek. Twój rozgrzany, giętki języczek wtargnął rozkosznie do mojego gardła.

Ani ja, ani ty już nie udawaliśmy, że nam na sobie nie zależy. Nasza miłość trwała i to było najistotniejsze. Wiedzieliśmy, że nic nie jest w stanie jej zniszczyć. I jedynie to się dziś liczyło.

Anka

Z okazji wyśmienitej pogody postanowiliśmy zjeść śniadanie w ogrodzie. Wzięliśmy ze sobą kosz z posiłkiem i termosem. Nie zapomnieliśmy również o kocu. Wybraliśmy miejsce pod jedną z najbardziej rozłożystych jabłoni; drzewo było obsypane białym, upojnie pachnącym kwieciem. Wyjąłeś z kosza koc i rozpostarłeś go na trawie. Zsunęłam ze stóp sandały i rozsiadłam się na kocu; ty prędko do mnie dołączyłeś. Jeszcze przez chwilę pogmerałeś w koszu, by wyjąć z niego świeże, jeszcze ciepłe bułeczki i dżem truskawkowy. Przy pomocy noża, który też ze sobą wzięliśmy, pokroiłeś bułki. Następnie posmarowałeś je dżemem. Kiedy pierwsza była już gotowa, wręczyłeś mi ją. Zatykając kosmyk włosów za ucho wzięłam od ciebie połowę bułki i wbiłam w nią zęby. Mmm, uwielbiałam dżem, zwłaszcza truskawkowy. Zmrużyłam oczy, delektując się cudownym smakiem. Kątem oka zauważyłam, że również rozkoszujesz się posiłkiem. W pewnym momencie wyjąłeś z kosza termos i napiliśmy się aromatycznej, gorącej herbatki.

Nie rozmawialiśmy o niczym ważnym i poważnym. Zapytałeś mnie od niechcenia, co słychać u moich rodziców. Odpowiedziałam, że wszystko w porządku; mama cieszyła się ostatnio dobrym zdrowiem, Andrzej również miał się dobrze. Zauważyłam, że należałoby ich odwiedzić pewnego popołudnia, bo ostatni raz widzieliśmy się z nimi w imieniny mamy, czyli około półtora miesiąca temu.

U twoich rodziców także się powodziło. Choć oficjalnie pozostawali rozwiedzeni, to od wielu miesięcy mieszkali razem i bardzo dobrze się dogadywali. Miałeś nadzieję, że uda im się dojść do porozumienia na tyle, że ponownie wezmą ślub. Na razie wystarczało ci, że nie rzucają się sobie do gardeł, jak to było na początku sprawy rozwodowej.

Wymieniliśmy jeszcze parę niezobowiązujących zdań. W końcu zadałeś mi pytanie, które mnie zainteresowało. Zapytałeś, czy mam jakichś znajomych, z którymi mogliśmy od czasu do czasu umówić cię na kawę czy piwko do pubu. Wyłamując sobie palce u rąk zauważyłeś, że nasze życie towarzyskie ostatnio obumiera.

Twoje spostrzeżenie dało mi do myślenia. Faktycznie, przez ostatnie kilka miesięcy przebywaliśmy wyłącznie w swoim towarzystwie. Poczułam ochotę, aby wreszcie z kimś się spotkać i na luzie pogawędzić. Zaczęłam zastanawiać się, z kim mogłabym się skontaktować i zaproponować wspólny wypad do kina czy restauracji. Obawiałam się, że moi znajomi mogą być źli, że ostatnio tak zaniedbywałam nasze kontakty. Myślałam intensywnie, która z moich koleżanek mogłaby znaleźć dla nas odrobinę wolnego czasu. Oczywiście, żadna nie miała pojęcia, że spotykam się z tobą; wszystkie moje znajome wiedziały jedynie, że wreszcie znalazłam sobie fantastycznego chłopaka.

W pewnej chwili pomyślałam o Ance. Była to nieco prosta, ale sympatyczna dziewucha. Można było polegać na niej jak na Zawiszy. Była gotowa wysłuchać człowieka, gdy ten pragnął rozmowy i duchowego wsparcia. Mogłam liczyć na nią w każdej potrzebie. Wiele razy pomogła mi w trudnej życiowej sytuacji. Choć nie widziałyśmy się od bardzo dawna, to byłam pewna, że się na mnie nie gniewa. Anka była naprawdę w porządku. Tak, pomyślałam, że mogę jej zdradzić, że moim mężczyzną jest popularny, sławny na cały świat rockowy wokalista.

Podzieliłam się moją refleksją z tobą. Opowiedziałam ci pokrótce o Ance. Obiecałam, że nie narobi szumu, kiedy zdradzę jej, kim jest mój chłopak. Stwierdziłam zadziornie, że Anka to szczupła blondynka, za którą oglądają się mężczyźni. Dodałam, że choć ma wielu adoratorów, to wciąż pozostaje bez drugiej połówki. Nie bałam się jednak, że mi ciebie odbije; Anka nie należała do tego typu dziewczyn, które podkradają chłopaków znajomym. Była wobec mnie lojalna i szczera. Byłam tego pewna, bo w końcu znałyśmy się bardzo długo.

W milczeniu rozważyłeś moją propozycję. Przyłożyłeś palce do ust, poddając się głębokiej refleksji. Twoje czółko przecięła głęboka, pionowa zmarszczka. Skoro wyrażałam się o Ance w samych superlatywach, to stwierdziłeś, że mogłabym cię jej przedstawić. Twoja odpowiedź wprawiła mnie w tak dobry nastrój, że aż klasnęłam w dłonie. Na szczęście, miałam przy sobie smartfona, więc czym prędzej wydostałam go z kieszeni spodni i zbliżyłam do oczu. Kciukiem zaczęłam przewijać listę kontaktów. W końcu trafiłam na numer Anki. Miałam nadzieję, że nie zmieniła go w ciągu ostatnich paru miesięcy. Po chwili zastanowienia stuknęłam palcem w wyświetlacz i włączyłam tryb głośnomówiący. Z zapartym tchem czekałam, aż koleżanka odbierze połączenie. Niestety, po paru sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka. Pomyślałam sobie, że Anka może być w pracy lub po prostu nie ma czasu. Ze smutkiem odłożyłam telefon na koc; miałam nadzieję, że koleżanka oddzwoni.

Nie musiałam długo czekać. Wkrótce między ptasie trele wdarł się ostry, donośny dźwięk, wydawany przez mój telefon. Chwyciłam czym prędzej smartfona; na ekranie zobaczyłam numer Anki. Posyłając ci radosne spojrzenie, odebrałam połączenie. Poprzez ogród poniósł się miły, energiczny głos znajomej.

Koleżanka zapytała nieco ironicznie, że cóż się takiego stało, że sobie o niej przypomniałam. Zaczęłam przepraszać znajomą i tłumaczyć się, że ostatnio działo się tyle, że zapomniałam o Bożym świecie. Anka odparła, że to pewnie mój chłopak tak namieszał mi w głowie. Patrząc ci w oczy odparłam, że ma rację. Anka w odpowiedzi zagwizdała i oznajmiła, że najwyższa pora, abym cię jej przedstawiła. Przyznałam, że w tej sprawie właśnie dzwonię. Zapytałam prosto z mostu, kiedy znalazłaby czas, aby we trójkę wyskoczyć do pubu. Anka wesołym głosem odparła, że z pewnością będzie się nudzić w sobotę wieczorem, bo Marcin wybiera się w męskim gronie na piwo. Zaciekawiłam się, kim jest ten Marcin, ale Anka odparowała, że o wszystkim opowie, jak się spotkamy. Spojrzałam na ciebie, by się upewnić, czy termin ci pasuje. Skinąłeś energicznie głową, że nie masz na ten dzień żadnych planów. Oświadczyłam więc Ance radośnie, że możemy się spotkać. Koleżanka w odpowiedzi zapiszczała radośnie. Zapytała, czy widzimy się w naszym ulubionym pubie. Uśmiechnęłam się szeroko i zripostowałam, że oczywiście. Ostatecznie zadecydowałyśmy, że spotykamy się o osiemnastej. Gdy mruknęłyśmy sobie "do zobaczenia", zakończyłam połączenie.

Wcisnęłam smartfona z powrotem do kieszeni spodni i spojrzałam na ciebie. Nie dało się ukryć, że bardzo się cieszysz. Z radości zatarłeś dłonie, a twoje zielone oczy rozbłysły. Stwierdziłeś, że Anka ma całkiem przyjemny głos; dodałeś, że chętnie zobaczysz, jak wygląda. W odpowiedzi pogroziłam ci palcem i burknęłam pół żartem, pół serio, że to moja koleżanka i masz się trzymać od niej z daleka. Roześmiałeś się w odpowiedzi i odparłeś, że jestem jedyną kobietą, która zwraca twoją uwagę. Zerkając na ciebie spod rzęs mruknęłam, że tak właśnie ma być.

***

Nadszedł dzień spotkania z Anką. Musiałam przyznać, że trochę się denerwowałam. Nie byłam do końca pewna, czy koleżanka nie zmieniła się przez ostatni rok. Czy nadal jest powierniczką moich największych tajemnic i sekretów. Czy wciąż mogę na niej polegać w każdej sytuacji. Obawiałam się, jak zareaguje, gdy dowie się, kim jest mój chłopak. Z tego, co wiedziałam, lubiła twoją muzykę. Ufałam jednak znajomej, że nie zacznie rozpowiadać na prawo i lewo, że straciłeś dla mnie głowę. Że zatrzyma tę wiadomość dla siebie i nie zacznie robić z tego taniej sensacji.

Udaliśmy się do pubu, do którego ja i Anka kiedyś często zaglądałyśmy. Wiedziałam, że spodoba ci się panujący tam osobliwy klimat. Gdy spojrzałeś na zegarek, stwierdziłeś, że jesteśmy przed czasem. Wyznawaliśmy jednak zasadę, że lepiej przyjść za wcześnie, niż się spóźnić. Opadliśmy na miękkie kanapy i czekaliśmy cierpliwie na Ankę. W międzyczasie zamówiliśmy sobie coś do picia; ja wybrałam latte, ty kawę po irlandzku. Na szczęście, oprócz nas w pubie znajdował się tylko jakiś chłopak, który sprawiał wrażenie, jakby nie był jeszcze pełnoletni. Z oddali słyszeliśmy dobrą nutę, sączącą się z ukrytego głośnika.

W końcu do pubu wpadła Anka. Na widok koleżanki natychmiast poprawił mi się nastrój. Dziewczyna jednak zatrzymała się w połowie drogi do naszego stolika. Sprawiała wrażenie, jakby ją zamurowało. Wiedziałam, co spowodowało taką, a nie inną reakcję Anki; zobaczyła oczywiście ciebie. Gestem zachęciłam ją, aby do nas podeszła. Ta zrobiła dwa kroki, po czym znowu zamieniła się w słup soli. Miałam wrażenie, że błękitne oczy koleżanki zaraz wyskoczą z orbit. Aby dodać jej animuszu, wstałam i podeszłam do niej. Szepnęłam jej na ucho, że nie musi się bać, że mój chłopak nie gryzie. Anka niepewnym głosem wydukała, czy to właśnie jest mój facet. Z szerokim uśmiechem skinęłam głową, że tak. Anka gapiła się na ciebie jeszcze przez chwilę, zanim postanowiła podejść. W końcu jednak się na to zdecydowała. Wyciągnęła ku tobie drżącą dłoń i się przedstawiła. Ty z przyjaznym uśmiechem podałeś jej rękę. Anka, wciąż solidnie zszokowana, opadła na wolny fotel.

Przez chwilę cała nasza trójka milczała. Postanowiłam jednak przepłoszyć ciszę i zapytałam Ankę, co się wydarzyło w jej życiu przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Anka, odgradzając się od nas torebką, z przyciśniętymi ramionami do ciała, zaczęła niepewnie dukać. Powiedziała, że udało się jej wreszcie znaleźć pracę w bibliotece. Blondynka przyznała, że lubiła swoje zajęcie, bo kochała książki. Nagle zamilkła, gubiąc wątek rozmowy. Zachęciłam ją do dyskusji pytaniem, kim jest ów tajemniczy Marcin. Wciąż zerkając niepewnie w twoją stronę odparła, że poznaliście się dwa miesiące temu w bibliotece. Marcin przyszedł wypożyczyć książkę. Gdy Anka tylko zobaczyła Marcina, wiedziała, że musi go zdobyć. Na szczęście, chłopak także był nią zainteresowany. Wymienili się numerami telefonów i tydzień później zostali parą. Na tę wieść klasnęłam w dłonie i szczerze pogratulowałam przyjaciółce. Naprawdę się cieszyłam, że w końcu postanowiła się ustabilizować.

Niestety, rozmowa znów się urwała. Anka wciąż sprawiała wrażenie przestraszonej i skonfundowanej. W końcu odezwała się. Mruknęła, że raczej nie muszę jej przedstawiać swojego chłopaka. Gdy to powiedziała, zarumieniła się. Następnie niepewnym tonem zapytała, czy może cię prosić o wspólne zdjęcie i autograf. Odpowiedziałeś, że jasne, że nie ma problemu. Koleżanka zaczęła gmerać w swojej torebce, szukając smartfona. Gdy wreszcie go odnalazła, wstała z fotela i usiadła na kanapie obok ciebie. Następnie wyciągnęła przed siebie rękę ze smartfonem i pstryknęła fotkę. Zdjęcie wyszło nieco poruszone, ale Anka nie panowała nad trzęsącymi się dłońmi. Wracając na swoje miejsce na fotelu, wydostała z torebki swój kalendarz i długopis. Wręczyła ci je prosząc, abyś się podpisał. Gdy spełniłeś jej życzenie, Anka spąsowiała jeszcze bardziej. Schowała smartfona, kalendarz i długopis z powrotem do torebki. W tym samym czasie do naszego stolika podszedł kelner. Anka poprosiła go o czarną kawę.

Upłynęło trochę czasu, zanim zaczęliśmy prowadzić w miarę luźną rozmowę. Anka przestała się już tak bardzo czerwienić, ale wciąż zerkała niepewnie w twoją stronę. Stwierdziłam, że czyni to dość często, co mnie nieco zaniepokoiło. Przypomniałam sobie jednak, że Anka to moja sprawdzona kumpela i nie miałaby sumienia, aby odbić mi chłopaka. Nie, Anka zdecydowanie nie zachowałaby się jak świnia.

Anka II

Anka zaczęła interesować się twoją osobą zdecydowanie za bardzo. Zafascynowałeś ją do tego stopnia, że wstała z fotela i usiadła obok ciebie. Gdy opowiadałeś jakiś dowcip, reagowała donośnym, nieco sztucznym śmiechem, odrzucając do tyłu grzywę jasnych włosów. Z niepokojem zauważyłam, że rzuca ci spojrzenia zdecydowanie zbyt długie. Machała kokieteryjnie rzęsami, wydłużonymi i zagęszczonymi dzięki jakiemuś drogiemu tuszowi. Anka nabrała takiej pewności siebie, że w pewnym momencie położyła ci dłoń na ramieniu. Nie zdzieliłam jej przez łeb tylko dlatego, że Anka była moją przyjaciółką i nie wierzyłam, że byłoby stać ją na to, aby odbić mi chłopaka. Przyglądałam się jedynie kątem oka całej sytuacji. Zachowanie Anki zdecydowanie mi się nie podobało. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak postępuje. Jeszcze dwie godziny wcześniej nie mogła uwierzyć, kim jest mój chłopak; w tej chwili zaś sprawiała wrażenie, jakby się do niego dokumentnie zalecała!

Na szczęście, ty nie reagowałeś na dawane przez nią sygnały. Owszem, byłeś miły i uprzejmy wobec Anki, ale nie rzucałeś jej powłóczystych, kokieteryjnych spojrzeń i nie starałeś się za wszelką cenę zrobić na niej wrażenia. Twój stosunek do niej sprawiał, że nie martwiłam się, iż Anka sprzątnie mi ciebie sprzed nosa. Mogła się do ciebie mizdrzyć, ty jednak nie byłeś zainteresowany jej zalotami. Aby wkurzyć Ankę, przytuliłam się do ciebie, a następnie gorąco pocałowałam. Kątem oka zaobserwowałam, że Ance oko zbielało. Tak, Patrick należy do mnie i masz się trzymać od niego z daleka! Nawet nie próbuj go poderwać, bo on jest mi wierny i nie uda ci się go uwieść!

Miałam już dość tego spotkania. Chciałam znaleźć się w domu. Gdy Anka poszła do toalety, poprosiłam cię, abyśmy wracali. Dodałam też prosto z mostu, że nie podoba mi się zachowanie dziewczyny. Z uśmiechem odparłeś, że nie mam powodów do obaw; Anka była zdecydowanie nie w twoim guście. Zresztą, kochałeś tylko mnie i pozostałe kobiety cię nie interesowały. Poczułam, jak kamień spada mi z serca. Pochyliłam się i ponownie soczyście cię pocałowałam.

Gdy wróciła Anka, wciąż cała w skowronkach, oznajmiłeś, że musimy już iść. Koleżanka wyglądała, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł zimnej wody. Jęknęła, dlaczego tak szybko, że wieczór dopiero się rozkręca. Ty jednak nie dałeś się namówić; podniosłeś się z kanapy, ja postąpiłam tak samo. Udaliśmy się do kontuaru, abyś zapłacił za kawę. Niestety, to nie spłoszyło Anki; podbiegła do ciebie, znów położyła ci dłoń na barku i zapytała, czy ty i ona możecie wymienić się numerami telefonów. Dziewczyna była tak natrętna, że nie mogłam uwierzyć, że do tej pory była moją przyjaciółką. Wytrzeszczyłam oczy, spoglądając na nią z niedowierzaniem. Anka dostrzegła, że gromię ją wzrokiem, więc ze sztucznym uśmiechem powiedziała, że absolutnie nie zamierza odbijać mi chłopaka, że to nie w jej stylu i nie zrobiłaby tego swojej wieloletniej przyjaciółce. Jej słowa mnie nie uspokoiły, bo mowa ciała Anki zdradzała jej prawdziwe zamiary. Dziewczyna leciała na ciebie i nie dało się tego ukryć!

Po chwili zaskoczyłeś mnie także ty. Wyjąłeś z kieszeni dżinsów swojego smartfona i wymieniłeś się z Anką numerami. Odwróciłam się ku tobie tak, żeby Anka nie widziała mojej twarzy, po czym zapytałam szeptem, co ty takiego wyprawiasz. W odpowiedzi wzruszyłeś jedynie ramionami, jakby nie było to nic wielkiego. Jeszcze tego brakowało, żebyś i ty zaczął mnie oszukiwać!

Wyszliśmy z pubu. Anka podążyła za nami. Aby się jej pozbyć, mruknęłam do ciebie, że zamówię taksówkę. Gdy czekaliśmy na taryfę, moja była przyjaciółka nie przestawała świergotać. Mówiła, że było to rewelacyjne spotkanie, że świetnie się bawiła i chętnie umówi się z nami po raz kolejny. Na szczęście, nie odpowiedziałeś na jej umizgi; skinąłeś tylko nieznacznie głową. Anka nie dawała za wygraną; ćwierkała, że zawsze byłam jej najlepszą przyjaciółką. Że musimy odświeżyć nasze kontakty. Dodała, że pewnego razu musimy się spotkać we dwie, żebyśmy mogły swobodnie poplotkować o naszych chłopakach. Hm, ciekawe, jak zareagowałby Marcin, gdyby mógł zobaczyć, jak jego dziewczyna zaleca się do chłopaka swojej rzekomo najlepszej przyjaciółki...

Wreszcie przyjechała taksówka! Anka rzuciła mi się na szyję i wycałowała moje policzki. Następnie postąpiła podobnie z tobą. Czułam, jak nóż mi się w kieszeni otwiera. Chwyciłam cię za nadgarstek i zasugerowałam, żebyśmy już jechali. Gdy zajęliśmy tylne miejsca w taksówce, Anka pomachała nam jeszcze przez szybę. Boże, jaką ulgę poczułam, gdy się jej wreszcie pozbyliśmy!

Milczeliśmy przez całą drogę do domu. Odezwałam się dopiero, gdy z kubkami gorącej herbaty w dłoniach rozsiedliśmy się na kanapie przed kominkiem. Zadałam ci pytanie, co sądzisz o Ance. Zamyśliłeś się głęboko. Drapiąc się po jasnej głowie odparłeś, że jest nieco nadgorliwa, ale poza tym to miła, sympatyczna dziewczyna. Zapytałam prosto z mostu, czy również nie odniosłeś wrażenia, że się do ciebie ewidentnie zaleca. W odpowiedzi zachichotałeś i zmierzwiłeś mi palcami włosy. Odpowiedziałeś, że jesteś przyzwyczajony do tego typu zachowania u swoich fanek. Najważniejsze, to nie reagować na ich zaloty i nie robić im nadziei. Spojrzałeś mi prosto w oczy i mruknąłeś, że przecież nie dałeś się jej uwieść. Zripostowałam, że ty byłeś w porządku, ale Anka chyba przestanie być moją znajomą. Przecież ona jest w związku! Co powiedziałby Marcin, gdyby zobaczył ją dzisiejszego wieczora?! Przecież ona doprawiała mu rogi! Oddychając ciężko odparłeś, że to nie nasza sprawa. Że nic nie poradzimy na rozwiązłość Anki. To jej życie i nie możemy się do niego mieszać...

Dodałbyś coś jeszcze, kiedy nasz spokój zburzył jakiś dźwięk. Po chwili dotarło do nas, że jego źródłem jest twój smartfon. Wydostałeś telefon z kieszeni spodni i przyjrzałeś się wyświetlaczowi. Następnie pokazałeś go mi; na ekranie figurował numer Anki! Posłałeś mi spojrzenie, które pytało, czy możesz odebrać połączenie. Cóż, nie miałam innego wyjścia, jak ci na to pozwolić. Odebrałeś więc telefon i włączyłeś tryb głośnomówiący.

Anka wciąż była pod ogromnym wrażeniem naszego dzisiejszego spotkania. Powtarzała, jak to świetnie się bawiła. Następnie, prosto z mostu, zapytała, czy nie mogłaby wpaść któregoś razu do nas. Dodała, że chciałaby zobaczyć, jak teraz mieszka jej najlepsza psiapsiółka. Koleżanka zaskoczyła nas takim brakiem taktu, że odpowiedź zajęła ci dużo czasu. Chciałeś postąpić grzecznie, więc odparowałeś, że chętnie pokażemy jej nasz dom. Anka wciąż była radosna jak szczypiorek na wiosnę. Dopiero teraz zainteresowała się, czy nie przeszkadza nam, dzwoniąc o tak późnej porze (mijała dwudziesta trzecia). Odparłeś, że tak, jesteśmy dość mocno zajęci. To jednak nie zbiło dziewczyny z pantałyku. Zaśmiała się i zapytała, kiedy w takim razie może nas odwiedzić. Co za nachalna, natrętna dziewucha! Nie znałam Anki od tej strony!

Opowiedziałeś, że nie wiesz w tej chwili, kiedy znajdziemy trochę wolnego czasu. Że odezwiesz się do Anki, jak będziesz pewien planów na najbliższe dni. Nie spodobało się to dziewczynie, ale wzdychając ostentacyjnie odparła, że będzie czekała na twój telefon. Tak, wyraźnie powiedziała "twój", nie "mój"! Odparowałeś dyplomatycznie, że odezwiesz się, jak będziemy mieli czas na kolejne spotkanie. Anka szczebiotała coś jeszcze, ale straciliśmy cierpliwość w tym samym czasie; zakończyłeś niespodziewanie połączenie i wyłączyłeś telefon. Rzucając go nieco gwałtownie na stół, zwróciłeś się do mnie. Następnie twoja wygłodniała dłoń bezpardonowo wdarła się pod moją bluzeczkę... Oj, Anka, porywasz się z motyką na słońce!

***

Kolejny dzień zaczął się spokojnie. Ubrani w piżamy siedzieliśmy przy kuchennym stole, racząc się naleśnikami z serem, które osobiście przygotowałam. Z pełną buzią chwaliłeś mnie, że doskonale gotuję. Przyjmowałam twoje komplementy, zerkając na ciebie znad krawędzi kubka z kawą. Prowadziliśmy luźną rozmowę; wątek Anki powoli przechodził do historii. Mieliśmy nadzieję, że dziewka poszła po rozum do głowy i w końcu postanowiła odpuścić. Znałam ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że potrafi korzystać z mózgu. Wiedziała, kiedy przekracza granicę. Mimo wszystko zapytałam, czy włączyłeś już smartfona. Odparłeś, że kompletnie o nim zapomniałeś. Skończywszy pochłaniać trzeciego naleśnika, wstałeś od stołu i udałeś na poszukiwania telefonu. Wróciłeś po niedługim czasie, w dłoni ściskając smartfona. Ponownie usiadłeś do stołu i uruchomiłeś telefon. Po chwili zauważyłam, jak twoje oczy gwałtownie się rozszerzają. Zapytałam, o co chodzi. Pokręciłeś powoli głową, jakbyś nie mógł uwierzyć w to, co widzisz. Następnie, z trudem łapiąc oddech, odparłeś, że dzwoniła Anka. I to dziesięć razy, ostatni raz o piątej nad ranem. Wysłała też kilka SMS-ów, w których zdecydowanie pozwalała sobie na zbyt wiele. Poczułam, jak moje serce przyśpiesza biegu. Zapytałam, czy mogłabym przeczytać wiadomości. Wręczyłeś mi telefon, po czym skrzyżowałeś ręce na piersi.

Nie. To nie mogła być Anka. Nie taką Ankę znałam przez ostatnie kilkanaście lat! To było do niej niepodobne! Dziewczyna nabrała takiej pewności siebie, że zaczęła zwracać się do ciebie "gołąbeczku". Jej SMS-y przeczyły faktowi, że moja była koleżanka potrafi myśleć.

Zrobiło mi się smutno. Naprawdę lubiłam Ankę, faktycznie była moją wieloletnią, sprawdzoną przyjaciółką. Nigdy jednak nie podkładała mi świń. Dlaczego tak nagle się zmieniła? Nie, to nie moja Anka. Nie tę dziewczynę traktowałam jak rodzoną siostrę. Anka by mi tego nie zrobiła. Doskonale wiedziała, że jestem w końcu szczęśliwa; byłam pewna, że będzie cieszyć się tym faktem razem ze mną. A tu proszę, taka przykra niespodzianka... Chciało mi się płakać, że w ten właśnie sposób tracę dobrą znajomą.

Odłożyłam twój smartfon na blat stołu. Spojrzałam na ciebie pytającym wzrokiem... Co dalej? Co mamy począć w takiej sytuacji? Chyba nie pozostawało nam nic innego, jak spotkać się z Anką i szczerze z nią porozmawiać. Żeby pozbawić ją nadziei i oczekiwań względem twojej osoby. Musiałeś dać jej wyraźnie do zrozumienia, że jesteś zajęty i nie interesują cię inne kobiety. Trzeba było oznajmić jej to prosto w oczy.

Zabrałam głos. Zaproponowałam, żebyś napisał do Anki z pytaniem, kiedy mogłaby się z nami spotkać. Oboje stwierdziliśmy, że nie mamy innego wyjścia. Podniosłeś więc smartfona i przez kolejną minutę byłeś pochłonięty pisaniem SMS-a. Gdy skończyłeś, odłożyłeś telefon i schowałeś twarz w dłoniach. Mruknąłeś, że znaleźliśmy się w naprawdę trudnej sytuacji. Nie chciałeś ranić uczuć mojej koleżanki, ale tylko w ten sposób można było rozwiązać problem. Musieliśmy jej uzmysłowić, że masz już dziewczynę, której jesteś wierny. Trzeba było przypomnieć Ance, że ona także jest zajęta. Należało zadać jej pytanie, czy traktuje Marcina serio. Jeśli tak, to nie powinna postępować w taki sposób z innymi mężczyznami. Musiała pójść po rozum do głowy i zrozumieć, że mocno krzywdzi swojego chłopaka. Tak, może w ten sposób pomożemy Ance pojąć, że szczęśliwy związek wymaga szczerości i wierności. Chyba nie chciałaby, aby Marcin o wszystkim się dowiedział.

Anka III

Napisałeś do Anki. Początkowo planowaliśmy spotkać się z nią w naszym domu, ale stwierdziliśmy ostatecznie, że to zły pomysł; Anka, gdyby poznała nasz adres zamieszkania, mogłaby zacząć składać nieproszone wizyty. Woleliśmy spotkać się z nią na neutralnym gruncie. Zdecydowaliśmy, że będzie to pub, w którym ostatnio piliśmy kawę.

W wiadomości do mojej byłej koleżanki napisałeś, że musimy pilnie porozmawiać. Anka najwyżej nie zdawała sobie sprawy w powagi sytuacji, bo odpisała, że z przyjemnością się z nami spotka. Zapytałeś, kiedy znalazłaby chwilę czasu; Anka odpowiedziała, że jeśli nam pasuje, to możemy się zobaczyć już jutro wieczorem. Stwierdziłeś, że to świetnie się składa. Ostatecznie umówiliście się, że spotkamy się w pubie o godzinie dziewiętnastej.

Odłożyłeś smartfona na stół i podrapałeś się po głowie. Czyli znaleźliśmy rozwiązanie problemu. Porozmawiamy szczerze z Anką i wytłumaczymy jej, że nie powinna odbijać chłopaków swoim koleżankom. Anka musiała zrozumieć, że należysz tylko i wyłącznie do mnie i nie ma miejsca dla niej w naszym związku. Dziewczyna była w gruncie rzeczy niegłupia, więc powinna zrozumieć aluzję i wreszcie dać spokój zarówno tobie, jak i mnie. Musiała pojąć, że kochasz tylko mnie i nie dasz się podstępnie uwieść. Nawet taka niebrzydka dziewczyna jak Anka nie robiła na tobie wrażenia, bo byłeś wierny i oddany tylko mnie. Jeśli Anka tego nie zrozumie, trzeba będzie przedstawić jej to łopatologicznie; po prostu powiemy jej, żeby zajęła się swoim chłopakiem, któremu ewidentnie przyprawia rogi.

***

Czekaliśmy niecierpliwie na nadejście Anki. Znów przyszliśmy na miejsce naszego spotkania zbyt wcześnie. Nie wchodziliśmy jednak do środka, bo nie chcieliśmy, by naszą rozmowę podsłuchiwał barman i ludzie obecni w pubie. Milczeliśmy; byliśmy zbyt zdenerwowani, jak będzie wyglądała wymiana zdań z Anką. Przestępowałeś nerwowo z nogi na nogę, ja splotłam ramiona na piersi i patrzyłam nieobecnym wzrokiem w dal. Mieliśmy nadzieję, że Anka poszła po rozum do głowy, bo przestała nękać cię SMS-ami i telefonami. Hm, być może była to cisza przed burzą...

Wreszcie zobaczyliśmy zmierzającą w naszą stronę dziewczynę. Była uśmiechnięta od ucha do ucha. Podeszła do mnie i ucałowała powietrze przy moich policzkach. Następnie odwróciła się w twoją stronę i... bez ceregieli uwiesiła ci się u szyi i pocałowała cię prosto w usta.

Mój odruch był w zupełności bezwarunkowy. Szparkim krokiem podeszłam do Anki i uderzyłam ją w twarz. Cios był tak silny, że koleżanka zatoczyła się. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Przyłożyła dłoń do obolałej twarzy i zapytała, o co mi chodzi.

Rozwiązał mi się język. W końcu wyrzuciłam z siebie to, co tłamsiło mnie od czasu naszego pierwszego spotkania w pubie. Uniesionym głosem powiedziałam prosto z mostu, że Anka ma jak najszybciej zostawić w spokoju mojego chłopaka. Koleżanka odparła, że nie wie, co mam na myśli. Krzyknęłam, że doskonale wie i ma przestać udawać, bo marna z niej aktorka. Anka wciąż miała minę niewiniątka. Przez moment sprawiała wrażenie, jakby miała się rozpłakać. Może to idiotyczne, ale zrobiło mi się jej żal. Zaczęłam jej współczuć. To paradoksalne, ale tak właśnie było. Miałam zbyt dobre serce, aby długo żywić urazę. Nie znosiłam kłótni i awantur; kiedy do takich dochodziło, jak najszybciej chciałam się pogodzić. Nawet wtedy, gdy to ja miałam rację.

Nie potrafiłam gniewać się na Ankę, choć planowała mi cię odebrać. Wzięłam kilka głębokich, uspokajających oddechów i przemówiłam spokojnym, przyciszonym głosem. Wytłumaczyłam Ance, że widać wyraźnie, iż podoba jej się mój chłopak. Jak już wcześniej wspomniałam, z Anki była marna aktorka i kłamczucha. Nie starała się zamaskować, że wpadłeś jej w oko. Westchnęłam ciężko i zapytałam, patrząc w niebieskie oczy koleżanki, dlaczego mi to robi. Przecież byłyśmy wieloletnimi przyjaciółkami! Nie miałyśmy przed sobą żadnych tajemnic! Mogłyśmy zawsze na sobie polegać! Sądziłam, że Anka będzie się cieszyć, że po tylu latach znalazłam wreszcie miłość. Nie spodziewałam się, że będzie chciała mi ją odebrać! To było do Anki niepodobne! Nie mogłam zrozumieć, co się stało, że postanowiła zadać taki cios swojej najlepszej przyjaciółce. Przecież Anka miała Marcina, dlaczego nie była mu wierna? Podobno go kochała! A kochanym osobom się takich rzeczy nie robi!

Patrzyłam, jak Anka się poddaje. Zgarbiła się, chowając głowę w uniesionych ramionach. Uciekła wzrokiem w bok tak, że nie mogłam dostrzec wyrazu jej twarzy. Gdy dziewczyna ponownie na mnie spojrzała, w jej oczach dostrzegłam łzy. Poczułam nieprzyjemną sensację w okolicach żołądka. Anka złożyła ręce jak do modlitwy i zaczęła mnie przepraszać. Powiedziała, że nie ma pojęcia, co w nią wstąpiło. Przyznała się, że zazdrościła mi chłopaka, zwłaszcza że był to jej idol. Zadurzyła się w nim i nie mogła nic na to poradzić. To było silniejsze od niej. Doskonale wiedziała, że mocno mnie w ten sposób krzywdzi, ale dziwnym sposobem nagle o tym zapomniała. Jej świat stanął niespodziewanie na głowie w dniu, kiedy cię osobiście poznała. Anka zarzekała się, że kocha Marcina i nie chce mu doprawiać rogów. Rozłożyła ręce i powiedziała, że nie poznaje samej siebie. Zaczęła jednak błagać mnie o wybaczenie. Nie chciała, aby nasza wieloletnia przyjaźń skończyła się w tak przykry sposób. Szkoda było tych lat, kiedy byłyśmy sobie bliskie jak siostry. Anka otarła twarz z łez i spojrzała na mnie błagalnie.

Kurczę, znalazłam się w naprawdę trudnej sytuacji. Ja też nie chciałam, aby nasza przyjaźń dobiegła końca w tak paskudny sposób. Mimo zdrady kochałam Ankę jak rodzoną siostrę. Przykro było mi patrzeć, jak płacze i błaga mnie o wybaczenie. Spojrzałam na ciebie; ty jednak sprawiałeś wrażenie, jakbyś myślami był daleko stąd.

Cóż miałam począć? Podeszłam do Anki i mocno ją przytuliłam; to sprawiło, że moja przyjaciółka rozpłakała się jeszcze rzewniej. Zaczęłam głaskać ją po głowie i szeptać, że będzie dobrze, że wszystko jest już w porządku. Anka wyswobodziła się z moich ramion i spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Zapytała, czy się nie przesłyszała; czy faktycznie jej wszystko wybaczam. Skinęłam głową, lecz nie udało mi się uśmiechnąć. Na to Anka odparła, że wiedziała, iż mam miękkie serce. Zaczęła obiecywać, że mi jeszcze to wszystko wynagrodzi. Że mogę spodziewać się rekompensaty.

Następnie Anka zwróciła się ku tobie. Szeptem wydukała, że przeprasza również ciebie. Była głupia sądząc, że porzucisz mnie dla niej. Przecież doskonale wiedziała, że mocno się kochamy i nic nie zburzy tego uczucia. Anka uderzyła się pięścią w pierś i powiedziała, że to nie jej wina, że coś w nią wstąpiło... Że ostatnio nie była sobą, że ktoś przejął nad nią kontrolę... Po chwili zastanowienia odparłeś, że ją rozumiesz i nie masz jej tego za złe. Byłeś przyzwyczajony do faktu, że fanki zakochiwały się w tobie. Przykro ci było, że Anka narobiła sobie bezpodstawnych nadziei. Stwierdziłeś, że najlepiej będzie, jak zapomnimy wszyscy o tej sprawie. Najpierw jednak Anka musiała przysiąc, że zajmie się Marcinem. Szkoda było biedaka, nie miał o niczym pojęcia. Anka obiecała, że będzie go bardziej doceniać. Prosiła jedynie, abyśmy o niczym mu nie mówili. Położyłam rękę na barku przyjaciółki i zapewniłam ją, że nikt nie piśnie mu słówka. Anka była tak nam wdzięczna, że rzuciła mi się na szyję, a tobie podała rękę.

No i problem został rozwiązany. Udało mi się uratować wieloletnią przyjaźń, ty zaś odzyskałeś spokój. W ramach zgody zaproponowałam, żebyśmy wkroczyli do środka i napili się kawki. Anka natychmiast się rozpogodziła. Jeszcze raz mocno mnie przytuliła, po czym pchnęliśmy drzwi pubu.

Faktycznie, Anka nie kłamała mówiąc, że da ci święty spokój. Zajęła miejsce w fotelu, zachowując między sobą a tobą odpowiedni dystans. Moja przyjaciółka była w tak dobrym nastroju, że oznajmiła, że to ona stawia nam kawę. Próbowaliśmy jej odmówić, ale dziewczyna odparła, że robi to w ramach przeprosin. Postanowiliśmy się z nią nie sprzeczać.

Cieszyłam się, że odzyskałam przyjaciółkę. Owszem, wciąż czułam w sercu bolesny cierń, ale ufałam Ance, że to się już więcej nie powtórzy. Cóż, w końcu każdy ma prawo do błędu. Choć bardzo zawiodłam się na koleżance, to chciałam jak najszybciej odbudować naszą przyjaźń. Zadecydowałam, że wybaczę jej i dam jeszcze jedną szansę.

Tym razem wieczór minął nam w świetnej atmosferze. Anka i ja rozmawiałyśmy, jakby nic się nie wydarzyło. Koleżanka już nie wdzięczyła się do ciebie, choć wciąż śmiała się donośnie, gdy opowiadałeś jakiś kawał. Tym razem wiedziałam jednak, że jest niegroźna; że postępuje tak, aby sprawiać wrażenie przyjacielskiej.

Zdziwiliśmy się, kiedy wybiła północ. Bawiliśmy się tak dobrze, że ciężko było nam się rozstać. W końcu jednak stwierdziliśmy, że pora wracać do domu. Anka, zgodnie z zapowiedzią, uregulowała rachunek, po czym wyszliśmy z pubu. Mmm, panowała rozkoszna noc. Powietrze było przyjemnie rześkie.

Anka zapytała, czy będziemy mieli ochotę kiedyś jeszcze się z nią spotkać. Z szczerym uśmiechem odparłam, że oczywiście. Że jeśli chce, może wpaść do nas w każdej chwili. Moje słowa tak ucieszyły koleżankę, że przyłożyła dłoń do ust. Łamiącym się głosem stwierdziła, że jesteśmy dla niej zbyt dobrzy. W odpowiedzi machnęłam ręką, dając dziewczynie do zrozumienia, że nie ma problemu. Obiecaliśmy sobie, że będziemy w kontakcie.

Gdy rozstaliśmy się z Anką, podjęliśmy decyzję, że do domu wrócimy na piechotę. Noc była tak piękna, że pragnęliśmy się nią nacieszyć. Trzymając się za ręce, ruszyliśmy spokojnym, nieśpiesznym krokiem przed siebie.

Ty i ja byliśmy szczęśliwi, że udało się nam rozwiązać problem. Miałam rację mówiąc, że Anka jest niegłupia i wie, kiedy spuścić z tonu. Cieszyłam się, że nasza przyjaźń wyszła cało z tej sytuacji; nie chciałam stracić mojej najlepszej przyjaciółki. Stwierdziłam, że chyba możemy jej zaufać i zaprosić ją do naszego domu. Odparłeś, że warto zaryzykować; Anka powinna nie popełnić ponownie tego samego błędu. Obiecała przecież, że da spokój naszemu związkowi.

Godzinę później dotarliśmy do domu. Czym prędzej przebraliśmy się w piżamy i udaliśmy do kuchni, aby zaparzyć sobie gorącą czekoladę. Z kubkami w dłoniach rozsiedliśmy się wygodnie na kanapie. Czułam się naprawdę świetnie. Cały problem został zażegnany. Odetchnęłam z ulgą, że nikt już nie będzie próbował mi ciebie odebrać. Znów byłeś mój i tylko mój.

Rozkoszną ciszę przerwał nagle dźwięk wydany przez mojego smartfona. Sięgnęłam po leżącą nieopodal torebkę i wydostałam z niej telefon. Otrzymałam nową wiadomość. Nietrudno było zgadnąć, że wysłała ją Anka. Przesyłała nam pozdrowienia i życzyła dobrej nocy. Na koniec podziękowała, że jej wybaczyliśmy. Odpisałam, że wszystko już sobie wyjaśniliśmy i nie ma między nami niedomówień. Życzyłam przyjaciółce dobrej nocy, po czym wrzuciłam telefon z powrotem do torebki. Torebkę rzuciłam na podłogę i wróciłam do ciebie. Położyłam się u twojego boku, składając głowę na twoich kolanach. Miałam wrażenie, że znajduję się w siódmym niebie.

Pada śnieg!

Śnieg, śnieg! Pada śnieg! Krzyknęłam radośnie, podbiegając do okna. Przycisnęłam nos do szyby, aby dokładniej przyjrzeć się wirującym białym płatkom. Kochałam śnieg; zwłaszcza, gdy padał w Święta. Wprawdzie do Świąt pozostał jeszcze tydzień, to istniała nadzieja, że biały puch nie stopnieje do tego czasu.

Podszedłeś do mnie. Przytuliłeś się do moich pleców, ramionami otoczyłeś mnie w pasie. Powiedziałeś, że śnieg kojarzy ci się z najlepszymi momentami z dzieciństwa. Z czasami, gdy największym zmartwieniem było, czy zdąży się wrócić z podwórka na dobranockę bądź czy dostanie się z klasówki czwórkę zamiast piątki. Dlatego też podzielałeś moją radość na widok śniegu. W poprzednie Święta było go jak na lekarstwo; niestety, ocieplenie klimatu daje w kość. Kiedyś, dawno temu, z okazji Bożego Narodzenia śnieg spadał obowiązkowo. Wyciągało się wtedy z piwnicy sanki czy łyżwy, aby nacieszyć się prawdziwą zimą.

Gdy tak przypatrywałam się, jak białe płatki nieśpieszne pokrywają chodniki, wpadłam na pewien pomysł. Prędko się nim z tobą podzieliłam. Odwróciłam się twarzą ku tobie i zapytałam cię, co ty na to, żebyśmy udali się na pobliskie lodowisko. Odparłeś, że nie masz łyżew. Odpowiedziałam, że to żaden problem, bo można je wypożyczyć. Wypuściłeś mnie z objęć i intensywnie podrapałeś się w głowę. Mruknąłeś, że nie jesteś do końca pewny, czy to na pewno dobry pomysł. Nigdy dotąd nie jeździłeś na łyżwach. Nie chciałbyś spędzić Świąt z nogą w gipsie.

Uśmiechnęłam się ciepło i położyłam ci dłoń na barku. Powiedziałam, że ja również nie mam doświadczenia; miałam na sobie łyżwy zaledwie raz (przemilczałam, że tuż po wejściu na lód zaliczyłam glebę). Szepnęłam, że w życiu trzeba eksperymentować, inaczej staje się ono nudne i miałkie. Kto wie, może drzemał w tobie duch łyżwiarza? Nie przekonasz się, póki nie spróbujesz.

Wierciłam ci dziurę w brzuchu tak długo, aż w końcu ustąpiłeś. Ucieszyłam się tak bardzo, że rzuciłam ci się na szyję i soczyście cię pocałowałam. Ostrożnie uwolniłeś się z moich objęć. Mruknąłeś, obserwując podłogę u swych stóp, że wciąż nie jesteś do końca przekonany, czy ten pomysł wypali. Bałeś się, że zrobimy z siebie pośmiewisko. Pocieszyłam cię, że każdy wyśmienity łyżwiarz kiedyś zaczynał. Z pewnością nikt od razu nie był królem lodowiska. Podrapałeś się po głowie, przeciągnąłeś dłonią po twarzy i niepewnie skinąłeś głową. Poklepałam cię po przedramieniu i powiedziałam, że chodzi o to, żebyśmy dobrze się bawili. Zanim zdążyłeś zmienić zdanie, chwyciłam się za nadgarstek i powiodłam w stronę korytarza.

W korytarzu ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy z domu. Było zimno, nawet bardzo; z rozkoszą wdychałam mroźne, orzeźwiające powietrze. Jako że lodowisko znajdowało się niedaleko stąd, postanowiliśmy dotrzeć tam na piechotę. Pomyślałam, że przy okazji zaliczymy spacer i nacieszymy się padającym śniegiem. Wprawdzie lodowate powietrze mroziło nam płuca, a chłodny wiatr usiłował dostać się pod szalik, to niestrudzenie brnęliśmy dalej.

No, dotarliśmy do celu! Nie zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że z lodowiska korzysta multum ludzi; ty także musiałeś to zauważyć, bo znienacka przystanąłeś. Patrząc mi prosto w oczy szepnąłeś, że to chyba nie jest do końca dobry pomysł. Nie chciałeś zrobić z siebie pośmiewiska na oczach takiego tłumu. Och, twoje marudzenie zaczynało mnie denerwować. Chwyciłam cię za rękę i powiodłam w stronę wypożyczalni łyżew. Jęczałeś, że to będzie moja wina, kiedy ludzie będą mieli z nas ubaw. Kazałam ci nie biadolić, inaczej poznasz moje prawdziwe oblicze. Stęknąłeś, przewróciłeś ostentacyjnie oczami, ale już nie oponowałeś.

Zapłaciłam za możliwość skorzystania z lodowiska i wypożyczyłam łyżwy. Wręczyłam ci twoją parę, po czym powiodłam cię w stronę ławek. Usiedliśmy na nich i ściągnęliśmy ze stóp buty. Następnie wsunęliśmy stopy w łyżwy. Kątem oka spostrzegłam, że robisz to bardzo niechętnie. Ponownie położyłam ci dłoń na ramieniu; mruknęłam, że przecież mamy się dobrze bawić, a nie popisywać kunsztem jazdy. To było oczywiste, że nie potrafimy jeździć i zaliczymy glebę. Musieliśmy tylko umieć czerpać z tego radość. W końcu to jakaś nowa przygoda. Miałam już dość notorycznego siedzenia w domu. Trzeba było się rozerwać. Dostawałam pomału kota od ciągłego przebywania w czterech ścianach. Chciałam jedynie urozmaicić dzisiejsze popołudnie. W życiu trzeba eksperymentować, żeby później mieć co wspominać.

Moja tyrada chyba zrobiła na tobie wrażenie, bo nagle wyprostowałeś się i uniosłeś głowę. Z ulgą spostrzegłam uśmiech na twojej twarzy. Mruknąłeś, że chyba mam rację. Że jak zwykle za bardzo się wszystkim przejmujesz. Że jak zawsze wszystko bierzesz do siebie. Stwierdziłeś, że faktycznie, ciągłe siedzenie w domu staje się nudne. Trzeba czerpać z życia pełnymi garściami. Należała się nam odskocznia od codzienności. Nie mogliśmy przecież gnuśnieć całe wieki w czterech ścianach naszego salonu. Trzeba umieć nadać życiu smak. W końcu trzeba będzie mieć o czym opowiadać wnukom, prawda?

Zmiana twojego podejścia do sytuacji bardzo mi się spodobała. Poklepałam cię po ramieniu i szepnęłam, że o to właśnie chodzi; trzeba się czasem wyluzować i przestać brać życie zbyt serio. Liczyła się wyłącznie dobra zabawa. Nieważne, ile zająców złapiemy - chcieliśmy tylko zyskać nowe, przyjemne wspomnienia.

No, trzeba było ruszać. Wstałeś z ławki bardzo niepewnie. Udało ci się wprawdzie wyprostować, ale nagle straciłeś równowagę; na szczęście, byłam w pobliżu i obroniłam cię przed upadkiem. Jęknąłeś, że chyba jednak nic z tego nie będzie. Szepnęłam, że masz się nie poddawać, że początki zawsze są trudne. Posyłając mi ironiczne spojrzenie, wciąż nie puszczając mojej ręki, postawiłeś pierwszy krok. Potem drugi, trzeci, czwarty... Aż w końcu dotarliśmy do progu lodowiska. Spojrzeliśmy sobie w oczy i zadecydowaliśmy, że raz kozie śmierć. Zanim wkroczyliśmy na lód, uniosłam wskazujący palec i zaznaczyłam, że mamy się dobrze bawić, a nie popisywać. Uśmiechnąłeś się nieco niepewnie, ale skinąłeś potakująco głową.

Postanowiliśmy, że pierwsza przekroczę próg lodowiska. Kiedy znalazłam się na lodzie, podałam ci rękę. Z moją pomocą dołączyłeś do mnie. Hm, i co teraz? Postanowiłam ruszyć naprzód. Udało mi się pokonać parę metrów; szczęśliwa zawołałam, żebyś do mnie dołączył. Krzyknęłam, że to wcale nie takie trudne. Ledwo jednak to powiedziałam, powiał silniejszy wiatr i straciłam równowagę. Zamachałam ramionami, rozpaczliwie próbując obronić się przed upadkiem, lecz przegrałam walkę z grawitacją. Po chwili leżałam na lodzie jak długa. Wybuchłam donośnym, radosnym śmiechem, po czym spróbowałam wstać. Gdy z powrotem stanęłam na nogach, ruszyłam w twoją stronę; ty jednak bałeś się puścić barierkę. Powiedziałam, żebyś przynajmniej spróbował się przejechać. Przecież nie możesz spędzić godziny, trzymając się kurczowo balustrady. Wyciągnęłam ku tobie rękę, aby cię zachęcić. Przeżegnawszy się, oderwałeś jedną dłoń od barierki i ścisnąłeś mnie za nadgarstek. Udało się, udało! Puściłeś barierkę! W ślimaczym tempie ruszyliśmy przed siebie. Stawialiśmy kroki bardzo ostrożnie. Kiedy udało się nam pokonać kilkanaście metrów, przybiliśmy sobie piątkę. I ta "piątka" zniszczyła wszystko. Runęliśmy na lód w tym samym czasie. Przez kilka sekund dochodziliśmy do siebie po nagłym spotkaniu z lodem; po chwili jednak równocześnie wybuchliśmy gromkim, szczerym śmiechem. Tak, o to właśnie chodziło! Aby dobrze się bawić! Pomagając sobie nawzajem, ponownie stanęliśmy na nogach. Znów pokonaliśmy kilka metrów i... jeszcze raz wywinęliśmy orła. Tym razem jednak wpadliśmy na młodą dziewczynę, która również gruchnęła na ziemię. Zaczęliśmy ją żarliwie przepraszać. Dziewczyna jednak nie była zła, uśmiechnęła się jedynie i stwierdziła, że nic się nie stało. Podniosła się z klęczek i pojechała dalej. Kurczę! Zazdrościliśmy, że jazda przychodziła jej tak bezproblemowo!

Podjęliśmy jeszcze kilka prób, ale prędzej czy później traciliśmy równowagę. Czasami udawało się nam uniknąć upadku, ale nabieraliśmy powoli pewności, że raczej nie zostaniemy wprawnymi łyżwiarzami. Nie przejmowaliśmy się tym jednak. Najważniejsze, że mieliśmy z tego wielką frajdę. Pomyślałam, że będę miała o czym pisać w pamiętniku.

Pół godziny później stwierdziliśmy, że na dziś wystarczy. Zanim opuściliśmy lodowisko, z kieszeni kurtki wyjąłeś swojego smartfona i zasugerowałeś, żebyśmy na pamiątkę po szalonej jeździe zrobili selfie. Wyciągnąłeś rękę ze smartfonem przed siebie, po czym powiedziałeś, abym szeroko się uśmiechnęła. Byłam nieco obolała po tych kilku upadkach, ale grzecznie wyszczerzyłam ząbki. Po chwili autoportret był gotowy. Podsunąłeś mi wyświetlacz pod nos, abym mu się przyjrzała. Uniosłam w górę kciuk na znak, że zdjęcie jest w porządku. Schowałeś smartfona z powrotem do kieszeni kurtki i wspierając się nawzajem ruszyliśmy w stronę wyjścia z lodowiska.

Och, jak cudnie było poczuć pod stopami pewny grunt! Z ulgą pozbyłam się łyżew i wsunęłam stopy w kozaki. Nie dało się ukryć, że ty także jesteś szczęśliwy. Zwróciłam łyżwy i zapytałam, czy masz dość wrażeń na dziś. Roześmiałeś się i odparłeś, że tak, że na dziś zdecydowanie wystarczy.

Ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Śnieg nie przestawał padać ani na chwilę; przez ostatnie kilka godzin napadało tyle białego puchu, że zaczął sięgać nam niemal do kostek. Jeśli tak dalej pójdzie, to na Święta będziemy mieli prawdzie zaspy. Cieszyłam się z tego powodu jak małe dziecko.

Gdy przekroczyliśmy próg naszego domu, zdjęliśmy kurtki, szaliki, czapki i buty, po czym prędko udaliśmy się w stronę kuchni, aby napić się czegoś rozgrzewającego. Musieliśmy przyznać, że panujący na dworze mróz dał się nam we znaki. Zaoferowałam się, że zaparzę gorącą czekoladę. Ty posłusznie usiadłeś przy kuchennym stole, rozmasowując zziębnięte dłonie. Lodowate powietrze sprawiło, że na twojej buźce wykwitły rozkoszne rumieńce. Rękawem swetra ocierałeś mokry nos.

Gdy wręczyłam ci kubek kakao, zajęłam miejsce naprzeciwko ciebie. Otuliłam mój kubek dłońmi i rozkoszowałam się bijącym od niego przyjemnym ciepłem. Czekałam, aż napój nieco wystygnie; na razie był zbyt gorący, aby go pić.

Śnieg nie przestawał padać. Wielkie płatki wirowały w powietrzu, miotane porywami wiatru. Chodniki, trawniki i ulice były przykryte białym kocem. Zauważyłeś, że jeśli nie przestanie padać przez najbliższe kilka dni, to w Święta będziemy mogli ulepić bałwana i pozjeżdżać z górki na sankach. Na to spostrzeżenie momentalnie się rozpogodziłam. Stwierdziłam, że to rewelacyjny pomysł. Nie pamiętałam, kiedy po raz ostatni lepiłam bałwana; na sankach zaś zjeżdżałam, gdy miałam kilka lat. Dlatego podeszłam do twojej propozycji bardzo entuzjastycznie. Wyciągnęłam rękę ponad blatem stołu i dotknęłam twojej wciąż chłodnej dłoni; podziękowałam ci za to, że jesteś mój i sprawiasz, że w końcu cieszę się na myśl o Świętach.

Pada śnieg! II

Trwał leniwy, styczniowy poranek. Nie mieliśmy żadnych planów na dzisiejszy dzień. Postanowiliśmy zatem po śniadaniu udać się do salonu. Rozsiedliśmy się wygodnie na kanapie. Trzymałeś w ramionach akustyczną gitarę i brzdąkałeś na niej od niechcenia niezbyt skomplikowane melodyjki; robiłeś to najwyraźniej dla zabicia czasu. Siedziałam nieopodal ciebie i słuchałam twoich popisów. Przyglądałam się, jak palce twojej lewej dłoni tańczą na gryfie, a prawa ręka z wprawą roztrąca struny. Mruczałeś sobie pod nosem słowa piosenek.

Zaczęłam wspominać zeszłoroczne Święta. Tym razem nie przygotowywaliśmy Wigilii; pierwszy dzień Bożego Narodzenia spędziliśmy u moich rodziców, drugi - u twoich. Nie żałowaliśmy faktu, że postanowiliśmy spędzić ten czas w gronie rodziny. Moja mama była szczęśliwa, mogąc nas ugościć. Twoi rodzice także byli dla nas bardzo mili i serdeczni. Mama przygotowała dzień wcześniej tradycyjne dwanaście potraw, ale ona i Andrzej tylko je napoczęli. Ty i ja najedliśmy się tak solidnie, że musieliśmy rozpiąć guziki u spodni. Twoi rodzice także poczęstowali nas wyśmienitymi daniami. Byłam przekonana, że przybędzie mi kilka nowych kilogramów; pocieszałam się faktem, że lubisz moje kilogramy.

W pewnym momencie najwyraźniej znudziła ci się gra, bo odłożyłeś instrument. Przeciągnąłeś się i spojrzałeś na mnie z szerokim uśmiechem. Zapytałeś następnie, co będziemy robić przez resztę dnia. Wzruszyłam ramionami i odparłam, że nie mam pojęcia. Oboje popadliśmy w zadumę. Widziałam kątem oka, jak zmarszczyłeś czoło, a twoje nieobecne spojrzenie zawiesiło się gdzieś w przestrzeni. Wskazującym palcem dotknąłeś skroni, a kciukiem podparłeś brodę. Nagle twój odległy wzrok zatrzymał się na oknie. Pstryknąłeś donośnie palcami.

Śnieg! Napadało go tyle przez ostatni tydzień, że zaspy sięgały nam niemal do pasa. Podekscytowany zapytałeś, czy nie chciałabym przejść się do ogrodu i ulepić bałwana. Odpowiedziałam, że to ciekawy sposób na zabicie czasu. Gdy twój pomysł zyskał u mnie aprobatę, klasnąłeś w dłonie i czym prędzej podniosłeś się z kanapy. Postanowiłam ruszyć za tobą.

W korytarzu ubraliśmy się ciepło, po czym wyszliśmy na zewnątrz. Było mroźnie, nawet bardzo, jednak nie zrezygnowaliśmy z naszych planów. Zamknąwszy drzwi, udaliśmy się na tyły naszego domu. Z trudem brnęliśmy przez zwały śniegu, które miejscami sięgały nam do pasa.

W pewnym momencie zatrzymałeś się i przykucnąłeś. Wziąłeś w dłonie nieco śniegu i uformowałeś z niego pigułę. Pigułę tę zacząłeś toczyć w ten sposób, żeby stawała się coraz większa. Wiele się natrudziłeś, nim przybrała odpowiednie rozmiary. Domyśliłam się, że będzie to część pierwsza naszego bałwana. Gdy kula stała się wystarczająco duża, wstałeś z kucek i otarłeś wilgotne czoło. Przez moment przyglądałeś się swojemu dziełu, po czym uniosłeś kciuk ku górze.

Nadeszła moja kolej. Poszłam w twoje ślady. Musiałam jednak pilnować, żeby moja śnieżna kula była nieco mniejsza. Gdy stwierdziłam, że jest już gotowa, wspólnymi siłami podnieśliśmy ją i położyliśmy na kuli przygotowanej przez ciebie. Dostałam przez to niemałej zadyszki. Kto by pomyślał, że nie mam wystarczającej kondycji, aby ulepić zwykłego bałwana. Chyba najwyższa pora, by zapisać się na siłownię i przejść na dietę...

Posprzeczaliśmy się, kto ulepi głowę. W końcu postanowiliśmy, że uczynię to ja. Gdy łepetyna była już przygotowana, pomogłeś mi umieścić ją na właściwym miejscu.

Generalnie nasz bałwan przypominał już człowieka. Stwierdziliśmy jednak, że brakuje mu twarzy. Przez chwilę zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić. Nagle uniosłeś w górę wskazujący palec. Mruknąłeś, że zaraz wracasz; obróciłeś się na pięcie i zacząłeś brnąć poprzez śnieżne zaspy w stronę domu.

Nie mogłam się doczekać, aż wrócisz. Gdy w końcu do mnie dołączyłeś, wyciągnąłeś ku mnie urękawiczoną rękę. Na twojej dłoni spostrzegłam marchewkę i dwa węgielki. Z radością wyjaśniłeś mi, że są to nieodłączne atrybuty porządnego bałwana. Następnie wetknąłeś je w odpowiednie miejsca na jego głowie. Zrobiłeś dwa kroki do tyłu, by ocenić efekt. Zmrużyłeś oczy i wydąłeś wargi, po czym pokręciłeś powoli głową. Nie, to jeszcze nie to. Czegoś jeszcze brakowało naszemu bałwanowi. Po chwili twoje oczy rozbłysły, a twoją buźkę przyozdobił szeroki uśmiech. Zdjąłeś szalik i czapkę; szalikiem owinąłeś szyję bałwana, a czapkę wetknąłeś na jego głowę. Tak, teraz było idealnie! Odwróciłeś się w moją stronę, aby sprawdzić moją reakcję. Stwierdziłam, że teraz nasz bałwan wygląda jak człowiek, ale co z tobą? Przecież będzie ci zimno bez szalika i czapki. Machnąłeś ręką na znak, że nie ma to znaczenia.

Jeszcze przez kilka minut podziwialiśmy naszego bałwana. Pomyślałam, że warto uwiecznić go na fotografii. Poparłeś mój pomysł, bo wydostałeś z kieszeni spodni swojego smartfona. Musiałeś zdjąć na moment rękawiczki, aby zrobić zdjęcie. Chwilę później fotografia była gotowa. Zajrzałam ci przez ramię, aby zobaczyć kadr. Fotka była lekko poruszona, bo z zimna trzęsły ci się ręce. Zapytałam cię niepewnie, czy będę mogła umieścić ją na moim Facebooku. Odparowałeś, że nie ma problemu.

Wsunąłeś telefon z powrotem do kieszeni dżinsów. Sądziłam, że wracamy już do domu, ale złapałeś mnie delikatnie za nadgarstek, gdy zrobiłam krok ku wyjściu z sadu. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam na twojej buźce zawadiacki uśmieszek. Puściłeś moją rękę i ukucnąłeś, by nabrać w dłonie nieco śniegu. Po chwili dotarło do mnie, co knujesz. Gdy piguła była gotowa, z radosnym śmiechem wymierzyłeś nią we mnie. Odpowiedziałam ci wesołym chichotem i schyliłam się, aby ci się zrewanżować. Uformowałam w dłoniach śnieżkę i rzuciłam ją w twoim kierunku. Gdy nią oberwałeś, krzyknąłeś radośnie, że nie mam pojęcia, z kim zadzieram.

Obrzucaliśmy się śnieżkami do czasu, aż zabrakło nam tchu. Zgrzaliśmy się porządnie, ale nie to było najważniejsze. Kiedy usiłowaliśmy złapać oddech, podszedłeś do mnie i otoczyłeś mnie ramionami w pasie. Promienie rzęsistego słońca wydobyły z twoich zielonych tęczówek pozłacane refleksy. Przypomniał mi się moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam z bliska te twoje hipnotyzujące oczy... Również w tej chwili uległam ich urokowi. Nie mogłam się na nie napatrzeć. Uwielbiałam, jak twoje źrenice rozszerzały się, gdy na mnie patrzyłeś. Spojrzenia, które mi posyłałeś, zawsze były pełne ciepła i miłości. Wiedziałam, że moje oczy także uśmiechały się na twój widok.

W pewnym momencie ująłeś moją twarz w swoje zmarznięte dłonie i namiętnie mnie pocałowałeś. Zachłysnęłam się powietrzem, gdy twój sprawny języczek zapląsał w moim gardle. Ochoczo odwzajemniłam pocałunek. Poczułam, jak moje podbrzusze budzi się ze snu; poczułam w podołku rozkoszne łaskotanie. Wiedziałam, że mój gorący pocałunek mocno cię zaskoczył. Wciąż otaczałeś zimnymi dłońmi moją głowę, jakbyś sugerował, żebym nie kończyła.

Oderwaliśmy się od siebie dopiero wtedy, gdy powiał mocniejszy wiatr. Szepnąłeś, abyśmy wracali do domu i tam dokończyli. Przygryzając dolną wargę odparłam, że to wielce kusząca propozycja. Wiedziałam, że na mojej twarzy rozkwitły rumieńce; nie były jednak spowodowane niską temperaturą powietrza...

Gdy udało się nam przedrzeć przez zwały śniegu, czym prędzej wydostałeś z kieszeni kurtki pęk kluczy. Nie przestając mnie całować, przekręciłeś klucz w zamku. Pchnąłeś energicznie drzwi, nie odrywając się ode mnie ani na moment. Gdy zatrzasnąłeś je za nami, czym prędzej pozbyliśmy się wierzchniego ubrania. Następnie chwyciłeś mnie w ramiona i zaniosłeś do salonu. Podszedłeś do kanapy i ostrożnie mnie na niej położyłeś. Mruknąłeś, że jestem piękna, po czym bezpardonowo zdarłeś ze mnie sweterek. Jęknąłeś na widok moich nagich piersi. Pochyliłeś się i zacząłeś ssać moje powiększone sutki. Mmm, było mi tak rozkosznie, że przymknęłam oczy i przygryzłam wargę. Moje ciało wygięło się w łuk. Palce zanurzyłam w twoich jasnych włosach; prosiłam, abyś nie przestawał.

Gdy nacieszyłeś się względnie moimi piersiami, nerwowym ruchem zdarłeś z siebie koszulę. Na widok twojego nagiego torsu przyjemnie zakręciło mi się w głowie. Nie musiałam go dotykać, by stwierdzić, że jest rozgrzany do czerwoności... Mrowienie w moim podołku wzmogło się, gdy spostrzegłam, że w twoich spodniach niespodziewanie zabrakło miejsca... Wyciągnęłam rękę, aby cię dotknąć... Hmm, najwyraźniej mieliśmy naprawdę duży problem... Tak bardzo chciałam cię zobaczyć, że znalazłam w sobie odwagę, by rozpiąć rozporek twoich dżinsów i zsunąć je z twoich apetycznie wąskich bioder...

Poprosiłeś mnie, żebym zrobiła z tobą coś, co mocno cię zaskoczy. Przez chwilę zastanawiałam się, co to może być. Gdy spojrzałam ci w oczy, zrozumiałam, co masz na myśli. Skinęłam głową, odpowiadając twoim myślom. Oznajmiłam, żebyś wygodnie się położył, a ja się tobą odpowiednio zajmę...

Nie, nie, nie czułam wstrętu czy obrzydzenia. Chciałam poczuć, jak smakujesz. Wszystko, co z tobą robiłam, czyniłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie musiałeś mnie do tego namawiać, bo miałam na to przeogromną ochotę. Słyszałam, jak jęczysz sobie cichutko; najwyraźniej podobało ci się, że przejęłam inicjatywę. Bardzo się cieszyłam, że udało mi się ciebie jeszcze bardziej rozpalić. W pewnym momencie westchnąłeś, że dłużej już nie dasz rady, żebym się wycofała. Wiedziałam jednak, że to rozgrzeje cię jeszcze mocniej.

I tak właśnie było. Zazwyczaj doświadczałeś spełnienia po cichutku, lekko przy tym wzdychając. Tym razem jednak twój słodki jęk poniósł się poprzez pokoje naszego domu. Gdy skończyłeś, podniosłam się z klęczek i położyłam u twojego boku. Twoje wpółprzymknięte powieki drgały, spojrzenie wciąż było nieobecne; miałam wrażenie, że nadal znajdujesz się w siódmym niebie. Pogłaskałam cię czule po jasnej, zmierzwionej czuprynie; czekałam, aż odzyskasz władzę nad zmysłami.

Trwało to bardzo długo. Gdy wreszcie ocknąłeś się, zapytałeś żartobliwie, czy znów jesteś na Ziemi. Następnie dodałeś, że byłam niesamowita. Że pierwszy raz w życiu przeżyłeś takie fajerwerki. Nie spodziewałeś się, że moje usteczka potrafią dokonywać takich cudów. Nie wiedziałam, co ci odpowiedzieć; oblizałam więc kokieteryjnie wargi i puściłam perskie oko.

Gdy ochłonąłeś i doszedłeś do siebie, zapytałeś, czy spodziewam się rewanżu. Moje rozpalone podbrzusze na to właśnie czekało, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać. Nie udało mi się jednak ciebie oszukać. Tym razem to ty poprosiłeś, abym pozbyła się spodni i bielizny, położyła się wygodnie i przed tobą otworzyła...

Gdy poczułam twój giętki języczek, straciłam na moment zdolność oddychania. Wiedziałam, że niewiele czasu zajmie mi dotarcie na szczyt, jeśli będziesz obchodził się ze mną w taki sposób. Jęcząc i wzdychając błagałam cię, abyś nie przestawał. Nie chciałam od razu doznawać spełnienia, więc u jego progu poprosiłam, abyś lekko zwolnił. Oczywiście, spełniałeś ochoczo każde moje życzenie.

W końcu stwierdziłam, że pragnę eksplodować. Stwierdziłam, że od dawna nie było mi aż tak cudownie. Kompletnie straciłam panowanie nad moim ciałem, które wygięło się w drżący łuk...

Uch, wkrótce było po wszystkim. Powoli, nieśpiesznie wracałam na naszą planetę. Czułam się cudownie zrelaksowana i odprężona. Leżałeś obok mnie, przypatrując mi się badawczo. Nie dało się ukryć, że jesteś bardzo z siebie zadowolony. Nie musiałam ci mówić, że czuję się wspaniale; wyraz mojej twarzy mówił sam za siebie. Wyszeptałam jedynie, że bardzo, bardzo ci dziękuję za ten darmowy lot w kosmos. Odparłeś, że to drobnostka. Odwróciłam ku tobie głowę i odnalazłam twoje usta. W ramach wdzięczności ucałowałam je chciwie.

Jawa czy sen?

Rozejrzałam się. Nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. Spojrzałam na moje stopy; były nagie, zakopane w piasku. Piasek ten był nienaturalnie jasny i bardzo ciepły. Uniosłam głowę nieco wyżej; przede mną rozpościerało się coś na kształt jeziora. Stwierdziłam, że jest wyjątkowo czyste i przejrzyste; miało szmaragdowy kolor. Spojrzałam jeszcze wyżej. Zdziwiłam się niebotycznie, gdy zobaczyłam wiszące nade mną niebo. Było czyste, lazurowe, pozbawione najmniejszego strzępu obłoku. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak, że zamiast słońca w centrum nieboskłonu znajdowała się... Ziemia. Gdzie ja byłam? Nie miałam pojęcia. Jedno było pewne - znajdowałam się z dala od domu.

Ruszyłam w stronę wody. Zanurzywszy w niej stopy stwierdziłam, że jest bardzo ciepła. Delikatne, niewysokie fale muskały rozkosznie moje kostki. Zrobiłam jeszcze kilka kroków w głąb jeziora; zatrzymałam się, gdy woda sięgała mi do połowy łydek. Wciąż nie mogłam oderwać wzroku od wiszącej nade mną Ziemi. Czy ja umarłam i trafiłam do nieba? Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Czy tak właśnie wyglądał raj? Tutaj trafiał człowiek po śmierci?

Nagle zrozumiałam, że nie jestem tutaj sama. Błyskawicznie się odwróciłam. Zobaczyłam zmierzającego ku mnie mężczyznę. Wyszłam czym prędzej z wody i podeszłam do niego. Tak, tak, wiedziałam, kim jest ten człowiek. Jego imię było mi nieznane, jednak rysy twarzy znałam doskonale. Ten człowiek powstał z mojego snu; zrodził się z moich najskrytszych marzeń. Pod jego postacią zrealizowały się wszystkie moje pragnienia. Byłam przekonana, że od tego mężczyzny zależy cała moja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Kiedy już go spotykałam, wiedziałam, że to spotkanie nie będzie jałowe i pozbawione sensu. Ten człowiek powracał do mnie, gdy zaczynało brakować mi łez. Gdyby nie on, nigdy bym się nie narodziła. Nie miałabym szansy, aby poznać życie. Tajemniczy osobnik znał każdy mój ruch, każdy mój najmniejszy gest...

Podeszłam do niego wystarczająco blisko, lecz on zdawał się mnie nie dostrzegać. Jego spojrzenie było utkwione w przestrzeni ponad moim ramieniem. Bezimienny mężczyzna zaciskał wargi, które tworzyły ponurą, poziomą kreskę. Czoło miał zmarszczone. Najbardziej zaskakujące było jednak to, że był nagi od pasa w górę. Dzięki temu mogłam zobaczyć liczne blizny pokrywające jego dobrze zbudowane ciało. Zrobiło mi się nagle bardzo smutno na widok tych blizn. Musiały powstać podczas zaciekłych walk. Walk o życie i śmierć...

Tajemniczy człowiek był znacznie ode mnie wyższy. Musiałam podnieść wysoko głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Jego oczy... przypominały piekielne otchłanie. Bezgwiezdną, bezksiężycową noc. Bezdenną przepaść. Miałam wrażenie, że stanie się coś bardzo, bardzo złego, jeśli natychmiast nie przestanę się w nie wpatrywać.

Położyłam wątłą, drobną dłoń na masywnym barku mężczyzny. Dopiero wtedy oderwał oczy od horyzontu i zaszczycił mnie swoim spojrzeniem. Jego wzrok był dziki, nie przypominał wzroku człowieka. Mężczyzna milczał bardzo długo, zanim zdecydował się odezwać. Szepnął, że cieszy się, że znów się spotykamy. Że najwyższa pora, aby się obudzić i zobaczyć prawdziwy świat, realne życie. Musimy ratować się przed ostateczną zagładą, która grozi nam obojgu. Cisza, która się rozpętała, należała w pełni do nas.

Z początku nie rozumiałam, co mężczyzna ma na myśli. W końcu jednak dotarł do mnie sens jego słów. Nabrałam odwagi i zadecydowałam, żebyśmy usiedli na piasku. Tajemniczy osobnik bez słowa zgodził się na moją propozycję. Gdy rozsiedliśmy się, znów zapatrzył się w dal. Nie trwało to jednak tak długo, jak na początku.

Zapytałam prosto z mostu, czego ode mnie oczekuje. Odparł, że niczego; że wystarczy, jak będę żyła dalej. Nie musiałam zrywać dla niego gwiazd, przynosić o świcie nowo narodzonego słońca. Pragnął jedynie, żebym obiecała, że mój świat nie skończy się przedwcześnie. Że nie rozstanę się z życiem przed czasem. Mężczyzna szepnął, że przychodzi do mnie właśnie z tego powodu. Żeby zyskać pewność, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.

Nagle wyciągnął masywne ramię i dużą dłonią dotknął mojego przedramienia. Poczułam, jak przez moją rękę przebiega prąd. Zerknęłam nieśmiało w czarne jak północ oczy mężczyzny. Wierzyłam, że nie ma wobec mnie niecnych zamiarów. Nie zamierzał się mieszać w moje ziemskie życie. Tym razem jednak nie znajdowaliśmy się na Ziemi...

Mężczyzna westchnął ciężko i mruknął, że minęło zbyt wiele czasu, aby wszystko było takie samo, jak dawniej. Stwierdził, że wszystko musimy zacząć od początku, jeszcze raz. Zapytał mnie bez ceregieli, w którym momencie dokładnie przestałam go kochać. Wciąż nie potrafił pojąć, dlaczego stałam się mu tak bardzo odległa. Czy zapomniałam o pięknych przygodach, które kiedyś nas łączyły? Czy nasze wspólne chwile musiały tak po prostu stać się elementem przeszłości? Nie, mężczyzna nigdy nie chciał, aby złączyła nas miłość; wiedział, że nie jestem odpowiednią kobietą dla niego. Nie był mnie wart. Pragnął jednak, żebym pozostała częścią jego życia. Nie chciał, by nadszedł dzień, kiedy przepadnę na zawsze, kiedy przestaniemy podążać tą samą drogą.

Zamyśliłam się głęboko, zanim odpowiedziałam. Mruknęłam, że nie mogliśmy się spotkać, bo moje ziemskie życie wreszcie się odmieniło. Poznałam człowieka, którego pokochałam z wzajemnością. Gdy to powiedziałam, spostrzegłam, jak mężczyzna mimowolnie zaciska pięści, a mocno zarysowana szczęka zaczyna nerwowo drżeć. Poprosił jednak, bym mówiła dalej. Stwierdziłam więc, że moje życie nie wygląda jak dawniej. Że urodziłam się naprawdę dwa lata temu, kiedy spotkałam szczęśliwą miłość.

Mężczyzna ponownie stał się nieobecny. Usłyszałam, jak niewyraźnie bełkocze jakieś przekleństwo. Odparł jednak, że na to właśnie czekał. Czekał na to, żebym uśmiechnęła się do życia. Nie miało znaczenia, że nie z jego powodu. Chciał jedynie, żeby było mi dobrze...

Po tych słowach nasza rozmowa urwała się. Pierwszy odezwał się enigmatyczny mężczyzna. Poprosił, abym złożyła mu jedną obietnicę. Niepewnie kiwając głową zapytałam, cóż to za obietnica. Mężczyzna zniżył głos i wymamrotał, że chciałby, abym pomyślała o nim w momencie swojej śmierci. Ta prośba wywarła na mnie wrażenie tak znaczne, że aż zachłysnęłam się oddechem. Człowiek po raz kolejny położył mi dłoń na barku. Półdługimi, czarnymi włosami mężczyzny bawił się delikatny, niezwykle ciepły wiaterek.

Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. To życzenie kompletnie zbiło mnie z pantałyku. Tym razem ja zapatrzyłam się w dal. Odparłam wreszcie, że nie mogę mu tego obiecać. Że wymaga ode mnie zbyt wiele, przynajmniej na razie. Poprosiłam, żeby dał mi trochę czasu. Że udzielę mu odpowiedzi podczas kolejnego spotkania.