W Krainie Kota - Dorota Terakowska

Kup ebooka

29.90 zł
23.32 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

...około trze­ciej zbu­dzi­ła mnie na­gląca myśl: Mu­szę iść do ogro­du, wy­ko­pać ten ko­rzeń i zje­ść.

Spoj­rza­łam na męża: spał, po­świ­stu­jąc lek­ko przez nos. Miał ty­po­wy je­sien­ny ka­tar. Za oknem noc roz­po­ście­ra­ła bury, wil­got­ny płaszcz. Si­ąpi­ło. Mimo to wsta­łam ci­chut­ko z łó­żka i boso, tyl­ko w ku­sym pod­ko­szul­ku, wy­mknęłam się z domu na dwór.

Nie wiem skąd, ale wie­dzia­łam, że TO ro­śnie w le­wym gór­nym rogu, tuż przy pło­cie. Nie mia­łam la­tar­ki, ale wy­star­czy­ło, że wy­ma­ca­łam nać dło­nią. Była mo­kra, szorst­ka, a zgnie­cio­na w ręce, wy­dzie­la­ła ostry, świe­ży za­pach. Wie­dzia­łam, że nie wol­no jej wy­ry­wać, gdyż uszko­dzi­ła­bym ko­rzeń. Czu­łam, że mu­szę wy­grze­bać go z zie­mi ręka­mi, a nie na przy­kład mo­ty­ką. De­li­kat­nie. Nie­mal z czu­ło­ścią. Gdy pod­no­si­łam go do ust, był jesz­cze ci­ągle ob­le­pio­ny gli­ną. Gry­ząc, czu­łam na języ­ku dro­bin­ki zie­mi. Ko­rzeń miał cierp­ki smak nie­doj­rza­łej mar­chew­ki. Nać wy­rzu­ci­łam przez płot, do ogro­du sąsia­dów. Po­tem wró­ci­łam do łó­żka i na­tych­miast za­snęłam.

Rano my­śla­łam, że to mi się śni­ło. Ale mój mąż, któ­ry wła­śnie wstał, żeby iść do pra­cy, pa­trząc, jak prze­ci­ągam się le­ni­wie w łó­żku, na­gle po­wie­dział:

- No wiesz, Ewa...! Ja ro­zu­miem, że ko­bie­ty w ci­ąży mają ka­pry­sy i ogar­nia je le­ni­stwo, ale jak mo­głaś we­jść do łó­żka z tak brud­ny­mi no­ga­mi?!

Od­rzu­ci­łam ko­łdrę i spoj­rza­łam: sto­py mia­łam ob­le­pio­ne za­schłym bio­tem. Na pod­ko­szul­ku też były śla­dy bło­ta. Czy­żby noc­na wy­pra­wa do ogro­du wca­le mi się nie śni­ła? Była fak­tem?

...za­cznę jed­nak od po­cząt­ku. Czte­ry mie­si­ące temu na­bra­łam po­dej­rzeń, że je­stem w ci­ąży. Była wła­śnie nie­dzie­la, więc wy­jąt­ko­wo wsta­łam z łó­żka wcze­śniej niż mąż, zro­bi­łam śnia­da­nie, a gdy je zja­dłam, na­tych­miast po­bie­głam do ła­zien­ki i za­częłam rzy­gać jak kot. Gdy po­wta­rza­ło się to przez kil­ka po­ran­ków, po­wie­dzia­łam do Ada­ma:

- Chy­ba je­stem w ci­ąży! - i obo­je spoj­rze­li­śmy na sie­bie z ra­do­snym uśmie­chem.

Mój mąż jest le­ka­rzem, więc wie­dzia­łam, że będę pod naj­lep­szą opie­ką. Po­słusz­nie od­sta­wi­łam pa­pie­ro­sy, ogra­ni­czy­łam kawę do jed­nej fi­li­żan­ki, ja­dłam lek­kie po­tra­wy, dużo owo­ców i wa­rzyw. Bra­łam re­gu­lar­nie wszyst­kie prze­pi­sa­ne przez Ada­ma wi­ta­mi­ny. Bie­ga­łam też co dzień wo­kół ogro­du ła­god­nym kłu­sem, a wie­czo­ra­mi wpa­da­łam na osie­dlo­wy ba­sen, żeby po­pły­wać. Więc nie bra­ko­wa­ło nam (mnie i Dziec­ku) ni­cze­go - ani od­po­wied­niej die­ty, ani ru­chu, ani spo­ko­ju. Ani mi­ne­ra­łów, wi­ta­min i dia­bli wie­dzą cze­go jesz­cze...

Skąd za­tem tam­tej nocy, w czwar­tym mie­si­ącu ci­ąży, obu­dzi­ło mnie na­glące pra­gnie­nie wy­jścia do ogro­du, wy­grze­ba­nia z mo­krej zie­mi ja­kie­goś ko­rze­nia i schru­pa­nia go, ra­zem z trzesz­czący­mi pod zęba­mi dro­bi­na­mi zie­mi? I dla­cze­go, u li­chą nie po­wie­dzia­łam o tym mężo­wi?! Prze­cież za­wsze mó­wię mu WSZYST­KO! Je­ste­śmy fan­ta­stycz­nym wprost ma­łże­ństwem, już od 5 lat, i do tej nocy nie mie­li­śmy przed sobą żad­nych ta­jem­nic. A jed­nak po­żar­cie tego ko­rze­nia - ina­czej tego na­zwać nie mo­żną bo gry­złam go jak osza­la­ła z gło­du! - mu­sia­ło po­zo­stać moim se­kre­tem. Tak czu­łam.

Przez na­stęp­ne mie­si­ące mój brzuch wol­niut­ko doj­rze­wał, jak owoc la­tem; w pier­siach, któ­re już wy­cze­ki­wa­ły Dziec­ka czu­łam ucisk gro­ma­dzące­go się mle­ka i wpa­dłam w stan ła­god­nej szczęśli­wo­ści. Za­po­mnia­łam o tam­tej nocy, o ubło­co­nych no­gach, o grze­ba­niu ręka­mi w ci­ężkiej od wil­go­ci zie­mi, i tym, że to na pew­no nie było NOR­MAL­NE. Je­śli owo wspo­mnie­nie błądzi­ło nie­kie­dy gdzieś w mo­jej pa­mi­ęci, to wkła­da­łam je mi­ędzy sny.

Ro­dzi­łam pod ko­niec zimy, zwy­czaj­nie, bez kom­pli­ka­cji i spe­cjal­ne­go bólu, choć gdy­by go w ogó­le nie było, czu­ła­bym się roz­cza­ro­wa­na. Uwa­ża­łam, że praw­dzi­we Dziec­ko musi przy­jść na świat w praw­dzi­wych bó­lach. Ten ból był mi bli­ski i da­wał ra­do­ść, a nie cier­pie­nie. Trwał rów­no trzy­na­ście go­dzin i trzy­na­ście mi­nut. Li­czy­łam.

- Dla­cze­go ty za­wsze i we wszyst­kim mu­sisz być inna niż po­zo­sta­łe ko­bie­ty? - spy­tał mnie z roz­czu­le­niem Adam, pa­trząc na Dziec­ko. Ob­my­te ze ślu­zu i krwi, spo­wi­te w bia­łą, ba­we­łnia­ną pie­lusz­kę, nie­mow­lę po raz pierw­szy pa­trzy­ło na mnie z ob­jęć męża, a ja pa­trzy­łam na nie. Nad czo­łem mia­ło kłąb moc­no skręco­nych wło­sów w ko­lo­rze ja­skra­wej mar­chew­ki, skó­rę nie­na­tu­ral­nie ja­sną, jak przy­sta­ło na ru­dziel­ca, a na no­sie po­je­dyn­czy i moc­no od­ci­na­jący się od tła - brązo­wy pieg. W do­dat­ku spo­gląda­ło na mnie jed­nym okiem przej­rzy­ście błękit­nym, jak nie­bo na ta­nim oleo­dru­ku, a dru­gim zie­lo­nym, jak tra­wa wio­sną w na­szym ogro­dzie.

- Boże... - wy­jąka­łam, tra­cąc od­dech. - Czy POZA TYM jest nor­mal­ne?!

- Ależ tak... - uspo­ko­ił mnie mąż. - To jest chło­piec i on w ogó­le jest nor­mal­ny. I bar­dzo ład­ny. Nie martw się. Do­ra­sta­jąc, zgu­bi te rude wło­ski i wy­ro­sną mu nowe, ciem­niej­sze. A ta­kie ema­lio­wo­nie­bie­skie oczy mają wszyst­kie nie­mow­lęta, i one ta­kże z wie­kiem ściem­nie­ją. Może na­wet będą brązo­we?

- Ale ono ma jed­no oko błękit­ne, a dru­gie zie­lo­ne - po­wie­dzia­łam drżącym gło­sem.

- Bzdu­ra - orze­kł Adam, przy­gląda­jąc się w sku­pie­niu oczom Dziec­ka, któ­re tym­cza­sem łyp­nęło na mnie okiem zie­lo­nym, to błękit­ne zaś skie­ro­wa­ło na nie­go.

- W do­dat­ku ma zeza! - do­da­łam hi­ste­rycz­nie.

- Wi­ęk­szo­ść nie­mow­ląt ma zeza, bo nie pa­nu­ją nad ako­mo­da­cją wzro­ku. To też mija z wie­kiem - oświad­czył spo­koj­nie mój mądry, nie tyl­ko me­dycz­nie, mąż.

Miał ra­cję. Dziec­ko było nor­mal­ne. Nor­mal­nie pła­ka­ło, a ra­czej da­rło się z ca­łej siły w płu­cach, w do­dat­ku głów­nie no­ca­mi. Nor­mal­nie ja­dło, na ogół z du­żym ape­ty­tem. Nor­mal­nie ma­cha­ło rącz­ka­mi i nó­żka­mi, i gdy kła­dłam je na brzusz­ku, ob­ra­ca­ło na wszyst­kie stro­ny cie­kaw­ską głów­kę. Nor­mal­nie ro­bi­ło w pie­lu­chy siu­siu i kup­kę. Wszyst­ko mia­ło nor­mal­ne, poza ko­lo­rem wło­sów i dwo­ma ko­lo­ra­mi oczu - jed­nak mój ko­cha­ny mąż albo w ogó­le tego nie wi­dział, albo też uwa­żał to za nor­mal­ne. I w ten spo­sób, bar­dzo nor­mal­nie, mi­nęło dwa­na­ście dni.

Trzy­na­ste­go dnia, oko­ło go­dzi­ny trzy­na­stej, mąż jak zwy­kle był w pra­cy, czy­li w szpi­ta­lu, a ja, też jak zwy­kle, śpie­wa­jąc gło­śno i fa­łszy­wie roc­ko­wy prze­bój, mie­sza­łam na ku­chen­ce zup­kę dla Dziec­ka. Za oknem świe­ci­ło sło­ńce i wy­da­wa­ło­by się, że to już wio­sną gdy­by nie śnieg, któ­ry wci­ąż le­żał na pa­ra­pe­tach okien, w ogro­dzie i na­dal ci­ągle sy­pał du­ży­mi, mo­kry­mi płat­ka­mi.

W rytm nu­co­nej me­lo­dii mie­sza­łam ener­gicz­nie tę zup­kę (wszyst­kie zup­ki mają to do sie­bie, że lu­bią się przy­pa­lać, tak jak mle­ko za­wsze wy­la­tu­je z garn­ka), gdy na­gle usły­sza­łam za sobą GŁOS DZIEC­KA:

- K o t - po­wie­dzia­ło Dziec­ko gło­sem cien­kim, sre­brzy­stym i sta­now­czym. Od­wró­ci­łam się jak opa­rzo­na i spoj­rza­łam na nie. Le­ża­ło so­bie w no­si­de­łku, usta­wio­nym na dwóch krze­słach koło sto­łu w kuch­ni. Mia­ło le­ni­wy i spo­koj­ny wy­raz twa­rzycz­ki. I n a p e w n o nic nie mó­wi­ło. Al­bo­wiem trzy­na­sto­dnio­we nie­mow­lęta n i e m ó w i ą.

Już, już mia­łam od­wró­cić się z po­wro­tem w stro­nę ku­chen­ki, gdy Dziec­ko spoj­rza­ło na mnie uwa­żnie, jed­nym zie­lo­nym, a dru­gim błękit­nym okiem, i po­wtó­rzy­ło:

- Kot.

Mó­wi­ąc, nie otwie­ra­ło ust, ale prze­cież do­sko­na­le sły­sza­łam jego głos! Tym ra­zem wbi­łam w nie oczy i tkwi­łam tak nie­ru­cho­mo, mimo na­si­lo­ne­go swądu przy­pa­la­jącej się zupy.

- Kot topi się w becz­ce z desz­czów­ką - po­wie­dzia­ło Dziec­ko tym ra­zem ca­łym, zbu­do­wa­nym po­praw­nie zda­niem. Na­dal nie otwa­rło przy tym ust, wręcz prze­ciw­nie, mia­ło je po nie­mow­lęce­mu za­ci­śni­ęte, w swoj­skim gry­ma­sie zło­ści, jaki przy­bie­ra gdy zbyt dłu­go leży w mo­krym pam­per­sie lub gdy chce jeść, a ja mu nie daję. Za­tem mia­ło za­ci­śni­ęte usta ALE MÓ­WI­ŁO!

- Kot! - po­wie­dzia­ło dźwi­ęcz­nie po raz trze­ci, ale tym ra­zem z gnie­wem. - Kot topi się w becz­ce z desz­czów­ką!

Na­gle zro­zu­mia­łam. Zro­zu­mia­łam nie to, że MÓWI, choć nie po­win­no, ale CO mówi. I tak jak wte­dy, tam­tej nocy, gdy coś zmu­si­ło mnie, abym po­mknęła do ogro­du i zja­dła ja­kiś ko­rzeń, tak te­raz też wie­dzia­łam, że mu­szę na­tych­miast pędzić do becz­ki z desz­czów­ką. Ale nie mo­głam zo­sta­wić w kuch­ni sa­me­go Dziec­ka...!

- Prze­cież sko­ro MÓWI, rów­nie do­brze może samo WY­JŚĆ z no­si­de­łka - po­my­śla­łam ir­ra­cjo­nal­nie. Tyle że to wszyst­ko było ir­ra­cjo­nal­ne!

Po­rwa­łam Dziec­ko w ra­mio­na i po­bie­głam jak wa­riat­ka do mo­kre­go, tym ra­zem od śnie­gu, ogro­du. Becz­ka z desz­czów­ką znaj­do­wa­ła się do­kład­nie z dru­giej stro­ny domu i bli­żej by mi było do niej przez ta­ras niż tyl­nym wy­jściem z kuch­ni, ale ja już utra­ci­łam zdol­no­ść lo­gicz­ne­go my­śle­nia. Wie­dzia­łam tyl­ko, że W BECZ­CE Z DESZ­CZÓW­KĄ TOPI SIĘ KOT. Musi się to­pić, sko­ro tak po­wie­dzia­ło mi trzy­na­sto­dnio­we nie­mow­lę, któ­re na­wet nosa w tym dniu nie wy­chy­li­ło do ogro­du!

...bie­głam, po­ty­ka­jąc się, przez za­śnie­żo­ny ogród, bo na go­łych no­gach mia­łam je­dy­nie zsu­wa­jące się ci­ągle klap­ki. Kto, na Boga, my­śla­łby w tej sy­tu­acji o wkła­da­niu bu­tów! Nie mia­łam też cza­su za­sta­na­wiać się, gdzie pod śnie­giem tkwią wy­sta­jące reszt­ki wio­sen­nych klom­bów, a gdzie ście­żki, więc trzy razy rąb­nęłam z ca­łej siły na mo­krą i zim­ną zie­mię, pa­mi­ęta­jąc jed­nak, żeby za ka­żdym ra­zem unie­ść Dziec­ko w górę. Tym bo­le­śniej ude­rza­łam o przy­kry­te śnie­giem za­mar­z­ni­ęte gru­dy.

Do­pa­dłam w ko­ńcu becz­ki, któ­ra sta­ła so­bie spo­koj­nie obok ta­ra­su. Sta­ła tak od dwóch lat, od cza­su gdy Adam wy­my­ślił, aby za­mó­wić ją u bed­na­rza, po­sta­wić koło ryn­ny i gro­ma­dzić w niej desz­czów­kę na su­che lato. Była spo­ro wy­ższa niż ja, więc głębo­ka naj­mniej na dwa i pół me­tra. I nie po­win­no w niej być nic prócz roz­to­pio­ne­go śnie­gu. Tym­cza­sem sły­sza­łam dziw­ny, nie­re­gu­lar­ny plusk...

- O Boże... - po­wie­dzia­łam, roz­gląda­jąc się roz­pacz­li­wie. Mu­sia­łam wspi­ąć się na becz­kę, ale nie wie­dzia­łam, co zro­bić z Dziec­kiem. Zwłasz­cza że Dziec­ko mia­ło na so­bie tyl­ko kusą ko­szu­li­nę i cien­kie­go pam­per­sa. Tym­cza­sem nie­po­ko­jący, a za­ra­zem co­raz bar­dziej roz­pacz­li­wy plusk w wiel­kiej drew­nia­nej becz­ce na­si­lał się. COŚ, to­nąc, reszt­ka­mi sił wal­czy­ło o ży­cie...

Nie mia­łam cza­su. Po­ło­ży­łam Dziec­ko na mi­ęk­kim śnie­gu - było ja­kieś plus dwa stop­nie Cel­sju­sza - i za­częłam wspi­nać się po śli­skich wy­pu­kło­ściach becz­ki. Mia­łam na­dzie­ję, że jest pe­łna, bo wte­dy ten ja­kiś Kot - je­śli już nie uto­nął! - pły­wa­łby na sa­mym wierz­chu. Nie­ste­ty, gdy wresz­cie się wspi­ęłam, uj­rza­łam, iż becz­ka jest na­pe­łnio­na rap­tem w jed­nej trze­ciej. A na po­wierzch­ni resz­tek je­sien­nej desz­czów­ki i sto­pio­ne­go zi­mo­we­go śnie­gu, chla­pi­ąc ła­pa­mi, lecz w ab­so­lut­nym mil­cze­niu, bez jed­ne­go miauk­ni­ęcia - rze­czy­wi­ście pły­wał Kot! Wy­glądał już na bar­dzo wy­czer­pa­ne­go. Spoj­rza­łam na nie­go, a on na mnie - i z wra­że­nia spa­dłam na zie­mię...

Koty umie­ją pły­wać, tyl­ko bar­dzo tego nie lu­bią. Kot prze­pły­nie rze­kę i wy­dra­pie się na brzeg. Ale nie prze­pły­nie wiel­kiej becz­ki i nie wy­le­zie z niej, gdyż ma ona śli­skie, ob­lo­dzo­ne, wy­gi­ęte ku środ­ko­wi wnętrze i w do­dat­ku od po­wierzch­ni wody do kra­wędzi li­czy so­bie naj­mniej pó­łto­ra me­tra.

Spoj­rza­łam na Dziec­ko: le­ża­ło spo­koj­nie na zim­nym śnie­gu, w ku­sej, już prze­ma­ka­jącej ko­szu­li­nie, ma­cha­jąc go­ły­mi nó­żka­mi. Le­cące z nie­ba płat­ki śnie­gu to­pi­ły się na jego cie­płym brzusz­ku, a na ru­dych wio­skach utwo­rzy­ły pu­cho­wą cza­pecz­kę. Pam­pers też był mo­kry, choć z in­ne­go po­wo­du. Nie mia­łam cza­su. Bły­ska­wicz­nie za­częłam znów wspi­nać się na becz­kę, a po­tem, ba­lan­su­jąc chwi­lę na jej gór­nym skra­ju, wsko­czy­łam z chlu­po­tem do środ­ka. Kot - z ogrom­nym re­flek­sem - na­tych­miast wpił się pa­zu­ra­mi w moje gołe nogi i wspi­ął się po mnie jak po drze­wie. Za­wy­łam z bólu, z naj­wi­ęk­szym wy­si­łkiem ode­rwa­łam go od sie­bie i podźwi­gnęłam w górę. Sto­jąc w lo­do­wa­tej wo­dzie na czub­kach pal­ców i wy­ci­ąga­jąc wy­so­ko ręce z mo­krym, ci­ężkim zwie­rza­kiem, mie­rzy­łam mniej wi­ęcej tyle, ile becz­ka. "Jezu, on waży chy­ba z dzie­si­ęć kilo..." - po­my­śla­łam. Na szczęście zwie­rzę, gdy tyl­ko do­si­ęgło ła­pa­mi szczy­tu becz­ki, na­tych­miast ze­sko­czy­ło na zie­mię. Te­raz to ja tkwi­łam w roz­pacz­li­wie zim­nej, si­ęga­jącej mi do pół uda wo­dzie, za­sta­na­wia­jąc się, jak z po­wro­tem wspi­ąć się na górę. Ręce mia­łam osła­bio­ne od szar­pa­nia się z Ko­tem, ale by­łam wy­spor­to­wa­na, więc czy­ni­łam pró­by: trzy­ma­jąc się skra­ju becz­ki, rów­no­cze­śnie z ca­łej siły pod­ci­ąga­łam do góry nogi. Wy­czyn dzie­cin­nie ła­twy dla ma­łpy, ale nie dla czło­wie­ka.

...i wte­dy, gdy pra­wie zre­ali­zo­wa­łam ów akro­ba­tycz­ny wy­czyn, usły­sza­łam dzi­ki wrzask. Nie, to nie wrzesz­cza­ło Dziec­ko. Wrzesz­cza­ła - od razu roz­po­zna­łam ten głos! - na­sza wścib­ska sąsiad­ka zza pło­tu. Od trzech lat, czy­li od cza­su, gdy za­miesz­ka­li­śmy w tym dom­ku i w jej sąsiedz­twie, uwa­ża­li­śmy ją za oso­bę głębo­ko nie­zrów­no­wa­żo­ną, na­chal­nie cie­kaw­ską i pró­bu­jącą wtrącać się do na­sze­go pry­wat­ne­go ży­cia. Uwa­ża­ła nas pew­nie za lu­dzi pa­to­lo­gicz­nie uchy­la­jących się od tak zwa­nych do­bro­sąsiedz­kich sto­sun­ków.

Otóż ta wła­śnie sąsiad­ka sta­ła te­raz za pło­tem i pa­trząc na le­żące w śnie­gu Dziec­ko, da­rła się jak opęta­na. Z wra­że­nia spa­dłam zno­wu na dno becz­ki, do lo­do­wa­tej wody.

- Nie­mow­lę...! O Boże! Bied­ne nie­mow­lę! Gołe! Na śnie­gu! Pra­wie za­sy­pa­ne! O Jezu! A to ko­ci­sko go dusi! Lu­dzie! Ra­tun­ku! - da­rła się sąsiad­ka.

- Pro­szę na­tych­miast się uspo­ko­ić! - wrza­snęłam z głębi becz­ki, ale sąsiad­ka wy­stra­szy­ła się jesz­cze bar­dziej. Sądzę, że becz­ka zmie­nia­ła mój głos na głu­chy i dud­ni­ący. Sły­sząc mnie, lecz nie wi­dząc, sąsiad­ka za­re­ago­wa­ła jesz­cze bar­dziej ner­wo­wo. Te­raz wy­da­wa­ła z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wa­ne, hi­ste­rycz­ne jęki:

- Aaaaaaaaa! Ooooooooo! Iiiiiiiiiiiii!

- Zdwo­iłam wy­si­łki i uda­ło mi się po­now­nie pod­ci­ągnąć na rękach, a na­wet za­cze­pić jed­ną nogą o skraj becz­ki. I zno­wu naj­pierw zo­ba­czy­łam za pło­tem gło­wę sąsiad­ki, jak zwy­kle przy­ozdo­bio­ną ko­lo­ro­wy­mi wa­łka­mi pa­pi­lo­tów. "Czy ona ni­g­dy ich nie zdej­mu­je?" - po­my­śla­łam idio­tycz­nie, wal­cząc z wła­sny­mi no­ga­mi i becz­ką. Sąsiad­ka, ubra­na w gru­by, pi­ko­wa­ny szla­frok, wzro­kiem wa­riat­ki wpa­try­wa­ła się w moje le­żące spo­koj­nie na śnie­gu pó­łgo­łe Dziec­ko. Tuż koło Dziec­ka sie­dział ogrom­ny, ocie­ka­jący wodą Kot i mył się ró­żo­wym języcz­kiem.

"To, co on robi, to kre­ty­ństwo, bo jest nie tyl­ko umy­ty, ale wręcz wy­kąpa­ny" - po­my­śla­łam lo­gicz­nie, a tym­cza­sem sąsiad­ka na wi­dok mo­jej gło­wy, dwóch rąk i jed­nej nogi, wy­nu­rza­jących się z becz­ki, wy­da­ła z sie­bie ko­lej­ny wrzask. Na szczęście o tej po­rze wi­ęk­szo­ść miesz­ka­ńców na­sze­go osie­dla była w pra­cy.

Wy­do­by­łam się z mo­krej pu­łap­ki i bio­rąc gołe Dziec­ko w mo­kre ob­jęcia, po­wie­dzia­łam do sąsiad­ki:

- Za­miast wrzesz­czeć, mo­gła pani prze­le­źć przez płot i otu­lić Dziec­ko tym swo­im obrzy­dli­wym szla­fro­kiem...

Sąsiad­ka do­pie­ro te­raz do­szła do sie­bie na tyle, aby przy­po­mnieć so­bie, że nas nie zno­si. Więc po pro­stu od­wró­ci­ła się i po­ru­sza­jąc z god­no­ścią wiel­kim ty­łkiem, w ró­żo­wym, pi­ko­wa­nym jak ko­łdra szla­fro­ku, po­drep­ta­ła do swe­go domu.

Ja do mo­je­go bie­głam jak na skrzy­dłach, my­śląc tyl­ko o tym, co zro­bić, żeby Dziec­ko unik­nęło za­pa­le­nia płuc. Już za­po­mnia­łam, że po­win­nam mar­twić się o coś ca­łkiem, ale to ca­łkiem in­ne­go: o to, że moje trzy­na­sto­dnio­we nie­mow­lę MÓWI, w do­dat­ku pe­łny­mi zda­nia­mi i bez otwie­ra­nia ust.

Bie­głam, a tuż obok, ocie­ra­jąc się mo­krą sie­rścią o moje nogi, bie­gło to ogrom­ne, cu­dem ura­to­wa­ne ko­ci­sko. Wpa­dli­śmy zdy­sza­ni do cie­plej kuch­ni, gdzie ko­ci­sko od razu przy­lgnęło do ka­lo­ry­fe­ra, a ja na­tych­miast za­częłam zdej­mo­wać z Dziec­ka mo­krą ko­szul­kę i pam­per­sa. Po­tem, sama ci­ągle mo­kra i szczęka­jąca zęba­mi, wy­ta­rłam je ręcz­ni­kiem i prze­bra­łam w su­che ubran­ko. Do­pie­ro te­raz zo­ba­czy­łam - i po­czu­łam! - spa­lo­ną na węgiel zup­kę, sto­jącą w gar­nusz­ku na ci­ągle pa­lącym się ga­zo­wym pal­ni­ku. Zga­si­łam gaz i za­jęłam się sobą. Już su­cha i ubra­na w dres, w gru­bych skar­pe­tach na prze­mar­z­ni­ętych sto­pach, przy­grza­łam mle­ko dla ca­łej trój­ki: Dziec­ka, Kota i sie­bie. Po na­my­śle wło­ży­łam do mle­ka aspi­ry­nę: dwie dla mnie, ćwiart­kę dla Dziec­ka i po­łów­kę dla Kota.

Na­kar­mi­łam Dziec­ko go­to­wym, awa­ryj­nie trzy­ma­nym w lo­dów­ce żar­ciem z pusz­ki, Kotu da­łam reszt­kę na­szej wczo­raj­szej pie­cze­ni, sama z dzi­kim ape­ty­tem po­ża­rłam wiel­ką ka­nap­kę i, o dzi­wo, po­czu­łam się ca­łkiem nor­mal­nie, a na­wet rze­śko. Dziec­ko wpa­ko­wa­łam do łó­żecz­ka i przy­kry­łam po uszy pu­cho­wą ko­łder­ką. Gdy za­ci­ąga­łam za­sło­ny w oknie, zo­ba­czy­łam, że Kot - na szczęście już su­chy - sta­ran­nie ukła­da się na po­dusz­ce w po­bli­żu twa­rzycz­ki Dziec­ka.

- Oooch! - za­wo­ła­łam pó­łgło­sem, przy­wo­łu­jąc w pa­mi­ęci wszyst­kie strasz­li­we opo­wie­ści o ko­tach i nie­mow­la­kach, ja­ki­mi ra­czy­ły mnie ró­żne wie­ko­we oso­by, i ja­kie wci­ąż opo­wia­da­ją o wie­le młod­si nasi zna­jo­mi. Było tam i o ko­tach, któ­re pa­zu­ra­mi wy­dra­pu­ją dzie­ciom oczy, gdyż pod­nie­ca je wi­dok mru­ga­jących po­wiek. Było o po­ru­sza­jącej się grdy­ce, któ­rą kot bie­rze za mysz i rzu­ca się nie­mow­lęciu do gar­dła, roz­ry­wa­jąc je na strzępy. Było wresz­cie o ko­tach, któ­re spe­cjal­nie kła­dą się dzie­ciom na pier­siach i du­szą je wła­snym ci­ęża­rem. A w do­dat­ku TEN Kot, li­cząc na oko, wa­żył co naj­mniej dzie­si­ęć kilo, a za­tem dwa i pół raza wi­ęcej niż moje Dziec­ko.

Le­d­wo to wszyst­ko so­bie przy­po­mnia­łam, gdy Dziec­ko po­wie­dzia­ło, nie otwie­ra­jąc ust, za to pa­trząc na mnie in­ten­syw­nie błękit­nym okiem, gdyż zie­lo­nym ogląda­ło Kota:

- Ni­g­dy nie po­wta­rzaj ta­kich okrop­nych kłamstw o ko­tach. Przy­rze­kasz?

- Przy­rze­kam - od­pa­rłam bez­wied­nie. Kot tym­cza­sem wy­mo­ścił so­bie miej­sce w cie­płym za­kąt­ku koło buzi Dziec­ka, po czym znów na mnie spoj­rzał. I do­pie­ro wte­dy do­strze­głam, że on ta­kże ma jed­no oko ja­do­wi­cie nie­bie­skie, a dru­gie po­ły­sku­jące szma­rag­do­wą zie­le­nią.

Po raz pierw­szy bli­żej mu się przyj­rza­łam. Był to na­praw­dę ogrom­ny ko­cur, o wy­jąt­ko­wo pi­ęk­nym, trój­ko­lo­ro­wym fil­trze: bia­ło-czar­no-ru­dym. Gdy tak przy­gląda­łam mu się z mie­sza­ny­mi od­czu­cia­mi - i Dziec­ko, i Kot pra­wie jed­no­cze­śnie za­snęli. Kot przy tym po­mru­ki­wał jak spo­ry elek­tro­luks.

- Mamy kota - po­wie­dzia­łam Ada­mo­wi, gdy wró­cił z pra­cy.

- To do­brze. Dzie­ci le­piej cho­wa­ją się ze zwie­rzęta­mi - po­wie­dział ku memu zdu­mie­niu. My­śla­łam, że za­pro­te­stu­je i za­cznie mó­wić o bak­te­riach, wi­ru­sach i od­zwie­rzęcych cho­ro­bach. Wi­docz­nie jed­nak nie zna­łam ci­ągle wła­sne­go męża...

Kot, już wy­spa­ny, wy­ła­zi aku­rat z dzie­cin­ne­go po­ko­ju i mru­cząc, za­czął ocie­rać się o nogi Ada­ma.

- Ca­łkiem ład­ny ten Kot - orze­kł, głasz­cząc go po trój­ko­lo­ro­wym fu­trze. - Tro­chę za duży jak na zwy­kłe­go da­chow­ca - do­dał po na­my­śle. W tym na­my­śle brzmia­ła po­chwa­la.

Pod­czas ko­la­cji ze śmie­chem opo­wie­dział mi, do ja­kie­go stop­nia od­szaj­bo­wa­ło na­szej wścib­skiej sąsiad­ce.

- Wy­obraź so­bie, gdy wra­ca­łem do domu, sta­ła przy pło­cie i usi­ło­wa­ła mi wmó­wić, że ty kąpa­łaś się dziś w becz­ce z desz­czów­ką, a na­sze Dziec­ko ta­rza­łaś w śnie­gu, w ogro­dzie! Żeby zmy­ślać ta­kie bred­nie...!

Za­śmia­łam się rów­nie we­so­ło jak on i... nie spro­sto­wa­łam. Co gor­sze, w ogó­le nie po­wie­dzia­łam, że na­sze nie­spe­łna dwu­ty­go­dnio­we Dziec­ko mówi pe­łny­mi zda­nia­mi, nie otwie­ra­jąc przy tym ust. I wiem, dla­cze­go tego nie zro­bi­łam: bo on by mi nie uwie­rzył. Na­to­miast mó­głby do­jść do wnio­sku, że cier­pię na po­po­ro­do­wą de­pre­sję, i chcia­łby mnie le­czyć. Tym­cza­sem ja by­łam ca­łkiem, ale to ca­łkiem zdro­wa, tak fi­zycz­nie, jak psy­chicz­nie, i tyl­ko wo­kół mnie dzia­ło się coś nie­nor­mal­ne­go. Jed­nak nikt przy zdro­wych zmy­słach, a już zwłasz­cza mój bar­dzo lo­gicz­nie my­ślący mąż, nie uwie­rzy­łby, że mam mó­wi­ące i wi­dzące - to, cze­go nie wi­dać! - Dziec­ko. Wszy­scy orze­kli­by, że jest na od­wrót: nor­mal­ne, do­brze roz­wi­ja­jące się nie­mow­lę ma sza­lo­ną mat­kę.

- ...więc ko­la­cja upły­nęła nam jak za­wsze sym­pa­tycz­nie, ni­czym nie­zmąco­na, pe­łna ro­dzin­ne­go cie­pła - i tyl­ko ja z za­du­mą spo­gląda­łam na ogrom­ne­go Kota, sie­dzące­go te­raz koło ko­min­ka. Kot grzał się w bli­sko­ści ognia i jed­nym okiem, tym błękit­nym, po­pa­try­wał w na­szą stro­nę, a dru­gie, ja­rzące się zie­le­nią, wbił nie­ru­cho­mo w pa­lące się i trza­ska­jące we­so­ło po­la­na.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki