ALE NAM SIĘ WYDARZYŁO
Skończył Ksiądz seminarium w roku 1988. Przygotowało Księdza do duszpasterstwa w państwie totalitarnym, a tu - wolność?
Do świadomego życia społecznego formowałem się wcześniej, w liceum. Do szkoły średniej poszedłem w roku, w którym wybrano Jana Pawła II, potem była Solidarność i stan wojenny. W marcu 1981 r. patrzyliśmy na przygotowujących się do protestu nauczycieli, którzy przynosili do szkoły śpiwory, zdecydowani na strajk okupacyjny. W czwartej klasie w kilkuosobowej grupie drukowaliśmy 150-stronicową książkę do historii, bo wiedzieliśmy, że w podręcznikach jest nieprawda.
Co w niej było?
Na przykład trzy wykłady Bora-Komorowskiego o AK, fragmenty Najnowszej historii politycznej Polski Poboga-Malinowskiego i inne wypisy. Użyliśmy najprostszych maszyn drukarskich, czyli ramki obciągniętej szyfonem. Gdyby trzeba było, myślę, że umiałbym to powtórzyć. W liceum przeżywaliśmy też wolne wybory do samorządu, kampania trwała półtora miesiąca.
A w seminarium?
Zaczęło się wezwaniem do gabinetu rektora, który wypytywał, co takiego robiłem w liceum, bo dzień wcześniej doniesiono mu o wizycie esbeków w moim rodzinnym mieszkaniu. Prowadzili śledztwo w sprawie tej książki do historii, okazało się, i zrobili rewizję.
Ale w seminarium tematy polityczne były mało obecne. Wiedzieliśmy, w jakim żyjemy kraju, ale na wykładach się o tym nie mówiło. Owszem, uczyliśmy się zasad ekonomii w socjalistycznej gospodarce, tzn. jak zarządzać majątkiem kościelnym, by nie dać się okraść państwu. Były też świetne wykłady filozoficzne ks. Tischnera i z katolickiej nauki społecznej o. prof. Sięga. W trakcie studiów przeczytałem wszystkie encykliki społeczne.
Mój rocznik miał prymicje na mszy czwartkowej w Mistrzejowicach. Skończyły się skromną kolacją, na której kapelan nowohuckiej Solidarności ks. Jancarz powiedział: "Witajcie, panowie, pod ziemią". To była msza dla robotników, przychodzili ludzie od wielkich pieców, wykonujący robotę niewyobrażalną. I przychodzili nie tylko na mszę: potem był wykład, a wcześniej spotkanie na temat literatury współczesnej, trwało to razem około trzech godzin. Miałem poczucie, że wszystko, co robi Jancarz, jest niesłychanie mądre. Obraz pierwszych dni mojego kapłaństwa to praca u podstaw.
A co było na parafii?
Do pierwszej, w Kętach, trafiłem w 1988 r. Dostałem pod opiekę mszę za ojczyznę: te nabożeństwa, zainicjowane przez ks. Po-piełuszkę, odbywały się w całej Polsce. Tak jak umiałem, raz w miesiącu przy tej okazji wygłaszałem wykład z katolickiej nauki społecznej.
Potem nastąpił rok 1989.
I wybory. Nie robiliśmy w parafii jakiejś szczególnej agitacji, ale było jasne, za kim wszyscy staniemy.
Było czuć, że system się wali?
Było czuć, że te wybory można wygrać. Pamiętam euforię, kiedy strona rządowa musiała przeprowadzić drugą turę wyborów, by obsadzić zarezerwowane dla niej miejsca. Mam przed oczami plakaty strony solidarnościowej: zdjęcia każdego kandydata z Wałęsą. I panią Grażynę Staniszewską, reprezentującą Solidarność w Bielsku. Parafie organizowały spotkania wyborcze, wtedy nie było w tym nic budzącego zdziwienie.
Myślę, że dziś więcej wiemy i rekonstrukcje tych wydarzeń są pełniejsze niż to, co wtedy rozumieliśmy. Nie zdawaliśmy sobie np. sprawy, że koniec lat 80. to czas wielkiej mobilizacji SB, szukania donosicieli. Władza próbowała jeszcze odzyskać kontrolę nad wydarzeniami.
Jakie emocje wywoływały obrady Okrągłego Stołu?
Nie pamiętam, żeby ktokolwiek przyjmował wobec nich krytyczne nastawienie. Patrzyliśmy z nadzieją na to, że toczy się dialog. To przecież było nieprawdopodobne, dział się cud. Po upły-wie czasu - kiedy z jednej strony owoce wolności nie do wszystkich trafiły w równej mierze, z drugiej zaś przybyło wiedzy na temat ludzi i wydarzeń - zaczęto mówić o niedostatkach tamtych rozwiązań.
Mówił o nich biskup Orszulik, uczestnik rozmów.
Ale też nie od razu. Pytanie, czy słabości i błędy, które się objawiły po 1989 r., były wpisane w formę odzyskiwania wolności, czy też są w nas samych? Może nie potrafimy sensownie i do końca wykorzystać dobrych rzeczy, które nam się zdarzają? Przecież fakt, że w Polsce zmiana dokonała się bezkrwawo, że w tych, którzy szukali przemiany, nie było chęci odwetu - to niebywały tytuł do chluby. Ciekawe, czy gdyby przemiany dokonywały się inaczej (z gwałtem i rozlewem krwi), wielkie święto wolności rozlałoby się na sąsiednie kraje?
Skoro mówimy o błędach - spotykał Ksiądz ludzi skrzywdzonych transformacją?
Nie chodzi tylko o krzywdę. Ludzie Solidarności w pierwszej chwili nie byli przygotowani, by rządzić. Brakowało kompetencji, które przez lata łatwo i wyłącznie pozyskiwali ludzie dawnego systemu. Solidarność tworzyli ludzie odważni, ludzie sumienia, ale niegotowi na nowe obowiązki.
Co innego być w opozycji, wiedzieć, przeciwko czemu się protestuje, a co innego zarządzać wojskiem, policją czy dyplomacją. Tylko czy to mogło się rozegrać inaczej?
W Kętach też to było widać?
Tak, np. w przypadku nowych dyrekcji szkół. Ale w 1990 r. wiodącym tematem był przede wszystkim powrót katechezy. Nie wszyscy uważali to za dobry pomysł. Pamiętam rozmowę z dwójką nauczycieli, którzy mieli duże wątpliwości - bali się, że ich dziecko przestanie raz w tygodniu, nie licząc niedzieli, wędrować w okolice kościoła. To był początek pytań o to, jak Kościół odnajdzie się w nowej rzeczywistości.
Mam wrażenie, że wielu ludzi Kościoła uważało, że ostatnia znana normalność była przed wojną, więc należy przywrócić tamte rozwiązania. Do dziś rozmowy ze starszymi księżmi o tym, czy ograniczyć katechezę szkolną i przywrócić ją do parafii, kończą się dictum: "komuniści wyrzucili katechezę ze szkoły i wy chcecie zrobić to samo?". A tamta dwójka nauczycieli zdawała sobie sprawę, że coś zyskamy, a coś stracimy.
Zaczęło być jasne, że jednak nie wszyscy jesteśmy razem?
To się okazało znacznie wcześniej. Nie zapomnę szoku, jaki przeżyłem, czytając kazanie ks. Tischnera na zjeździe Solidarności w 1981 r. Mówił, że u początku naszej historii widać wielkie pęknięcie: król zabija biskupa. I mówił, że to pęknięcie właśnie się w narodzie odnawia. W '81 roku! Cała późniejsza historia potwierdza jego przestrogę.
W 1998 r. Jan Paweł II podczas wizyty ad limina przykazał polskim biskupom, by Kościół służył jedności.
A na służbie czego innego miałby być!? Już podczas pielgrzymki w 1987 r. papież mówił w Krakowie, że dochodzą do niego słuchy, iż "ludzie się jak gdyby mniej miłują w Polsce, że coraz bardziej dochodzą do głosu egoizmy, przeciwieństwa". Słowo "solidarność", budujące naszą wolność, pochodzi z samego środka nauki społecznej Kościoła. Papież też użył go jako klucza w encyklice Sollicitudo rei socialis. Pamiętam, jaką dumę czułem, kiedy to czytałem: papież dzieli się z Kościołem tym, co najlepszego wyniósł z Polski. A tymczasem w Polsce zaczyna tej solidarności brakować...
Szeroki nurt pierwszej "S", która obejmowała miliony ludzi, zaczął się dzielić i konfrontować. W miarę, jak podziały się zaostrzały, przekładały się na wzajemne oskarżenia, łącznie z tym o narodową zdradę przy Okrągłym Stole.
"Nasz czas jest w dużej mierze nowy, trzeba też z mocą podkreślać, że jest nareszcie czasem normalnym". Czyje to słowa?
Moje. Z któregoś tekstu o pamięci historycznej. Pisałem to już w czasie, kiedy zaczęły pojawiać się głosy, że nie ma to jak dawniej.
Tylko czy to zrozumiałe z punktu widzenia pracownika pegeeru, który ląduje na niczym?
To chyba za prosta i krzywdząca diagnoza. Tischner podczas strajku w 1980 r. rozmawiał z jednym ze stoczniowców i usłyszał: "Mogę pić wodę i jeść chleb, byleby nas wreszcie przestali okłamywać". W Etyce solidarności ocenił, że to jedno zdanie polskiego robotnika znaczy więcej niż wszystkie encykliki społeczne. Nie wierzę, by robotnik z pegeeru ograniczał oczekiwania do: jeść, pić, dostać głodową pensję. Dlatego powtarzam, że to teraz żyjemy w normalnym czasie. Jest bezrobocie, którego nie było widać za komuny, ale wtedy praca też bywała fikcją. Poza tym nie mogłeś napisać tego, co myślisz, pójść, gdzie chcesz, być sobą nawet we własnym domu. Inaczej zrobią ci rewizję, może zastrzelą, a może spuszczą na ciebie podjudzone psy, jak na robotników w Hucie.
Mówi Ksiądz o wielkim ideale, ale poczucie, że za komuny tak źle nie było, skądś się wzięło.
Zgadzam się, że w zalążku wolności był element niesprawiedliwości, a szanse startu nie były równe. Ale nie mogły być.
Poza tym jedni się w przemianach odnajdą łatwiej, drudzy trudniej. To było widać przy reformie górnictwa premiera Buzka. To był akt odwagi: nazwać problem, powiedzieć, że system nie jest zdrowy, a lekarstwo polega na tym, że trzeba niektóre kopalnie zamknąć. Dawano rekompensaty: jedni przełożyli je na jakąś inwestycję, inni nie potrafili tego zrobić. To nie ocena ludzi, tylko trudności problemu - bo czy łatwo wystartować z prywatną inicjatywą komuś, kto całe życie pracował w kopalni?
Kiedy spotkał się Ksiądz z pytaniem, w jaki sposób wspólnota religijna ma się nakładać na polityczną?
Ten problem pulsował od początku wolności, a jego powroty miały różne twarze: katecheza, konkordat, trud tworzenia preambuły do konstytucji.
Tekst opublikowany przez Stefana Wilkanowicza w "Tygod-niku" i poprawiony przez Tadeusza Mazowieckiego jest nie-zwykły, podobnie jak zapis konkordatowy, pokazujący relacje między Kościołem a państwem bez użycia słowa "rozdział" - w mentalności duchownych po komunizmie dramatycznie obciążonego.
Czuł Ksiądz gorycz, że Kościół traci rolę z lat 80., jest odsuwany?
Miałem raczej poczucie, że Kościół wreszcie nie musi robić rzeczy, które wcześniej robić musiał. I nic dziwnego, że ludzie, dla których był jedyną przestrzenią wolności, teraz znaleźli sobie inne. Bo w latach 80. było tak: jak galeria obrazów - to kościół; jak wykład z ekonomii - to kościół; jak wyjście na manifestację - to z kościoła. Ale gdzie to wszystko miało się rodzić?
Nie ma nic nienormalnego w tym, że malarz teraz wystawia obrazy w galerii. A o resentymentach, że Kościół nie jest doceniany na miarę zasług, myślę bez sympatii. Albo przyjmujemy wobec społeczeństwa postawę służebną, albo patrzymy w kategoriach zwrotu inwestycji.
Zakusów na sojusz z tronem było przez te 30 lat sporo.
I zawsze kończyły się tak samo: mniej więcej po roku zaczynało się wycofywanie rakiem. Szkoda, że niewiele się z tego uczymy.
Co takiego się stało, że pięć milionów Polaków poszło na Kler? Skąd tak powszechne zainteresowanie krytyką duchowieństwa?
W części to krytyka zasłużona. Pamiętam, że bp Tadeusz Pieronek mówił, iż sam jest antyklerykałem - o ile to właściwie rozumieć. Część widzów oglądała Kler z satysfakcją, część z troską, część sycąc swój antyklerykalizm, który niekoniecznie musi przechodzić w agresję wobec wiary. Przyczyn jest wiele.
Nie uważam za prawdziwy obraz wyjątkowego sojuszu Kościoła z ekipą rządzącą. A jest on absolutnie dominujący w przekazie medialnym. I budzi silną niechęć.
A gdy media rządowe wypuszczają hasło "ulica i zagranica", po chwili zaś powtarza je z ambony jeden z metropolitów?
Często słyszę, że zaangażowanie polityczne Kościoła widać w kazaniach w największe uroczystości: w Wigilię Paschalną i Boże Ciało. Odpowiadam: z całym szacunkiem dla przepowiadania każdego z moich braci biskupów, zwykle są to fragmenty (wyrwane z szerszego kontekstu) wystąpień tych samych hierarchów - zawsze 5-6 tych samych nazwisk, a biskupów w Polsce jest ponad setka. Kościół, który mówi o Ewangelii, nie trafia do mediów.
Media się uwzięły i stąd antyklerykalizm? Mało przekonujące.
On się bierze z tysięcy zaniedbań i grzechów po naszej stronie. Ale na pytanie, czy Kościół jest taki, jak go przedstawia Kler, odpowiadam, że nie. Nawet jeśli każdy z epizodów tego filmu jest oparty na faktach, nie jest to obraz całości.
W publikacjach historycznych podejmował Ksiądz tzw. trudne tematy: inkwizycja, celibat, sprawa Jana Husa. Spotykał się Ksiądz z negatywną reakcją?
Zdarzało się. Kiedyś w zakopiańskiej "Księżówce" kończyłem pisać habilitację o Husie. Trwały tam wtedy obrady jednej z komisji Episkopatu. Wieczorem wpadłem w refektarzu na czterech biskupów. Jeden z nich moje badania skomentował słowami: "Ty jesteś albo Żyd, albo mason, albo idiota, bo się im wysługujesz". I jeszcze: "Jesteś jak ten twój profesor. Całe życie robisz karierę, kopiąc Kościół". Odpowiedziałem, że niestety ciągle nie jestem taki jak ksiądz profesor Kracik - chociaż bardzo bym chciał. Ale byłem w szoku i przez kilka dni nie napisałem ani słowa. Na szczęście odwiedził mnie mój brat i powiedział: "Masz jakieś poglądy? Bo jeśli tak, to nie możesz się wszystkim podobać".
Ale co to ma do rzeczy?
W Kościele pokutuje przeświadczenie, że o trudnych sprawach nie powinno się rozmawiać, badać ich, nawet wyciągać na światło dzienne. Ten sam problem się objawił wobec lustracji i przestępstw pedofilskich duchowieństwa.
Pierwszy odruch rzeczywiście może być ten sam: obrona instytucji, do której się przynależy. Nie bez powodu lutowe spotkanie przewodniczących episkopatów ws. nadużyć seksualnych Franciszek rozpoczął modlitwą do Ducha Świętego, byśmy przestali się troszczyć o siebie, a zaczęli o ofiary. Jerzy Turowicz, cytując Simone Weil, napisał kiedyś, że Kościołowi wydawało się przez wieki, iż najlepiej służy Ewangelii, służąc samemu sobie. To myślenie nadal jest mocne. Tymczasem ewangelicznie rozumiana samoobrona oznacza rachunek sumienia, uderzenie się w piersi, wyznanie winy i zadośćuczynienie.
Brzmi jak pięknoduchostwo.
Przed przełomem tysiącleci Jan Paweł II postawił Kościołowi postulat oczyszczenia pamięci. To był moment idealny, żeby zmierzyć się ze swoją historią w sposób ewangeliczny: przyznać się do grzechu. Ale my tę szansę zmarnowaliśmy: w kwestii współpracy księży z bezpieką wybraliśmy inny model - uruchomimy komisję śledczą, niech przebada archiwalia, sporządzi raport, i wtedy się zastanowimy, co dalej.
Kiedy biskupi tworzyli komisję kościelną, prosili do jej przewodzenia ks. Jana Kracika, wierząc w jego obiektywizm. Mój mistrz odmówił, prawem rykoszetu propozycja przeszła na mnie, a ja postąpiłem podobnie.
Dezercja?
Nie, niezgoda na taką formę rozliczenia. Że nie stajemy w prawdzie, tylko zlecamy komuś z zewnątrz dochodzenie. Dlaczego grzesznik w Kościele nie ma odwagi powiedzieć "moja wina"? To z jednej strony jego słabość, ale z drugiej - strach przed wspólnotą. Stawiamy go pod potężną presją: wie, że jeśli się przyzna, zostanie zredukowany do zera. Potrafimy wyciągać wydarzenia sprzed 40 lat, nie pytając, co dany człowiek potem zrobił w życiu.
Kiedyś mówił Ksiądz o tym, że św. Piotr zadbał o to, by zapamiętano, jak wyparł się Chrystusa.
Piotrowa wersja Ewangelii, czyli tekst św. Marka, pokazuje zdradę Piotra, pomija natomiast późniejsze wyeksponowanie przez Jezusa jego stanowiska w Kościele. Jan Paweł II w liturgii otwierającej Wielki Post w 2000 r. powiedział o grzechu sięgania po środki nieewangeliczne, o grzechu antysemityzmu, o grzechach przeciwko kobietom itd. A my do dziś zachowujemy się tak, jakby tej liturgii nie było. Jeśli ktoś podejmuje któryś z wymienionych przez papieża tematów, to słyszy: no tak, ale...
Kościół ma problem z prawdą?
Każdy z nas go ma. W każdej spowiedzi najtrudniejsze jest wyznanie grzechów bez łagodzącego komentarza: bo wszyscy tak robią, bo przez nieuwagę, bo nie było innego wyjścia.
Jan Paweł II nie tłumaczył grzechów Kościoła, tylko poszedł ucałować przebite stopy Chrystusa.
Biskup Andrzej Czaja zaproponował ostatnio, by Kościół stał się mediatorem między dwiema Polskami. Tylko kto o zdrowych zmysłach chciałby dzisiaj, żeby biskupi byli mediatorami w czymkolwiek?
Przed rocznicą stulecia niepodległości przez pięć miesięcy organizowałem w kurii łódzkiej spotkania na temat wartości, które nas jeszcze łączą. Rozmawiali ze sobą np. Marek Jurek i Ryszard Bugaj, ludzie - przy wszystkich różnicach - chorzy na Polskę i mający zdolność do dialogu. Przychodziło zawsze po kilkadziesiąt osób, które potem potrafiły porozmawiać przy herbacie. Kościół nie musi być mediatorem na zasadzie pouczania innych. Wystarczy, że otworzy dom - miejsce spotkania. Zamiast dywagować, czy to możliwe, lepiej próbować coś robić.
W czasie, kiedy toczyła się dyskusja o wejściu Polski do UE, Jan Paweł II mówił o misji, jaką mamy do spełnienia na kontynencie. I wtedy, i dziś trudno powiedzieć, by Kościół jednoznacznie popierał naszą obecność w Unii.
Na pogrzebie biskupa Tadeusza powiedziałem, że żaden biskup nie zrobił dla naszego rozumienia obecności w Unii tyle co on, konferencjami, które zaczął organizować jeszcze jako rektor PAT i prowadził aż do śmierci. To też jest Kościół i nie powiedziałbym, że bocznego nurtu.
Z ramienia Episkopatu zajmuję się nową ewangelizacją i w związku z tym bywałem wśród polskich wspólnot w Anglii, w Niemczech czy we Francji. Młodzi emigranci z Polski, zdolni, przebojowi, wykształceni, do kościoła chodzą w 10 procen-tach. Wizja Jana Pawła II, by Polacy pilnowali chrześcijańskich korzeni kontynentu, wydaje się więc skrojona trochę nie na naszą miarę.
We wczesnych latach 90. wyjeżdżałem w dwa kierunki: do Londynu i na Syberię. Już wtedy mówiło się, że Zachód to świat, w którym zamyka się kościoły, a chrześcijaństwo umiera. W Anglii mieszkałem w parafii, która mnie nauczyła, jaki jest sens posługi księdza. Na Wschód jechałem z kolei pełen przekonań, że to ciemiężony i zniewolony świat wielkiej wiary, który wkrótce się przebudzi. Na miejscu odkryłem, że 80 lat po rewolucji ludzie nie bardzo pamiętają, do czego służą świątynie.
Co z tego wynika?
Odnoszę się do przekonania, że oto my, Polacy mamy misję wobec Europy. Papież mówił trochę inaczej. W tekstach z lat 1989--1991 opisywał przełom, który dokonuje się w Europie, ale nie wskazywał narodów słowiańskich jako obdarzonych jakimś szczególnym zadaniem. Chodziło raczej o to, że po 1989 r. Euro-pa odzyskała swoje dwa płuca. Istnieją wartości specyficzne dla płuca wschodniego i dopóki Europa nim nie oddycha, jest niepełnosprawna.
W Polsce mamy dwa dogmaty: zakaz antykoncepcji i post w piątek...
Nie, postu od dawna nikt nie przestrzega... A na serio to myślę, że nie jest aż tak źle.
Moje pokolenie jest pierwszym, które wyrosło na katechezie szkolnej. Dziś łapiemy energię z kosmosu bądź szukamy doświadczeń religijnych w innych tradycjach duchowych.
To nie jest wina katechezy szkolnej, tylko tego, że nie było nic poza nią. Podczas synodu pastoralnego w Łodzi padło stwierdzenie, że parafia scedowała na szkołę całe wychowanie młodych. W rezultacie ludziom, którzy przeszli szkolną katechezę, doświadczenie duchowe w ogóle nie kojarzy się z Kościołem.
Jakiś pomysł, co z tym zrobić?
Być może klucz jest w ofercie parafialnej. Istnieją szkolne koła Caritas, a brakuje grup charytatywnych przy parafii.
Życie parafialne to fikcja. Parafia to kościelna jednostka administracyjna i tyle.
Nieprawda. Franciszek pytany o to, czy Kościół istnieje raczej we wspólnotach, czy raczej w parafiach, odpowiedział, że w parafiach, które są wspólnotami. Za mało myślimy o chrześcijaństwie w kategoriach wspólnotowych. Przykład: księża planują msze tak, żeby każdy mógł przyjść: o 7.00 dla najstarszych, 9.00 dla młodzieży, 10.30 dla dzieci, 12.00 dla tych, co się dopiero obudzili, 15.00 dla tych, co lubią przyjść po obiedzie, potem 18.00 i 22.00 dla tych, którzy wcześniej nie mieli czasu. Za tym kryje się podejście do Eucharystii jako wyłącznie obowiązku do wypełnienia.
Teologia określa parafię jako wspólnotę eucharystyczną. W świadomości ludzi nie funkcjonuje już coś takiego jak suma niedzielna, która dawniej była świętem wspólnoty. Ludzie się schodzili, żeby być razem. Zredukowaliśmy to do postawy: byłem, stałem w kącie, nie znam nikogo, bo na ogół jestem na innej mszy albo w innym kościele. Niby wszystko w porządku, ale niewiele w tym chrześcijaństwa. Moja tożsamość nie polega na tym, że sam jestem wierzący, tylko że my tworzymy Kościół.
W swoich tekstach pisze Ksiądz o chrzcie Polski albo o męczeństwie św. Stanisława jako wydarzeniach historiozbawczych. Czy widzi Ksiądz takie wydarzenie w 30-leciu wolności?
Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II.
To poza zakresem chronologicznym.
Nie wiem, czy my do końca rozumiemy, co się wtedy stało. Mam wydaną w 1999 r. księgę pamiątkową Dziesięciolecie Polski odrodzonej.
W jej tworzeniu uczestniczyli naukowcy i publicyści ze wszystkich najważniejszych środowisk. Pierwsza rozkładówka tej księgi to fotografia z mszy na placu Zwycięstwa. Wszyscy zgodzili się co do tego, że punktem wyjścia wolności były papieskie słowa: "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi". Dopełnieniem było bierzmowanie narodu na Błoniach.
Dziesięciolecie Polski odrodzonej ukazało się też w 1928 r. Kolejnego tomu po dekadzie nie było, nie tylko ze względu na zbliżającą się wojnę.
Może to coś mówi o naszych polskich kłopotach z wolnością. Już w drugiej jej dekadzie jesteśmy tak skłóceni, że nie stać nas na wspólną refleksję nad Polską?
Rozmawiał Maciej Müller
TP wyd. spec. 2/2019