1
- Pomóż mi to wyrwać - powiedziała ciocia Jo, odgarniając pnącze, które
jakimś cudem zdołało opleść nagrobek mamy w ciągu dwóch dni od mojej
ostatniej wizyty.
Pociągnąłem u podstawy i wyszarpnąłem roślinę z korzeniami i pecyną
ziemi.
Zauważyłem, że przygląda się nagrobkowi taty - oczyszczonemu z kurzu i mchu porastającego wykute litery.
- W głowie mi się nie mieści, że możesz żywić jakiekolwiek ciepłe
uczucia do człowieka, który zabił twoją matkę.
Wiedziałem, że lepiej nic nie mówić. Gdybym ją poprawił, zrobiłaby się
awantura, a chciałem sprawdzić, co z ławką.
Nie licząc kilku zimowych dni, chodziłem tam prawie codziennie i za
każdym razem ławka była pusta. Zacząłem nawet próbować różnych pór dnia,
na wypadek gdybyśmy po prostu się mijali, ale niezależnie od godziny
nigdy jej nie było.
W szkole też jej nie spotkałem. Mówiła, że jest w moim wieku, a wszystkie dzieciaki z okolicy chodziły do Lincolna. To oznaczało, że
mieszka gdzie indziej, ale w takim razie co robiła tamtego dnia na
cmentarzu? Kogo odwiedzała? Nie mogłem przestać myśleć o towarzyszącej
jej kobiecie. Dlaczego miała strzelbę? Może porwała dziewczynę i przyjechała z nią na cmentarz, żeby... żeby co? To nie miało sensu. Całe
to spotkanie było niepojęte i pewnie dlatego nie mogłem przestać o niej
myśleć.
Ciocia Jo rozłożyła koc na grobach i podała mi kanapkę - biały chleb z szynką i serem. Jakiś tydzień temu zauważyłem, że przestała kupować
Wonder Bread i przerzuciła się na markę własną supermarketu. Masło
orzechowe też nie miało już na słoiku logo Jiffy, tylko prostą etykietkę
z napisem "Masło orzechowe". Kiedy ją o to zagadnąłem, powiedziała, że
jadłodajnia gorzej sobie radzi i obcięli jej godziny. Jeśli sytuacja
wkrótce się nie poprawi, pewnie będzie musiała poszukać drugiej pracy.
Zaoferowałem jej swoje oszczędności, wynoszące już sto dwadzieścia trzy
dolary, ale nie chciała wziąć ode mnie pieniędzy.
- Czytaj - powiedziała, gestem głowy wskazując nagrobek mamy.
- Serio? Znowu?
- Czytaj.
- Kaitlyn Gargery Thatch. Szesnasty lutego tysiąc dziewięćset
pięćdziesiąt osiem, ósmy sierpnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt.
Kochająca żona, matka i siostra. - Nie musiałem patrzeć na tablicę. Już
dawno nauczyłem się na pamięć tekstu wyrytego na obu nagrobkach.
- Pięć lat - powiedziała ciocia cicho. Dym z papierosa tkwiącego między
jej palcami wił się smużką do nieba. Nie pamiętałem czasów, kiedy nie
paliła, ale wydawało mi się, że ostatnio pali więcej. Zdarzało jej się
przypalać papierosa niedopałkiem poprzedniego. Zaciągnęła się, wypuściła
dym. Miała żółte zęby.
Dziesięć minut później, z kanapką w brzuchu, a radiem tranzystorowym i komiksem pod pachą, wspinałem się po wzgórzu w stronę mauzoleów.
W tym roku wcześnie zrobiło się chłodno, właśnie zerwał się wiatr i świszczał pomiędzy kamiennymi budowlami.
Ławka była pusta.
Nie ma jej.
Westchnąłem, usiadłem i położyłem obok komiks - wsunąłem róg okładki pod
nogę, żeby wiatr go nie porwał, i włączyłem radio.
Szum. Trochę Phila Collinsa. Znowu szum.
Wyciągnąłem antenę na pełną długość i zacząłem powoli obracać ją w różnych kierunkach.
Poryw wiatru.
Szum i trzaski.
I znowu Phil Collins, głośno i wyraźnie: "Suss, suss, sudio".
- Siedzisz na mojej ławce.
Nie słyszałem, jak podchodziła, ale oto stała kilka kroków ode mnie w długim czarnym płaszczu.
- Idź stąd.
Zacząłem się podnosić. Serce tak mocno waliło mi w piersi, że nie mogłem
zebrać myśli. Twarz oblał mi rumieniec. A jednak usiadłem prosto i wydąłem usta, przybierając najbardziej stanowczą pozę, na jaką udało mi
się zdobyć.
- Nie.
Wzruszyła ramionami i usiadła na drugim końcu ławki, wygładzając
spódnicę wystającą spod grubego płaszcza.
SUV stał na drugim końcu drogi dojazdowej, dalej niż poprzednio. Koło
samochodu stała tamta kobieta w długim białym płaszczu i z jeszcze
bielszymi włosami. Obok niej stała druga w takim samym stroju. Obie nam
się przyglądały, patrzyły na mnie.
- Jak się miewasz, Johnie Edwardzie Jacku Thatchu?
- Chyba w porządku.
- Nie jesteś pewny, czy miewasz się dobrze czy nie? Wydawałoby się, że
ocena własnego stanu ducha powinna być tak łatwa jak stwierdzenie stanu
pogody.
- W porządku.
- A twoi rodzice? Nadal nie żyją, jak mniemam?
- Przeczytałem.
- Co przeczytałeś?
Wyciągnąłem komiks spod nogi i przesunąłem po ławce w jej stronę.
Przesunęła po okładce dłonią w rękawiczce i zmarszczyła czoło.
- Ma mi zaimponować, że przeczytałeś jakiś chłam pod tytułem Wojownicze
żółwie ninja? I to numer pierwszy. Strach pomyśleć, że jest tego
więcej.
Kiedy sięgnąłem do komiksu, żeby go otworzyć, dziewczyna odsunęła dłoń z taką prędkością, że ruch rozmywał się w oczach. Przez jej twarz
przemknął cień zawstydzenia. Otworzyłem komiks na środku, pokazując mój
egzemplarz Wielkich nadziei. A raczej nie mój, tylko pani Leech,
której nadal go nie oddałem.
Na ten widok w jej oczach rozbłysły iskierki.
Kobiety w białych płaszczach powoli się przysuwały. Kiedy podniosłem
głowę i na nie spojrzałem, zatrzymały się w miejscu. Mój wzrok
powędrował do rąbków ich płaszczy, próbowałem dojrzeć zarys broni, jak
poprzednio, ale niczego nie zauważyłem. Nawet przy kolejnych porywistych
podmuchach wiatru - nic. Może wyobraziłem sobie tamtą strzelbę.
- Zrozumiałeś? - spytała dziewczyna, nie odrywając wzroku od mojej
książki.
- Musiałem przeczytać dwa razy - przyznałem. - Za pierwszym razem
musiałem sprawdzać znaczenie różnych słów i niektóre dialogi były
trudne. Za drugim czytało mi się łatwiej.
Oparła się i spojrzała na swoją książkę - również Wielkie nadzieje.
- Czytałam ją już dwanaście razy. Kiedy jutro skończę, to będzie
trzynasty.
- Czemu nie przeczytasz czegoś innego?
- A po co? Nie ma lepszych książek.
- Czy ja wiem? Czytałem dużo książek. Niektóre znacznie bardziej mi się
podobają.
- Cóż, jesteś głupim chłopakiem.
- Jesteś dla mnie niemiła, bo w książce Estella była niemiła dla Pipa?
Zachichotała.
- Panie Johnie Edwardzie Jacku Thatchu, żaden z ciebie Pip. Jestem dla
ciebie niemiła, bo jesteś głupim chłopakiem, który nie zasługuje na nic
innego.
- Dlaczego nie widziałem cię w szkole?
- Nie chodzę do szkoły, nauczyciele przychodzą do mnie. W sumie
sześcioro, z każdego przedmiotu, jaki tylko możesz sobie wyobrazić. Mówi
się, że jestem bardzo mądra, być może genialna, więc uczęszczanie do
publicznej szkoły mogłoby mi zaszkodzić.
- Jesteś bogata?
- Mieszkam we wspaniałym domu, niemal pałacu. Służba jest do naszej
dyspozycji przez całą dobę, niczego mi nie brakuje. W wolnym czasie
podróżuję po całym świecie, odwiedzam kolejne egzotyczne miejsca, uczę
się o ich mieszkańcach i kulturze. To chciałbyś usłyszeć?
Wzruszyłem ramionami.
- Jeśli to prawda.
- To prawda.
- Okej.
Zaczęła skubać rękawiczkę, ciągnąć za koniuszek.
- Dlaczego je nosisz?
- Jest zimno.
- Nie aż tak. Zresztą ostatnio było ciepło, a też je miałaś.
- Może mi się podobają. - Wsunęła palec pod prawą rękawiczkę i zdjęła
ją. Dłonie miała długie i wąskie.
- Stello. - Kobieta z białymi włosami łypnęła na nią i podeszła bliżej.
Stella szybko włożyła rękawiczkę z powrotem.
- Po prostu je lubię. - Wsunęła dłonie pod uda.
- Dlaczego dzisiaj? Dlaczego akurat ta ławka?
- Ile pytań...
- Byłem tutaj parę razy i cię nie spotkałem. A dzisiaj znów jesteś.
Dokładnie rok od poprzedniego razu. Ósmego sierpnia. Dlaczego?
Prawie się uśmiechnęła.
- Szukałeś mnie?
- Nie. Po prostu... Blisko mieszkam. Często odwiedzam rodziców. To
wszystko.
- Sprawiasz wrażenie zdenerwowanego, Jack. Ja cię tak stresuję?
- Nie - odparłem z nadzieją, że nie mam już wypieków na twarzy.
Podniosła wzrok i spojrzała na mnie intensywnie brązowymi oczami.
- Twoi rodzice zmarli ósmego sierpnia?
Przytaknąłem.
Znowu odchyliła się na oparcie ławki i uniosła oczy do nieba.
- Dziwne zbiegi okoliczności są na tym świecie.
- Moja ciocia Jo twierdzi, że nic nie dzieje się przypadkiem.
- Ciocia jest tutaj z tobą?
- Przy grobach rodziców. Przychodzimy co roku.
- No to może się jeszcze spotkamy.
- Już idziesz? Ale dopiero...
- Stello. - Znowu ta białowłosa kobieta.
Stella zmrużyła oczy i rozsiadła się wygodniej.
- Jeszcze nie. Mam godzinę. - Odniosłem wrażenie, że mówi to nie do
mnie, lecz do tamtych kobiet, bo powiedziała to znacznie głośniej, niż
byłoby konieczne, gdyby mówiła tylko do mnie.
Nagle zauważyłem jakiś ruch na tylnym siedzeniu SUV-a.
Jakiś mężczyzna. Nie, chłopak.
- Kto tam jest?
Stella powiodła wzrokiem za moim spojrzeniem i spochmurniała.
- David Pickford.
- Kto to jest?
- Nikt.
- Ile ma lat?
- A jakie to ma znaczenie?
- Tak się zastanawiam.
Wzruszyła ramionami.
- Dziewięć czy dziesięć, zdaje się. Tyle co my.
- Ma na twarzy maskę?
Dłoń w rękawiczce powędrowała do mojego komiksu i przerzuciła strony.
- Zapomnij o nim. Opowiedz mi o tych swoich żółwiach.
Uśmiechnąłem się i to właśnie zrobiłem. Chłopak obserwował nas z samochodu, kobiety w bieli z mniejszej odległości.
Następnym razem miałem zobaczyć go trzynaście lat później, a i tak
okazało się to za szybko.
2
- To wcale nie jest All-American Slam - zaprotestowałem, patrząc na
talerz, który postawił przede mną pan Krendal. Do Święta Dziękczynienia
zostało dziesięć dni i ciocia Jo pracowała na dwie zmiany, kiedy tylko
się dało, żeby uzbierać na porządny obiad z indykiem. To oznaczało, że
przez jakiś czas nie było pizzy. Zawiesiła mi też kieszonkowe. Nie
przeszkadzało mi to. Odłożyłem już sto czterdzieści jeden dolarów. Skoro
ciocia Jo nie chciała ode mnie pieniędzy, dałem je panu Triano,
gospodarzowi budynku, żeby kupił indyka i zrobił jej niespodziankę.
Elden Krendal, właściciel i jedyny kucharz w jadłodajni, miał taką
zasadę, że pracownicy mogą jeść za darmo, ale tylko jeśli nie zamawiają
z karty, a zjadają nadwyżki, zanim jedzenie się przeterminuje.
Kilka tygodni temu, kiedy ciocia Jo zapytała, czy może się ze mną
podzielić darmowym posiłkiem, Krendal wytarł te swoje łapska z palcami
jak serdelki o biały niegdyś fartuch i przyklęknął przede mną.
- Ale mały ten chłopak! Za mały jak na swój wiek. Ile, mówiłaś? Osiem
lat?
Był niewysoki, parę centymetrów wyższy od cioci Jo, ale potężny.
Podejrzewałem, że osiągnął takie rozmiary, bo przez cały dzień podjadał
w kuchni. Musiał ważyć przynajmniej ze sto pięćdziesiąt kilo,
przypominał mi sflaczałego Mr. Cleana, tego z reklam środków czystości,
tyle że starszego o dwadzieścia lat. Nie miał ani jednego włosa na
głowie. Kiedyś podsłuchałem, że miał już dość zakładania siatki na
włosy, więc je zgolił. Ciocia Jo twierdziła, że to jego włosy miały go
dość i same go opuściły. Miał też zaraźliwy uśmiech. Nie mogłem sobie
przypomnieć, żeby kiedykolwiek się nie uśmiechał. Nawet kiedy
wykrzykiwał coś z kuchni, uśmiech nie znikał mu z twarzy.
- Dziewięć - poprawiłem go.
Pokręcił głową.
- Skóra i kości. Nie wyrośniesz na silnego mężczyznę, jak będziesz
podjadał z talerza ciotki. Powinieneś dostawać własny posiłek.
- Nie stać mnie... - zaczęła ciocia Jo, ale pan Krendal tylko machnął
ręką.
- Będziemy karmić tego chłopaka, aż pęknie. Może kiedyś zechce u mnie
pracować.
- Pójdę na studia i zostanę astronautą albo reporterem w "Daily Planet"
- oznajmiłem.
- A może reporterem w kosmosie? Na pewno by się nam taki przydał -
stwierdził Krendal. - Siądź sobie gdzieś, a ja załatwię ci coś do
jedzenia.
Ciocia Jo wskazała na stołki przy barze, ale wybrałem boks, mały,
dwuosobowy, na samym końcu, tuż przy łazienkach. W następnych tygodniach
stał się moim boksem. Pan Krendal wypisał dużymi literami karteczkę o treści: REZERWACJA DLA JACKA THATCHA - ASTRONAUTY-REPORTERA i codziennie
przed zmianą cioci Jo kładł ją na stoliku, bo wiedział, że pewnie też
wtedy przyjdę.
Kiedy dzisiaj zapytał, co chcę na kolację, powiedziałem, że zestaw
All-American Slam, jak w Denny's, a do tego shake'a czekoladowego.
Tymczasem dostałem kanapkę z chleba żytniego z kurczakiem, frytki i szklankę wody.
- To All-American Slam w wersji Krendala. Być może nieco się różni od
posiłku o tej samej nazwie u konkurencji - oznajmił kucharz. - Kiedy ci
sympatyczni ludzie z Denny's ukradli tę nazwę z mojej karty, nie
przeczytali opisu dania. Mam ten sam problem z ludźmi z McDonalda. Przez
rok im tłumaczyłem, że Big Mac to miska makaronu z serem i bekonem na
wierzchu, ale w ogóle nie słuchali. Za moich czasów kradzież własności
intelektualnej to było coś. Dzisiaj złodzieje w ogóle się nie szanują.
Zwichrzył mi włosy i wrócił do kuchni. Zawsze prosiłem o czekoladowego
shake'a. Nigdy go nie dostałem. Krendal upierał się, że ludzi nie
stworzono do pochłaniania takich ilości cukru, a woda jest zdrowsza,
zwłaszcza dla moich zębów. On sam przez pięćdziesiąt osiem lat nigdy nie
miał próchnicy. Od razu nadmienił też, że nigdy nie pił shake'ów.
Szybko uporałem się z kanapką i frytkami. Były przepyszne.
Podczas gdy jadłem, ciocia Jo uwijała się na sali. Ona też się
uśmiechała. Widziałem, jak przed każdym klientem przywołuje na twarz
swój najlepszy uśmiech. Widziałem też, że gdy tylko odwraca się do
klienta plecami, uśmiech znika z jej twarzy. Nie chciała tu być.
Już miałem wracać do domu, kiedy rzuciła mi na stół cztery dolary.
- Obsłużyłam trzy stoliki i ledwie uzbierałam na fajki. Fatalne dziś
napiwki. Niech to się lepiej szybko poprawi. Będziesz tak miły i skoczysz obok po dwie paczki czerwonych setek? Reszta dla ciebie.
Chciałem odmówić. Ciocia za dużo paliła. Tego ranka kasłała bez przerwy
prawie pięć minut, zanim w ogóle wstała z łóżka.
Ale jak nie pójdę, to i tak kupi sobie papierosy na przerwie, a potem
jeszcze będzie mnie obwiniała, że w tym czasie przepadły jej napiwki.
Wziąłem pieniądze i ruszyłem do drzwi.
- Zaraz wracam.
3
Na niebie kotłowały się szare chmury o białych krawędziach, w powietrzu
wyczuwało się wilgoć. Jeszcze dziś nie padało, ale mogłem się założyć,
że będzie. W Pittsburghu w listopadzie nie był to ryzykowny zakład, nikt
z miejscowych nie obstawiłby innej wersji. Dochodziło południe, słońce
powinno stać wysoko na niebie. Tymczasem udało się chyba na Florydę,
zostawiwszy na zastępstwo słabą żarówkę.
Corner Mart znajdował się dwa lokale od Krendal's, więc nawet nie
musiałem przechodzić przez ulicę. Sklepik zajmował parter budynku w kształcie klina - wąskiego z przodu i rozszerzającego się ku tyłowi,
zbudowanego zapewne z uwagi na dziwny kąt ulicy i całego wzgórza, na
którym stał ten kwartał. Pittsburgh nie charakteryzuje się rozległymi
równinami, a właśnie dziwnymi kątami. Nawet podłoga w naszym mieszkaniu
była tak nierówna, że matchboxy przejeżdżały z jednego końca kuchni na
drugi bez mojej pomocy.
Kiedy otworzyłem drzwi, rozległ się elektroniczny dzwonek anonsujący
klientów. Chociaż sklep miał przy drzwiach dwie duże witryny, każdy
skrawek szyby pokrywały plakaty, ogłoszenia i reklamy najróżniejszych
towarów - od mleka przez piwo po papierosy - a każdy napis kończył się
wykrzyknikiem, bo przecież tabliczka o treści PAPIEROSY 1,25 $! wygląda
znacznie lepiej niż PAPIEROSY 1,25 $. W tym mieście na każdym rogu stał
taki sklepik, a przetrwać mogły tylko te z największym wyborem
wykrzykników.
Za ladą siedział łysiejący brunet we flanelowej koszuli w kratę, za
małej o jakieś dwa rozmiary. Nie znałem go. Skinął mi głową na powitanie
i opuścił niżej czytany egzemplarz "Pittsburgh Post-Gazette". Steelersi
pokonali wczoraj Oilersów trzydzieści do siedmiu - siódme zwycięstwo z rzędu.
- Co podać, młody?
Lada była dla mnie trochę za wysoko, ale wydawało mi się, że jakby się
obniżyła od mojej ostatniej wizyty. Wyciągnąłem rękę w górę i podsunąłem
cztery banknoty jednodolarowe tak blisko sprzedawcy, jak tylko mogłem.
- Dwie paczki czerwonych marlboro setek poproszę.
Zmarszczył czoło i wrócił do lektury gazety, kręcąc głową.
- Przecież wiesz, że ci nie sprzedam.
- Dlaczego?
Przewrócił oczami, wskazując na tabliczkę: ZAKAZ SPRZEDAŻY WYROBÓW
TYTONIOWYCH OSOBOM PONIŻEJ 18. ROKU ŻYCIA. Ten napis nie kończył się
wykrzyknikiem.
- To nie dla mnie, tylko dla cioci.
- Która to twoja ciocia?
- Josephine Gargery. Jest w pracy i nie mogła sama przyjść.
- Jo... Od Krendala?
Przytaknąłem.
- To na pewno nie dla ciebie? Nie pójdziesz za róg palić z kumplami?
- Papierochy są paskudne. W życiu bym nie chciał palić. Pan Cougin mnie
zna. Często tu przychodzę.
- Pan Cougin ma dziś wolne.
- Ale jest właścicielem, prawda? Skoro jemu nie przeszkadza, że
sprzedaje mi papierosy, to pan chyba też może? Inaczej ciocia Jo będzie
musiała wyjść z pracy, a wtedy będzie zła, pan Krendal zresztą pewnie
też. Potem poskarżą się panu Couginowi, a on się wyżyje na panu. Tego
wszystkiego da się uniknąć, jeśli po prostu sprzeda mi pan te papierosy.
Nie lubię awantur i podejrzewam, że pan też. Poza tym nie jestem
donosicielem. Porządny ze mnie chłopak.
Sprzedawca przygryzł policzek od środka, zerknął na gazetę, jakby
właściwą odpowiedź wydrukowano pod informacją o wygranej Steelersów, i w końcu wyjął dwie paczki papierosów z półki nad głową.
- Nikt nie lubi awantur.
- To prawda - przyznałem. - Nikt.
Wydał mi dolara i trzydzieści osiem centów reszty.
- Dziękuję. - Z drobnymi i papierosami w ręku ruszyłem do stojaka z komiksami na tyłach sklepu. Miałem już większość najlepszych, ale
czaiłem się na jeden konkretny: jedenasty zeszyt pierwszego tomu
"Superman Annual". Upolowałem go już we wtorek, ale miałem przy sobie
tylko siedemdziesiąt trzy centy, za mało, bo miał zaporową cenę dolar
dwadzieścia pięć, więc schowałem gazetkę za czwartym numerem "Strawberry
Shortcake" na górnej półce, gdzie nie zajrzałby żaden szanujący się
wielbiciel komiksów, i miałem nadzieję, że będzie na mnie czekał. Teraz
znalazłem go na miejscu i ściągnąłem z półki. Kiedy kartkowałem komiks,
rozległ się dzwonek przy wejściu. Usłyszałem stłumiony szum samochodów i szuranie butów, a po chwili drzwi się zatrzasnęły.
- Dawaj wszystko z kasy, ale już!
Donośny, szorstki głos dobiegł mnie z przedniej części sklepu, zza moich
pleców.
- Dobrze, w porządku, spokojnie. - To głos sprzedawcy. - Bierz wszystko,
nie będę...
Huk wystrzału wstrząsnął obklejonymi szybami.
Upuściłem papierosy.
Potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko.
Obróciłem się w tej samej chwili co strzelający. Widziałem jakby w zwolnionym tempie, jak falują za nim długie, przetłuszczone, rude włosy,
wpadają do kaptura brudnej granatowej bluzy, on podnosi rękę, celując z broni w moją stronę, z lufy nadal unosi się dym.
Nacisnął spust, i to dwa razy.
Serce waliło mi boleśnie, nigdy wcześniej nie czułem tak silnego
łomotania w piersi.
Poczułem wilgoć na udzie, ciepła plama rozlewała się na nogę.
Pistolet trzasnął.
Dwa głuche trzaski.
Zero wystrzału. Zero kuli. Jakaś usterka.
Napastnik zerknął na broń z wyrzutem, prawie nią we mnie rzucił, po czym
odwrócił się do kasy, zaczął wybierać gotówkę i upychać banknoty po
kieszeniach. Kiedy ją opróżnił, podszedł do mnie z dzikim wzrokiem.
- Wiem, jak wyglądasz, gówniarzu. Nigdy nie zapominam twarzy. Piśnij
chociaż słowo, to cię dojadę. Wypatroszę cię i powieszę, kurwa, na
latarni.
Chwilę później już go nie było. Zostałem sam.
Spojrzałem na nogę. Zmoczyłem się. Nie obchodziło mnie to.
Sam nie wiem, jak długo tak stałem. Nie mogłem się ruszyć.
W końcu poczułem się na siłach, żeby wrócić do Krendal's i wezwać pomoc.
Dn. 08.08.1986:
Rozmowa z dr Helen Durgin. Pacjent "D" sprawia wrażenie niespokojnego.
Nagranie audio/wideo.
- Chciałabym porozmawiać o twoich rodzicach.
- Nie chcę.
- Musisz. Musimy wszyscy zrozumieć, co się stało.
- Nie pamiętam. Byłem wtedy mały.
- Pamiętasz. Myślę, że pamiętasz wszystko, co wydarzyło się tamtego
dnia.
Cisza.
- To nie twoja wina, Davidzie. Miałeś zaledwie dwa latka. Nie mogłeś
wiedzieć, co się stanie.
- Nie chcę.
Doktor Durgin westchnęła.
- A o czym ty chciałbyś porozmawiać?
- Dlaczego nikt inny mnie nie odwiedza?
- Wiesz dlaczego.
- Ale ty się nie boisz. Przychodzisz.
- Jestem głucha, Davidzie. Nie słyszę cię. Tylko czytam z ruchu twoich
warg.
- I dlatego się nie boisz?
- Dlatego mogę cię odwiedzać.
- Czyli gdybyś zaczęła słyszeć, nie mogłabyś mnie już odwiedzać?
- Chciałabym, ale raczej by mi nie pozwolili.
- Ale rozmawiałabyś ze mną przez głośniki, tak? Tak jak wszyscy inni?
- Gdyby mi pozwolili.
- Dawniej odwiedzał mnie doktor Peavy. On nie był głuchy.
- Ale już nie przychodzi, prawda? Pamiętasz, co się stało z doktorem,
Davidzie?
- Tak. Doktor Peavy był dla mnie niedobry. Kazałem mu przestać.
- To było dwa tygodnie po twoich rodzicach. Skoro pamiętasz, co się
stało z doktorem Peavym, to na pewno pamiętasz, jak to było z nimi.
Cisza.
- Davidzie?
- Jestem zmęczony. Możemy już przestać?
- Czy rodzice byli dla ciebie niedobrzy? Tak jak doktor Peavy?
- Mój tatuś.
- I kazałeś mu przestać?
Cisza.
- Davidzie, musisz odpowiadać na głos, do akt. Kazałeś tacie przestać?
- Tak.
- Jak to zrobiłeś?
- Nie pamiętam.
- Chyba jednak pamiętasz.
- Nie miał zrobić krzywdy mamusi.
- To nie była twoja wina.
David nie odpowiedział.
ZESPÓŁ OBSERWACYJNY CHARTER - 309
1
- Czytaj.
- No weź.
Ciocia Jo świdrowała mnie wzrokiem, jej wargi zaciskały się mocno na
niemal wypalonym papierosie dyndającym z kącika ust.
- Czytaj.
Przewróciłem oczami.
- Kaitlyn Gargery Thatch. Szesnasty lutego tysiąc dziewięćset
pięćdziesiąt osiem, ósmy sierpnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt.
Kochająca żona, matka i siostra. Mogę już iść?
Ciotka przymrużyła oczy i zapaliła następnego.
- A dokąd ty tak uciekasz?
Złapałem komiks z koca.
- Tam za górką jest ławka, chodzę tam poczytać.
- Możesz czytać tutaj. Mógłbyś poczytać na głos mamie i mnie. Na pewno
byłoby jej miło.
- Myślę, że raczej ma w dupie Wojownicze żółwie ninja.
Trzepnęła mnie w głowę.
- Wyrażaj się! Może i robisz się już duży, ale nie myśl sobie, że nie
mogę cię przełożyć przez kolano.
- Tak jest. Przepraszam.
Ciotka burknęła i zaciągnęła się nowym papierosem. Niedopałek
poprzedniego wrzuciła do wazonu na grobie taty. Zakonotowałem sobie,
żeby go później wyłowić.
"Mieć w dupie" było ostatnio moim ulubionym słowem - czy właściwie
wyrażeniem. Jakiś miesiąc przed końcem roku szkolnego do Lincoln
przeniósł się Duncan Bellino. Jego ojciec był kierownikiem fabryki,
przeprowadzili się z Chicago. Mówiliśmy na niego Dunk. Palił i wszystko
"miał w dupie". Miał też największą kolekcję komiksów, jaką widziałem w życiu, nie licząc sklepów - całe pudła. Większość lata spędziłem na
przekopywaniu się przez te pudła.
Kiedy w szkole rozeszły się wieści o tym, co się stało w sklepie, nagle
wspiąłem się na wyżyny popularności i utrzymywałem na nich przez jakieś
dwa tygodnie, zanim dzieciaki się zorientowały, że jestem tym samym
frajerem, którego do tej pory ignorowały. Wtedy sytuacja wróciła do
normy, ale Dunk przy mnie został. Kiedy usłyszał o mojej przygodzie,
wzruszył ramionami i stwierdził, że w Chicago napada się na sklepy dwa,
czasem trzy razy dziennie. Trzeba mieć dużo szczęścia, żeby podczas
zakupów nie trafić na jakiegoś zbira, normalka.
Jego ojciec miał broń, bo służył kiedyś w rangerach. Trzymał ją w pudełku po butach na górnej półce szafy. Musieliśmy przytargać krzesło z kuchni, żeby się do niej dostać. Była tam też amunicja. Dunk pozwolił mi
zabrać jeden nabój. Powiedział, że jeśli tamten złodziej kiedyś po mnie
wróci, pożyczy mi rewolwer, żebym mógł rozwalić mu łeb. Jako że broń
leżała w pudełku na najwyższej półce w szafie jego ojca, mogłem się
założyć, że raczej nie dosięgniemy jej na czas. Musieliśmy jeszcze
dopracować logistykę. "Logistyka" była drugim moim ulubionym słowem.
- Widziałaś mojego walkmana?
Ciocia Jo wyłowiła odtwarzacz ze swojej torby. Przeznaczyłem na jego
zakup większość oszczędności, ale było warto. Nie dość, że miał
wbudowane radio, to jeszcze mogłem słuchać kaset. No i żadnej anteny.
Dużo lepsze niż nasze stare radio.
Ruszyłem pod górkę.
- Godzinę! - zawołała ciotka. - Zaczynam dzisiaj o czwartej, Krendal
mówi, że możesz sprzątać ze stolików do ósmej, potem przychodzi Carter.
Potrzebujemy tej forsy!
Machnąłem potakująco.
Zaczęła kaszleć i słyszałem ją przez całą drogę do mauzoleów. Ostatnio
coraz więcej kasłała.
Ławka była pusta. Spodziewałem się tego. Przyszedłem wcześniej. Ostatnio
pojawiła się dopiero po czwartej. Usiadłem, założyłem słuchawki i włączyłem walkmana.
Szum.
Tego też się spodziewałem. Przyciszyłem.
W zeszłym roku dałem Stelli pierwszy numer Wojowniczych żółwi ninja.
Teraz przyniosłem drugi zeszyt, a do tego trzy Wonder Woman, które
pożyczyłem z osobistych zapasów Dunka. Z początku trochę się zdziwiłem,
że ma wszystkie numery Wonder Woman, ale zwrócił mi uwagę, że pełno w nich półnagich kobiet. Od tamtej pory też stałem się ich fanem.
Gdyby Dunk wiedział, że zamierzam podzielić się częścią jego bezcennej
kolekcji z jakąś dziewczyną, chybaby mnie zamordował.
Minęło dwadzieścia minut.
Pół godziny.
Zaczynałem się martwić, że już nie przyjedzie, ale wtedy zauważyłem na
drodze dojazdowej białego SUV-a, a za nim drugi samochód, tej samej
marki, modelu i koloru. Oba pojazdy zatrzymały się jakieś dziesięć
metrów od ławki.
Wytarłem mokre od potu dłonie o dżinsy. Otworzyły się drzwi po stronie
kierowcy, wysiadła starsza kobieta i wygładziła długi biały płaszcz.
Świeciło słońce, temperatura sięgała trzydziestu stopni, to nie była
pogoda na płaszcz. Nie mogłem przestać myśleć o broni, nie o takim
rewolwerze, jak miał ojciec Dunka, ale o czymś większym, strzelbie czy
karabinie, ukrytym pod tym płaszczem.
Potem otworzyły się tylne drzwi samochodu i spodziewałem się, że
wysiądzie z niego Stella, ale zamiast niej pojawił się mężczyzna, szatyn
w okularach przeciwsłonecznych i takim samym białym płaszczu. Od strony
pasażera wysiedli kolejni ludzie, mężczyzna i kobieta. Z drugiego SUV-a wyłoniły się jeszcze cztery osoby, wszyscy dorośli, ani śladu Stelli.
Wszyscy ubrani tak samo. Kobieta, która kierowała pierwszym samochodem i którą kojarzyłem z poprzednich spotkań ze Stellą, podeszła do ławki i zajęła jej miejsce.
Szumy z radia trzeszczały mi w uszach, więc wyłączyłem walkmana i zdjąłem słuchawki.
- Gdzie Stella?
Kobieta odpowiedziała uśmiechem - zimnym jak u kota witającego się z myszą, zanim pożre malutkie stworzonko w całości, razem z ogonem. Ten
uśmiech był maską, za którą nie chciałbym zaglądać.
- Stella dziś do nas nie dołączy.
- A gdzie jest?
Kobieta założyła nogę na nogę. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła
prosto przed siebie, nie odrywając wzroku od SUV-ów i swoich towarzyszy
i towarzyszek.
- Panna Nettleton przebywa gdzie indziej. Miejsce jej pobytu nie jest
pańską sprawą.
- Wszystko z nią w porządku?
Pomyślałem, że Stelli stało się coś złego, może przytrafił jej się jakiś
straszliwy wypadek. Bo niby dlaczego nie mogła przyjechać?
Długie białe włosy kobiety były ściągnięte w koński ogon zwisający na
kołnierz płaszcza. Zadbane paznokcie miała również długie i białe,
pomalowane pod kolor płaszcza. Splotła ręce na podołku.
- Nazywam się Latrese Oliver. Możesz zwracać się do mnie per pani
Oliver. W żadnym wypadku nie wolno ci zwracać się do mnie per Latrese.
Zajmuję i zawsze będę zajmowała wyższą pozycję społeczną niż ty.
Nieważne, jaki sukcesik kiedykolwiek osiągniesz, nawet jeśli przypadkiem
uda ci się odnieść wielki sukces w tym swoim marnym życiu, zawsze
będziesz ode mnie gorszy. Rozumiesz? Czy wyrażam się jasno? Kiwnij
głową, jeśli rozumiesz.
Bezwiednie zacząłem kiwać głową. Kiedy do mnie dotarło, co robię,
zmusiłem się, żeby przestać.
- Dobrze - mruknęła. - Nie żebym wiele się po tobie spodziewała. Obawiam
się, że osiągnąłeś już szczyt swoich możliwości, pracując jako knajpiany
pomagier, który sprząta śmieci i brudy innych ludzi. Zmywanie plam moczu
z uświnionych kafelków na podłodze łazienki, zdrapywanie zaschniętego
gówna nieznajomych z kibla, to właśnie twoje miejsce.
- Gdzie... gdzie jest Stella? - Starałem się, żeby mój głos brzmiał
stanowczo, może nawet groźnie. Ale nie udało mi się. Z moich ust wydobył
się pisk, jakby mówił chłopak o połowę młodszy, ten chłopiec, który
dziewięć miesięcy temu posikał się w sklepie.
- Podoba ci się nasza mała Stella?
Nie odpowiedziałem. Wbijałem wzrok w stertę komiksów leżącą na ławce.
- Nigdy nie będziesz jej miał - ciągnęła kobieta. - Choćbyś pragnął jej
kiedyś z całych sił, nigdy nie będzie twoja. Nie przeszkadza ci to?
- Nie... nie lubię dziewczyn. Nie w takim sensie.
- Czyżby? Ach, ale kiedyś będziesz. Sądzę, że któregoś dnia to się
zmieni. Przyjdzie taki dzień, kiedy będziesz pragnął jej tak
rozpaczliwie, że stanąłbyś na drodze rozpędzonego samochodu, jeśli
dzięki temu mógłbyś jej choćby dotknąć, poczuć ciepło jej ciała,
spróbować jej pocałunku. Wszystko dla naszej Stelli.
- Chcę z nią tylko porozmawiać, to wszystko.
Pani Oliver parsknęła, wyraźnie pochłonięta własnym monologiem.
- Założę się, że po tych spotkaniach wracasz do domu, wyciągasz siusiaka
i dotykasz się na najbardziej obrzydliwe sposoby, myśląc o niej, o zapachu jej włosów, o tej gładkiej skórze. Widziałeś już kiedyś nagą
dziewczynę? Pewno nie. Za młody jesteś. Ale przypuszczalnie i tak o tym
myślisz, przez tę twoją główkę przepływają najbardziej zbereźne myśli.
Jesteś taki sam jak inni chłopcy, wszyscy jesteście tacy sami. Żaden z was nie zasługuje na naszą Stellę, robi mi się niedobrze na myśl, że
miałaby z tobą choćby porozmawiać, nie wspominając o... - Urwała i pokręciła głową. Potem odwróciła się i w końcu na mnie spojrzała,
ciemnoszare oczy wierciły we mnie dziurę, płonęły nienawiścią tak
zajadłą, że niemal czułem jej smak. - Będzie dla ciebie wszystkim. Każdy
oddech, który wyrwiesz światu, będzie do niej należał, wszystko, co
będziesz robił, będzie dla niej, a w zamian nie będziesz dla niej
znaczył absolutnie nic. Będziesz jakimś paskudztwem, które zdrapie z buta i zostawi na drodze, gdzie rozszarpią je sępy, zjedzą i wysrają.
Jesteś i zawsze będziesz odrzutem, śmieciem, elementem wszechświata, z którego powinno było się zbudować coś lepszego, wypadkiem przy pracy.
Potem wstała, wygładziła długi biały płaszcz i już bez słowa wróciła do
samochodu, a za nią pozostali. Patrzyłem, jak odjeżdżają, a cisza i spokój panujące na cmentarzu zdawały się mnie dusić.
2
Preacher wszedł do mieszkania i przycisnął obie dłonie do drzwi,
zamykając je z cichutkim stukiem. Wiedział, że nikogo nie ma w domu, był
tego pewny, ale nie chciał informować sąsiadów o swojej obecności, tak
samo jak nie chciałby wystraszyć domowników, gdyby akurat spali albo
oglądali telewizję, a nie odwiedzali gnijące zwłoki dawno zmarłych
krewnych na cmentarzu za budynkiem.
W takich blokach mieszkańcy zwykle trzymali się razem. Jak na gust
Preachera trochę za często mieszali się do spraw sąsiadów. Nie mógłby
mieszkać w takim miejscu i nie rozumiał, dlaczego ktokolwiek z własnej
woli się na to decydował.
To jest pudło.
Pudło ustawione na innych pudłach, obok następnych pudeł i pod jeszcze
kolejnymi. To nie dom, tylko cela. W takich właśnie miejscach zamyka
człowieka społeczeństwo.
Josephine Gargery nie miała wysokich dochodów. Zanim tu przyjechał,
przejrzał jej trzy ostatnie zeznania podatkowe. Jako kelnerka zarabiała
2,01 dolara za godzinę plus napiwki, średnio od dziesięciu do piętnastu
procent. Preacher oczywiście zawsze zostawiał dwadzieścia procent,
niezależnie od jakości obsługi, i zawsze traktował personel kelnerski z najwyższym szacunkiem. Nie dlatego, żeby uważał, że mają trudną pracę
albo że zasługują na więcej niż przeciętnie, bo bywał uciążliwym
klientem, ale dlatego że mieli do czynienia z jego jedzeniem, często
poza zasięgiem wzroku. Nie wyobrażał sobie, żeby potraktować taką osobę
jak śmieć, a potem wysłać ją do kuchni po swoje danie. Słyszał raz
historię, jak jeden kucharz zamoczył kanapkę z kurczakiem w wodzie po
brudnych naczyniach, bo zamówiła ją jego nauczycielka historii z liceum,
która trzy lata wcześniej postawiła mu czwórkę z minusem. Można sobie
tylko wyobrażać, co taki człowiek by zrobił, gdyby nagle poczuł niechęć
do stałego klienta, tylko dlatego, że zachował się nieuprzejmie albo
podczas poprzedniej wizyty zostawił marny napiwek.
Preacher zawsze zostawiał więc dwadzieścia procent i tak samo uczynił
tego ranka, kiedy jadł śniadanie w Krendal's. Z przychodu deklarowanego
przez Josephine Gargery w zeznaniach podatkowych wynikało, że inni
klienci nie byli tak hojni. W ubiegłym roku zarobiła 7840 dolarów.
Wychodziło 150 dolarów i 77 centów tygodniowo - niewiele ponad krajowym
progiem ubóstwa, wynoszącym 7240 dolarów rocznie. Biorąc pod uwagę, że
miała jeszcze na utrzymaniu chłopca, nie wiodło jej się najlepiej.
Potwierdzał to widok, który ukazał się oczom Preachera, kiedy zaczął się
rozglądać po mieszkaniu.
W klitce cuchnęło dymem tytoniowym, mimo że w salonie oba okna były
otwarte i wpadał przez nie lekki wietrzyk. Ściany były pokryte tłustymi,
żółtawymi zaciekami. Wolał nie myśleć, w jakim stopniu te wstrętne opary
przesiąkły meble, pościel, odzież. Miał na dłoniach grube skórzane
rękawiczki. Nie mógł, nie chciał dotykać niczego gołymi rękami.
Preacher nie palił i nie tolerował palenia w swojej obecności. Wstrętny,
bezsensowny nałóg.
Kiedy stanął plecami do drzwi wejściowych, po lewej miał niedużą
kuchnię. Sprzęty miały na oko jakieś dziesięć lat, zaczynały rdzewieć na
brzegach i w załamaniach. W lodówce nie było nic oprócz keczupu i tym
podobnych, amerykańskiego sera w plasterkach i pół litra mleka, które
zaczynało już kwaśnieć.
Przed sobą miał wąski przedpokój prowadzący do salonu, a na ścianie po
prawej dwoje drzwi, prawdopodobnie do sypialni. W kuchni nie znalazł nic
ciekawego, ani jednej karteczki przyczepionej do lodówki - pomieszczenie
wyglądało na rzadko używane, więc przeniósł się do salonu. W kącie po
lewej stał stół jadalny, zarzucony stertami korespondencji, otwartej i nie. Preacher sięgnął po najbliższy stosik i przejrzał nadawców:
rachunki i Publishers Clearing House. Rachunków nikt nawet nie otworzył,
za to formularz zgłoszeniowy do loterii został wypełniony i przygotowany
do odesłania w kopercie zwrotnej. Chociaż wpisano dane Josephine
Gargery, uczyniono to dziecinnym pismem, niewątpliwie należącym do
chłopca.
Preacher odłożył listy na stół, pilnując, żeby wszystko zostawiać
dokładnie w tym samym miejscu, po czym rozejrzał się po salonie. Przed
niedużym, dwunastocalowym telewizorem stały kanapa i rozkładany fotel. W środku tego trójkąta znajdował się stolik kawowy. Spodziewał się grubej
warstwy kurzu, ale blat okazał się czysty, podobnie jak wierzch
telewizora. Najwyraźniej dym papierosowy stanowił jedyne źródło brudu.
Ktoś regularnie sprzątał w mieszkaniu, co bardzo go zaskoczyło.
Najprawdopodobniej to również zasługa chłopaka. Preacher wiedział, że
ciotka pracuje na kilka zmian i rzadko bywa w domu, pewnie wracała tylko
się przespać i wziąć prysznic. Chłopiec musiał sam sobie radzić. Jak w takim razie udawało jej się palić tak dużo, żeby zadymić całe
mieszkanie? Musiała chyba odpalać jednego od drugiego. Preacher
wiedział, że chłopak nie pali, przynajmniej na razie. Obserwowali go
uważnie, ktoś zauważyłby tak odrażające zachowanie. Obwąchawszy kanapę i fotel, ustalił, że to na tym drugim fotelu przesiadywała palaczka. Co
dziwne, nie znalazł żadnej popielniczki. W oknie przy fotelu nie było
moskitiery, więc być może to przez nie strzepywała papierosy, ale
wydawało mu się to mało prawdopodobne.
Pierwsza z dwóch niewielkich sypialni sąsiadowała z salonem, ewidentnie
ta należąca do chłopaka - ściany były pokryte plakatami superbohaterów i stronami wydartymi z komiksów. Na komodzie znalazł sterty książek,
klasyki, takiej jak Wyspa skarbów i Władca much, oraz kilkanaście
tomów przygód braci Hardych. Obok leżały równe stosiki komiksów. W szufladach nie było nic oprócz odzieży, ładnie poskładanej i posortowanej. Skarpetki dobrano w pary i zwinięto w schludne kulki.
Spodziewał się, że znajdzie między ubraniami jakąś skrytkę, ale nie. Pod
łóżkiem też nic nie było, nawet kotów z kurzu.
W szafie ubrania wisiały idealnie równo, ułożone od jasnych do ciemnych.
Na podłodze stało kartonowe pudło. W środku znalazł dwanaście
popielniczek ukrytych pod stertą książek - zagadka się wyjaśniła.
Widocznie chłopak uznał, że jeśli schowa popielniczki, przekona ciotkę
do rzucenia palenia. Sprytne. Naiwne, ale sprytne.
Preacher odłożył wszystko na swoje miejsce i zamknął szafę.
Powiódł wzrokiem po pokoju, idealnie czystym i schludnym. Wszystko
leżało na swoim miejscu.
On też był kiedyś chłopcem.
Chłopcy chowają rzeczy.
Wrócił do łóżka, podniósł materac i aż błysnęło mu w oku na widok
znaleziska.
Między materacem a sprężynami leżał jakiś zeszyt. Wyjął go i przekartkował. To nie był zwykły notes, lecz szkicownik zawierający
dziesiątki rysunków - portretów Stelli.
Opuścił materac z powrotem.
Obrazki były dość prymitywne, ale lepsze niż przeciętne. Znacznie lepsze
od tego, co mógłby stworzyć Preacher. Nieporównywalnie lepsze niż to,
czego można się spodziewać po dzieciach. Zwłaszcza ostatni szkic, na
którym Stella się uśmiecha, a oczy błyszczą jej słońcem, był niezły. Ten
był naprawdę dobry. Co więcej, chłopak narysował go czarnym długopisem,
techniką niedopuszczającą błędów i poprawek.
Trzeba było to zakończyć. Sprawy wymykały się spod kontroli.
Preacher przysiadł na brzegu łóżka, upuszczając szkicownik.
Co ta dziewczyna w nim widziała?
Dlaczego akurat ten chłopak?
Był nikim, kolejnym szczurem w labiryncie. Jego życie przemknie w mgnieniu oka. Pewnie nie pójdzie na studia, nie osiągnie nawet
przeciętnego sukcesu. Pisane mu było życie pełne fizycznej harówki i zakończone wczesną śmiercią, więc dlaczego on?
Preacher dobył walthera PPK/S kalibru .380 z kabury na lewym ramieniu i przez chwilę trzymał broń w ręku, bezwiednie zdejmując tłumik i przykręcając go z powrotem. Ciężar pistoletu, zapach smaru - to pomagało
mu się skoncentrować, zebrać myśli.
Mógłby chłopaka zabić. Prędzej czy później pewnie i tak będzie musiał,
nie miał co do tego wątpliwości. Czemu nie teraz?
Mógł po prostu poczekać na ich powrót z cmentarza i wpakować chłopakowi
kulkę w łeb, ciotce też. Preacher nie miał oporów przed zabijaniem
dzieciaków. Sporo ich już załatwił. Jedyna różnica między dzieckiem a dorosłym to czas. Mieliby to już z głowy. Cały ten bajzel zostałby
posprzątany i mogliby o nim zapomnieć.
Byłyby reperkusje.
Preacher podrapał się lufą pistoletu po brodzie.
3
Spóźniliśmy się na swoją zmianę.
Przeze mnie.
Po odjeździe kobiety długo siedziałem na ławce kompletnie oszołomiony.
Myśli kotłowały mi się w głowie, nie mogłem przestać się trząść. Każdy
oddech utykał mi w gardle i trzymał się mocno, jakby nie chciał przejść
dalej.
Nawet teraz, kiedy próbowałem nadążyć za ciocią Jo, serce waliło mi tak
wściekle, jakby miało wyrwać się z klatki żeber i wylądować z hukiem
przed nami na dziurawym chodniku.
- Coś cię bierze? Nie wyglądasz za dobrze.
Chętnie odpowiedziałbym, że jej głos nie brzmi za dobrze - z płuc cioci
wydobywał się dziwny świst, jakby powietrze przelatywało po woskowanym
papierze. Co kilka kroków dochodził do tego mokry kaszel. Mimo to nie
przestawała palić.
- Może powinienem skoczyć do domu, zostawić rzeczy i zażyć witaminę C.
- Mam listek w szafce w pracy - odparła. - Nie możemy sobie teraz
pozwolić na chorobę.
Chociaż nic mi nie powiedziała, wiedziałem, że nie zapłaciła jeszcze
czynszu za sierpień. Osiem dni po terminie. Po piątym dniu miesiąca
dochodziły odsetki za spóźnienie. Nie potrafiłem powiedzieć, ile to
dokładnie będzie, ale na pewno więcej, niż mieliśmy. Mogłem spróbować
zwrócić walkmana. Albo znów zaoferować swoje oszczędności, chociaż nigdy
nie chciała ich przyjąć.
Wpadliśmy do jadłodajni dwadzieścia minut spóźnieni. Lokal pękał w szwach. Pan Krendal stał nad kuchenką i świdrował nas wzrokiem przez
okienko do wydawania posiłków za kontuarem.
- Josie! Wkładaj fartuch, mamy urwanie głowy!
Nie było jeszcze nawet piątej, a już ludzie pozajmowali wszystkie boksy,
krzesła i stołki. Przy drzwiach grupka klientów czekała na wolny stolik.
Za kontuarem Lurline Waldrip wycierała jakąś plamę, chyba wylała się
kawa. Spojrzała na nas, pokręciła głową i wróciła do pracy.
Najpierw zauważyłem płaszcz tej kobiety.
Kiedy sprząta się ze stolików, szybko zaczyna się zauważać brudne
talerze i szklanki, już od progu przyciągają wzrok. Bezwiednie zacząłem
wodzić oczami po sali, kiedy tylko weszliśmy, w drugiej kolejności
zwracając uwagę na ludzi, a w pierwszej - na sztućce, talerze i miski.
Pełne czy puste, do połowy opróżnione szklanki z wodą domagające się
dolewki. A jednak wpadł mi w oko ten płaszcz.
Zobaczyłem biały płaszcz na jednym ze stołków przy kontuarze i nagle
przestałem widzieć i słyszeć cokolwiek innego, moje oczy podążyły w górę
i spoczęły na kobiecie siedzącej plecami do mnie, na białych włosach
opadających na ramiona. Obok jej lewej ręki leżała równo złożona gazeta,
prawą podnosiła właśnie do ust filiżankę z kawą.
Musiała wyczuć moje spojrzenie, bo odwróciła się powoli na stołku.
Gapiłem się na nią chyba z dziesięć sekund, zanim się zorientowałem, że
to wcale nie ta kobieta z cmentarza, pani Latrese Oliver, jak mi się
przedstawiła, a ktoś zupełnie inny, kogo nigdy wcześniej nie widziałem.
Przecisnąłem się obok cioci Jo i popędziłem do łazienki. Jakimś cudem
udało mi się zamknąć za sobą drzwi, zanim zwróciłem skromne śniadanie i obiad.
Zostałem nie tylko na swoją zmianę, ale też do końca ciocinej. Pan
Krendal co chwila mi powtarzał, żebym poszedł do domu, ale nie mogłem
się do tego zmusić. Nie chciałem być sam. Wzmożony ruch skończył się
dopiero po dziewiątej wieczorem. Lurline stwierdziła, że to piątek,
większość ludzi dostała wypłatę i uznała, że nie chce im się gotować.
Mówiła, że gotówka w kieszeni oznacza stałą trójcę - gorący posiłek, bar
i klub ze striptizem - dla każdego kawalera w mieście, a tych nie
brakowało. Wiedziałem, co to jest bar, w każdym kwartale ulic były ze
trzy. Miałem też swoje domysły co do klubów ze striptizem, szczątkową
wiedzę zawdzięczałem nieco mniej szczątkowej wiedzy Dunka. Ciocia Jo
próbowała nadążyć za tłumem klientów, ale pracowała zbyt wolno, więc
Lurline została ponad godzinę po końcu swojej zmiany, żeby pomóc.
Zostawiliśmy otwarte okna w mieszkaniu, wiatr zwiał trochę papierów ze
stołu i rozrzucił je po podłodze. Pozbierałem kartki, a ciocia w tym
czasie pozapalała światła, zamknęła okna i padła na fotel.
- Za stara na to jestem. - Ściągnęła buty i zaczęła rozcierać spuchnięte
stopy. Potem przeliczyła napiwki i zaklęła pod nosem.
- Co się stało?
- Ciągle brakuje nam trzydzieści osiem do czynszu. Myślałam, że dziś na
pewno... - Umilkła, zamknęła oczy i przycisnęła do skroni spracowane
dłonie.
Zarobiłem sześć dolarów z napiwków. Podałem jej pieniądze. Już otwierała
usta, żeby zaprotestować, ale w końcu uśmiechnęła się blado.
- Dobry z ciebie chłopak. Oddam ci co do centa, obiecuję.
- Zaczekaj. - Pobiegłem do pokoju po resztę oszczędności. Teraz wreszcie
weźmie ode mnie pieniądze, a ja chciałem je jej dać. Też tu mieszkałem.
Chciałem pomóc.
Kiedy zapaliłem światło, zobaczyłem na łóżku kopertę.
Leżała na moim szkicowniku, który nie znajdował się tam, gdzie go
zostawiłem.
Obejrzałem się na ciocię, która nadal siedziała w fotelu, po czym
wszedłem ostrożnie do pokoju, rozglądając się czujnie po kątach, badając
każdy cień.
Koperta była biała, rozmiarów zwykłego listu, gruba mniej więcej na
centymetr. Na wierzchu widniało jedno jedyne słowo, skreślone eleganckim
charakterem pisma:
"Pip".
W środku znajdowało się pięćset dolarów gotówką.
4
Tamtej nocy miałem zły sen. Prawdziwy koszmar.
Miałem cztery lata.
Tatuś zapinał mnie w foteliku.
- Zwarty i gotowy, kapitanie Jack?
- Tak.
- Mama zrobiła ci dobre pićko na drogę.
Wziąłem kubek z dzióbkiem i podniosłem do ust, ostrożnie, żeby nie
wylać. Mleko czekoladowe, moje ulubione.
Mamusia wsiadła do samochodu.
Pamiętałem tamtą podróż.
Pamiętałem każdą sekundę, od chwili wyjścia z domu do przyjazdu pod blok
cioci Jo, ten sam, w którym teraz mieszkaliśmy.
Kiedy zaparkowaliśmy pod budynkiem z czerwonej cegły, wyszła do nas
ciocia, jak zawsze z papierosem w lewej dłoni.
Wiedziałem, co będzie dalej.
Mama otworzyła drzwiczki i siostry się uścisnęły. Ciocia wsadziła głowę
do auta i uśmiechnęła się do mnie.
- Josephine - warknął tata.
Nie odpowiedziała.
Od tej chwili sytuacja toczyła się inaczej.
W tym momencie wszystko się zmieniło.
Pamiętałem, jak tatuś wyjął mnie z fotelika i postawił na ziemi.
Pamiętałem, jak razem z mamusią wsiedli z powrotem do auta i ruszyli
przed siebie, jak patrzyłem za nimi, dopóki nie zniknęli za górką, a potem wziąłem ciocię za rękę i wszedłem z nią do bloku.
Pamiętałem to wszystko, jakby wydarzyło się wczoraj.
Ale teraz to wszystko nie nastąpiło.
W tym śnie wydarzyło się coś zupełnie innego.
Tata otworzył drzwiczki, wziął coś z fotela obok mnie i zamknął je z powrotem. Widziałem, jak niesie to coś i podaje cioci Jo.
Rodzice wsiedli do auta i znowu jechaliśmy.
Tata zaklął na widok czerwonych świateł stopu przed nami. Skręcił
gwałtownie w prawo, nawet nie zwolniwszy. Siła odśrodkowa wcisnęła mnie
w bok fotelika.
Żadne z nich się na mnie nie obejrzało, co mnie zdziwiło. W takich
sytuacjach zwykle przynajmniej jedno z rodziców się obracało.
Przejechaliśmy przez most, potem przez tunel, ciągle przyśpieszając.
Czułem, że poruszamy się coraz szybciej, samochód nabierał prędkości,
silnik pracował coraz głośniej.
Wtedy tatuś podniósł wzrok. Zobaczyłem jego oczy w lusterku, ale nie
patrzył na mnie. Patrzył na coś dalej, coś za nami. Mama zerknęła na
niego i zobaczyłem, że ona też patrzy w lusterko, tyle że boczne, po
swojej stronie.
Tata skręcił, wymijając samochód jadący znacznie wolniej od naszego.
Nasz jechał coraz szybciej i coraz głośniej.
- Niedługo będzie siedemdziesiątkadziewiątka - powiedziała mama.
Znowu wzrok ojca w lusterku.
- Za daleko.
Wtedy jego oczy w lusterku na ułamek sekundy spotkały się z moimi.
Zobaczyłem, jak z bocznej ulicy wyjeżdża biały SUV, prosto przed nas. On
go nie zauważył.
Mamusia też nie zauważyła. Nie zdążyła nawet krzyknąć.
Kiedy po raz trzeci wybudziłem się z tego koszmaru, nie odważyłem się
już iść spać. Leżałem i gapiłem się w sufit, dopóki światło poranka nie
zajrzało przez okno, próbując złapać mnie pod stosem koców.
5
Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem nagle się ociepliło.
Zeszłotygodniowy śnieg stopniał, odsłaniając rozmokłą brązową ziemię i matową trawę, która drzemała sobie smacznie pod pierzynką. Patrząc na
niebo, trudno byłoby stwierdzić, że jest dzień - kłębiły się na nim
gęste czarne chmury, jakby już nie mogły się doczekać powrotu zimy.
Ciotka Jo uparła się, żebym chodził w zimowym płaszczu, wełnianym
monstrum chroniącym przed mrozem dochodzącym do minus dwudziestu stopni.
Rozpiąłem go zaraz po wyjściu z mieszkania i zastanawiałem się, czy w ogóle nie zdjąć tego absurdalnego stroju. Temperatura wynosiła prawie
pięć stopni powyżej zera i nadal rosła, kiedy dotarłem do żelaznej bramy
cmentarza.
Po tej pierwszej kopercie pojawiły się jeszcze cztery, zawsze ósmego
dnia miesiąca, zawsze zaadresowane do "Pipa" i zawsze na moim łóżku,
zostawiane tam pod naszą nieobecność. Ostatnią znalazłem w poniedziałek,
zaledwie dwa dni temu. Rozważałem wagary i ukrycie się gdzieś w mieszkaniu, ale moja wychowawczyni, pani Thomas, była klientką
jadłodajni i na pewno zapytałaby ciocię, co się ze mną dzieje. Brałem
też pod uwagę symulowanie choroby i już prawie wcieliłem ten plan w życie, ale nagle uświadomiłem sobie, że chyba jednak nie chcę zostać sam
na sam z tym kimś, kto podrzucał te koperty. Na pewno nie robiła tego
Stella. Podejrzewałem, że mogła za tym stać pani Oliver, i już ta myśl
wystarczyła, żebym porzucił plan.
W każdej kopercie znajdowało się dokładnie pięćset dolarów.
Wiedziałem, że nie mogę dawać tych pieniędzy bezpośrednio cioci Jo.
Zapytałaby, skąd je wziąłem, a nie mogłem powiedzieć, że znalazłem na
łóżku. Nie mogłem jej też wmawiać, że to z moich oszczędności.
Wiedziała, ile miałem odłożone. Tym bardziej nie mogła zobaczyć koperty
z napisem "Pip", bo to sprowokowałoby jeszcze więcej pytań. W końcu
wyjąłem pieniądze z koperty, zawinąłem w gazetę i podrzuciłem cioci Jo
do szafki w pracy. Następnego dnia znalazła paczkę po swojej zmianie,
ale nic nie powiedziała, dopóki nie wróciliśmy do domu. Wtedy wyjęła
pieniądze z torebki i mi pokazała. Sądziła, że to pan Krendal je
zostawił. Gdyby nawet zasugerowała, że to kosmici przesłali te pieniądze
na odległość z latającego spodka okrążającego Ziemię, nie podważałbym
jej słów, byle tylko nie zaczęła podejrzewać, że to ja byłem
odpowiedzialny za ten niespodziewany prezent. Podobno zwierzyła się panu
Krendalowi, że zalega z czynszem i potrzebuje zaliczki na pensję.
Odparł, że nie uznaje zaliczek ani pożyczania. Gdyby jej pomógł,
musiałby pomagać wszystkim, a czasy są ciężkie. Uznała, że zostawił
pieniądze anonimowo, żeby uniknąć potencjalnych problemów z resztą
pracowników. Kiedy podziękowała mu za pieniądze, spytał tylko: "Jakie
pieniądze?", i wrócił do rusztu. Czasem niewypowiedziane słowa znaczą
więcej niż długa rozmowa.
Kiedy pojawiła się kolejna koperta, znowu zawinąłem pieniądze w gazetę i wsadziłem do jej szafki. Tak jak za pierwszym razem sądziła, że to od
pana Krendala. Nie zalegaliśmy już z czynszem, więc chciała mu je oddać,
ale powiedziałem, że lepiej zatrzymać je na czarną godzinę. Schowała
pieniądze na samym dnie zamrażarki, w folii aluminiowej z podpisem
JAKIEŚ MIĘSO.
Zawartość kolejnych kopert ukrywałem w szufladzie z bielizną. Wolałem
nie ryzykować, że ciotka znów będzie próbowała zwrócić je panu
Krendalowi, co niewątpliwie by zrobiła. Miała swoje wady, ale też dumę,
a z jej punktu widzenia przyjmowanie jałmużny za bardzo przypominało
żebranie. Jeśli znowu pojawią się problemy finansowe, poszukam innego
sposobu, żeby podrzucić jej pieniądze.
Teraz zajmowałem stanowisko przy dużym granitowym obelisku. Podniosłem
wzrok i zobaczyłem, jak zza zakrętu wyjeżdża Dunk na swoim BMX-ie. Nie
miał na sobie kurtki, tylko bluzę z logo Run DMC i dżinsy. Kiedy
przejechał przez bramę, nacisnął pedały do tyłu, blokując tylne koło i wpadając w kontrolowany poślizg, aż wyhamował parę centymetrów od moich
stóp.
- Co my tu właściwie robimy? - Rzucił rower na trawę i oparł się o wysoki czarny nagrobek, zorientował się, o co się opiera, i cofnął o kilka kroków, wciskając ręce głęboko w kieszenie. - Wiesz, że nie
cierpię tu przyłazić. Cmentarze są upiorne. Nie oglądałeś Nocy żywych
trupów? Romero mieszka niedaleko stąd. Możliwe, że wpadł na pomysł tego
filmu, kiedy jeden z tych truposzów próbował go złapać dokładnie w tym
miejscu, w którym my teraz stoimy.
- No ale najwyraźniej przeżył.
Dunk zmrużył oczy.
- Na pewno? Widziałeś go kiedyś? Wygląda jak zombi.
- Zombi nie istnieją.
- Jeśli gdziekolwiek miałyby istnieć zombi, to w Pittsburghu. To
straszne zadupie - stwierdził. - W Chicago było wesoło. Sam zobacz,
jakie filmy tam nakręcili: Klub winowajców, Szesnaście świeczek.
Molly Ringwald mieszkała w Evanston, zaraz pod miastem. W takim Evanston
nigdy nie wydarzyłoby się nic złego.
- Anthony Michael Hall spokojnie mógłby być zombi. Ten cały Duckie też.
Dałem mu do myślenia.
- Dobra, masz rację. Ci goście rzeczywiście wyglądają podejrzanie. Ale
Molly to świetna laska. Z łóżka bym jej nie wyrzucił.
- Nawet nie wiesz, co to znaczy.
- Pewnie, że wiem. Ale dżentelmen nie opowiada o takich prywatnych
sprawach. Sam będzie pan musiał zgłębiać tajniki sztuki miłości, panie
Thatch, skoro ma pan narzeczoną.
Powiedziałem Dunkowi o wszystkim.
Wiedział o moich spotkaniach ze Stellą i o incydencie z białowłosą
kobietą. Nie wiedziałem, jak inaczej to ująć. "Incydent" brzmiał
odpowiednio. Wiedział też o pieniądzach.
- To nie jest moja narzeczona.
- Jak tam sobie chcesz, Romeo. A jest tutaj?
Nie musiałem sprawdzać, żeby wiedzieć, że nie ma jej na ławce i nie
będzie, przynajmniej do następnego sierpnia. Zrezygnowałem z prób
szukania jej w inne dni roku niż ósmy sierpnia, a ten dzień był jeszcze
bardzo odległy.
- Nie, nikogo nie widziałem.
- To czemu tu jesteśmy?
Musiałem dowiedzieć się o niej więcej. Dowiedzieć się o niej
czegokolwiek. Odniosłem wrażenie, że ostatnio zajmowała wszystkie moje
myśli, pewnie dlatego, że miałem tyle pytań. Jeśli uda mi się na nie
odpowiedzieć, jeśli ustalę, kim ona jest, może uda mi się od tego
uwolnić i nie będę tak bardzo chciał się z nią spotkać. Może w sierpniu
w ogóle nie będę sobie zawracał głowy jakimiś ławkami.
- Nazywa się Stella Nettleton. Chcę sprawdzić wszystkie nagrobki na
cmentarzu, żeby się dowiedzieć, kogo tu odwiedza.
Dunk rozdziawił usta, jego krzaczaste brwi prawie połączyły się w jedną
kreskę.
- To chyba najgłupszy pomysł, jaki w życiu słyszałem. Jak myślisz, ile
zdechlaków tu leży? - Oblał się rumieńcem i szybko poprawił: - To znaczy
oprócz twoich rodziców, bo oni nie są zdechlakami, oni są... znaczy byli...
znaczy...
- Musimy szukać też nagrobków z datą ósmego sierpnia - przerwałem mu. -
Na wypadek gdyby ten ktoś miał inaczej na nazwisko.
Wskazał brodą na biały budyneczek przy parkingu.
- A w kancelarii nie mają jakiegoś rejestru czy coś? Chyba tak będzie
łatwiej, niż biegać po poczekalni Szatana i sprawdzać nazwiska. Nie żeby
twoi rodzice mieli pójść do... szlag, strasznie drażliwy temat. Nie możemy
iść pograć w piłkę czy coś? Widziałem chłopaków w Carnegie Park. Justin
tam był, on nam pozwoli grać.
- Mogę to zrobić sam, jeśli nie chcesz.
Dunk westchnął.
- Nie no, skoro tak właśnie chcesz spędzić wolny wieczór, to ci pomogę.
Ale powinniśmy zacząć od kancelarii.
- Próbowałem parę tygodni temu. Nie mają w aktach nikogo o nazwisku
Nettleton, znalazłem trzy osoby, które zmarły ósmego sierpnia, a dwie
kolejne się wtedy urodziły. - Wyjąłem z kieszeni kartkę i pokazałem ją
Dunkowi. - Cała piątka leży w tej nowej części cmentarza. Wczoraj
odszukałem wszystkie groby. Ławka stoi w najstarszej części, dokładnie
na drugim końcu. Facet w kancelarii powiedział, że dokumenty sprzed
dwudziestego szóstego roku się spaliły, więc jedyny sposób, żeby się
upewnić, to sprawdzić po kolei każdy nagrobek, jeden po drugim.
Dunk podrapał się po głowie.
- To ile ich jest?
- Sto dwadzieścia cztery tysiące.
Zbladł jak ściana.
- Zdajesz sobie sprawę, że to niewykonalne, prawda? Wiesz, ile czasu by
to zajęło? Chyba z tysiąc lat. Może dłużej. Może znacznie dłużej.
- Nie musimy sprawdzać wszystkich. Ten ktoś, kogo odwiedza, musi leżeć
blisko tamtej ławki. Zaczniemy od najbliższych grobów i będziemy się
przemieszczać coraz dalej, aż coś znajdziemy.
Właśnie tak spędziliśmy kolejne trzy godziny, przesuwając się od
nagrobka do nagrobka, od rzędu do rzędu. Nic nie znaleźliśmy.
Dn. 08.08.1987:
Pacjent "D" niespokojny.
Nagranie audio/wideo.
- Jest tu kto?
- Co robimy? Mamy mu odpowiedzieć?
- Nie, da sobie spokój za parę minut. Ignorujmy go.
- Miałem zły sen. Możecie zapalić światło?
- Zapalamy?
- Ja tego na pewno nie zrobię, obowiązuje go stały rozkład dnia. Olej
go. Twój ruch.
- Nie mogę się skupić na grze, jak on tak jazgocze. Aż mam ciarki.
- Nieważne, i tak dam ci mata w dwóch ruchach.
- Nic z tego, bo teraz zbiję ci... szlag. Kretyn ze mnie.
- No tak.
- Masz na imię Carl, prawda? Skoro nie możesz zapalić światła, to możesz
przynajmniej do mnie mówić, dopóki znowu nie usnę? Carl?
- Kurwa! Skąd on wie, jak się nazywam?
- Spokojnie.
- Wal się. Nie chcę słyszeć, jak on wymawia moje imię. Ani teraz, ani
nigdy.
- Nie może zrobić ci krzywdy, po to jest to opóźnienie dźwięku.
- Nie możemy go po prostu wyłączyć? Wyciszyć?
- Wtedy nie będzie się nagrywało. A jak przepadnie coś ważnego, to
będziemy musieli szukać nowej pracy.
- Jakby to do ciebie mówił po imieniu, już byś wyłączał dźwięk.
- No to miejmy nadzieję, że zafiksuje się na tobie.
- Czy on kiedykolwiek wychodził z tego pudła?
- Nie, przynajmniej odkąd ja tu jestem.
- Czyli od kiedy? Od osiemdziesiątego pierwszego?
- Od jesieni osiemdziesiątego.
- To jakiś obłęd. Ten pokój ma góra trzy metry na trzy.
- Ma tam okno.
- Z widokiem na co? Na parking?
- Słyszałem, że był na zewnątrz zaraz po tym, jak go przywieźli, ale nie
trwało to długo. I jeszcze jeden raz dwa lata temu. Dzieciak ma paskudny
temperament.
- Masz dzieci, Carl? - spytał David.
- Chryste! Niech on się zamknie.
- Jeszcze jedna partia?
- Nieee, nie mogę się skupić.
- Swoje dzieci też tak ignorujesz, Carl? Nieładnie.
- Ja pierdolę.
- Słyszałem, że to jego ojciec mu to zrobił, to z twarzą.
- Też tak słyszałem.
- Coś w nim wtedy pękło, przeskoczyło mu w głowie. Nie jest normalny.
Carl zachichotał nerwowo.
- No pewnie, że jest nienormalny. Dlatego trzymają go w pudle.
- Ale to przecież tylko dzieciak.
- To znaczy że co? Chcesz z nim pogadać? Podnieść go na duchu?
- Nie no, w życiu.
Carl wcisnął guzik mikrofonu.
- Może chciałbyś, żeby Warren poczytał ci na dobranoc?
Warren zerwał jego rękę z przycisku.
- Pojebało cię? Dlaczego mu powiedziałeś, jak mam na imię?
- Moje już zna, więc teraz jest sprawiedliwie.
- Straszna z ciebie świnia.
Zapadła cisza, a potem...
- Tak, chciałbym. Ale nie Warren. Może ty przeczytasz mi coś, co czytasz
swoim dzieciom, Carl? Jaka jest ich ulubiona książka?
- Pierdolony świrus. I jeszcze to dziwne opóźnienie... Trochę jak podczas
rozmów astronautów z bazą w Houston.
- Tak, albo jak opóźnienie sygnału z satelity w wiadomościach.
- Cała ta sprawa jest popierdolona.
- Zagramy jeszcze raz?
- W sumie czemu nie. Tylko zmień najpierw taśmę, bo już się kończy.
ZESPÓŁ OBSERWACYJNY CHARTER - 309
1
- Cześć, tato. - Wyczyściłem mech z liter wykutych na nagrobku,
pomagając sobie paznokciem przy najgłębszych szczelinach. - Ciocia Jo
musiała iść do pracy, więc pomyślałem, że zacznę od ciebie.
Wyłowiłem niedopałki ciotki z wazonu taty i na ich miejsce włożyłem trzy
fioletowe astry. Na początku lata ktoś posadził je na tyłach naszego
bloku i rozrosły się na sporą część niedużego ogródka.
- Ale pewnie wpadnie później, więc na wszelki wypadek ostrzegam.
Przez ostatnie osiem miesięcy metodycznie przeczesywaliśmy z Dunkiem
cmentarz i nie znaleźliśmy ani jednego nagrobka pasującego do naszych
kryteriów, oprócz tych pięciu nazwisk, które zdobyłem wcześniej w kancelarii. Jeszcze w styczniu poszedłem z tymi danymi do biblioteki w Brentwood. Kiedy jako dzieciak chcesz, żeby ktoś szybko ci pomógł,
powiedz w bibliotece, że to praca domowa do szkoły. Znaleźliśmy
informacje tylko o jednej osobie - Darnellu Jacobsie, zmarłym 8 sierpnia
1802 roku. Okazało się, że był pionierem osadnictwa w tej okolicy,
zbudował jeden z pierwszych domów przy Brownsville Road. Miał niewielkie
przedsiębiorstwo drzewne. Poza tym nie znaleźliśmy nic więcej. Zresztą
nieważne, sam nie wiedziałem, czego właściwie szukam. Chyba spodziewałem
się, że coś po prostu rzuci mi się w oczy.
- Nie wiem, czy chcę iść tam na górę - powiedziałem cicho. - Jakaś część
mnie chce. Ta część naprawdę chce. Chcę się spotkać ze Stellą. Wiem, że
pewnie byś się ze mnie śmiał, bo to przecież dziewczyna, a mama kazałaby
mi tam iść, bo sama jest dziewczyną, ale co, jeśli Stelli tam nie
będzie? Co, jeśli znowu będzie tylko ta staruszka, pani Oliver? Nie chcę
już nigdy jej widzieć. Ale jeśli będzie tam dzisiaj Stella, to muszę
iść. Szkoda, że nie możesz mi powiedzieć, co mam zrobić. Żałuję, że już
cię tu nie ma.
Poczułem, że do oczu napływają mi łzy, ale powstrzymałem je siłą woli.
Tata powiedziałby mi pewnie, żebym pomaszerował na tamto wzgórze i stanowczym krokiem minął panią Oliver, i w tamtej chwili wiedziałem, że
to właśnie zrobię, że to powinienem zrobić, jakby wypowiedział te słowa
na głos.
Przez kolejne pół godziny rozmawiałem z obojgiem rodziców, a kiedy w zegarku włączył mi się alarm ustawiony na osiemnastą, wstałem, zabrałem
walkmana i resztę kwiatków i ruszyłem pod górę.
Stella siedziała na ławce.
2
- Jeszcze kawy?
Preacher zajrzał do kubka, podniósł wzrok i uśmiechnął się do Josephine
Gargery.
- Poproszę.
Obrzuciła spojrzeniem jego dłonie.
- Po co te rękawiczki? Nie za ciepło trochę na takie zimowe dodatki?
Preacher spuścił oczy, napiął palce ukryte pod czarną skórą. Potem znów
się uśmiechnął.
- Kłopoty z krążeniem. Bardzo marzną mi ręce.
- Hm. Może powinien się pan przenieść na Florydę. Słyszałam, że
tamtejsze słońce czyni cuda.
Gargery straciła na wadze, od kiedy widział ją ostatni raz, a już wtedy
była szczupła. Teraz kelnerski mundurek wisiał na niej jak na wieszaku.
Skórę miała bladą, niemal przezroczystą. Tusz do rzęs i kredka dodatkowo
podkreślały głęboko zapadnięte oczy, smugi różu na policzkach w niczym
nie przypominały naturalnych rumieńców. Białka oczu nie były już białe,
a matowożółte, pod kolor plam nikotyny na zębach. Preacherowi robiło się
niedobrze na sam widok, ale udało mu się z uśmiechem na twarzy pochłonąć
kolejny kęs smażonego kurczaka.
- Chyba tu pani mieszka. Widzę panią za każdym razem, kiedy przychodzę.
Dolała mu kawy i odstawiła dzbanek z powrotem na podgrzewacz. Zerknęła w okienko do kuchni i zawołała przez ramię:
- Hej, Elden, ten tutaj mówi, że zmuszasz mnie do ciężkiej harówy i powinnam mieć co najmniej dwa płatne dni wolnego w tygodniu!
Zwalisty mężczyzna machnął na nią łopatką przez opary dymu z kuchni.
- Widocznie nie przyłapał cię nigdy, jak śpisz na zapleczu albo co
dziesięć minut łazisz na papierosa, kiedy powinnaś być na sali. Zresztą
z tego, co mi wiadomo, zagadywanie klientów też nie należy do twoich
obowiązków. Zamówienie! - Walnął mięsistą dłonią w dzwonek przy okienku
i postawił talerz ze stekiem i jajkami.
Preacher wiedział, że ten człowiek to Elden Krendal, właściciel tego
przybytku od blisko dwudziestu trzech lat. Zaszczycał tę planetę swoją
obecnością od równo sześciu dekad, a ważył przerażające sto czterdzieści
kilo. Jego ciśnienie regularnie przekraczało wartość 140 na 110, ale to
akurat najmniej martwiło jego lekarza - według akt medycznych ten
wątpliwy zaszczyt przypadał cholesterolowi. Poziom cholesterolu
całkowitego utrzymywał się około 310, a podczas ostatnich badań
trójglicerydy osiągnęły wynik 503. Pan Krendal oczywiście pewnie nie
zdawał sobie z tego sprawy, bo ledwie słyszał, a odmawiał noszenia
aparatu. Prawdopodobnie kiwał tylko głową, kiedy lekarz wymieniał
kolejne potencjalne przyczyny zgonu i niewątpliwie rekomendował
natychmiastową zmianę trybu życia, być może nawet hospitalizację. To, że
ten człowiek jeszcze żył, pozostawało wielką zagadką medycyny.
Gargery zabrała talerz z okienka i postawiła go przed starszym mężczyzną
siedzącym kilkanaście stołków dalej przy przeciwnym końcu kontuaru, po
czym wróciła.
- Nie wygląda pan znajomo. Kojarzę naszych stałych klientów.
- Zdecydowanie do nich nie należę. Staram się tu zaglądać, kiedy jestem
przejazdem. Najlepsze jedzenie w mieście.
Gargery zachichotała.
- To chyba jada pan w nieodpowiednich miejscach.
Preacher starał się nie patrzeć na jej dłonie, ale jego oczy bezwiednie
wędrowały do plam nikotyny na jej palcach. Sam widział, że tylko w ciągu
ostatniej godziny przynajmniej trzy razy myła ręce. Jak mocno wżarty
musi być taki brud, żeby nie poddawać się regularnemu szorowaniu?
Odwzajemnił uśmiech.
- Widuję tu czasem takiego chłopaka, to pani syn?
- Jack? Nieee, siostrzeniec.
- Miło patrzeć, że chłopak w tak młodym wieku poważnie podchodzi do
pracy. To uczy dobrych wartości.
- Dzięki temu nie pęta się po ulicy i nie pakuje w kłopoty, to na pewno.
W tej okolicy łatwo się w coś wplątać.
- Niewątpliwie. A dzisiaj nie pracuje?
Pokręciła głową.
- Nie, dziś ma wolne.
- Ja sam dorastałem na farmie w Illinois, głównie uprawialiśmy
kukurydzę, do tego mieliśmy parę mlecznych krów i stadko kur. Rodzice
kazali mi pracować w gospodarstwie, odkąd nauczyłem się chodzić. Wtedy
miałem im to za złe, koledzy się bawili, a ja miałem obowiązki. Ale
kiedy trochę podrosłem, zrozumiałem, że takie dzieciństwo nauczyło mnie
pracować trochę ciężej niż otoczenie, trochę dłużej, trochę mądrzej.
Teraz dziękuję im za to przy każdej okazji.
Oczywiście zmyślił całą tę historię. Nie znał swoich rodziców. Kilka
godzin po porodzie podrzucili go do remizy strażackiej w Oklahomie.
Kochający rodzice wpakowali go do kartonowego pudełka, okryli gołe
ciałko gazetą i zostawili na progu jak śmieć. Żadnego listu, jedzenia,
nic. Była jesień, nocą temperatury spadały do dziesięciu stopni. Kiedy w końcu go znaleziono, był już porządnie przeziębiony, później dostał
zapalenia płuc i kolejny tydzień spędził w szpitalu. Stamtąd trafił do
sierocińca Sióstr Miłosierdzia w Lawton, gdzie przez następne osiem lat
walczył z innymi niechcianymi dziećmi o nędzne ilości jedzenia, które im
przydzielano, podczas gdy potencjalni rodzice przechadzali się po
ośrodku w poszukiwaniu dobrego okazu, trochę jak łowcy okazji na
wyprzedażach garażowych. Choć większość niemowląt szybko znajduje nowy
dom, to jemu akurat rodzice zostawili na pamiątkę wrodzoną wadę serca,
więc wybredni klienci omijali go, nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem.
Siostry Miłosierdzia chętnie mu przypominały, że takie dolegliwości
wynikają zwykle z nieleczonej cukrzycy, nadużywania alkoholu i narkotyków lub kontaktu z chemią przemysłową w okresie ciąży.
Najwyraźniej matka nie lubiła go już na długo przed narodzinami. Ojciec
zaś niewątpliwie dostarczał jej tego, co przyjmowała w miesiącach po
poczęciu.
Gdyby Preacher znalazł kiedyś swoich rodziców, zabrałby ich w jakieś
odosobnione miejsce w rodzaju tej farmy z jego zmyślonego dzieciństwa,
związał i przekonał, żeby opowiedzieli o swojej plugawej przeszłości.
Kiedy już by wiedział, co brała w ciąży jego matka, uraczyłby ich oboje
końską dawką tej samej substancji, tak że pożegnaliby się z tym światem.
Gdyby to nie zadziałało, zostawiłby ich tam, żeby zgnili, zrobiwszy w ich sercach dziury, tak jak on miał dziurę w swoim chorym sercu. Jedna
wielka, szczęśliwa rodzina.
Gargery przekrzywiła głowę.
- Jakbym skądś pana kojarzyła, ale nie potrafię stwierdzić skąd.
- Obawiam się, że moja twarz raczej nie zapada w pamięć. - To akurat
prawda i bardzo mu to odpowiadało. Zawsze lepiej wmieszać się w tłum.
- Czym się pan zajmuje?
- Niczym ciekawym. Transportuję pojazdy. Ktoś się przeprowadza na drugi
koniec kraju i musi przemieścić samochód czy furgonetkę, to ja wsiadam
za kierownicę.
- Nie ma specjalnych ciężarówek do tego?
Preacher przytaknął.
- Tak, są też pociągi, ale obie te opcje są raczej drogie w porównaniu z moimi stawkami. Zwykle biorę około dziesięciu procent mniej. To
wystarczy, żebym miał co robić.
- To bardzo ciekawe. Na pewno zjeździł pan cały kraj.
- O tak, widziałem każdy zakątek tego kraju przynajmniej kilka razy.
Niektóre miejsca częściej, niżbym sobie życzył, inne zbyt rzadko.
Pittsburgh często wypada na trasie, więc bywam tu przejazdem.
- I wpada pan tutaj.
- I wpadam tutaj.
To również było kłamstwem. Profesja Preachera nie nadawała się na temat
pogawędki ze znajomymi czy z kelnerką w knajpie. Gdyby musiał jednak
zmienić zawód, transport pojazdów zajmował wysokie miejsce na liście.
Lubił koczowniczy tryb życia - nie potrafiłby pracować w miejscu, gdzie
miałby stały grafik i za szefa jakiegoś ćwierćinteligenta, który
wydawałby nakazy i zakazy.
Brzęknął dzwonek przy okienku.
- O tym właśnie mówię! - zawołał Krendal znacznie głośniej, niż było to
konieczne. - Gadasz sobie z klientami, a tymczasem przy trzech stolikach
trzeba dolać wody. Do roboty, Jo. - Słuch miał może nie najlepszy, ale
wzrok nadal sokoli.
Preacher zerknął na zegarek - dwanaście po szóstej.
- Poproszę rachunek, jak będzie pani miała chwilę. Chyba się trochę
zasiedziałem.
Gargery wygrzebała rachunek z kieszeni mundurka.
- No to do zobaczenia następnym razem. Niech pan na siebie uważa.
- Pani też - odparł Preacher, zerkając na rachunek. Sześć dolarów i dwadzieścia trzy centy. Wyjął z portfela dwudziestkę i włożył ją razem z rachunkiem pod kubek po kawie. Znacznie więcej niż zwyczajowe
dwadzieścia procent, ale czuł, że wypada zostawić trochę więcej, dać jej
coś w zamian za coś innego, co miał jej właśnie odebrać.
3
Zatrzymałem się tuż za ostatnim mauzoleum i po prostu na nią patrzyłem,
przyglądałem się dziewczynie, o której nie mogłem przestać myśleć.
Chociaż miała na sobie białą marszczoną bluzkę i czarną spódnicę, takie
same jak przy naszych poprzednich spotkaniach, to nie mogły być te same
ubrania. Była teraz wyższa. Ja też urosłem, ale ona trochę więcej,
podejrzewałem, że gdyby stanęła obok mnie, dorównywałaby mi wzrostem, a może nawet przewyższała mnie o parę centymetrów. Wiatr rozwiewał jej
długie brązowe włosy i zobaczyłem, jak przeciąga dłonią przez loki,
zakładając je za ucho. Ani na chwilę nie odrywała wzroku od książki,
którą trzymała w delikatnych dłoniach. Choć było dziś chłodniej niż przy
poprzednich spotkaniach, nie miała rękawiczek. Nie widziałem okładki
książki, ale i bez tego wiedziałem, że czyta ten sam egzemplarz
Wielkich nadziei co zawsze.
Musiała wyczuć mój wzrok, bo podniosła głowę znad książki i spojrzała w moją stronę. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, ale zaraz zniknął,
jakby nie chciała, żebym zauważył.
Pociły mi się dłonie. Wytarłem je o dżinsy, przekładając kwiaty z ręki
do ręki. Wyszedłem z bezpiecznej kryjówki.
Na widok kwiatów Stella zmrużyła oczy.
- To dla mnie?
Usiadłem obok niej i spuściłem wzrok.
- Dla moich rodziców... Trochę zostało. Mogą być dla ciebie, jeśli chcesz.
- Chyba jeszcze nigdy nie dostałam od żadnego chłopca resztek kwiatów.
To chyba astrowate.
- Tak, astry. - Podałem jej kwiaty i sądziłem, że je ode mnie weźmie,
ale nadal trzymała ręce na książce, którą miała na kolanach. Nachyliła
się jednak i je powąchała, zamykając oczy i wdychając zapach.
- To rumianki. Można z nich zrobić pyszną herbatkę.
Cofnęła się, a ja zostałem z kwiatkami w wyciągniętej ręce. Zażenowany
położyłem je między nami na ławce.
Pani Oliver stała kawałek od nas, przed pierwszym z tym razem trzech
białych SUV-ów, ręce trzymała w kieszeniach długiego białego płaszcza,
świdrowała mnie wzrokiem. W oczach miała jakiś szalony błysk, płonęły
nienawiścią i gniewem tak silnymi, że uczucia te pokonywały dzielącą nas
odległość i wwiercały się w mój kręgosłup jak śruba.
Wzdrygnąłem się.
Naliczyłem jeszcze dziewięć osób zgromadzonych wokół samochodów. Pięć
kobiet i czterech mężczyzn. Wszyscy w długich białych płaszczach,
identycznych z tym starszej kobiety, wszyscy bacznie przyglądający się
mnie i Stelli. Nie dostrzegłem broni, ale wiedziałem, że tam jest.
- W zeszłym roku przyjechali bez ciebie.
Stella westchnęła głęboko.
- Rozmawiałam o tym z panią Oliver. Jest wyjątkowo uparta. Wiedziała, że
tego zabroniłam, a mimo to ważyła się tu przyjechać i z tobą
porozmawiać, co za tupet! Już nigdy czegoś takiego nie zrobi,
dopilnowałam tego.
Pani Oliver przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę, jakby usłyszała
słowa Stelli, ale była przecież za daleko.
- A czemu mieliby cię słuchać? Jesteś tylko dzieckiem.
Teraz już naprawdę się uśmiechnęła.
- No tak, jestem dzieckiem, prawda? Dlatego właśnie cię lubię, Johnie
Edwardzie Jacku Thatchu. Mówisz oczywiste oczywistości, a jednak w twoich ustach brzmią jak najgłębsze objawienia.
- Powiedziała mi różne paskudne rzeczy. Mówiła ci o tym?
- Czasem jest troskliwą, wspaniałą kobietą, ale jej zachowanie wobec
ciebie bywa wprost podłe, rozmawiałam z nią o tym. Jest wobec mnie
bardzo opiekuńcza, zawsze tak było, znacznie bardziej niż pozostali.
- Gdzie byłaś w zeszłym roku?
Tym razem to Stella spojrzała na staruszkę. Bezwiednie przekartkowała
książkę.
- Gdzie indziej.
- Dlaczego nie spotykam cię w żaden inny dzień roku?
- Bo spotykasz mnie dzisiaj.
- Kogo odwiedzasz?
- Ciebie.
- Nie o to mi chodzi. - Jęknąłem. - W ogóle nie odpowiadasz na moje
pytania.
- Może powinieneś przestać ich tyle zadawać.
- Może powinienem po prostu sobie iść.
- A chcesz iść?
Westchnąłem bezsilnie.
- Nie.
Obróciła się w moją stronę. Spódnica podjechała jej tuż nad kolana.
Oblałem się rumieńcem i odwróciłem wzrok. Wyraźnie ją to rozbawiło.
- Dlaczego chcesz się ze mną spotykać? Dlaczego wracasz co roku, a czasem też częściej, żeby mnie znaleźć? Dziewczynę, którą widziałeś parę
razy? W sumie spędziliśmy razem pewnie nie więcej niż godzinę, ale
mogłabym się założyć, że ty rozmyślałeś o mnie przez niezliczenie więcej
godzin, pewnie wręcz obsesyjnie. Na widok mojego kolana prawie dostałeś
zawału. A to niewinne kolano. Co by było ze stopą albo, broń Boże,
kawałkiem uda? - Zniżyła głos niemal do szeptu. - A gdybym pozwoliła ci
się pocałować, Jack? Jak zareagowałbyś na taką zwykłą rzecz?
Powoli nachyliła się w moją stronę, zbliżyła tak bardzo, że czułem na
policzku jej oddech.
- Stello.
Pani Oliver. Powiedziała to łagodnie, ale coś zazgrzytało, jakby
złowieszczo, ostrzegawczo. Oczy Stelli zwęziły się i posłały kobiecie
nienawistne spojrzenie, które dziewczyna natychmiast zmyła uśmiechem,
wróciła na swoją stronę ławki i odrzuciła długie włosy na plecy.
Oddech uwiązł mi w gardle, zmusiłem się do wydechu, wziąłem kolejny
wdech. Zmieniłem temat.
- Dlaczego podrzucasz mi pieniądze?
Stella wybuchnęła śmiechem, a dźwięk ten był z jednej strony
najsłodszym, jaki w życiu słyszałem, a z drugiej najbardziej irytującym.
Nie obchodziło mnie to. Jeśli tylko mogłem słuchać jej śmiechu, nic mnie
nie obchodziło. Wiedziałem też, że to nie pytanie tak ją rozśmieszyło,
ale moja niezdarna próba skłonienia jej do rozmowy na jakikolwiek inny
temat.
- Nie mam pieniędzy, Jack. Jak mogłabym zostawiać ci jakieś pieniądze?
Co miałoby to na celu?
- Wszystkie koperty zaadresowano do Pipa, jak w twojej książce. Wiem, że
to od ciebie.
- Skoro taki jesteś pewny, to po co pytasz?
- Chcę to usłyszeć od ciebie. Chcę, żebyś wytłumaczyła dlaczego.
- Mam wrażenie, że chce pan bardzo wielu rzeczy, panie Thatch. A co ja
dostanę w zamian za zaspokojenie jednej lub kilku z tych zachcianek?
- Jeśli mi nie odpowiesz, przestanę przychodzić.
- Oboje wiemy, że to nieprawda.
- Świetnie sobie radzimy z ciocią Jo. Nie potrzebujemy twojej pomocy.
Nie chcemy.
- Jeśli nie chcesz pieniędzy, które ktoś ci podrzuca, to po prostu je
rozdaj. Znajdź kogoś, komu się przydadzą. Podejrzewam, że nietrudno
będzie znaleźć chętnego. Jeśli szkoda ci twojego cennego czasu, to po
prostu je spal. Pozbądź się tego ciężkiego brzemienia bogactwa za pomocą
jednego pstryknięcia zapałką. Nie obchodzi mnie to. Cała ta bzdurna
sprawa nie interesuje mnie w najmniejszym stopniu.
- Jeśli to nie ty zostawiasz mi te pieniądze, to kto?
Stella wzruszyła ramionami.
- Nie orientuję się, w jakim towarzystwie się obracasz.
W oddali zawarczał silnik jednego z SUV-ów. Po chwili dołączył do niego
drugi. Patrzyłem, jak ludzie w długich białych płaszczach wsiadają do
samochodów - wszyscy z wyjątkiem pani Oliver. Ona stała bez ruchu.
- Obawiam się, że na mnie już czas.
- Zaczekaj! - Nie chciałem powiedzieć tego tak głośno ani tak
rozpaczliwie. Wyciągnąłem rękę, chciałem ją złapać za ramię, ale się
cofnęła. Odsunęła się na sam skraj ławki, wciskając się w metalową
poręcz, twarz zbladła jej jak u ducha. Niespokojnie przenosiła wzrok ze
mnie na panią Oliver i z powrotem, zaczęła chyba żałować tak gwałtownego
ruchu. Nagle, w jednej chwili, jakby się rozluźniła, wróciły jej
kolorki, uśmiechnęła się. Za tym uśmiechem coś się jednak kryło, coś,
czego jeszcze nie dostrzegałem, a wtedy ujawnił się tylko jego przebłysk
- strach.
Przysunęła się bliżej, wracając na swoje wcześniejsze miejsce.
- Chcesz, żebym została?
- Tak.
Kącik jej ust powędrował nieznacznie w górę.
- Dobrze.
Zeskoczyła z ławki i ruszyła ku pani Oliver, w stronę najbliższego
SUV-a. Staruszka pokazała palcem na ławkę.
- Zapomniałaś kwiatów, panienko.
- Nie chcę ich.
- Kiedy chłopiec daje ci kwiaty, nie wolno ich zostawić. Należy przyjąć
je z radością i o nie dbać. Dar życia jest cenny i nigdy nie należy go
lekceważyć - odparła pani Oliver. - Zabierz je.
- Nie chcę.
- Weź je, Stello.
Stella stała tak, wydawałoby się, że bez końca, mierząc panią Oliver
wzrokiem. Ona jednak nawet nie mrugnęła. Toczyła się między nimi jakaś
niema rozmowa. Pani Oliver podniosła rękę i znów wskazała na ławkę.
- Weź te kwiaty.
Wtedy Stella się obróciła i podeszła do ławki, nie odrywając ode mnie
dużych brązowych oczu, kiedy sięgała po leżące obok mnie rumianki.
Złapała bukiet, oplatając palcami długie łodyżki, podniosła go i trzymała przy swoim boku. Kiedy ruszyła z powrotem do samochodu, pod
czujnym spojrzeniem pani Oliver, białe płatki zaczęły kurczyć się i marnieć, żółte środki zbrązowiały, łodygi zrobiły się czarne. W połowie
drogi do SUV-a kwiaty już całkiem zwiędły i opadły, aż w końcu wyschły
na proch. Wiatr jeszcze rozwiewał ich resztki, kiedy pani Oliver
otworzyła tylne drzwiczki i kazała jej wsiadać. Stella ani razu nie
spojrzała w moją stronę.
Ruszyły i po chwili zniknęły.
Siedziałem w całkowitym bezruchu, próbując zrozumieć, co właśnie
zobaczyłem.
Nie usłyszałem, jak za plecami podkradł się do mnie tamten mężczyzna.
Wokół mojej szyi owinęło się silne ramię.
- Ten nacisk, który czujesz w dole pleców, to bardzo ostry nóż. Szczerze
radzę, żebyś się za bardzo nie rzucał.
Chwyt poluzował się na tyle, żeby dłoń należąca do tego samego ramienia
mogła zasłonić mi usta i nos jakąś szmatą. Poczułem słodki zapach.
W ostatniej chwili, zanim straciłem przytomność, mój wzrok powędrował na
drugi koniec ławki, gdzie Stella siedziała zaledwie kilka minut
wcześniej, i zauważyłem napis świeżo wydrapany w metalu.
"Pomóż mi".
4
Ten sen.
Tatuś zapinał mnie w foteliku.
Mleko czekoladowe.
Pod blokiem cioci Jo.
Tatuś otworzył drzwiczki od mojej strony.
Wziął coś z fotela obok mnie, dał to cioci.
Coś.
Nie wiadomo co.
Znowu jedziemy.
Biały SUV na naszej drodze.
Biały SUV blokuje przejazd.
Straszliwy pisk opon.
Obudziłem się w jakimś zaułku.
Kiedy otworzyłem oczy, nie miałem pojęcia, gdzie jestem.
Bolała mnie głowa. Pulsujący ból za oczami promieniował na boki, niczym
imadło ściskał mi skronie. Zmrużyłem oczy w matowym pomarańczowym
świetle sączącym się z góry. Słońce już zaszło, światło dochodziło z lampy sodowej zamontowanej na ceglanej ścianie budynku za moimi plecami.
Padało w dół, oświetlając kąt z kontenerem na śmieci, drewnianymi
skrzynkami i wyrzuconymi kartonami. Lampa bzyczała jak wielotysięczny
rój pszczół uwięzionych w blasku.
Próbowałem wstać, ale się przewróciłem, nogi pode mną się trzęsły.
Miałem coś w dłoni.
Podniosłem zaciśniętą pięść do światła i zmusiłem palce, żeby się
otworzyły, ciało działało z opóźnieniem. Na środku mojej dłoni leżał
kawałeczek papieru złożony w kwadracik.
Pokręciłem głową, próbując odgonić senność, i natychmiast tego
pożałowałem, bo nasilił się ból.
Wolną ręką rozwinąłem papierek.
Pięć słów skreślonych zgrabnym pismem:
"To sprawka tej twojej dziewczyny".
Byłem na cmentarzu ze Stellą. Wróciła około siódmej.
Spojrzałem na niebo widoczne między budynkami, zupełnie czarne. O tej
porze roku słońce zachodziło około wpół do dziewiątej. Musiałem stracić
przytomność co najmniej na półtorej godziny, może dłużej.
Nagle przypomniał mi się męski głos, który szepnął do mojego ucha: "Ten
nacisk, który czujesz w dole pleców, to bardzo ostry nóż. Szczerze
radzę, żebyś się za bardzo nie rzucał".
Tym razem udało mi się wstać. Zerwałem się na równe nogi i obróciłem się
najpierw w jedną, potem w drugą stronę, rozglądając się dookoła. Byłem
sam.
Potem wróciły pozostałe wspomnienia, niewyraźne obrazy powoli zyskujące
ostrość. Szmata na twarzy, szybkie odpływanie, słowa wydrapane na ławce...
"Pomóż mi".
Czy ja to sobie wyobraziłem?
Spojrzałem znów na liścik w mojej dłoni.
"To sprawka tej twojej dziewczyny".
Wtedy zauważyłem stopę.
Wcześniej nie zwróciłem na nią uwagi, bo była wciśnięta z drugiej strony
za kontener, widać było tylko czubek czarnego buta, sam nosek.
W nogi, Jack.
Mózg wrzeszczał rozkaz do ucieczki.
Znikaj stąd.
Jednak podszedłem do tego buta. Powoli wchodziłem w zaułek, zbliżając
się do kontenera.
Spodziewałem się chyba zobaczyć jakiegoś włóczęgę, pijaka odsypiającego
w spokojnym miejscu, ukołysanego do snu przez buczenie latarni sodowej.
Ciało wyglądało na spalone.
Sucha, czarna skóra.
Włosy na głowie mężczyzny były sztywne, białe, kruche. Część mu
powypadała, kępki włosów tańczyły w podmuchach lekkiego wiatru
gładzącego ziemię, powiewały na brudnym asfalcie.
Miał otwarte oczy, a raczej to, co z nich zostało. W ich miejscu
widniały wyschnięte, żółtawo-białe kule zapadnięte w czaszkę. Wpatrywał
się we mnie niewidzącym wzrokiem, usta miał lekko uchylone.
Wyglądał staro.
Starzej niż jakikolwiek człowiek, jakiego w życiu widziałem. Jak
tysiącletnia mumia rozwinięta z bandaży.
Ciało sprawiało wrażenie spalonego, ale ubrania, o dziwo, nie. Miał na
sobie niebieskie dżinsy, koszulkę z logo Styx i polar drużyny Pittsburgh
Pirates. Ubrania były brudne, ale całe, jakby został ubrany już po tym,
gdy spotkał go jakiś okrutny los. Jakby ktoś oblał go benzyną, podpalił,
a potem ubrał, kiedy płomieniom skończyło się paliwo.
"To sprawka tej twojej dziewczyny".
Potwornie cuchnął.
Starałem się o tym nie myśleć.
Przyklęknąłem obok.
Kiedy w komiksie superbohater (albo żółw ninja) znajdował zwłoki,
najpierw próbował ustalić tożsamość nieboszczyka.
Pewnie ma jakiś portfel.
Nie chciałem go dotykać, wiedziałem, że nie powinienem, ale to nie
powstrzymało mojej dłoni, która sięgnęła do tylnej kieszeni jego
dżinsów. Nie powstrzymało mnie to przed obróceniem ciała na tyle, żeby
ten portfel wydobyć.
Według danych z prawa jazdy nazywał się Andy Flack i mieszkał w Bethel
Park. Miał trzydzieści trzy lata. Wyglądał zupełnie inaczej niż na
zdjęciu.
Andy Flack zakasłał.
Wtedy rzuciłem się do ucieczki.
Wypadłem z uliczki jak pocisk, ślizgając się na mokrych kartonach przy
końcu zaułka. Dopiero na chodniku zorientowałem się, że po drugiej
stronie ulicy mieści się jadłodajnia Krendala i jestem jakąś przecznicę
od domu.
Popędziłem znajomym chodnikiem, odpychając ludzi zastawiających mi
drogę, przeskakując nad dziurami i pęknięciami. Kiedy dotarłem na
miejsce, pobiegłem na górę, pokonując po kilka stopni naraz, drżącymi
rękami otworzyłem drzwi, wpadłem do środka i z hukiem zatrzasnąłem za
sobą drzwi. Osunąłem się na podłogę, dysząc ciężko i sapiąc, z trudem
próbując nabrać wystarczająco dużo powietrza. Jednak prawdziwa panika
ogarnęła mnie dopiero wtedy, kiedy zorientowałem się, że po drodze
zgubiłem tamten portfel, a także liścik.
5
- Stary, co za popieprzona sprawa. Musisz zadzwonić na gliny -
powiedział Dunk w słuchawce stłumionym głosem. Nie chciał obudzić taty,
który przysnął przed telewizorem.
Nasz telefon wisiał w kuchni, ale kabel miał z kilometr długości, więc
podciągnąłem słuchawkę aż do okna, żeby widzieć, co się dzieje.
- Już tu są. Ulicę blokują cztery radiowozy, odgrodzili wejście do tej
uliczki pomarańczowymi słupkami i żółtą taśmą. Kręci się tu chyba ze stu
policjantów. Jest też karetka.
- Staaary. Zaraz będę - rzucił Dunk i się rozłączył.
Pięć minut później stał już ze mną przy oknie.
- Powinniśmy iść na dach.
- Nie wolno mi tam wyłazić. Zresztą będzie nas widać.
- Tutaj też nas widać.
- Nie, bo pogasiłem światła.
- Ja cię widziałem.
- O nie, serio?
Dunk uśmiechnął się uspokajająco.
- Nie pękaj, wszyscy sąsiedzi też stoją w oknach. To lepsze niż
Prawnicy z Miasta Aniołów. Nie mogę uwierzyć, że pogubiłeś te rzeczy.
Równie dobrze mógłbyś się podpisać na ścianie i dołożyć: "Aresztujcie
mnie". Już nie żyjesz.
- Nie pomagasz.
- Na twoim miejscu od razu zacząłbym robić pompki, do tego wyciskać
sztangę czy coś. Musisz trochę przypakować. Taki chudzielec nie przetrwa
nawet jednej nocy w pierdlu.
- Nadal nie pomagasz.
- Mogłem zwinąć lornetkę taty. Ma taką wypasioną, jeszcze z wojny. Nie
pamiętam, jakiej to firmy, coś na S. Widać przez nią drugi koniec
miasta.
Wypuściłem powietrze z płuc.
- On był żywy. Nie wiem, jak to możliwe, ale żył.
- No, ale teraz to już raczej nie żyje, chyba że sanitariusze grają tam
z nim w pokera. Kiedy przyjechali? Dziesięć minut temu?
- Dwadzieścia trzy.
- No to truposz jak nic.
Kiedy zadzwonił telefon, prawie wypadłem przez okno. Dunk wytrzeszczył
oczy.
- To pewnie gliny. Chcą ci dać szansę, żebyś sam się poddał, zanim
przypuszczą szturm na budynek.
- Raczej by nie dzwonili.
Nie chciałem odchodzić od okna, ale przy trzecim dzwonku w końcu
odebrałem. Ciocia Jo.
- Widzisz to na ulicy?
- Tak. Dunk do mnie przyszedł, oglądamy przez okno.
- Wiesz, co tam się dzieje?
- Nie - skłamałem.
- Mamy teraz dzikie tłumy. Policjanci ciągle przychodzą po kawę, mamy
też sporo dziennikarzy. Jeden detektyw powiedział Krendalowi, że nikt z nas nie może wyjść z pracy, dopóki z wszystkimi nie porozmawiają. Może
nam zejść jeszcze parę godzin. Krendal stwierdził, że skoro i tak musimy
tu siedzieć, to wykorzystajmy sytuację i zaróbmy parę groszy. Od godziny
wszystkie stoliki są pełne, a pod drzwiami stoi kolejka. Jeden reporter
dał mi właśnie dwie dychy, żebym go posadziła przy oknie. Zdaje się, że
kogoś zabili po drugiej stronie ulicy, w tym zaułku przy True Value.
- Zabili? Naprawdę? - powtórzyłem cicho.
Dunk odwrócił się do mnie i zapytał bezgłośnie:
- Kto tam?
- Ciocia Jo - odparłem.
- Co? - spytała ciotka.
- Sorry, to nie do ciebie. Dunk pytał, z kim gadam.
Krendal coś zawołał w tle. Ciocia Jo zasłoniła mikrofon ręką,
odpowiedziała, po czym wróciła do rozmowy.
- Chyba lepiej, żebyś teraz nie siedział sam, więc powiedz Dunkowi, że
może zostać, ile chce. Masz mi nie wychodzić z mieszkania. I nikomu nie
otwieraj. Jak ktoś zapuka, to zadzwoń po mnie i przyjdę. Jeśli nie
będziesz się mógł do mnie dodzwonić, to wezwij policję. Dotarło?
- Tak, ciociu.
- Muszę lecieć.
Rozłączyła się, więc odłożyłem słuchawkę.
Dunk ciągle wyglądał przez okno.
- Wychodzą!
Podbiegłem z powrotem i uklęknąłem obok niego.
Dwóch ratowników medycznych ciągnęło nosze na kółkach, na których leżała
duża plastikowa torba. Wyglądała trochę jak gigantyczny worek na śmieci.
- Ojacie... - szepnął Dunk. - Tam w środku jest ciało.
- W środku jest Andy Flack.
Podnieśli wózek nad krawężnikiem i podjechali do czekającej karetki.
Złożyli podwozie i wsunęli nosze do pojazdu. Pięć minut później jeden z radiowozów zjechał na bok i karetka ruszyła. Patrzyliśmy, jak znika w dole Brownsville Road, migając niebieskimi i czerwonymi światłami. Ale
bez syreny.
Policja spędziła tam jeszcze trzy godziny.
Ciocia Jo wróciła do domu prawie o drugiej w nocy.
Dunk spał w śpiworze na podłodze w moim pokoju.
Ja nie zmrużyłem oka.
Rano sprawdziliśmy gazetę, ale nie było żadnej wzmianki o zwłokach w zaułku. Artykuł pojawił się dopiero następnego dnia.
- To on był jakimś zwyrolem? - spytał Dunk, czytając gazetę. Siedział po
drugiej stronie stolika w Krendal's. Poranny ruch powoli się uspokajał.
Ciocia Jo była jeszcze w domu, spała. Zaczynała dopiero od zmiany
obiadowej. Ja też miałem później pracować.
- Nie piszą nic o liściku.
- To dobrze, nie? Może nikt go nie znalazł. Wiatr mógł go porwać i zanieść prawie do Filadelfii.
- Ale z portfela na pewno ściągną odciski. - Westchnąłem. - Dlaczego nie
schowałem mu go z powrotem do kieszeni? Debil ze mnie.
- Nie schowałeś portfela z powrotem, bo facet właśnie zaczynał odstawiać
zombi i musiałeś się ratować - wyjaśnił Dunk. - Jak przyjdą gliny, to
powiesz, że znalazłeś ciało, myślałeś, że to trup, i wyjąłeś portfel,
żeby sprawdzić, kto to jest, żeby powiedzieć policji, kiedy to zgłosisz,
taki z ciebie dobry Spartanin.
- Dobry samarytanin. Spartanin to mieszkaniec starożytnego greckiego
miasta.
- Dobra, dobra, mądralo.
- Poza tym przecież nie wezwałem policji. Uciekłem. A jak uciekałem, to
jeszcze żył.
- No to tego im przecież nie mów, głupku, tylko to, co ci powiedziałem.
Jeśli będą próbowali wyciągnąć z ciebie coś więcej, to zacznij ryczeć,
ja bym tak zrobił. Jesteś dzieciakiem. Nikt nie chce użerać się z płaczącym bachorem, wykorzystaj to. Jeszcze tylko przez parę lat
będziemy mogli z tego korzystać, więc szkoda by było zmarnować okazję. -
Dunk głośno wysiorbał przez słomkę resztkę shake'a truskawkowego.
Spojrzałem na zaułek po drugiej stronie ulicy - ciemną paszczę między
budynkami.
- Zdjęli taśmę.
Dunk odsunął pustą szklankę.
- Tak, wczoraj, około południa.
- Nie mogę uwierzyć, że siedziałeś tu wczoraj przez cały dzień.
- Było nas parunastu. Wtopiłem się w tłum, musiałem zrobić rekonesans.
Ty przecież nie mogłeś, masz współudział i w ogóle. Musisz trzymać się
na uboczu, zejść do podziemia. A właśnie, bym zapomniał, musimy ci
załatwić fałszywe dokumenty, przydadzą się, gdy będziesz uciekał. Jak
stoisz z forsą? Dostałeś znowu kopertę?
- Tak, kolejne pięć stów. Jak zwykle leżały na łóżku.
- Jezu, to ile już masz?
- Sześć i pół tysiąca. W sumie trzynaście kopert.
- Sześć i pół tysiąca dolarów?!
- Ćśś! - szepnąłem, rozglądając się po sąsiednich stolikach. Na
szczęście nikt go nie usłyszał.
- Sorry. Ale Jezu, Thatch, co ty zrobisz z tą forsą? Mógłbyś kupić
samochód i serio gdzieś uciec. Albo kupić dom na Florydzie czy coś. Nad
morzem, z łódką, żebyś mógł uciekać na Kubę, jakby ten detektyw Brier
cię ścignął. A może w Londynie.
Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, co zrobić z tymi pieniędzmi. Nie
mogłem ich wydać. Gdybym wydał choć trochę, musiałbym się wytłumaczyć,
skąd się wzięły. Nawet przekazywanie ich cioci Jo okazało się przecież
problematyczne. Na szczęście pracowaliśmy dość ciężko, żeby jakoś wiązać
koniec z końcem, więc nie musiałem znowu się do tego uciekać. Bardzo
chciałem kupić sobie nowy rower. Miałem BMX-a skywaya ze srebrną ramą i niebieskimi akcentami. To był świetny rower... dziesięć lat temu, kiedy
wyjechał z fabryki. Teraz cała rama pordzewiała, srebrna farba w większości poodłaziła, a siodełko było tak podziurawione, że musiałem je
owinąć starą koszulką i obkleić całość srebrną taśmą. Pracowałem u Krendala cztery wieczory w tygodniu, po trzy godziny, za minimalną
stawkę. Wyciągałem z tego zawrotną kwotę trzydziestu dziewięciu dolarów
tygodniowo, wypłacaną pod stołem. Kupno roweru nie wchodziło w grę
- To fundusz na czarną godzinę - odparłem w końcu. - Na razie muszę
tylko pilnować, żeby nic się z nimi nie stało. Coś wymyślę.
- Lada dzień pójdziesz do więźnia za morderstwo. Jak dla mnie to całkiem
ciemna ta godzina. Mam nadzieję, że przynajmniej trzymasz je w bezpiecznym miejscu. W zeszłym tygodniu włamali się do Harwooda spod sto
siedem. Zabrali wieżę i telewizor, zdemolowali całe mieszkanie.
Powyrzucali wszystko z szafek i szuflad, wypatroszyli materace,
kompletne pobojowisko. Wywalili nawet żwirek z kociej kuwety. Kto robi
takie rzeczy? Może powinieneś przenieść kasę w bezpieczniejsze miejsce
albo rozłożyć do kilku kryjówek, żeby ewentualni włamywacze nie zabrali
wszystkiego.
Dunk miał rację. Ta kwestia już od dłuższego czasu spędzała mi sen z powiek. Parę miesięcy temu dobrałem się z nożem do mojego egzemplarza
Iliady, potężnego tomiszcza, którego nie zamierzałem już nigdy czytać
ponownie. Wydrążyłem środek i włożyłem pieniądze, a książkę schowałem do
kartonu w szafie z kilkunastoma innymi książkami. Całkiem niezła
skrytka, ale żadna nie jest idealna. No ale przynajmniej lepsza niż
szuflada ze skarpetkami, a tam pieniądze przeleżały większość minionego
roku.
- Ktoś przyszedł - zauważył Dunk półgłosem. Przysunął sobie z powrotem
szklankę i udawał, że pije, kątem oka obserwując uliczkę. - Wygląda na
detektywa.
Facet rzeczywiści wyglądał jak detektyw. Miał na sobie pognieciony
ciemnoszary garnitur i czerwony krawat. Był mniej więcej w wieku cioci
Jo, przed czterdziestką albo tuż po. Włosy miał brązowe, krótko
przystrzyżone po bokach i nieco dłuższe na górze. Wiatr mu je mierzwił,
ale on nie zwracał na to uwagi.
- Co on tam robi?
- Stoi tylko i się gapi.
- Przyszedł sam?
- Chyba tak. Wczoraj też tu był, poznaję go. To pewnie ten detektyw z gazety.
- Może. - Przejrzałem artykuł i namierzyłem jego nazwisko. - Faustino
Brier.
- Co to w ogóle za imię? - parsknął Dunk. - Nie da się nawet zrobić z niego porządnej ksywy. Może Tino?
- Za bardzo się kojarzy z Dinem z Flintstonów. Może Faust, ale chyba
nie byłby zachwycony.
- Czemu?
- Faust to był taki stary Niemiec, który zawarł pakt z diabłem. Oddał
duszę w zamian za nieograniczoną wiedzę i różne rzeczy - wyjaśniłem.
Pani Orgler od angielskiego dała mi tę książkę na wakacje. Przeczytałem
ją w tydzień, a potem zacząłem od początku. Uwielbiałem wątki magiczne.
- Totalnie zrobię to samo, jak skończę szesnaście lat i będę potrzebował
auta - stwierdził Dunk.
- Faust kiepsko na tym wyszedł. Okazało się, że dusza jest potrzebna
znacznie bardziej niż różne inne rzeczy.
- Wiśniowy mustang, rocznik sześć sześć albo sześć siedem, kabrio, osiem
cylindrów pod maską - rozmarzył się Dunk. - Myślisz, że mógłbym dostać
jeszcze z milion dolarów i zajebistą chatę? Będę potrzebował garażu i forsy na benzynę.
- Myślę, że za swoją duszę to przy dobrych wiatrach dostaniesz najwyżej
forda pinto z dziurawą podłogą i trochę bonów na jedzenie, żebyś nie
umarł z głodu przez zimę. Diabeł też zna się na interesach i wie, kiedy
nie ma sensu przepłacać.
- To nie musiałby być mustang w idealnym stanie. Mógłbym go podrasować.
Trochę się na tym znam.
Wyprostowałem się na krześle, żeby lepiej widzieć, co się dzieje po
drugiej stronie ulicy.
- Gdzie on polazł? Nie widzę go. - Duży biały dostawczak z wielkim logo
Budweisera zatrzymał się na Brownsville Road i zaparkował na drugiego
przed Carmine's. Nie widziałem, co się dzieje za nim.
- Ja mam tu taki sam widok, ten gość z browarami wszystko zasłania. Może
powinniśmy tam pójść.
- W życiu.
Pięć minut później ciężarówka odjechała. Po detektywie nie było ani
śladu.
- Może wszedł w tę uliczkę. Jego auto ciągle tu stoi.
- Wszyscy gliniarze jeżdżą crown vicami? - spytałem.
- Jak szatan nie będzie chciał mi dać mustanga, to nie pogardzę crown
vikiem. Nie jestem wybredny. Byle miał wbudowane te takie zajebiste
reflektory po stronie kierowcy.
Obaj gapiliśmy się przez okno i żaden z nas nie zwrócił uwagi, że
detektyw właśnie wszedł do jadłodajni.
Dunk pierwszy go zauważył i kopnął mnie pod stolikiem.
Detektyw Faustino Brier stał zaraz za progiem i powoli wodził wzrokiem
od prawej do lewej, badając wnętrze i twarze obecnych.
- Szlag - szepnął Dunk. - Schowaj się pod stół czy coś.
- Nie będę się chował pod stołem. To na pewno zwróci jego uwagę.
Przecież on nie wie, kim jestem. Zachowuj się naturalnie, wyluzuj.
- Jasne - odparł Dunk, rozwalając się na siedzeniu i kładąc splecione
dłonie na stole.
- Nie aż tak luźno.
- Tak jest. - Usiadł prosto i zaczął się bawić pustą szklanką po
shake'u, wbijając wzrok w blat z laminatu, jakby na pracę domową kazali
mu policzyć każdą kolorową plamkę deseniu.
- Niech pan siada, gdzie chce! - zawołał Krendal z kuchni. - Ktoś zaraz
podejdzie. Lurline, klient!
Wyjąłem portfel i położyłem pięć dolarów pod szklanką.
- Idziemy.
- Właśnie się nad tym zastanawiałem - powiedział Dunk cicho, nie
poruszając wargami. - Zrobię jakieś zamieszanie, może zrzucę ze stołu
szklankę albo widelec, cokolwiek. Jak już wszyscy będą na mnie patrzeć,
to ty śmigniesz do wyjścia. Jakby gość zaczął cię gonić, to podstawię mu
nogę, żebyś miał więcej czasu. Duży jest, ale mogę go trochę spowolnić.
- Możemy też po prostu wstać i wyjść jak normalni ludzie.
- Nie możemy ryzykować twojej wolności.
- Dlaczego tak dziwnie mówisz?
- Jak?
- Nie ruszasz ustami.
- Nie chcę, żeby ktoś wiedział, o czym rozmawiamy.
- Nikogo to nie obchodzi. Liczę do trzech i wychodzimy.
Policzyłem, wstałem i ruszyłem do drzwi. Dunk przez chwilę się wahał,
ale ruszył za mną. Już myślałem, że nam się udało. Czułem powiew wiatru,
moja dłoń zaciskała się na metalowej klamce i już zaczynała pchać.
- Hej, młody...
Obaj zamarliśmy. Przechodnie omijali uchylone drzwi i szli dalej w swoją
stronę. Moglibyśmy uciekać. Może Dunk miał rację. Jednocześnie
obróciliśmy głowy, spoglądając na detektywa.
Odwrócił się na stołku i patrzył teraz na nas. Jego wzrok wylądował na
Dunku.
- Byłeś tam wczoraj, prawda? Koło tej uliczki naprzeciwko?
- Tak, proszę pana - odparł Dunk. W jego głosie nie pobrzmiewała już
nawet nutka basu, którego dorobił się w tym roku. Brzmiał jak u znacznie
młodszego chłopaka.
- Pewnie się ekscytujesz, co? To jak w telewizji.
- Tak, proszę pana.
- Jak się nazywasz?
- Duncan Napoleon Bellino - wyrecytował bez zająknięcia. - Mieszkam przy
Brownsville Road osiemnaście dwadzieścia dwa, mieszkania dwieście
siedem. Mam jedenaście lat.
Detektyw uniósł brew, sięgnął po swój notatnik i coś zapisał. Nachylił
się do przodu i świdrował Dunka wzrokiem.
- A przedwczoraj? Albo jeszcze wcześniej? Zauważyłeś tam coś dziwnego?
Kręcili się tam jacyś dziwni ludzie?
- Nie, proszę pana.
- A kiedy ostatnio tam byłeś? Bawisz się tam czasem?
- Nie, proszę pana.
- Nie, nie bawisz się tam? Czy nie, nigdy tam nie byłeś?
- Jedno i drugie. Znaczy... Nigdy tam nie byłem. I nie bawię się tam.
Lurline Waldrip wyszła z kuchni i rzuciła białą ścierkę na kontuar.
- Przepraszam, byłam na zapleczu. Podać kartę?
Kiedy detektyw się do niej odwrócił, wyrwaliśmy z Dunkiem do drzwi,
złapaliśmy rowery zaparkowane pod latarnią przed knajpą i popędziliśmy
pod górę. Ani razu nie obejrzeliśmy się za siebie. Chyba nigdy w życiu
szybciej nie pedałowałem.
Przejechaliśmy na drugą stronę wzgórza, skręciliśmy w lewo z Maytide
Street, po dwóch przecznicach daliśmy w prawo w Claus Avenue, potem w lewo w Newburn, łańcuch w moim rowerze piszczał z każdym obrotem. Przez
dwadzieścia minut dwukrotnie objechaliśmy całą okolicę, przekonani, że
crown vic detektywa lada chwila nas dogoni albo wyjedzie gdzieś z przodu. Samochód jednak się nie pojawiał. Na szczycie Gorman's Hill
wcisnąłem hamulce i zatrzymałem się z poślizgiem. Dunk zahamował w żwirze koło mnie i opuścił nogi na ziemię, sapiąc tak głośno, że ledwie
słyszałem własne dyszenie. Pot spływał mi po skroniach, plecy koszulki
miałem przesiąknięte.
- Musimy trzymać się z dala od drogi - wydusiłem w końcu.
- Czyli gdzie?
Dobrze wiedziałem gdzie. Unikałem tego miejsca od soboty.
- Chodź.
Niespełna dziesięć minut później dotarliśmy pod cmentarz. Brama była
otwarta, więc jechaliśmy dalej, aż dotarliśmy do mauzoleów. Tam
zwolniłem i zatrzymałem się między dwoma z największych: rodzin Polanski
i Nowy. Zeskoczyłem z roweru, oparłem go o ścianę i próbowałem złapać
oddech, podczas gdy Dunk podprowadzał swój rower na miejsce obok mojego.
- Ten facet jest jak pies gończy - wydyszał w końcu Dunk. - Rzucił się
na mnie u Krendala, widziałeś?
- Wątpię, żeby cokolwiek wiedział.
- Może to ja powinienem uciekać. W razie czego będę musiał pożyczyć od
ciebie trochę kasy.
- Przecież nic nie zrobiłeś.
- Cele są pełne niewinnych ludzi, Thatch. Nie ja pierwszy. Nie oglądałeś
tego starego serialu na TBS, Ściganego? To o takim lekarzu, nazywa się
Richard Kimble i skazują go za zabójstwo żony, chociaż wcale tego nie
zrobił. Idzie do więzienia, ucieka i próbuje znaleźć prawdziwego
zabójcę. - Dunk urwał, oglądając się niespokojnie przez ramię. - Nie
mogę iść do więzienia, Thatch. Nie uda mi się uciec, nie ma szans, a nawet jakby mi się udało, to nie mam czasu szukać prawdziwego mordercy.
Mam inne rzeczy do roboty w życiu, a nie ten szajs.
Przewróciłem oczami.
- Ten gliniarz zauważył cię wczoraj w tłumie i chciał zadać parę pytań.
Nie ma nic konkretnego.
Przez następne dziesięć minut odpoczywaliśmy, na zmianę wyglądając za
róg, czy przypadkiem nie jedzie detektyw.
- To ta? - spytał nagle Dunk, przerywając milczenie.
Podążyłem za jego spojrzeniem do czarnej metalowej ławki, która stała
jakieś dziesięć metrów dalej, przycupnięta na szczycie pagórka i pusta.
- Tak.
- Nikogo nie ma.
- Bo dziś nie jest ósmy sierpnia. A ona przychodzi tylko wtedy.
Dunk walnął mnie w ramię.
- Załapałem, głupku. Chodzi mi o to, że nikt tam nie siedzi, więc możemy
obejrzeć. Mówiłeś, że coś tam napisała.
"Pomóż mi".
Nie byłem pewny, czy chcę znowu zobaczyć te słowa. Ich widok uczyniłby
je prawdziwymi. Oznaczałoby to, że Stella dwa dni temu błagała mnie o pomoc, a ja robiłem wszystko, żeby o tym zapomnieć.
- Columbo nas nie goni - stwierdził Dunk, ostatni raz sprawdzając, czy
nie jedzie samochód detektywa. - Chodź. - Ruszył w stronę ławki.
Mieliśmy stąd widok na większość cmentarza, gdyby detektyw jednak
przyjechał, mielibyśmy czas uciec. Ale tak jak powiedziałem Dunkowi, nie
sądziłem, żeby nas ścigał. Gdyby chciał, mógł zatrzymać nas w jadłodajni.
Pobiegłem za Dunkiem.
Siedzenie było wilgotne od porannej mgły. Cmentarz był opustoszały, ani
żywej duszy w zasięgu wzroku, panowała niesamowita cisza, dźwięk naszych
kroków brzmiał ogłuszająco.
Dunk stał pochylony nad ławką i oglądał ją uważnie.
- Tutaj to było?
- Tak, w tym miejscu.
- Ktoś zdrapał.
Rzeczywiście, ktoś zdrapał nie tylko napis, lecz cały fragment czarnej
farby, tak że w miejscu, gdzie znajdowały się słowa, został tylko owal
srebrzystego metalu.
- Pewnie ci ludzie, którzy z nią byli.
Dunk zmarszczył czoło.
- Ale mówiłeś, że oni byli raczej jak ochroniarze. Jakby to ona nimi
rządziła, nie na odwrót.
- Może nie miałem racji.
Przyklęknąłem w trawie obok Dunka i przyjrzałem się bliżej.
- To nie jest zdrapane. Ktoś usunął farbę. Widzisz ten metal? Jaki jest
gładki? Gdyby ktoś zdrapał napis, zostałyby ślady narzędzi, okruszki
farby. - Nachyliłem się. - Czuć rozpuszczalnikiem.
- Jak ktoś nas zobaczy, to pomyśli, że się modlimy do tej ławki.
- To cmentarz. Wszyscy zachowują się dziwnie, a wszyscy inni nie
przeszkadzają tym, co się dziwnie zachowują. Jak tutaj ktoś zacznie
gadać do kamienia, to ludzie uznają, że to z emocji, w parku za to samo
mogą człowieka aresztować. Jest taka niepisana zasada czy coś -
skwitowałem.
- Ciekawe, czemu nie odmalowali ławki - zauważył Dunk. - Natrudzili się,
żeby ukryć tę wiadomość. Można by się spodziewać, że pójdą na całość i zatrą wszystkie ślady, jakby to się nigdy nie wydarzyło.
- Może chcieli, żebym zobaczył, co zrobili, żebym zrozumiał, że oni
wiedzą, co ja wiem. Gdyby całkiem się tego pozbyli, mógłbym uznać, że mi
się przywidziało. To wszystko działo się bardzo szybko. - Wstałem i spojrzałem na drzewa za ławką, fragment lasku na granicy cmentarza. -
Ten facet zakradł się od tyłu i mnie uśpił. Tylko mi mignęło, co
napisała.
- Zabawię się w adwokata diabła, ale skąd w ogóle masz pewność, że to
ona napisała? Może ktoś inny to zrobił. To może nie mieć z nią nic
wspólnego - zasugerował Dunk.
- To czemu napis zniknął?
- Może konserwator z cmentarza posprzątał, tak jak zamalowują graffiti
na ścianach.
- Konserwator zamalowałby napis. Nie bawiłby się w zdrapywanie. Na pewno
nie zostawiłby takiej dziury.
- Może jeszcze nie skończył, tylko akurat nie miał czarnej farby.
Ja jednak wiedziałem. Byłem pewny.
- Stella napisała "pomóż mi", a ci jej ludzie to usunęli. - Obszedłem
ławkę dookoła, nie odrywając wzroku od drzew. - Przyszedł stamtąd, na
pewno... Chodź.
Za ławką zbocze wzgórza opadało ku gęstej linii drzew na skraju
cmentarza, kilka kroków dalej zaczynał się dziki las. Kiedy dotarłem do
drzew, obejrzałem się i popatrzyłem w górę na ławkę.
- Dopadł mnie zaraz po ich odjeździe, więc musiał nas obserwować. Widzę
stąd ławkę, ale przez górkę nie widać miejsca, w którym stały SUV-y.
- Może słyszał samochody? - rzucił Dunk. - Strasznie tu cicho.
- No, może.
- Przypomnij mi, co on ci powiedział?
- "Ten nacisk, który czujesz w dole pleców, to bardzo ostry nóż.
Szczerze radzę, żebyś się za bardzo nie rzucał". Potem przycisnął mi coś
do ust. Pachniało słodko i zaraz zemdlałem.
- Pewnie chloroform, używaliśmy go na przyrodzie z panią Lidden, na
myszach.
- Właśnie tak pachniało.
- Widziałeś nóż?
Pokręciłem głową.
- Czyli nie wiesz na pewno, że miał jakiś nóż?
- No nie wiem.
Przeczesaliśmy drzewa, trawę, krzaki, wszędzie szukaliśmy jakiegokolwiek
śladu tego człowieka, aż do Nobles Lane, gdzie kończył się lasek, i nic
nie znaleźliśmy. Doszliśmy do wniosku, że pewnie miał tam jakiś
samochód, do którego mnie zaniósł, ale jeśli tak było, to nie zostały
żadne ślady. Dwie godziny później, uświnieni od stóp do głów, znowu
staliśmy przy ławce.
- Musimy pogadać o tych kwiatkach - stwierdził Dunk, drapiąc ugryzienie
komara na lewej ręce.
- Co z kwiatkami?
- Mówiłeś, że jak Stella je wzięła, to na twoich oczach zwiędły jej w ręku w parę sekund. Musisz się chyba pogodzić z myślą, że nazbierałeś
jakichś zwiędłych chwastów i zobaczyłeś coś, co się nie wydarzyło.
Jedyną inną opcją jest jakaś akcja rodem z X-Menów, a chociaż uwielbiam
ten komiks, to jednak tylko komiks. Takie rzeczy nie dzieją się
naprawdę.
Spuściłem wzrok na dłonie i wykręciłem palce.
- Wstała i zostawiła je na ławce. Ta staruszka...
- Pani Oliver?
- Pani Oliver kazała jej po nie wrócić. Stella nie chciała. Pani Oliver
ją zmusiła. Stella wzięła kwiaty i widziałem, jak zwiędły i całkiem się
rozpadły, zanim doszła do SUV-a.
- Gdzie stał samochód?
Pokazałem na drogę.
- Tam.
- To tylko z dziesięć metrów.
- No.
- Czyli jakimś cudem zamordowała kwiatki w pół minuty?
- Nawet szybciej.
- A potem wsiadła do auta i odjechała ku zachodzącemu słońcu?
Zamknąłem oczy i potarłem skronie.
- Niepotrzebnie ci cokolwiek mówiłem.
Przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy. Dunk odezwał się pierwszy,
ostrożnie dobierając słowa.
- Wierzę, że ty wierzysz, że widziałeś, jak zabiła te kwiaty. Może na
razie na tym stanąć?
- Nie miała rękawiczek - powiedziałem półgłosem.
- Jak to?
- Wcześniej zawsze miała rękawiczki. Nawet jak było gorąco. Ale nie tym
razem. Myślę, że pani Oliver chciała, żebym to zobaczył. Na pewno to ona
nie pozwoliła jej włożyć rękawiczek, żebym to zobaczył.
- Ale skąd by wiedziała, że przyniesiesz kwiatki?
- Nie wiem.
Przez myśl przemknęła mi wizja mężczyzny leżącego za śmietnikiem.
Próbowałem wyrzucić ją z głowy, ale obraz stawał się coraz wyraźniejszy
- sucha, czarna, jakby spalona skóra, puste oczy tkwiące w czaszce.
"To sprawka tej twojej dziewczyny".
- Mówiłeś, że co roku przyjeżdża tu tego samego dnia, tak?
- Tak, ósmego sierpnia - przytaknąłem.
Dunk zmrużył oczy, widziałem, że intensywnie nad czymś rozmyśla.
- No to mamy rok na obmyślenie planu.
- Jakiego planu?
- Jak ich śledzić. Musimy ustalić, dokąd te SUV-y jadą z cmentarza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
- Czas.
- Cicho, smarkaczu. Rozmawiam z siostrą.
Patrzyłem, jak ciocia Jo wyciąga kolejnego papierosa z paczki czerwonych
marlboro setek, która leżała na jej szmacianej torbie w kratę, wkłada go
do ust, zapala srebrną zippo i posyła w niebo kłąb szarego dymu.
- Powiedziałaś, że za godzinę. To było o piątej. Teraz jest szósta. Czas
minął - stwierdziłem. W ogóle nie miała poczucia czasu. Gdyby tylko
mogła, cały dzień siedziałaby na tym cmentarzu i gadała do nagrobków.
Czy raczej do nagrobka mojej mamy. Z tatą nie rozmawiała. Nigdy za nim
nie przepadała.
- Za dwie godziny leci Nieustraszony.
- Nie przegapisz Nieustraszonego.
- Ostatnio przegapiłem - przypomniałem. - Wyszliśmy stąd o szóstej
trzydzieści, w domu byliśmy o siódmej, zjedliśmy kolację, zmusiłaś mnie
do kąpieli, a jak już siadłem przed telewizorem, to minęło pół odcinka.
Takiego serialu nie można oglądać od środka. Trzeba zacząć od początku.
Ciocia Jo zaciągnęła się papierosem.
- Masz niesamowitą pamięć jak na ośmiolatka, wiesz?
- Możemy już iść?
- Jeszcze nie.
Westchnąłem i sięgnąłem po radio.
Ciocia Jo rozłożyła koc na grobach rodziców, żebyśmy nie siedzieli w mokrej trawie. Przez całe rano padał deszcz, a słońce w Pittsburghu,
nawet sierpniowe, niezbyt skutecznie suszyło. Ziemia nadal kląskała
błotem.
- Cztery lata, Katy - przemówiła ciocia Jo do nagrobka mamy. - Cztery
lata temu ten drań cię zabrał. Odebrał cię nam, mnie i twojemu
malutkiemu Jackowi.
- Tatuś nie zabił mamusi.
- Przecież to on prowadził, nie?
- To był wypadek.
- Był pijany.
- Mama wypiła dwa kieliszki wina, a tata colę. Tak powiedział kelner.
Wszystko jest w raporcie policji.
Ciocia Jo poprawiła przekrzywione kwiaty w wazonie mamusi. Paznokcie
miała pożółkłe. Sam wybrałem te kwiatki, stokrotki, w supermarkecie w drodze na cmentarz. W wazonie tatusia nie było żadnych kwiatków, tylko
zatęchła deszczówka i chwasty. Ciocia Jo nie pozwalała mi go wyczyścić.
- Upił się jeszcze przed wyjściem.
Pokręciłem głową.
- W domu pił herbatę mrożoną, mama też, a potem podrzucili mnie do
ciebie.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Sama mówiłaś, że mam samowitą pamięć.
- Miałeś cztery latka.
- Piłem mleko czekoladowe. Mama przelała mi je do butelki z dzióbkiem,
żebym mógł je ze sobą zabrać. Siedzieliśmy u ciebie na kanapie,
obejrzeliśmy Magnum, a potem od razu położyłaś mnie spać. Wtedy nie
kazałaś mi się kąpać.
- Hm.
- Radio nie działa. - Obróciłem pokrętło dookoła, ale z głośnika
dobywały się tylko trzaski.
- Działa, tylko trudno tutaj złapać sygnał.
- To po co je przyniosłaś?
- Bo czasem się udaje, a twoja mama lubiła muzykę.
Stacja Bob FM nadawała na 96,9. Ustawiłem pokrętło ciut na lewo od 97.
Huey Lewis zaśpiewał coś o jakimś nowym leku, ale po chwili wokal znów
utonął w szumie.
Rzuciłem radio na koc obok torby cioci.
- Może odpuszczę dziś sobie kąpiel.
- Nic z tego.
- Jeśli nie będę się kąpał, będziemy mogli zostać aż do siódmej, a i tak
nie przegapię Nieustraszonego - tłumaczyłem.
Ciocia Jo zdusiła niedopałek na krawędzi nagrobka taty, po czym schowała
go do niedużej puszki, którą trzymała w kieszeni fartuszka spłowiałego,
niegdyś różowego stroju kelnerki. Zwykle rzucała pety na ziemię, ale nie
tutaj, na cmentarzu, a zwłaszcza w pobliżu grobu mamusi. Zapaliła
kolejnego i zaciągnęła się głęboko.
- No dobrze, dzisiaj bez mycia, ale jutro koniecznie masz się wykąpać.
Zgoda?
- Zgoda.
- No to jeszcze godzinkę. Co tu jest napisane, Jack? Umiesz przeczytać?
- Przecież wiesz, że umiem.
- No to co jest napisane?
- Co roku każesz mi to czytać.
- Co jest napisane, Jack? - Postukała w bok nagrobka mamy dłonią, w której trzymała zapalniczkę. - Przeczytaj.
Przewróciłem oczami.
- Kaitlyn Gargery Thatch. Szesnasty lutego tysiąc dziewięćset
pięćdziesiąt osiem, ósmy sierpnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt.
Kochająca żona, matka i siostra.
- Moja kochana siostrzyczka. Powinni jeszcze napisać: "Zamordowana przez
potwora, który piciem wpędził się do grobu obok, a ją zaciągnął ze sobą
siłą, bo nie chciał być sam".
- Tatuś nie pił.
- Pił jak smok.
Ciocia Jo lubiła się napić, głównie wina. Zakładała, że wszyscy inni też
piją. Nigdy nie widziałem, żeby tata pił. Mama owszem, ale niedużo, nie
tak jak jej siostra.
Na nagrobku tatusia widniały tylko imię i nazwisko, data urodzenia i data śmierci. Ta sama co u mamusi. Gdyby ciocia Jo postawiła na swoim, w ogóle nie miałby nagrobka. Na szczęście decyzja nie należała do niej -
koledzy taty ze sklepu z narzędziami zrobili zrzutkę i zapłacili za obie
tablice, bo rodzice nie mieli odłożonych żadnych oszczędności na
pogrzeb. Nagrobki wyciosano z jednej czarnej granitowej płyty. Kamień
mamy lśnił, zaraz po przyjściu ciocia starannie go wypolerowała. Ten
taty pokrywała warstwa pyłu i brudu, a sam kamień pod spodem zmatowiał.
Wrócę później, żeby go wyczyścić, żeby lśnił tak jak ten mamusi.
Kiedy zginęli, miałem cztery lata, więc zaokrąglone szczyty nagrobków
nade mną górowały. Jednak od tego czasu urosłem już prawie pół metra.
Teraz wstałem i wygładziłem dżinsy na guzowatych kolanach.
- A ty dokąd?
- Przejdę się trochę.
- Powinieneś zostać i porozmawiać z matką - żachnęła się ciocia. - Na
pewno jest bardzo ciekawa, co się u ciebie wydarzyło przez ten ostatni
rok.
Znowu przewróciłem oczami i położyłem dłoń na nagrobku mamy.
- Mam osiem lat, mamo. Nie mam kolegów, bo dzieciaki są głupie. Ciocia
Jo nie pozwala mi jeść ciastek czekoladowych na śniadanie, a w szkole
jest nudno. Kolejny raport za rok, może wcześniej, jeśli coś się zmieni
w sprawie ciastek.
Ciotka machnęła ręką z papierosem.
- Idź. Tylko nie odchodź za daleko.
Zerknąłem na nagrobek taty. Wiedziałem, że wrócę i z nim porozmawiam.
Ale nie chciałem, żeby ciocia Jo słuchała.
Wziąłem radio z koca, maksymalnie wyciągnąłem antenę, pogłośniłem i trzymając nieduży odbiornik przed sobą, ruszyłem w górę zboczem
niewysokiego pagórka w kierunku reszty cmentarza.
Rodziców pochowano na południowym krańcu pod klonem czerwonym. O tej
porze roku liście płonęły jaskrawą barwą.
Szum na chwilę ustał i wydawało mi się, że słyszę Eltona Johna, ale
zaraz znowu przepadł. Na szczycie wzgórza skręciłem ostro w lewo,
pilnując, żeby trzymać się kamiennej ścieżki i nie deptać po grobach.
Zatrzymałem się przy mauzoleach stojących w dwóch równych rzędach po obu
stronach ścieżki.
W Pittsburghu było wiele cmentarzy. Ten, All Saints Hollow, należał do
największych.
Mauzolea.
Nie przepadałem za nimi.
Ciocia Jo mówiła, że kiedy przejeżdża się obok cmentarza, trzeba
wstrzymywać oddech, żeby dusze zmarłych nas nie znalazły. Nie wiem,
dlaczego ta zasada nie obowiązywała na terenie cmentarza, ale jeśli
gdziekolwiek powinna mieć rację bytu, to właśnie przy mauzoleach.
Powietrze było tu nieruchome. Wyobrażałem sobie nieboszczyków
wyglądających przez szczeliny w kamiennych ścianach, wyciągających
kościste dłonie gotowe w każdej chwili łapać niczego niepodejrzewających
chłopców i wciągać ich do tych przysadzistych budowli, tak żeby zaginął
po nich wszelki słuch.
Nabrałem dużo powietrza w płuca, przycisnąłem radio do piersi i rzuciłem
się biegiem między mauzoleami. Prawie się potknąłem, kiedy z głośnika
ryknął nagle Steve Perry.
Kiedy dotarłem do końca szeregu mauzoleów i wypuściłem powietrze, z radia znów rozległ się szum. Nie miałem pojęcia, dlaczego radio
zadziałało między grobowcami, i nie zastanawiałem się nad tym. Mogłem
znaleźć inne miejsce. Na pewno tam nie wrócę.
Rozejrzałem się wokół, po ponadstuhektarowym pagórkowatym terenie, ale
nie dostrzegałem już cioci Jo ani klonu czerwonego.
Cmentarz kończył się gęstą linią drzew. Stała tam czarna metalowa
ławeczka, omiatana gałęziami wierzby płaczącej - baldachim z wąskich
liści i mchu unosił się ciężko w ciemności. Na ławce siedziała
dziewczyna. Jakieś trzydzieści metrów dalej, przy białym SUV-ie na
jednej z dróg dojazdowych, stała kobieta z rękami w kieszeniach długiego
białego płaszcza.
Nie było upału, ale chłodu też nie, za ciepło na taki strój. Jej to
chyba nie przeszkadzało. Płaszcz miała zapięty pod szyję. Kiedy
zauważyła, że zbliżam się zza wzgórza, obróciła się w moją stronę. Oczy
miała czarne, jastrzębie. Włosy, białe tak jak płaszcz, powiewały na
delikatnym wietrze. Na mój widok zesztywniała, wyprostowała plecy.
Dłonie zacisnęły się w pięści i zniknęły w fałdach płaszcza. Stała tak
jeszcze przez chwilę, nie odrywając ode mnie czujnych, dziwnych oczu, a potem przeniosła wzrok znowu na dziewczynę na ławce.
Dziewczyna miała na sobie białą marszczoną bluzeczkę, również zapiętą od
góry do dołu i schludnie wsuniętą w czarną spódnicę za kolano. Długie
brązowe włosy, żywiołowo pofalowane i pokręcone, spływały jej na ramiona
i plecy. Z jednej strony częściowo zasłaniały jej twarz, z drugiej były
założone za ucho. Nie odrywała ciemnych oczu od książki, którą trzymała
na kolanach dłońmi w rękawiczkach.
Trudno powiedzieć, jak długo tam stałem.
Trudno powiedzieć, dlaczego tam stałem.
Ale stałem i patrzyłem na nią, jak przewraca strony z łagodną
determinacją, lekko rozchylonymi ustami bezgłośnie odczytując kolejne
słowa dla zafascynowanej jednoosobowej publiczności.
Moje radio ryknęło nagle Jessie's Girl i dziewczyna poderwała
gwałtownie głowę, spojrzała na mnie, jedną ręką rozważnie zaznaczając
miejsce w książce.
Zacząłem niezdarnie kręcić gałkami radia i w końcu udało mi się ściszyć.
Nie pamiętam, żebym podchodził do ławki, ale w jakiś sposób do niej
dotarłem i zatrzymałem się tuż obok.
Dziewczyna zmarszczyła czoło i z zaciekawieniem przekrzywiła głowę.
- Ojejku, ale z ciebie brzydal.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, więc milczałem. Wiedziałem, że
nie jestem brzydki. Ciocia Jo powtarzała, że na szczęście wrodziłem się
w mamę, bo wygląd po ojcu byłby prawdziwym przekleństwem. Ale miałem
zdjęcie tatusia, jedyne, które udało mi się ukryć przed ciocią. Wyglądał
jak gwiazdor filmowy, stał obok pordzewiałego forda, tego samego, który
prowadził, kiedy...
- Ubrania też masz złachane. - Mówiła z dziwnym akcentem, trochę jak
James Bond, ale nie do końca.
Radio zapiszczało głośno, zagłuszając Ricka Springfielda i wszystko
inne. Wyłączyłem odbiornik, złożyłem antenę i nagle wdrapywałem się na
ławkę, żeby siąść na przeciwnym końcu. Znowu nie wiedziałem dlaczego.
Mój mózg krzyczał, żebym uciekał. Przecież to dziewczyna. Nie
interesowały mnie dziewczyny, zwłaszcza takie sztywne porządnisie
pachnące kwiatkami. Ale nie uciekłem. Usiadłem na tej samej ławce co
ona, ignorując dziwne łaskotanie w brzuchu.
Pokazałem głową na kobietę stojącą przy SUV-ie.
- To twoja mama?
- Nie, to nie jest moja matka.
- To dlaczego na ciebie patrzy?
- Taka jej rola.
- Trochę to dziwne.
Dziewczyna się uśmiechnęła, ale po chwili spoważniała, jakby nie
chciała, żebym to zauważył, jakby nie rozdawała uśmiechów tak swobodnie.
- Co z ciebie za chłopak, że sam włóczysz się po cmentarzu? Gdzie twoi
rodzice?
- Nie żyją.
- Naprawdę? Kto ich zabił?
Nie "na co umarli?" albo "co się stało?", ale kto ich zabił. Jakby
śmierć z rąk drugiej osoby była czymś zupełnie logicznym.
- Co czytasz? - spytałem, żeby zmienić temat. Nie chciałem teraz
rozmawiać o mamie i tacie. Na dziś miałem dość.
Podniosła książkę, pokazując mi okładkę - Wielkie nadzieje Charlesa
Dickensa. Grzbiet miękkiej oprawy był niemal biały od zagięć, egzemplarz
otwierano i zamykano tyle razy, że kolor wyblakł, a papier popękał.
Okładka prezentowała się niewiele lepiej. Książka miała na oko tak z tysiąc lat, wyglądała na uratowaną z dna kartonu w jakiejś piwnicy.
- To ta o chłopaku z tratwą?
- Hmm. Brzydal, a do tego nieoczytany.
- Co to niby ma znaczyć?
- Chodzi ci o Przygody Hucka Finna. Tamtej książki nawet nie napisał
Dickens, tylko Twain. Twain to marny pismak. To nawet nie jest jego
prawdziwe nazwisko. Zwykły kapitan łódek, któremu udawało się naskrobać
parę linijek w przerwach od picia i hazardu.
Nie czytałem niczego Dickensa ani Twaina. Na mojej półce z książkami
stała połowa serii o braciach Hardych i kilkadziesiąt komiksów. Nie
znałem nikogo, kto czytałby Twaina czy Dickensa, nawet moi rodzice czy
ciocia Jo.
- O czym są Wielkie nadzieje?
Kobieta od SUV-a znalazła się bliżej nas. Nie zauważyłem, żeby się
przemieszczała, ale teraz stała już tylko w odległości kilku metrów,
obserwowała nas kątem oka i niewątpliwie nasłuchiwała każdego słowa.
Dziewczyna spojrzała na książkę trzymaną w rękach.
- O wszystkim, co naprawdę się liczy.
- Nie rozumiem.
- Nic dziwnego.
- Mogę zobaczyć? - Sięgnąłem po książkę, ale dziewczyna odsunęła się
dalej na swój koniec ławki. Kobieta zaczęła się zbliżać, lecz stanęła,
kiedy dziewczyna na nią spojrzała.
Położyła książkę na ławce i czubkami palców przesunęła ją w moją stronę.
To wyraźnie uspokoiło kobietę.
Wziąłem tomik do ręki i przeczytałem opis na tylnej okładce.
- Mam na imię Stella - powiedziała dziewczyna. - Na cześć bohaterki tej
książki, tyle że ona nazywała się Estella.
Podałem jej książkę. Spodziewałem się, że każe mi przesunąć ją z powrotem po ławce, ale nie. Chwyciła ją i znów położyła sobie na
kolanach.
- Kiedy dziewczyna ci się przedstawia, wypada się odwzajemnić.
- Odwzajemnić?
Westchnęła.
- Zrobić to samo, odpowiedzieć.
- Aaa, nazywam się Jack, Jack Thatch.
- Pospolite imię dla pospolitego chłopaka. A jak naprawdę masz na imię?
Nikt tak naprawdę nie nazywa się Jack, zwykle to zdrobnienie od Johna,
zresztą nigdy tego nie rozumiałam. Nie jak Mike od Michaela, bardziej
jak Bill od Williama, tylko jeszcze dziwniej.
- Oficjalnie nazywam się John Edward Thatch - odparłem. - Ale wszyscy
wołają na mnie Jack.
- Oczywiście. A kim jest ten Edward? To zapewne jakiś krewny.
- Mój tata miał na imię Edward. Wszyscy mówili mu Eddie. Ile masz lat?
Dziwnie mówisz.
Jej wzrok powędrował do starszej kobiety, a potem spoczął na okładce
książki. Zaczęła skubać kartki.
- Osiem.
- Nie mówisz, jakbyś miała osiem lat. Ja też mam osiem.
- Cóż, ty też nie mówisz jak ośmiolatek.
- Stello? - powiedziała kobieta półgłosem, jakby z przyganą,
przeciągając imię. - Musimy już iść.
Stella westchnęła i przymknęła oczy. Powiedziała coś szeptem tak cichym,
że nie dosłyszałem słów, ale kobieta najwyraźniej zrozumiała, choć stała
dalej.
Pokręciła głową, a Stella zmarszczyła brwi, zeskoczyła z ławki i ręką
wygładziła spódnicę. Ruszyła ku kobiecie przez trawę.
- To cześć - powiedziałem, podnosząc rękę.
Zatrzymała się i zwróciła w moją stronę.
- Niezwykle miło było mi cię poznać, Johnie Edwardzie Jacku Thatchu.
Po tych słowach pomaszerowała pod górę do czekającego samochodu. Kobieta
podążyła za nią. Kiedy się odwracała, wiatr poderwał połę jej płaszcza i zobaczyłem coś pod spodem, obraz, który wciąż widzę tak wyraźnie, jakby
to było wczoraj: lufę strzelby opartą o jej nogę.
Patrzyłem, jak Stella wsiada do tyłu auta. Kobieta zamknęła za nią
drzwiczki i oto zniknęła, ukryta za przyciemnianymi szybami, coraz
mniejszymi, w miarę jak samochód się oddalał.
2
- Zostawiłam w kuchni dziesięć dolarów na pizzę. Już zamówiłam. Jak
przywiozą, daj dostawcy całą dychę: osiem za pizzę i dwa napiwku, jasne?
- Jasne - odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od telewizora. W zeszłym
roku ciocia Jo upolowała atari 2600 na jakiejś wyprzedaży garażowej, a do konsoli dorzucili całe pudełko gier. Najchętniej grałem w Pac-Mana
i całkiem nieźle mi szło. Jeszcze lepiej radziłem sobie z Ms. Pac-Man,
ale to już w salonie gier. Pitfall! też był fajny.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Pizza, kasa, napiwek, jasne - mruknąłem.
- Dobrze, a czego masz nie robić?
- Nikomu otwierać.
- Z wyjątkiem dostawcy pizzy.
- Z wyjątkiem dostawcy pizzy.
Ciocia Jo schyliła się i pocałowała mnie w czubek głowy. Jej kelnerski
mundurek pachniał naleśnikami i przypalonymi grzankami.
- Dzisiaj zamykam, ale powinnam wrócić około północy. Może nawet
wcześniej, jeśli mi się uda.
- A co, jak facet z pizzą będzie miał siekierę i porąbie mnie na
kawałeczki?
- To nie dasz mu napiwku. Muszę lecieć. - Po chwili już była za progiem,
została po niej tylko smużka dymu z papierosa.
Duch Blinky złapał mnie w rogu planszy i straciłem trzecie życie, game
over.
- Kurna.
Dawniej ciocia zostawiała mnie z kolejnymi opiekunkami, aż do ubiegłego
roku, kiedy skończyłem siedem lat. Teraz nie mogła sobie na to pozwolić.
Stwierdziła, że taniej by jej wychodziło w ogóle nie pracować, niż
zatrudniać kogoś, żeby mnie pilnował. Zresztą i tak nie potrzebowałem
opiekunki. Większość z nich tylko siedziała i gadała z chłopakami przez
telefon (niektórzy nawet tu przychodzili), a wszystkie całkowicie mnie
ignorowały.
Zawarliśmy więc umowę. Koniec z opiekunkami, ja dostaję dolara, żeby
grzecznie siedzieć w domu, a do tego mogę wybrać, co chcę na kolację.
Zawsze chciałem pizzę. Nie było dla mnie nic lepszego. Część nowo
zdobytego majątku przeznaczałem na zakup komiksów. Reszta trafiała do
słoika schowanego pod łóżkiem. Kiedy ostatnio sprawdzałem, miałem już
odłożone trzydzieści dwa dolary.
Wstałem, przeciągnąłem się i podszedłem do okna.
Ciocia Jo szła po drugiej stronie ulicy, mniej więcej przecznicę od
domu. Zaczekałem, aż wejdzie do jadłodajni Krendal's, gdzie pracowała,
odliczyłem do dziesięciu, włożyłem buty i wyślizgnąłem się z mieszkania.
Zapukałem do drzwi z numerem 304. Nikt nie odpowiedział, więc zapukałem
jeszcze raz, głośniej. Już miałem załomotać po raz trzeci, gdy drzwi
uchyliły się na szerokość kilku centymetrów, zabezpieczone metalowym
łańcuchem.
W szczelinie ukazały się paciorkowate oczy. Patrzyły zza grubych szkieł
okularów, sklejonych na środku taśmą i tkwiących na starej,
pomarszczonej twarzy zwieńczonej szopą siwych włosów. Pani Leech.
- Czego?
- Ma pani książki, prawda?
- "Ma pani książki"? To ma być eleganckie powitanie starszej osoby?
Wiedziałem, że pani Leech ma książki, bo pilnowała mnie przez ten krótki
okres pomiędzy opiekunkami a decyzją cioci, żebym zostawał w domu sam.
Miała całe półki książek, gazet zresztą też. Ciocia Jo mówiła, że
sąsiadka gromadzi śmieci.
- Szukam Wielkich nadziei Charlesa Dickensa.
- Dickensa?
- Zgadza się. Ma pani?
Pani Leech spojrzała ponad moim ramieniem na otwarte drzwi naszego
mieszkania.
- Gdzie jest ciocia?
- W pracy.
- Nie wolno ci wychodzić z domu, kiedy jej nie ma.
- Nie wyszedłem. Przecież jestem zaraz obok. - Pokazałem na drzwi. -
Jeśli pożyczy mi pani książkę, podzielę się pizzą.
Zobaczyłem błysk w jej oku.
- Masz pizzę?
- Jeszcze nie, ale niedługo przywiozą.
Pani Leech miała słabość do pizzy, zwłaszcza pepperoni. Czasami jadła
nawet pizzę z ananasem. Ciocia Jo twierdziła, że sąsiadce na starość
miesza się w głowie. Coś chyba było na rzeczy - nikt przy zdrowych
zmysłach nie kładłby ananasa na pizzy.
Zamknęła drzwi, zdjęła łańcuch i wpuściła mnie do środka.
- Zgadza się, mam książki. Całą masę książek. Tamta też chyba gdzieś tu
jest.
Chciała zamknąć drzwi, ale przypomniałem jej, że musimy nasłuchiwać
dostawcy pizzy. Zostawiła wąską szparę, ale niechętnie. Dwa razy
przyłapałem ją, jak oglądała się niespokojnie. Ciocia mówiła mi, że do
pani Leech było kiedyś włamanie, jakieś dziesięć lat temu. Wyważyli
drzwi, weszli do środka i zrobili złe rzeczy. Nikt mi nie powiedział, co
to były za złe rzeczy, ale od tej pory rzadko wychodziła. Mówiła, że
wtedy poszli za nią do domu, więc jeśli nie będzie wychodziła, już nikt
nie będzie mógł jej śledzić. Ciocia Jo robiła jej zakupy przy okazji,
kiedy i tak była w spożywczym po rzeczy dla nas. Chyba nigdy nie
widziałem pani Leech poza budynkiem.
- Przypilnuję drzwi - zaoferowałem. - A pani niech poszuka książki.
To ją wyraźnie uspokoiło.
Skinęła głową i zaczęła przedzierać się przez salon, ostrożnie, żeby nie
poprzewracać stosów gazet.
- Dobrze, że interesujesz się klasyką, ale nie wydaje ci się, że
powinieneś zacząć od czegoś w rodzaju Hucka Finna? Mark Twain jest
znacznie lepszy od tamtego Brytola. Dickens okropnie leje wodę. Czasem
myślę, że musiał sprawdzać okładkę, żeby sobie przypomnieć, jaką książkę
właściwie bazgroli, tak bardzo się zapędza w te swoje opisy. Twain jest
przystępny i bezpośredni, konkretny, znaczne zwięźlejszy.
- To do szkoły - skłamałem.
- A to już zaczęła się szkoła? - dobiegł mnie jej przytłumiony głos.
Straciłem ją z oczu, była gdzieś na drugim końcu pokoju.
- Dopiero za dwa tygodnie, ale pani Thomas kazała nam przeczytać przez
wakacje.
- Trudna lektura jak na trzecią klasę.
- Idę już do czwartej.
- No, chyba że tak...
Nie miałem pojęcia, w której klasie omawia się tę książkę, jeśli w ogóle
jest lekturą.
- Mam! - zawołała. W tej samej chwili rozległ się huk.
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak. To tylko encyklopedie. Powinny stać na półce, ale zajmują
tyle miejsca...
Kiedy znów znalazła się w moim polu widzenia, włosy miała jeszcze
bardziej rozczochrane niż wcześniej, a w ręku trzymała książkę w miękkiej oprawie.
- Z tą książką wiąże się dla mnie wiele miłych wspomnień. Chyba będę
musiała przeczytać ją jeszcze raz, kiedy skończysz. Oddasz, prawda?
Przytaknąłem i sięgnąłem po książkę.
- Widzę, że ciocia wychowuje cię "własnoręcznie", że tak powiem. -
Zamyśliła się na chwilę. - Właściwie to wiele cię łączy z małym Pipem.
- Co to znaczy "własnoręcznie"?
- Nie chcę ci zbyt wiele zdradzać - odparła z uśmiechem. - Sam się
przekonasz.
Ilustracja na okładce przedstawiała chłopca i dziewczynkę, oboje byli
dziwnie ubrani. Chłopiec się uśmiechał, dziewczynka nie.
Razem zaczekaliśmy na dostawcę pizzy. Nie miał przy sobie siekiery.
3
Siedemnastego sierpnia zepsuła nam się klimatyzacja.
Nie mieliśmy drogiego systemu chłodzenia, tylko klimatyzator okienny w salonie, duże beżowe pudło, które gulgotało i z którego kapało na
podłogę, ale schładzało mieszkanie przez te kilka dni w roku, kiedy w Pittsburghu przygrzewało słońce.
Siedemnasty sierpnia był właśnie jednym z takich dni - 34 stopnie przed
południem, a z każdą minutą temperatura rosła.
- Nie zapłacę czynszu, jeśli Triano nie raczy przywlec tu swoich
czterech liter w ciągu najbliższej godziny - oznajmiła ciocia Jo.
Przepchnęła sfatygowany skórzany fotel pod drugie okno, to bez zepsutego
klimatyzatora wepchniętego we framugi, i teraz leżała na nim z mokrą
ścierką na czole. W ciągu ostatnich dwudziestu minut musiała zdjąć
bluzkę, bo teraz miała na sobie tylko blady biustonosz i niebieskie
szorty, a jej bose stopy dyndały z poręczy. - Ten szmelc zawsze się
psuje, kiedy go najbardziej potrzeba - dodała.
Chciałem jej powiedzieć, że raczej mało prawdopodobne, żeby klimatyzator
zepsuł się w środku zimy, ale zmieniłem zdanie.
- Napijesz się lemoniady?
- Chętnie, poproszę.
Wyciągnąłem szklankę ze sterty brudnych naczyń w kuchni, umyłem ją i nalałem lemoniady z dzbanka. Sam ją przyrządziłem. Kiedy podałem
szklankę cioci, pociągnęła niepewny łyk, a potem wychyliła jednym
haustem.
- Następnym razem możesz dać więcej cukru, ale dobrze ci idzie.
Jeszcze nigdy nie udało mi się zrobić idealnej lemoniady.
Zamknęła oczy i zaczęła turlać pustą szklanką po policzkach.
- Idź się pobawić na dworze. W tym wieku dzieciak nie powinien siedzieć
cały dzień w czterech ścianach. Powinieneś bawić się z kolegami.
- Nie mam żadnych kolegów. W całym budynku nie ma nikogo w moim wieku.
Machnęła słabo ręką.
- Może w takim razie powinniśmy się przeprowadzić do pałacu na
przedmieściach, kupić wielką rezydencję z basenem... rozległą posiadłość,
żeby wszystkie dzieci z sąsiedztwa musiały się ustawiać w kolejce i składać podania o zostanie twoim kolegą albo koleżanką. Wtedy mógłbyś
wybrać najlepszych, a resztę pogonić. To na pewno znacznie łatwiejsze,
niż gdybyś po prostu wyszedł z domu i zaryzykował, że spotkasz kogoś w swoim wieku i nawiążesz znajomości taką staroświecką metodą. - Ciocia Jo
obróciła głowę i zmrużyła oczy w blasku słońca, które kładło się jasną
smugą na jej twarzy. - Kocham cię, młody, ale naprawdę nie powinieneś
spędzać ostatnich dwóch tygodni wakacji ze mną w domu. Zdarza mi się być
upierdliwym babskiem i teraz właśnie jest taki dzień. Rozkazuję ci wyjść
na dwór i się dobrze bawić.
- Ale...
- Już - ucięła. - I masz mi nie wracać przed szóstą.
Nie próbowałem się kłócić. Wziąłem komiks ze stołu w kuchni i czmychnąłem za drzwi.
Znalazłem się na cmentarzu.
Nie podjąłem świadomej decyzji, żeby pójść na cmentarz, ale tam właśnie
wylądowałem - może dlatego, że była to jedyna otwarta przestrzeń w okolicy naszego mieszkania, no i panował tam spokój. Odwiedziłem groby
rodziców: włożyłem do wazonów mlecze, których nazrywałem po drodze przy
Greenlee Road, i własną koszulką wyczyściłem nagrobek taty. Jeśli ciocia
zapyta, gdzie się tak uświniłem, to jej odpowiem, że chłopackie zabawy
to brudna sprawa.
Z poczuciem dobrze wykonanej pracy wspiąłem się na wzgórze i biegiem
minąłem mauzolea, przezornie wstrzymując oddech.
Spodziewałem się, że zobaczę dziewczynę tam, gdzie poprzednio, ale ławka
była pusta, jeśli nie liczyć kilku czerwonych liści klonu, które utkwiły
między metalowymi elementami. Odgarnąłem je, usiadłem i otworzyłem
komiks, w którego środku ukrywałem książkę z uśmiechniętym chłopcem i poważną dziewczynką na okładce. Przewróciłem na pierwszą stronę i zacząłem czytać.
Dwa dni później wróciłem na cmentarz. Kolejnego dnia również. Ławka
zawsze była pusta. Przychodziłem codziennie przez resztę wakacji i jeszcze długo po rozpoczęciu lekcji, ale tamtą dziewczynę zobaczyłem
dopiero blisko rok później.
Nie zauważyłem też mężczyzny obserwującego mnie spomiędzy drzew - czasem
tam stał, czasami nie.