W jej sercu czai się mrok - J.D. Barker

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

- Pomóż mi to wyrwać - powie­działa cio­cia Jo, odgar­nia­jąc pną­cze, które jakimś cudem zdo­łało opleść nagro­bek mamy w ciągu dwóch dni od mojej ostat­niej wizyty.

Pocią­gną­łem u pod­stawy i wyszarp­ną­łem roślinę z korze­niami i pecyną ziemi.

Zauwa­ży­łem, że przy­gląda się nagrob­kowi taty - oczysz­czo­nemu z kurzu i mchu pora­sta­ją­cego wykute litery.

- W gło­wie mi się nie mie­ści, że możesz żywić jakie­kol­wiek cie­płe uczu­cia do czło­wieka, który zabił twoją matkę.

Wie­dzia­łem, że lepiej nic nie mówić. Gdy­bym ją popra­wił, zro­bi­łaby się awan­tura, a chcia­łem spraw­dzić, co z ławką.

Nie licząc kilku zimo­wych dni, cho­dzi­łem tam pra­wie codzien­nie i za każ­dym razem ławka była pusta. Zaczą­łem nawet pró­bo­wać róż­nych pór dnia, na wypa­dek gdy­by­śmy po pro­stu się mijali, ale nie­za­leż­nie od godziny ni­gdy jej nie było.

W szkole też jej nie spo­tka­łem. Mówiła, że jest w moim wieku, a wszyst­kie dzie­ciaki z oko­licy cho­dziły do Lin­colna. To ozna­czało, że mieszka gdzie indziej, ale w takim razie co robiła tam­tego dnia na cmen­ta­rzu? Kogo odwie­dzała? Nie mogłem prze­stać myśleć o towa­rzy­szą­cej jej kobie­cie. Dla­czego miała strzelbę? Może porwała dziew­czynę i przy­je­chała z nią na cmen­tarz, żeby... żeby co? To nie miało sensu. Całe to spo­tka­nie było nie­po­jęte i pew­nie dla­tego nie mogłem prze­stać o niej myśleć.

Cio­cia Jo roz­ło­żyła koc na gro­bach i podała mi kanapkę - biały chleb z szynką i serem. Jakiś tydzień temu zauwa­ży­łem, że prze­stała kupo­wać Won­der Bread i prze­rzu­ciła się na markę wła­sną super­mar­ketu. Masło orze­chowe też nie miało już na sło­iku logo Jiffy, tylko pro­stą ety­kietkę z napi­sem "Masło orze­chowe". Kiedy ją o to zagad­ną­łem, powie­działa, że jadło­daj­nia gorzej sobie radzi i obcięli jej godziny. Jeśli sytu­acja wkrótce się nie poprawi, pew­nie będzie musiała poszu­kać dru­giej pracy. Zaofe­ro­wa­łem jej swoje oszczęd­no­ści, wyno­szące już sto dwa­dzie­ścia trzy dolary, ale nie chciała wziąć ode mnie pie­nię­dzy.

- Czy­taj - powie­działa, gestem głowy wska­zu­jąc nagro­bek mamy.

- Serio? Znowu?

- Czy­taj.

- Kaitlyn Gar­gery Thatch. Szes­na­sty lutego tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąt osiem, ósmy sierp­nia tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­siąt. Kocha­jąca żona, matka i sio­stra. - Nie musia­łem patrzeć na tablicę. Już dawno nauczy­łem się na pamięć tek­stu wyry­tego na obu nagrob­kach.

- Pięć lat - powie­działa cio­cia cicho. Dym z papie­rosa tkwią­cego mię­dzy jej pal­cami wił się smużką do nieba. Nie pamię­ta­łem cza­sów, kiedy nie paliła, ale wyda­wało mi się, że ostat­nio pali wię­cej. Zda­rzało jej się przy­pa­lać papie­rosa nie­do­pał­kiem poprzed­niego. Zacią­gnęła się, wypu­ściła dym. Miała żółte zęby.

Dzie­sięć minut póź­niej, z kanapką w brzu­chu, a radiem tran­zy­sto­ro­wym i komik­sem pod pachą, wspi­na­łem się po wzgó­rzu w stronę mau­zo­leów.

W tym roku wcze­śnie zro­biło się chłodno, wła­śnie zerwał się wiatr i świsz­czał pomię­dzy kamien­nymi budow­lami.

Ławka była pusta.

Nie ma jej.

Wes­tchną­łem, usia­dłem i poło­ży­łem obok komiks - wsu­ną­łem róg okładki pod nogę, żeby wiatr go nie porwał, i włą­czy­łem radio.

Szum. Tro­chę Phila Col­linsa. Znowu szum.

Wycią­gną­łem antenę na pełną dłu­gość i zaczą­łem powoli obra­cać ją w róż­nych kie­run­kach.

Poryw wia­tru.

Szum i trza­ski.

I znowu Phil Col­lins, gło­śno i wyraź­nie: "Suss, suss, sudio".

- Sie­dzisz na mojej ławce.

Nie sły­sza­łem, jak pod­cho­dziła, ale oto stała kilka kro­ków ode mnie w dłu­gim czar­nym płasz­czu.

- Idź stąd.

Zaczą­łem się pod­no­sić. Serce tak mocno waliło mi w piersi, że nie mogłem zebrać myśli. Twarz oblał mi rumie­niec. A jed­nak usia­dłem pro­sto i wydą­łem usta, przy­bie­ra­jąc naj­bar­dziej sta­now­czą pozę, na jaką udało mi się zdo­być.

- Nie.

Wzru­szyła ramio­nami i usia­dła na dru­gim końcu ławki, wygła­dza­jąc spód­nicę wysta­jącą spod gru­bego płasz­cza.

SUV stał na dru­gim końcu drogi dojaz­do­wej, dalej niż poprzed­nio. Koło samo­chodu stała tamta kobieta w dłu­gim bia­łym płasz­czu i z jesz­cze biel­szymi wło­sami. Obok niej stała druga w takim samym stroju. Obie nam się przy­glą­dały, patrzyły na mnie.

- Jak się mie­wasz, Joh­nie Edwar­dzie Jacku That­chu?

- Chyba w porządku.

- Nie jesteś pewny, czy mie­wasz się dobrze czy nie? Wyda­wa­łoby się, że ocena wła­snego stanu ducha powinna być tak łatwa jak stwier­dze­nie stanu pogody.

- W porządku.

- A twoi rodzice? Na­dal nie żyją, jak mnie­mam?

- Prze­czy­ta­łem.

- Co prze­czy­ta­łeś?

Wycią­gną­łem komiks spod nogi i prze­su­ną­łem po ławce w jej stronę.

Prze­su­nęła po okładce dło­nią w ręka­wiczce i zmarsz­czyła czoło.

- Ma mi zaim­po­no­wać, że prze­czy­ta­łeś jakiś chłam pod tytu­łem Wojow­ni­cze żół­wie ninja? I to numer pierw­szy. Strach pomy­śleć, że jest tego wię­cej.

Kiedy się­gną­łem do komiksu, żeby go otwo­rzyć, dziew­czyna odsu­nęła dłoń z taką pręd­ko­ścią, że ruch roz­my­wał się w oczach. Przez jej twarz prze­mknął cień zawsty­dze­nia. Otwo­rzy­łem komiks na środku, poka­zu­jąc mój egzem­plarz Wiel­kich nadziei. A raczej nie mój, tylko pani Leech, któ­rej na­dal go nie odda­łem.

Na ten widok w jej oczach roz­bły­sły iskierki.

Kobiety w bia­łych płasz­czach powoli się przy­su­wały. Kiedy pod­nio­słem głowę i na nie spoj­rza­łem, zatrzy­mały się w miej­scu. Mój wzrok powę­dro­wał do rąb­ków ich płasz­czy, pró­bo­wa­łem doj­rzeć zarys broni, jak poprzed­nio, ale niczego nie zauwa­ży­łem. Nawet przy kolej­nych pory­wi­stych podmu­chach wia­tru - nic. Może wyobra­zi­łem sobie tamtą strzelbę.

- Zro­zu­mia­łeś? - spy­tała dziew­czyna, nie odry­wa­jąc wzroku od mojej książki.

- Musia­łem prze­czy­tać dwa razy - przy­zna­łem. - Za pierw­szym razem musia­łem spraw­dzać zna­cze­nie róż­nych słów i nie­które dia­logi były trudne. Za dru­gim czy­tało mi się łatwiej.

Oparła się i spoj­rzała na swoją książkę - rów­nież Wiel­kie nadzieje.

- Czy­ta­łam ją już dwa­na­ście razy. Kiedy jutro skoń­czę, to będzie trzy­na­sty.

- Czemu nie prze­czy­tasz cze­goś innego?

- A po co? Nie ma lep­szych ksią­żek.

- Czy ja wiem? Czy­ta­łem dużo ksią­żek. Nie­które znacz­nie bar­dziej mi się podo­bają.

- Cóż, jesteś głu­pim chło­pa­kiem.

- Jesteś dla mnie nie­miła, bo w książce Estella była nie­miła dla Pipa?

Zachi­cho­tała.

- Panie Joh­nie Edwar­dzie Jacku That­chu, żaden z cie­bie Pip. Jestem dla cie­bie nie­miła, bo jesteś głu­pim chło­pa­kiem, który nie zasłu­guje na nic innego.

- Dla­czego nie widzia­łem cię w szkole?

- Nie cho­dzę do szkoły, nauczy­ciele przy­cho­dzą do mnie. W sumie sze­ścioro, z każ­dego przed­miotu, jaki tylko możesz sobie wyobra­zić. Mówi się, że jestem bar­dzo mądra, być może genialna, więc uczęsz­cza­nie do publicz­nej szkoły mogłoby mi zaszko­dzić.

- Jesteś bogata?

- Miesz­kam we wspa­nia­łym domu, nie­mal pałacu. Służba jest do naszej dys­po­zy­cji przez całą dobę, niczego mi nie bra­kuje. W wol­nym cza­sie podró­żuję po całym świe­cie, odwie­dzam kolejne egzo­tyczne miej­sca, uczę się o ich miesz­kań­cach i kul­tu­rze. To chciał­byś usły­szeć?

Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Jeśli to prawda.

- To prawda.

- Okej.

Zaczęła sku­bać ręka­wiczkę, cią­gnąć za koniu­szek.

- Dla­czego je nosisz?

- Jest zimno.

- Nie aż tak. Zresztą ostat­nio było cie­pło, a też je mia­łaś.

- Może mi się podo­bają. - Wsu­nęła palec pod prawą ręka­wiczkę i zdjęła ją. Dło­nie miała dłu­gie i wąskie.

- Stello. - Kobieta z bia­łymi wło­sami łyp­nęła na nią i pode­szła bli­żej.

Stella szybko wło­żyła ręka­wiczkę z powro­tem.

- Po pro­stu je lubię. - Wsu­nęła dło­nie pod uda.

- Dla­czego dzi­siaj? Dla­czego aku­rat ta ławka?

- Ile pytań...

- Byłem tutaj parę razy i cię nie spo­tka­łem. A dzi­siaj znów jesteś. Dokład­nie rok od poprzed­niego razu. Ósmego sierp­nia. Dla­czego?

Pra­wie się uśmiech­nęła.

- Szu­ka­łeś mnie?

- Nie. Po pro­stu... Bli­sko miesz­kam. Czę­sto odwie­dzam rodzi­ców. To wszystko.

- Spra­wiasz wra­że­nie zde­ner­wo­wa­nego, Jack. Ja cię tak stre­suję?

- Nie - odpar­łem z nadzieją, że nie mam już wypie­ków na twa­rzy.

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na mnie inten­syw­nie brą­zo­wymi oczami.

- Twoi rodzice zmarli ósmego sierp­nia?

Przy­tak­ną­łem.

Znowu odchy­liła się na opar­cie ławki i unio­sła oczy do nieba.

- Dziwne zbiegi oko­licz­no­ści są na tym świe­cie.

- Moja cio­cia Jo twier­dzi, że nic nie dzieje się przy­pad­kiem.

- Cio­cia jest tutaj z tobą?

- Przy gro­bach rodzi­ców. Przy­cho­dzimy co roku.

- No to może się jesz­cze spo­tkamy.

- Już idziesz? Ale dopiero...

- Stello. - Znowu ta bia­ło­włosa kobieta.

Stella zmru­żyła oczy i roz­sia­dła się wygod­niej.

- Jesz­cze nie. Mam godzinę. - Odnio­słem wra­że­nie, że mówi to nie do mnie, lecz do tam­tych kobiet, bo powie­działa to znacz­nie gło­śniej, niż byłoby konieczne, gdyby mówiła tylko do mnie.

Nagle zauwa­ży­łem jakiś ruch na tyl­nym sie­dze­niu SUV-a.

Jakiś męż­czy­zna. Nie, chło­pak.

- Kto tam jest?

Stella powio­dła wzro­kiem za moim spoj­rze­niem i spo­chmur­niała.

- David Pick­ford.

- Kto to jest?

- Nikt.

- Ile ma lat?

- A jakie to ma zna­cze­nie?

- Tak się zasta­na­wiam.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Dzie­więć czy dzie­sięć, zdaje się. Tyle co my.

- Ma na twa­rzy maskę?

Dłoń w ręka­wiczce powę­dro­wała do mojego komiksu i prze­rzu­ciła strony.

- Zapo­mnij o nim. Opo­wiedz mi o tych swo­ich żół­wiach.

Uśmiech­ną­łem się i to wła­śnie zro­bi­łem. Chło­pak obser­wo­wał nas z samo­chodu, kobiety w bieli z mniej­szej odle­gło­ści.

Następ­nym razem mia­łem zoba­czyć go trzy­na­ście lat póź­niej, a i tak oka­zało się to za szybko.

2

- To wcale nie jest All-Ame­ri­can Slam - zapro­te­sto­wa­łem, patrząc na talerz, który posta­wił przede mną pan Kren­dal. Do Święta Dzięk­czy­nie­nia zostało dzie­sięć dni i cio­cia Jo pra­co­wała na dwie zmiany, kiedy tylko się dało, żeby uzbie­rać na porządny obiad z indy­kiem. To ozna­czało, że przez jakiś czas nie było pizzy. Zawie­siła mi też kie­szon­kowe. Nie prze­szka­dzało mi to. Odło­ży­łem już sto czter­dzie­ści jeden dola­rów. Skoro cio­cia Jo nie chciała ode mnie pie­nię­dzy, dałem je panu Triano, gospo­da­rzowi budynku, żeby kupił indyka i zro­bił jej nie­spo­dziankę.

Elden Kren­dal, wła­ści­ciel i jedyny kucharz w jadło­dajni, miał taką zasadę, że pra­cow­nicy mogą jeść za darmo, ale tylko jeśli nie zama­wiają z karty, a zja­dają nad­wyżki, zanim jedze­nie się prze­ter­mi­nuje.

Kilka tygo­dni temu, kiedy cio­cia Jo zapy­tała, czy może się ze mną podzie­lić dar­mo­wym posił­kiem, Kren­dal wytarł te swoje łap­ska z pal­cami jak ser­delki o biały nie­gdyś far­tuch i przy­klęk­nął przede mną.

- Ale mały ten chło­pak! Za mały jak na swój wiek. Ile, mówi­łaś? Osiem lat?

Był nie­wy­soki, parę cen­ty­me­trów wyż­szy od cioci Jo, ale potężny. Podej­rze­wa­łem, że osią­gnął takie roz­miary, bo przez cały dzień pod­ja­dał w kuchni. Musiał ważyć przy­naj­mniej ze sto pięć­dzie­siąt kilo, przy­po­mi­nał mi sfla­cza­łego Mr. Cle­ana, tego z reklam środ­ków czy­sto­ści, tyle że star­szego o dwa­dzie­ścia lat. Nie miał ani jed­nego włosa na gło­wie. Kie­dyś pod­słu­cha­łem, że miał już dość zakła­da­nia siatki na włosy, więc je zgo­lił. Cio­cia Jo twier­dziła, że to jego włosy miały go dość i same go opu­ściły. Miał też zaraź­liwy uśmiech. Nie mogłem sobie przy­po­mnieć, żeby kie­dy­kol­wiek się nie uśmie­chał. Nawet kiedy wykrzy­ki­wał coś z kuchni, uśmiech nie zni­kał mu z twa­rzy.

- Dzie­więć - popra­wi­łem go.

Pokrę­cił głową.

- Skóra i kości. Nie wyro­śniesz na sil­nego męż­czy­znę, jak będziesz pod­ja­dał z tale­rza ciotki. Powi­nie­neś dosta­wać wła­sny posi­łek.

- Nie stać mnie... - zaczęła cio­cia Jo, ale pan Kren­dal tylko mach­nął ręką.

- Będziemy kar­mić tego chło­paka, aż pęk­nie. Może kie­dyś zechce u mnie pra­co­wać.

- Pójdę na stu­dia i zostanę astro­nautą albo repor­te­rem w "Daily Pla­net" - oznaj­mi­łem.

- A może repor­te­rem w kosmo­sie? Na pewno by się nam taki przy­dał - stwier­dził Kren­dal. - Siądź sobie gdzieś, a ja zała­twię ci coś do jedze­nia.

Cio­cia Jo wska­zała na stołki przy barze, ale wybra­łem boks, mały, dwu­oso­bowy, na samym końcu, tuż przy łazien­kach. W następ­nych tygo­dniach stał się moim bok­sem. Pan Kren­dal wypi­sał dużymi lite­rami kar­teczkę o tre­ści: REZER­WA­CJA DLA JACKA THAT­CHA - ASTRO­NAUTY-REPOR­TERA i codzien­nie przed zmianą cioci Jo kładł ją na sto­liku, bo wie­dział, że pew­nie też wtedy przyjdę.

Kiedy dzi­siaj zapy­tał, co chcę na kola­cję, powie­dzia­łem, że zestaw All-Ame­ri­can Slam, jak w Denny's, a do tego shake'a cze­ko­la­do­wego. Tym­cza­sem dosta­łem kanapkę z chleba żyt­niego z kur­cza­kiem, frytki i szklankę wody.

- To All-Ame­ri­can Slam w wer­sji Kren­dala. Być może nieco się różni od posiłku o tej samej nazwie u kon­ku­ren­cji - oznaj­mił kucharz. - Kiedy ci sym­pa­tyczni ludzie z Denny's ukra­dli tę nazwę z mojej karty, nie prze­czy­tali opisu dania. Mam ten sam pro­blem z ludźmi z McDo­nalda. Przez rok im tłu­ma­czy­łem, że Big Mac to miska maka­ronu z serem i beko­nem na wierz­chu, ale w ogóle nie słu­chali. Za moich cza­sów kra­dzież wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej to było coś. Dzi­siaj zło­dzieje w ogóle się nie sza­nują.

Zwi­chrzył mi włosy i wró­cił do kuchni. Zawsze pro­si­łem o cze­ko­la­do­wego shake'a. Ni­gdy go nie dosta­łem. Kren­dal upie­rał się, że ludzi nie stwo­rzono do pochła­nia­nia takich ilo­ści cukru, a woda jest zdrow­sza, zwłasz­cza dla moich zębów. On sam przez pięć­dzie­siąt osiem lat ni­gdy nie miał próch­nicy. Od razu nad­mie­nił też, że ni­gdy nie pił shake'ów.

Szybko upo­ra­łem się z kanapką i fryt­kami. Były prze­pyszne.

Pod­czas gdy jadłem, cio­cia Jo uwi­jała się na sali. Ona też się uśmie­chała. Widzia­łem, jak przed każ­dym klien­tem przy­wo­łuje na twarz swój naj­lep­szy uśmiech. Widzia­łem też, że gdy tylko odwraca się do klienta ple­cami, uśmiech znika z jej twa­rzy. Nie chciała tu być.

Już mia­łem wra­cać do domu, kiedy rzu­ciła mi na stół cztery dolary.

- Obsłu­ży­łam trzy sto­liki i led­wie uzbie­ra­łam na fajki. Fatalne dziś napiwki. Niech to się lepiej szybko poprawi. Będziesz tak miły i sko­czysz obok po dwie paczki czer­wo­nych setek? Reszta dla cie­bie.

Chcia­łem odmó­wić. Cio­cia za dużo paliła. Tego ranka kasłała bez prze­rwy pra­wie pięć minut, zanim w ogóle wstała z łóżka.

Ale jak nie pójdę, to i tak kupi sobie papie­rosy na prze­rwie, a potem jesz­cze będzie mnie obwi­niała, że w tym cza­sie prze­pa­dły jej napiwki.

Wzią­łem pie­nią­dze i ruszy­łem do drzwi.

- Zaraz wra­cam.

3

Na nie­bie kotło­wały się szare chmury o bia­łych kra­wę­dziach, w powie­trzu wyczu­wało się wil­goć. Jesz­cze dziś nie padało, ale mogłem się zało­żyć, że będzie. W Pit­ts­bur­ghu w listo­pa­dzie nie był to ryzy­kowny zakład, nikt z miej­sco­wych nie obsta­wiłby innej wer­sji. Docho­dziło połu­dnie, słońce powinno stać wysoko na nie­bie. Tym­cza­sem udało się chyba na Flo­rydę, zosta­wiw­szy na zastęp­stwo słabą żarówkę.

Cor­ner Mart znaj­do­wał się dwa lokale od Kren­dal's, więc nawet nie musia­łem prze­cho­dzić przez ulicę. Skle­pik zaj­mo­wał par­ter budynku w kształ­cie klina - wąskiego z przodu i roz­sze­rza­ją­cego się ku tyłowi, zbu­do­wa­nego zapewne z uwagi na dziwny kąt ulicy i całego wzgó­rza, na któ­rym stał ten kwar­tał. Pit­ts­burgh nie cha­rak­te­ry­zuje się roz­le­głymi rów­ni­nami, a wła­śnie dziw­nymi kątami. Nawet pod­łoga w naszym miesz­ka­niu była tak nie­równa, że match­boxy prze­jeż­dżały z jed­nego końca kuchni na drugi bez mojej pomocy.

Kiedy otwo­rzy­łem drzwi, roz­legł się elek­tro­niczny dzwo­nek anon­su­jący klien­tów. Cho­ciaż sklep miał przy drzwiach dwie duże witryny, każdy skra­wek szyby pokry­wały pla­katy, ogło­sze­nia i reklamy naj­róż­niej­szych towa­rów - od mleka przez piwo po papie­rosy - a każdy napis koń­czył się wykrzyk­ni­kiem, bo prze­cież tabliczka o tre­ści PAPIE­ROSY 1,25 $! wygląda znacz­nie lepiej niż PAPIE­ROSY 1,25 $. W tym mie­ście na każ­dym rogu stał taki skle­pik, a prze­trwać mogły tylko te z naj­więk­szym wybo­rem wykrzyk­ni­ków.

Za ladą sie­dział łysie­jący bru­net we fla­ne­lo­wej koszuli w kratę, za małej o jakieś dwa roz­miary. Nie zna­łem go. Ski­nął mi głową na powi­ta­nie i opu­ścił niżej czy­tany egzem­plarz "Pit­ts­burgh Post-Gazette". Ste­elersi poko­nali wczo­raj Oiler­sów trzy­dzie­ści do sied­miu - siódme zwy­cię­stwo z rzędu.

- Co podać, młody?

Lada była dla mnie tro­chę za wysoko, ale wyda­wało mi się, że jakby się obni­żyła od mojej ostat­niej wizyty. Wycią­gną­łem rękę w górę i pod­su­ną­łem cztery bank­noty jed­no­do­la­rowe tak bli­sko sprze­dawcy, jak tylko mogłem.

- Dwie paczki czer­wo­nych marl­boro setek popro­szę.

Zmarsz­czył czoło i wró­cił do lek­tury gazety, krę­cąc głową.

- Prze­cież wiesz, że ci nie sprze­dam.

- Dla­czego?

Prze­wró­cił oczami, wska­zu­jąc na tabliczkę: ZAKAZ SPRZE­DAŻY WYRO­BÓW TYTO­NIO­WYCH OSO­BOM PONI­ŻEJ 18. ROKU ŻYCIA. Ten napis nie koń­czył się wykrzyk­ni­kiem.

- To nie dla mnie, tylko dla cioci.

- Która to twoja cio­cia?

- Jose­phine Gar­gery. Jest w pracy i nie mogła sama przyjść.

- Jo... Od Kren­dala?

Przy­tak­ną­łem.

- To na pewno nie dla cie­bie? Nie pój­dziesz za róg palić z kum­plami?

- Papie­ro­chy są paskudne. W życiu bym nie chciał palić. Pan Cougin mnie zna. Czę­sto tu przy­cho­dzę.

- Pan Cougin ma dziś wolne.

- Ale jest wła­ści­cie­lem, prawda? Skoro jemu nie prze­szka­dza, że sprze­daje mi papie­rosy, to pan chyba też może? Ina­czej cio­cia Jo będzie musiała wyjść z pracy, a wtedy będzie zła, pan Kren­dal zresztą pew­nie też. Potem poskarżą się panu Cougi­nowi, a on się wyżyje na panu. Tego wszyst­kiego da się unik­nąć, jeśli po pro­stu sprzeda mi pan te papie­rosy. Nie lubię awan­tur i podej­rze­wam, że pan też. Poza tym nie jestem dono­si­cie­lem. Porządny ze mnie chło­pak.

Sprze­dawca przy­gryzł poli­czek od środka, zer­k­nął na gazetę, jakby wła­ściwą odpo­wiedź wydru­ko­wano pod infor­ma­cją o wygra­nej Ste­eler­sów, i w końcu wyjął dwie paczki papie­ro­sów z półki nad głową.

- Nikt nie lubi awan­tur.

- To prawda - przy­zna­łem. - Nikt.

Wydał mi dolara i trzy­dzie­ści osiem cen­tów reszty.

- Dzię­kuję. - Z drob­nymi i papie­ro­sami w ręku ruszy­łem do sto­jaka z komik­sami na tyłach sklepu. Mia­łem już więk­szość naj­lep­szych, ale cza­iłem się na jeden kon­kretny: jede­na­sty zeszyt pierw­szego tomu "Super­man Annual". Upo­lo­wa­łem go już we wto­rek, ale mia­łem przy sobie tylko sie­dem­dzie­siąt trzy centy, za mało, bo miał zapo­rową cenę dolar dwa­dzie­ścia pięć, więc scho­wa­łem gazetkę za czwar­tym nume­rem "Straw­berry Short­cake" na gór­nej półce, gdzie nie zaj­rzałby żaden sza­nu­jący się wiel­bi­ciel komik­sów, i mia­łem nadzieję, że będzie na mnie cze­kał. Teraz zna­la­złem go na miej­scu i ścią­gną­łem z półki. Kiedy kart­ko­wa­łem komiks, roz­legł się dzwo­nek przy wej­ściu. Usły­sza­łem stłu­miony szum samo­cho­dów i szu­ra­nie butów, a po chwili drzwi się zatrza­snęły.

- Dawaj wszystko z kasy, ale już!

Dono­śny, szorstki głos dobiegł mnie z przed­niej czę­ści sklepu, zza moich ple­ców.

- Dobrze, w porządku, spo­koj­nie. - To głos sprze­dawcy. - Bierz wszystko, nie będę...

Huk wystrzału wstrzą­snął obkle­jo­nymi szy­bami.

Upu­ści­łem papie­rosy.

Potem wszystko wyda­rzyło się bar­dzo szybko.

Obró­ci­łem się w tej samej chwili co strze­la­jący. Widzia­łem jakby w zwol­nio­nym tem­pie, jak falują za nim dłu­gie, prze­tłusz­czone, rude włosy, wpa­dają do kap­tura brud­nej gra­na­to­wej bluzy, on pod­nosi rękę, celu­jąc z broni w moją stronę, z lufy na­dal unosi się dym.

Naci­snął spust, i to dwa razy.

Serce waliło mi bole­śnie, ni­gdy wcze­śniej nie czu­łem tak sil­nego łomo­ta­nia w piersi.

Poczu­łem wil­goć na udzie, cie­pła plama roz­le­wała się na nogę.

Pisto­let trza­snął.

Dwa głu­che trza­ski.

Zero wystrzału. Zero kuli. Jakaś usterka.

Napast­nik zer­k­nął na broń z wyrzu­tem, pra­wie nią we mnie rzu­cił, po czym odwró­cił się do kasy, zaczął wybie­rać gotówkę i upy­chać bank­noty po kie­sze­niach. Kiedy ją opróż­nił, pod­szedł do mnie z dzi­kim wzro­kiem.

- Wiem, jak wyglą­dasz, gów­nia­rzu. Ni­gdy nie zapo­mi­nam twa­rzy. Piśnij cho­ciaż słowo, to cię dojadę. Wypa­tro­szę cię i powie­szę, kurwa, na latarni.

Chwilę póź­niej już go nie było. Zosta­łem sam.

Spoj­rza­łem na nogę. Zmo­czy­łem się. Nie obcho­dziło mnie to.

Sam nie wiem, jak długo tak sta­łem. Nie mogłem się ruszyć.

W końcu poczu­łem się na siłach, żeby wró­cić do Kren­dal's i wezwać pomoc.

Dn. 08.08.1986:

Roz­mowa z dr Helen Dur­gin. Pacjent "D" spra­wia wra­że­nie nie­spo­koj­nego.

Nagra­nie audio/wideo.

- Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać o two­ich rodzi­cach.

- Nie chcę.

- Musisz. Musimy wszy­scy zro­zu­mieć, co się stało.

- Nie pamię­tam. Byłem wtedy mały.

- Pamię­tasz. Myślę, że pamię­tasz wszystko, co wyda­rzyło się tam­tego dnia.

Cisza.

- To nie twoja wina, Davi­dzie. Mia­łeś zale­d­wie dwa latka. Nie mogłeś wie­dzieć, co się sta­nie.

- Nie chcę.

Dok­tor Dur­gin wes­tchnęła.

- A o czym ty chciał­byś poroz­ma­wiać?

- Dla­czego nikt inny mnie nie odwie­dza?

- Wiesz dla­czego.

- Ale ty się nie boisz. Przy­cho­dzisz.

- Jestem głu­cha, Davi­dzie. Nie sły­szę cię. Tylko czy­tam z ruchu two­ich warg.

- I dla­tego się nie boisz?

- Dla­tego mogę cię odwie­dzać.

- Czyli gdy­byś zaczęła sły­szeć, nie mogła­byś mnie już odwie­dzać?

- Chcia­ła­bym, ale raczej by mi nie pozwo­lili.

- Ale roz­ma­wia­ła­byś ze mną przez gło­śniki, tak? Tak jak wszy­scy inni?

- Gdyby mi pozwo­lili.

- Daw­niej odwie­dzał mnie dok­tor Peavy. On nie był głu­chy.

- Ale już nie przy­cho­dzi, prawda? Pamię­tasz, co się stało z dok­to­rem, Davi­dzie?

- Tak. Dok­tor Peavy był dla mnie nie­do­bry. Kaza­łem mu prze­stać.

- To było dwa tygo­dnie po two­ich rodzi­cach. Skoro pamię­tasz, co się stało z dok­to­rem Peavym, to na pewno pamię­tasz, jak to było z nimi.

Cisza.

- Davi­dzie?

- Jestem zmę­czony. Możemy już prze­stać?

- Czy rodzice byli dla cie­bie nie­do­brzy? Tak jak dok­tor Peavy?

- Mój tatuś.

- I kaza­łeś mu prze­stać?

Cisza.

- Davi­dzie, musisz odpo­wia­dać na głos, do akt. Kaza­łeś tacie prze­stać?

- Tak.

- Jak to zro­bi­łeś?

- Nie pamię­tam.

- Chyba jed­nak pamię­tasz.

- Nie miał zro­bić krzywdy mamusi.

- To nie była twoja wina.

David nie odpo­wie­dział.

ZESPÓŁ OBSER­WA­CYJNY CHAR­TER - 309

1

- Czy­taj.

- No weź.

Cio­cia Jo świ­dro­wała mnie wzro­kiem, jej wargi zaci­skały się mocno na nie­mal wypa­lo­nym papie­ro­sie dyn­da­ją­cym z kącika ust.

- Czy­taj.

Prze­wró­ci­łem oczami.

- Kaitlyn Gar­gery Thatch. Szes­na­sty lutego tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąt osiem, ósmy sierp­nia tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­siąt. Kocha­jąca żona, matka i sio­stra. Mogę już iść?

Ciotka przy­mru­żyła oczy i zapa­liła następ­nego.

- A dokąd ty tak ucie­kasz?

Zła­pa­łem komiks z koca.

- Tam za górką jest ławka, cho­dzę tam poczy­tać.

- Możesz czy­tać tutaj. Mógł­byś poczy­tać na głos mamie i mnie. Na pewno byłoby jej miło.

- Myślę, że raczej ma w dupie Wojow­ni­cze żół­wie ninja.

Trzep­nęła mnie w głowę.

- Wyra­żaj się! Może i robisz się już duży, ale nie myśl sobie, że nie mogę cię prze­ło­żyć przez kolano.

- Tak jest. Prze­pra­szam.

Ciotka burk­nęła i zacią­gnęła się nowym papie­ro­sem. Nie­do­pa­łek poprzed­niego wrzu­ciła do wazonu na gro­bie taty. Zako­no­to­wa­łem sobie, żeby go póź­niej wyło­wić.

"Mieć w dupie" było ostat­nio moim ulu­bio­nym sło­wem - czy wła­ści­wie wyra­że­niem. Jakiś mie­siąc przed koń­cem roku szkol­nego do Lin­coln prze­niósł się Dun­can Bel­lino. Jego ojciec był kie­row­ni­kiem fabryki, prze­pro­wa­dzili się z Chi­cago. Mówi­li­śmy na niego Dunk. Palił i wszystko "miał w dupie". Miał też naj­więk­szą kolek­cję komik­sów, jaką widzia­łem w życiu, nie licząc skle­pów - całe pudła. Więk­szość lata spę­dzi­łem na prze­ko­py­wa­niu się przez te pudła.

Kiedy w szkole roze­szły się wie­ści o tym, co się stało w skle­pie, nagle wspią­łem się na wyżyny popu­lar­no­ści i utrzy­my­wa­łem na nich przez jakieś dwa tygo­dnie, zanim dzie­ciaki się zorien­to­wały, że jestem tym samym fra­je­rem, któ­rego do tej pory igno­ro­wały. Wtedy sytu­acja wró­ciła do normy, ale Dunk przy mnie został. Kiedy usły­szał o mojej przy­go­dzie, wzru­szył ramio­nami i stwier­dził, że w Chi­cago napada się na sklepy dwa, cza­sem trzy razy dzien­nie. Trzeba mieć dużo szczę­ścia, żeby pod­czas zaku­pów nie tra­fić na jakie­goś zbira, nor­malka.

Jego ojciec miał broń, bo słu­żył kie­dyś w ran­ge­rach. Trzy­mał ją w pudełku po butach na gór­nej półce szafy. Musie­li­śmy przy­tar­gać krze­sło z kuchni, żeby się do niej dostać. Była tam też amu­ni­cja. Dunk pozwo­lił mi zabrać jeden nabój. Powie­dział, że jeśli tam­ten zło­dziej kie­dyś po mnie wróci, poży­czy mi rewol­wer, żebym mógł roz­wa­lić mu łeb. Jako że broń leżała w pudełku na naj­wyż­szej półce w sza­fie jego ojca, mogłem się zało­żyć, że raczej nie dosię­gniemy jej na czas. Musie­li­śmy jesz­cze dopra­co­wać logi­stykę. "Logi­styka" była dru­gim moim ulu­bio­nym sło­wem.

- Widzia­łaś mojego walk­mana?

Cio­cia Jo wyło­wiła odtwa­rzacz ze swo­jej torby. Prze­zna­czy­łem na jego zakup więk­szość oszczęd­no­ści, ale było warto. Nie dość, że miał wbu­do­wane radio, to jesz­cze mogłem słu­chać kaset. No i żad­nej anteny. Dużo lep­sze niż nasze stare radio.

Ruszy­łem pod górkę.

- Godzinę! - zawo­łała ciotka. - Zaczy­nam dzi­siaj o czwar­tej, Kren­dal mówi, że możesz sprzą­tać ze sto­li­ków do ósmej, potem przy­cho­dzi Car­ter. Potrze­bu­jemy tej forsy!

Mach­ną­łem pota­ku­jąco.

Zaczęła kasz­leć i sły­sza­łem ją przez całą drogę do mau­zo­leów. Ostat­nio coraz wię­cej kasłała.

Ławka była pusta. Spo­dzie­wa­łem się tego. Przy­sze­dłem wcze­śniej. Ostat­nio poja­wiła się dopiero po czwar­tej. Usia­dłem, zało­ży­łem słu­chawki i włą­czy­łem walk­mana.

Szum.

Tego też się spo­dzie­wa­łem. Przy­ci­szy­łem.

W zeszłym roku dałem Stelli pierw­szy numer Wojow­ni­czych żółwi ninja. Teraz przy­nio­słem drugi zeszyt, a do tego trzy Won­der Woman, które poży­czy­łem z oso­bi­stych zapa­sów Dunka. Z początku tro­chę się zdzi­wi­łem, że ma wszyst­kie numery Won­der Woman, ale zwró­cił mi uwagę, że pełno w nich pół­na­gich kobiet. Od tam­tej pory też sta­łem się ich fanem.

Gdyby Dunk wie­dział, że zamie­rzam podzie­lić się czę­ścią jego bez­cen­nej kolek­cji z jakąś dziew­czyną, chy­baby mnie zamor­do­wał.

Minęło dwa­dzie­ścia minut.

Pół godziny.

Zaczy­na­łem się mar­twić, że już nie przy­je­dzie, ale wtedy zauwa­ży­łem na dro­dze dojaz­do­wej bia­łego SUV-a, a za nim drugi samo­chód, tej samej marki, modelu i koloru. Oba pojazdy zatrzy­mały się jakieś dzie­sięć metrów od ławki.

Wytar­łem mokre od potu dło­nie o dżinsy. Otwo­rzyły się drzwi po stro­nie kie­rowcy, wysia­dła star­sza kobieta i wygła­dziła długi biały płaszcz. Świe­ciło słońce, tem­pe­ra­tura się­gała trzy­dzie­stu stopni, to nie była pogoda na płaszcz. Nie mogłem prze­stać myśleć o broni, nie o takim rewol­we­rze, jak miał ojciec Dunka, ale o czymś więk­szym, strzel­bie czy kara­bi­nie, ukry­tym pod tym płasz­czem.

Potem otwo­rzyły się tylne drzwi samo­chodu i spo­dzie­wa­łem się, że wysią­dzie z niego Stella, ale zamiast niej poja­wił się męż­czy­zna, sza­tyn w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i takim samym bia­łym płasz­czu. Od strony pasa­żera wysie­dli kolejni ludzie, męż­czy­zna i kobieta. Z dru­giego SUV-a wyło­niły się jesz­cze cztery osoby, wszy­scy doro­śli, ani śladu Stelli. Wszy­scy ubrani tak samo. Kobieta, która kie­ro­wała pierw­szym samo­cho­dem i którą koja­rzy­łem z poprzed­nich spo­tkań ze Stellą, pode­szła do ławki i zajęła jej miej­sce.

Szumy z radia trzesz­czały mi w uszach, więc wyłą­czy­łem walk­mana i zdją­łem słu­chawki.

- Gdzie Stella?

Kobieta odpo­wie­działa uśmie­chem - zim­nym jak u kota wita­ją­cego się z myszą, zanim pożre malut­kie stwo­rzonko w cało­ści, razem z ogo­nem. Ten uśmiech był maską, za którą nie chciał­bym zaglą­dać.

- Stella dziś do nas nie dołą­czy.

- A gdzie jest?

Kobieta zało­żyła nogę na nogę. Nawet na mnie nie spoj­rzała. Patrzyła pro­sto przed sie­bie, nie odry­wa­jąc wzroku od SUV-ów i swo­ich towa­rzy­szy i towa­rzy­szek.

- Panna Net­tle­ton prze­bywa gdzie indziej. Miej­sce jej pobytu nie jest pań­ską sprawą.

- Wszystko z nią w porządku?

Pomy­śla­łem, że Stelli stało się coś złego, może przy­tra­fił jej się jakiś strasz­liwy wypa­dek. Bo niby dla­czego nie mogła przy­je­chać?

Dłu­gie białe włosy kobiety były ścią­gnięte w koń­ski ogon zwi­sa­jący na koł­nierz płasz­cza. Zadbane paznok­cie miała rów­nież dłu­gie i białe, poma­lo­wane pod kolor płasz­cza. Splo­tła ręce na podołku.

- Nazy­wam się Latrese Oli­ver. Możesz zwra­cać się do mnie per pani Oli­ver. W żad­nym wypadku nie wolno ci zwra­cać się do mnie per Latrese. Zaj­muję i zawsze będę zaj­mo­wała wyż­szą pozy­cję spo­łeczną niż ty. Nie­ważne, jaki suk­ce­sik kie­dy­kol­wiek osią­gniesz, nawet jeśli przy­pad­kiem uda ci się odnieść wielki suk­ces w tym swoim mar­nym życiu, zawsze będziesz ode mnie gor­szy. Rozu­miesz? Czy wyra­żam się jasno? Kiw­nij głową, jeśli rozu­miesz.

Bez­wied­nie zaczą­łem kiwać głową. Kiedy do mnie dotarło, co robię, zmu­si­łem się, żeby prze­stać.

- Dobrze - mruk­nęła. - Nie żebym wiele się po tobie spo­dzie­wała. Oba­wiam się, że osią­gną­łeś już szczyt swo­ich moż­li­wo­ści, pra­cu­jąc jako knaj­piany poma­gier, który sprząta śmieci i brudy innych ludzi. Zmy­wa­nie plam moczu z uświ­nio­nych kafel­ków na pod­ło­dze łazienki, zdra­py­wa­nie zaschnię­tego gówna nie­zna­jo­mych z kibla, to wła­śnie twoje miej­sce.

- Gdzie... gdzie jest Stella? - Sta­ra­łem się, żeby mój głos brzmiał sta­now­czo, może nawet groź­nie. Ale nie udało mi się. Z moich ust wydo­był się pisk, jakby mówił chło­pak o połowę młod­szy, ten chło­piec, który dzie­więć mie­sięcy temu posi­kał się w skle­pie.

- Podoba ci się nasza mała Stella?

Nie odpo­wie­dzia­łem. Wbi­ja­łem wzrok w stertę komik­sów leżącą na ławce.

- Ni­gdy nie będziesz jej miał - cią­gnęła kobieta. - Choć­byś pra­gnął jej kie­dyś z całych sił, ni­gdy nie będzie twoja. Nie prze­szka­dza ci to?

- Nie... nie lubię dziew­czyn. Nie w takim sen­sie.

- Czyżby? Ach, ale kie­dyś będziesz. Sądzę, że któ­re­goś dnia to się zmieni. Przyj­dzie taki dzień, kiedy będziesz pra­gnął jej tak roz­pacz­li­wie, że sta­nął­byś na dro­dze roz­pę­dzo­nego samo­chodu, jeśli dzięki temu mógł­byś jej choćby dotknąć, poczuć cie­pło jej ciała, spró­bo­wać jej poca­łunku. Wszystko dla naszej Stelli.

- Chcę z nią tylko poroz­ma­wiać, to wszystko.

Pani Oli­ver par­sk­nęła, wyraź­nie pochło­nięta wła­snym mono­lo­giem.

- Założę się, że po tych spo­tka­niach wra­casz do domu, wycią­gasz siu­siaka i doty­kasz się na naj­bar­dziej obrzy­dliwe spo­soby, myśląc o niej, o zapa­chu jej wło­sów, o tej gład­kiej skó­rze. Widzia­łeś już kie­dyś nagą dziew­czynę? Pewno nie. Za młody jesteś. Ale przy­pusz­czal­nie i tak o tym myślisz, przez tę twoją główkę prze­pły­wają naj­bar­dziej zbe­reźne myśli. Jesteś taki sam jak inni chłopcy, wszy­scy jeste­ście tacy sami. Żaden z was nie zasłu­guje na naszą Stellę, robi mi się nie­do­brze na myśl, że mia­łaby z tobą choćby poroz­ma­wiać, nie wspo­mi­na­jąc o... - Urwała i pokrę­ciła głową. Potem odwró­ciła się i w końcu na mnie spoj­rzała, ciem­no­szare oczy wier­ciły we mnie dziurę, pło­nęły nie­na­wi­ścią tak zaja­dłą, że nie­mal czu­łem jej smak. - Będzie dla cie­bie wszyst­kim. Każdy oddech, który wyrwiesz światu, będzie do niej nale­żał, wszystko, co będziesz robił, będzie dla niej, a w zamian nie będziesz dla niej zna­czył abso­lut­nie nic. Będziesz jakimś paskudz­twem, które zdra­pie z buta i zostawi na dro­dze, gdzie roz­szar­pią je sępy, zje­dzą i wysrają. Jesteś i zawsze będziesz odrzu­tem, śmie­ciem, ele­men­tem wszech­świata, z któ­rego powinno było się zbu­do­wać coś lep­szego, wypad­kiem przy pracy.

Potem wstała, wygła­dziła długi biały płaszcz i już bez słowa wró­ciła do samo­chodu, a za nią pozo­stali. Patrzy­łem, jak odjeż­dżają, a cisza i spo­kój panu­jące na cmen­ta­rzu zda­wały się mnie dusić.

2

Pre­acher wszedł do miesz­ka­nia i przy­ci­snął obie dło­nie do drzwi, zamy­ka­jąc je z cichut­kim stu­kiem. Wie­dział, że nikogo nie ma w domu, był tego pewny, ale nie chciał infor­mo­wać sąsia­dów o swo­jej obec­no­ści, tak samo jak nie chciałby wystra­szyć domow­ni­ków, gdyby aku­rat spali albo oglą­dali tele­wi­zję, a nie odwie­dzali gni­jące zwłoki dawno zmar­łych krew­nych na cmen­ta­rzu za budyn­kiem.

W takich blo­kach miesz­kańcy zwy­kle trzy­mali się razem. Jak na gust Pre­achera tro­chę za czę­sto mie­szali się do spraw sąsia­dów. Nie mógłby miesz­kać w takim miej­scu i nie rozu­miał, dla­czego kto­kol­wiek z wła­snej woli się na to decy­do­wał.

To jest pudło.

Pudło usta­wione na innych pudłach, obok następ­nych pudeł i pod jesz­cze kolej­nymi. To nie dom, tylko cela. W takich wła­śnie miej­scach zamyka czło­wieka spo­łe­czeń­stwo.

Jose­phine Gar­gery nie miała wyso­kich docho­dów. Zanim tu przy­je­chał, przej­rzał jej trzy ostat­nie zezna­nia podat­kowe. Jako kel­nerka zara­biała 2,01 dolara za godzinę plus napiwki, śred­nio od dzie­się­ciu do pięt­na­stu pro­cent. Pre­acher oczy­wi­ście zawsze zosta­wiał dwa­dzie­ścia pro­cent, nie­za­leż­nie od jako­ści obsługi, i zawsze trak­to­wał per­so­nel kel­ner­ski z naj­wyż­szym sza­cun­kiem. Nie dla­tego, żeby uwa­żał, że mają trudną pracę albo że zasłu­gują na wię­cej niż prze­cięt­nie, bo bywał uciąż­li­wym klien­tem, ale dla­tego że mieli do czy­nie­nia z jego jedze­niem, czę­sto poza zasię­giem wzroku. Nie wyobra­żał sobie, żeby potrak­to­wać taką osobę jak śmieć, a potem wysłać ją do kuchni po swoje danie. Sły­szał raz histo­rię, jak jeden kucharz zamo­czył kanapkę z kur­cza­kiem w wodzie po brud­nych naczy­niach, bo zamó­wiła ją jego nauczy­cielka histo­rii z liceum, która trzy lata wcze­śniej posta­wiła mu czwórkę z minu­sem. Można sobie tylko wyobra­żać, co taki czło­wiek by zro­bił, gdyby nagle poczuł nie­chęć do sta­łego klienta, tylko dla­tego, że zacho­wał się nie­uprzej­mie albo pod­czas poprzed­niej wizyty zosta­wił marny napi­wek.

Pre­acher zawsze zosta­wiał więc dwa­dzie­ścia pro­cent i tak samo uczy­nił tego ranka, kiedy jadł śnia­da­nie w Kren­dal's. Z przy­chodu dekla­ro­wa­nego przez Jose­phine Gar­gery w zezna­niach podat­ko­wych wyni­kało, że inni klienci nie byli tak hojni. W ubie­głym roku zaro­biła 7840 dola­rów. Wycho­dziło 150 dola­rów i 77 cen­tów tygo­dniowo - nie­wiele ponad kra­jo­wym pro­giem ubó­stwa, wyno­szą­cym 7240 dola­rów rocz­nie. Bio­rąc pod uwagę, że miała jesz­cze na utrzy­ma­niu chłopca, nie wio­dło jej się naj­le­piej. Potwier­dzał to widok, który uka­zał się oczom Pre­achera, kiedy zaczął się roz­glą­dać po miesz­ka­niu.

W klitce cuch­nęło dymem tyto­nio­wym, mimo że w salo­nie oba okna były otwarte i wpa­dał przez nie lekki wie­trzyk. Ściany były pokryte tłu­stymi, żół­ta­wymi zacie­kami. Wolał nie myśleć, w jakim stop­niu te wstrętne opary prze­sią­kły meble, pościel, odzież. Miał na dło­niach grube skó­rzane ręka­wiczki. Nie mógł, nie chciał doty­kać niczego gołymi rękami.

Pre­acher nie palił i nie tole­ro­wał pale­nia w swo­jej obec­no­ści. Wstrętny, bez­sen­sowny nałóg.

Kiedy sta­nął ple­cami do drzwi wej­ścio­wych, po lewej miał nie­dużą kuch­nię. Sprzęty miały na oko jakieś dzie­sięć lat, zaczy­nały rdze­wieć na brze­gach i w zała­ma­niach. W lodówce nie było nic oprócz keczupu i tym podob­nych, ame­ry­kań­skiego sera w pla­ster­kach i pół litra mleka, które zaczy­nało już kwa­śnieć.

Przed sobą miał wąski przed­po­kój pro­wa­dzący do salonu, a na ścia­nie po pra­wej dwoje drzwi, praw­do­po­dob­nie do sypialni. W kuchni nie zna­lazł nic cie­ka­wego, ani jed­nej kar­teczki przy­cze­pio­nej do lodówki - pomiesz­cze­nie wyglą­dało na rzadko uży­wane, więc prze­niósł się do salonu. W kącie po lewej stał stół jadalny, zarzu­cony ster­tami kore­spon­den­cji, otwar­tej i nie. Pre­acher się­gnął po naj­bliż­szy sto­sik i przej­rzał nadaw­ców: rachunki i Publi­shers Cle­aring House. Rachun­ków nikt nawet nie otwo­rzył, za to for­mu­larz zgło­sze­niowy do lote­rii został wypeł­niony i przy­go­to­wany do ode­sła­nia w koper­cie zwrot­nej. Cho­ciaż wpi­sano dane Jose­phine Gar­gery, uczy­niono to dzie­cin­nym pismem, nie­wąt­pli­wie nale­żą­cym do chłopca.

Pre­acher odło­żył listy na stół, pil­nu­jąc, żeby wszystko zosta­wiać dokład­nie w tym samym miej­scu, po czym rozej­rzał się po salo­nie. Przed nie­du­żym, dwu­na­sto­ca­lo­wym tele­wi­zo­rem stały kanapa i roz­kła­dany fotel. W środku tego trój­kąta znaj­do­wał się sto­lik kawowy. Spo­dzie­wał się gru­bej war­stwy kurzu, ale blat oka­zał się czy­sty, podob­nie jak wierzch tele­wi­zora. Naj­wy­raź­niej dym papie­ro­sowy sta­no­wił jedyne źró­dło brudu. Ktoś regu­lar­nie sprzą­tał w miesz­ka­niu, co bar­dzo go zasko­czyło. Najprawdopodob­niej to rów­nież zasługa chło­paka. Pre­acher wie­dział, że ciotka pra­cuje na kilka zmian i rzadko bywa w domu, pew­nie wra­cała tylko się prze­spać i wziąć prysz­nic. Chło­piec musiał sam sobie radzić. Jak w takim razie uda­wało jej się palić tak dużo, żeby zady­mić całe miesz­ka­nie? Musiała chyba odpa­lać jed­nego od dru­giego. Pre­acher wie­dział, że chło­pak nie pali, przy­naj­mniej na razie. Obser­wo­wali go uważ­nie, ktoś zauwa­żyłby tak odra­ża­jące zacho­wa­nie. Obwą­chaw­szy kanapę i fotel, usta­lił, że to na tym dru­gim fotelu prze­sia­dy­wała palaczka. Co dziwne, nie zna­lazł żad­nej popiel­niczki. W oknie przy fotelu nie było moski­tiery, więc być może to przez nie strze­py­wała papie­rosy, ale wyda­wało mu się to mało praw­do­po­dobne.

Pierw­sza z dwóch nie­wiel­kich sypialni sąsia­do­wała z salo­nem, ewi­dent­nie ta nale­żąca do chło­paka - ściany były pokryte pla­ka­tami super­bo­ha­te­rów i stro­nami wydar­tymi z komik­sów. Na komo­dzie zna­lazł sterty ksią­żek, kla­syki, takiej jak Wyspa skar­bów i Władca much, oraz kil­ka­na­ście tomów przy­gód braci Har­dych. Obok leżały równe sto­siki komik­sów. W szu­fla­dach nie było nic oprócz odzieży, ład­nie poskła­da­nej i posor­to­wa­nej. Skar­petki dobrano w pary i zwi­nięto w schludne kulki. Spo­dzie­wał się, że znaj­dzie mię­dzy ubra­niami jakąś skrytkę, ale nie. Pod łóż­kiem też nic nie było, nawet kotów z kurzu.

W sza­fie ubra­nia wisiały ide­al­nie równo, uło­żone od jasnych do ciem­nych. Na pod­ło­dze stało kar­to­nowe pudło. W środku zna­lazł dwa­na­ście popiel­ni­czek ukry­tych pod stertą ksią­żek - zagadka się wyja­śniła. Widocz­nie chło­pak uznał, że jeśli schowa popiel­niczki, prze­kona ciotkę do rzu­ce­nia pale­nia. Sprytne. Naiwne, ale sprytne.

Pre­acher odło­żył wszystko na swoje miej­sce i zamknął szafę.

Powiódł wzro­kiem po pokoju, ide­al­nie czy­stym i schlud­nym. Wszystko leżało na swoim miej­scu.

On też był kie­dyś chłop­cem.

Chłopcy cho­wają rze­czy.

Wró­cił do łóżka, pod­niósł mate­rac i aż bły­snęło mu w oku na widok zna­le­zi­ska.

Mię­dzy mate­ra­cem a sprę­ży­nami leżał jakiś zeszyt. Wyjął go i prze­kart­ko­wał. To nie był zwy­kły notes, lecz szki­cow­nik zawie­ra­jący dzie­siątki rysun­ków - por­tre­tów Stelli.

Opu­ścił mate­rac z powro­tem.

Obrazki były dość pry­mi­tywne, ale lep­sze niż prze­ciętne. Znacz­nie lep­sze od tego, co mógłby stwo­rzyć Pre­acher. Nie­po­rów­ny­wal­nie lep­sze niż to, czego można się spo­dzie­wać po dzie­ciach. Zwłasz­cza ostatni szkic, na któ­rym Stella się uśmie­cha, a oczy błysz­czą jej słoń­cem, był nie­zły. Ten był naprawdę dobry. Co wię­cej, chło­pak nary­so­wał go czar­nym dłu­go­pi­sem, tech­niką nie­do­pusz­cza­jącą błę­dów i popra­wek.

Trzeba było to zakoń­czyć. Sprawy wymy­kały się spod kon­troli.

Pre­acher przy­siadł na brzegu łóżka, upusz­cza­jąc szki­cow­nik.

Co ta dziew­czyna w nim widziała?

Dla­czego aku­rat ten chło­pak?

Był nikim, kolej­nym szczu­rem w labi­ryn­cie. Jego życie prze­mknie w mgnie­niu oka. Pew­nie nie pój­dzie na stu­dia, nie osią­gnie nawet prze­cięt­nego suk­cesu. Pisane mu było życie pełne fizycz­nej harówki i zakoń­czone wcze­sną śmier­cią, więc dla­czego on?

Pre­acher dobył wal­thera PPK/S kali­bru .380 z kabury na lewym ramie­niu i przez chwilę trzy­mał broń w ręku, bez­wied­nie zdej­mu­jąc tłu­mik i przy­krę­ca­jąc go z powro­tem. Cię­żar pisto­letu, zapach smaru - to poma­gało mu się skon­cen­tro­wać, zebrać myśli.

Mógłby chło­paka zabić. Prę­dzej czy póź­niej pew­nie i tak będzie musiał, nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści. Czemu nie teraz?

Mógł po pro­stu pocze­kać na ich powrót z cmen­ta­rza i wpa­ko­wać chło­pa­kowi kulkę w łeb, ciotce też. Pre­acher nie miał opo­rów przed zabi­ja­niem dzie­cia­ków. Sporo ich już zała­twił. Jedyna róż­nica mię­dzy dziec­kiem a doro­słym to czas. Mie­liby to już z głowy. Cały ten baj­zel zostałby posprzą­tany i mogliby o nim zapo­mnieć.

Byłyby reper­ku­sje.

Pre­acher podra­pał się lufą pisto­letu po bro­dzie.

3

Spóź­ni­li­śmy się na swoją zmianę.

Przeze mnie.

Po odjeź­dzie kobiety długo sie­dzia­łem na ławce kom­plet­nie oszo­ło­miony. Myśli kotło­wały mi się w gło­wie, nie mogłem prze­stać się trząść. Każdy oddech uty­kał mi w gar­dle i trzy­mał się mocno, jakby nie chciał przejść dalej.

Nawet teraz, kiedy pró­bo­wa­łem nadą­żyć za cio­cią Jo, serce waliło mi tak wście­kle, jakby miało wyrwać się z klatki żeber i wylą­do­wać z hukiem przed nami na dziu­ra­wym chod­niku.

- Coś cię bie­rze? Nie wyglą­dasz za dobrze.

Chęt­nie odpo­wie­dział­bym, że jej głos nie brzmi za dobrze - z płuc cioci wydo­by­wał się dziwny świst, jakby powie­trze prze­la­ty­wało po wosko­wa­nym papie­rze. Co kilka kro­ków docho­dził do tego mokry kaszel. Mimo to nie prze­sta­wała palić.

- Może powi­nie­nem sko­czyć do domu, zosta­wić rze­czy i zażyć wita­minę C.

- Mam listek w szafce w pracy - odparła. - Nie możemy sobie teraz pozwo­lić na cho­robę.

Cho­ciaż nic mi nie powie­działa, wie­dzia­łem, że nie zapła­ciła jesz­cze czyn­szu za sier­pień. Osiem dni po ter­mi­nie. Po pią­tym dniu mie­siąca docho­dziły odsetki za spóź­nie­nie. Nie potra­fi­łem powie­dzieć, ile to dokład­nie będzie, ale na pewno wię­cej, niż mie­li­śmy. Mogłem spró­bo­wać zwró­cić walk­mana. Albo znów zaofe­ro­wać swoje oszczęd­no­ści, cho­ciaż ni­gdy nie chciała ich przy­jąć.

Wpa­dli­śmy do jadło­dajni dwa­dzie­ścia minut spóź­nieni. Lokal pękał w szwach. Pan Kren­dal stał nad kuchenką i świ­dro­wał nas wzro­kiem przez okienko do wyda­wa­nia posił­ków za kon­tu­arem.

- Josie! Wkła­daj far­tuch, mamy urwa­nie głowy!

Nie było jesz­cze nawet pią­tej, a już ludzie pozaj­mo­wali wszyst­kie boksy, krze­sła i stołki. Przy drzwiach grupka klien­tów cze­kała na wolny sto­lik. Za kon­tu­arem Lur­line Wal­drip wycie­rała jakąś plamę, chyba wylała się kawa. Spoj­rzała na nas, pokrę­ciła głową i wró­ciła do pracy.

Naj­pierw zauwa­ży­łem płaszcz tej kobiety.

Kiedy sprząta się ze sto­li­ków, szybko zaczyna się zauwa­żać brudne tale­rze i szklanki, już od progu przy­cią­gają wzrok. Bez­wied­nie zaczą­łem wodzić oczami po sali, kiedy tylko weszli­śmy, w dru­giej kolej­no­ści zwra­ca­jąc uwagę na ludzi, a w pierw­szej - na sztućce, tale­rze i miski. Pełne czy puste, do połowy opróż­nione szklanki z wodą doma­ga­jące się dolewki. A jed­nak wpadł mi w oko ten płaszcz.

Zoba­czy­łem biały płaszcz na jed­nym ze stoł­ków przy kon­tu­arze i nagle prze­sta­łem widzieć i sły­szeć cokol­wiek innego, moje oczy podą­żyły w górę i spo­częły na kobie­cie sie­dzą­cej ple­cami do mnie, na bia­łych wło­sach opa­da­ją­cych na ramiona. Obok jej lewej ręki leżała równo zło­żona gazeta, prawą pod­no­siła wła­śnie do ust fili­żankę z kawą.

Musiała wyczuć moje spoj­rze­nie, bo odwró­ciła się powoli na stołku. Gapi­łem się na nią chyba z dzie­sięć sekund, zanim się zorien­to­wa­łem, że to wcale nie ta kobieta z cmen­ta­rza, pani Latrese Oli­ver, jak mi się przed­sta­wiła, a ktoś zupeł­nie inny, kogo ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem.

Prze­ci­sną­łem się obok cioci Jo i popę­dzi­łem do łazienki. Jakimś cudem udało mi się zamknąć za sobą drzwi, zanim zwró­ci­łem skromne śnia­da­nie i obiad.

Zosta­łem nie tylko na swoją zmianę, ale też do końca cio­ci­nej. Pan Kren­dal co chwila mi powta­rzał, żebym poszedł do domu, ale nie mogłem się do tego zmu­sić. Nie chcia­łem być sam. Wzmo­żony ruch skoń­czył się dopiero po dzie­wią­tej wie­czo­rem. Lur­line stwier­dziła, że to pią­tek, więk­szość ludzi dostała wypłatę i uznała, że nie chce im się goto­wać. Mówiła, że gotówka w kie­szeni ozna­cza stałą trójcę - gorący posi­łek, bar i klub ze strip­ti­zem - dla każ­dego kawa­lera w mie­ście, a tych nie bra­ko­wało. Wie­dzia­łem, co to jest bar, w każ­dym kwar­tale ulic były ze trzy. Mia­łem też swoje domy­sły co do klu­bów ze strip­ti­zem, szcząt­kową wie­dzę zawdzię­cza­łem nieco mniej szcząt­ko­wej wie­dzy Dunka. Cio­cia Jo pró­bo­wała nadą­żyć za tłu­mem klien­tów, ale pra­co­wała zbyt wolno, więc Lur­line została ponad godzinę po końcu swo­jej zmiany, żeby pomóc.

Zosta­wi­li­śmy otwarte okna w miesz­ka­niu, wiatr zwiał tro­chę papie­rów ze stołu i roz­rzu­cił je po pod­ło­dze. Pozbie­ra­łem kartki, a cio­cia w tym cza­sie poza­pa­lała świa­tła, zamknęła okna i padła na fotel.

- Za stara na to jestem. - Ścią­gnęła buty i zaczęła roz­cie­rać spuch­nięte stopy. Potem prze­li­czyła napiwki i zaklęła pod nosem.

- Co się stało?

- Cią­gle bra­kuje nam trzy­dzie­ści osiem do czyn­szu. Myśla­łam, że dziś na pewno... - Umil­kła, zamknęła oczy i przy­ci­snęła do skroni spra­co­wane dło­nie.

Zaro­bi­łem sześć dola­rów z napiw­ków. Poda­łem jej pie­nią­dze. Już otwie­rała usta, żeby zapro­te­sto­wać, ale w końcu uśmiech­nęła się blado.

- Dobry z cie­bie chło­pak. Oddam ci co do centa, obie­cuję.

- Zacze­kaj. - Pobie­głem do pokoju po resztę oszczęd­no­ści. Teraz wresz­cie weź­mie ode mnie pie­nią­dze, a ja chcia­łem je jej dać. Też tu miesz­ka­łem. Chcia­łem pomóc.

Kiedy zapa­li­łem świa­tło, zoba­czy­łem na łóżku kopertę.

Leżała na moim szki­cow­niku, który nie znaj­do­wał się tam, gdzie go zosta­wi­łem.

Obej­rza­łem się na cio­cię, która na­dal sie­działa w fotelu, po czym wsze­dłem ostroż­nie do pokoju, roz­glą­da­jąc się czuj­nie po kątach, bada­jąc każdy cień.

Koperta była biała, roz­mia­rów zwy­kłego listu, gruba mniej wię­cej na cen­ty­metr. Na wierz­chu wid­niało jedno jedyne słowo, skre­ślone ele­ganc­kim cha­rak­te­rem pisma:

"Pip".

W środku znaj­do­wało się pięć­set dola­rów gotówką.

4

Tam­tej nocy mia­łem zły sen. Praw­dziwy kosz­mar.

Mia­łem cztery lata.

Tatuś zapi­nał mnie w fote­liku.

- Zwarty i gotowy, kapi­ta­nie Jack?

- Tak.

- Mama zro­biła ci dobre pićko na drogę.

Wzią­łem kubek z dziób­kiem i pod­nio­słem do ust, ostroż­nie, żeby nie wylać. Mleko cze­ko­la­dowe, moje ulu­bione.

Mamu­sia wsia­dła do samo­chodu.

Pamię­ta­łem tamtą podróż.

Pamię­ta­łem każdą sekundę, od chwili wyj­ścia z domu do przy­jazdu pod blok cioci Jo, ten sam, w któ­rym teraz miesz­ka­li­śmy.

Kiedy zapar­ko­wa­li­śmy pod budyn­kiem z czer­wo­nej cegły, wyszła do nas cio­cia, jak zawsze z papie­ro­sem w lewej dłoni.

Wie­dzia­łem, co będzie dalej.

Mama otwo­rzyła drzwiczki i sio­stry się uści­snęły. Cio­cia wsa­dziła głowę do auta i uśmiech­nęła się do mnie.

- Jose­phine - wark­nął tata.

Nie odpo­wie­działa.

Od tej chwili sytu­acja toczyła się ina­czej.

W tym momen­cie wszystko się zmie­niło.

Pamię­ta­łem, jak tatuś wyjął mnie z fote­lika i posta­wił na ziemi. Pamię­ta­łem, jak razem z mamu­sią wsie­dli z powro­tem do auta i ruszyli przed sie­bie, jak patrzy­łem za nimi, dopóki nie znik­nęli za górką, a potem wzią­łem cio­cię za rękę i wsze­dłem z nią do bloku.

Pamię­ta­łem to wszystko, jakby wyda­rzyło się wczo­raj.

Ale teraz to wszystko nie nastą­piło.

W tym śnie wyda­rzyło się coś zupeł­nie innego.

Tata otwo­rzył drzwiczki, wziął coś z fotela obok mnie i zamknął je z powro­tem. Widzia­łem, jak nie­sie to coś i podaje cioci Jo.

Rodzice wsie­dli do auta i znowu jecha­li­śmy.

Tata zaklął na widok czer­wo­nych świa­teł stopu przed nami. Skrę­cił gwał­tow­nie w prawo, nawet nie zwol­niw­szy. Siła odśrod­kowa wci­snęła mnie w bok fote­lika.

Żadne z nich się na mnie nie obej­rzało, co mnie zdzi­wiło. W takich sytu­acjach zwy­kle przy­naj­mniej jedno z rodzi­ców się obra­cało.

Prze­je­cha­li­śmy przez most, potem przez tunel, cią­gle przy­śpie­sza­jąc.

Czu­łem, że poru­szamy się coraz szyb­ciej, samo­chód nabie­rał pręd­ko­ści, sil­nik pra­co­wał coraz gło­śniej.

Wtedy tatuś pod­niósł wzrok. Zoba­czy­łem jego oczy w lusterku, ale nie patrzył na mnie. Patrzył na coś dalej, coś za nami. Mama zer­k­nęła na niego i zoba­czy­łem, że ona też patrzy w lusterko, tyle że boczne, po swo­jej stro­nie.

Tata skrę­cił, wymi­ja­jąc samo­chód jadący znacz­nie wol­niej od naszego. Nasz jechał coraz szyb­ciej i coraz gło­śniej.

- Nie­długo będzie sie­dem­dzie­siąt­ka­dzie­wiątka - powie­działa mama.

Znowu wzrok ojca w lusterku.

- Za daleko.

Wtedy jego oczy w lusterku na uła­mek sekundy spo­tkały się z moimi. Zoba­czy­łem, jak z bocz­nej ulicy wyjeż­dża biały SUV, pro­sto przed nas. On go nie zauwa­żył.

Mamu­sia też nie zauwa­żyła. Nie zdą­żyła nawet krzyk­nąć.

Kiedy po raz trzeci wybu­dzi­łem się z tego kosz­maru, nie odwa­ży­łem się już iść spać. Leża­łem i gapi­łem się w sufit, dopóki świa­tło poranka nie zaj­rzało przez okno, pró­bu­jąc zła­pać mnie pod sto­sem koców.

5

Dwa tygo­dnie przed Bożym Naro­dze­niem nagle się ocie­pliło. Zeszło­ty­go­dniowy śnieg stop­niał, odsła­nia­jąc roz­mo­kłą brą­zową zie­mię i matową trawę, która drze­mała sobie smacz­nie pod pie­rzynką. Patrząc na niebo, trudno byłoby stwier­dzić, że jest dzień - kłę­biły się na nim gęste czarne chmury, jakby już nie mogły się docze­kać powrotu zimy. Ciotka Jo uparła się, żebym cho­dził w zimo­wym płasz­czu, weł­nia­nym mon­strum chro­nią­cym przed mro­zem docho­dzą­cym do minus dwu­dzie­stu stopni. Roz­pią­łem go zaraz po wyj­ściu z miesz­ka­nia i zasta­na­wia­łem się, czy w ogóle nie zdjąć tego absur­dal­nego stroju. Tem­pe­ra­tura wyno­siła pra­wie pięć stopni powy­żej zera i na­dal rosła, kiedy dotar­łem do żela­znej bramy cmen­ta­rza.

Po tej pierw­szej koper­cie poja­wiły się jesz­cze cztery, zawsze ósmego dnia mie­siąca, zawsze zaadre­so­wane do "Pipa" i zawsze na moim łóżku, zosta­wiane tam pod naszą nie­obec­ność. Ostat­nią zna­la­złem w ponie­dzia­łek, zale­d­wie dwa dni temu. Roz­wa­ża­łem wagary i ukry­cie się gdzieś w miesz­ka­niu, ale moja wycho­waw­czyni, pani Tho­mas, była klientką jadło­dajni i na pewno zapy­ta­łaby cio­cię, co się ze mną dzieje. Bra­łem też pod uwagę symu­lo­wa­nie cho­roby i już pra­wie wcie­li­łem ten plan w życie, ale nagle uświa­do­mi­łem sobie, że chyba jed­nak nie chcę zostać sam na sam z tym kimś, kto pod­rzu­cał te koperty. Na pewno nie robiła tego Stella. Podej­rze­wa­łem, że mogła za tym stać pani Oli­ver, i już ta myśl wystar­czyła, żebym porzu­cił plan.

W każ­dej koper­cie znaj­do­wało się dokład­nie pięć­set dola­rów.

Wie­dzia­łem, że nie mogę dawać tych pie­nię­dzy bez­po­śred­nio cioci Jo. Zapy­ta­łaby, skąd je wzią­łem, a nie mogłem powie­dzieć, że zna­la­złem na łóżku. Nie mogłem jej też wma­wiać, że to z moich oszczęd­no­ści. Wie­działa, ile mia­łem odło­żone. Tym bar­dziej nie mogła zoba­czyć koperty z napi­sem "Pip", bo to spro­wo­ko­wa­łoby jesz­cze wię­cej pytań. W końcu wyją­łem pie­nią­dze z koperty, zawi­ną­łem w gazetę i pod­rzu­ci­łem cioci Jo do szafki w pracy. Następ­nego dnia zna­la­zła paczkę po swo­jej zmia­nie, ale nic nie powie­działa, dopóki nie wró­ci­li­śmy do domu. Wtedy wyjęła pie­nią­dze z torebki i mi poka­zała. Sądziła, że to pan Kren­dal je zosta­wił. Gdyby nawet zasu­ge­ro­wała, że to kosmici prze­słali te pie­nią­dze na odle­głość z lata­ją­cego spodka okrą­ża­ją­cego Zie­mię, nie pod­wa­żał­bym jej słów, byle tylko nie zaczęła podej­rze­wać, że to ja byłem odpo­wie­dzialny za ten nie­spo­dzie­wany pre­zent. Podobno zwie­rzyła się panu Kren­dalowi, że zalega z czyn­szem i potrze­buje zaliczki na pen­sję. Odparł, że nie uznaje zali­czek ani poży­cza­nia. Gdyby jej pomógł, musiałby poma­gać wszyst­kim, a czasy są cięż­kie. Uznała, że zosta­wił pie­nią­dze ano­ni­mowo, żeby unik­nąć poten­cjal­nych pro­ble­mów z resztą pra­cow­ni­ków. Kiedy podzię­ko­wała mu za pie­nią­dze, spy­tał tylko: "Jakie pie­nią­dze?", i wró­cił do rusztu. Cza­sem nie­wy­po­wie­dziane słowa zna­czą wię­cej niż długa roz­mowa.

Kiedy poja­wiła się kolejna koperta, znowu zawi­ną­łem pie­nią­dze w gazetę i wsa­dzi­łem do jej szafki. Tak jak za pierw­szym razem sądziła, że to od pana Kren­dala. Nie zale­ga­li­śmy już z czyn­szem, więc chciała mu je oddać, ale powie­dzia­łem, że lepiej zatrzy­mać je na czarną godzinę. Scho­wała pie­nią­dze na samym dnie zamra­żarki, w folii alu­mi­nio­wej z pod­pi­sem JAKIEŚ MIĘSO.

Zawar­tość kolej­nych kopert ukry­wa­łem w szu­fla­dzie z bie­li­zną. Wola­łem nie ryzy­ko­wać, że ciotka znów będzie pró­bo­wała zwró­cić je panu Kren­da­lowi, co nie­wąt­pli­wie by zro­biła. Miała swoje wady, ale też dumę, a z jej punktu widze­nia przyj­mo­wa­nie jał­mużny za bar­dzo przy­po­mi­nało żebra­nie. Jeśli znowu poja­wią się pro­blemy finan­sowe, poszu­kam innego spo­sobu, żeby pod­rzu­cić jej pie­nią­dze.

Teraz zaj­mo­wa­łem sta­no­wi­sko przy dużym gra­ni­to­wym obe­li­sku. Pod­nio­słem wzrok i zoba­czy­łem, jak zza zakrętu wyjeż­dża Dunk na swoim BMX-ie. Nie miał na sobie kurtki, tylko bluzę z logo Run DMC i dżinsy. Kiedy prze­je­chał przez bramę, naci­snął pedały do tyłu, blo­ku­jąc tylne koło i wpa­da­jąc w kon­tro­lo­wany poślizg, aż wyha­mo­wał parę cen­ty­me­trów od moich stóp.

- Co my tu wła­ści­wie robimy? - Rzu­cił rower na trawę i oparł się o wysoki czarny nagro­bek, zorien­to­wał się, o co się opiera, i cof­nął o kilka kro­ków, wci­ska­jąc ręce głę­boko w kie­sze­nie. - Wiesz, że nie cier­pię tu przy­ła­zić. Cmen­ta­rze są upiorne. Nie oglą­da­łeś Nocy żywych tru­pów? Romero mieszka nie­da­leko stąd. Moż­liwe, że wpadł na pomysł tego filmu, kiedy jeden z tych tru­po­szów pró­bo­wał go zła­pać dokład­nie w tym miej­scu, w któ­rym my teraz sto­imy.

- No ale naj­wy­raź­niej prze­żył.

Dunk zmru­żył oczy.

- Na pewno? Widzia­łeś go kie­dyś? Wygląda jak zombi.

- Zombi nie ist­nieją.

- Jeśli gdzie­kol­wiek mia­łyby ist­nieć zombi, to w Pit­ts­bur­ghu. To straszne zadu­pie - stwier­dził. - W Chi­cago było wesoło. Sam zobacz, jakie filmy tam nakrę­cili: Klub wino­waj­ców, Szes­na­ście świe­czek. Molly Rin­gwald miesz­kała w Evan­ston, zaraz pod mia­stem. W takim Evan­ston ni­gdy nie wyda­rzy­łoby się nic złego.

- Anthony Michael Hall spo­koj­nie mógłby być zombi. Ten cały Duc­kie też.

Dałem mu do myśle­nia.

- Dobra, masz rację. Ci goście rze­czy­wi­ście wyglą­dają podej­rza­nie. Ale Molly to świetna laska. Z łóżka bym jej nie wyrzu­cił.

- Nawet nie wiesz, co to zna­czy.

- Pew­nie, że wiem. Ale dżen­tel­men nie opo­wiada o takich pry­wat­nych spra­wach. Sam będzie pan musiał zgłę­biać taj­niki sztuki miło­ści, panie Thatch, skoro ma pan narze­czoną.

Powie­dzia­łem Dun­kowi o wszyst­kim.

Wie­dział o moich spo­tka­niach ze Stellą i o incy­den­cie z bia­ło­włosą kobietą. Nie wie­dzia­łem, jak ina­czej to ująć. "Incy­dent" brzmiał odpo­wied­nio. Wie­dział też o pie­nią­dzach.

- To nie jest moja narze­czona.

- Jak tam sobie chcesz, Romeo. A jest tutaj?

Nie musia­łem spraw­dzać, żeby wie­dzieć, że nie ma jej na ławce i nie będzie, przy­naj­mniej do następ­nego sierp­nia. Zre­zy­gno­wa­łem z prób szu­ka­nia jej w inne dni roku niż ósmy sierp­nia, a ten dzień był jesz­cze bar­dzo odle­gły.

- Nie, nikogo nie widzia­łem.

- To czemu tu jeste­śmy?

Musia­łem dowie­dzieć się o niej wię­cej. Dowie­dzieć się o niej cze­go­kol­wiek. Odnio­słem wra­że­nie, że ostat­nio zaj­mo­wała wszyst­kie moje myśli, pew­nie dla­tego, że mia­łem tyle pytań. Jeśli uda mi się na nie odpo­wie­dzieć, jeśli ustalę, kim ona jest, może uda mi się od tego uwol­nić i nie będę tak bar­dzo chciał się z nią spo­tkać. Może w sierp­niu w ogóle nie będę sobie zawra­cał głowy jaki­miś ław­kami.

- Nazywa się Stella Net­tle­ton. Chcę spraw­dzić wszyst­kie nagrobki na cmen­ta­rzu, żeby się dowie­dzieć, kogo tu odwie­dza.

Dunk roz­dzia­wił usta, jego krza­cza­ste brwi pra­wie połą­czyły się w jedną kre­skę.

- To chyba naj­głup­szy pomysł, jaki w życiu sły­sza­łem. Jak myślisz, ile zde­chla­ków tu leży? - Oblał się rumień­cem i szybko popra­wił: - To zna­czy oprócz two­ich rodzi­ców, bo oni nie są zde­chla­kami, oni są... zna­czy byli... zna­czy...

- Musimy szu­kać też nagrob­ków z datą ósmego sierp­nia - prze­rwa­łem mu. - Na wypa­dek gdyby ten ktoś miał ina­czej na nazwi­sko.

Wska­zał brodą na biały budy­ne­czek przy par­kingu.

- A w kan­ce­la­rii nie mają jakie­goś reje­stru czy coś? Chyba tak będzie łatwiej, niż bie­gać po pocze­kalni Sza­tana i spraw­dzać nazwi­ska. Nie żeby twoi rodzice mieli pójść do... szlag, strasz­nie draż­liwy temat. Nie możemy iść pograć w piłkę czy coś? Widzia­łem chło­pa­ków w Car­ne­gie Park. Justin tam był, on nam pozwoli grać.

- Mogę to zro­bić sam, jeśli nie chcesz.

Dunk wes­tchnął.

- Nie no, skoro tak wła­śnie chcesz spę­dzić wolny wie­czór, to ci pomogę. Ale powin­ni­śmy zacząć od kan­ce­la­rii.

- Pró­bo­wa­łem parę tygo­dni temu. Nie mają w aktach nikogo o nazwi­sku Net­tle­ton, zna­la­złem trzy osoby, które zmarły ósmego sierp­nia, a dwie kolejne się wtedy uro­dziły. - Wyją­łem z kie­szeni kartkę i poka­za­łem ją Dun­kowi. - Cała piątka leży w tej nowej czę­ści cmen­ta­rza. Wczo­raj odszu­ka­łem wszyst­kie groby. Ławka stoi w naj­star­szej czę­ści, dokład­nie na dru­gim końcu. Facet w kan­ce­la­rii powie­dział, że doku­menty sprzed dwu­dzie­stego szó­stego roku się spa­liły, więc jedyny spo­sób, żeby się upew­nić, to spraw­dzić po kolei każdy nagro­bek, jeden po dru­gim.

Dunk podra­pał się po gło­wie.

- To ile ich jest?

- Sto dwa­dzie­ścia cztery tysiące.

Zbladł jak ściana.

- Zda­jesz sobie sprawę, że to nie­wy­ko­nalne, prawda? Wiesz, ile czasu by to zajęło? Chyba z tysiąc lat. Może dłu­żej. Może znacz­nie dłu­żej.

- Nie musimy spraw­dzać wszyst­kich. Ten ktoś, kogo odwie­dza, musi leżeć bli­sko tam­tej ławki. Zaczniemy od naj­bliż­szych gro­bów i będziemy się prze­miesz­czać coraz dalej, aż coś znaj­dziemy.

Wła­śnie tak spę­dzi­li­śmy kolejne trzy godziny, prze­su­wa­jąc się od nagrobka do nagrobka, od rzędu do rzędu. Nic nie zna­leź­li­śmy.

Dn. 08.08.1987:

Pacjent "D" nie­spo­kojny.

Nagra­nie audio/wideo.

- Jest tu kto?

- Co robimy? Mamy mu odpo­wie­dzieć?

- Nie, da sobie spo­kój za parę minut. Igno­rujmy go.

- Mia­łem zły sen. Może­cie zapa­lić świa­tło?

- Zapa­lamy?

- Ja tego na pewno nie zro­bię, obo­wią­zuje go stały roz­kład dnia. Olej go. Twój ruch.

- Nie mogę się sku­pić na grze, jak on tak jazgo­cze. Aż mam ciarki.

- Nie­ważne, i tak dam ci mata w dwóch ruchach.

- Nic z tego, bo teraz zbiję ci... szlag. Kre­tyn ze mnie.

- No tak.

- Masz na imię Carl, prawda? Skoro nie możesz zapa­lić świa­tła, to możesz przy­naj­mniej do mnie mówić, dopóki znowu nie usnę? Carl?

- Kurwa! Skąd on wie, jak się nazy­wam?

- Spo­koj­nie.

- Wal się. Nie chcę sły­szeć, jak on wyma­wia moje imię. Ani teraz, ani ni­gdy.

- Nie może zro­bić ci krzywdy, po to jest to opóź­nie­nie dźwięku.

- Nie możemy go po pro­stu wyłą­czyć? Wyci­szyć?

- Wtedy nie będzie się nagry­wało. A jak prze­pad­nie coś waż­nego, to będziemy musieli szu­kać nowej pracy.

- Jakby to do cie­bie mówił po imie­niu, już byś wyłą­czał dźwięk.

- No to miejmy nadzieję, że zafik­suje się na tobie.

- Czy on kie­dy­kol­wiek wycho­dził z tego pudła?

- Nie, przy­naj­mniej odkąd ja tu jestem.

- Czyli od kiedy? Od osiem­dzie­sią­tego pierw­szego?

- Od jesieni osiem­dzie­sią­tego.

- To jakiś obłęd. Ten pokój ma góra trzy metry na trzy.

- Ma tam okno.

- Z wido­kiem na co? Na par­king?

- Sły­sza­łem, że był na zewnątrz zaraz po tym, jak go przy­wieźli, ale nie trwało to długo. I jesz­cze jeden raz dwa lata temu. Dzie­ciak ma paskudny tem­pe­ra­ment.

- Masz dzieci, Carl? - spy­tał David.

- Chry­ste! Niech on się zamknie.

- Jesz­cze jedna par­tia?

- Nieee, nie mogę się sku­pić.

- Swoje dzieci też tak igno­ru­jesz, Carl? Nie­ład­nie.

- Ja pier­dolę.

- Sły­sza­łem, że to jego ojciec mu to zro­bił, to z twa­rzą.

- Też tak sły­sza­łem.

- Coś w nim wtedy pękło, prze­sko­czyło mu w gło­wie. Nie jest nor­malny.

Carl zachi­cho­tał ner­wowo.

- No pew­nie, że jest nie­nor­malny. Dla­tego trzy­mają go w pudle.

- Ale to prze­cież tylko dzie­ciak.

- To zna­czy że co? Chcesz z nim poga­dać? Pod­nieść go na duchu?

- Nie no, w życiu.

Carl wci­snął guzik mikro­fonu.

- Może chciał­byś, żeby War­ren poczy­tał ci na dobra­noc?

War­ren zerwał jego rękę z przy­ci­sku.

- Poje­bało cię? Dla­czego mu powie­dzia­łeś, jak mam na imię?

- Moje już zna, więc teraz jest spra­wie­dli­wie.

- Straszna z cie­bie świ­nia.

Zapa­dła cisza, a potem...

- Tak, chciał­bym. Ale nie War­ren. Może ty prze­czy­tasz mi coś, co czy­tasz swoim dzie­ciom, Carl? Jaka jest ich ulu­biona książka?

- Pier­do­lony świ­rus. I jesz­cze to dziwne opóź­nie­nie... Tro­chę jak pod­czas roz­mów astro­nau­tów z bazą w Houston.

- Tak, albo jak opóź­nie­nie sygnału z sate­lity w wia­do­mo­ściach.

- Cała ta sprawa jest popier­do­lona.

- Zagramy jesz­cze raz?

- W sumie czemu nie. Tylko zmień naj­pierw taśmę, bo już się koń­czy.

ZESPÓŁ OBSER­WA­CYJNY CHAR­TER - 309

1

- Cześć, tato. - Wyczy­ści­łem mech z liter wyku­tych na nagrobku, poma­ga­jąc sobie paznok­ciem przy naj­głęb­szych szcze­li­nach. - Cio­cia Jo musiała iść do pracy, więc pomy­śla­łem, że zacznę od cie­bie.

Wyło­wi­łem nie­do­pałki ciotki z wazonu taty i na ich miej­sce wło­ży­łem trzy fio­le­towe astry. Na początku lata ktoś posa­dził je na tyłach naszego bloku i roz­ro­sły się na sporą część nie­du­żego ogródka.

- Ale pew­nie wpad­nie póź­niej, więc na wszelki wypa­dek ostrze­gam.

Przez ostat­nie osiem mie­sięcy meto­dycz­nie prze­cze­sy­wa­li­śmy z Dun­kiem cmen­tarz i nie zna­leź­li­śmy ani jed­nego nagrobka pasu­ją­cego do naszych kry­te­riów, oprócz tych pię­ciu nazwisk, które zdo­by­łem wcze­śniej w kan­ce­la­rii. Jesz­cze w stycz­niu posze­dłem z tymi danymi do biblio­teki w Bren­twood. Kiedy jako dzie­ciak chcesz, żeby ktoś szybko ci pomógł, powiedz w biblio­tece, że to praca domowa do szkoły. Zna­leź­li­śmy infor­ma­cje tylko o jed­nej oso­bie - Dar­nellu Jacob­sie, zmar­łym 8 sierp­nia 1802 roku. Oka­zało się, że był pio­nie­rem osad­nic­twa w tej oko­licy, zbu­do­wał jeden z pierw­szych domów przy Brown­sville Road. Miał nie­wiel­kie przed­się­bior­stwo drzewne. Poza tym nie zna­leź­li­śmy nic wię­cej. Zresztą nie­ważne, sam nie wie­dzia­łem, czego wła­ści­wie szu­kam. Chyba spo­dzie­wa­łem się, że coś po pro­stu rzuci mi się w oczy.

- Nie wiem, czy chcę iść tam na górę - powie­dzia­łem cicho. - Jakaś część mnie chce. Ta część naprawdę chce. Chcę się spo­tkać ze Stellą. Wiem, że pew­nie byś się ze mnie śmiał, bo to prze­cież dziew­czyna, a mama kaza­łaby mi tam iść, bo sama jest dziew­czyną, ale co, jeśli Stelli tam nie będzie? Co, jeśli znowu będzie tylko ta sta­ruszka, pani Oli­ver? Nie chcę już ni­gdy jej widzieć. Ale jeśli będzie tam dzi­siaj Stella, to muszę iść. Szkoda, że nie możesz mi powie­dzieć, co mam zro­bić. Żałuję, że już cię tu nie ma.

Poczu­łem, że do oczu napły­wają mi łzy, ale powstrzy­ma­łem je siłą woli. Tata powie­działby mi pew­nie, żebym poma­sze­ro­wał na tamto wzgó­rze i sta­now­czym kro­kiem minął panią Oli­ver, i w tam­tej chwili wie­dzia­łem, że to wła­śnie zro­bię, że to powi­nie­nem zro­bić, jakby wypo­wie­dział te słowa na głos.

Przez kolejne pół godziny roz­ma­wia­łem z oboj­giem rodzi­ców, a kiedy w zegarku włą­czył mi się alarm usta­wiony na osiem­na­stą, wsta­łem, zabra­łem walk­mana i resztę kwiat­ków i ruszy­łem pod górę.

Stella sie­działa na ławce.

2

- Jesz­cze kawy?

Pre­acher zaj­rzał do kubka, pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się do Jose­phine Gar­gery.

- Popro­szę.

Obrzu­ciła spoj­rze­niem jego dło­nie.

- Po co te ręka­wiczki? Nie za cie­pło tro­chę na takie zimowe dodatki?

Pre­acher spu­ścił oczy, napiął palce ukryte pod czarną skórą. Potem znów się uśmiech­nął.

- Kło­poty z krą­że­niem. Bar­dzo mar­zną mi ręce.

- Hm. Może powi­nien się pan prze­nieść na Flo­rydę. Sły­sza­łam, że tam­tej­sze słońce czyni cuda.

Gar­gery stra­ciła na wadze, od kiedy widział ją ostatni raz, a już wtedy była szczu­pła. Teraz kel­ner­ski mun­du­rek wisiał na niej jak na wie­szaku. Skórę miała bladą, nie­mal prze­zro­czy­stą. Tusz do rzęs i kredka dodat­kowo pod­kre­ślały głę­boko zapad­nięte oczy, smugi różu na policz­kach w niczym nie przy­po­mi­nały natu­ral­nych rumień­ców. Białka oczu nie były już białe, a mato­wo­żółte, pod kolor plam niko­tyny na zębach. Pre­ache­rowi robiło się nie­do­brze na sam widok, ale udało mu się z uśmie­chem na twa­rzy pochło­nąć kolejny kęs sma­żo­nego kur­czaka.

- Chyba tu pani mieszka. Widzę panią za każ­dym razem, kiedy przy­cho­dzę.

Dolała mu kawy i odsta­wiła dzba­nek z powro­tem na pod­grze­wacz. Zer­k­nęła w okienko do kuchni i zawo­łała przez ramię:

- Hej, Elden, ten tutaj mówi, że zmu­szasz mnie do cięż­kiej harówy i powin­nam mieć co naj­mniej dwa płatne dni wol­nego w tygo­dniu!

Zwa­li­sty męż­czy­zna mach­nął na nią łopatką przez opary dymu z kuchni.

- Widocz­nie nie przy­ła­pał cię ni­gdy, jak śpisz na zaple­czu albo co dzie­sięć minut łazisz na papie­rosa, kiedy powin­naś być na sali. Zresztą z tego, co mi wia­domo, zaga­dy­wa­nie klien­tów też nie należy do two­ich obo­wiąz­ków. Zamó­wie­nie! - Wal­nął mię­si­stą dło­nią w dzwo­nek przy okienku i posta­wił talerz ze ste­kiem i jaj­kami.

Pre­acher wie­dział, że ten czło­wiek to Elden Kren­dal, wła­ści­ciel tego przy­bytku od bli­sko dwu­dzie­stu trzech lat. Zaszczy­cał tę pla­netę swoją obec­no­ścią od równo sze­ściu dekad, a ważył prze­ra­ża­jące sto czter­dzie­ści kilo. Jego ciśnie­nie regu­lar­nie prze­kra­czało war­tość 140 na 110, ale to aku­rat naj­mniej mar­twiło jego leka­rza - według akt medycz­nych ten wąt­pliwy zaszczyt przy­pa­dał cho­le­ste­ro­lowi. Poziom cho­le­ste­rolu cał­ko­wi­tego utrzy­my­wał się około 310, a pod­czas ostat­nich badań trój­gli­ce­rydy osią­gnęły wynik 503. Pan Kren­dal oczy­wi­ście pew­nie nie zda­wał sobie z tego sprawy, bo led­wie sły­szał, a odma­wiał nosze­nia apa­ratu. Praw­do­po­dob­nie kiwał tylko głową, kiedy lekarz wymie­niał kolejne poten­cjalne przy­czyny zgonu i nie­wąt­pli­wie reko­men­do­wał natych­mia­stową zmianę trybu życia, być może nawet hospi­ta­li­za­cję. To, że ten czło­wiek jesz­cze żył, pozo­sta­wało wielką zagadką medy­cyny.

Gar­gery zabrała talerz z okienka i posta­wiła go przed star­szym męż­czy­zną sie­dzą­cym kil­ka­na­ście stoł­ków dalej przy prze­ciw­nym końcu kon­tu­aru, po czym wró­ciła.

- Nie wygląda pan zna­jomo. Koja­rzę naszych sta­łych klien­tów.

- Zde­cy­do­wa­nie do nich nie należę. Sta­ram się tu zaglą­dać, kiedy jestem prze­jaz­dem. Naj­lep­sze jedze­nie w mie­ście.

Gar­gery zachi­cho­tała.

- To chyba jada pan w nie­od­po­wied­nich miej­scach.

Pre­acher sta­rał się nie patrzeć na jej dło­nie, ale jego oczy bez­wied­nie wędro­wały do plam niko­tyny na jej pal­cach. Sam widział, że tylko w ciągu ostat­niej godziny przy­naj­mniej trzy razy myła ręce. Jak mocno wżarty musi być taki brud, żeby nie pod­da­wać się regu­lar­nemu szo­ro­wa­niu? Odwza­jem­nił uśmiech.

- Widuję tu cza­sem takiego chło­paka, to pani syn?

- Jack? Nieee, sio­strze­niec.

- Miło patrzeć, że chło­pak w tak mło­dym wieku poważ­nie pod­cho­dzi do pracy. To uczy dobrych war­to­ści.

- Dzięki temu nie pęta się po ulicy i nie pakuje w kło­poty, to na pewno. W tej oko­licy łatwo się w coś wplą­tać.

- Nie­wąt­pli­wie. A dzi­siaj nie pra­cuje?

Pokrę­ciła głową.

- Nie, dziś ma wolne.

- Ja sam dora­sta­łem na far­mie w Illi­nois, głów­nie upra­wia­li­śmy kuku­ry­dzę, do tego mie­li­śmy parę mlecz­nych krów i stadko kur. Rodzice kazali mi pra­co­wać w gospo­dar­stwie, odkąd nauczy­łem się cho­dzić. Wtedy mia­łem im to za złe, kole­dzy się bawili, a ja mia­łem obo­wiązki. Ale kiedy tro­chę pod­ro­słem, zrozumia­łem, że takie dzie­ciń­stwo nauczyło mnie pra­co­wać tro­chę cię­żej niż oto­cze­nie, tro­chę dłu­żej, tro­chę mądrzej. Teraz dzię­kuję im za to przy każ­dej oka­zji.

Oczy­wi­ście zmy­ślił całą tę histo­rię. Nie znał swo­ich rodzi­ców. Kilka godzin po poro­dzie pod­rzu­cili go do remizy stra­żac­kiej w Okla­ho­mie. Kocha­jący rodzice wpa­ko­wali go do kar­to­no­wego pudełka, okryli gołe ciałko gazetą i zosta­wili na progu jak śmieć. Żad­nego listu, jedze­nia, nic. Była jesień, nocą tem­pe­ra­tury spa­dały do dzie­się­ciu stopni. Kiedy w końcu go zna­le­ziono, był już porząd­nie prze­zię­biony, póź­niej dostał zapa­le­nia płuc i kolejny tydzień spę­dził w szpi­talu. Stam­tąd tra­fił do sie­ro­cińca Sióstr Miło­sier­dzia w Law­ton, gdzie przez następne osiem lat wal­czył z innymi nie­chcia­nymi dziećmi o nędzne ilo­ści jedze­nia, które im przy­dzie­lano, pod­czas gdy poten­cjalni rodzice prze­cha­dzali się po ośrodku w poszu­ki­wa­niu dobrego okazu, tro­chę jak łowcy oka­zji na wyprze­da­żach gara­żo­wych. Choć więk­szość nie­mow­ląt szybko znaj­duje nowy dom, to jemu aku­rat rodzice zosta­wili na pamiątkę wro­dzoną wadę serca, więc wybredni klienci omi­jali go, nie zaszczy­ciw­szy nawet spoj­rze­niem. Sio­stry Miło­sier­dzia chęt­nie mu przy­po­mi­nały, że takie dole­gli­wo­ści wyni­kają zwy­kle z nie­le­czo­nej cukrzycy, nad­uży­wa­nia alko­holu i nar­ko­ty­ków lub kon­taktu z che­mią prze­my­słową w okre­sie ciąży. Naj­wy­raź­niej matka nie lubiła go już na długo przed naro­dzi­nami. Ojciec zaś nie­wąt­pli­wie dostar­czał jej tego, co przyj­mo­wała w mie­sią­cach po poczę­ciu.

Gdyby Pre­acher zna­lazł kie­dyś swo­ich rodzi­ców, zabrałby ich w jakieś odosob­nione miej­sce w rodzaju tej farmy z jego zmy­ślo­nego dzie­ciń­stwa, zwią­zał i prze­ko­nał, żeby opo­wie­dzieli o swo­jej plu­ga­wej prze­szło­ści. Kiedy już by wie­dział, co brała w ciąży jego matka, ura­czyłby ich oboje koń­ską dawką tej samej sub­stan­cji, tak że poże­gna­liby się z tym świa­tem. Gdyby to nie zadzia­łało, zosta­wiłby ich tam, żeby zgnili, zro­biw­szy w ich ser­cach dziury, tak jak on miał dziurę w swoim cho­rym sercu. Jedna wielka, szczę­śliwa rodzina.

Gar­gery prze­krzy­wiła głowę.

- Jak­bym skądś pana koja­rzyła, ale nie potra­fię stwier­dzić skąd.

- Oba­wiam się, że moja twarz raczej nie zapada w pamięć. - To aku­rat prawda i bar­dzo mu to odpo­wia­dało. Zawsze lepiej wmie­szać się w tłum.

- Czym się pan zaj­muje?

- Niczym cie­ka­wym. Trans­por­tuję pojazdy. Ktoś się prze­pro­wa­dza na drugi koniec kraju i musi prze­mie­ścić samo­chód czy fur­go­netkę, to ja wsia­dam za kie­row­nicę.

- Nie ma spe­cjal­nych cię­ża­ró­wek do tego?

Pre­acher przy­tak­nął.

- Tak, są też pociągi, ale obie te opcje są raczej dro­gie w porów­na­niu z moimi staw­kami. Zwy­kle biorę około dzie­się­ciu pro­cent mniej. To wystar­czy, żebym miał co robić.

- To bar­dzo cie­kawe. Na pewno zjeź­dził pan cały kraj.

- O tak, widzia­łem każdy zaką­tek tego kraju przy­naj­mniej kilka razy. Nie­które miej­sca czę­ściej, niż­bym sobie życzył, inne zbyt rzadko. Pit­ts­burgh czę­sto wypada na tra­sie, więc bywam tu prze­jaz­dem.

- I wpada pan tutaj.

- I wpa­dam tutaj.

To rów­nież było kłam­stwem. Pro­fe­sja Pre­achera nie nada­wała się na temat poga­wędki ze zna­jo­mymi czy z kel­nerką w knaj­pie. Gdyby musiał jed­nak zmie­nić zawód, trans­port pojaz­dów zaj­mo­wał wyso­kie miej­sce na liście. Lubił koczow­ni­czy tryb życia - nie potra­fiłby pra­co­wać w miej­scu, gdzie miałby stały gra­fik i za szefa jakie­goś ćwierć­in­te­li­genta, który wyda­wałby nakazy i zakazy.

Brzęk­nął dzwo­nek przy okienku.

- O tym wła­śnie mówię! - zawo­łał Kren­dal znacz­nie gło­śniej, niż było to konieczne. - Gadasz sobie z klien­tami, a tym­cza­sem przy trzech sto­li­kach trzeba dolać wody. Do roboty, Jo. - Słuch miał może nie naj­lep­szy, ale wzrok na­dal sokoli.

Pre­acher zer­k­nął na zega­rek - dwa­na­ście po szó­stej.

- Popro­szę rachu­nek, jak będzie pani miała chwilę. Chyba się tro­chę zasie­dzia­łem.

Gar­gery wygrze­bała rachu­nek z kie­szeni mun­durka.

- No to do zoba­cze­nia następ­nym razem. Niech pan na sie­bie uważa.

- Pani też - odparł Pre­acher, zer­ka­jąc na rachu­nek. Sześć dola­rów i dwa­dzie­ścia trzy centy. Wyjął z port­fela dwu­dziestkę i wło­żył ją razem z rachun­kiem pod kubek po kawie. Znacz­nie wię­cej niż zwy­cza­jowe dwa­dzie­ścia pro­cent, ale czuł, że wypada zosta­wić tro­chę wię­cej, dać jej coś w zamian za coś innego, co miał jej wła­śnie ode­brać.

3

Zatrzy­ma­łem się tuż za ostat­nim mau­zo­leum i po pro­stu na nią patrzy­łem, przy­glą­da­łem się dziew­czy­nie, o któ­rej nie mogłem prze­stać myśleć. Cho­ciaż miała na sobie białą marsz­czoną bluzkę i czarną spód­nicę, takie same jak przy naszych poprzed­nich spo­tka­niach, to nie mogły być te same ubra­nia. Była teraz wyż­sza. Ja też uro­słem, ale ona tro­chę wię­cej, podej­rze­wa­łem, że gdyby sta­nęła obok mnie, dorów­ny­wa­łaby mi wzro­stem, a może nawet przewyż­szała mnie o parę cen­ty­me­trów. Wiatr roz­wie­wał jej dłu­gie brą­zowe włosy i zoba­czy­łem, jak prze­ciąga dło­nią przez loki, zakła­da­jąc je za ucho. Ani na chwilę nie odry­wała wzroku od książki, którą trzy­mała w deli­kat­nych dło­niach. Choć było dziś chłod­niej niż przy poprzed­nich spo­tka­niach, nie miała ręka­wi­czek. Nie widzia­łem okładki książki, ale i bez tego wie­dzia­łem, że czyta ten sam egzem­plarz Wiel­kich nadziei co zawsze.

Musiała wyczuć mój wzrok, bo pod­nio­sła głowę znad książki i spoj­rzała w moją stronę. Na jej ustach poja­wił się cień uśmie­chu, ale zaraz znik­nął, jakby nie chciała, żebym zauwa­żył.

Pociły mi się dło­nie. Wytar­łem je o dżinsy, prze­kła­da­jąc kwiaty z ręki do ręki. Wysze­dłem z bez­piecz­nej kry­jówki.

Na widok kwia­tów Stella zmru­żyła oczy.

- To dla mnie?

Usia­dłem obok niej i spu­ści­łem wzrok.

- Dla moich rodzi­ców... Tro­chę zostało. Mogą być dla cie­bie, jeśli chcesz.

- Chyba jesz­cze ni­gdy nie dosta­łam od żad­nego chłopca resz­tek kwia­tów. To chyba astro­wate.

- Tak, astry. - Poda­łem jej kwiaty i sądzi­łem, że je ode mnie weź­mie, ale na­dal trzy­mała ręce na książce, którą miała na kola­nach. Nachy­liła się jed­nak i je pową­chała, zamy­ka­jąc oczy i wdy­cha­jąc zapach.

- To rumianki. Można z nich zro­bić pyszną her­batkę.

Cof­nęła się, a ja zosta­łem z kwiat­kami w wycią­gnię­tej ręce. Zaże­no­wany poło­ży­łem je mię­dzy nami na ławce.

Pani Oli­ver stała kawa­łek od nas, przed pierw­szym z tym razem trzech bia­łych SUV-ów, ręce trzy­mała w kie­sze­niach dłu­giego bia­łego płasz­cza, świ­dro­wała mnie wzro­kiem. W oczach miała jakiś sza­lony błysk, pło­nęły nie­na­wi­ścią i gnie­wem tak sil­nymi, że uczu­cia te poko­ny­wały dzie­lącą nas odle­głość i wwier­cały się w mój krę­go­słup jak śruba.

Wzdry­gną­łem się.

Nali­czy­łem jesz­cze dzie­więć osób zgro­ma­dzo­nych wokół samo­cho­dów. Pięć kobiet i czte­rech męż­czyzn. Wszy­scy w dłu­gich bia­łych płasz­czach, iden­tycz­nych z tym star­szej kobiety, wszy­scy bacz­nie przy­glą­da­jący się mnie i Stelli. Nie dostrze­głem broni, ale wie­dzia­łem, że tam jest.

- W zeszłym roku przy­je­chali bez cie­bie.

Stella wes­tchnęła głę­boko.

- Roz­ma­wia­łam o tym z panią Oli­ver. Jest wyjąt­kowo uparta. Wie­działa, że tego zabro­ni­łam, a mimo to ważyła się tu przy­je­chać i z tobą poroz­ma­wiać, co za tupet! Już ni­gdy cze­goś takiego nie zrobi, dopil­no­wa­łam tego.

Pani Oli­ver prze­nio­sła cię­żar ciała z nogi na nogę, jakby usły­szała słowa Stelli, ale była prze­cież za daleko.

- A czemu mie­liby cię słu­chać? Jesteś tylko dziec­kiem.

Teraz już naprawdę się uśmiech­nęła.

- No tak, jestem dziec­kiem, prawda? Dla­tego wła­śnie cię lubię, Joh­nie Edwar­dzie Jacku That­chu. Mówisz oczy­wi­ste oczy­wi­sto­ści, a jed­nak w two­ich ustach brzmią jak naj­głęb­sze obja­wie­nia.

- Powie­działa mi różne paskudne rze­czy. Mówiła ci o tym?

- Cza­sem jest tro­skliwą, wspa­niałą kobietą, ale jej zacho­wa­nie wobec cie­bie bywa wprost podłe, roz­ma­wia­łam z nią o tym. Jest wobec mnie bar­dzo opie­kuń­cza, zawsze tak było, znacz­nie bar­dziej niż pozo­stali.

- Gdzie byłaś w zeszłym roku?

Tym razem to Stella spoj­rzała na sta­ruszkę. Bez­wied­nie prze­kart­ko­wała książkę.

- Gdzie indziej.

- Dla­czego nie spo­ty­kam cię w żaden inny dzień roku?

- Bo spo­ty­kasz mnie dzi­siaj.

- Kogo odwie­dzasz?

- Cie­bie.

- Nie o to mi cho­dzi. - Jęk­ną­łem. - W ogóle nie odpo­wia­dasz na moje pyta­nia.

- Może powi­nie­neś prze­stać ich tyle zada­wać.

- Może powi­nie­nem po pro­stu sobie iść.

- A chcesz iść?

Wes­tchną­łem bez­sil­nie.

- Nie.

Obró­ciła się w moją stronę. Spód­nica pod­je­chała jej tuż nad kolana.

Obla­łem się rumień­cem i odwró­ci­łem wzrok. Wyraź­nie ją to roz­ba­wiło.

- Dla­czego chcesz się ze mną spo­ty­kać? Dla­czego wra­casz co roku, a cza­sem też czę­ściej, żeby mnie zna­leźć? Dziew­czynę, którą widzia­łeś parę razy? W sumie spę­dzi­li­śmy razem pew­nie nie wię­cej niż godzinę, ale mogła­bym się zało­żyć, że ty roz­my­śla­łeś o mnie przez nie­zli­cze­nie wię­cej godzin, pew­nie wręcz obse­syj­nie. Na widok mojego kolana pra­wie dosta­łeś zawału. A to nie­winne kolano. Co by było ze stopą albo, broń Boże, kawał­kiem uda? - Zni­żyła głos nie­mal do szeptu. - A gdy­bym pozwo­liła ci się poca­ło­wać, Jack? Jak zare­ago­wał­byś na taką zwy­kłą rzecz?

Powoli nachy­liła się w moją stronę, zbli­żyła tak bar­dzo, że czu­łem na policzku jej oddech.

- Stello.

Pani Oli­ver. Powie­działa to łagod­nie, ale coś zazgrzy­tało, jakby zło­wiesz­czo, ostrze­gaw­czo. Oczy Stelli zwę­ziły się i posłały kobie­cie nie­na­wistne spoj­rze­nie, które dziew­czyna natych­miast zmyła uśmie­chem, wró­ciła na swoją stronę ławki i odrzu­ciła dłu­gie włosy na plecy.

Oddech uwiązł mi w gar­dle, zmu­si­łem się do wyde­chu, wzią­łem kolejny wdech. Zmie­ni­łem temat.

- Dla­czego pod­rzu­casz mi pie­nią­dze?

Stella wybuch­nęła śmie­chem, a dźwięk ten był z jed­nej strony naj­słod­szym, jaki w życiu sły­sza­łem, a z dru­giej naj­bar­dziej iry­tu­ją­cym. Nie obcho­dziło mnie to. Jeśli tylko mogłem słu­chać jej śmie­chu, nic mnie nie obcho­dziło. Wie­dzia­łem też, że to nie pyta­nie tak ją roz­śmie­szyło, ale moja nie­zdarna próba skło­nie­nia jej do roz­mowy na jaki­kol­wiek inny temat.

- Nie mam pie­nię­dzy, Jack. Jak mogła­bym zosta­wiać ci jakieś pie­nią­dze? Co mia­łoby to na celu?

- Wszyst­kie koperty zaadre­so­wano do Pipa, jak w two­jej książce. Wiem, że to od cie­bie.

- Skoro taki jesteś pewny, to po co pytasz?

- Chcę to usły­szeć od cie­bie. Chcę, żebyś wytłu­ma­czyła dla­czego.

- Mam wra­że­nie, że chce pan bar­dzo wielu rze­czy, panie Thatch. A co ja dostanę w zamian za zaspo­ko­je­nie jed­nej lub kilku z tych zachcia­nek?

- Jeśli mi nie odpo­wiesz, prze­stanę przy­cho­dzić.

- Oboje wiemy, że to nie­prawda.

- Świet­nie sobie radzimy z cio­cią Jo. Nie potrze­bu­jemy two­jej pomocy. Nie chcemy.

- Jeśli nie chcesz pie­nię­dzy, które ktoś ci pod­rzuca, to po pro­stu je roz­daj. Znajdź kogoś, komu się przy­da­dzą. Podej­rze­wam, że nie­trudno będzie zna­leźć chęt­nego. Jeśli szkoda ci two­jego cen­nego czasu, to po pro­stu je spal. Pozbądź się tego cięż­kiego brze­mie­nia bogac­twa za pomocą jed­nego pstryk­nię­cia zapałką. Nie obcho­dzi mnie to. Cała ta bzdurna sprawa nie inte­re­suje mnie w naj­mniej­szym stop­niu.

- Jeśli to nie ty zosta­wiasz mi te pie­nią­dze, to kto?

Stella wzru­szyła ramio­nami.

- Nie orien­tuję się, w jakim towa­rzy­stwie się obra­casz.

W oddali zawar­czał sil­nik jed­nego z SUV-ów. Po chwili dołą­czył do niego drugi. Patrzy­łem, jak ludzie w dłu­gich bia­łych płasz­czach wsia­dają do samo­cho­dów - wszy­scy z wyjąt­kiem pani Oli­ver. Ona stała bez ruchu.

- Oba­wiam się, że na mnie już czas.

- Zacze­kaj! - Nie chcia­łem powie­dzieć tego tak gło­śno ani tak roz­pacz­li­wie. Wycią­gną­łem rękę, chcia­łem ją zła­pać za ramię, ale się cof­nęła. Odsu­nęła się na sam skraj ławki, wci­ska­jąc się w meta­lową poręcz, twarz zbla­dła jej jak u ducha. Nie­spo­koj­nie prze­no­siła wzrok ze mnie na panią Oli­ver i z powro­tem, zaczęła chyba żało­wać tak gwał­tow­nego ruchu. Nagle, w jed­nej chwili, jakby się roz­luź­niła, wró­ciły jej kolorki, uśmiech­nęła się. Za tym uśmie­chem coś się jed­nak kryło, coś, czego jesz­cze nie dostrze­ga­łem, a wtedy ujaw­nił się tylko jego prze­błysk - strach.

Przy­su­nęła się bli­żej, wra­ca­jąc na swoje wcze­śniej­sze miej­sce.

- Chcesz, żebym została?

- Tak.

Kącik jej ust powę­dro­wał nie­znacz­nie w górę.

- Dobrze.

Zesko­czyła z ławki i ruszyła ku pani Oli­ver, w stronę naj­bliż­szego SUV-a. Sta­ruszka poka­zała pal­cem na ławkę.

- Zapo­mnia­łaś kwia­tów, panienko.

- Nie chcę ich.

- Kiedy chło­piec daje ci kwiaty, nie wolno ich zosta­wić. Należy przy­jąć je z rado­ścią i o nie dbać. Dar życia jest cenny i ni­gdy nie należy go lek­ce­wa­żyć - odparła pani Oli­ver. - Zabierz je.

- Nie chcę.

- Weź je, Stello.

Stella stała tak, wyda­wa­łoby się, że bez końca, mie­rząc panią Oli­ver wzro­kiem. Ona jed­nak nawet nie mru­gnęła. Toczyła się mię­dzy nimi jakaś niema roz­mowa. Pani Oli­ver pod­nio­sła rękę i znów wska­zała na ławkę.

- Weź te kwiaty.

Wtedy Stella się obró­ciła i pode­szła do ławki, nie odry­wa­jąc ode mnie dużych brą­zo­wych oczu, kiedy się­gała po leżące obok mnie rumianki. Zła­pała bukiet, opla­ta­jąc pal­cami dłu­gie łodyżki, pod­nio­sła go i trzy­mała przy swoim boku. Kiedy ruszyła z powro­tem do samo­chodu, pod czuj­nym spoj­rze­niem pani Oli­ver, białe płatki zaczęły kur­czyć się i mar­nieć, żółte środki zbrą­zo­wiały, łodygi zro­biły się czarne. W poło­wie drogi do SUV-a kwiaty już cał­kiem zwię­dły i opa­dły, aż w końcu wyschły na proch. Wiatr jesz­cze roz­wie­wał ich resztki, kiedy pani Oli­ver otwo­rzyła tylne drzwiczki i kazała jej wsia­dać. Stella ani razu nie spoj­rzała w moją stronę.

Ruszyły i po chwili znik­nęły.

Sie­dzia­łem w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co wła­śnie zoba­czy­łem.

Nie usły­sza­łem, jak za ple­cami pod­kradł się do mnie tam­ten męż­czy­zna.

Wokół mojej szyi owi­nęło się silne ramię.

- Ten nacisk, który czu­jesz w dole ple­ców, to bar­dzo ostry nóż. Szcze­rze radzę, żebyś się za bar­dzo nie rzu­cał.

Chwyt polu­zo­wał się na tyle, żeby dłoń nale­żąca do tego samego ramie­nia mogła zasło­nić mi usta i nos jakąś szmatą. Poczu­łem słodki zapach.

W ostat­niej chwili, zanim stra­ci­łem przy­tom­ność, mój wzrok powę­dro­wał na drugi koniec ławki, gdzie Stella sie­działa zale­d­wie kilka minut wcze­śniej, i zauwa­ży­łem napis świeżo wydra­pany w metalu.

"Pomóż mi".

4

Ten sen.

Tatuś zapi­nał mnie w fote­liku.

Mleko cze­ko­la­dowe.

Pod blo­kiem cioci Jo.

Tatuś otwo­rzył drzwiczki od mojej strony.

Wziął coś z fotela obok mnie, dał to cioci.

Coś.

Nie wia­domo co.

Znowu jedziemy.

Biały SUV na naszej dro­dze.

Biały SUV blo­kuje prze­jazd.

Strasz­liwy pisk opon.

Obu­dzi­łem się w jakimś zaułku.

Kiedy otwo­rzy­łem oczy, nie mia­łem poję­cia, gdzie jestem.

Bolała mnie głowa. Pul­su­jący ból za oczami pro­mie­nio­wał na boki, niczym ima­dło ści­skał mi skro­nie. Zmru­ży­łem oczy w mato­wym poma­rań­czo­wym świe­tle sączą­cym się z góry. Słońce już zaszło, świa­tło docho­dziło z lampy sodo­wej zamon­to­wa­nej na cegla­nej ścia­nie budynku za moimi ple­cami. Padało w dół, oświe­tla­jąc kąt z kon­te­ne­rem na śmieci, drew­nia­nymi skrzyn­kami i wyrzu­co­nymi kar­to­nami. Lampa bzy­czała jak wie­lo­ty­sięczny rój psz­czół uwię­zio­nych w bla­sku.

Pró­bo­wa­łem wstać, ale się prze­wró­ci­łem, nogi pode mną się trzę­sły.

Mia­łem coś w dłoni.

Pod­nio­słem zaci­śniętą pięść do świa­tła i zmu­si­łem palce, żeby się otwo­rzyły, ciało dzia­łało z opóź­nie­niem. Na środku mojej dłoni leżał kawa­łe­czek papieru zło­żony w kwa­dra­cik.

Pokrę­ci­łem głową, pró­bu­jąc odgo­nić sen­ność, i natych­miast tego poża­ło­wa­łem, bo nasi­lił się ból.

Wolną ręką roz­wi­ną­łem papie­rek.

Pięć słów skre­ślo­nych zgrab­nym pismem:

"To sprawka tej two­jej dziew­czyny".

Byłem na cmen­ta­rzu ze Stellą. Wró­ciła około siód­mej.

Spoj­rza­łem na niebo widoczne mię­dzy budyn­kami, zupeł­nie czarne. O tej porze roku słońce zacho­dziło około wpół do dzie­wią­tej. Musia­łem stra­cić przy­tom­ność co naj­mniej na pół­to­rej godziny, może dłu­żej.

Nagle przy­po­mniał mi się męski głos, który szep­nął do mojego ucha: "Ten nacisk, który czu­jesz w dole ple­ców, to bar­dzo ostry nóż. Szcze­rze radzę, żebyś się za bar­dzo nie rzu­cał".

Tym razem udało mi się wstać. Zerwa­łem się na równe nogi i obró­ci­łem się naj­pierw w jedną, potem w drugą stronę, roz­glą­da­jąc się dookoła. Byłem sam.

Potem wró­ciły pozo­stałe wspo­mnie­nia, nie­wy­raźne obrazy powoli zysku­jące ostrość. Szmata na twa­rzy, szyb­kie odpły­wa­nie, słowa wydra­pane na ławce...

"Pomóż mi".

Czy ja to sobie wyobra­zi­łem?

Spoj­rza­łem znów na liścik w mojej dłoni.

"To sprawka tej two­jej dziew­czyny".

Wtedy zauwa­ży­łem stopę.

Wcze­śniej nie zwró­ci­łem na nią uwagi, bo była wci­śnięta z dru­giej strony za kon­te­ner, widać było tylko czu­bek czar­nego buta, sam nosek.

W nogi, Jack.

Mózg wrzesz­czał roz­kaz do ucieczki.

Zni­kaj stąd.

Jed­nak pod­sze­dłem do tego buta. Powoli wcho­dzi­łem w zaułek, zbli­ża­jąc się do kon­te­nera.

Spo­dzie­wa­łem się chyba zoba­czyć jakie­goś włó­częgę, pijaka odsy­pia­ją­cego w spo­koj­nym miej­scu, uko­ły­sa­nego do snu przez bucze­nie latarni sodo­wej.

Ciało wyglą­dało na spa­lone.

Sucha, czarna skóra.

Włosy na gło­wie męż­czy­zny były sztywne, białe, kru­che. Część mu powy­pa­dała, kępki wło­sów tań­czyły w podmu­chach lek­kiego wia­tru gła­dzą­cego zie­mię, powie­wały na brud­nym asfal­cie.

Miał otwarte oczy, a raczej to, co z nich zostało. W ich miej­scu wid­niały wyschnięte, żół­tawo-białe kule zapad­nięte w czaszkę. Wpa­try­wał się we mnie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, usta miał lekko uchy­lone.

Wyglą­dał staro.

Sta­rzej niż jaki­kol­wiek czło­wiek, jakiego w życiu widzia­łem. Jak tysiąc­let­nia mumia roz­wi­nięta z ban­daży.

Ciało spra­wiało wra­że­nie spa­lo­nego, ale ubra­nia, o dziwo, nie. Miał na sobie nie­bie­skie dżinsy, koszulkę z logo Styx i polar dru­żyny Pit­ts­burgh Pira­tes. Ubra­nia były brudne, ale całe, jakby został ubrany już po tym, gdy spo­tkał go jakiś okrutny los. Jakby ktoś oblał go ben­zyną, pod­pa­lił, a potem ubrał, kiedy pło­mie­niom skoń­czyło się paliwo.

"To sprawka tej two­jej dziew­czyny".

Potwor­nie cuch­nął.

Sta­ra­łem się o tym nie myśleć.

Przy­klęk­ną­łem obok.

Kiedy w komik­sie super­bo­ha­ter (albo żółw ninja) znaj­do­wał zwłoki, naj­pierw pró­bo­wał usta­lić toż­sa­mość nie­bosz­czyka.

Pew­nie ma jakiś port­fel.

Nie chcia­łem go doty­kać, wie­dzia­łem, że nie powi­nie­nem, ale to nie powstrzy­mało mojej dłoni, która się­gnęła do tyl­nej kie­szeni jego dżin­sów. Nie powstrzy­mało mnie to przed obró­ce­niem ciała na tyle, żeby ten port­fel wydo­być.

Według danych z prawa jazdy nazy­wał się Andy Flack i miesz­kał w Bethel Park. Miał trzy­dzie­ści trzy lata. Wyglą­dał zupeł­nie ina­czej niż na zdję­ciu.

Andy Flack zaka­słał.

Wtedy rzu­ci­łem się do ucieczki.

Wypa­dłem z uliczki jak pocisk, śli­zga­jąc się na mokrych kar­to­nach przy końcu zaułka. Dopiero na chod­niku zorien­to­wa­łem się, że po dru­giej stro­nie ulicy mie­ści się jadło­daj­nia Kren­dala i jestem jakąś prze­cznicę od domu.

Popę­dzi­łem zna­jo­mym chod­ni­kiem, odpy­cha­jąc ludzi zasta­wia­ją­cych mi drogę, prze­ska­ku­jąc nad dziu­rami i pęk­nię­ciami. Kiedy dotar­łem na miej­sce, pobie­głem na górę, poko­nu­jąc po kilka stopni naraz, drżą­cymi rękami otwo­rzy­łem drzwi, wpa­dłem do środka i z hukiem zatrza­sną­łem za sobą drzwi. Osu­ną­łem się na pod­łogę, dysząc ciężko i sapiąc, z tru­dem pró­bu­jąc nabrać wystar­cza­jąco dużo powie­trza. Jed­nak praw­dziwa panika ogar­nęła mnie dopiero wtedy, kiedy zorien­to­wa­łem się, że po dro­dze zgu­bi­łem tam­ten port­fel, a także liścik.

5

- Stary, co za popie­przona sprawa. Musisz zadzwo­nić na gliny - powie­dział Dunk w słu­chawce stłu­mio­nym gło­sem. Nie chciał obu­dzić taty, który przy­snął przed tele­wi­zo­rem.

Nasz tele­fon wisiał w kuchni, ale kabel miał z kilo­metr dłu­go­ści, więc pod­cią­gną­łem słu­chawkę aż do okna, żeby widzieć, co się dzieje.

- Już tu są. Ulicę blo­kują cztery radio­wozy, odgro­dzili wej­ście do tej uliczki poma­rań­czo­wymi słup­kami i żółtą taśmą. Kręci się tu chyba ze stu poli­cjan­tów. Jest też karetka.

- Sta­aary. Zaraz będę - rzu­cił Dunk i się roz­łą­czył.

Pięć minut póź­niej stał już ze mną przy oknie.

- Powin­ni­śmy iść na dach.

- Nie wolno mi tam wyła­zić. Zresztą będzie nas widać.

- Tutaj też nas widać.

- Nie, bo poga­si­łem świa­tła.

- Ja cię widzia­łem.

- O nie, serio?

Dunk uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco.

- Nie pękaj, wszy­scy sąsie­dzi też stoją w oknach. To lep­sze niż Praw­nicy z Mia­sta Anio­łów. Nie mogę uwie­rzyć, że pogu­bi­łeś te rze­czy. Rów­nie dobrze mógł­byś się pod­pi­sać na ścia­nie i doło­żyć: "Aresz­tuj­cie mnie". Już nie żyjesz.

- Nie poma­gasz.

- Na twoim miej­scu od razu zaczął­bym robić pompki, do tego wyci­skać sztangę czy coś. Musisz tro­chę przy­pa­ko­wać. Taki chu­dzie­lec nie prze­trwa nawet jed­nej nocy w pier­dlu.

- Na­dal nie poma­gasz.

- Mogłem zwi­nąć lor­netkę taty. Ma taką wypa­sioną, jesz­cze z wojny. Nie pamię­tam, jakiej to firmy, coś na S. Widać przez nią drugi koniec mia­sta.

Wypu­ści­łem powie­trze z płuc.

- On był żywy. Nie wiem, jak to moż­liwe, ale żył.

- No, ale teraz to już raczej nie żyje, chyba że sani­ta­riu­sze grają tam z nim w pokera. Kiedy przy­je­chali? Dzie­sięć minut temu?

- Dwa­dzie­ścia trzy.

- No to tru­posz jak nic.

Kiedy zadzwo­nił tele­fon, pra­wie wypa­dłem przez okno. Dunk wytrzesz­czył oczy.

- To pew­nie gliny. Chcą ci dać szansę, żebyś sam się pod­dał, zanim przy­pusz­czą szturm na budy­nek.

- Raczej by nie dzwo­nili.

Nie chcia­łem odcho­dzić od okna, ale przy trze­cim dzwonku w końcu ode­bra­łem. Cio­cia Jo.

- Widzisz to na ulicy?

- Tak. Dunk do mnie przy­szedł, oglą­damy przez okno.

- Wiesz, co tam się dzieje?

- Nie - skła­ma­łem.

- Mamy teraz dzi­kie tłumy. Poli­cjanci cią­gle przy­cho­dzą po kawę, mamy też sporo dzien­ni­ka­rzy. Jeden detek­tyw powie­dział Kren­da­lowi, że nikt z nas nie może wyjść z pracy, dopóki z wszyst­kimi nie poroz­ma­wiają. Może nam zejść jesz­cze parę godzin. Kren­dal stwier­dził, że skoro i tak musimy tu sie­dzieć, to wyko­rzy­stajmy sytu­ację i zaróbmy parę gro­szy. Od godziny wszyst­kie sto­liki są pełne, a pod drzwiami stoi kolejka. Jeden repor­ter dał mi wła­śnie dwie dychy, żebym go posa­dziła przy oknie. Zdaje się, że kogoś zabili po dru­giej stro­nie ulicy, w tym zaułku przy True Value.

- Zabili? Naprawdę? - powtó­rzy­łem cicho.

Dunk odwró­cił się do mnie i zapy­tał bez­gło­śnie:

- Kto tam?

- Cio­cia Jo - odpar­łem.

- Co? - spy­tała ciotka.

- Sorry, to nie do cie­bie. Dunk pytał, z kim gadam.

Kren­dal coś zawo­łał w tle. Cio­cia Jo zasło­niła mikro­fon ręką, odpo­wie­działa, po czym wró­ciła do roz­mowy.

- Chyba lepiej, żebyś teraz nie sie­dział sam, więc powiedz Dun­kowi, że może zostać, ile chce. Masz mi nie wycho­dzić z miesz­ka­nia. I nikomu nie otwie­raj. Jak ktoś zapuka, to zadzwoń po mnie i przyjdę. Jeśli nie będziesz się mógł do mnie dodzwo­nić, to wezwij poli­cję. Dotarło?

- Tak, cio­ciu.

- Muszę lecieć.

Roz­łą­czyła się, więc odło­ży­łem słu­chawkę.

Dunk cią­gle wyglą­dał przez okno.

- Wycho­dzą!

Pod­bie­głem z powro­tem i uklęk­ną­łem obok niego.

Dwóch ratow­ni­ków medycz­nych cią­gnęło nosze na kół­kach, na któ­rych leżała duża pla­sti­kowa torba. Wyglą­dała tro­chę jak gigan­tyczny worek na śmieci.

- Oja­cie... - szep­nął Dunk. - Tam w środku jest ciało.

- W środku jest Andy Flack.

Pod­nie­śli wózek nad kra­węż­ni­kiem i pod­je­chali do cze­ka­ją­cej karetki. Zło­żyli pod­wo­zie i wsu­nęli nosze do pojazdu. Pięć minut póź­niej jeden z radio­wo­zów zje­chał na bok i karetka ruszyła. Patrzy­li­śmy, jak znika w dole Brown­sville Road, miga­jąc nie­bie­skimi i czer­wo­nymi świa­tłami. Ale bez syreny.

Poli­cja spę­dziła tam jesz­cze trzy godziny.

Cio­cia Jo wró­ciła do domu pra­wie o dru­giej w nocy.

Dunk spał w śpi­wo­rze na pod­ło­dze w moim pokoju.

Ja nie zmru­ży­łem oka.

Rano spraw­dzi­li­śmy gazetę, ale nie było żad­nej wzmianki o zwło­kach w zaułku. Arty­kuł poja­wił się dopiero następ­nego dnia.

- To on był jakimś zwy­ro­lem? - spy­tał Dunk, czy­ta­jąc gazetę. Sie­dział po dru­giej stro­nie sto­lika w Kren­dal's. Poranny ruch powoli się uspo­ka­jał. Cio­cia Jo była jesz­cze w domu, spała. Zaczy­nała dopiero od zmiany obia­do­wej. Ja też mia­łem póź­niej pra­co­wać.

- Nie piszą nic o liściku.

- To dobrze, nie? Może nikt go nie zna­lazł. Wiatr mógł go porwać i zanieść pra­wie do Fila­del­fii.

- Ale z port­fela na pewno ścią­gną odci­ski. - Wes­tchną­łem. - Dla­czego nie scho­wa­łem mu go z powro­tem do kie­szeni? Debil ze mnie.

- Nie scho­wa­łeś port­fela z powro­tem, bo facet wła­śnie zaczy­nał odsta­wiać zombi i musia­łeś się rato­wać - wyja­śnił Dunk. - Jak przyjdą gliny, to powiesz, że zna­la­złeś ciało, myśla­łeś, że to trup, i wyją­łeś port­fel, żeby spraw­dzić, kto to jest, żeby powie­dzieć poli­cji, kiedy to zgło­sisz, taki z cie­bie dobry Spar­ta­nin.

- Dobry sama­ry­ta­nin. Spar­ta­nin to miesz­ka­niec sta­ro­żyt­nego grec­kiego mia­sta.

- Dobra, dobra, mądralo.

- Poza tym prze­cież nie wezwa­łem poli­cji. Ucie­kłem. A jak ucie­ka­łem, to jesz­cze żył.

- No to tego im prze­cież nie mów, głupku, tylko to, co ci powie­dzia­łem. Jeśli będą pró­bo­wali wycią­gnąć z cie­bie coś wię­cej, to zacznij ryczeć, ja bym tak zro­bił. Jesteś dzie­cia­kiem. Nikt nie chce uże­rać się z pła­czą­cym bacho­rem, wyko­rzy­staj to. Jesz­cze tylko przez parę lat będziemy mogli z tego korzy­stać, więc szkoda by było zmar­no­wać oka­zję. - Dunk gło­śno wysior­bał przez słomkę resztkę shake'a tru­skaw­ko­wego.

Spoj­rza­łem na zaułek po dru­giej stro­nie ulicy - ciemną pasz­czę mię­dzy budyn­kami.

- Zdjęli taśmę.

Dunk odsu­nął pustą szklankę.

- Tak, wczo­raj, około połu­dnia.

- Nie mogę uwie­rzyć, że sie­dzia­łeś tu wczo­raj przez cały dzień.

- Było nas paru­na­stu. Wto­pi­łem się w tłum, musia­łem zro­bić reko­ne­sans. Ty prze­cież nie mogłeś, masz współ­udział i w ogóle. Musisz trzy­mać się na ubo­czu, zejść do pod­zie­mia. A wła­śnie, bym zapo­mniał, musimy ci zała­twić fał­szywe doku­menty, przy­da­dzą się, gdy będziesz ucie­kał. Jak sto­isz z forsą? Dosta­łeś znowu kopertę?

- Tak, kolejne pięć stów. Jak zwy­kle leżały na łóżku.

- Jezu, to ile już masz?

- Sześć i pół tysiąca. W sumie trzy­na­ście kopert.

- Sześć i pół tysiąca dola­rów?!

- Ćśś! - szep­ną­łem, roz­glą­da­jąc się po sąsied­nich sto­li­kach. Na szczę­ście nikt go nie usły­szał.

- Sorry. Ale Jezu, Thatch, co ty zro­bisz z tą forsą? Mógł­byś kupić samo­chód i serio gdzieś uciec. Albo kupić dom na Flo­ry­dzie czy coś. Nad morzem, z łódką, żebyś mógł ucie­kać na Kubę, jakby ten detek­tyw Brier cię ści­gnął. A może w Lon­dy­nie.

Prawdę mówiąc, nie mia­łem poję­cia, co zro­bić z tymi pie­niędzmi. Nie mogłem ich wydać. Gdy­bym wydał choć tro­chę, musiał­bym się wytłu­ma­czyć, skąd się wzięły. Nawet prze­ka­zy­wa­nie ich cioci Jo oka­zało się prze­cież pro­ble­ma­tyczne. Na szczę­ście pra­co­wa­li­śmy dość ciężko, żeby jakoś wią­zać koniec z koń­cem, więc nie musia­łem znowu się do tego ucie­kać. Bar­dzo chcia­łem kupić sobie nowy rower. Mia­łem BMX-a sky­waya ze srebrną ramą i nie­bie­skimi akcen­tami. To był świetny rower... dzie­sięć lat temu, kiedy wyje­chał z fabryki. Teraz cała rama pordze­wiała, srebrna farba w więk­szo­ści poodła­ziła, a sio­dełko było tak podziu­ra­wione, że musia­łem je owi­nąć starą koszulką i obkleić całość srebrną taśmą. Pra­co­wa­łem u Kren­dala cztery wie­czory w tygo­dniu, po trzy godziny, za mini­malną stawkę. Wycią­ga­łem z tego zawrotną kwotę trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu dola­rów tygo­dniowo, wypła­caną pod sto­łem. Kupno roweru nie wcho­dziło w grę

- To fun­dusz na czarną godzinę - odpar­łem w końcu. - Na razie muszę tylko pil­no­wać, żeby nic się z nimi nie stało. Coś wymy­ślę.

- Lada dzień pój­dziesz do więź­nia za mor­der­stwo. Jak dla mnie to cał­kiem ciemna ta godzina. Mam nadzieję, że przy­naj­mniej trzy­masz je w bez­piecz­nym miej­scu. W zeszłym tygo­dniu wła­mali się do Har­wo­oda spod sto sie­dem. Zabrali wieżę i tele­wi­zor, zde­mo­lo­wali całe miesz­ka­nie. Powy­rzu­cali wszystko z sza­fek i szu­flad, wypa­tro­szyli mate­race, kom­pletne pobo­jo­wi­sko. Wywa­lili nawet żwi­rek z kociej kuwety. Kto robi takie rze­czy? Może powi­nie­neś prze­nieść kasę w bez­piecz­niej­sze miej­sce albo roz­ło­żyć do kilku kry­jó­wek, żeby ewen­tu­alni wła­my­wa­cze nie zabrali wszyst­kiego.

Dunk miał rację. Ta kwe­stia już od dłuż­szego czasu spę­dzała mi sen z powiek. Parę mie­sięcy temu dobra­łem się z nożem do mojego egzem­pla­rza Iliady, potęż­nego tomisz­cza, któ­rego nie zamie­rza­łem już ni­gdy czy­tać ponow­nie. Wydrą­ży­łem śro­dek i wło­ży­łem pie­nią­dze, a książkę scho­wa­łem do kar­tonu w sza­fie z kil­ku­na­stoma innymi książ­kami. Cał­kiem nie­zła skrytka, ale żadna nie jest ide­alna. No ale przy­naj­mniej lep­sza niż szu­flada ze skar­pet­kami, a tam pie­nią­dze prze­le­żały więk­szość minio­nego roku.

- Ktoś przy­szedł - zauwa­żył Dunk pół­gło­sem. Przy­su­nął sobie z powro­tem szklankę i uda­wał, że pije, kątem oka obser­wu­jąc uliczkę. - Wygląda na detek­tywa.

Facet rze­czy­wi­ści wyglą­dał jak detek­tyw. Miał na sobie pognie­ciony ciem­no­szary gar­ni­tur i czer­wony kra­wat. Był mniej wię­cej w wieku cioci Jo, przed czter­dziestką albo tuż po. Włosy miał brą­zowe, krótko przy­strzy­żone po bokach i nieco dłuż­sze na górze. Wiatr mu je mierz­wił, ale on nie zwra­cał na to uwagi.

- Co on tam robi?

- Stoi tylko i się gapi.

- Przy­szedł sam?

- Chyba tak. Wczo­raj też tu był, poznaję go. To pew­nie ten detek­tyw z gazety.

- Może. - Przej­rza­łem arty­kuł i namie­rzy­łem jego nazwi­sko. - Fau­stino Brier.

- Co to w ogóle za imię? - par­sk­nął Dunk. - Nie da się nawet zro­bić z niego porząd­nej ksywy. Może Tino?

- Za bar­dzo się koja­rzy z Dinem z Flint­sto­nów. Może Faust, ale chyba nie byłby zachwy­cony.

- Czemu?

- Faust to był taki stary Nie­miec, który zawarł pakt z dia­błem. Oddał duszę w zamian za nie­ogra­ni­czoną wie­dzę i różne rze­czy - wyja­śni­łem. Pani Orgler od angiel­skiego dała mi tę książkę na waka­cje. Prze­czytałem ją w tydzień, a potem zaczą­łem od początku. Uwiel­bia­łem wątki magiczne.

- Total­nie zro­bię to samo, jak skoń­czę szes­na­ście lat i będę potrze­bo­wał auta - stwier­dził Dunk.

- Faust kiep­sko na tym wyszedł. Oka­zało się, że dusza jest potrzebna znacz­nie bar­dziej niż różne inne rze­czy.

- Wiśniowy mustang, rocz­nik sześć sześć albo sześć sie­dem, kabrio, osiem cylin­drów pod maską - roz­ma­rzył się Dunk. - Myślisz, że mógł­bym dostać jesz­cze z milion dola­rów i zaje­bi­stą chatę? Będę potrze­bo­wał garażu i forsy na ben­zynę.

- Myślę, że za swoją duszę to przy dobrych wia­trach dosta­niesz naj­wy­żej forda pinto z dziu­rawą pod­łogą i tro­chę bonów na jedze­nie, żebyś nie umarł z głodu przez zimę. Dia­beł też zna się na inte­re­sach i wie, kiedy nie ma sensu prze­pła­cać.

- To nie musiałby być mustang w ide­al­nym sta­nie. Mógł­bym go pod­ra­so­wać. Tro­chę się na tym znam.

Wypro­sto­wa­łem się na krze­śle, żeby lepiej widzieć, co się dzieje po dru­giej stro­nie ulicy.

- Gdzie on polazł? Nie widzę go. - Duży biały dostaw­czak z wiel­kim logo Budwe­isera zatrzy­mał się na Brown­sville Road i zapar­ko­wał na dru­giego przed Car­mine's. Nie widzia­łem, co się dzieje za nim.

- Ja mam tu taki sam widok, ten gość z bro­wa­rami wszystko zasła­nia. Może powin­ni­śmy tam pójść.

- W życiu.

Pięć minut póź­niej cię­ża­rówka odje­chała. Po detek­ty­wie nie było ani śladu.

- Może wszedł w tę uliczkę. Jego auto cią­gle tu stoi.

- Wszy­scy gli­nia­rze jeż­dżą crown vicami? - spy­ta­łem.

- Jak sza­tan nie będzie chciał mi dać mustanga, to nie pogar­dzę crown vikiem. Nie jestem wybredny. Byle miał wbu­do­wane te takie zaje­bi­ste reflek­tory po stro­nie kie­rowcy.

Obaj gapi­li­śmy się przez okno i żaden z nas nie zwró­cił uwagi, że detek­tyw wła­śnie wszedł do jadło­dajni.

Dunk pierw­szy go zauwa­żył i kop­nął mnie pod sto­li­kiem.

Detek­tyw Fau­stino Brier stał zaraz za pro­giem i powoli wodził wzro­kiem od pra­wej do lewej, bada­jąc wnę­trze i twa­rze obec­nych.

- Szlag - szep­nął Dunk. - Scho­waj się pod stół czy coś.

- Nie będę się cho­wał pod sto­łem. To na pewno zwróci jego uwagę. Prze­cież on nie wie, kim jestem. Zacho­wuj się natu­ral­nie, wylu­zuj.

- Jasne - odparł Dunk, roz­wa­la­jąc się na sie­dze­niu i kła­dąc sple­cione dło­nie na stole.

- Nie aż tak luźno.

- Tak jest. - Usiadł pro­sto i zaczął się bawić pustą szklanką po shake'u, wbi­ja­jąc wzrok w blat z lami­natu, jakby na pracę domową kazali mu poli­czyć każdą kolo­rową plamkę dese­niu.

- Niech pan siada, gdzie chce! - zawo­łał Kren­dal z kuchni. - Ktoś zaraz podej­dzie. Lur­line, klient!

Wyją­łem port­fel i poło­ży­łem pięć dola­rów pod szklanką.

- Idziemy.

- Wła­śnie się nad tym zasta­na­wia­łem - powie­dział Dunk cicho, nie poru­sza­jąc war­gami. - Zro­bię jakieś zamie­sza­nie, może zrzucę ze stołu szklankę albo wide­lec, cokol­wiek. Jak już wszy­scy będą na mnie patrzeć, to ty śmi­gniesz do wyj­ścia. Jakby gość zaczął cię gonić, to pod­sta­wię mu nogę, żebyś miał wię­cej czasu. Duży jest, ale mogę go tro­chę spo­wol­nić.

- Możemy też po pro­stu wstać i wyjść jak nor­malni ludzie.

- Nie możemy ryzy­ko­wać two­jej wol­no­ści.

- Dla­czego tak dziw­nie mówisz?

- Jak?

- Nie ruszasz ustami.

- Nie chcę, żeby ktoś wie­dział, o czym roz­ma­wiamy.

- Nikogo to nie obcho­dzi. Liczę do trzech i wycho­dzimy.

Poli­czy­łem, wsta­łem i ruszy­łem do drzwi. Dunk przez chwilę się wahał, ale ruszył za mną. Już myśla­łem, że nam się udało. Czu­łem powiew wia­tru, moja dłoń zaci­skała się na meta­lo­wej klamce i już zaczy­nała pchać.

- Hej, młody...

Obaj zamar­li­śmy. Prze­chod­nie omi­jali uchy­lone drzwi i szli dalej w swoją stronę. Mogli­by­śmy ucie­kać. Może Dunk miał rację. Jed­no­cze­śnie obró­ci­li­śmy głowy, spo­glą­da­jąc na detek­tywa.

Odwró­cił się na stołku i patrzył teraz na nas. Jego wzrok wylą­do­wał na Dunku.

- Byłeś tam wczo­raj, prawda? Koło tej uliczki naprze­ciwko?

- Tak, pro­szę pana - odparł Dunk. W jego gło­sie nie pobrzmie­wała już nawet nutka basu, któ­rego doro­bił się w tym roku. Brzmiał jak u znacz­nie młod­szego chło­paka.

- Pew­nie się eks­cy­tu­jesz, co? To jak w tele­wi­zji.

- Tak, pro­szę pana.

- Jak się nazy­wasz?

- Dun­can Napo­leon Bel­lino - wyre­cy­to­wał bez zająk­nię­cia. - Miesz­kam przy Brown­sville Road osiem­na­ście dwa­dzie­ścia dwa, miesz­ka­nia dwie­ście sie­dem. Mam jede­na­ście lat.

Detek­tyw uniósł brew, się­gnął po swój notat­nik i coś zapi­sał. Nachy­lił się do przodu i świ­dro­wał Dunka wzro­kiem.

- A przed­wczo­raj? Albo jesz­cze wcze­śniej? Zauwa­ży­łeś tam coś dziw­nego? Krę­cili się tam jacyś dziwni ludzie?

- Nie, pro­szę pana.

- A kiedy ostat­nio tam byłeś? Bawisz się tam cza­sem?

- Nie, pro­szę pana.

- Nie, nie bawisz się tam? Czy nie, ni­gdy tam nie byłeś?

- Jedno i dru­gie. Zna­czy... Ni­gdy tam nie byłem. I nie bawię się tam.

Lur­line Wal­drip wyszła z kuchni i rzu­ciła białą ścierkę na kon­tuar.

- Prze­pra­szam, byłam na zaple­czu. Podać kartę?

Kiedy detek­tyw się do niej odwró­cił, wyrwa­li­śmy z Dun­kiem do drzwi, zła­pa­li­śmy rowery zapar­ko­wane pod latar­nią przed knajpą i popę­dzi­li­śmy pod górę. Ani razu nie obej­rze­li­śmy się za sie­bie. Chyba ni­gdy w życiu szyb­ciej nie peda­ło­wa­łem.

Prze­je­cha­li­śmy na drugą stronę wzgó­rza, skrę­ci­li­śmy w lewo z May­tide Street, po dwóch prze­czni­cach dali­śmy w prawo w Claus Ave­nue, potem w lewo w New­burn, łań­cuch w moim rowe­rze pisz­czał z każ­dym obro­tem. Przez dwa­dzie­ścia minut dwu­krot­nie obje­cha­li­śmy całą oko­licę, prze­ko­nani, że crown vic detek­tywa lada chwila nas dogoni albo wyje­dzie gdzieś z przodu. Samo­chód jed­nak się nie poja­wiał. Na szczy­cie Gor­man's Hill wci­sną­łem hamulce i zatrzy­ma­łem się z pośli­zgiem. Dunk zaha­mo­wał w żwi­rze koło mnie i opu­ścił nogi na zie­mię, sapiąc tak gło­śno, że led­wie sły­sza­łem wła­sne dysze­nie. Pot spły­wał mi po skro­niach, plecy koszulki mia­łem prze­siąk­nięte.

- Musimy trzy­mać się z dala od drogi - wydu­si­łem w końcu.

- Czyli gdzie?

Dobrze wie­dzia­łem gdzie. Uni­ka­łem tego miej­sca od soboty.

- Chodź.

Nie­spełna dzie­sięć minut póź­niej dotar­li­śmy pod cmen­tarz. Brama była otwarta, więc jecha­li­śmy dalej, aż dotar­li­śmy do mau­zo­leów. Tam zwol­ni­łem i zatrzy­ma­łem się mię­dzy dwoma z naj­więk­szych: rodzin Polan­ski i Nowy. Zesko­czy­łem z roweru, opar­łem go o ścianę i pró­bo­wa­łem zła­pać oddech, pod­czas gdy Dunk pod­pro­wa­dzał swój rower na miej­sce obok mojego.

- Ten facet jest jak pies goń­czy - wydy­szał w końcu Dunk. - Rzu­cił się na mnie u Kren­dala, widzia­łeś?

- Wąt­pię, żeby cokol­wiek wie­dział.

- Może to ja powi­nie­nem ucie­kać. W razie czego będę musiał poży­czyć od cie­bie tro­chę kasy.

- Prze­cież nic nie zro­bi­łeś.

- Cele są pełne nie­win­nych ludzi, Thatch. Nie ja pierw­szy. Nie oglą­da­łeś tego sta­rego serialu na TBS, Ści­ga­nego? To o takim leka­rzu, nazywa się Richard Kim­ble i ska­zują go za zabój­stwo żony, cho­ciaż wcale tego nie zro­bił. Idzie do wię­zie­nia, ucieka i pró­buje zna­leźć praw­dzi­wego zabójcę. - Dunk urwał, oglą­da­jąc się nie­spo­koj­nie przez ramię. - Nie mogę iść do wię­zie­nia, Thatch. Nie uda mi się uciec, nie ma szans, a nawet jakby mi się udało, to nie mam czasu szu­kać praw­dzi­wego mor­dercy. Mam inne rze­czy do roboty w życiu, a nie ten szajs.

Prze­wró­ci­łem oczami.

- Ten gli­niarz zauwa­żył cię wczo­raj w tłu­mie i chciał zadać parę pytań. Nie ma nic kon­kret­nego.

Przez następne dzie­sięć minut odpo­czy­wa­li­śmy, na zmianę wyglą­da­jąc za róg, czy przy­pad­kiem nie jedzie detek­tyw.

- To ta? - spy­tał nagle Dunk, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie.

Podą­ży­łem za jego spoj­rze­niem do czar­nej meta­lo­wej ławki, która stała jakieś dzie­sięć metrów dalej, przy­cup­nięta na szczy­cie pagórka i pusta.

- Tak.

- Nikogo nie ma.

- Bo dziś nie jest ósmy sierp­nia. A ona przy­cho­dzi tylko wtedy.

Dunk wal­nął mnie w ramię.

- Zała­pa­łem, głupku. Cho­dzi mi o to, że nikt tam nie sie­dzi, więc możemy obej­rzeć. Mówi­łeś, że coś tam napi­sała.

"Pomóż mi".

Nie byłem pewny, czy chcę znowu zoba­czyć te słowa. Ich widok uczy­niłby je praw­dzi­wymi. Ozna­cza­łoby to, że Stella dwa dni temu bła­gała mnie o pomoc, a ja robi­łem wszystko, żeby o tym zapo­mnieć.

- Columbo nas nie goni - stwier­dził Dunk, ostatni raz spraw­dza­jąc, czy nie jedzie samo­chód detek­tywa. - Chodź. - Ruszył w stronę ławki.

Mie­li­śmy stąd widok na więk­szość cmen­ta­rza, gdyby detek­tyw jed­nak przy­je­chał, mie­li­by­śmy czas uciec. Ale tak jak powie­dzia­łem Dun­kowi, nie sądzi­łem, żeby nas ści­gał. Gdyby chciał, mógł zatrzy­mać nas w jadło­dajni.

Pobie­głem za Dun­kiem.

Sie­dze­nie było wil­gotne od poran­nej mgły. Cmen­tarz był opu­sto­szały, ani żywej duszy w zasięgu wzroku, pano­wała nie­sa­mo­wita cisza, dźwięk naszych kro­ków brzmiał ogłu­sza­jąco.

Dunk stał pochy­lony nad ławką i oglą­dał ją uważ­nie.

- Tutaj to było?

- Tak, w tym miej­scu.

- Ktoś zdra­pał.

Rze­czy­wi­ście, ktoś zdra­pał nie tylko napis, lecz cały frag­ment czar­nej farby, tak że w miej­scu, gdzie znaj­do­wały się słowa, został tylko owal sre­brzy­stego metalu.

- Pew­nie ci ludzie, któ­rzy z nią byli.

Dunk zmarsz­czył czoło.

- Ale mówi­łeś, że oni byli raczej jak ochro­nia­rze. Jakby to ona nimi rzą­dziła, nie na odwrót.

- Może nie mia­łem racji.

Przy­klęk­ną­łem w tra­wie obok Dunka i przyj­rza­łem się bli­żej.

- To nie jest zdra­pane. Ktoś usu­nął farbę. Widzisz ten metal? Jaki jest gładki? Gdyby ktoś zdra­pał napis, zosta­łyby ślady narzę­dzi, okruszki farby. - Nachy­li­łem się. - Czuć roz­pusz­czal­ni­kiem.

- Jak ktoś nas zoba­czy, to pomy­śli, że się modlimy do tej ławki.

- To cmen­tarz. Wszy­scy zacho­wują się dziw­nie, a wszy­scy inni nie prze­szka­dzają tym, co się dziw­nie zacho­wują. Jak tutaj ktoś zacznie gadać do kamie­nia, to ludzie uznają, że to z emo­cji, w parku za to samo mogą czło­wieka aresz­to­wać. Jest taka nie­pi­sana zasada czy coś - skwi­to­wa­łem.

- Cie­kawe, czemu nie odma­lo­wali ławki - zauwa­żył Dunk. - Natru­dzili się, żeby ukryć tę wia­do­mość. Można by się spo­dzie­wać, że pójdą na całość i zatrą wszyst­kie ślady, jakby to się ni­gdy nie wyda­rzyło.

- Może chcieli, żebym zoba­czył, co zro­bili, żebym zro­zu­miał, że oni wie­dzą, co ja wiem. Gdyby cał­kiem się tego pozbyli, mógł­bym uznać, że mi się przy­wi­działo. To wszystko działo się bar­dzo szybko. - Wsta­łem i spoj­rza­łem na drzewa za ławką, frag­ment lasku na gra­nicy cmen­ta­rza. - Ten facet zakradł się od tyłu i mnie uśpił. Tylko mi mignęło, co napi­sała.

- Zaba­wię się w adwo­kata dia­bła, ale skąd w ogóle masz pew­ność, że to ona napi­sała? Może ktoś inny to zro­bił. To może nie mieć z nią nic wspól­nego - zasu­ge­ro­wał Dunk.

- To czemu napis znik­nął?

- Może kon­ser­wa­tor z cmen­ta­rza posprzą­tał, tak jak zama­lo­wują graf­fiti na ścia­nach.

- Kon­ser­wa­tor zama­lo­wałby napis. Nie bawiłby się w zdra­py­wa­nie. Na pewno nie zosta­wiłby takiej dziury.

- Może jesz­cze nie skoń­czył, tylko aku­rat nie miał czar­nej farby.

Ja jed­nak wie­dzia­łem. Byłem pewny.

- Stella napi­sała "pomóż mi", a ci jej ludzie to usu­nęli. - Obsze­dłem ławkę dookoła, nie odry­wa­jąc wzroku od drzew. - Przy­szedł stam­tąd, na pewno... Chodź.

Za ławką zbo­cze wzgó­rza opa­dało ku gęstej linii drzew na skraju cmen­ta­rza, kilka kro­ków dalej zaczy­nał się dziki las. Kiedy dotar­łem do drzew, obej­rza­łem się i popa­trzy­łem w górę na ławkę.

- Dopadł mnie zaraz po ich odjeź­dzie, więc musiał nas obser­wo­wać. Widzę stąd ławkę, ale przez górkę nie widać miej­sca, w któ­rym stały SUV-y.

- Może sły­szał samo­chody? - rzu­cił Dunk. - Strasz­nie tu cicho.

- No, może.

- Przy­po­mnij mi, co on ci powie­dział?

- "Ten nacisk, który czu­jesz w dole ple­ców, to bar­dzo ostry nóż. Szcze­rze radzę, żebyś się za bar­dzo nie rzu­cał". Potem przy­ci­snął mi coś do ust. Pach­niało słodko i zaraz zemdla­łem.

- Pew­nie chlo­ro­form, uży­wa­li­śmy go na przy­ro­dzie z panią Lid­den, na myszach.

- Wła­śnie tak pach­niało.

- Widzia­łeś nóż?

Pokrę­ci­łem głową.

- Czyli nie wiesz na pewno, że miał jakiś nóż?

- No nie wiem.

Prze­cze­sa­li­śmy drzewa, trawę, krzaki, wszę­dzie szu­ka­li­śmy jakie­go­kol­wiek śladu tego czło­wieka, aż do Nobles Lane, gdzie koń­czył się lasek, i nic nie zna­leź­li­śmy. Doszli­śmy do wnio­sku, że pew­nie miał tam jakiś samo­chód, do któ­rego mnie zaniósł, ale jeśli tak było, to nie zostały żadne ślady. Dwie godziny póź­niej, uświ­nieni od stóp do głów, znowu sta­li­śmy przy ławce.

- Musimy poga­dać o tych kwiat­kach - stwier­dził Dunk, dra­piąc ugry­zie­nie komara na lewej ręce.

- Co z kwiat­kami?

- Mówi­łeś, że jak Stella je wzięła, to na two­ich oczach zwię­dły jej w ręku w parę sekund. Musisz się chyba pogo­dzić z myślą, że nazbie­ra­łeś jakichś zwię­dłych chwa­stów i zoba­czy­łeś coś, co się nie wyda­rzyło. Jedyną inną opcją jest jakaś akcja rodem z X-Menów, a cho­ciaż uwiel­biam ten komiks, to jed­nak tylko komiks. Takie rze­czy nie dzieją się naprawdę.

Spu­ści­łem wzrok na dło­nie i wykrę­ci­łem palce.

- Wstała i zosta­wiła je na ławce. Ta sta­ruszka...

- Pani Oli­ver?

- Pani Oli­ver kazała jej po nie wró­cić. Stella nie chciała. Pani Oli­ver ją zmu­siła. Stella wzięła kwiaty i widzia­łem, jak zwię­dły i cał­kiem się roz­pa­dły, zanim doszła do SUV-a.

- Gdzie stał samo­chód?

Poka­za­łem na drogę.

- Tam.

- To tylko z dzie­sięć metrów.

- No.

- Czyli jakimś cudem zamor­do­wała kwiatki w pół minuty?

- Nawet szyb­ciej.

- A potem wsia­dła do auta i odje­chała ku zacho­dzą­cemu słońcu?

Zamkną­łem oczy i potar­łem skro­nie.

- Nie­po­trzeb­nie ci cokol­wiek mówi­łem.

Przez dłuż­szą chwilę oboje mil­cze­li­śmy. Dunk ode­zwał się pierw­szy, ostroż­nie dobie­ra­jąc słowa.

- Wie­rzę, że ty wie­rzysz, że widzia­łeś, jak zabiła te kwiaty. Może na razie na tym sta­nąć?

- Nie miała ręka­wi­czek - powie­dzia­łem pół­gło­sem.

- Jak to?

- Wcze­śniej zawsze miała ręka­wiczki. Nawet jak było gorąco. Ale nie tym razem. Myślę, że pani Oli­ver chciała, żebym to zoba­czył. Na pewno to ona nie pozwo­liła jej wło­żyć ręka­wi­czek, żebym to zoba­czył.

- Ale skąd by wie­działa, że przy­nie­siesz kwiatki?

- Nie wiem.

Przez myśl prze­mknęła mi wizja męż­czy­zny leżą­cego za śmiet­ni­kiem. Pró­bo­wa­łem wyrzu­cić ją z głowy, ale obraz sta­wał się coraz wyraź­niej­szy - sucha, czarna, jakby spa­lona skóra, puste oczy tkwiące w czaszce.

"To sprawka tej two­jej dziew­czyny".

- Mówi­łeś, że co roku przy­jeż­dża tu tego samego dnia, tak?

- Tak, ósmego sierp­nia - przy­tak­ną­łem.

Dunk zmru­żył oczy, widzia­łem, że inten­syw­nie nad czymś roz­my­śla.

- No to mamy rok na obmy­śle­nie planu.

- Jakiego planu?

- Jak ich śle­dzić. Musimy usta­lić, dokąd te SUV-y jadą z cmen­ta­rza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

- Czas.

- Cicho, smar­ka­czu. Roz­ma­wiam z sio­strą.

Patrzy­łem, jak cio­cia Jo wyciąga kolej­nego papie­rosa z paczki czer­wo­nych marl­boro setek, która leżała na jej szma­cia­nej tor­bie w kratę, wkłada go do ust, zapala srebrną zippo i posyła w niebo kłąb sza­rego dymu.

- Powie­dzia­łaś, że za godzinę. To było o pią­tej. Teraz jest szó­sta. Czas minął - stwier­dzi­łem. W ogóle nie miała poczu­cia czasu. Gdyby tylko mogła, cały dzień sie­dzia­łaby na tym cmen­ta­rzu i gadała do nagrob­ków. Czy raczej do nagrobka mojej mamy. Z tatą nie roz­ma­wiała. Ni­gdy za nim nie prze­pa­dała.

- Za dwie godziny leci Nie­ustra­szony.

- Nie prze­ga­pisz Nie­ustra­szo­nego.

- Ostat­nio prze­ga­pi­łem - przy­po­mnia­łem. - Wyszli­śmy stąd o szó­stej trzy­dzie­ści, w domu byli­śmy o siód­mej, zje­dli­śmy kola­cję, zmu­si­łaś mnie do kąpieli, a jak już sia­dłem przed tele­wi­zo­rem, to minęło pół odcinka. Takiego serialu nie można oglą­dać od środka. Trzeba zacząć od początku.

Cio­cia Jo zacią­gnęła się papie­ro­sem.

- Masz nie­sa­mo­witą pamięć jak na ośmio­latka, wiesz?

- Możemy już iść?

- Jesz­cze nie.

Wes­tchną­łem i się­gną­łem po radio.

Cio­cia Jo roz­ło­żyła koc na gro­bach rodzi­ców, żeby­śmy nie sie­dzieli w mokrej tra­wie. Przez całe rano padał deszcz, a słońce w Pit­ts­bur­ghu, nawet sierp­niowe, nie­zbyt sku­tecz­nie suszyło. Zie­mia na­dal klą­skała bło­tem.

- Cztery lata, Katy - prze­mó­wiła cio­cia Jo do nagrobka mamy. - Cztery lata temu ten drań cię zabrał. Ode­brał cię nam, mnie i two­jemu malut­kiemu Jac­kowi.

- Tatuś nie zabił mamusi.

- Prze­cież to on pro­wa­dził, nie?

- To był wypa­dek.

- Był pijany.

- Mama wypiła dwa kie­liszki wina, a tata colę. Tak powie­dział kel­ner. Wszystko jest w rapor­cie poli­cji.

Cio­cia Jo popra­wiła prze­krzy­wione kwiaty w wazo­nie mamusi. Paznok­cie miała pożół­kłe. Sam wybra­łem te kwiatki, sto­krotki, w super­mar­ke­cie w dro­dze na cmen­tarz. W wazo­nie tatu­sia nie było żad­nych kwiat­ków, tylko zatę­chła desz­czówka i chwa­sty. Cio­cia Jo nie pozwa­lała mi go wyczy­ścić.

- Upił się jesz­cze przed wyj­ściem.

Pokrę­ci­łem głową.

- W domu pił her­batę mro­żoną, mama też, a potem pod­rzu­cili mnie do cie­bie.

- Skąd możesz to wie­dzieć?

- Sama mówi­łaś, że mam samo­witą pamięć.

- Mia­łeś cztery latka.

- Piłem mleko cze­ko­la­dowe. Mama prze­lała mi je do butelki z dziób­kiem, żebym mógł je ze sobą zabrać. Sie­dzie­li­śmy u cie­bie na kana­pie, obej­rze­li­śmy Magnum, a potem od razu poło­ży­łaś mnie spać. Wtedy nie kaza­łaś mi się kąpać.

- Hm.

- Radio nie działa. - Obró­ci­łem pokrę­tło dookoła, ale z gło­śnika doby­wały się tylko trza­ski.

- Działa, tylko trudno tutaj zła­pać sygnał.

- To po co je przy­nio­słaś?

- Bo cza­sem się udaje, a twoja mama lubiła muzykę.

Sta­cja Bob FM nada­wała na 96,9. Usta­wi­łem pokrę­tło ciut na lewo od 97. Huey Lewis zaśpie­wał coś o jakimś nowym leku, ale po chwili wokal znów uto­nął w szu­mie.

Rzu­ci­łem radio na koc obok torby cioci.

- Może odpusz­czę dziś sobie kąpiel.

- Nic z tego.

- Jeśli nie będę się kąpał, będziemy mogli zostać aż do siód­mej, a i tak nie prze­ga­pię Nie­ustra­szo­nego - tłu­ma­czy­łem.

Cio­cia Jo zdu­siła nie­do­pa­łek na kra­wę­dzi nagrobka taty, po czym scho­wała go do nie­du­żej puszki, którą trzy­mała w kie­szeni far­tuszka spło­wia­łego, nie­gdyś różo­wego stroju kel­nerki. Zwy­kle rzu­cała pety na zie­mię, ale nie tutaj, na cmen­ta­rzu, a zwłasz­cza w pobliżu grobu mamusi. Zapa­liła kolej­nego i zacią­gnęła się głę­boko.

- No dobrze, dzi­siaj bez mycia, ale jutro koniecz­nie masz się wyką­pać. Zgoda?

- Zgoda.

- No to jesz­cze godzinkę. Co tu jest napi­sane, Jack? Umiesz prze­czy­tać?

- Prze­cież wiesz, że umiem.

- No to co jest napi­sane?

- Co roku każesz mi to czy­tać.

- Co jest napi­sane, Jack? - Postu­kała w bok nagrobka mamy dło­nią, w któ­rej trzy­mała zapal­niczkę. - Prze­czy­taj.

Prze­wró­ci­łem oczami.

- Kaitlyn Gar­gery Thatch. Szes­na­sty lutego tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąt osiem, ósmy sierp­nia tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­siąt. Kocha­jąca żona, matka i sio­stra.

- Moja kochana sio­strzyczka. Powinni jesz­cze napi­sać: "Zamor­do­wana przez potwora, który piciem wpę­dził się do grobu obok, a ją zacią­gnął ze sobą siłą, bo nie chciał być sam".

- Tatuś nie pił.

- Pił jak smok.

Cio­cia Jo lubiła się napić, głów­nie wina. Zakła­dała, że wszy­scy inni też piją. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby tata pił. Mama ow­szem, ale nie­dużo, nie tak jak jej sio­stra.

Na nagrobku tatu­sia wid­niały tylko imię i nazwi­sko, data uro­dze­nia i data śmierci. Ta sama co u mamusi. Gdyby cio­cia Jo posta­wiła na swoim, w ogóle nie miałby nagrobka. Na szczę­ście decy­zja nie nale­żała do niej - kole­dzy taty ze sklepu z narzę­dziami zro­bili zrzutkę i zapła­cili za obie tablice, bo rodzice nie mieli odło­żo­nych żad­nych oszczęd­no­ści na pogrzeb. Nagrobki wycio­sano z jed­nej czar­nej gra­ni­to­wej płyty. Kamień mamy lśnił, zaraz po przyj­ściu cio­cia sta­ran­nie go wypo­le­ro­wała. Ten taty pokry­wała war­stwa pyłu i brudu, a sam kamień pod spodem zma­to­wiał. Wrócę póź­niej, żeby go wyczy­ścić, żeby lśnił tak jak ten mamusi.

Kiedy zgi­nęli, mia­łem cztery lata, więc zaokrą­glone szczyty nagrob­ków nade mną góro­wały. Jed­nak od tego czasu uro­słem już pra­wie pół metra. Teraz wsta­łem i wygła­dzi­łem dżinsy na guzo­wa­tych kola­nach.

- A ty dokąd?

- Przejdę się tro­chę.

- Powi­nie­neś zostać i poroz­ma­wiać z matką - żach­nęła się cio­cia. - Na pewno jest bar­dzo cie­kawa, co się u cie­bie wyda­rzyło przez ten ostatni rok.

Znowu prze­wró­ci­łem oczami i poło­ży­łem dłoń na nagrobku mamy.

- Mam osiem lat, mamo. Nie mam kole­gów, bo dzie­ciaki są głu­pie. Cio­cia Jo nie pozwala mi jeść cia­stek cze­ko­la­do­wych na śnia­da­nie, a w szkole jest nudno. Kolejny raport za rok, może wcze­śniej, jeśli coś się zmieni w spra­wie cia­stek.

Ciotka mach­nęła ręką z papie­ro­sem.

- Idź. Tylko nie odchodź za daleko.

Zer­k­ną­łem na nagro­bek taty. Wie­dzia­łem, że wrócę i z nim poroz­ma­wiam. Ale nie chcia­łem, żeby cio­cia Jo słu­chała.

Wzią­łem radio z koca, mak­sy­mal­nie wycią­gną­łem antenę, pogło­śni­łem i trzy­ma­jąc nie­duży odbior­nik przed sobą, ruszy­łem w górę zbo­czem nie­wy­so­kiego pagórka w kie­runku reszty cmen­ta­rza.

Rodzi­ców pocho­wano na połu­dnio­wym krańcu pod klo­nem czer­wo­nym. O tej porze roku liście pło­nęły jaskrawą barwą.

Szum na chwilę ustał i wyda­wało mi się, że sły­szę Eltona Johna, ale zaraz znowu prze­padł. Na szczy­cie wzgó­rza skrę­ci­łem ostro w lewo, pil­nu­jąc, żeby trzy­mać się kamien­nej ścieżki i nie dep­tać po gro­bach.

Zatrzy­ma­łem się przy mau­zo­le­ach sto­ją­cych w dwóch rów­nych rzę­dach po obu stro­nach ścieżki.

W Pit­ts­bur­ghu było wiele cmen­ta­rzy. Ten, All Saints Hol­low, nale­żał do naj­więk­szych.

Mau­zo­lea.

Nie prze­pa­da­łem za nimi.

Cio­cia Jo mówiła, że kiedy prze­jeż­dża się obok cmen­ta­rza, trzeba wstrzy­my­wać oddech, żeby dusze zmar­łych nas nie zna­la­zły. Nie wiem, dla­czego ta zasada nie obo­wią­zy­wała na tere­nie cmen­ta­rza, ale jeśli gdzie­kol­wiek powinna mieć rację bytu, to wła­śnie przy mau­zo­le­ach. Powie­trze było tu nie­ru­chome. Wyobra­ża­łem sobie nie­bosz­czy­ków wyglą­da­ją­cych przez szcze­liny w kamien­nych ścia­nach, wycią­ga­ją­cych kości­ste dło­nie gotowe w każ­dej chwili łapać niczego nie­podej­rze­wa­ją­cych chłop­ców i wcią­gać ich do tych przy­sa­dzi­stych budowli, tak żeby zagi­nął po nich wszelki słuch.

Nabra­łem dużo powie­trza w płuca, przy­ci­sną­łem radio do piersi i rzu­ci­łem się bie­giem mię­dzy mau­zo­le­ami. Pra­wie się potkną­łem, kiedy z gło­śnika ryk­nął nagle Steve Perry.

Kiedy dotar­łem do końca sze­regu mau­zo­leów i wypu­ści­łem powie­trze, z radia znów roz­legł się szum. Nie mia­łem poję­cia, dla­czego radio zadzia­łało mię­dzy gro­bow­cami, i nie zasta­na­wia­łem się nad tym. Mogłem zna­leźć inne miej­sce. Na pewno tam nie wrócę.

Rozej­rza­łem się wokół, po ponad­stu­hek­ta­ro­wym pagór­ko­wa­tym tere­nie, ale nie dostrze­ga­łem już cioci Jo ani klonu czer­wo­nego.

Cmen­tarz koń­czył się gęstą linią drzew. Stała tam czarna meta­lowa ławeczka, omia­tana gałę­ziami wierzby pła­czą­cej - bal­da­chim z wąskich liści i mchu uno­sił się ciężko w ciem­no­ści. Na ławce sie­działa dziew­czyna. Jakieś trzy­dzie­ści metrów dalej, przy bia­łym SUV-ie na jed­nej z dróg dojaz­do­wych, stała kobieta z rękami w kie­sze­niach dłu­giego bia­łego płasz­cza.

Nie było upału, ale chłodu też nie, za cie­pło na taki strój. Jej to chyba nie prze­szka­dzało. Płaszcz miała zapięty pod szyję. Kiedy zauwa­żyła, że zbli­żam się zza wzgó­rza, obró­ciła się w moją stronę. Oczy miała czarne, jastrzę­bie. Włosy, białe tak jak płaszcz, powie­wały na deli­kat­nym wie­trze. Na mój widok zesztyw­niała, wypro­sto­wała plecy. Dło­nie zaci­snęły się w pię­ści i znik­nęły w fał­dach płasz­cza. Stała tak jesz­cze przez chwilę, nie odry­wa­jąc ode mnie czuj­nych, dziw­nych oczu, a potem prze­nio­sła wzrok znowu na dziew­czynę na ławce.

Dziew­czyna miała na sobie białą marsz­czoną blu­zeczkę, rów­nież zapiętą od góry do dołu i schlud­nie wsu­niętą w czarną spód­nicę za kolano. Dłu­gie brą­zowe włosy, żywio­łowo pofa­lo­wane i pokrę­cone, spły­wały jej na ramiona i plecy. Z jed­nej strony czę­ściowo zasła­niały jej twarz, z dru­giej były zało­żone za ucho. Nie odry­wała ciem­nych oczu od książki, którą trzy­mała na kola­nach dłońmi w ręka­wicz­kach.

Trudno powie­dzieć, jak długo tam sta­łem.

Trudno powie­dzieć, dla­czego tam sta­łem.

Ale sta­łem i patrzy­łem na nią, jak prze­wraca strony z łagodną deter­mi­na­cją, lekko roz­chy­lo­nymi ustami bez­gło­śnie odczy­tu­jąc kolejne słowa dla zafa­scy­no­wa­nej jed­no­oso­bo­wej publicz­no­ści.

Moje radio ryk­nęło nagle Jes­sie's Girl i dziew­czyna pode­rwała gwał­tow­nie głowę, spoj­rzała na mnie, jedną ręką roz­waż­nie zazna­cza­jąc miej­sce w książce.

Zaczą­łem nie­zdar­nie krę­cić gał­kami radia i w końcu udało mi się ści­szyć.

Nie pamię­tam, żebym pod­cho­dził do ławki, ale w jakiś spo­sób do niej dotar­łem i zatrzy­ma­łem się tuż obok.

Dziew­czyna zmarsz­czyła czoło i z zacie­ka­wie­niem prze­krzy­wiła głowę.

- Ojejku, ale z cie­bie brzy­dal.

Nie wie­dzia­łem, co na to odpo­wie­dzieć, więc mil­cza­łem. Wie­dzia­łem, że nie jestem brzydki. Cio­cia Jo powta­rzała, że na szczę­ście wro­dzi­łem się w mamę, bo wygląd po ojcu byłby praw­dzi­wym prze­kleń­stwem. Ale mia­łem zdję­cie tatu­sia, jedyne, które udało mi się ukryć przed cio­cią. Wyglą­dał jak gwiaz­dor fil­mowy, stał obok pordze­wia­łego forda, tego samego, który pro­wa­dził, kiedy...

- Ubra­nia też masz zła­chane. - Mówiła z dziw­nym akcen­tem, tro­chę jak James Bond, ale nie do końca.

Radio zapisz­czało gło­śno, zagłu­sza­jąc Ricka Spring­fielda i wszystko inne. Wyłą­czy­łem odbior­nik, zło­ży­łem antenę i nagle wdra­py­wa­łem się na ławkę, żeby siąść na prze­ciw­nym końcu. Znowu nie wie­dzia­łem dla­czego. Mój mózg krzy­czał, żebym ucie­kał. Prze­cież to dziew­czyna. Nie inte­re­so­wały mnie dziew­czyny, zwłasz­cza takie sztywne porząd­ni­sie pach­nące kwiat­kami. Ale nie ucie­kłem. Usia­dłem na tej samej ławce co ona, igno­ru­jąc dziwne łasko­ta­nie w brzu­chu.

Poka­za­łem głową na kobietę sto­jącą przy SUV-ie.

- To twoja mama?

- Nie, to nie jest moja matka.

- To dla­czego na cie­bie patrzy?

- Taka jej rola.

- Tro­chę to dziwne.

Dziew­czyna się uśmiech­nęła, ale po chwili spo­waż­niała, jakby nie chciała, żebym to zauwa­żył, jakby nie roz­da­wała uśmie­chów tak swo­bod­nie.

- Co z cie­bie za chło­pak, że sam włó­czysz się po cmen­ta­rzu? Gdzie twoi rodzice?

- Nie żyją.

- Naprawdę? Kto ich zabił?

Nie "na co umarli?" albo "co się stało?", ale kto ich zabił. Jakby śmierć z rąk dru­giej osoby była czymś zupeł­nie logicz­nym.

- Co czy­tasz? - spy­ta­łem, żeby zmie­nić temat. Nie chcia­łem teraz roz­ma­wiać o mamie i tacie. Na dziś mia­łem dość.

Pod­nio­sła książkę, poka­zu­jąc mi okładkę - Wiel­kie nadzieje Char­lesa Dic­kensa. Grzbiet mięk­kiej oprawy był nie­mal biały od zagięć, egzem­plarz otwie­rano i zamy­kano tyle razy, że kolor wyblakł, a papier popę­kał. Okładka pre­zen­to­wała się nie­wiele lepiej. Książka miała na oko tak z tysiąc lat, wyglą­dała na ura­to­waną z dna kar­tonu w jakiejś piw­nicy.

- To ta o chło­paku z tra­twą?

- Hmm. Brzy­dal, a do tego nie­oczy­tany.

- Co to niby ma zna­czyć?

- Cho­dzi ci o Przy­gody Hucka Finna. Tam­tej książki nawet nie napi­sał Dic­kens, tylko Twain. Twain to marny pismak. To nawet nie jest jego praw­dziwe nazwi­sko. Zwy­kły kapi­tan łódek, któ­remu uda­wało się naskro­bać parę lini­jek w prze­rwach od picia i hazardu.

Nie czy­ta­łem niczego Dic­kensa ani Twa­ina. Na mojej półce z książ­kami stała połowa serii o bra­ciach Har­dych i kil­ka­dzie­siąt komik­sów. Nie zna­łem nikogo, kto czy­tałby Twa­ina czy Dic­kensa, nawet moi rodzice czy cio­cia Jo.

- O czym są Wiel­kie nadzieje?

Kobieta od SUV-a zna­la­zła się bli­żej nas. Nie zauwa­ży­łem, żeby się prze­miesz­czała, ale teraz stała już tylko w odle­gło­ści kilku metrów, obser­wo­wała nas kątem oka i nie­wąt­pli­wie nasłu­chi­wała każ­dego słowa.

Dziew­czyna spoj­rzała na książkę trzy­maną w rękach.

- O wszyst­kim, co naprawdę się liczy.

- Nie rozu­miem.

- Nic dziw­nego.

- Mogę zoba­czyć? - Się­gną­łem po książkę, ale dziew­czyna odsu­nęła się dalej na swój koniec ławki. Kobieta zaczęła się zbli­żać, lecz sta­nęła, kiedy dziew­czyna na nią spoj­rzała.

Poło­żyła książkę na ławce i czub­kami pal­ców prze­su­nęła ją w moją stronę. To wyraź­nie uspo­ko­iło kobietę.

Wzią­łem tomik do ręki i prze­czy­ta­łem opis na tyl­nej okładce.

- Mam na imię Stella - powie­działa dziew­czyna. - Na cześć boha­terki tej książki, tyle że ona nazy­wała się Estella.

Poda­łem jej książkę. Spo­dzie­wa­łem się, że każe mi prze­su­nąć ją z powro­tem po ławce, ale nie. Chwy­ciła ją i znów poło­żyła sobie na kola­nach.

- Kiedy dziew­czyna ci się przed­sta­wia, wypada się odwza­jem­nić.

- Odwza­jem­nić?

Wes­tchnęła.

- Zro­bić to samo, odpo­wie­dzieć.

- Aaa, nazy­wam się Jack, Jack Thatch.

- Pospo­lite imię dla pospo­li­tego chło­paka. A jak naprawdę masz na imię? Nikt tak naprawdę nie nazywa się Jack, zwy­kle to zdrob­nie­nie od Johna, zresztą ni­gdy tego nie rozu­mia­łam. Nie jak Mike od Micha­ela, bar­dziej jak Bill od Wil­liama, tylko jesz­cze dziw­niej.

- Ofi­cjal­nie nazy­wam się John Edward Thatch - odpar­łem. - Ale wszy­scy wołają na mnie Jack.

- Oczy­wi­ście. A kim jest ten Edward? To zapewne jakiś krewny.

- Mój tata miał na imię Edward. Wszy­scy mówili mu Eddie. Ile masz lat? Dziw­nie mówisz.

Jej wzrok powę­dro­wał do star­szej kobiety, a potem spo­czął na okładce książki. Zaczęła sku­bać kartki.

- Osiem.

- Nie mówisz, jak­byś miała osiem lat. Ja też mam osiem.

- Cóż, ty też nie mówisz jak ośmio­la­tek.

- Stello? - powie­działa kobieta pół­gło­sem, jakby z przy­ganą, prze­cią­ga­jąc imię. - Musimy już iść.

Stella wes­tchnęła i przy­mknęła oczy. Powie­działa coś szep­tem tak cichym, że nie dosły­sza­łem słów, ale kobieta naj­wy­raź­niej zro­zu­miała, choć stała dalej.

Pokrę­ciła głową, a Stella zmarsz­czyła brwi, zesko­czyła z ławki i ręką wygła­dziła spód­nicę. Ruszyła ku kobie­cie przez trawę.

- To cześć - powie­dzia­łem, pod­no­sząc rękę.

Zatrzy­mała się i zwró­ciła w moją stronę.

- Nie­zwy­kle miło było mi cię poznać, Joh­nie Edwar­dzie Jacku That­chu.

Po tych sło­wach poma­sze­ro­wała pod górę do cze­ka­ją­cego samo­chodu. Kobieta podą­żyła za nią. Kiedy się odwra­cała, wiatr pode­rwał połę jej płasz­cza i zoba­czy­łem coś pod spodem, obraz, który wciąż widzę tak wyraź­nie, jakby to było wczo­raj: lufę strzelby opartą o jej nogę.

Patrzy­łem, jak Stella wsiada do tyłu auta. Kobieta zamknęła za nią drzwiczki i oto znik­nęła, ukryta za przy­ciem­nia­nymi szy­bami, coraz mniej­szymi, w miarę jak samo­chód się odda­lał.

2

- Zosta­wi­łam w kuchni dzie­sięć dola­rów na pizzę. Już zamó­wi­łam. Jak przy­wiozą, daj dostawcy całą dychę: osiem za pizzę i dwa napiwku, jasne?

- Jasne - odpo­wie­dzia­łem, nie odry­wa­jąc wzroku od tele­wi­zora. W zeszłym roku cio­cia Jo upo­lo­wała atari 2600 na jakiejś wyprze­daży gara­żo­wej, a do kon­soli dorzu­cili całe pudełko gier. Naj­chęt­niej gra­łem w Pac-Mana i cał­kiem nie­źle mi szło. Jesz­cze lepiej radzi­łem sobie z Ms. Pac-Man, ale to już w salo­nie gier. Pit­fall! też był fajny.

- Czy ty mnie w ogóle słu­chasz?

- Pizza, kasa, napi­wek, jasne - mruk­ną­łem.

- Dobrze, a czego masz nie robić?

- Nikomu otwie­rać.

- Z wyjąt­kiem dostawcy pizzy.

- Z wyjąt­kiem dostawcy pizzy.

Cio­cia Jo schy­liła się i poca­ło­wała mnie w czu­bek głowy. Jej kel­ner­ski mun­du­rek pach­niał nale­śni­kami i przy­pa­lo­nymi grzan­kami.

- Dzi­siaj zamy­kam, ale powin­nam wró­cić około pół­nocy. Może nawet wcze­śniej, jeśli mi się uda.

- A co, jak facet z pizzą będzie miał sie­kierę i porą­bie mnie na kawa­łeczki?

- To nie dasz mu napiwku. Muszę lecieć. - Po chwili już była za pro­giem, została po niej tylko smużka dymu z papie­rosa.

Duch Blinky zła­pał mnie w rogu plan­szy i stra­ci­łem trze­cie życie, game over.

- Kurna.

Daw­niej cio­cia zosta­wiała mnie z kolej­nymi opie­kun­kami, aż do ubie­głego roku, kiedy skoń­czy­łem sie­dem lat. Teraz nie mogła sobie na to pozwo­lić. Stwier­dziła, że taniej by jej wycho­dziło w ogóle nie pra­co­wać, niż zatrud­niać kogoś, żeby mnie pil­no­wał. Zresztą i tak nie potrze­bo­wa­łem opie­kunki. Więk­szość z nich tylko sie­działa i gadała z chło­pa­kami przez tele­fon (nie­któ­rzy nawet tu przy­cho­dzili), a wszyst­kie cał­ko­wi­cie mnie igno­ro­wały.

Zawar­li­śmy więc umowę. Koniec z opie­kun­kami, ja dostaję dolara, żeby grzecz­nie sie­dzieć w domu, a do tego mogę wybrać, co chcę na kola­cję. Zawsze chcia­łem pizzę. Nie było dla mnie nic lep­szego. Część nowo zdo­by­tego majątku prze­zna­cza­łem na zakup komik­sów. Reszta tra­fiała do sło­ika scho­wa­nego pod łóż­kiem. Kiedy ostat­nio spraw­dza­łem, mia­łem już odło­żone trzy­dzie­ści dwa dolary.

Wsta­łem, prze­cią­gną­łem się i pod­sze­dłem do okna.

Cio­cia Jo szła po dru­giej stro­nie ulicy, mniej wię­cej prze­cznicę od domu. Zacze­ka­łem, aż wej­dzie do jadło­dajni Kren­dal's, gdzie pra­co­wała, odli­czy­łem do dzie­się­ciu, wło­ży­łem buty i wyśli­zgną­łem się z miesz­ka­nia.

Zapu­ka­łem do drzwi z nume­rem 304. Nikt nie odpo­wie­dział, więc zapu­ka­łem jesz­cze raz, gło­śniej. Już mia­łem zało­mo­tać po raz trzeci, gdy drzwi uchy­liły się na sze­ro­kość kilku cen­ty­me­trów, zabez­pie­czone meta­lo­wym łań­cu­chem.

W szcze­li­nie uka­zały się pacior­ko­wate oczy. Patrzyły zza gru­bych szkieł oku­la­rów, skle­jo­nych na środku taśmą i tkwią­cych na sta­rej, pomarsz­czo­nej twa­rzy zwień­czo­nej szopą siwych wło­sów. Pani Leech.

- Czego?

- Ma pani książki, prawda?

- "Ma pani książki"? To ma być ele­ganc­kie powi­ta­nie star­szej osoby?

Wie­dzia­łem, że pani Leech ma książki, bo pil­no­wała mnie przez ten krótki okres pomię­dzy opie­kun­kami a decy­zją cioci, żebym zosta­wał w domu sam. Miała całe półki ksią­żek, gazet zresztą też. Cio­cia Jo mówiła, że sąsiadka gro­ma­dzi śmieci.

- Szu­kam Wiel­kich nadziei Char­lesa Dic­kensa.

- Dic­kensa?

- Zga­dza się. Ma pani?

Pani Leech spoj­rzała ponad moim ramie­niem na otwarte drzwi naszego miesz­ka­nia.

- Gdzie jest cio­cia?

- W pracy.

- Nie wolno ci wycho­dzić z domu, kiedy jej nie ma.

- Nie wysze­dłem. Prze­cież jestem zaraz obok. - Poka­za­łem na drzwi. - Jeśli poży­czy mi pani książkę, podzielę się pizzą.

Zoba­czy­łem błysk w jej oku.

- Masz pizzę?

- Jesz­cze nie, ale nie­długo przy­wiozą.

Pani Leech miała sła­bość do pizzy, zwłasz­cza pep­pe­roni. Cza­sami jadła nawet pizzę z ana­na­sem. Cio­cia Jo twier­dziła, że sąsiadce na sta­rość mie­sza się w gło­wie. Coś chyba było na rze­czy - nikt przy zdro­wych zmy­słach nie kładłby ana­nasa na pizzy.

Zamknęła drzwi, zdjęła łań­cuch i wpu­ściła mnie do środka.

- Zga­dza się, mam książki. Całą masę ksią­żek. Tamta też chyba gdzieś tu jest.

Chciała zamknąć drzwi, ale przy­po­mnia­łem jej, że musimy nasłu­chi­wać dostawcy pizzy. Zosta­wiła wąską szparę, ale nie­chęt­nie. Dwa razy przy­ła­pa­łem ją, jak oglą­dała się nie­spo­koj­nie. Cio­cia mówiła mi, że do pani Leech było kie­dyś wła­ma­nie, jakieś dzie­sięć lat temu. Wywa­żyli drzwi, weszli do środka i zro­bili złe rze­czy. Nikt mi nie powie­dział, co to były za złe rze­czy, ale od tej pory rzadko wycho­dziła. Mówiła, że wtedy poszli za nią do domu, więc jeśli nie będzie wycho­dziła, już nikt nie będzie mógł jej śle­dzić. Cio­cia Jo robiła jej zakupy przy oka­zji, kiedy i tak była w spo­żyw­czym po rze­czy dla nas. Chyba ni­gdy nie widzia­łem pani Leech poza budyn­kiem.

- Przy­pil­nuję drzwi - zaofe­ro­wa­łem. - A pani niech poszuka książki.

To ją wyraź­nie uspo­ko­iło.

Ski­nęła głową i zaczęła prze­dzie­rać się przez salon, ostroż­nie, żeby nie poprzew­ra­cać sto­sów gazet.

- Dobrze, że inte­re­su­jesz się kla­syką, ale nie wydaje ci się, że powi­nie­neś zacząć od cze­goś w rodzaju Hucka Finna? Mark Twain jest znacz­nie lep­szy od tam­tego Bry­tola. Dic­kens okrop­nie leje wodę. Cza­sem myślę, że musiał spraw­dzać okładkę, żeby sobie przy­po­mnieć, jaką książkę wła­ści­wie bazgroli, tak bar­dzo się zapę­dza w te swoje opisy. Twain jest przy­stępny i bez­po­średni, kon­kretny, znaczne zwięź­lej­szy.

- To do szkoły - skła­ma­łem.

- A to już zaczęła się szkoła? - dobiegł mnie jej przy­tłu­miony głos. Stra­ci­łem ją z oczu, była gdzieś na dru­gim końcu pokoju.

- Dopiero za dwa tygo­dnie, ale pani Tho­mas kazała nam prze­czy­tać przez waka­cje.

- Trudna lek­tura jak na trze­cią klasę.

- Idę już do czwar­tej.

- No, chyba że tak...

Nie mia­łem poję­cia, w któ­rej kla­sie oma­wia się tę książkę, jeśli w ogóle jest lek­turą.

- Mam! - zawo­łała. W tej samej chwili roz­legł się huk.

- Wszystko w porządku?

- Tak, tak. To tylko ency­klo­pe­die. Powinny stać na półce, ale zaj­mują tyle miej­sca...

Kiedy znów zna­la­zła się w moim polu widze­nia, włosy miała jesz­cze bar­dziej roz­czo­chrane niż wcze­śniej, a w ręku trzy­mała książkę w mięk­kiej opra­wie.

- Z tą książką wiąże się dla mnie wiele miłych wspo­mnień. Chyba będę musiała prze­czy­tać ją jesz­cze raz, kiedy skoń­czysz. Oddasz, prawda?

Przy­tak­ną­łem i się­gną­łem po książkę.

- Widzę, że cio­cia wycho­wuje cię "wła­sno­ręcz­nie", że tak powiem. - Zamy­śliła się na chwilę. - Wła­ści­wie to wiele cię łączy z małym Pipem.

- Co to zna­czy "wła­sno­ręcz­nie"?

- Nie chcę ci zbyt wiele zdra­dzać - odparła z uśmie­chem. - Sam się prze­ko­nasz.

Ilu­stra­cja na okładce przed­sta­wiała chłopca i dziew­czynkę, oboje byli dziw­nie ubrani. Chło­piec się uśmie­chał, dziew­czynka nie.

Razem zacze­ka­li­śmy na dostawcę pizzy. Nie miał przy sobie sie­kiery.

3

Sie­dem­na­stego sierp­nia zepsuła nam się kli­ma­ty­za­cja.

Nie mie­li­śmy dro­giego sys­temu chło­dze­nia, tylko kli­ma­ty­za­tor okienny w salo­nie, duże beżowe pudło, które gul­go­tało i z któ­rego kapało na pod­łogę, ale schła­dzało miesz­ka­nie przez te kilka dni w roku, kiedy w Pit­ts­bur­ghu przy­grze­wało słońce.

Sie­dem­na­sty sierp­nia był wła­śnie jed­nym z takich dni - 34 stop­nie przed połu­dniem, a z każdą minutą tem­pe­ra­tura rosła.

- Nie zapłacę czyn­szu, jeśli Triano nie raczy przy­wlec tu swo­ich czte­rech liter w ciągu naj­bliż­szej godziny - oznaj­miła cio­cia Jo. Prze­pchnęła sfa­ty­go­wany skó­rzany fotel pod dru­gie okno, to bez zepsu­tego kli­ma­ty­za­tora wepchnię­tego we fra­mugi, i teraz leżała na nim z mokrą ścierką na czole. W ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu minut musiała zdjąć bluzkę, bo teraz miała na sobie tylko blady biu­sto­nosz i nie­bie­skie szorty, a jej bose stopy dyn­dały z porę­czy. - Ten szmelc zawsze się psuje, kiedy go naj­bar­dziej potrzeba - dodała.

Chcia­łem jej powie­dzieć, że raczej mało praw­do­po­dobne, żeby kli­ma­ty­za­tor zepsuł się w środku zimy, ale zmie­ni­łem zda­nie.

- Napi­jesz się lemo­niady?

- Chęt­nie, popro­szę.

Wycią­gną­łem szklankę ze sterty brud­nych naczyń w kuchni, umy­łem ją i nala­łem lemo­niady z dzbanka. Sam ją przy­rzą­dzi­łem. Kiedy poda­łem szklankę cioci, pocią­gnęła nie­pewny łyk, a potem wychy­liła jed­nym hau­stem.

- Następ­nym razem możesz dać wię­cej cukru, ale dobrze ci idzie.

Jesz­cze ni­gdy nie udało mi się zro­bić ide­al­nej lemo­niady.

Zamknęła oczy i zaczęła tur­lać pustą szklanką po policz­kach.

- Idź się poba­wić na dwo­rze. W tym wieku dzie­ciak nie powi­nien sie­dzieć cały dzień w czte­rech ścia­nach. Powi­nie­neś bawić się z kole­gami.

- Nie mam żad­nych kole­gów. W całym budynku nie ma nikogo w moim wieku.

Mach­nęła słabo ręką.

- Może w takim razie powin­ni­śmy się prze­pro­wa­dzić do pałacu na przed­mie­ściach, kupić wielką rezy­den­cję z base­nem... roz­le­głą posia­dłość, żeby wszyst­kie dzieci z sąsiedz­twa musiały się usta­wiać w kolejce i skła­dać poda­nia o zosta­nie twoim kolegą albo kole­żanką. Wtedy mógł­byś wybrać naj­lep­szych, a resztę pogo­nić. To na pewno znacz­nie łatwiej­sze, niż gdy­byś po pro­stu wyszedł z domu i zary­zy­ko­wał, że spo­tkasz kogoś w swoim wieku i nawią­żesz zna­jo­mo­ści taką sta­ro­świecką metodą. - Cio­cia Jo obró­ciła głowę i zmru­żyła oczy w bla­sku słońca, które kła­dło się jasną smugą na jej twa­rzy. - Kocham cię, młody, ale naprawdę nie powi­nie­neś spę­dzać ostat­nich dwóch tygo­dni waka­cji ze mną w domu. Zda­rza mi się być upier­dli­wym bab­skiem i teraz wła­śnie jest taki dzień. Roz­ka­zuję ci wyjść na dwór i się dobrze bawić.

- Ale...

- Już - ucięła. - I masz mi nie wra­cać przed szó­stą.

Nie pró­bo­wa­łem się kłó­cić. Wzią­łem komiks ze stołu w kuchni i czmych­ną­łem za drzwi.

Zna­la­złem się na cmen­ta­rzu.

Nie pod­ją­łem świa­do­mej decy­zji, żeby pójść na cmen­tarz, ale tam wła­śnie wylą­do­wa­łem - może dla­tego, że była to jedyna otwarta prze­strzeń w oko­licy naszego miesz­ka­nia, no i pano­wał tam spo­kój. Odwie­dzi­łem groby rodzi­ców: wło­ży­łem do wazo­nów mle­cze, któ­rych nazry­wa­łem po dro­dze przy Gre­en­lee Road, i wła­sną koszulką wyczy­ści­łem nagro­bek taty. Jeśli cio­cia zapyta, gdzie się tak uświ­ni­łem, to jej odpo­wiem, że chło­pac­kie zabawy to brudna sprawa.

Z poczu­ciem dobrze wyko­na­nej pracy wspią­łem się na wzgó­rze i bie­giem miną­łem mau­zo­lea, prze­zor­nie wstrzy­mu­jąc oddech.

Spo­dzie­wa­łem się, że zoba­czę dziew­czynę tam, gdzie poprzed­nio, ale ławka była pusta, jeśli nie liczyć kilku czer­wo­nych liści klonu, które utkwiły mię­dzy meta­lo­wymi ele­men­tami. Odgar­ną­łem je, usia­dłem i otwo­rzy­łem komiks, w któ­rego środku ukry­wa­łem książkę z uśmiech­nię­tym chłop­cem i poważną dziew­czynką na okładce. Prze­wró­ci­łem na pierw­szą stronę i zaczą­łem czy­tać.

Dwa dni póź­niej wró­ci­łem na cmen­tarz. Kolej­nego dnia rów­nież. Ławka zawsze była pusta. Przy­cho­dzi­łem codzien­nie przez resztę waka­cji i jesz­cze długo po roz­po­czę­ciu lek­cji, ale tamtą dziew­czynę zoba­czy­łem dopiero bli­sko rok póź­niej.

Nie zauwa­ży­łem też męż­czy­zny obser­wu­ją­cego mnie spo­mię­dzy drzew - cza­sem tam stał, cza­sami nie.