W Jego świetle. Opowieść o Świętej Hildegardzie z Bingen - Hermann Multhaupt


Reflow text when sidebars are open.
Najpierw przestało płonąć Światło Wieczności. Drzwi tabernakulum stały szeroko otwarte, z ołtarza usunięto Najświętszy Sakrament. Nieobecność Boga zrodziła niewyobrażalnych rozmiarów pustkę, która wzbudziła głęboką rozpacz w całym zgromadzeniu. Największe cierpienie stało się zaś udziałem przeoryszy Hildegardy, która w pewnym sensie sama spowodowała zaistniałą sytuację, a co najmniej się do niej przyczyniła, podejmując takie, a nie inne decyzje. Nie dawała jednak po sobie poznać, jak silnie była przygnębiona. Z zastygłą, nieruchomą twarzą, ale całkowicie obecna duchem, zasiadła na czele sióstr w ławie prezbiterium, śledząc poczynania przedstawicieli duchowieństwa, którym moguncka kapituła katedralna zleciła przeprowadzenie kościelnego interdyktu1. Była to sroga kara dla klasztoru: z chwilą obecną zakazano odprawiania Mszy Świętych w jego murach. Przez osiemdziesiąt lat swojego życia przeorysza Hildegarda postarzała się, wiele doświadczyła, położyła też ogromne zasługi na polu Kościoła, troszcząc się o dusze zwykłych śmiertelników, a także regentów, polityków i duchownych.
Cóż więc takiego wydarzyło się w tych dniach? Otóż episkopat w Moguncji obłożył ekskomuniką młodego szlachcica i jego przyjaciela za przestępstwo, którego się dopuścili. Jeden z mężczyzn w obliczu śmierci okazał skruchę za dokonany czyn, odbył pokutę i otrzymał rozgrzeszenie oraz ostatni sakrament namaszczenia od pewnego księdza z Bingen. Życzeniem rodziny zmarłego było, aby spoczął on w poświęconej ziemi na terenie cmentarza klasztornego. W nabożeństwie żałobnym i w pogrzebie, oprócz rodziny i członków wspólnoty klasztornej, uczestniczyło wielu mieszkańców Bingen.
Niestety ksiądz, który sprawował opiekę duszpasterską nad umierającym, nie dopełnił obowiązku poinformowania władz kościelnych w Moguncji o odprawieniu pokuty i rozgrzeszeniu zmarłego, dlatego też ekskomunika formalnie nigdy nie została z młodzieńca zdjęta. Niektóre kobiety z Bingen, pamiętające jeszcze dawny styl życia szlachcica, oburzyły się na wieść o jego uroczystym pochówku i nie omieszkały donieść biskupowi o tym fakcie. Już dwa dni później przeorysza klasztoru Rupertsberg, Hildegarda, otrzymała list z episkopatu w Moguncji. Napisano w nim wyraźnie, że ciało osoby objętej ekskomuniką nie może spoczywać na cmentarzu klasztornym, ale powinno się je pogrzebać w niepoświęconej ziemi. Nakazano niezwłocznie wykopać szczątki zmarłego. W razie niewykonania polecenia klasztor miał zostać objęty interdyktem kościelnym.
Hildegarda spędziła wiele nocy na rozmyślaniu, jak powinna postąpić. Nie mogła poprosić o pomoc biskupa, gdyż ten podróżował po Włoszech z cesarzem Fryderykiem Barbarossą. Ona sama nigdy nie podejmowała decyzji bez wcześniejszej żarliwej rozmowy z Bogiem i zapytania niebios o radę. Również tym razem znalazła schronienie w modlitwie i czekała na wskazówkę od Boga. Za każdym razem, stojąc wobec konieczności dokonania wyboru, Hildegarda zasięgała też opinii wspólnoty klasztornej. Rady zakonnic w obliczu zaistniałej sytuacji były zróżnicowane. Siostry Walburga, Mechtylda i Agnieszka opowiedziały się za bezwzględnym wykonaniem rozkazu władz biskupich, natomiast przeorysza Agata wraz z większością zgromadzenia broniła praw szlachcica. Ostatecznie odszedł z tego świata w pokoju Bożym i należał mu się spoczynek w poświęconej ziemi. Hildegarda zdawała sobie sprawę, z czym się to wiąże.
- Musimy być świadome konsekwencji - zwróciła się po Mszy Świętej do przepełnionych wątpliwościami zakonnic. - Krzyż interdyktu oznacza, że od tego momentu nie wolno nam odprawiać publicznie nabożeństw.
W prezbiterium dało się słyszeć szepty. Siostry spoglądały na siebie, zaskoczone.
- Wolno nam odmawiać psalmy i odprawiać czytania tylko po cichu, za zamkniętymi drzwiami kościoła.
- Czy ten szlachcic jest tego wart? - siostra Katarzyna spojrzała pytająco na zebrane wokół zakonnice. Hildegarda nie odpowiedziała.
- Uroczysty chorał gregoriański, będący podstawą naszej benedyktyńskiej pieśni pochwalnej, jest zabroniony - kontynuowała.
Z piersi kilku sióstr wyrwało się westchnienie. Smutek wywołany zakazem znalazł wyraz w pełnym oburzenia szepcie. Na koniec przeorysza obwieściła ostatnie postanowienie interdyktu:
- Również dzwony nie mogą już rozbrzmiewać.
Rupertsberg, ostoja nadziei i błogosławieństwa dla Rheingau, w fatalnym 1148 roku zastygł w milczeniu. Zatroskani obywatele Bingen spoglądali ku górze, w stronę klasztoru. Wieść o nietypowej ciszy szybko się rozniosła i wywołała dyskusję podobną do tej, którą wcześniej prowadziły zakonnice. Ci, dla których rosnąca władza Kościoła już od dawna była cierniem w oku, opowiadali się przeciwko zakazowi i popierali przeoryszę. Inni zaś uważali, że stanowcza postawa przełożonej klasztoru ostatecznie tylko jej zaszkodzi. Jakby na to nie patrzeć, władze biskupie były wyżej postawione. Hildegarda nie porzuciła raz obranej drogi, było to jednak źródłem jej bólu. Cierpienie towarzyszyło jej zawsze, ilekroć zachodziła konieczność podejmowania trudnych decyzji. Jak już wcześniej się zdarzało, również tym razem bardzo się rozchorowała i zmagała się z wysoką gorączką. Wyglądało to tak, jakby najpierw musiała doświadczyć wszystkich trosk i stawić czoła pokusom, by w końcu znaleźć jednoznaczne rozwiązanie. Toczyła walkę z Bogiem i spierała się sama z sobą, nie mogąc podjąć końcowej decyzji i popadając w zwątpienie. Ostatecznie jednak ta oddana modlitwie wojowniczka, obdarzona bardzo silnym poczuciem sprawiedliwości, zdołała wykrzesać w sobie energię, o którą niewielu podejrzewało jej kruche, nękane chorobami ciało. Okazała posłuszeństwo wobec polecenia z Moguncji, respektując kościelny zakaz, a równocześnie sprzeciwiła się mu poprzez udostępnienie zmarłemu miejsca ostatniego spoczynku na cmentarzu klasztornym. Aby mieć pewność, że nikt nie będzie próbował postąpić wbrew jej decyzji, nakazała zrównać z ziemią grób szlachcica i zatarła wszelkie ślady, aby nikt obcy nie mógł odnaleźć mogiły.
Po nakreśleniu pastorałem znaku krzyża nad grobem, przeorysza wyjaśniła zaskoczonym siostrom:
- Temu, kto odchodzi na tamten świat, wyspowiadawszy się w pokoju Pana, po otrzymaniu rozgrzeszenia i przyjęciu sakramentu namaszczenia, Bóg zapewnia swoją łaskę. Jesteśmy świadkami, że pochówkowi tego zmarłego towarzyszyły modlitwa i błogosławieństwo kapłana. Dlatego należy mu oddać sprawiedliwość.
W międzyczasie do prałata w Moguncji wysłano pilne pismo z informacją, że skazany na ekskomunikę i wykluczony przez społeczeństwo szlachcic żałował swojego postępowania, przystąpił do spowiedzi w obecności świadków i przyjął sakrament ostatniego namaszczenia. Teraz zaś przeorysza pyta: "Cóż więc w takiej sytuacji wart jest ów sakrament?".
Gdy Hildegarda została sama, przeszła przez pomieszczenia, które były przeznaczone wyłącznie dla niej, na potrzeby jej pracy. Zatrzymała się w bibliotece, gdzie nie tylko piętrzyły się listy, na które jeszcze nie odpowiedziała, ale również znajdowały się jej dzieła, które z mozołem, krok po kroku, przeniosła była na papier. Scivias. Poznaj drogi Pana było jej pierwszym opracowaniem, któremu poświęciła całe dziesięć lat. Obok stała księga medyczna Liber subtilatum diversarum naturarum creaturarum2, dalej Liber vitae meritorum - Księga zasług życia, i w końcu Liber divionorum operum - Księga dzieł Bożych. Ileż wysiłku kosztowała ją praca nad tymi tomami, ile potu i nieprzespanych nocy przy świetle świec, gdy oczy piekły, a ona niejednokrotnie z trudem opierała się senności. Ogromna pisarska spuścizna życia, która mogłaby napawać dumą każdego autora. Przeorysza ostrożnie przesunęła dłonią po skórzanej oprawie tomu Scivias. Tym razem jednak nie miała powodu do radości. Dopóki dzwony milczały, głosy sióstr były niesłyszalne, a zakaz realizowano z okrutną konsekwencją, dopóty dla przeoryszy z klasztoru Rupertsberg życie się zatrzymało, jakby pokryła je warstwa lodu. Wszystko zastygło w bezruchu. Czyżby jej starania były daremne? Hildegarda zbliżała się właśnie do osiemdziesiątki, jej ciało się zestarzało i było zmęczone. Za każdym razem, gdy znajdowała się na granicy życia z powodu licznych chorób, na jakie cierpiała, odzyskiwała motywację i siłę do działania dzięki wskazówkom od Pana, które otrzymywała w swoich wizjach. Problemów miała aż nadto.
Odstawiła księgę na półkę i wyjrzała przez okno. Lato wciąż jeszcze uśmiechało się ciepłem i światłem, barwami kwiatów i wonią dojrzewających owoców. W dole połyskiwały fale rzeki Nahe, a nieco dalej wiła się w dół srebrna wstęga Renu.
Podobnie jak wody strumienia, życie Hildegardy odpływało od niej. Początkowo powoli, a później coraz śpieszniej, tak jakby chciało prześcignąć strumień, omijając równocześnie wiry; na koniec znów zwolniło i stało się bardziej przewidywalne. Nie! Nowicjat w klasztorze, później zaś pełnienie posługi na stanowisku przełożonej i mistrzyni, a na koniec przeoryszy, miały jednak sens! W każdym razie Bóg pobłogosławił ją łaską wizji i swoim wsparciem. Czy nie zawiodła Pana Stworzenia? Czy zawsze postępowała zgodnie z Jego oczekiwaniami? Hildegarda długo jeszcze stała przy oknie. Ponieważ siostrom nie wolno było bić w dzwony, jedna spośród nich wzywała towarzyszki na godzinki i na Anioł Pański za pomocą drewnianych polan, uderzając jednym o drugie na krzyż. Siostry ustawiły się w dwuszeregu i w ciszy pomaszerowały do prezbiterium.
Jednak Hildegarda tym razem nie brała udziału w nabożeństwie. Słyszała mamrotanie sióstr i tonus rectus3 siostry prowadzącej modlitwę. Bez oprawy śpiewanej skryta głębia znaczenia psalmów nie mogła zostać wyrażona. Przeorysza zamknęła oczy i spojrzała w przeszłość...
Bermersheim, rok 1098
- Obawiam się, że to będzie trudny poród - westchnęła Mechtylda, małżonka wielmożnego Hildeberta z Bermersheimu. Byli właśnie w drodze do Alzey, do doktora, który zajmował się również położnictwem. Dla pewności chcieli zasięgnąć dodatkowej porady. Lekarz nie miał odbierać porodu dziesiątego dziecka w rodzinie. To było zadanie położnej, która pomogła przyjść na świat już dziewięciorgu starszym latoroślom. Dwukonna bryczka, którą Hildebert osobiście powoził - nie chciał powierzać cennego ładunku żadnemu furmanowi ani służącemu - jechała powoli.
Mechtylda leżała na grubej warstwie poduszek, co amortyzowało wstrząsy, o które - mimo ostrożnej jazdy - było nietrudno. Ostatnia burza spowodowała obrywy skalne, a zdradliwe kałuże, które powstały w wąwozie, miały nieprzewidywalną głębokość. Podczas nieobecności rodziców domostwem opiekował się Drutwin, ich najstarszy syn. Mimo że nie ukończył jeszcze osiemnastego roku życia, doskonale radził sobie z gospodarskimi obowiązkami. Sumiennie nadzorował prace w obejściu i na polu, a służącymi i parobkami kierował niczym doświadczony rządca. Posiadłość w Bermersheimie robiła imponujące wrażenie. Oprócz łąk, winnic i rozległego kawałka gruntu w skład inwentarza wchodziły również dwa młyny wodne. Do tego wszystkiego, poza głównym budynkiem mieszkalnym, należało doliczyć liczne budynki czeladne, stajnie, spiżarnie oraz kościółek i lecznicę. Zabudowania były otoczone wałami i murem ochronnym. Do środka prowadziły bramy. W niespokojnych, pełnych niebezpieczeństw czasach teren wyznaczony granicą wałów służył także jako azyl dla rolników mieszkających na stałe poza jego obrębem. W oddali na wschodzie, w zależności od tego, gdzie znajdowało się akurat słońce, fiołkowym błękitem lub szmaragdową zielenią mieniły się wyżyny nad doliną Renu, daleko na zachodzie rozciągały się zaś nierówne wzniesienia Lasu Palatynackiego.
Droga do Alzey nie była długa. Pokonanie tego odcinka w kierunku południowym wymagało dwóch godzin marszu piechotą, podróż pojazdem dwukonnym trwała natomiast godzinę. Jednak tego dnia jazda wydłużyła się o pół godziny. Lekarz podejrzewał u Mechtyldy niewydolność łożyska. Poważnie kiwając głową, stwierdził, że po dziewięciu porodach nie jest to niczym dziwnym. Przepisał kilka leków wzmacniających, a ponieważ znał kompetentną położną i cenił jej sumienną pracę, z ufnością odesłał pod jej opiekę ciężarną, udzielając jej wielu zaleceń i dobrych rad.
Miesiąc później na świat przyszła córka barona Hildeberta z Bermersheimu i jego małżonki Mechtyldy z grodu Merxheim w dolinie Nahe. Mimo przewidywanych komplikacji poród przebiegł bez zakłóceń, dziewczynka była jednak słaba i delikatna. Nadano jej imię Hildegarda - "ta, która chroni przed wojną".
- To dziecko przysporzy nam wielu zmartwień - westchnęła matka.
- Słabość fizyczna nierzadko rekompensowana jest siłą duchową - pocieszał ojciec. - Może się zdarzyć, że nasze oczekiwania wobec Hildegardy spełnią się z nawiązką.
Początkowo jednak dziecko wymagało wiele troski. Z bladą jak kreda twarzyczką, często zanosząc się od płaczu, leżało w kołysce, którą niania delikatnie wprawiała w ruch. W pierwszych latach życia dziewczynka przebyła wszelkie możliwe choroby wieku dziecięcego. Równocześnie jednak była otoczona opieką starszych sióstr, Irmgardy, Odilii, Judyty i Klementii, które, gdy tylko mała Hildegarda nauczyła się chodzić, pozwalały jej brać udział w swoich zabawach i psotach. Bracia Hugo, Radulf i Roryk w owym czasie już studiowali, tak więc z rzadka tylko towarzyszyli siostrom w szalonych psikusach i wesołych figlach. Z każdą kolejną wiosną, która po długich zimowych miesiącach wzmacniała siły witalne drobnego ciała, dziewczynka rozkwitała, wkrótce jednak różne dręczące ją bezustannie problemy zdrowotne znów ją osłabiały i cały proces odzyskiwania sił rozpoczynał się na nowo. Krzywica przykuła Hildegardę do łóżka na dłużej; rodzice obawiali się, że z tego powodu ich córka nieprędko będzie w stanie samodzielnie chodzić. Jednak nieoczekiwanie dziecko pokonało chorobę, jego nogi odzyskały siły i dziewczynka wstała z łóżka.
Niania często brała ją na ręce. Była ona roztropną, doświadczoną kobietą, która sama wydała na świat gromadkę dzieci. Hildebert wypatrzył ją w jednym z budynków dla służby. Doceniał jej rubaszny, a zarazem krzepiący serce sposób bycia. Obfitujące w zmiany życie nauczyło kobietę radzić sobie z codziennością. Jednak Mechtylda uważała, że opiekunka ich córki jest osobą cechującą się zbyt małą wrażliwością.
- Nasza Hildegarda to krucha i słabowita istotka. Potrzebuje niani, która ją zrozumie i której będzie mogła w pełni zaufać.
Hildebert nie podzielał wątpliwości żony. Uważał, że silna, emanująca spokojem osobowość, którą nie tak łatwo wytrącić z równowagi, jest odpowiednia dla ich córki.
Hildegarda stosunkowo szybko zaczęła mówić i dało się zauważyć, że dobrze się czuje w towarzystwie swojej niani. Wspólnie spacerowały po łąkach, gdzie wypasało się bydło i gdzie dziewczynka syciła oczy widokiem kwiatów i ziół rosnących wzdłuż drogi. Któregoś dnia Hildegarda, która ukończyła już piąty rok życia, zatrzymała się przy ogrodzeniu pastwiska, obserwując cielną krowę.
- Czy widzisz cielaczka w jej brzuchu? - zapytała nianię. - Z pewnością niedługo przyjdzie na świat. Na czole, grzbiecie i nóżkach ma łatki, ale poza tym jest zupełnie biały.
- Ty to widzisz? - zdziwiła się opiekunka.
- Tak, a ty nie?
- Widzę krowę, która niedługo będzie miała cielaka. Jednak tego, jak on wygląda... Nie, nie jestem w stanie tego zobaczyć.
- Dziwne, myślałam, że każdy może to ujrzeć.
Przez chwilę Hildegarda milczała, podobnie jak towarzysząca jej niania. Wracając do domu, podążała obok opiekunki w całkowitym skupieniu. Na tyle, na ile była to w stanie pojąć swoim dziecięcym umysłem, zrozumiała, że najwyraźniej posiada niezwykły dar.
W domu kobieta opowiedziała matce dziewczynki o tajemniczym zajściu. Rodzice musieli się skonfrontować z tą zagadką.
- Czyż nie mówiłam, że Hildegarda przysporzy nam trosk? - przypomniała Mechtylda.
Wielmożny Hildebert wzruszył ramionami.
- Patrzysz na wszystko zbyt pesymistycznie - odrzekł wymijająco, ale poczuł się nieswojo.
Wkrótce po tej rozmowie urodził się cielak. Był zupełnie biały, tylko na jego czole, grzbiecie i nóżkach widniały łatki. Wyglądał dokładnie tak, jak opisała go mała Hildegarda.
Oczy dziewczynki były jej tajemnicą. Widziała to, co widzieli inni ludzie. Dostrzegała jednak również to, co dla oczu innych było niedostępne. Ten dar wprawiał ją w konsternację, nie wiedziała, co z nim począć. Może była chora? A może szalona? Jak miała odróżnić rzeczywistość od wizji pochodzących z jej wnętrza? Pytała i często otrzymywała odpowiedź: nie, to nie jest świat, w którym żyjemy, ten świat ma inne korzenie. Im głębiej zanurzała się w tę krainę i im częściej o niej mówiła, tym bardziej ludzie zaczynali od niej stronić. Budziła w nich lęk i wprawiała ich w zdumienie. Czy otrzymała ten dar już przy poczęciu, czy wyssała go z mlekiem matki? Czy przemawiał przez nią Bóg? A może padła ofiarą demonów, diabła, który przybrał postać jagnięcia, aby sprawdzić, kogo uda mu się skusić? Hildegarda pozostawała zagadką dla otoczenia. Sama dla siebie również nią była - aż do dnia, w którym zrozumiała, że została wybrana przez Boga, który chciał ludziom uświadomić i przekazać coś, co teraz jawiło się niewyraźnie, niczym zarysy w zabrudzonym zwierciadle.
Hildegarda - młoda, chorowita, ale chłonąca otoczenie wszystkimi zmysłami dziewczyna - postrzegała świat w niezwykły sposób. Gdy ustały zimowe śnieżyce, a kwiecień wypłakał się chłodnym, przetykanym jeszcze płatkami śniegu deszczem, dziewczyna powitała maj z żywiołową radością. Uśpiona przez długie miesiące natura dawała początek nowemu życiu, zasypując świat bogactwem kwiatów i barw. Dusza Hildegardy rozkwitła na nowo w tych tygodniach! W zdumieniu obserwowała przemiany zachodzące w naturze, śledziła fazę przekształcania się kwiatu w owoc podczas zmieniających się pór roku, i w całości tych zmian upatrywała tajemniczych planów Boga. Pewnego razu spędziła cały dzień w zagrodzie dla drobiu, należącej do rodzicielskiego majątku, obserwując, jak kury pomagały pisklętom się wykluwać, a później opiekowały się małymi, puszystymi kłębuszkami. We wszystkich rzeczach widziała Stwórcę władającego światem, który tchnął swego Ducha nawet w niepozorne stworzenia.
- Słońce dogląda wszystko, co znajduje się na ziemi - mawiała - i tak jak kura opiekuje się swoimi pisklętami. Później, wschodząc, sprowadza z sobą pogodny dzień, który daje siłę wszystkiemu, co żyje, podobnie jak kura wyciąga swe młode ze skorupek.
Unoszone siłą wiatru piórko kołysało się w powietrzu. Hildegarda spoglądała za nim, obserwując, jak tańczy, a później opada na ziemię, ponownie się unosi i ciągle drżąc, podąża dalej. Odilia, przechodząca przez dziedziniec do składzika, gdzie przechowywano uprane rzeczy, niosąc zwoje czystego płótna, potrząsnęła głową.
- Siedzisz tu i marnujesz czas. Nie masz nic lepszego do roboty niż gapić się na piórko?
Jednak Hildegarda była tak pogrążona w swoich obserwacjach, że nie odpowiedziała od razu. W końcu rzekła zamyślona:
- Czyż ono nie jest symbolem naszego życia? Czyż ja jestem czymś więcej niż tylko piórkiem kołysanym na wietrze tchnieniem Bożym?
Wiele zjawisk zaobserwowanych w tamtym czasie, które robiły na niej wrażenie i sprawiały jej radość, głęboko zapadło jej w umysł. Określone działania, podejmowane przez ludzi, którzy uważali je za niezbędne i nie zastanawiali się nad nimi, powodowały u Hildegardy ogromne cierpienie. Z trudnością znosiła na przykład widok ryb szamoczących się w sieci.
Jej obserwacje dotyczyły wielu spraw życia codziennego. Wszystkie miejsca - przy kuchennym piecu, gdzie wrzało i kipiało w garnkach, przy kominie w kuźni, gdzie kowal krzesał ogień ze szlaki, lub w stajni, gdzie służka doiła najedzoną krowę - dostarczały setek sposobności do rozmyślań. Kiedyś do refleksji skłoniło ją solidne, regularnie obracające się koło furmanki. Kręciło się wokół własnej osi, samoczynnie ustawało i mimo wstrząsów nieustannie posuwało się do przodu, napędzając bryczkę i transportując ludzi.
Hugo, jeden z braci Hildegardy, ukończył właśnie studia. Udał się na dwór arcybiskupa i wkrótce potem objął urząd duchowny kantora katedralnego. Z trudnością przyszło Hildegardzie pożegnać się z bratem. Wprawdzie droga do Moguncji zajmowała tylko osiem godzin, jednak Hugo nieprędko miał wrócić, a kto wie, czy później, gdy znów się pojawi, zastanie swoją chorowitą młodszą siostrę przy życiu.
- Udajesz się w wielki świat - powiedziała Hildegarda. - Poznasz książęta i prałatów, być może nawet samego cesarza. Oby nie sprawiło to, że o mnie zapomnisz.
- Będę do ciebie pisał - obiecał brat.
Wiadomości, które później, zgodnie z przyrzeczeniem, przekazywał, wstrząsnęły doliną Renu i Nahe. Dyskutowano o nich nawet na dworze wielmożnego Hildeberta. Niedługo po narodzinach Hildegardy zakończyła się pierwsza wyprawa krzyżowa, w rezultacie której zdobyto Królestwo Jeruzalem. Teraz jednak ujawniony został haniebny postępek króla: w 1105 roku Henryk wtrącił swojego ojca do więzienia znajdującego się w pobliżu grodu Nahe Böckelheim, a w styczniu 1106 arcybiskup Moguncji koronował wyrodnego syna na Henryka V. Henryk IV mógł uciec z lochu, ale zmarł siódmego sierpnia tegoż samego roku.
O tych mrocznych wydarzeniach dyskutowano również w domu Hildegardy. Ojciec, poruszając tematy polityczne, spacerował wzdłuż komina tam i z powrotem, trzymając ręce splecione z tyłu, na plecach. Matka, nie przerywając szycia, siedziała przy oknie i spoglądała na ponury świat. Rzadko się odzywała. Uważała, że polityka jest domeną mężczyzn, i niewiele z niej rozumiała. Bardzo dobrze wiedziała jednak, że zwierzchnicy Kościoła dopuszczają się niewłaściwych czynów po to, by osiągnąć osobiste korzyści. Hildegarda cierpiała z powodu dwulicowości ludzi, nawet jeśli nie potrafiła zrozumieć spraw politycznych. Czasami otrzymywała od Boga wskazówkę z wyjaśnieniem. Pojmowała zjawiska nie własnym umysłem, a mocą duchową. Była jednak zbyt młoda, aby ubrać swoje opinie w odpowiednie słowa i przekazać je otoczeniu.
- Czas, abyśmy pomyśleli o przyszłości naszego najmłodszego dziecka - powiedział Hildebert pewnego dnia po wieczerzy.
Słońce wcześnie schowało się za chmurami, zapadł zmierzch, a na ścianach płonęły pochodnie. Po długim dniu spędzonym ze swoimi przyjaciółkami na zabawach na pierwszym śniegu Hildegarda udała się na spoczynek. Tego roku zima rozpoczęła się wcześnie. Owoce jarzębiny znajdowały się akurat w szczytowej fazie dojrzałości. A tak bardzo pożądane przez ptactwo czerwone jagody jednoznacznie wskazywały na chłodną i ciemną porę roku.
- Hildebercie, Hildegarda jest naszym dziesiątym dzieckiem. Czy nie powinniśmy jej oddać Bogu, wysyłając ją do klasztoru, i poświęcić państwu Najwyższego w ramach "dziesięciny"?
- Nie wiem, Mechtyldo. Jest delikatna, niemal bez przerwy choruje. W jaki sposób miałaby się dostosować do klasztornych reguł, czy wytrwałaby podczas nocnych modlitw?
- Nie miałam na myśli zwyczajnego klasztoru z surowymi regułami, a raczej klauzurę. Spokojna cela, gdzie mogłaby się modlić i pracować wspólnie z podobnymi sobie, otrzymując zarazem to, co niezbędne do życia.
Hildebert nie odpowiedział. Wyglądał, jakby ważył poszczególne słowa swojej małżonki. Lewą ręką pogładził brodę.
- Znasz Disibodenberg z zakonem benedyktynów - kontynuowała Mechtylda. - Znajduje się tam klauzura, której przełożoną jest wielebna Judyta ze Sponheim.
- Masz dobre rozeznanie - zdziwił się Hildebert. - Nie powinniśmy jednak podejmować pochopnie żadnych decyzji. Prześpijmy się z tym. Wtedy zobaczymy.
Hildebert potrzebował dwóch dni, aby się oswoić z pomysłem powierzenia swojej córki pod opiekę przełożonej klauzury w Disibodenbergu, klasztoru położonego w zakątku pomiędzy rzekami Nahe i Glan. Wielebna Judyta, córka hrabiowskiej pary Stefana i Zofii, była mądrą młodą kobietą. O jej roztropności mówiono w okolicy. Oddawała się surowej ascezie, całymi dniami pościła, biczowała się oraz nosiła szatę pokutną, żelazny łańcuch i pas cnoty. Zdejmowała go jedynie w niedziele, w dni świąteczne oraz na czas choroby. Niektórzy ludzie uważali, że jej oddanie praktykom pokutnym jest przesadne. Hildebert poddał te zarzuty pod rozwagę, ale jego małżonka uważała, że z im większą konsekwencją człowiek odmawia sobie ziemskich przyjemności tego świata, tym większe zasługi będzie miał w niebie. Przeciwko temu stwierdzeniu Hildebert nie znalazł argumentu i tak któregoś wieczoru, po modlitwie, poinformowali córkę o swej decyzji.
Hildegarda nie była zaskoczona. Postanowienie rodziców uznała wręcz za potwierdzenie własnego pragnienia wewnętrznego. Głos, w którym rozpoznała wolę Boga, oraz wizje, jakie coraz częściej ją nawiedzały, już dawno wskazywały jej drogę kontemplacji i modlitwy oraz pełnionej w odosobnieniu, w klauzurze, służby Stwórcy. Najpierw jednak musiała zostać przygotowana do życia na samotnej górze, z dala od rodziców. Pewna pobożna kobieta podjęła się religijnego instruktażu dziewczyny. Upłynęło wiele lat do momentu, kiedy w końcu 1 listopada 1112 roku Hildegarda wraz z inną dziewczyną o imieniu Judyta dołączyły do pustelniczki Judyty ze Sponheim, aby kontynuować przygotowania do pustelniczego życia.
Hildegarda była jednocześnie podniecona i zaniepokojona. Czekała ją ostatnia noc w domu, we własnym łóżku. Kładąc się na spoczynek, wiedziała, że w tym miejscu robi to po raz ostatni. Puchowe łoże było miękkie. Wzięła poduszkę w ramiona jak lalkę i głęboko wdychała zapach gęsich piór. Czuła ich delikatne kłucie. Miała wrażenie, jakby całe dzieciństwo, z przygodami na dziedzińcu, gęganiem gęsi i gdakaniem kur, w całości skoncentrowało się w tej jednej poszewce w ramach ostatecznego pożegnania. Dziewczyna długo nie mogła się wyciszyć. Wciąż budziła się z płytkiego snu, słysząc, jak nocny strażnik trąbi w róg, i nie mogąc się zorientować, którą godzinę oznajmia. Rano była niewyspana. Matka musiała ją dwukrotnie budzić i napominać do mycia.
- Czy dobrze postępujemy, wysyłając to dziecko do Disibodenbergu? - zadała sobie nagle pytanie Mechtylda i przeraziła się na myśl, że wybrała dla córki taki los. Jednak po chwili ponownie przeanalizowała podjęte postanowienie. Dla Hildegardy była to właściwa droga. Nie było odwrotu. Mechtylda otwarła kufer podróżny i zerknęła do środka. Bielizna Hildegardy była starannie poukładana i podzielona na małe zawiniątka. Na wierzchu leżała rzeźba przedstawiająca krzyż z zawieszoną na nim postacią, którą przed laty Hugo własnoręcznie wykonał z drewna lipowego. Figura na krzyżu była ledwie zarysowana. Odwzorowanie postaci było prawdopodobnie zbyt trudne dla rzeźbiarza.
Hildegarda miała na sobie odświętny strój - sięgającą do ziemi suknię z delikatnego, bielonego lnu, na wierzchu płaszcz z zielonego jedwabiu, a jej głowę przystrajał wianek upleciony z białych płóciennych różyczek. Jasne włosy opadały na ramiona. Tak przyodziana pojawiła się przed członkami rodziny i pannami służebnymi. Wśród zebranych obecna była również niania, która ukradkiem ocierała pojedyncze łzy spływające po zmartwionej twarzy. Ostatnie wspólne śniadanie. Hildegardzie z trudem udawało się cokolwiek przełknąć. Ojciec niespokojnie wyglądał przez okno. Konie były już zaprzężone i teraz przebierały kopytami w piachu.
Wyruszyli. Podwórkowy pies skoczył w kierunku Hildegardy, i to tak gwałtownie, że niewiele brakło, a przewróciłby ją na ziemię. Czyżby przeczuwał, że to pożegnanie na zawsze?
- Już dobrze, mój kochany, już dobrze! - Hildegarda pogładziła zwierzaka. Merdając ogonem, próbował się dostać do bryczki, został jednak z niej wypchnięty. Rozległo się świśnięcie bicza.
Hildegarda patrzyła, jak dziedziniec i dworek stają się coraz mniejsze, stapiając się ostatecznie w jeden malutki punkcik. Nie była już w stanie odróżnić osób stojących na zewnętrznych schodach i machających do niej na pożegnanie.
- Czy zetną mi włosy? - zapytała z niepokojem matkę.
Mechtylda spojrzała na męża, a później na córkę.
- Nie, moje drogie dziecko. Nie będą ci teraz ścinać włosów. Być może później, gdy już ostatecznie zdecydujesz się służyć Bogu. Kiedy poświęcisz swoje włosy, będzie to oznaką twojego podporządkowania się Jego woli i regule świętego Benedykta.
- Ale wtedy nie będę mogła już się pokazać przyjaciółkom - wyrwało się dziewczynie. Miała czternaście lat. W tym wieku młode damy przywiązywały wagę do stroju i wyglądu. Zaraz jednak zakryła sobie usta dłonią. - Przecież już nie zobaczę moich przyjaciółek.
- Włosy odrosną - pocieszyła ją matka. - Gdy będziesz już prawdziwą zakonnicą, w święta będzie ci wolno nosić rozpuszczone loki, tak jak dotychczas. Piękne długie włosy podkreślają godność kobiety. Jednak na początku z pewnością będziesz musiała zakładać czepek.
Hildegarda rozważała słowa matki, ale to wyjaśnienie nie do końca ją zadowoliło.
Podróż do Disibodenbergu dłużyła się Hildegardzie w nieskończoność. Mimo że na zewnątrz pyszniły się zieleń i kwiaty, w jej sercu panowała zima. Na brzegu Nahe zobaczyła czaplę. Ptak podciągnął nogę i wydawał się drzemać. Nie wyglądało to na łowienie ryb - w takiej sytuacji czapla byłaby uważniejsza.
- Co się stanie, gdy zaśnie? Czy straci równowagę?
- Nie. Czy widziałaś kamień, który ptak trzyma w swoim długim dziobie? Jeśli rzeczywiście zaśnie, kamień spadnie na jego nogę i czapla zostanie wyrwana ze snu. Natura doskonale to obmyśliła, prawda?
Ojciec Hildegardy przybrał poważny wyraz twarzy i spoglądał z ukosa na córkę. Hildegarda przez moment nie była pewna, czy ojciec mówi poważnie, czy też tylko sobie żartuje. Wtedy jednak wybuchnął śmiechem i przyciągnął córkę do siebie.
Również matka objęła i pocałowała dziewczynę, gdy bryczka zatrzymała się przed bramą klasztoru benedyktynów. Kilku braci zakonnych czekało w gotowości, aby zabrać bagaż. Hildeberta z Bermersheimu i jego małżonkę przyjęto z szacunkiem i honorem. Na powitanie wyszedł im sam opat; ostatecznie Hildegarda otrzymała znaczny posag.
- Witamy w Disibodenbergu - pozdrowił nowicjuszkę.
Hildegarda odwzajemniła powitanie, ale nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Bracia zakonni nie rozmawiali, mieli poważne miny. W tej chwili nadeszła Judyta ze Sponheim, przełożona klauzury. Była ledwie kilka lat starsza od Hildegardy, ale już teraz cechowały ją dojrzałość i niezwykła wiedza. Miała uduchowioną twarz. Chociaż na pierwszy rzut oka wyglądała na osobę surową, spojrzeniem jasnych oczu bacznie lustrowała nowe towarzyszki. Czy w kącikach jej oczu nie migotała jakaś filuterna iskierka?
Wraz z Hildegardą do klauzury w Disibodenbergu dołączyła inna dziewczyna, która, tak jak przełożona, miała na imię Judyta. Była przestraszona, czego nie dało się nie zauważyć. Być może w momencie, gdy wyrażała zgodę na życie w klauzurze, nie była świadoma konsekwencji tego kroku. A może po prostu ją do tego przymuszono? Ojciec i matka Judyty pożegnali córkę, okazując jej znacznie mniej uczuć niż rodzice Hildegardy. Nie zadali sobie trudu pocieszenia dziewczyny. Uśmiechając się, poklepali ją tylko po ramieniu i powiedzieli:
- Będzie ci tutaj dobrze. Nie martw się.
Pożegnanie było krótkie i bolesne. Ostatni czuły uścisk, pocałunek w zalany łzami policzek i bryczka ruszyła w drogę powrotną. Hildegarda długo patrzyła w ślad za nią.