W imieniu króla. Sylwana tom II - Marek Tarnowicz

Kup ebooka

18.00 zł
12.69 zł (12,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Wszyscy czekali na rozwój sytuacji.

- Potwierdzasz, że wsiadłeś na jej wóz bez jej zgody? - zapytał, aby się upewnić, podoficer straży.

- Tak. Chciałem ją...

- A więc nie mam innego wyjścia - powtórzył. - Ona była w trakcie wykonywania zadania dla Królestwa, a ty jej zamierzałeś w tym przeszkodzić. - Strażnik położył mu swoją ciężką rękę na ramieniu. - Są świadkowie. - Spojrzał na dwóch pozostałych strażników. - Do powrotu sędziego spędzisz czas w lochu - orzekł urzędowym i nieznoszącym sprzeciwu tonem.

- Ja?! - krzyknął cwaniaczek i szarpnął się, aby uwolnić ramię z uścisku.

- Właśnie ty. Ona, jak już wspominałem, była w trakcie wykonywania czynności służbowych, a ty jej zamierzałeś w tym przeszkodzić, jak sam powiedziałeś! - powtórzył z naciskiem.

- Ale ona wiozła kradziony...

Kohst nie miał wyjścia. Błyskawicznie go obezwładnił, przyciskając jednocześnie do stołu, a dokładnie do swojego talerza z resztkami jedzenia.

- Dodadzą ci jeszcze jeden zarzut... Opieranie się przy aresztowaniu - wyjaśnił. - A teraz grzecznie, bo złamię ci rękę - uprzedził, pozwalając mu stanąć do pionu. - A chciałem się tylko napić - mruknął pod nosem i pchnął mężczyznę w kierunku drzwi.

- Zaczekamy na ciebie - powiedział jeden ze strażników.

- Nie czekajcie. Jak go wsadzę do lochu, to idę do domu - odpowiedział Kohst.

- Szlag! Pieprzony gnojek - mruknął ten sam.

*

Drzwi się zamknęły za wychodzącymi. Sylwana również wstała.

- Dzięki za towarzystwo - powiedziała. - Idę trochę odpocząć. Jutro też jest dzień - dodała półgłosem.

- Posiedź jeszcze... Może coś nam opowiesz... Ci, których przyprowadziłaś, mówili coś o jakimś smoku - zaczął strażnik.

- No. Miał ponoć dwa łby - potwierdził jego kompan.

- O czym? Smoku? - zapytała zaskoczona, co opanowała do perfekcji. - Dwa łby?

- Tak. Że...

- Oj... Czego to takie kreatury nie wymyślą dla ratowania własnej rzyci. Co byście powiedzieli, będąc w ich sytuacji? Taka dziewczyna jak ja przyprowadziła ich w pętach.

- Masz cholerną rację - kiwnął głową ten, który zapytał. - Ty sama przyprowadziłaś wszystkich, ale przedtem...

- Nie przyprowadziłam wszystkich - sprostowała.

- Jak to... nie wszystkich? - zapytał zaskoczony strażnik. - Pozostali uciekli?

- W sumie można by to tak ująć... Uciekli katu spod topora... ale nie mnie - dodała.

- Co się z nimi... stało? - zapytał.

- Zanim ich tu przyprowadziłam, musieli ich zakopać.

- Czyli... Szlag! - Spojrzał na wystające zza jej pleców rękojeści mieczy. - Nie chciałbym stanąć ci na drodze - powiedział z powagą.

- Przyznam, że jest to... bardzo mądre stwierdzenie - uśmiechnęła się.

- Nigdy się z nimi nie rozstajesz? - zapytał drugi strażnik.

- Czasem i owszem - przyznała. - Ale zawsze mam je pod ręką. Dobra. Pogadaliśmy, ale teraz wybaczcie, idę. - Odwróciła się w kierunku zaplecza kuchennego.

Ruszyła w tamtą stronę. Wywołała dziewczynę i zapytała ją o drogę do domu gościnnego. Nie było daleko. Kilka przecznic od karczmy.

*

Tuż przed nią wyszedł z karczmy mężczyzna, który siedział przy jednym stole z tym, którego rozpoznała jako bandytę. Poszedł tą samą drogą, którą zamierzała ona. Szła wolnym krokiem za nim, a on minął dwa skrzyżowania, a potem skręcił w kolejną przecznicę. Ona poszła dalej prosto. Przed jakimś sklepem rzemieślniczym był stragan. Przystanęła, zaciekawiona. Były tu różnego rodzaju ćwieki, szczypce, młotki, a nawet piły do cięcia drewna. Były też długie kawałki metalu zakończone rękojeściami. Metal był ponacinany w dziwny sposób.

- Co to jest? - zapytała chłopaka stojącego za straganem.

- To jest taki wynalazek z daleka. Można tym robić różne... no... obrabiać metalowe części, ale kowale mogą też tego używać do równania końskich kopyt przed przybiciem podkowy.

- Aa... podkowy - pokiwała głową. - A możesz pokazać, jak tego się używa?

- Nie ma konia... ale mogę to zrobić na tym. - Przyłożył narzędzie do deski stołu i pociągnął raz i drugi.

Spod trącego o drewno metalu posypały się drobne wióry drewna.

- Smarkaczu, nie niszcz mi straganu! - wrzasnął z wnętrza właściciel sklepu.

- Ja tylko pokazuję, co można zrobić zdzierakiem... Właśnie! Tak to się nazywa...

- Zdzierak. Zrozumiałam - pokiwała głową, zerkając dyskretnie przez ramię. - Ale dla mnie nie będzie przydatne. Dziękuję - powiedziała i ruszyła przed siebie, pewna, że zbir, który miał za zadanie ją obserwować, będzie czekał gdzieś dalej. Rozczarowała się, gdyż w drodze do samego domu nigdzie na niego nie trafiła. Różne myśli zaczęły jej krążyć po głowie z tego powodu, łącznie z taką, że jak na bandytę grasującego na gościńcach był zbyt dobrze wyszkolony. Wróciła też myśl, która jej przyszła do głowy w momencie, gdy zobaczyła pień z odrąbanymi gałęziami. Postanowiła przeanalizować to podczas kąpieli. Doszła do wejścia do budynku. Zastukała w drzwi kołatką.

- O co chodzi? - zapytała kobieta, która otworzyła drzwi.

- Wynajęłam tutaj pokój - powiedziała Sylwana.

- Nie przypominam sobie...

- Tak, dziewczyna z karczmy przyniosła moje rzeczy - wyjaśniła.

- A tak. Więc to pani. - Spojrzała na rękojeści mieczy wystające zza jej pleców. - Proszę za mną. - Kobieta odsunęła się na bok, robiąc Łowcy przejście.

- Dziękuję - uśmiechnęła się.

Kobieta zamknęła drzwi.

- Zostały nam pokoje na samej górze, więc tam umieściłam panią.

- Nie przeszkadza mi to. Czy będę mogła się od razu wykąpać? - zapytała dziewczyna.

- Oczywiście. Proszę również przynieść brudną odzież i bieliznę. Jest ładny wieczór, więc pewnie wyschną w nocy.

- Wspaniale. Na pewno przyniosę.

*

Ponieważ sprawców rozboju na gościńcu miała praktycznie pod ręką, a przynajmniej jednego z nich, postanowiła nieco odpocząć i przemyśleć swoje działanie. Kąpiel już nieco ostygła, więc zastukała w metalowy dzban na wodę.

- Coś trzeba? - zapytała dziewczyna, zaglądając do środka.

- Przynieś, proszę, gorącej wody - powiedziała Sylwana.

- Zaraz będzie. - Dziewczyna się uśmiechnęła i zamknęła drzwi.

Sylwana się nie rozczarowała. Gorąca woda została przyniesiona chwilę później. Pusty dzban został wymieniony na pełny.

- Bardzo ci dziękuję - powiedziała Łowca do dziewczyny.

- Nie ma za co. - Pomoc uśmiechnęła się. - Jakby co, to...

- Wiem. Dziękuję - odpowiedziała Sylwana z uśmiechem i wzięła do ręki coś, co było małym garnkiem z długim, drewnianym uchwytem. Nabrała gorącej wody i wlała ją do balii. Miłe ciepło szybko rozeszło się w wodzie. A że nie była głodna, mogła sobie pozwolić na lenistwo. Po dłuższym czasie moczenie się w wodzie trochę się jej znudziło. Wyszła z wody i owinęła się płachtą materiału. Westchnęła i wzięła do ręki miecze oparte o balię. Otworzyła drzwi. Stała za nimi ta sama dziewczyna.

- Dziękuję za kąpiel i pomoc - powiedziała i ruszyła ku schodom.

- Proszę zaczekać... - usłyszała za sobą.

- O co chodzi? - Odwróciła się.

- Tu są jeszcze inni goście i...

- Ach... racja. - Sylwana spojrzała na mokry materiał i prześwitujące przez niego swoje piersi.

- Proszę to założyć. - Dziewczyna podała jej coś w rodzaju długiej koszuli rozciętej pośrodku z przodu, z szerokimi połami.

Sylwana widziała takie wcześniej w innych miejscach noclegowych. Założyła to i szybko przemknęła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi. Za oknem na zewnątrz było już ciemno. Księżyc świecił mocno, ale nie do wnętrza jej pokoju. Usiadła na krześle, podpierając brodę na rękojeściach mieczy, i zamyśliła się. W końcu wstała i oparła miecze o bok łóżka. Zdjęła koszulę, po czym osuszyła swoje ciało materiałem do sucha. Wyjęła z juków czystą koszulę i bieliznę. Założyła wszystko na siebie i położyła się do łóżka. W środku nocy obudziło ją światło księżyca. Musiała wstać i przesunąć krzesło tak, aby zasłoniło jej głowę przed blaskiem. Położyła się ponownie i poprawiła ustawienie krzesła. Poprawiła poduszkę pod głową i ułożyła się wygodnie, zamykając oczy. Leżała, lecz sen nie nadchodził. W końcu obróciła się na drugi bok. Nadal nie mogła zasnąć. "Szlag by to. Teraz nie zasnę", przemknęło jej przez głowę niewesołe spostrzeżenie. Jednak chwilę później usnęła, nie wiedząc kiedy, jak to bywało za każdym razem. Została zaatakowana przez dwóch bandytów jednocześnie. Zrobiła błyskawiczny unik przed ciosem pierwszego z nich, a potem na płaz swojego miecza przyjęła cios zadany przez drugiego. Kątem oka dostrzegła w tym momencie jeszcze kogoś. Ten ktoś strzelił do niej z kuszy. Widziała, jak bełt w zwolnionym tempie leci prosto w bok jej głowy. Szarpnęła się całym ciałem w tył.

*

Głośny brzęk rozbijanej szyby wyrwał ją ze snu w momencie, gdy go usłyszała. Bełt wystrzelony przez kusznika stojącego na dachu sąsiedniego budynku przebił poduszkę niemal w tym miejscu, gdzie przed szarpnięciem się we śnie miała głowę. Pocisk nie trafił też z powodu krzesła ograniczającego pole strzału, a na dodatek uderzenie w szybę zmieniło nieco jego tor lotu, co też miało niebagatelny wpływ na celność. Usiadła na łóżku zaskoczona, lecz zaraz potem błyskawicznie sturlała się z niego na podłogę pomiędzy łóżko a krzesło. W pokoju było prawie ciemno, bowiem księżyc był już w innym miejscu, a jego poświata tylko nieco rozświetlała wnętrze. Momentalnie oceniła sytuację. Wiedziała, że ktoś do niej strzelił. Po szybie zorientowała się, że miało to miejsce z zewnątrz. Miała krótką chwilę, nim kusznik załaduje swoją broń ponownie. Wyjrzała ostrożnie zza krzesła. Dostrzegła kogoś na dachu sąsiedniego domu. Sięgnęła po miecze, gdy naraz pod wpływem potężnego uderzenia otworzyły się drzwi do pokoju, niemal wyskakując z zawiasów. Do pomieszczenia niczym rozjuszone zwierzę wpadła ubrana na czarno postać. Po dwóch krokach ten ktoś z olbrzymią siłą opuścił klingę miecza w miejsce, gdzie był odcisk jej głowy na poduszce. Zabójca był dobrze zorientowany, jak leżała. Gdy ostrze rozpłatało tylko poduszkę i okazało się, że jej nie ma w łóżku, napastnik, robiąc obrót w stronę okna, rzucił spojrzeniem dookoła. Jej koszula była wyraźną, białą plamą. Bez chwili wahania skoczył w jej kierunku. Ona momentalnie wykorzystała swoją moc i wyczarowała magiczny impuls. Niewidzialna energia przesunęła krzesło prosto pod nogi niespodziewającego się tego zabójcy. Impet zderzenia omal nie zwalił go z nóg, ale udało mu się utrzymać zachwianą równowagę. Sylwana błyskawicznie wyciągnęła jeden z mieczy z pochwy, gdy tamten odzyskiwał pionową postawę. Wyczarowała kolejny telekinetyczny impuls, celując w krzesło, które tamten usiłował obejść. Mebel znów wpadł na niego. Zaskoczony, nie wiedział, co się dzieje, a ona już trzymała broń za rękojeść. Błyskawicznie poderwała się na nogi, po czym od razu skoczyła przed siebie, wykonując pchnięcie, przed którym nie miał w zasadzie szansy się osłonić. Chociaż zrobił coś w rodzaju uniku, sztych miecza przebił mu bok, robiąc głęboką ranę. Z trudem się powstrzymał, aby nie wrzasnąć z bólu. Dziewczyna chwilę potem wyciągnęła ostrze z jego boku i wskoczyła na krawędź krzesła. On był przekonany, że Sylwana zechce je pchnąć w jego stronę, więc uniósł nogę, aby je kopnąć w jej kierunku, podnosząc jednocześnie miecz do zadania ciosu. Łowca znów się odbiła, tym razem od brzegu krzesła, i robiąc salto w tył, była zbyt wysoko, aby kopnięte przez niego krzesło mogło w nią uderzyć. On zaczął opuszczać uzbrojoną rękę, ale sufit niezbyt wysokiego pokoju był za nisko i sztych miecza zaczął go rysować, by po chwili się zatrzymać. Nim zabójca zmienił kierunek do zadania ciosu, ona już była w powietrzu. Kiedy ukończyła obrót w powietrzu, krzesło przemknęło tuż pod jej stopami, a ona cięła mieczem, celując w jego tętnicę na szyi. Miał dużo szczęścia, bo nie trafiła tam, gdzie zamierzała, a ostrze wgryzło się nieco wyżej, bo w staw żuchwy, rozcinając go dosyć głęboko razem z mięśniami i ścięgnami tej części głowy. Zamachowiec wrzasnął z bólu i zachwiał się na nogach. Zaraz potem ona opadła na nogi i odskoczyła w tył, poza przestrzeń widoczną przez okno z zewnątrz. Wystrzelony przez kusznika bełt wybił kolejną szybę w oknie, przeszył przestrzeń pokoju, mijając się z nią, i utknął w ścianie.

*

Znów miała kilka chwil na działanie. Zabójca, chwiejąc się na nogach, ruszył w stronę drzwi. Zdawał sobie sprawę, że nie ujdzie zbyt daleko i prędzej się wykrwawi. Na zadawanie pytań nie było czasu, a on i tak by nie odpowiedział na żadne. Sylwana chwyciła za spodnie i błyskawicznie ja na siebie założyła. Równie szybko założyła swoje buty. Złapała za rękojeść miecza i zerwała się na nogi. Zaraz potem usłyszała głośny huk upadającego ciała i odgłosy, gdy staczało się po schodach. Napastnik był przynajmniej nieprzytomny, o ile nie martwy. Rzuciła okiem na dach za oknem. Nikogo tam nie zobaczyła. "Czyli uciekł", skonkludowała w myślach. Zrezygnowała z pościgu, bo i tak by go nie odnalazła. Usiadła na moment na łóżku, aby pomyśleć. Z zewnątrz dochodziły do niej odgłosy kroków. Ktoś szedł po schodach. Błyskawicznie zerwała się na nogi, cofając ramię z mieczem w tył. Trzymając broń na wysokości piersi, ostrożnie ruszyła ku drzwiom. Zerknęła zza futryny. Na górę wchodziła właścicielka domu. Była przerażona i trzęsły się jej ręce.

- Nic pani nie jest? - zapytała Sylwanę, gdy ta stanęła w progu.

- Nic. A dlaczego pani mówi tak cicho?

- Bo... nigdy coś takiego nie miało miejsca w tym domu.

- No tak. Trzeba wezwać straż miejską, aby to wszystko zobaczyli - powiedziała Łowca. - Mogę prosić o inny pokój?

- Tak, tak. Oczywiście... Ale dlaczego...

- Dlaczego ja byłam ich celem? Nie mam pojęcia - odpowiedziała. - Jestem tu za krótko, aby ktoś aż tak mnie znienawidził... Chociaż? - dodała z zastanowieniem.

Kobieta patrzyła na smugi krwi na podłodze. Inni goście przestraszeni wyglądali ze swoich pokoi.

- Proszę wysłać kogoś po strażników, a ja się przeniosę i... Nie będę się przenosiła, tylko się spakuję - zdecydowała pod wpływem myśli, wchodząc do pokoju.

Kobieta weszła za nią.

- Nie zostanie pani...

- Nie. Czuję, że może być więcej trupów, jeżeli zostanę. - Zaczęła wycierać klingę miecza.

- Jest środek nocy i bramy są zamknięte. Przygotuję pokój i chociaż prześpi się pani do rana - nalegała gospodyni.

- W takim razie dobrze. Dziękuję - powiedziała dziewczyna, podnosząc pochwę miecza.

Wsunęła go do niej. Kobieta wyszła, a ona postawiła przewrócone krzesło i zaczęła na nim układać składaną przez siebie garderobę. Potem wszystko wpakowała do sakw. Spojrzała na bełt w ścianie, potem na zniszczoną poduszkę z leżącym na niej bełtem.

- Szlag! Miałam dużo szczęścia - mruknęła do siebie.

- Pokój jest gotowy - usłyszała głos dochodzący z korytarza.

- Idę - odpowiedziała głośno, zdając sobie sprawę, że nadal będzie na tym samym piętrze.

Zaledwie położyła na podłodze bagaż, usłyszała na schodach stukot podkutych butów. Jakiś tubalny głos chciał z nią rozmawiać. Wzięła do ręki jeden z mieczy i wyszła na korytarz.

- To o mnie chodzi - powiedziała. - Opiszę całą sytuację, bo rano opuszczam miasto - poinformowała.

Opowiedzenie całości zajęło jej kilka chwil. Jednocześnie oprowadziła strażnika po poprzednio zajmowanym pokoju, pokazując to, co musiał widzieć.

*

Wychodziła ze stajni, prowadząc za sobą osiodłanego konia. Niespodziewanie wierzchowiec zarżał niespokojnie. Sylwana zwolniła nieco tempo, rozpinając jednocześnie kurtkę, którą miała na sobie, robiąc lepszy dostęp do gwiazd zawieszonych na pasie i sztyletu w pochwie za plecami.

- No chodź - powiedziała łagodnie do zwierzęcia, odpinając wolną ręką jedną z gwiazd.

Przycisnęła ją palcem do wnętrza dłoni, a dłoń odwróciła gwiazdą do swojego uda, aby nie było widać, że coś w niej trzyma. Wyszła na zewnątrz, lekko mrużąc oczy. Mimo wczesnej jeszcze pory dnia na zewnątrz było znacznie jaśniej niż w stajni. Przez szpary pomiędzy deskami wrót uchylonych tylko na tyle, aby mogła swobodnie wyjść, dostrzegła niewyraźny kształt. "Jeden", przemknęło jej przez myśl. Wzrokiem szukała innych, jednocześnie nasłuchując, czy nie zaskrzypią deski dachu. Szybko przemknęła spojrzeniem po dachach i oknach najbliższych domów. Niczego niepokojącego tam nie dostrzegła. Na dachu było spokojnie, więc pozostała druga połowa wrót. Spojrzała na nią przelotnie. Niczego podejrzanego nie zauważyła. Miała dwa wyjścia. Iść dalej albo wyjść przez nieduże okno w ścianie stajni. To drugie rozwiązanie było związane z powrotem do wnętrza stajni, ale dawało szansę zaskoczenia napastnika.

- Szlag! - zaklęła, gdy zdecydowała się na drugie rozwiązanie. - Zaczekaj tu chwilkę - powiedziała do konia i zarzuciła rzemień wodzy na metalowy hak do podtrzymania skobla przy zamykaniu wrót.

Szybko wróciła do wnętrza i równie szybko wskoczyła na okno, a potem wyskoczyła na zewnątrz. Tamten nie był głupi, bo gdy tylko wskoczyła na okno, usłyszała oddalający się od stajni stukot butów. "Czyli był sam", skonkludowała w myślach. Nie wiadomo dlaczego, ale przyszedł jej do głowy kusznik, który wczoraj w nocy strzelał do niej z dachu, a potem stamtąd uciekł. Obeszła stajnię od strony, po której była, i wróciła do konia. Doszła do wniosku, że już raczej nie dowie się, kto stał za zamachami. Wyprowadziła wierzchowca na zewnątrz, po czym wsiadła na niego i ruszyła wolno ku bramie miasta. Strażnicy patrzyli na nią, jak podjeżdża.

- Żegnajcie - powiedziała do nich i uniosła rękę w geście Łowców.

- Omijaj... - zaczął do niej mówić jeden z nich.

- Krozo! - powiedział, upominając go, dowódca.

- Bywaj - poprawił się strażnik i uniósł rękę w geście pożegnania.

- Żegnaj - powiedział krótko inny. - Pomogłaś nam i dzięki tobie mamy jednego zbira mniej - dodał, gdy ich mijała.

- To dobra wiadomość - odpowiedziała i przejechała przez bramę w murze otaczającym miasto.

Jadąc przed siebie, zastanawiała się, jak długo będzie musiała czekać, aż banda opuści miasto. Z drugiej strony nigdzie się jej nie śpieszyło. Jechała, spoglądając odruchowo na drogę przed siebie i na pobocza. Nie zwalniając tempa jazdy, zwróciła uwagę na całkiem niedawne ślady końskich kopyt. Przed nią jechał ktoś na koniu, a obok niego szło trzech pieszych. W pewnym momencie piesi skręcili w las, a jeździec pojechał dalej. "Pewnie myśliwi", przemknęło jej przez głowę. Co prawda mury były jeszcze w miarę widoczne z tej odległości, lecz zwierzyna prawdopodobnie była przyzwyczajona do ruchu na drodze. "Chyba nie muszą jej szukać zbyt daleko", skonkludowała w myślach. Niespodziewanie z lasu wyjechał ktoś na koniu i skierował się na trakt. Wjechał na niego i zatrzymał wierzchowca na środku drogi, blokując przejazd. "Ciekawe", pomyślała.

- Jesteś Sylwana? - zapytał mężczyzna siedzący na koniu.

Miał ponury wyraz twarzy, całej pokrytej bruzdami zmarszczek.

- Możliwe - odpowiedziała i uderzyła swojego konia obcasami, kierując go nieco w bok, aby ominąć przeszkodę.

- Stój! - powiedział głośno i napastliwie. - W imieniu króla jesteś aresztowana! - wykrzyknął.

- Zjedź mi z drogi - powiedziała spokojnie.

Mężczyzna nie zareagował na polecenie, lecz sięgnął po miecz i szybkim ruchem wyciągnął go z pochwy przy boku.

- Zmuszasz mnie...

- Jakiego króla reprezentujesz? - zapytała go nieoczekiwanie, dostrzegając ruch w zaroślach, skąd wyjechał.

Ten nie odpowiedział, jedynie uderzył konia ostrogami i ruszył na nią, gwałtownie zmuszając konia do galopu na dzielącym ich dystansie. Nie miała wyjścia i błyskawicznie dobyła jeden ze swoich mieczy, po czym skierowała swojego konia też prosto na niego. W ostatnim momencie szarpnęła wodzami lekko w bok, wyjmując jednocześnie stopę od strony napastnika ze strzemienia i podciągając ją na wysokość siodła. Gdy się mijali, zrobiła paradę, przyjmując zadany przez niego cios na płaz swojego miecza, i błyskawicznie wyprowadziła kopnięcie, trafiając go w bok. Tamtym zachwiało w siodle, ale nie spadł z niego. W następnym momencie włożyła nogę w strzemię i zawróciła swojego wierzchowca, i znów go uderzyła obcasami do większego wysiłku, aby dogonić napastnika. Niestety jej koń nie był rumakiem bojowym, toteż nie zareagował, jak powinien. W kolejnym okamgnieniu, gdy napastnik machnął mieczem, co wyglądało dla niej jak sygnał, błyskawicznie przechyliła się w siodle, podciągając nogę na długość rzemiennego pasa ze strzemieniem, i zawisła na kolanie, chowając się za koniem. Dobrze wyczuła intencje bandyty. Spomiędzy krzewów ktoś wystrzelił z kuszy i pocisk zamiast trafić w nią, przeleciał nad siodłem. Wskoczyła ponownie na siodło i uderzyła wierzchowca obcasami, ponaglając do szybszego galopu. Napastnik spojrzał przez ramię, a gdy zobaczył, że ona nadal siedzi w siodle, zwolnił i powstrzymując konia, zawrócił go niemal w miejscu. Jeden krótki oddech później to ona go zaatakowała błyskawicznym pchnięciem. Sparował zadany cios, a zaraz potem ciął mieczem, celując w jej głowę. W ostatnim momencie wychyliła się w tył, poza zasięg klingi jego broni. Sztych ostrza o długość palca przemknął od jej oczu. Gdy miecz ją minął, uderzyła konia piętami, aby doskoczyć do niego. On przewidział jej działanie i sam uderzył swojego wierzchowca ostrogami, aby zwiększyć dystans. W tym czasie spomiędzy krzewów wybiegło trzech kolejnych napastników, których wcześniej wzięła za myśliwych. Dwóch z nich miało kusze, ale na szczęście dla niej tylko jeden miał broń naładowaną. Ten właśnie przystanął i uniósł ją do ramienia, celując w Sylwanę.

*

- Napadli na nią! - wrzasnął jeden ze strażników przy bramie.

Na jego okrzyk pozostali wybiegli z wartowni przed bramę.

- Szlag! Trzeba jej pomóc! - krzyknął inny, robiąc ruch, jakby zamierzał pobiec w tamto miejsce.

- Stój! To nie jest nasz problem! - powstrzymał go dowódca.

- Jak to nie nasz! To jest na terenie należącym do miasta!

- Co tu się dzieje? - usłyszeli za plecami głos dowódcy zmiany, na której był Kohst.

- Napadli na tą Łowcę... Sylwanę - powiedział strażnik.

- To nie jest nasza...

- Skończyłeś już służbę, więc idź do domu - poradził mu zmiennik. - A to zostaw nam. Horan i Styc, ruszajcie jej z pomocą! - wydał rozkaz.

Wyznaczeni strażnicy nie byli ułomkami, a na dodatek całkiem nieźle władali mieczami. Bez zbędnych słów ruszyli od razu w kierunku starcia Łowcy z bandytami. Idąc, widzieli, jak pada postrzelony z kuszy koń dziewczyny, a ona zeskakuje z siodła. Zaraz potem upadł na ziemię jeden z bandziorów, łapiąc się za gardło. Łowca z dwoma mieczami w dłoniach ruszyła szybkim krokiem ku dwóm pieszym bandziorom. Na płaz swojego miecza przyjęła cięcie zadane przez jednego z nich i zaraz potem sama zrobiła fintę przed ostrzem drugiego, po czym cięła go mieczem na wysokości bioder. Napastnik nie zdążył zareagować na jej błyskawiczną odpowiedź i padł na ziemię z rozciętym brzuchem. Nim ten pierwszy zdążył ją zaatakować ponownie, jeździec spiął konia ostrogami i ruszył na nią z uniesionym do zadania ciosu mieczem. Sylwana zrobiła zastawę przed mknącym ku niej ostrzem, które dźwięcznie zabrzmiało przy zderzeniu się obu kling, a zaraz potem zrobiła błyskawiczny półobrót i potężnym kopnięciem w kolano wytrąciła go z równowagi. Gdy cios dotarł do celu, usłyszała głośne chrupnięcie kości. Odskoczyła w tył, obracając się ku galopującemu jeźdźcowi. Ten był niemal tuż obok niej i wkładając w to całą swoją siłę, właśnie opuszczał klingę. Dziewczyna zrobiła unik, a ostrze, nie trafiając w nią, przecięło ze świstem powietrze. Zaraz potem odskoczyła jeszcze bardziej w tył. Wykorzystując większy dystans, błyskawicznie umieściła jeden z mieczy pod pachą drugiej ręki i tym samym ruchem odpięła od pasa gwiazdę. Cisnęła nią ledwie zauważalnym ruchem, celując w gardło napastnika. Rzucona z ogromną siłą i prędkością czteroramienna broń przemknęła w okamgnieniu krótki dystans i utkwiła w gardle jeźdźca. Ona już trzymała w ręce, którą rzuciła gwiazdą, miecz, szukając wzrokiem tego, którego okulawiła. Ten, widząc, co się dzieje i że od miasta idą strażnicy, kulejąc zaczął, a w zasadzie tylko usiłował uciec. Sylwana, nie śpiesząc się zbytnio, przełożyła do drugiej ręki miecz i odpięła następną gwiazdę, po czym z wprawą cisnęła nią, celując w jego drugą nogę. Ostrze gwiazdy wbiło się w udo i zbir runął na ziemię. Z zaciśniętymi ustami, w grymasie bólu na twarzy spojrzał przez ramię w tył.

- A ty spędzisz sporo swojego życia w lochu - powiedziała, dochodząc do niego.

Otarła oba miecze o jego ubranie i zaczęła umieszczać je w pochwach na plecach. Ranny sięgnął ręką do gwiazdy, aby ją wyciągnąć z rany.

- Zostaw! - syknęła poirytowana. - Zanim jednak trafisz do tamtego miejsca... odpowiesz na moje pytania - powiedziała to głosem nie wróżącym niczego dobrego.

*

Chwilę później dotarli do tego miejsca strażnicy miejscy. Miny mieli nietęgie, gdyż w drodze widzieli, co się wydarzyło. Patrzyli z niedowierzaniem na trzech zabitych w tak krótkim czasie. To dawało do myślenia, z kim mieli do czynienia. Sylwana stała nad czwartym bandytą i się uśmiechała. Nie reagowała na jego obelgi i groźby. W końcu coś do niego powiedziała. Ten nie zareagował na jej słowa.

- Zamknij się albo utnę ci język - zagroziła.

Nadal ją przeklinał. Z rozmachem kopnęła go w tyłek. Poskutkowało, ale na krótko. Nie mając wyjścia, pochyliła się nad nim, sięgając po coś ręką. Zbir wrzasnął głośno z bólu, przerywając w końcu potok przekleństw. Strażnicy podeszli do nich.

- Tego do lochu za napaść - powiedziała krótko, wyciągając gwiazdę z jego nogi.

Ten znów wrzasnął. Otarła o jego spodnie krew.

- Biorę konia - stwierdziła i ruszyła w tamtym kierunku.

Po drodze do miejsca wyjęła kolejną gwiazdę z szyi tego trafionego najwcześniej. Do tego momentu zbir zdążył się wykrwawić i już był martwy.

- To tym go zabiłaś? - zapytał jeden ze strażników.

- Tamtego też - zwrócił uwagę drugi.

- Tak - potwierdziła. - To bardzo niebezpieczna broń - pokiwała głową.

- No... widzę, ale żeby... i z takiej odległości - pokręcił głową, nie dowierzając.

- Tak to już jest - uśmiechnęła się, przypinając gwiazdę na miejsce.

Ruszyła ponownie do konia. Jeździec, oparty piersią o łęk siodła i ze zwisającymi bezwładnie rękami, dogorywał. Był jeszcze na tyle przytomny, że spojrzał na nią zamglonymi oczami. Ona pokiwała głową, jakby odpowiadała na niezadane pytanie, po czym sięgnęła do gwiazdy i wyciągnęła ją. Wytarła jej ostrze o jego kurtkę i przypięła ją na puste miejsce. Obeszła konia i wyjęła ze strzemienia stopę trupa, a potem pchnęła go. Zwłoki przeleciały przez grzbiet konia i runęły na ziemię. Przeszła na poprzednie miejsce i wyjęła ze strzemienia drugą nogę, która nadal w nim tkwiła. Strażnicy patrzyli ze zdumieniem na to, co robiła. Wskoczyła na grzbiet wierzchowca i rozejrzała się dookoła. Zdała sobie sprawę, że strzemiona są za nisko. Wyregulowała ich długość, nie zsiadając, i wsunęła w nie stopy. Stanęła w nich. W sumie było tak, jak powinno być.

- Bywajcie - pożegnała się z nimi, unosząc rękę w geście Łowców.

- Bywaj - odpowiedzieli kolejno.

Ruszyła traktem przed siebie. Jakieś pół dnia drogi przed nią była banda. Tego dowiedziała się od rannego zbira.

*

Kers stał na drugim końcu ulicy z założonymi na piersi rękami i patrzył na idącego w jego kierunku Ren zu Khana. Pirat szedł w asyście dwóch strażników miejskich. Po kilku krokach idący zorientował się, kim jest obserwująca go postać, którą omijają ludzie idący ulicą. Z trudem przełknął ślinę, ale szedł nadal, jakby nic się nie wydarzyło. O jego zdenerwowaniu świadczyło to, że od czasu do czasu bezwiednie dotykał rękojeści rapiera przy lewym boku na pasie. Łowca stał i patrzył. Nikt nie zwrócił uwagi na sytuację. Czasem tylko ktoś, kto mijał strażników, patrzył na nich z lekkim zaskoczeniem, widząc ich w niecodziennej sytuacji. Jak do tej pory nigdy nie eskortowali nikogo innego poza więźniami. W końcu Ren zu Khan zaczął mijać Kersa. Strażnicy, poznając Łowcę, skinęli mu głową, a on odpowiedział im tym samym gestem. Pirat odetchnął z ulgą dopiero, gdy znalazł się kilkanaście kroków za nim. Łowca nieco się odwrócił, patrząc za odchodzącymi. Myślał o tym, po co pirat przyjechał do stolicy. "Czyżby jego obecność miała coś z tym wspólnego?", przemknęła mu przez głowę myśl. Osobiście nie wierzył w przypadki. Z różnymi innymi myślami ruszył w kierunku siedziby Namiestnika, gdyż obok niej miał się spotkać z wysłannikiem króla. Idąc wolnym krokiem przez plac ze straganami, spostrzegł jednego z młodszych Łowców oglądającego wyroby metalowe różnych rzemieślników. Skręcił w jego stronę. Młody mężczyzna również go dostrzegł i odłożył oglądany sztylet.

- Co tu robisz, Kers? - zapytał.

- O to samo mógłbym zapytać ciebie - odpowiedział zapytany.

- Muszę sobie co nieco dokupić - westchnął Łowca. - Spotkałeś kogoś na szlaku?

- Nie. A ty?

- Też nie. Jakieś ciekawe wieści? Co z Sylwaną?

- Sam zamierzałem właśnie zapytać cię o to samo - uśmiechnął się Kers. - Wiesz, jak to jest - wzruszył ramionami. - Dobra robota - wskazał na sztylet. - Stal nie jest nasza, ale wykonanie już tak.

Wziął go do ręki, chwilę trzymał w dłoni, ściskając i rozluźniając chwyt, a potem zwinnie przełożył go niemal niezauważalnie palcami na wskazujący palec i sprawdził, jak jest wyważony.

- Można powiedzieć, że jest idealny - pochwalił. - Weź go. Jest naprawdę...

- Wiem. Miałem taki sam... Nawet ma ten sam znak - pokazał na cechę. - O?! A o tym tylko słyszałem - pokazał na niezbyt grubą rurkę z przymocowanymi do niej paskami do zapięcia.

- Też o tym słyszałem - potwierdził Kers. - Używają tego skrytobójcy daleko za południowymi wyspami.

- Może powinienem sobie kupić. - Wziął do ręki broń skrytobójców i zaczął z uwagą oraz ciekawością oglądać.

- Będziesz w naszej kwaterze w mieście? - zapytał Kers.

- Już byłem i... Ale dobra. Napijemy się - młodszy Łowca uśmiechnął się.

- Napijemy się i pogadamy - zapewnił Kers. - To do zobaczenia. Kup sobie ten sztylet.

- A to...

- To jest wyrzutnia - podpowiedział sprzedający towar.

- Wyrzutnię też? - zapytał odchodzącego.

- Bo ja wiem? Sam zdecyduj, czy ci się przyda. - Kers miał wyrobione zdanie co do nowinek w ich fachu.

Raczej nie wszystkie się sprawdzały, a niektóre wręcz zawodziły w krytycznym momencie.

*

Redakcja: Anna Wołodko

 

 

Skład DTP: Joanna Bianga

 

 

Projekt okładki na podstawie pomysłu autora: Joanna Bianga

 

 

 

 

 

 

 

Copyright ? 2023 by Marek Tarnowicz

 

 

 

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książkijest możliwe tylko na podstawie pisemnej zgody autora.

 

 

 

 

 

 

Wydanie I

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ISBN: 978-83-66192-16-4

 

 

 

 

 

 

Dziękuję Panu Boguza wytrwałość.

 

 

Książkę dedykuję Nali, naszej kotce, która spędziła razem z nami 18 lat.

 

Dołączyła do karawany w miasteczku, z którego kupcy wyruszyli dwa dni temu. Roten, którego spotkała w tym miasteczku, powiedział jej, że w okolicy grasuje banda, a że było jej po drodze, to postanowiła dołączyć do niego. Teraz ona jechała z karawaną, a on podążał tuż za nią, idąc niestrudzenie krok w krok i niejednokrotnie przedzierając się przez gęsty las obok traktu.

- Zeris, nie widzisz gdzieś tych bandziorów? - zapytała mentalnie.

- Z tej wysokości nie widzę. Jest taka gęstwina, że nawet mój wzrok nie jest w stanie przez nią przeniknąć - odpowiedział.

- No tak... Bez smoczego kła... Mogliby już wyleźć ze swoich nor - stwierdziła.

- A co? Nudzisz się?

- I tak, i nie. Nie nawykłam do takiej roboty.

- Masz okazję do nawiązania nowych znajomości, jak to określacie, z samcami swojego gatunku - przekazał odkrywczą myśl.

- Coś sugerujesz? - zaśmiała się, co prawda bezgłośnie, ale na jej ustach pojawił się uśmiech.

W tym samym momencie spojrzał na nią jeden z wojowników ochrony i spostrzegł to. Pomyślał, że ona uśmiecha się do niego, i przejechał pomiędzy wozami, aby ją zagadnąć.

- Skoro jesteś Łowcą, to może pokażesz mi parę sztuczek? - zapytał dwuznacznie.

- Co chcesz? - zapytała, przerywając rozmowę z gadem.

- No... Pytam, czy nie pokazałabyś mi parę swoich sztuczek? - powtórzył pytanie już mniej pewnie.

- Sam powiedziałeś, że moich... Nie zdradzamy technik walki Bractwa. To mogłoby nam zaszkodzić w przyszłości, jakby się rozeszło - wyjaśniła uczciwie.

- No... Szkoda. A co robisz, jak...

- A ty, co jesteś taki ciekawski? - przerwała mu. - Chyba na samym początku powiedziałam wyraźnie, że nie szukam żadnych znajomości, więc... Wracaj na tamtą stronę - mimo wszystko uśmiechnęła się.

- Dobra. W porządku... Ja tylko chciałem pogadać - wyjaśnił, mijając się z prawdą.

- No to pogadaliśmy, a teraz nie mam ci nic więcej do powiedzenia - uśmiechała się nadal.

Wojownik łypnął na nią nieprzychylnym wzrokiem, po czym uderzył wierzchowca ponaglająco ostrogami i odjechał.

- Jak tam Zeris? Nadal nic nie widzisz? - zapytała mentalnie.

- Jak cokolwiek zobaczę, to dam ci znać. Coś taka niecierpliwa? - zapytał.

- Przecież wiesz... Śpieszy mi się do stolicy, aby zakończyć sprawę z Namiestnikiem.

- Znasz moje zdanie. Wątpię, abyś ją zakończyła tak po prostu. Sama powiedziałaś, że Namiestnik jest skoligacona z rodziną królewską, a to spora przeszkoda - przypomniał jej.

- Zmuszę ją do przyznania się i...

- A jak to zrobisz? Jesteś tylko Łowcą. Przemyślałaś to do końca?

- Miałam dosyć czasu... Ciągle o tym myślę... Zmuszę ją i tego pirata do powiedzenia prawdy. Po tym, co zrobili z Kserandiną...

- A widziałaś tam któreś z nich? Z dwóch magów jeden zginął... Ten drugi... Nawet nie wiesz, kto nim jest. Może już zatarł ślady za sobą?

Słyszała to za każdym razem i za każdym razem nie potrafiła na to znaleźć odpowiedzi.

*

- Jak myślisz... będzie tradycyjnie... Czy... czy wymyślą coś innego? - usłyszała pytanie.

Spojrzała w bok. Właśnie podjeżdżał do niej jeden z kupców.

- Nie mam pojęcia - wzruszyła ramionami. - Jak dla mnie... to sposób zatrzymania karawany jest bez znaczenia - odpowiedziała. - Tu nie da się nic wymyślić - dodała.

- Taa... W sumie... No tak... Masz rację - pokiwał głową.

- Najgorzej będzie, jak zaczną...

Nie dokończyła zdania, gdyż jeden ze strażników ochraniających karawanę krzyknął głośno, po czym opadł plecami w tył i zsunął się z siodła.

- Rozproszyć się! - wrzasnęła najgłośniej jak potrafiła Sylwana, wyręczając tym samym dowódcę drużyny ochraniającej karawanę.

Jej okrzyk widać był sygnałem dla drugiego kusznika, który na ten moment musiał czekać, gdyż w następnej chwili wystrzelony bełt pomknął w jej kierunku. Ona już dobywała swojego oręża i tym samym ruchem odbiła go klingą miecza w bok. Melodyjnie brzęknęła stal klingi w zetknięciu z hartowanym w ogniu drewnem. Bełt, koziołkując w powietrzu, minął zaskoczonego kupca i wpadł w krzaki.

- Kryj się! - krzyknęła do kupca i uderzyła wierzchowca obcasami, widząc wybiegających spomiędzy drzew bandytów.

Banda była ustawiona z obu stron traktu i zaatakowała wojowników ochrony jednocześnie z dwóch kierunków. Łowca jeszcze raz uderzyła konia obcasami i w kłusie wpadła z impetem na jednego ze zbirów. Ten, widząc, że nie zdąży uciec spod kopyt, chciał okaleczyć jej konia, lecz ona pociągnęła za wodze. Gdy wierzchowiec momentalnie stanął w miejscu, pociągnęła za nie jeszcze raz, zmuszając zwierzę do skręcenia łba, a sama, wykorzystując impet, wychyliła się w siodle przed siebie, zadając zaraz potem cios mieczem. Bandyta zaczął robić unik przed ostrzem, ale zaczął go zbyt późno i sztych miecza rozpłatał mu bok szyi. Z rozciętej tętnicy trysnęła krew. Łowca uderzyła konia obcasami, zmuszając go do dalszej jazdy. Gdy ruszał z miejsca, ogarnęła wzrokiem sytuację, obracając się w siodle. Największa grupa bandytów była przed nią. Zobaczyła trzech zbirów, którzy otoczyli jednego z wojowników ochrony. Szybko skierowała wierzchowca w tamto miejsce. Jadąc, odpięła od pasa czteroramienną gwiazdę, po czym cisnęła nią z wprawą w najbliższego nich. Pocisk w okamgnieniu przemknął do celu i trafił napastnika w odsłonięty kark, przebijając się pomiędzy kręgami szyi. Jego uniesiona do zadania ciosu ręka opadła bezwładnie, a zaraz potem on sam zwalił się na trakt. Jeden z dwóch, którzy zostali, ruszył jej naprzeciw. Ona uderzyła wierzchowca obcasami, zmuszając go do gwałtownego skoku przed siebie. Zwierzę posłusznie wykonało to, co chciała, a ona po wyciągnięciu stopy ze strzemienia obcasem zdzieliła bandytę w głowę.

*

Nie miał czasu, aby zasygnalizować Sylwanie, że są coraz bliżej zasadzki, nie zdradzając jednocześnie swojej obecności. Bandyci zaczęli wybiegać na trakt, co pozwoliło mu na podejście niemal na miejsce rozpoczętej właśnie walki. Gdy patrzył z niewielkiej odległości na starcie, jego wzrok padł na leżącą na ziemi kuszę, z której strzelał wcześniej jeden ze zbirów. Niemal obok niej leżał futerał na bełty. Zwracając uwagę na to, aby sam nie został dostrzeżony przez walczących ze sobą, zbliżył się ostrożnie do porzuconej broni. Wziął kuszę i futerał, po czym nadal zachowując ostrożność, wycofał się nieco głębiej w las. Obejrzał broń i naciągnął cięciwę, a pod zacisk włożył bełt. Spojrzał w kierunku traktu i uśmiechnął się do swoich myśli. Wyjął z futerału dwa pozostałe bełty i wsunął je za pas, a futerał rzucił na ziemię. Podszedł bliżej traktu i stanął za pniem dużego drzewa. Wyjrzał zza niego ostrożnie. Dostrzegł coś, co go zainteresowało. Za jednym ze stojących wozów skradał się pochylony ku ziemi jeden ze zbirów. On popatrzył w miejsce, do którego tamten zmierzał. Pomiędzy wozem a koniem następnego wozu walczył zaciekle z dwoma bandytami jeden ze strażników. "No to po nim", przemknęło mu przez głowę. Mimo wszystko nie zamierzał tego tak zostawić, tylko mu pomóc. Tym bardziej, że skradający się robił wszystko, aby dopomóc w tym, co mu zaświtało w głowie. Postępował tak, jakby czytał w jego myślach. W końcu zbir zaczął wstawać, wynurzając się zza wozu, aby na niego wejść i stamtąd zaatakować wojownika. "No dalej, dalej", ponaglał go myślami, unosząc jednocześnie kuszę do strzału. Wodził bronią za bandytą, czekając na dogodną sytuację. W pewnym momencie poczynania skradającego się przestały mu ułatwiać zadanie.

- Szlag! - zaklął cicho pod nosem i sam ostrożnie zaczął zmieniać swoją pozycję, nieustannie celując w bandytę.

Na taki strzał, o jaki mu chodziło, miał zaledwie okamgnienie i wykorzystał to bezbłędnie. Łowcy zabijali skutecznie i precyzyjnie. Wystrzelony bełt trafił napastnika w bok szyi na wysokości tętnicy, rozcinając ją, i poleciał dalej. W następnym momencie trafił kolejnego z bandytów. Był to jeden z tych, którzy atakowali we dwóch wojownika. Bełt z niezmiennie olbrzymim impetem wbił się mu tuż obok skroni. Obaj trafieni upadli tam, gdzie byli. Ten ostatni, już martwy, w jednej chwili na ziemię, a ten pierwszy zwalił się na wóz z krzykiem, gdzie się wykrwawiał. Wojownik zmarł w bezruchu z powodu zaskoczenia, czego omal nie przypłacił życiem. Pomogło mu wyszkolenie, gdyż w ostatnim momencie zrobił unik przed pchnięciem zadanym mieczem przez tego drugiego. Potem zrobił zastawę, przyjmując na płaz miecza drugi cios. Zrobił zwód i po nim kopnął w rękę przeciwnika, podbijając ją do góry. Na koniec sam zrobił wypad, przebijając mieczem zbira. Było po walce. Pamiętając o nagłym zdarzeniu, pośpiesznie zerknął za siebie i w bok. "Pusto", przemknęło mu przez głowę. Było pusto, gdyż Łowca był już w innym miejscu i rozglądając się na polu starcia, ładował kuszę. Dostrzegł rejteradę jednego z bandytów przed nacierającą na niego na koniu Sylwaną. Tej chyba nie zależało na pochwyceniu uciekiniera, gdyż zawróciła konia i pośpieszyła na ratunek innemu wojownikowi.

*

Postanowił to wykorzystać, lecz nie chciał do tego celu używać kuszy, aby oszczędzić bełty. Był przekonany, że tamten, uciekając w las, był pewien swojego bezpieczeństwa, więc nie rozglądał się na boki. Łowca niezauważenie dobiegł do miejsca, gdzie ich drogi musiały się przeciąć. Wprawionym ruchem wyciągnął miecz i wyskoczył niespodziewanie na zaskoczonego zbira. Ten zdążył tylko spojrzeć w miejsce, gdzie dostrzegł kątem oka ruch. Nim dotarło do niego, z kim ma do czynienia, padł z rozpłatanym gardłem na krzaki, gdzie się wykrwawił. Łowca otarł klingę o ubranie leżącego, po czym schował ją w pochwę na plecach. Trzymając przed sobą kuszę, ruszył w stronę traktu, patrząc uważnie dookoła. Nie niepokojony przez nikogo, doszedł niemal do czoła karawany i stanął tu za drzewem. W tym miejscu trwała zacięta walka, gdyż bandytów było niemal drugie tyle co wojowników. Ochrona karawany dzięki półpancerzom i kolczugom była bardziej odporna na ciosy oraz rany, toteż dzięki temu powoli, aczkolwiek sukcesywnie rosła ich szansa na przełamanie ataku napastników. On postanowił im w tym pomóc. Wybrał w tym celu najroślejszego ze zbirów, który całkiem nieźle władał toporem, i wycelował dokładnie w niego. A że miał czysty strzał, bez wahania nacisnął spust broni. Bandyta, unosząc topór do góry, aby zadać cios, zachwiał się, po czym runął bezwładnie na ziemię przed koniem wojownika. Z jego ciała na wysokości serca wystawał niewielki kawałek drzewca bełtu z lotkami. Z początku jego kamraci tego nie spostrzegli, gdyż byli zbyt zajęci walką, lecz gdy niemający już przeciwnika jeździec zaatakował ich, wspierając broniących się wojowników, zorientowali się, że coś jest nie tak. Łowca w tym czasie załadował ostatni bełt i czekał na jakąś wyjątkową sytuację, gdy niespodziewanie nadjechała Sylwana. Ponieważ nie miała już do dyspozycji gwiazd, została jej walka mieczami. W pełnym galopie wpadła w grupkę zbirów znajdujących się pomiędzy lasem a wozem. Pierwszego z nich stratował wierzchowiec, a drugiego cięła mieczem, zadając śmiertelną ranę. Zawróciła konia i zaatakowała ponownie w ten sam, bo skuteczny sposób. Lecz tym razem bandyci byli już przygotowani na powtórkę i usiłowali jej pokrzyżować plany. Jeden z nich podniósł z ziemi leżącą nieopodal włócznię, po czym zrobił zamach, aby nią cisnąć w nadjeżdżającą dziewczynę. Łowca, trzymający kuszę przy ramieniu, aby jej użyć od razu we właściwej sytuacji, skierował broń w niego i nacisnął spust. Wystrzelony pocisk w okamgnieniu przeleciał niewielką odległość i wbił się z impetem w pierś zbira. Ten opuścił głowę, spoglądając na miejsce, gdzie został trafiony, i uderzył plecami o burtę wozu, by na koniec osunąć się na ziemię. Zaraz potem Sylwana zaatakowała ponownie mocno zredukowaną grupę, kładąc trupem najbliższego z nich. Nagle przenikliwy gwizd rozniósł się po okolicy. Był przeciągły i świdrujący. Bandyci w jednym momencie przerwali walkę, po czym rzucili się do ucieczki.

*

- Jeden zabity, trzech rannych - powtórzyła Sylwana słowa kupca. - Może to źle zabrzmi, ale rachunek nie jest taki zły - skomentowała.

- Prawda - pokiwał głową. - Tym bardziej, że ich zginęło ponad tuzin... - zamilkł na chwilę. - Tobie to wszystko zawdzięczamy i twojemu kamratowi z Bractwa. Mogłaś o nim...

- Powiedzieć? - dopytała po niedomówieniu. - Jego pomoc to zupełnie co innego... Tak wyszło. On tu był, aby iść ich śladem do ich kryjówki - wyjaśniła. - A to wezmę - pochyliła się i po odczepieniu wzięła ładownicę z bełtami, którą miał na pasie zaczepioną jeden z bandytów.

Otworzyła ją, aby sprawdzić, ile ich jest. Było kilka sztuk.

- Mogą być potrzebne - skomentowała z zadowoleniem. - Reszta jest wasza - powiedziała i wsiadła na konia.

- Zaczekaj, a zapłata? - zapytał.

- Racja... Zrobimy tak... - myślała przez chwilę. - Za zabitych przez nas przekaż pieniądze wdowie tego, który zginął. Jej będą bardziej potrzebne niż nam. Tym bardziej, że to nie jest koniec roboty - dodała. - Bywajcie. - Uniosła rękę w geście Łowców i ruszyła wolno w las.

Gdy przejechała pomiędzy pierwszymi drzewami, zorientowała się, że jest za bardzo zarośnięty, aby jechać konno, i zsiadła na ziemię. Szybko odnalazła wydeptany w panicznej ucieczce przez zbirów szlak. Z początku szło się nim jak traktem. Po dłuższym czasie oceniła, że trop jest mniej czytelny, ale nadal dobrze widoczny, a do tego skręca w bok. "Coś tam musi być", przemknęło jej przez głowę. Niespodziewanie usłyszała zew drapieżnego ptaka. Dotyczył ptaka, który nie występuje nigdzie w Królestwie, a ona od razu wiedziała, co to oznacza. Zwolniła kroku i położyła wierzchowcowi dłoń na łbie pomiędzy oczami, aby go mieć pod kontrolą, by nie parsknął, co zdradziłoby ich obecność. Po prawej stronie lekko poruszyła się gałązka jakiegoś krzewu. Wyglądało to, jakby jej machała, przywołując jednocześnie do siebie. Wolno, jak dotychczas, skręciła w tamtą stronę.

- Wejdź za krzew - usłyszała szept.

Zrobiła to. Za krzewem siedział Krant.

- Mają wystawione straże - wyjaśnił.

- Co tam jest? Jakiś jar? - zapytała.

- Nie podchodziłem, bo czekałem na ciebie, ale chyba coś w tym rodzaju. Jeden ze strażników siedzi na takiej platformie zbudowanej na drzewie, a inne drzewa przed nią wykarczowali, aby go nikt nie zaskoczył - wyjaśnił.

- Masz jeszcze kuszę?

- Mam, ale...

- No to teraz masz - odczepiła ładownicę z bełtami od siodła i podała ją Łowcy.

- To problem mamy rozwiązany, bo tamten też ma kuszę.

- Widziałeś większe drapieżniki? Chciałam po drodze zostawić konia - powiedziała.

- Większych nie widziałem. Sama drobnica - dodał.

- Chyba nie zajmie to nam zbyt wiele czasu, więc zostawię go tutaj - zdecydowała i przywiązała go do gałęzi tak, aby mógł skubać trawę. - A jakby co, to się najwyżej zerwie - westchnęła, bo wówczas będzie musiała podróżować dalej pieszo.

Krant ostrożnie naciągnął kuszę i włożył pod zacisk bełt.

- Będzie dobrze - mruknął i przypiął do pasa ładownicę. - Chcesz chwilę czy zaczynamy? - zapytał.

- Czekaj tu na mnie - powiedziała do konia i poklepała go po szyi. - Idź pierwszy. Wiesz, gdzie go szukać.

*

Krant zatrzymał ją gestem ręki i pokazał kierunek. Popatrzyła w tamto miejsce w przerwie pomiędzy liśćmi. Ponad pięćdziesiąt kroków od nich, między wyciętymi gałęziami była zrobiona platforma z dostawioną do niej drabiną, przybitą do pnia drzewa. Był na niej jeden z pozostałych bandytów. Oparty o poziomą belkę patrzył w kierunku, skąd mogła nadejść pogoń. Od czasu do czasu spoglądał na boki, czy ktoś się tamtędy nie przemyka. Musiał dojść do wniosku, że skoro nikt nie nadchodzi, to już będą mieli spokój do następnego napadu. Stąd pewnie to rozluźnienie u niego. Mało tego, kuszę oparł o pień drzewa za swoimi plecami. Łowca, wpatrując się w strażnika, ruszył ostrożnie równolegle do niego, aby znaleźć lepsze miejsce do strzału. Gdy go minął, znalazł idealną lukę pomiędzy dwoma krzewami. Do tego za tymi krzewami rosło drzewo, dające oparcie dla pleców. Krant odczekał na właściwy moment, po czym ostrożnie wstał i cofnął się pod drzewo, opierając o nie. Wolno uniósł kuszę wyżej i wycelował. Powolnym ruchem ściągnął spust broni. Jęknęła cięciwa, a wystrzelony bełt trafił bezbłędnie w cel. Impet, z jakim wbił się pocisk, cisnął bandytą w bok. Zaraz potem martwy osunął się na deski. Przed spadnięciem uratowało go to, że jedna z rąk upadła za słupek podtrzymujący belkę, blokując tym samym upadek. Sylwana już była w ruchu i biegła w stronę drzewa. Dotarła do niego tuż przed Krantem.

- Wchodzę - powiedziała i rozpoczęła wspinaczkę po drabinie. - Zostawię go tam - uprzedziła.

Chwilę później była na platformie. Zbir był martwy. Gdyby było inaczej, byłaby zaskoczona, gdyż bełt po wbiciu się w jego bok przebił płuco i trafił w serce. Przeciągnęła go pod pień i zostawiła. Odpięła mu od pasa ładownicę pełną bełtów i wzięła kuszę.

- Lepiej bym tego nie zrobiła - powiedziała z uznaniem, gdy zeszła na dół.

- Dzięki. No to ruszamy dalej. - Łowca oparł kuszę o lewe przedramię i patrząc na pozostawione ślady, ruszył w kierunku obozowiska.

Ona zrobiła to samo ze swoją bronią. Szli dłuższy czas, aż dziewczyna wyczuła rozpalone ognisko.

- Dym - powiedziała.

- Yhm - potwierdził monosylabą.

Odeszli od siebie na odległość trzech kroków i nadal zachowując dużą ostrożność, szli dalej. Co jakiś czas przystawali, czekając na ewentualnego zmiennika tego, który był na drzewie. Ponieważ nikt taki się nie pokazywał, szybko ruszali dalej. Chwilę później dotarli do miejsca, gdzie teren się obniżał. Wolno szli dalej i nagle przystanęli. To, co ujrzeli, mocno ich zaskoczyło. To było coś więcej niż zwykły jar. To była mała dolina. Wewnątrz niej stało kilka murowanych chat ze strzechami. Całość tylko na pierwszy rzut oka wyglądała w miarę porządnie. Dopiero po przyjrzeniu się stwierdzili, że to miejsce jest bardziej niż zaniedbane. Na zewnątrz paliło się kilka ognisk. Wokół nich siedziało nieco ponad tuzin zbirów, a kilka kobiet mieszało w kociołkach, gotując strawę. Po ruchach ich było widać, że robią to niechętnie, ale posłusznie, bo nie miały wyboru. Oboje patrzyli na to, oceniając sytuację. Niespodziewanie z jednej z chat wybiegła niemal półnaga kobieta. Płakała i ocierając łzy na twarzy, poprawiała nerwowymi ruchami na sobie ubranie. Ręce jej się trzęsły, więc miała problem z zawiązaniem troczków na lnianej koszuli. Oboje od razu odgadli, co to oznacza. Zaraz po kobiecie wyszedł na zewnątrz przed dom rosły mężczyzna. Oparł się o ścianę z szyderczym uśmieszkiem.

- To skur... - Sylwana nie dokończyła przekleństwa, tylko jednym wprawnym ruchem uniosła kuszę i przyłożyła ją do ramienia, po czym wycelowała.

- Zaczekaj - powiedział do niej Krant.

- Na co? - nadal celowała w zbira.

- To... już się stało... Ale działając pochopnie, możemy to zepsuć - stwierdził. - One mogą tylko na tym stracić... Nawet życie - dodał.

- Co proponujesz? - zapytała, wpatrzona w cel.

- Po bokach są piargi, więc trudno będzie się im po nich wspiąć, aby uciec - zaczął. - Jeżeli będziemy na obu końcach, będziemy jednocześnie kontrolować sytuację. Jeżeli chcesz, zostań tutaj, a ja pójdę na drugą stronę.

- Dla mnie to bez znaczenia, ale chciałabym go już odstrzelić - zgodziła się na jego plan. - W takim razie zostanę - nieco opuściła kuszę. - Nie daj im zaciągnąć do chat tych kobiet - powiedziała. - To by nam utrudniło zadanie.

- Naturalnie. To podstawa - potwierdził. - Daj mi chwilę na dotarcie na miejsce. Dam ci znać - powiedział i poszedł głębiej w las.

Ten oparty o chatę powiedział coś do ludzi siedzących przy najbliższym ognisku, ale tamci go zignorowali. Herszt, bo musiał nimi przewodzić, powtórzył to samo, a gdy nadal nie było reakcji na jego słowa, pochylił się i sięgnął po kamień. Podrzucił go kilka razy na dłoni, a gdy nadal nikt nie zareagował, cisnął nim w najbliższego bandytę. Zaraz potem powtórzył kolejny raz, aby ten poszedł zmienić bandytę na drzewie. Tamten coś mu odkrzyknął ze złością, ale wstał. Sylwana już się wycofała pomiędzy drzewa. Stanęła kilkadziesiąt kroków dalej od miejsca, gdzie było zejście, i oparła o pień drzewa kuszę, aby zbir, idąc, nie miał problemu z jej dostrzeżeniem. Sama ukryła się za pniem sąsiedniego drzewa i odpięła od pasa gwiazdę. Zaczęła nasłuchiwać. Nie musiała długo czekać na pierwsze odgłosy. Tamten szedł niczym wielkie zwierzę, nie zważając na towarzyszący temu hałas. Szedł i ominął miejsce z przynętą, bo obrał inna drogę, niż ona sądziła. "Ech", westchnęła z duchu i skierowała w miejsce obok tamtego drzewa dłoń. Odczekała na właściwy moment i wyczarowała magiczny impuls. Głośny efekt uderzenia magicznej energii w suche gałązki zwrócił jego uwagę. Bandyta wystarczająco szybko zrobił obrót i zdążył jeszcze zobaczyć opadające na ziemię resztki gałązek i roślin. Jego wzrok padł na wystający nieco zza drzewa fragment kuszy. Przez chwilę patrzył w to miejsce niczym zahipnotyzowany. Po namyśle podszedł do drzewa, obchodząc je. Rozejrzał się po okolicy i wziął ją do ręki.

- Zostaw! - powiedziała do niego ostrym tonem Sylwana.

Gdy usłyszał jej głos, błyskawicznie odwrócił się w jej stronę i skierował w nią broń. Już zamierzał nacisnąć spust, gdy nagle czteroramienna gwiazda śmignęła w powietrzu, ciśnięta z wprawą, i wbiła się w jego gardło. Zaraz potem dziewczyna magicznym impulsem wytrąciła mu broń z rąk. Potem wyciągnęła miecz z pochwy i po doskoczeniu do niego zadała śmiertelny cios, po którym runął na ziemię.

- Jednego mniej - mruknęła pod nosem i wytarła klingę miecza o jego ubranie.

To samo zrobiła z gwiazdą i ruszyła do miejsca, z którego odeszła.

*

Ułożyła się wygodnie na ziemi w oczekiwaniu na sygnał. Z jej wyczucia czasu wynikało, że Łowca powinien już być na miejscu. Czekając, sprawdziła mechanizmy kuszy. Wszystko nadal działało bez zarzutu, mimo że trafiła w nią magiczną energią. Ponownie założyła pod zacisk bełt i popatrzyła na obozowisko. Ten, którego zamierzała zabić jako pierwszego, leżał na zwierzęcej skórze i, jak się domyśliła, popijał coś ze srebrnego kielicha. Uśmiechnęła się odrobinę i westchnęła. Nagle z drugiego końca doleciał do niej przyciszony z powodu odległości zew drapieżnego ptaka, którym Krant już się posługiwał.

- Do roboty - mruknęła do siebie i ułożyła się wygodniej na ziemi, po czym wycelowała.

Wybrała odpowiednie miejsce na ciele bandyty i nacisnęła spust. Ten tylko lekko drgnął, gdy trafił go bełt, i głowa mu opadła na skórę. Wyglądało to tak, jakby zasnął. W tej chwili tylko ona wiedziała, że już się nie obudzi. Spokojnie naciągnęła cięciwę i założyła kolejny bełt. Gdy celowała ponownie, jeden z idących przez obozowisko zbirów runął na ziemię niczym ścięty sierpem kłos zboża. Któryś z jego kompanów parsknął śmiechem, pokazując martwego siedzącemu obok zbirowi. Sylwana wybrała takiego, który wchodził do domu. Gdy zniknął pozostałym z widoku, ona ujrzała go w oknie. Brzęknęła zwolniona cięciwa i bełt zabił go chwilę potem. Musiał upaść na coś, gdyż rozległ się hałas, jakby przewrócił stół zastawiony do posiłku dla kilku osób. Nikt z bandytów jeszcze się nie zorientował, że dzieje się coś niedobrego dla nich. Gdy ona ładowała kuszę, obserwując jednocześnie bandę, kolejny z nich, tym razem siedzący przy ognisku, spadł z kłody i zamarł w bezruchu. Kompan spojrzał na niego z politowaniem i odwrócił wzrok z powrotem na ogień, pociągając łyk z flaszki. Zaraz potem musiał sobie jednak coś uprzytomnić, gdyż odwrócił się ponownie w stronę leżącego i spojrzał na niego. Zbir zerwał się gwałtownie na nogi, aby coś krzyknąć. Celny strzał Sylwany powalił go, lecz trochę nieszczęśliwie, bowiem wpadł prosto do ogniska. Dopiero teraz bandyci znajdujący się najbliżej tych dwóch zaczęli coś podejrzewać. Kolejny zerwał się na nogi, ale zaraz runął na plecy po śmiertelnym trafieniu bełtem. Ona właśnie zakończyła naciąganie cięciwy i zaczęła zakładać bełt, gdy inni zerwali się na nogi.

- Łowcy! - wrzasnął na całe gardło jeden z nich.

Inny chwycił za rękę jedną z kobiet siedzących przy ognisku i poderwał ją do góry, stawiając na nogach, po czym przyciągnął ją do siebie, zasłaniając się jak tarczą z jednej strony. Sylwana wycelowała w niego, bo akurat miała czysty strzał, albowiem zbir zasłonił się od strony Kranta. W następnym momencie nacisnęła spust broni. Pocisk śmignął w powietrzu w kierunku celu i trafił go w tył głowy. Puszczona kobieta uciekła z krzykiem w kierunku jednej z chat. Łowca zaczęła kolejny raz naciągać cięciwę kuszy, nieustannie obserwując to, co się działo pomiędzy domami. Bandyci zorientowali się, że niemal połowa z nich nie daje znaku życia i już nie wstanie. Część z nich miała swoją broń w pobliżu, więc chwycili za nią. Dwóch w pośpiechu zaczęło naciągać kusze. Sylwana w tym czasie założyła pod zacisk swojej broni bełt i już wiedziała, kto będzie następny. Obróciła się na brzuch i wycelowała. Nagle ten, w którego celowała, wyprostował się nienaturalnie i pchnięty impetem po trafieniu pociskiem, runął na twarz. Chwilę potem ona przesunęła broń, zmieniając cel. Celowała zaledwie jedno uderzenie serca i nacisnęła spust. Drugi bandyta z kuszą runął na ziemię. Pozostali usiłowali ustalić, skąd do nich strzelano, toteż przez dłuższą chwilę kręcili się w miejscu, wypatrując napastników.

- Do chaty! - wrzasnął w końcu jeden z pozostałych przy życiu, widząc, że pozostanie na zewnątrz tylko pogorszy ich sytuację.

*

Kobiety, widząc, że to nie one są obiektem ataku, doszły do wniosku, że to ich szansa na oswobodzenie się. Kolejno zaczęły uciekać, porzucając to, co robiły. Jedna z nich podniosła załadowaną kuszę i bez zbytniego celowania nacisnęła spust. Bełt w okamgnieniu przeleciał odległość kilku kroków dzielących ją od pleców najbliższego bandyty. Mimo że strzeliła niemal na oślep, pocisk i tak trafił w cel. Wbił się w jego bark. Impet uderzenia obrócił nim na tyle, że zahaczył jedną nogą o drugą i tracąc równowagę, runął na ziemię. Ta, co strzelała, niewiele myśląc, podbiegła do niego i z całej swojej siły uderzyła go trzymaną bronią w głowę, której zbir nie zdążył zasłonić ręką. Ciężka kusza odbiła się nieco od kości jego czaszki i stracił przytomność lub był zamroczony. To, co zrobiła, było chyba dla niej jeszcze zbyt mało, gdyż pochyliła się i wyjęła z jego ręki miecz. Trzymając go oburącz za rękojeść sztychem do dołu, uniosła wysoko nad swoją głowę, a potem opuściła z impetem, celując w serce. Nieprzytomnym wstrząsnęły drgawki i to był koniec jego żywota. Kobieta wyprostowała się, potoczyła spojrzeniem dookoła siebie i uniosła oręż do góry. "Szlag! Jak tak dalej pójdzie, to nie będziemy tutaj mieli roboty", przemknęło przez głowę Sylwanie. Była pełna podziwu dla tego, co zrobiła tamta. Ale wyczyn tej kobiety był pojedynczą reakcją na atak Łowców. Ona tymczasem zdążyła jeszcze raz naciągnąć cięciwę kuszy i założyć pod zacisk bełt. Chwilę potem dostrzegła Kranta schodzącego po pochyłości ku chatom. Miał na przedramieniu ręki opartą broń, gotową do strzału w każdej chwili. Ona upewniła się, że muszą zejść, aby dokończyć robotę, i również wstała. Oparła kuszę dokładnie tak samo o przedramię, kierując ją w stronę chat, i wolnym krokiem ruszyła w dół, wypatrując próby ataku na nich. Kobiety rozpierzchły się na wszystkie strony, a ta z mieczem, oddychając ciężko niczym po długim i forsującym biegu, uniosła broń i wycelowała sztychem w chatę, naprzeciw której stała.

- Wychodźcie, cuchnące śmierdziele! - wrzasnęła. - Wyłazić, tchórze! - wrzasnęła jeszcze głośniej. - Co się z wami stało?! Nie macie teraz jaj?! - krzyczała.

Sylwana dostrzegła ruch w jednym z okien. Odruchowo skierowała w tamto miejsce dłoń ręki, na której podtrzymywała kuszę, i wyczarowała magiczny impuls. Cios niewidzialnej energii okamgnienie później obrócił wystawioną broń w bok. Strzelec nacisnął spust, a wystrzelony pocisk przemknął daleko od kobiety.

- Śmierdziele, nawet celnie strzelać nie potraficie - szydziła z nich kobieta. - Kim...

- Po wszystkim osobiście się z tobą policzę! - usłyszała groźbę nie tylko stojąca naprzeciwko chaty kobieta.

"O ile będzie taka możliwość", przemknęło przez głowę Sylwanie.

*

- Wykazałaś się odwagą, a teraz odejdź! - zawołała z daleka do kobiety Sylwana. - Zostaw już to, bo w końcu możesz zginąć! - naciskała na nią Łowca.

Tamta spojrzała w kierunku, skąd doleciał do niej głos.

- Nie mów mi, co mam... Dziecko! Ty chcesz mi mówić, co mam robić?! - odkrzyknęła jej kobieta.

- Takie są najgorsze - mruknęła do siebie Sylwana. - Trzyma w ręce kawałek metalu i myśli, że jest... - dodała, nie kończąc zdania.

Westchnęła, idąc dalej.

- Wasz dalszy opór nie zda się na nic, więc... Po prostu wyjdźcie stamtąd! - krzyknęła Łowca.

Nikt jej nie odpowiedział. Za to jeden z nich wychylił się z ciekawości, aby zobaczyć, z kim mają do czynienia. Ten moment wykorzystał Krant, bez celowania i unoszenia kuszy wystrzelił z niej. Ponieważ był wystarczająco blisko, bez trudu trafił w cel. Zbir, który się wychylił, z bełtem w szyi wpadł z powrotem do środka. Zaskoczona kobieta zrobiła krok w tył i omal się nie przewróciła, gdy potknęła się o trupa.

- Zeris, jesteś gdzieś w pobliżu? - zapytała mentalnie Sylwana.

- No... w zasadzie jestem niedaleko - odpowiedział gad, odgryzając jednym łbem połowę z upolowanej dziczyzny.

- Mógłbyś nam pomóc w... Jest kilku bandytów zabarykadowanych w chatach w ich obozowisku - wyjaśniła.

- Oczywiście. Dokończę tylko... Chociaż... nie ma za bardzo co kończyć. - Kłapnął szczękami drugiego łba i zaczął żuć to, co zostało. - Zaraz przylecę - obiecał.

- Dzięki, Zeris.

Myślała chwilę nad sytuacją i podjęła ostatnią próbę przekonania ich do poddania się.

- Prawda jest taka, że nikt z nas nie zamierza szturmować ruin, w których siedzicie! Dzięki temu macie okazję wyjść z nich, a nie spłonąć żywcem! - uprzedziła Sylwana. - Wybór należy do was! - dodała równie głośno.

Nikt jej nie odpowiedział. Dłuższy moment trwała cisza.

- Dobre! Masz nas za głupców?! To jest kamień, jak go zamierzasz podpalić?! Ha, ha, ha! - ten, co to powiedział, zaśmiał się głośno.

- Odejdź! - powiedziała zdecydowanie do kobiety Sylwana. - Bo zaraz sama zginiesz! - uprzedziła.

- Pomogę ci podpalić...

- My nie będziemy niczego podpalać! - krzyknęła Sylwana. - Chodź tu do mnie!

- To jak...

- Rusz się i nie dyskutuj! - powiedziała głośno, gdy usłyszała w powietrzu szum smoczych skrzydeł.

Na ziemię zaczął spadać drobny deszczyk ognistych kropli. Czasem spadła większa kropla, która po uderzeniu rozbijała się na mniejsze ogniki. Sylwana mentalnie przekazała Zerisowi, od którego domu ma zacząć.

- Natychmiast uciekaj stamtąd! - wrzasnęła kolejny raz Łowca do kobiety.

Ta, zaskoczona, uderzyła dłonią w głowę, usiłując zgasić jedną z płonących na niej kropli, i rzuciła się biegiem w stronę Sylwany. Dwa uderzenia serca później potężna rzeka ognia runęła z góry na dom, gdzie schronili się bandyci. Kamienny mur wytrzymał uderzenie, ale pośród huku ognia zamknięte drzwi zostały wciśnięte do wnętrza pod wpływem naporu płomienia, a wraz z tym struga płynnego żywiołu wlała się do wnętrza i przez okna. Zaraz potem pod wpływem płomienia zawalił się spróchniały dach. W górę wystrzelił gejzer iskier.

*

Nim ci, co pozostali z całej bandy, zorientowali się, że giną, było już po wszystkim. Zbiry siedzące w sąsiednim domu wybiegły na zewnątrz, jak tylko zobaczyły, co się dzieje. Sylwana wycelowała i nacisnęła na spust. Krant zrobił dokładnie to samo. Przy życiu został ostatni członek bandy. Trzymał oburącz miecz i patrzył dookoła siebie z paniką w oczach.

- Masz okazję to dokończyć! - krzyknęła w upiornej scenerii Sylwana do kobiety.

Płonący jaskrawym płomieniem dom rzucał złowrogie refleksy na ziemię, oświetlając jednocześnie wszystko inne dookoła, w tym ludzi stojących w pobliżu.

- Aaa...! - wrzasnęła kobieta i ruszyła biegiem w stronę bandyty.

Zbir spojrzał na nią i skierował w jej kierunku swoją broń, drepcząc w miejscu. Gdy ta dobiegała już do niego, w powietrzu śmignęła czteroramienna gwiazda i wbiła mu się w skroń. Zbir uniósł nieco wyżej głowę i runął na ziemię.

- Nie miałabyś z nim żadnych szans - powiedział Krant obojętnym tonem.

Z różnych miejsc zaczęły wychodzić kobiety, które wcześniej się rozbiegły. Z obawą patrzyły na Sylwanę i drugiego Łowcę. Ogień trawiący dom nadal buzował i trawił to, co było wewnątrz niego.

- Jesteście wolne! - zaczęła głośno Sylwana, aby zwrócić ich uwagę na siebie. - Możecie wrócić do domów albo udać się, dokąd zechcecie. Nic już wam nie grozi. W stajni są konie, więc jeżeli któraś z was potrafi jeździć... Niech sobie jednego weźmie... No chyba, że mają posłużyć do transportu...

- Tu nic nie ma. Oni wszystko, co zrabowali, sprzedawali - powiedziała jedna z kobiet. - Ale konia wezmę - zapewniła.

- Tak... Sprzedawali - potwierdziła inna. - Taki jeden przyjeżdżał i zabierał to, co mieli. Wiózł to do sąsiedniej wsi, gdzie jest jarmark - dodała.

- Czyli mają wspólnika - stwierdziła Sylwana. - Trzeba to przeciąć całkowicie - zdecydowała. - Jeżeli wiecie, gdzie ukrywali pieniądze, wyjmijcie je i podzielcie między sobą sprawiedliwie. Są wasze - poinformowała je.

- Ja chcę dorwać tego śmiecia i zabić go - powiedziała zapalczywie ta, która zabiła kilka chwil temu bandytę. - Jedzie ktoś z was do wioski? - powiedziała z zaciśniętymi zębami i spojrzała na Łowców.

- Jedziemy - potwierdził Krant.

- Zabierzecie mnie ze sobą?

Łowcy spojrzeli na siebie.

- Zabiorę cię - zgodziła się dziewczyna.

- Idę siodłać konia, tobie też osiodłać jednego?

- Nie. Mam swojego. Ale nie śpiesz się, wyruszymy rano - uprzedziła kobietę. - Ale ty powinieneś sobie jednego wziąć - Sylwana spojrzała na Kranta.

- Nie jest mi potrzebny. Jestem przyzwyczajony do pieszych wędrówek i nigdzie mi się nie śpieszy. Jak mam go dopaść, to dopadnę - odpowiedział.

Tamta mimo wszystko poszła do stajni.

- Chyba znalazły jakieś pieniądze - stwierdziła dziewczyna, widząc zaciętą dyskusję pomiędzy kobietami. - Zobaczę, w czym mają problem - ruszyła w ich kierunku.

- Przyprowadzę twojego konia - zaoferował się Łowca.

- Dziękuję, Krant - odwróciła się i uśmiechnęła do niego.

Miała rację, zaczęły się sprzeczać o pieniądze.

- Spokojnie - powiedziała do nich, gdy podeszła bliżej.

- Czego chcesz?! - zapytała agresywnie jedna z nich.

- Dziękuję, że mogłam wam uratować życie - wypaliła Łowca. - Wszystkie miałyście swoje koszmary, więc szanujcie się nawzajem - powiedziała. - Każda z was powinna dostać tyle samo - zasugerowała obiektywnie.

- Ja tu jestem najdłużej, więc mi się należy najwięcej - odpowiedziała ta sama hardo.

- Jestem przedstawicielem króla i mam prawo w jego imieniu wydawać wyroki, więc pozwólcie, że ja zdecyduję, jak to zostanie rozdzielone. Czy to są wszystkie pieniądze? - zapytała zdecydowanym tonem.

- Raczej tak - odpowiedziała inna.

- W takim razie chodźmy do ogniska - zarządziła Sylwana. - Potrzebne jest światło.

Podeszły do ogniska i usiadły wokół rozłożonej skóry.

- Połóżcie tu wszystko - poleciła.

Dołączyła do nich kobieta, która wróciła ze stajni. Sylwana spojrzała na nią. Miała na plecach miecz.

- Umiesz się nim posługiwać? - zapytała Łowca.

- Umiem - usłyszała odpowiedź.

- Czy aby na pewno? - spojrzała na nią przenikliwie.

- Nie! Nie umiem - odpowiedziała poirytowana.

- To go zdejmij, bo zanim go wyciągniesz... zginiesz - powiedziała dobitnie.

- Zabiłam tego...

- Widziałam. Ale dla swojego dobra zdejmij - poradziła ponownie.

- Ty masz - upierała się, podając inny argument.

- Ja swoich używam do zabijania - stwierdziła i wróciła do pieniędzy.

*

Rano wyruszyli w drogę. Sylwana uniosła rękę w geście Łowców, żegnając się z Krantem, i uderzyła konia obcasami. Za nią ruszyła kobieta. Krant ruszył pieszo w przeciwną stronę. Minęło już południe, gdy dojechały do najbliższej wioski. Ludzi było tu niewielu, chociaż wieś była całkiem spora.

- Pusto jakoś - powiedziała Łowca.

- Większość jest w polu - wyjaśniła kobieta, jadąca obok niej.

Sylwana spojrzał na nią i dostrzegła w niej zmiany. Jej uwagi dotyczące postawy podczas jazdy przyniosły skutek, chociaż jeszcze trochę sztywno trzymała się w siodle. Mijani tubylcy patrzyli na nie bez większego zainteresowania. Na centralnym placu wsi stały dwa wozy z zaprzężonymi końmi. Oba były pokryte plandekami i nie wiadomo, co zawierały, chociaż po załamaniach na tkaninach Łowca domyśliła się ładunku. Zanim zsiadły z koni, do wozów podeszło trzech miejscowych. Spojrzeli na nie spod nieco opuszczonych głów, ale żaden nic nie powiedział.

- Zakopcie ich za wsią, pod lasem - powiedział jeden z nich do dwóch pozostałych. - Zgłoszę to sędziemu, jak do nas zajedzie, to zwrócą nam koszty pochówku.

Tamci skinęli mu głowami. Jeden chciał coś powiedzieć, lecz zanim zaczął, ubiegła go Sylwana.

- Jesteście gospodarzem tej wsi? - zapytała dziewczyna, patrząc na niego.

- Jestem tu starszym wioski - odpowiedział. - O co chodzi?

- Szukam... Szukamy gospody. Jest taka we wsi?

- Tu nie ma, ale kawałek drogi za nami jest - wskazał kierunek.

- A kiedy odbywa się tu handel? Chciałabym...

- To on! - krzyknęła kobieta, wskazując na inaczej nieco ubranego mężczyznę niż ci, z którymi rozmawiały przy wozach.

- Cicho... Chociaż już wie - powiedziała Sylwana, odwracając głowę w kierunku, gdzie patrzyła kobieta.

Ta tymczasem uderzyła konia obcasami, ale nie mając większej w tym wprawy, omal nie spadła z niego, gdy ruszył i zaczął zawracać. Zbir wiedział, że chodzi o niego, i w pośpiechu obrócił się na pięcie, po czym niemal biegnąc, zaczął się oddalać. Łowca uderzyła swojego wierzchowca obcasami, ominęła wozy i ruszyła w pogoń za nim. Nie wiedziała, na co liczył, skręcając w boczną ulicę, bo nie miał szans na ucieczkę przed nią. Dziewczyna odpięła od pasa gwiazdę i cisnęła nią, celując w jego nogę. Gwiazda trafiła go w udo. Rana sprawiła, że runął na ziemię. Ona, zwalniając, podjechała do niego.

- Dokąd aż tak się śpieszysz? - zapytała.

- Napadłaś na mnie i okaleczyłaś mnie! - wrzasnął. - Zapłacisz za to głową!

- Czyżbyś biegł do domu na obiad? - zapytała kpiąco, pomijając jego groźbę. - Fakt... Zraniłam cię, ale od tej rany nie umrzesz i będziesz żył... Chyba - dodała wątpiąco.

- Jak przyjedzie sędzia, to mu powiem, jak postępują Łowcy! - wykrzyknął. - Już ja się o to postaram! - dalej jej groził.

- Łowcy? Skąd wiesz, że jestem Łowcą? - zapytała. - Przecież nie mam przypiętego znaku.

- Widać to po tobie... Masz miecze i... - Usiłował wstać.

W tym samym momencie przyjechała kobieta towarzysząca Sylwanie.

- Ona też ma miecz, czy to znaczy, że jest Łowcą? A może masz coś na sumieniu, że tak nagle zacząłeś uciekać? - zapytała. - Masz? - dopytywała.

- Nic nie zrobiłem! - nadal krzyczał, aby zwrócić na siebie uwagę.

- Ta kobieta twierdzi co innego.

- Kłamie! Nic nie zrobiłem!

- We wszystkim kłamie? - zapytała Łowca.

- Tak! Jestem niewinny!

- A w czym kłamie? Bo ja jeszcze nic nie powiedziałam. Nie powiedziałam, o co jesteś oskarżony. Ale do rzeczy... O co go oskarżasz? - zapytała Łowca, zmieniając całkowicie ton na urzędowy, wyjmując znak Łowcy i przypinając go do kurtki.

- Byłam więziona, chędożona niczym ladacznica w zamtuzie, bita - zaczęła wyliczać kobieta. - Poniżana i zmuszana do... - I w tym momencie zaczęły jej płynąć po policzkach łzy.

- Poważne oskarżenia. On też brał w tym wszystkim udział? - zapytała, wiedząc, co czuje kobieta.

- Też - odpowiedziała i pociągnęła nosem.

- Brał udział w napadach i rozbojach? - pytała dalej Sylwana.

- Tak. Mnie porwali, jak jechaliśmy... On wtedy... - mówiła łamiącym się głosem.

- Łże! - wrzasnął bandyta. - Nigdzie nie byłem i nie znam jej! - wrzeszczał.

- Milcz! - przerwała mu Sylwana i spojrzała na kobietę. - Weź pod uwagę, że takie oskarżenia są karane śmiercią - powiedziała do niej.

- Zabił woźnicę - powiedziała oskarżycielsko, wskazując na niego palcem.

- To przesądza sprawę - zdecydowała Łowca. - Ale pamiętaj, że jeżeli to nie jest prawda, to ty podlegasz dokładnie takiej samej karze - uświadomiła jej dziewczyna.

- Zrobił to wszystko... Pamiętam dobrze ten dzień - dodała i rozpłakała się.

Bandyta był czerwony na twarzy z wściekłości. Na to wszystko nadszedł starszy wioski z grupą ludzi.

*

- Co tu się dzieje? - zapytał postawny mężczyzna. - Kim jesteście? - zadał następne pytanie, patrząc na Sylwanę.

- Reprezentuję króla - powiedziała, pokazując na znak. - On jest ściganym przestępcą, a ta kobieta jest ofiarą i jednocześnie świadkiem jego przestępczych czynów. Ktoś z was go zna? - zapytała, patrząc na grupę mieszkańców.

- No... Wszyscy go znają. Handluje z nami różnymi rzeczami - powiedział za wszystkich starszy wioski.

- A ma papiery jakiegoś Cechu?

- A musi mieć?

- Nie. Pytam tylko, ponieważ są świadkowie, że sprzedaje rzeczy zrabowane kupcom - wyjaśniła.

- Oj tam, zaraz zrabowane... - zaczął starszy wioski, ale pod wpływem spojrzenia Sylwany przerwał. - Skoro mówicie... To musi tak było - pokiwał głową.

- Długo z wami handluje?

- Dobre parę wiosen... Ale my kupowali uczciwie... My nie mamy z tym nic...

- Nie posądzam was o konszachty z tym bandytą - uspokoiła ich. - Nigdy nie słyszeliście o napadach w waszej okolicy? - zapytała.

- Ni - pokręcił przecząco głową.

- Podtrzymujesz swoje oskarżenia? - zapytała kobietę.

- Tak. Przecież byłaś i widziałaś, co się tam działo.

- Dzięki władzy nadanej mi przez króla i w jego imieniu skazuję cię na śmierć za zabójstwo, gwałty, rabunki i sprzedaż zrabowanych rzeczy. Wyrok zostanie wykonany natychmiast - orzekła, patrząc bandycie w oczy.

- To nieprawda! Ludzie, ratujcie mnie! - wrzeszczał. - Jestem niewinny! Nic nie zrobiłem!

- Wykonaj wyrok - powiedziała głośno Sylwana do kobiety.

- Ja?! - ta była zaskoczona.

- Tak ty. Masz okazję wyrównać osobiście wyrządzone ci krzywdy.

- Nie potrafię... Nie... Nie dam rady - pokręciła głową kobieta. - W walce to co innego... Nie potrafię - powtórzyła.

Zbir zaczął wstawać, chociaż noga mu cały czas odmawiała posłuszeństwa. Łowca, nie zważając na to, podjechała bliżej niego. Przełożyła nogę nad łękiem siodła i w tym samym momencie niemal niezauważalnym ruchem wyjęła miecz z pochwy na plecach. W trakcie gdy zeskakiwała, jednym szybkim pchnięciem wbiła mu sztych broni w serce.

- Aa...! - krzyknął ktoś z zebranych mieszkańców wioski.

*

Ognisko zapłonęło momentalnie, a płomienie wystrzeliły wysoko.

- Dzięki - przekazała mentalnie.

- Nie ma za co.

Oparła plecy o kamień i patrzyła w płomienie. Od czasu do czasu dał się słyszeć głośniejszy trzask pękającej w ognisku gałązki, a zaraz potem wystrzeliwał w górę miniaturowy gejzer iskier. Smoczygłów wyczuwał jej nastrój, ale nie ingerował w to. Ona zaś krążyła myślami po ulicach stolicy, obmyślając plan, jak dopaść Namiestnika. Na razie powstrzymywała ją od tego informacja otrzymana od Kersa przekazana przez jednego z Łowców. Chciał się z nią spotkać w tym miejscu. W końcu dziewczyna zamknęła oczy.

- Jak nie przyjdzie do rana, ruszam do stolicy - poinformowała mentalnie gada.

- Daj mu czas do południa - zasugerował Zeris.

- Nie za długo?

- A jeżeli koń mu okulał?

- Zgoda. Niech będzie do południa - przystała na sugestię.

- Lecę zapolować. Zostawić ci coś? - zapytał gad.

- Nie jestem głodna. Dwa dni w gościnie sprawiły, że przesadziłam ze smakołykami. Poza tym w sakwie mam jedzenia na kilka dni.

Zeris nie odpowiedział. Usłyszała jedynie trzask pękających gałęzi, a potem podmuch powietrza sprawił, że płomienie zatańczyły na polanach w ognisku. Cienie przestały skakać dookoła niej dopiero po dłuższej chwili.

- Jedzie - odebrała myśl Smoczygłowa.

- Dzięki, Zeris.

Usłyszała jego konia, gdy był jeszcze w sporej odległości od obozowiska. Niespodziewanie dla niej samej obojętność przekształciła się w zainteresowanie tajemniczym spotkaniem. Kers podjechał na koniu niemal do samego ogniska.

- Witaj, Sylwano - powiedział, nie zsiadając z konia.

- Miło cię widzieć, Kers - dziewczyna wstała. - Będziesz tak siedział na koniu? - zapytała.

Zsiadł, lecz zrobił to trochę sztywno.

- Coś cię boli - zapytała z troską. - Chyba już wiem...

- A takie tam - zbagatelizował, przywiązując wodze do gałązki tuż nad trawą.

Po jego ruchach upewniła się, że jest ranny.

- Co to było? Strzała? - zapytała domyślnie.

- Tak - potwierdził.

- Świeża sprawa.

- Aha.

- To opowiadaj i pokaż...

- Nie ma o czym, a to... jak zwykle zagoi się - przerwał jej kolejny raz. - Ty chyba masz więcej do opowiadania. Zaczynaj.

- Dlatego że mam więcej, zrób to najpierw ty.

*

Usiadł sztywno przy ognisku.

- Od momentu gdy opuściłem stolicę, wiedziałem, że ktoś za mną jedzie. Szybko ich odszukałem wśród jadących. Co dalej... Kiedy na gościńcu mocno się przerzedziło - miał na myśli jadących ludzi - na jednym z rozstajów skręcili...

- Dużo ich było? - przerwała mu opowieść.

- Wyobraź sobie, że tylko dwóch... - zamilkł na moment. - Ale znali się na rzemiośle... Mało jest takich... - znów przerwał. - Dali się jednak podejść i sprowokowałem ich do walki. Ten z łukiem zanim zginął, zdążył mnie trafić strzałą - westchnął.

- To faktycznie musieli być dobrzy - pokiwała głową.

- Obaj walczyli podobnie. Znali parę ciekawych... Nieważne, rano ci pokażę. Obejrzałem ich uważnie. Broń nasza, ale parę detali obcych, a do tego mieli tatuaże... Identyczne tatuaże i w tych samych miejscach. Narysuję ci je.

- Jakieś bractwo... zakon?

- Niewątpliwie. Tylko jeszcze nie ustaliłem jakie, bo nie miałem czasu.

*

Sylwana opowiedziała swoje przeżycia, a potem Kers streścił jej powód, dla którego się spotkali. Dziewczyna z początku patrzyła na niego zaskoczona, ale gdy tylko otworzyła usta, aby skomentować to, co usłyszała, nagle zamknęła je i nic nie powiedziała.

- Chyba się położę - stwierdziła i przesiadła się na pled.

- Jesteś zszokowana. Rozumiem cię. Kserandina nie chciała się zgodzić, ale w końcu tu chodzi o Królestwo...

- Więc nie miała wyjścia - wpadła mu w słowo.

- Mylisz się - zaprzeczył. - Wprost przeciwnie... Powiedziała królowi, że to ty masz podjąć decyzję. Jeżeli się nie zgodzisz, to zostaniesz przywrócona w szeregi Łowców na podstawie specjalnego dekretu króla.

- Dzięki... Będę już spała. - Położyła się i okryła drugą połową pledu. - Tobie z tą raną też radzę to samo - uśmiechnęła się słabo.

- Śpij, ja jeszcze trochę posiedzę - również się uśmiechnął. - Powiedziałem Kserandinie, że wezmę to na siebie. Dam powód, aby mnie wyrzucili z Bractwa, ale...

- Nikt by w to nie uwierzył. Wiem, że tak by było... Zobaczymy rano - powiedziała, chociaż już podjęła decyzję.

Spała dobrze tylko dlatego, że wiedziała, co zrobi. Kers za to wyglądał nieszczególnie.

- Pokaż ranę - poprosiła, gdy tylko się nieco ogarnęła.

- Nie...

- Kers, pokaż - powiedziała z naciskiem.

Zdjął skórzaną kurtkę i koszulę. Na biodrze miał opatrunek. Zrobiony na tyle dobrze, na ile pozwalały mu na to warunki. Odwinął płótno.

- Szlag! - zaklęła Sylwana. - Trzeba zapuścić jeszcze kilka kropli. - Wyjęła zza pasa buteleczkę z wyciągiem z ciernistego ostrokrzewu.

Ścisnęła parę razy ranę, aż wypłynęła ropa, a potem krew. Ostrzem sztyletu wpuściła parę kropel wyciągu.

- Moim zdaniem powinieneś tu zostać przynajmniej cały dzień, a nawet do rana - zasugerowała.

- To chyba nierealne - chciał wstać.

- Leż. Zrobię i tobie coś do jedzenia.

Dłuższą chwilę później jedli śniadanie.

- To ten znak. - Podał jej nieduży kawałek kartki z czerpanego papieru.

Patrzyła chwilę z namysłem.

- To zwierzę... łeb...

- Problem w tym, że nigdy nie słyszałem o takim zwierzęciu. Fakt... może pochodzić z innej... bardzo oddalonej części świata - dodał wyjaśniająco.

- Już je widziałam - przyznała i opowiedziała, jak ją takie stworzenie zaatakowało w ruinach.

- Hm... No to się porobiło - pokręcił w zadumie głową.

- Jakiś mag jest w to zamieszany - stwierdziła. - Zostawiam ci trochę prowiantu i będę ruszała. Muszę kupić konia - westchnęła.

Kers wiedział, że podjęła już decyzję.

*

Siedziała na leżącym w poprzek drogi drzewie, ściętym przez bandytów. To drzewo w przeciwieństwie do innych miało obcięte gałęzie. Patrzyła na wydeptaną dookoła trawę oraz drobne krzewy wyrastające pomiędzy koleinami. Trudno było po pozostawionych śladach wywnioskować, ilu ich było. Jedni twierdzili, że tuzin, inni, że mniej niż dziesięciu.

- Trochę mi zejdzie na zbieraniu informacji, a ty wspominałeś, że jesteś głodny - przekazała mentalnie Smoczygłowowi.

- Nie jest tak źle - odpowiedział.

To enigmatyczne stwierdzenie trochę ją zaskoczyło, gdyż zawsze mówił otwarcie.

- Co ty tam masz? - Spojrzała na okolicę jego oczami. - Ani mi się waż! - aż krzyknęła w myślach.

Z wysokości jakichś stu lub stu dwudziestu kroków widziała małe stadko kóz ze śpiącym przy nim pastuchem. Chłopak spał w najlepsze, chociaż kozy beczały głośno przerażone i szarpały się na postronkach.

- Lepiej sobie zapoluj na coś większego - zasugerowała.

- Ale to one wyglądają tak apetycznie i nigdzie nie uciekają.

- Pewnie, że wyglądają apetycznie. Uwiązane? Ale czy to wyzwanie dla ciebie? - przekazała, aby podrażnić jego naturę.

- O co ci chodzi? Czyżbyś w ten sposób chciała mnie odwieść od tego? - odgadł bez trudu jej intencje.

- Nie inaczej - potwierdziła i niemal się zaśmiała na głos.

- Panienka się śmieje z... z tego? - usłyszała obok siebie niemal obrażony głos.

- Leć już, bo przez ciebie posądzają mnie o niecne myśli, a ja ratuję ich kozy - przekazała Smoczygłowowi i spojrzała na sołtysa. - Nie z tego się śmieję, a w zasadzie uśmiecham... - zaczęła. - Zawsze jest tak samo... - pokazała na powalone drzewo. - Chociaż nie do końca - powiedziała w zadumie.

- Ścięte jest do końca - powiedział zaskoczony sołtys.

- Co ścięte jest... - nie zrozumiała w pierwszej chwili. - Nie - zaśmiała się. - Miałam na myśli gałęzie - wyjaśniła, dotykając jednego z kikutów po gałęzi. - Jeszcze nie spotkałam bandziorów, którzy obcinaliby gałęzie. - Wstała energicznie. - I krwi jakby trochę mało - skomentowała kilka większych, zaschniętych kropel.

- Bo wszyscy uciekli do lasu - wyjaśnił.

- Czyli co... Wozy nie miały ochrony? - była zaskoczona.

- Jacyś zbrojni też byli - poinformował.

- Powiadacie, sołtysie, że zbrojni? - pokiwała głową. - A w co byli uzbrojeni? Kostury? - Odeszła nieco w bok, rozglądając się ciekawie.

Ruszyła w kierunku, skąd wyszli bandyci. Szła po ich śladach, a sołtys dreptał za nią. Zagajnik nie był duży, ale miał kilka sporych drzew. Szybko odnalazła pieniek po tym, które leżało w poprzek kolein. Dookoła było pełno ściętych z niego gałęzi. "Nie chcieli się podrapać przy przeciąganiu czy co?", przemknęło jej przez głowę. "Albo się nudzili", pomyślała. "A jeżeli się nudzili, to znaczy, że... na coś lub kogoś czekali", skonkludowała w myślach. Niespodziewanie wyczuła lekką, magiczną emanację. To ją zaskoczyło. "Jeszcze dzień i nic by po tym nie zostało", pomyślała w zadumie, krążąc wokół tego miejsca.

- Mało krwi - powiedziała wolno do sołtysa. - Ktoś wszystkich pogonił jakimś czarem - zaryzykowała teorię.

*

Chodziła po zagajniku i szukała innych niespodzianek. Poza prowizoryczną latryną i śladami końskich kopyt nic więcej nie znalazła. Sołtys nadal dreptał za nią, jakby ją sprawdzał.

- Dużo ukradli? - zapytała niespodziewanie.

- Kupcy mówią, że prawie wszystko - odpowiedział.

- Prawie wszystko - powtórzyła. - A na co to załadowali? Trzy wozy, a ich góra tuzin. Chcą wyłudzić od was pieniądze - stwierdziła.

- Od nas?! - niemal krzyknął zaskoczony.

- Żartowałam. Nie do was należy pilnowanie traktu. Skarb Królestwa zapłaci, o ile płacili uczciwie podatki. Zresztą... mag już ich przepyta i powiedzą całą prawdę. - Chciała, aby te informacje dotarły do kupców.

Łowcy zawsze tak mówili, aby kupcy od razu podawali uczciwie, co im zrabowano. Ale fakt faktem, że naciągaczy badał mag, a potem już nie było odwołania. Niejeden cwaniak trafił do lochu, chyba że Cech zapłacił za takiego grzywnę.

- Zajmiecie się tym, panienko? - zapytał z powątpiewaniem w głosie.

- A widzicie tu kogoś innego? Co prawda nie mam czasu, bo śpieszno mi do stolicy... ale intrygują mnie ci zbójcy - pokiwała głową.

"Dobrze jest zostawić za sobą kilka informacji, które zapewne dotrą do właściwych uszu, o ile ktoś za mną idzie i je zbiera", pomyślała. Sołtys podrapał się po głowie.

- To chodźmy do wsi... pogadamy - powiedział.

- Za zapłatę chcę konia, ale dobrego. Nie jakiegoś wałacha.

- Panienko, u nas tylko pociągowe do pługa albo wozu - pokręcił głową. - Ciężko będzie.

- Ale mówiliście, że są kupcy i jest ich ochrona. Oni mi dadzą, sołtysie - uśmiechnęła się.

- Idźcie już do chałup! - krzyknął sołtys do ludzi z wioski, którzy nadal stali w pobliżu i przyglądali się.

Sylwana rzuciła okiem na grupkę ludzi, a potem na sołtysa i również ruszyła do wsi. Urzędnik niczym cień nadal dreptał tuż za nią.

- Może poczekacie, panienko, na innych Łowców - zagadnął ją.

- A po co? - odpowiedziała pytaniem.

- Co dwóch... albo trzech...

- Skończcie, sołtysie... W najbliższym czasie nikt tu nie zajrzy, a oni uciekną. Coś mi się wydaje, że za dużo karawan tędy nie przejeżdża, co?

- Ano mały ruch mamy - przyznał szczerze. - Pół dnia drogi stąd są bagna i rozlewiska.

- Widzicie sami... Znudziło się im czekanie i odeszli, ale kogoś zranili i zrabowali towar. Moja robota polega właśnie na tym - dodała. - Pojmać albo... zabić - zakończyła.

- Skoro tak uważacie. - Starszy mężczyzna wzruszył ramionami.

Resztę drogi przeszli w milczeniu.

- Kupcy są tam. - Wskazał ręką na zaniedbaną gospodę, gdy dotarli na miejsce.

- Dziękuję, sołtysie. Jeszcze do was zajdę. Załatwcie mi, proszę, trochę żywności - powiedziała. - Aa... weźcie to. - Podała mu sakwę.

*

Idąc, poprawiła pasy trzymające miecze na plecach. Podeszła do stołu, gdzie siedziało pięciu mężczyzn w lnianych koszulach.

- Jesteście z ochrony tych kupców, którzy tu przyjechali? - zapytała, splatając ręce za plecami.

Ten siedzący najbliżej spojrzał na nią przez krótką chwilkę i potem odwrócił głowę. Odczekała kilka uderzeń serca.

- Widzę, że zatrudnili niemowy - skomentowała ich zachowanie.

- Guza szukasz, dziecko? - wychrypiał jeden z nich.

- Raczej o coś pytam - odpowiedziała z kpiącym uśmieszkiem. - To jak... Zresztą po was widać... Pełny profesjonalizm - zakpiła. - Nie dziwię się, że zwialiście... Chociaż przyznam, że pięciu przeciwko tuzinowi... A było ich tylu?

- Uważaj, co mówisz, bo ciebie rodzony tatuś nie pozna - warknął mężczyzna z raną na przedramieniu.

- Nie trafiłeś, bo ojciec... Zresztą nieważne. Chcę tylko wiedzieć, jak byli uzbrojeni i ilu ich było - powiedziała ugodowo. - A to, że nie podjęliście walki...

- Posądzasz nas o tchórzostwo? - Ten z opatrunkiem zaczął wstawać.

- Spokojnie, Hald. - Siedzący obok niego położył mu rękę na przedramieniu. - Powiedz nam, kim jesteś, a pogadamy.

- Zajmuję się tępieniem takich szkodników jak oni.

- Czyli jesteś...

- Tak - potwierdziła.

- Łowcą? Nie słyszałem o zbyt wielu Łowcach, którzy są niewiastami, ale się zdarzają. Hm... jak cię zwą?

- Możemy to... pominąć - bardziej stwierdziła, niż zapytała.

- Hm... Znaku Łowcy nie nosisz... Nie chcesz wyjawić imienia...

- Skończ to gadanie po próżnicy, Salker.

- Ale ja jestem...

- Nie dziwię się, że... przeciwko wam użyto magii. - Chciała wrócić do tematu, aby uzyskać odpowiedź i odwrócić uwagę od siebie. - A ty masz jakiś amulet, bo nie zrobiłeś tego - spojrzała na rannego.

- Czego nie zrobiłem?

- Podjąłeś walkę i zostałeś ranny - wyjaśniła.

- A ty skąd wiesz o magii? - Bardzo ponury typ spojrzał na nią, sprawiał wrażenie, że cały czas o czymś myślał, a przynajmniej tak wyglądał.

- Bo znam się na tym i sama noszę ochronę przed czarami - skłamała. - To ilu ich było?

- Jedenastu i idź sobie już - powiedział ten ponury. - Jeżeli jesteś tym, za kogo się podajesz... to porównaj swoje szanse i jedź w przeciwnym kierunku - doradził.

- Dzięki za radę - powiedziała.

- Mieli normalną broń, ale dwóch miało tarcze - powiedział jeszcze ponurak.

- Tarcze?

- Tak. Dobrze słyszałaś.

Kiwnęła głową, że rozumie, i odeszła.

*

Zawróciła w połowie drogi, bo zapomniała o koniu, tak ją zaskoczyła informacja o tarczach. Minęła zamyślona stół z siedzącymi przy nim wojownikami i weszła do karczmy.

- Gdzie są kupcy? - zapytała znudzonego gospodarza.

- Śpią - burknął niezbyt głośno.

- O tej porze? - stanęła zaskoczona.

- A co mnie do tego - wzruszył obojętnie ramionami.

Nie miała wyjścia i ruszyła do drzwi. Wyszła na zewnątrz i spojrzała na mężczyzn z ochrony. "Ciężko będzie", westchnęła w duchu.

- Mam jeszcze jedno pytanie do was - zwróciła się do siedzących.

- Czego? - warknął ponurak.

Postanowiła zacząć od pieniędzy. Wyjęła jedną z sakiewek z wewnętrznej kieszeni kurtki i rzuciła ją na stół.

- Potrzebuję konia... Który z was mi go sprzeda? - zapytała.

- Co?! - wychrypiał ten sam. - Wynocha, bo...

- Bo co?! - wpadła mu w słowa.

- Konia? - zapytał ten o imieniu Hald, jakby się chciał upewnić, że o to chodzi.

- To takie...

- Kup sobie od chłopów - warknął ponurak, nie wracając już do gróźb, które zamierzał wypowiedzieć wcześniej.

- Za te pieniądze kupicie sobie dwa i to nie byle jakie - kusiła.

- Dwa, powiadasz. - Hald sięgnął po sakiewkę.

Rozwiązał ją i wysypał zawartość na stół. Zabrzęczały srebrne monety. Wśród nich błysnęła jedna zdecydowanie mniejsza, ale za to złota. Wszyscy oniemieli z zaskoczenia. Ponurak wziął ze stołu nóż i chciał nim dźgnąć tą złotą.

- Zostaw - powiedział Hald. - Bo uszkodzisz - dodał. - No to kupiłaś sobie konia - uśmiechnął się.

- Oczywiście z siodłem - stwierdziła pogodnie, licząc, że przy okazji uda się utargować coś jeszcze.

- Była mowa o koniu. - Spojrzał na kompanów, szukając potwierdzenia.

- To dorzucę za siodło... Dwie...

- Zgoda - nie dał jej dokończyć. - Chodźmy. - Wstał od stołu.

Sylwana wyjęła drugą sakiewkę i dorzuciła dwie srebrne monety. Hald zgarnął wszystko i wrzucił do sakiewki.

- Cholera! Chyba faktycznie jesteś Łowcą - powiedział.

Oboje ruszyli w stronę stajni.

- Sylwana! - usłyszała swoje imię.

Nie zareagowała jednak na nie.

- Wiem, że jesteś Sylwana - powiedział ten sam głos.

- Jeżeli nawet... To jakie to ma znaczenie - wzruszył ramionami Hald. - Chodź - powiedział.

- Pomagasz zbiegowi.

- Ja? Przyłożyła mi nóż do gardła, a za pazuchę wrzuciła sakiewkę - zaprzeczył oskarżeniom. - Poza tym... lepiej dla mnie będzie, jak go jej sprzedam, niż miałaby go wziąć sobie sama po moim trupie - powiedział. - Jeżeli to ona - dodał.

Wysoko w górze przeleciał jakiś olbrzymi ptak.

- Widzę kłopoty - usłyszała w głowie Sylwana.

- Przeleć nisko nad wioską i karczmą, a znikną - odpowiedziała. - Będą mieli co opowiadać dzieciom i wnukom.

*

Dźwięk dzwonu zabrzmiał krótko i z dużej odległości, jakby z zaświatów. Ren zu Khan drgnął niespokojnie w fotelu w swoim gabinecie, a potem zamarł na moment w bezruchu. W tym samym momencie przeleciały mu przez głowę różne myśli, pędzące jedna za drugą bez ładu i składu. "Starzeję się", naszła go refleksja, gdy trochę oprzytomniał. Na szczęście dla siebie był akurat w najbezpieczniejszym miejscu swojego olbrzymiego domu, oczywiście poza skarbcem z grubymi murami i drzwiami do niego pokrytymi grubą blachą. Do jego uszu doleciały niezbyt odległe dźwięki walki, szybko przerywane krótkimi okrzykami umierających Surivańczyków i Kalee. "Szlag! Ilu ich jest?", przemknęło mu przez głowę niespokojne pytanie. Nagle do pomieszczenia wbiegło jakieś dziwne stworzenie. Ryknęło głucho i wybiegło z powrotem pod wpływem chroniących pomieszczenie czarów.

- Uf! - odetchnął z ulgą i głośno pirat.

- Nie za wcześnie na ulgę? - usłyszał wyraźnie pytanie zadane przez kogoś, kogo nie widział.

- Kim jesteś? - zapytał mocno zaskoczony.

- Dla ciebie... śmiercią - padło stwierdzenie.

- Aa... może... ale nie tak szybko, jak ci się zdaje.

- Łudzisz się, że ta magia cię ochroni? Zapewniam, że nie potrwa to zbyt długo.

- Do czasu przybycia wysłanników Namiestnika powinna wytrzymać.

- Są jeszcze daleko...

- Ale już wiedzą, że ktoś niepożądany tu jest.

W powietrzu pokazały się niewielkie wyładowania energetyczne i cichy syk, do złudzenia przypominający syk dochodzący z gniazda węży. Tym samym jedno z magicznych zabezpieczeń zostało zneutralizowane. "Szlag!", przemknęło przez głowę piratowi. Napastnik, który był niewątpliwie magiem, i to dobrym w tej profesji, nadal kontynuował swoje poczynania, bowiem powietrze ponownie zaiskrzyło i zasyczało po zneutralizowaniu kolejnego zabezpieczenia.

- Może się dogadamy? - zapytał niespokojnym głosem Ren zu Khan. - To były te najprostsze czary, z następnymi będziesz miał dużo więcej problemów - zapewnił.

Intruz przemilczał jego propozycję.

- Teraz jest jeszcze czas, a potem...

Przerwał, bowiem doleciały do gabinetu wrzaski i okrzyki wywołane zaciętą walką. Odgłosy się przybliżały.

- To wezwane wsparcie - powiedział dla informacji, licząc, że napastnik odejdzie.

W odpowiedzi na środku gabinetu zawirowała magiczna mgła. Okamgnienie później porażający ryk wypełnił pomieszczenie, a potem zdumiony i przestraszony nie na żarty pirat ujrzał stwora, który chwilę temu tu wbiegł, a potem zawrócił. Stworzenie, sadząc dużymi susami na dwóch łapach, wybiegło z gabinetu na korytarz, jakby coś je goniło. W odpowiedzi na jego pojawienie się rozległy się stamtąd głośne okrzyki wojowników. Gdzieś całkiem blisko brzęknęła cięciwa kuszy wystrzeliwującej bełt, który chyba minął się z celem, bo rozległ się dźwięk uderzenia w kamień. Pocisk trafił w marmurową kolumnę naprzeciw wejścia, krzesząc na niej iskry i upadł na posadzkę.

*

Znów zaiskrzyło powietrze i rozległ się złowieszczy syk. Padło kolejne zabezpieczenie. Pirat położył rękę na dźwigni uruchamiającej zapadnię, do której miał wpaść wraz z fotelem.

- Zablokowana - uprzedził go głos maga.

- To niemożliwe - stwierdził Ren zu Khan zdecydowanym głosem i pociągnął za dźwignię w swoim kierunku.

Dźwignia ani drgnęła. Pociągnął za nią ponownie i ku jego zaskoczeniu efekt był dokładnie taki sam. Odgłosy walki się nasiliły, a po chwili trzech surivańskich wojowników stanęło w drzwiach. W tym samym momencie pomiędzy nimi a niewidocznym magiem zawirował w powietrzu kolejny magiczny wir mgły. Nagle w pomieszczeniu ukazał się podobny do poprzednich stwór, który rzucił się na nich. Tuż przed nimi jednak odbił się nieznacznie od kamiennej posadzki i przeskoczył nad ich głowami. Zanim tamci zdążyli się odwrócić, jeden z obrońców krzyknął głośno i runął martwy pod nogi kompanom. Pozostali cofnęli się.

- Uważajcie! - wrzasnął Ren zu Khan do nich, ostrzegając przed zagrożeniem.

Mag użył zaklęcia do zabicia jednego z nich. Z miejsca, w którym stał, wystrzeliło coś przypominającego lśniący promyk światła. Trafiło odwróconego Surivańczyka w plecy, tuż pod żebrami. Czar przeciął bez trudu metalowy pancerz wraz z mięśniami i rdzeniem kręgowym. Wojownik krzyknął krótko i runął na posadzkę. Ingerencja maga w walkę sprawiła, że musiał od początku zaczynać neutralizację magicznego zabezpieczenia. Gdy i to zabezpieczenie zostało zneutralizowane, zostały mu tylko te, które ochraniały miejsce, gdzie stało sporych rozmiarów ciężkie biurko z fotelem. Mag postanowił sprawdzić, czy magia zadziała. Wyjął więc sztylet i podszedł do biurka. Zabezpieczając się przed działaniem zabójczego czaru, pchnął wprost przed siebie ręką uzbrojoną w broń. Klinga magicznej broni z początku nie napotkała na opór, lecz chwilę potem na jej sztychu pokazały się miniaturowe wyładowania energetyczne. Z każda chwilą ich ilość rosła, a opór nasilał się jeszcze bardziej. Zaczął również odczuwać lekkie mrowienie w ręce trzymającej broń. Na chwilę zaniechał nacisku. Przyjął, że przy takiej odległości od ofiary siła wyładowania energetycznego nabierze takiego potencjału, że w najlepszym razie straci osłonę, która go teraz zabezpiecza, a w gorszej wersji potężne wyładowanie spali go na popiół. Ren zu Khan śledził jego poczynania, bardzo uważnie obserwując zmiany w otaczającym go obszarze. Widział energetyczne wyładowania gromadzące się w jednym miejscu i wiedział, że tam stoi napastnik. Zorientował się też, że to, co się tam dzieje, oznacza, że mag zastanawia się, co ma zrobić. Pirat podświadomie wyczuwał, że chyba zrezygnuje.

- Zaniechaj polowania na dziewczynę i najlepiej nie opuszczaj tego miejsca - usłyszał radę maga.

Zaraz potem gromadzący się ładunek energetyczny samoistnie uległ rozpadowi. On sam i tak nie zamierzał się na razie nigdzie ruszać, przynajmniej do przyjazdu wysłannika i towarzyszących mu magów.

*

Wbrew pozorom wysłannik się wcale nie śpieszył. Wszedł do gabinetu pirata dopiero późnym wieczorem. Domyślał się, że było to spowodowane całą tą zaistniałą sytuacją, ale nie zamierzał się skarżyć. Jeden z magów po wejściu do środka przesunął wyciągniętą ręką przez całe pomieszczenie, po czym słabo się uśmiechnął.

- Szybko się zniechęcił - skomentował to, co odkrył.

- Bawił się - skonkludował wysłannik Namiestnika. - Ciekaw jestem, kto to był? - mruknął pod nosem w zamyśleniu. - Masz sporo potężnych wrogów - pokiwał głową - ale i tak będziesz musiał z nami jechać. Namiestnik cię wzywa - oznajmił to, co pirat i tak już wiedział.

- Powiedz Boliwarze, że musi mi dać ochronę - odpowiedział na to.

- Ochronę, mówisz? Może Łowców? Tak, Łowców - spodobał mu się jego własny pomysł.

Ren zu Khan milczał chwilę, myśląc nad czymś, co wyglądało na propozycję, ale było ewidentną kpiną z niego.

- Mogą być Łowcy, ale do tego czterech magów - odpowiedział w końcu.

- Tylko czterech? Nie za mało? Król pewnie zbierze wszystkich wyszkolonych w sztukach magicznych ze swoich armii i przyśle ich po ciebie. Tak? Sądzę, że tak zrobi. Jest z tym tylko jeden problem... - zawiesił na moment głos - twoja głowa nie jest warta takiego zachodu - kontynuował wysłannik. - Jak nie zjawisz się przed Namiestnikiem w ciągu tygodnia... - znów zawiesił na moment głos - to spodziewaj się sędziego w asyście kata - dopowiedział. - Masz siedem dni... i w sumie jeszcze jedno rozwiązanie... Zneutralizuję wszystkie zabezpieczenia, a tamten jak wróci, dokończy to, co zaczął - zagroził.

Wysłannik Boliwary patrzył na niego kpiącym wzrokiem jeszcze przez moment, a potem odwrócił się do niego plecami.

- Panowie, wracamy - powiedział i ruszył do wyjścia.

Ren zu Khan pierwszy raz od dziesięcioleci siedział niepewny swojego losu. Miał w zanadrzu przygotowane rozwiązanie. Mógł uciec z Królestwa, bowiem w porcie stał jego okręt. Ale o ile znał Boliwarę, to jego dom i okręt były pod stałą obserwacją.

- Zaczekajcie! - krzyknął zrywając się z fotela. - Jadę z wami! - krzyknął jeszcze głośniej, gdyż tamci zniknęli mu z oczu za załomem korytarza.

- Dogonisz nas w drodze - usłyszał odpowiedź oddalającego się wysłannika. - I posprzątaj tą trupiarnię... No chyba, że nie wracasz tutaj.

*

Sylwana z wysokości końskiego grzbietu oglądała ślady pozostawione przez uciekającą bandę.

- To leć w końcu na to polowanie, Zeris - przekazała mentalnie. - Zanim ich dogonię, minie trochę czasu.

- Bądź ostrożna. Zatoczyłem duże koło wysoko w górze, ale ich nie dostrzegłem. Coś mi podpowiada, że nie chodzi tu jedynie o łupienie podróżnych.

- Owszem, masz rację... Cała ta sytuacja wygląda dziwnie od samego początku. Wszystko się wyjaśni, jak ich dopadnę - stwierdziła. - A skoro ich nie widziałeś, to znaczy, że do wieczora się na nich nie natknę. Leć.

Było południe i do zmierzchu zostało sporo czasu. Uderzyła wierzchowca lekko obcasami, nieustannie spoglądając na ledwie widoczne ślady. Gdyby nie nauki pod okiem Kersa, pewnie by nie zwróciła na nie uwagi. "Swoją drogą jak na porę roku, to trawa i drobne kwiatki bardzo szybko podniosły się po zdeptaniu", przemknęło jej przez głowę. Ponieważ nie wyczuwała w tym magii, tym bardziej była zaskoczona. "Jak na zwykłych bandziorów, chociaż dwóch z nich miało tarcze, to wyjątkowo sprawnie się poruszają", skonkludowała w myślach. To również dawało jej do myślenia. Jechała wolno przed siebie, od czasu do czasu zjeżdżając z kierunku, w którym prowadził trop, aby sprawdzić, czy któryś z nich się nie odłączył od całej grupy. Na nic takiego nie natrafiła. Na horyzoncie zobaczyła coś, co prawdopodobnie jutro po południu przerodzi się w pasmo niskich gór. "Potem jeszcze jazda do wieczora i do poszukiwań przyda się Zeris", pomyślała. "W górach łatwo zrobić zasadzkę na kogoś takiego jak ja", przemknęło jej przez głowę. Nim na dobre się ściemniło, na jej drodze wyrósł całkiem spory zagajnik. Trop prowadził prosto do niego. Zatrzymała wierzchowca, aby sprawdzić, czy banda się w nim nie rozsiadła w oczekiwaniu na nią. "Przed bełtem z kuszy trudno uciec, tym bardziej gdy ktoś strzela z kilku kroków", pomyślała, wyjmując z wewnętrznej kieszonki smoczy kieł. Odwinęła go z miękkiej, dobrze wyprawionej skóry i zacisnęła w dłoni. Koń zarżał niespokojnie, gdy wyczuł przepływającą przez dziewczynę magiczną moc. Nie był przyzwyczajony do emanacji czegoś takiego.

- Spokojnie - poklepała go po boku szyi. - A teraz ruszaj wolno - uderzyła go piętami w boki.

Wierzchowiec nie bez oporów, krok za krokiem, wolno poszedł w stronę, dokąd go skierowała wodzami. Drzewa, krzewy i cała inna roślinność straciły swój rzeczywisty wymiar i stały się przenikliwe dla jej oczu, emanując jednocześnie delikatną poświatą. W górze coś w zwolnionym tempie przeleciało. Spojrzała w stronę tego miejsca. Na gałęzi siedział duży ptak, lecz po chwili zaczął znikać, rozpływając się w powietrzu. W zasięgu jej wzroku nie było większych zwierząt, ale jej nie o to chodziło. W lesie leżało trochę większych i mniejszych głazów. Część z nich tworzyła pryzmy, a inne leżały jeden na drugim lub osobno. Z tą przeszkodą smoczy kieł nie był sobie w stanie poradzić, a przynajmniej ona jeszcze nie znała na tyle wszystkich sztuczek Saravardzkich Tropicieli, aby przeniknąć przez głazy wzrokiem. Nie wiedziała, co może za nimi zastać. Rozglądała się na boki, a to podsunęło jej pomysł. Uderzyła konia energiczniej piętami. Wierzchowiec ruszył stępa w lewo. Z tamtej strony było łatwiej objechać zagajnik.

*

Koniec lasku był coraz bliżej. Sylwana ciągle wpatrywała się w jego środek. Nagle wydało się jej, że widzi jakiś ruch. Mały, dzienny drapieżnik wybiegł spomiędzy kamieni. "Czyżby go coś spłoszyło?", przemknęło jej przez głowę pytanie. Niczego więcej nie dostrzegła. Intuicja podpowiadała jej zagrożenie, toteż nie zamierzała wjeżdżać prosto pod topór kata. Instynktownie pochyliła się do przodu, łapiąc jedną ręką za łęk siodła, jednocześnie zsuwając się z niego. Wystrzelony gdzieś spomiędzy głazów bełt ze świstem przeleciał tuż nad kolanem jej nogi, która była zawieszona na siodle.

- Ej, ej! - krzyknęła do konia, uderzając go jednocześnie wolną ręką w zad.

Wierzchowiec zareagował odpowiednio i przyśpieszył do kłusa. Dwa oddechy później, gdy już nikt do niej nie strzelał, wsiadła ponownie na siodło. Zawróciła konia i zatrzymała. Była jakieś pięćdziesiąt kroków od najbliższych drzew. Znów spojrzała z pomocą smoczego kła w głąb zagajnika. Teraz ujrzała, jak spomiędzy głazów zaczynają wychodzić jakieś postacie. "No, dalej!", ponagliła zbirów w myślach, licząc na to, że wszyscy włącznie z kusznikiem wyjdą z zagajnika. Stało się tak tylko częściowo, bowiem wyszło ich tylko kilku. Kusznika wśród nich nie było.

- Szlag! - zaklęła i uderzyła wierzchowca obcasami, zmuszając do galopu.

Zanim sięgnęła do mieczy, odpięła od pasa kilka czteroramiennych gwiazd. Koń pędził przed siebie, nieustannie zmniejszając dystans do zbirów. Uważnie obserwowała też to, co się działo za plecami tych, którzy wyszli stawić jej czoła na polu. Pomiędzy drzewami zostało trzech innych, którzy stali w bezruchu i obserwowali wydarzenia. Nadal nie widziała kusznika. Pewnie gdzieś leżał i naciągał cięciwę broni. "Nie ma co", pomyślała i szybkimi ruchami schowała smoczy kieł do wewnętrznej kieszeni kurtki. Skierowała wierzchowca nieco w prawo, aby przemieszczać się na tle tych, którzy wyszli z lasku, co miało utrudnić celny strzał kusznikowi. Gdy była w zasięgu rzutu gwiazdą, z precyzją cisnęła pierwszą z nich. Śmiercionośny pocisk trafił w skroń bandytę stojącego bokiem, który z uniesionym do góry mieczem czekał, aż ona podjedzie, aby mógł zaatakować. Nim martwy runął na ziemię, ona cisnęła kolejną gwiazdę. Następnego też udało się jej zaskoczyć, chociaż w ostatniej chwili usiłował zareagować na zagrożenie. Ostre niczym ostrza jej mieczy ramię gwiazdy wbiło się w jego szyję prosto w tętnicę. Sylwana pociągnęła wodze w lewo, zmuszając konia do zmiany kierunku galopu. Tymczasem ci, którzy byli z jej lewej strony, ruszyli jej naprzeciw. Rzuciła okiem na zagajnik. Niczego tam nie zaobserwowała. Tamci stali w tych samych pozach, co poprzednio. Odwracając głowę, spostrzegła, że jeden z nich właśnie robił zamach ręką w jej kierunku. Błyskawicznie cisnęła następną gwiazdą, która przebiła mu mięsień ręki. Zbir krzyknął i wypuścił z niej sztylet. Z tego, co zrobiła i jak zareagowali, zorientowała się, że nie byli kompletnie przygotowani do starcia z kimś takim jak Łowca. Zrezygnowała z zrzucenia kolejną gwiazdą i zaczepiła ją na pasie, po czym wyjęła z pochwy na plecach jeden z mieczy. Osadziła konia przed nimi.

*

- Jeżeli chcecie przeżyć, natychmiast odłóżcie swoją broń! - krzyknęła na tyle głośno, aby ją usłyszeli również ci w zagajniku. - Natychmiast! - ponagliła ich krzykiem, jednocześnie obserwując drugą grupę za drzewami.

Nie posłuchali jej rady, czego się spodziewała. Uderzyła konia obcasami, kierując go pomiędzy dwóch stojących obok siebie i oddalonych od siebie zaledwie o jakieś dwa kroki. Obaj byli praworęczni, toteż zignorowała tego, którego miała po lewej stronie, a jechała na tego po prawej. Gdy ten po prawej zrobił dwa kroki, aby zmniejszyć dystans do zadania ciosu, ona gwałtownie zmieniła kierunek jazdy i poprowadziła wierzchowca prosto na tego po lewej. Zaskoczony zbir nie zdążył zareagować, gdy ona szarpnęła za wodze, kierując konia jeszcze bardziej w lewo, i cięła mieczem, wychylając się nieco w siodle. Sztych broni trafił go w prawe ramię tuż poniżej pachy, rozcinając mu ubranie, a zarazem mięśnie aż do kości. Bandzior wrzasnął i wypuścił oręż z ręki. Szarpnęła za wodze jeszcze bardziej w lewo, zawracając konia ku niemu. Gdy znalazł się w jej zasięgu, zdzieliła go w głowę głowicą miecza. Nie patrząc na rezultat, zawróciła konia do tego po prawej. Ten miał wystarczająco dużo czasu, aby się odwrócić i przygotować do zadania ciosu. Zaatakował ją zaraz potem, tnąc mieczem nisko, aby ją trafić w udo. Sparowała cios i wyciągniętą ze strzemienia nogą kopnęła go z całej siły w głowę. Mężczyzna się zachwiał, ale nie upadł. Błyskawicznie zawróciła wierzchowca, aby zakończyć z nim pojedynek. Nieco ogłuszony zbir był teraz wolniejszy, a do tego ledwie ją widział na oczy. Mijając, zdzieliła go w ciemię głowicą miecza. Tego już nie wytrzymał i runął na ziemię. Ostatni stojący na nogach i ten ranny, który wyjął z ramienia gwiazdę, rzucili się biegiem w stronę zagajnika. Sylwana uderzyła konia obcasami i pogalopowała w ich kierunku. Była o kilka kroków za nimi, gdy nagle dał o sobie znać kusznik. Spostrzegła go leżącego na skale w momencie, gdy już nacisnął spust broni. Wystrzelony bełt leciał prosto w nią, a ona była pewna, że pocisk ją dosięgnie, nim wierzchowiec zmieni kierunek jazdy. Zareagowała odruchowo. Wiedziona instynktem, puściła prawą ręką wodze i zrobiła nią bliżej nieokreślony ruch. Bełt po tym, jak zaledwie musnął pień drzewa, mknąc prosto na nią, nagle zmienił kierunek lotu i zaczął się obracać w powietrzu. Jego obroty były wolne, lecz nadal leciał przed siebie z tym samym impetem nadanym mu podczas wystrzelenia. W następnym momencie trafił w szyję uciekającego przed nią i znajdującego się na jego drodze zbira. Grot wbił się w pechowym dla niego miejscu, bo w tętnicę, przeszywając ją na wylot. Przebił i rozerwał ją całkowicie, po czym nieco zwalniając, poleciał dalej. Z rany bryznęła struga krwi. Bandyta krzyknął, łapiąc się za szyję w tym miejscu, i z gasnącymi oczami runął na ziemię. W kierunku drzew biegł ostatni z tych, którzy wyszli jej naprzeciw przed zagajnik. Łowca wyjęła ze strzemion stopy i trzymając się jedną ręką łęku, stanęła na siodle. Okamgnienie później odbiła się od niego i skoczyła na uciekiniera. Dobrze oszacowała tempo jego biegu, bo gdy spadała na niego, znalazł się w zasięgu jej uzbrojonej ręki. Potężnym uderzeniem głowicy miecza zwaliła go z nóg na ziemię. Opadła na nogi obok niego, zrobiła przewrót przed siebie i ponownie stanęła na nogach.

- Jeżeli odłożycie broń, macie szansę przeżyć do momentu, aż staniecie przed katem! - krzyknęła na tyle głośno, aby ją dosłyszeli, chociaż była pewna, że tak jak ci za nią oni też jej nie posłuchają.

*

Stało się tak, jak to miało miejsce za każdym razem. Nikt z nich nie zamierzał z własnej woli stanąć przed katem. Jeden z nich pewnie myślał, że jest cwańszy od reszty, bowiem usiłował dyskretnie uciec. Pewnie liczył na to, że zajęta walką z pozostałymi, nie zauważy jego ucieczki. Na razie pozwoliła mu na to, tym bardziej że uciekał w przeciwną stronę od miejsca, gdzie zaczął się paść jej koń. Gdyby było inaczej, najpierw zajęłaby się właśnie nim. W ten sposób miała przed sobą jednego mniej. Dwóch z tych, którzy jeszcze zostali, zaczęli wspinać się na skałki, aby jej uniemożliwić pojmanie lub zaatakowanie z góry. Lewą ręką ledwie zauważalnym ruchem odpięła od pasa czteroramienną gwiazdę i trzymając ją tak, aby była jak najmniej widoczna, ruszyła między drzewa. Ogarnęła spojrzeniem ich obozowisko. Za zrąbanymi drzewami leżącymi w niewielkiej odległości od ogniska ani pośród skór, ani pledów nikt się nie ukrywał. Czyli nikogo więcej tu nie było. "Miało ich być więcej", przemknęło jej przez głowę. Na razie nie myślała o tym, gdzie się podziali pozostali.

- Rzuć to, a nie będziesz cierpiał w drodze do lochu - powiedziała do osiłka wspinającego się na skałki i trzymającego w rękach topór.

Zbir nie zareagował na jej słowa, a jedynie spojrzał na broń. Sylwana gwałtownie przykucnęła, robiąc jednocześnie skręt ciałem, a ręka trzymająca gwiazdę wystrzeliła do przodu niczym wąż. Ciśnięta gwiazda poleciała prosto do celu i trafiła w drugiego bandziora, który cisnął w nią właśnie z góry nożem. Rzucony pocisk utkwił w jego gardle. Nim trafiony runął ze skały, osiłek zadziwiająco szybko uniósł topór i po zrobieniu dwóch kroków opuścił go z rozmachem, celując w jej głowę. Ona, spodziewając się takiego obrotu sprawy, zareagowała wytrenowanym odruchem i w okamgnieniu zrobiła przewrót w tył. A gdy go zakończyła w poprzedniej pozycji, lecz dwa kroki dalej, cięła na koniec mieczem, celując pod jego kolana. I tym razem zrobiła to precyzyjnie i dokładnie. Kiedy ostrze topora przecięło z impetem powietrze, sztych jej miecza przeciął mu ścięgna pod kolanem prawej nogi. Gdy ona wstawała, bandyta, tracąc władzę w prawej nodze, przyklęknął, sycząc z bólu. Doskoczyła do niego.

- Masz szczęście, że jeszcze będziesz mógł chodzić, bo inaczej twoi kompani musieliby cię nieść - syknęła mu do ucha i zdzieliła go głowicą rękojeści miecza w tył głowy.

Osiłek padł nieprzytomny. Ten, który spadł ze skały, wił się na ziemi z bólu, a spomiędzy palców zaciśniętych na gardle sączyła się krew. Wiedziała, że długo z taką raną nie pożyje.

- Nie zmuszaj mnie, abym do ciebie wchodziła! - krzyknęła do tego, który ukrył się na górze w szczelinie pomiędzy skałami.

*

Zdawała sobie sprawę, że on nie zejdzie, a ona i tak w końcu będzie musiała tam wejść. Chyba że będzie czekała tak długo, aż tamten podejmie próbę ucieczki nocą lub zacznie odczuwać głód. Bez względu na rozwiązanie, do którego dojdzie, na początek postanowiła skrępować nieprzytomnych. W ich obozowisku znalazła długi rzemień, który od razu pocięła na kawałki. Zaczęła od osiłka. Z nim poszło jej dosyć szybko. Na wszelki wypadek podniosła topór i cisnęła nim daleko w bok, po czym wyszła przed zagajnik. Ten, którego pozbawiła tam przytomności na końcu, nadal leżał nieruchomo. Odwróciła go nogą plecami, a potem założyła z tyłu ręce i dobrze je związała. Od czasu do czasu zerkała za siebie, czy ten na skałkach nie schodzi i nie planuje uciec niezauważenie. Jak na razie chyba nie planował czegoś takiego. Powiązała wszystkich nieprzytomnych, a na koniec podeszła do konia. Zwierzę spojrzało na nią, unosząc nieco łeb. Poklepała go po szyi i złapała za wodze.

- Jak ci idzie? - usłyszała mentalne pytanie zadane przez Smoczygłowa.

- Jak będziesz wracał, to rozejrzyj się za uciekinierem - odpowiedziała.

- Ktoś ci uciekł?

- Jeszcze nie, może nie będę musiała za nim jechać. Pobiegł na... - zamilkła, rozglądając się - na południowy wschód - dokończyła.

Nagle coś ją zaniepokoiło. Spojrzała czujnie dookoła. Niczego niepokojącego nie dostrzegła. Jednak cały czas czuła na sobie czyjeś spojrzenie. "Może to ten na skale", przemknęło jej przez głowę. Nagle silne uderzenie obróciło nią i jednocześnie syknęła z powodu potwornie silnego bólu. Spojrzała w to miejsce. Ujrzała wystający z boku bełt. Skojarzyła go natychmiast z kusznikiem. Zaraz potem puściła rzemienie wodzy i miecz, po czym robiąc skręt ciałem, upadła na ziemię.

- Sylwana? - usłyszała zaniepokojonego Zerisa.

- Nic mi nie jest. To tylko draśnięcie - odpowiedziała.

- Chyba że tak.

Leżała i patrzyła kątem oka na zagajnik. "Niech myśli, że jestem martwa", przemknęło jej przez głowę. Koń parsknął cicho i spojrzał z góry na nią, po czym opuścił łeb ku trawie i zaczął ją spokojnie skubać. Sylwana z kolei omal nie parsknęła śmiechem na zaistniałą sytuację, ale się powstrzymała, gdyż rana, chociaż powierzchowna, to jednak bolała. No i kusznik pewnie cały czas patrzył. Czas wolno upływał, a ona się nadal nie ruszała. "Weź dupę w troki i złaź na dół!", poganiała w myślach bandytę. W końcu po długim czasie spostrzegła jakieś poruszenie na skale. "Uf!", odetchnęła z ulgą, bo nie było jej zbyt wygodnie.

*

Zbir, zachowując ostrożność, zsunął się wolno po skale. Spojrzał na skrępowanego kompana. Ten co prawda oddychał, lecz nadal był nieprzytomny. Zerkając przez ramię od czasu do czasu, wyjął zza cholewy buta sporych rozmiarów nóż i podszedł do leżącego. Przeciął rzemień krępujący ręce i kopnął leżącego w bok. Ten nie zareagował. Nie mając innego wyjścia, ruszył w kierunku trafionej bełtem dziewczyny. Lekko przygarbiony i z rękami odchylonymi na boki, wpatrzony czujnie w nią, szedł ostrożnie. Minął ostatnie drzewa, za którymi przystanął na moment. Był świadkiem tego, co ona zrobiła, i bał się jak nigdy w życiu. Walczył ze sobą przez chwilę, rozważając, czy by nie uciec. Jej całkowity bezruch przekonał go na tyle, że strach częściowo go opuścił.

- Potrzebujesz go żywego? - zapytał mentalnie Sylwanę Smoczygłów.

- Niekoniecznie. Martwy czy żywy, płacą za nich tyle samo - odpowiedziała na zimno.

- W takim razie będziesz miała mniej roboty - stwierdził gad.

W chwili gdy Zeris nadleciał, zbir był w połowie drogi od Sylwany. Cichy świst powietrza szybującego nisko nad drzewami stworzenia usłyszała nie tylko ona. Gad spostrzegł podchodzącego bandytę od razu, gdy tylko wyleciał zza zagajnika. Zbir przystanął, nasłuchując, czym ułatwił zadanie Smoczygłowowi. Ten z wprawą wypuścił ze szponów ciało zbiega, które mu spadło prosto na głowę, kiedy patrzył do góry. Na reakcję z jego strony było zdecydowanie za późno. Uderzenie bezwładnej masy ciała złamało mu kark. Jej wierzchowiec poderwał do góry łeb, zaskoczony tym, co się wydarzyło.

- Tylko nigdzie tutaj nie siadaj, bo mi koń ucieknie - poprosiła, wstając. - Potrzebuje jeszcze czasu, aby się przyzwyczaić do twojej obecności.

- Będę krążył chwilę nad zagajnikiem, bo ten w środku doszedł chyba do siebie.

- Daj mi chwilkę - poprosiła i podeszła do konia.

Złapała za wodze i podniosła leżący obok miecz, który umieściła w pochwie na plecach. Wolną ręką złapała za bełt i wyciągnęła go z kurtki, odrzucając na bok. Trochę zabolało, gdy oderwała od skóry przyschniętą już lnianą koszulę. Wolnym krokiem, prowadząc za sobą wierzchowca, ruszyła ku obozowisku bandytów. Po zatoczeniu kilku kręgów w powietrzu gad opadł na ziemię. Każdym z łbów popatrzył w inną stronę.

- Niektórzy z nich żyją - stwierdził.

- Żyją - potwierdziła. - Później się nimi zajmę. - Przywiązała wodze do gałązki krzewu tuż nad ziemią w miejscu, gdzie dookoła rosło dużo trawy.

Stała i patrzyła na próby osiłka, który usiłował stanąć na nogach.

- Za którymś razem pewnie ci się to uda - powiedziała. - Ale bez opatrunku wykrwawisz się, zanim dojdziesz do lochu - dodała beznamiętnym tonem.

Nie zareagował na jej słowa, ponawiając wysiłek. Tym razem osiągnął cel. Stał wyprostowany, chociaż na jego twarzy był widoczny grymas bólu. Przestała na niego patrzeć i ruszyła do miejsca, gdzie leżały rzemienie. Wzięła jeden z nich do ręki.

- Kładź się na ziemię - powiedziała, idąc w jego kierunku.

Zbir, wpatrzony w jakieś miejsce poza jej plecami, nie zareagował na jej słowa. Od razu odgadła, o co chodziło. Dostrzegł idącego na łapach Smoczygłowa.

- Jeżeli nie chcesz być przekąską, to lepiej mnie posłuchaj - powiedziała do niego.

*

Skończyła opatrywanie swojej rany. Była powierzchowna, tak jak przypuszczała, ale dokuczliwa, jak to z tego typu draśnięciami. Ci z bandziorów, którzy zostali przy życiu, kopali groby swoim kamratom. Nawet nie musiała się zbytnio starać z ich pilnowaniem, bo wystarczała obecność Zerisa, aby byli spokojni. Podejrzewała, że w tej sytuacji nikt by ich nawet za pieniądze nie namówił do próby ucieczki. Założyła czystą koszulę, a na nią skórzaną kurtkę. Teraz mogła się uważniej przyjrzeć obozowisku. Wyglądało niemal dokładnie tak samo jak wszystkie inne, które widziała do tej pory. Wstała i ograniczając swoje ruchy, weszła pomiędzy leżące rzeczy. Stopą przesuwała czyjąś zrabowaną przez nich własność. Nagle coś jej się przypomniało. Rzuciła pobieżnie wzrokiem na całość. Potem na wszelki wypadek spojrzała jeszcze w stronę głazów oraz w kierunku ogniska. Nigdzie nie było tarcz. "Ochrona handlarzy nie mogła się aż tak mylić", przemknęło jej przez głowę. Tarcza to nie było nic małego, co można było schować do sakwy. Jeszcze raz przesunęła spojrzeniem po obozowisku, czy aby czegoś nie przeoczyła. Oceniła, że sprawdziła wszystko. Założyła na plecy miecze, zapinając klamry pasów, i ruszyła w kierunku kopiących.

- Czegoś szukasz? - zapytał mentalnie Zeris.

- Chcę coś sprawdzić - odpowiedziała, myśląc o tarczach.

Stanęła dwa kroki od spoconych i brudnych zbirów. Żaden nie odezwał się ani słowem. Cały czas robili swoje.

- Zastanawia mnie jedna sprawa... - zaczęła i przerwała. - Gdzie są wasze tarcze? - zapytała.

Nikt z nich nie odpowiedział.

- Hm... Odpowiecie czy mam użyć jakichś środków perswazji?

- Jakie tarcze? - zapytał ten wielki, którego poraniła.

- No tarcze. Takie, których używają w regularnych jednostkach - uściśliła.

- My nie mamy żadnych tarcz.

- Sprzedaliście?

- Nigdy nie mieliśmy żadnych tarcz. Widziałaś takich jak my z tarczami?

- Hm... No tak - powiedziała, myśląc o tym, co usłyszała.

W końcu się odwróciła i ruszyła z powrotem do obozowiska. Pod wpływem jednej z myśli przystanęła po dwóch krokach i odwróciła się w ich kierunku.

- Nie mieliście kilka dni temu kontaktu z uzbrojoną grupą? - zapytała o to, co skojarzyła.

- Przechodziło tędy jedenastu z jakiegoś oddziału - potwierdził inny bandyta.

- Oddziału? - była zaskoczona.

- No tak. Wszyscy mieli czyjeś barwy... Nawet myśleliśmy, że przyszli po nas... Ale minęli nasze obozowisko i poszli dalej - wyjaśnił.

- Poszli dalej - powtórzyła. - Szlag! - zaklęła, zdając sobie sprawę, jak ją podeszli.

- Co cię tak poirytowało? - zapytał mentalnie Smoczygłów.

- Poszłam za nimi prosto w zasadzkę - stwierdziła. - W takim razie opiszcie mi herby i barwy, a także każdego, którego zapamiętaliście - powiedziała do nich.

Ubrudzeni, przecierając oczy, spojrzeli na siebie.

- A co z tego będziemy mieli? - zapytał jeden z nich, czując, że jej na tym zależy.

*

- Masz ją zostawić w spokoju! - powiedziała Boliwara z naciskiem, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

- Jesteś już druga - mruknął Ren zu Khan.

- Druga? Dlaczego druga? Któryś z nich już ci to powiedział? - była zaskoczona.

- A jeżeli nie... to co? - odpowiedział pytaniem.

- Kserandina dostała wolną rękę, jeżeli chodzi o ciebie - uśmiechnęła się.

- Od króla?

Namiestnik kiwnęła głową, potwierdzając.

- W tej chwili...

- Nie ma żadnych dowodów - przerwał jej.

- Aleś ty głupi... Dzisiaj nie potrzebuje żadnych dowodów. Żadnych! - dodała.

- Zanim stracę głowę, to...

- Nie groź mi! - kobieta niemal wysyczała to przez zęby, ze złymi iskrami w oczach. - Bo mogę ją uprzedzić - dopowiedziała pod wpływem impulsu.

Pirat patrzył na nią w milczeniu i wiedział, że tym razem nie blefuje.

- Na razie musisz zapomnieć o Szafirowych Ruinach - doradziła. - Chociaż nikt nie mówi, że na zawsze - dodała z nadzieją.

- O co w tym wszystkim chodzi? - zapytał, licząc na jakąś odpowiedź.

- Sprawa wagi... no... wielkiej wagi - dodała tylko tyle. - Sama nic nie wiem - wzruszyła ramionami obojętnie. - Mam nie wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale... Służby coś wywęszyły - dodała. - To co z tymi twoimi odwiedzinami? - zmieniła temat rozmowy.

- To był chyba jakiś czarownik z ruin... Ale chyba nie od nas... Chociaż mówił płynnie w naszym języku.

- Skąd wiesz?

- Że z ruin? Materializował takie dziwne stworzenia... Widziałem je na płaskorzeźbach w ruinach, do których jeździłem.

- Hm... Na twoim miejscu tym bardziej bym się ukryła - Boliwara pokiwała głową w zadumie.

- Mowy nie ma. Wprost przeciwnie... Zostaję w stolicy. Tu nie dostanie się niezauważony - odpowiedział pirat.

*

- Łaskawco, daj grosika. - Żebrak potrząsnął wyszczerbionym, glinianym kubkiem.

Wewnątrz coś zagrzechotało, ale był to dźwięk ledwie dosłyszalny. Przechodzący kupiec spojrzał na niego i sięgnął ręką za pas po sakiewkę. W następnym momencie cofnął rękę, rezygnując ze wsparcia.

- Wczoraj ci dałem. Już przepiłeś? - powiedział i odszedł.

Kilka kroków dalej wszedł do Cechu rzemieślników.

- Jest starszy Cechu? - zapytał pisarza.

- Oczywiście, że jest, panie.

Kupiec minął jego biurko zawalone dokumentami i otworzył drzwi.

- Musisz się pozbyć tego żebraka - powiedział od progu do starszego Cechu.

- Niech sobie siedzi. - Starszy Cechu wzruszył ramionami. - Musisz jeszcze chwilkę poczekać, właśnie ładują ostatnią partię towaru - zmienił temat, wyjmując spod biurka szklaną karafkę z trunkiem. - To nie potrwa długo, ale po jednym zdążymy wypić - uśmiechnął się.

- Ale tylko po jednym - zastrzegł się kupiec. - Wolę być trzeźwy, a do tego wszystkiego dzisiaj słońce mocniej grzeje jak na tą porę roku.

- Fakt. - Starszy Cechu postawił na swoim biurku srebrne kubeczki. - Usiądź - powiedział.

Nalał trunku, gdy kupiec siadał na masywnym krześle.

- Żebyś znalazł bransoletkę dla mojej kobiety - przypomniał i uśmiechnął się przy tym.

- Jest handlarz, o którym słyszałem, że może mieć coś takiego. - Kupiec uniósł kubek i wypił. - O?! Czy to...

- Tak - pokiwał głową starszy Cechu. - Oryginalny...

Otworzyły się drzwi, przerywając mu odpowiedź.

- Panie... - Pisarz zajrzał do środka i spojrzał na kupca. - ...pytają, czy mają zaprzęgać konie do wozów.

- Niech zaprzęgają - odpowiedział. - Nic. Muszę iść. Ale zostaw jeszcze trochę - pokazał palcem na karafkę.

- To tylko dla specjalnych gości, takich jak ty. A nie miewam ich często - westchnął starszy Cechu.

- Dzięki za poczęstunek.

- Niech pierwotne moce i Pradawni oczyszczą trakty z bandytów na twojej drodze, Staz.

- Tobie też. Trzymaj się. - Kupiec wyszedł.

Dłuższą chwilę później do Cechu podjechało pięciu wojowników z barwami Cechu ochrony karawan. Trzy wozy należące do kupca już na nich czekały. Kupiec usiadł na tylnej ławie środkowego wozu.

- Jedziemy - powiedział zdawkowo do dowódcy ochrony.

Tymczasem żebrak wyciągnął kubek do kolejnego przechodnia.

- Łaskawco, daj grosika i wspomóż weterana - poprosił.

Mężczyzna go minął, lecz po dwóch krokach zawrócił. Wyjął zza pasa sakiewkę, a z niej monetę.

- Jak będziesz pił w karczmie, to wypij chociaż łyk za moje zdrowie - powiedział do żebraka i wrzucił pieniądz.

Mała moneta uderzyła prawie bezgłośnie o dno glinianego kubka.

- Dzięki, panie. - Żebrak, siedząc, skłonił się przed nim aż do bruku.

*

Minęło kilka dni, gdy wozy wraz z kupcem dotarły do miejsca, gdzie dołączyły kolejne dwa wozy dwóch innych kupców. Mała karawana ruszyła w dalszą drogę. Po dwóch tygodniach pięć wozów dojechało do sporego miasteczka. Przejechały przez bramę i zatrzymały się koło wozowni, znajdującej się tuż obok stajni. Miejsce było wcześniej zarezerwowane na tą okoliczność i teraz prawie puste. Stało tu tylko kilka niedużych wozów należących do osadników. Staz i dwóch pozostałych kupców zostawili doglądanie wszystkiego woźnicom, a sami poszli w kierunku karczmy. Jeszcze przed zmierzchem wszystko zostało zabezpieczone, a konie oporządzone. Woźnice po wykonaniu swoich obowiązków poszli w ślady kupców i ochrony, zostawiając dobytek stajennym oraz strażnikom miejskim, którzy często tędy przechodzili. Tuż po zapadnięciu zmroku z wozowni wyszedł jakiś mężczyzna ubrany w czarny strój. Stanął w cieniu otwartej bramy, który powstał wskutek mocno świecącego księżyca, będącego akurat w pełni. Oparty o mur, niewidoczny dla innych, obserwował uważnie otocznie. Wewnątrz wozowni słychać było ciche trzeszczenie drewnianych elementów budynku, które było niesłyszalne na zewnątrz. W końcu do uszu obserwatora doleciało coś, co przypominało ciche chrząknięcie. Ten rozejrzał się uważnie na zewnątrz, czy nie ma kogoś w zasięgu wzroku, po czym wrócił do wnętrza wozowni, i to było na tyle. Do samego świtu nic się więcej nie działo. Rano cała karawana ruszyła dalej. Koło południa do miasteczka przyjechał samotny jeździec. Postawny mężczyzna w pelerynie podróżnej z założonym na głowę kapturem po przejechaniu przez bramę rozejrzał się uważnie na boki. Uderzył wierzchowca obcasami i pojechał prosto do stajni. Zsiadł z konia, przywiązał wodze do drewnianego, poziomego drąga przy korycie z wodą. Na jego widok ze środka stajni wyszedł młody chłopak.

- Mam się nim zająć, panie? - zapytał stajenny.

- Niekoniecznie... Chociaż... daj mu nieco obroku. - Z wyjętej zza pasa sakiewki wyjął monetę i rzucił ją chłopakowi.

- Zaopiekuję się nim, panie. Dziękuję. - Chłopak się pokłonił z wdzięcznością.

- Przyjechali jacyś kupcy? - zapytał, widząc, że wozownia jest niemal pusta.

- Byli, ale rano odjechali.

- Aha - powiedział i wszedł do wnętrza wozowni.

Przez szczeliny w ścianach zrobionych z nieoheblowanych desek wpadały do wnętrza snopy słonecznego światła. Mężczyzna zrobił ledwie widoczny ruch ręką i słoneczne światło zmieniło nieco barwę.

- W czymś pomóc, panie? - usłyszał za plecami chłopaka.

- Nie. Patrzę tylko, ile się tu zmieści wozów. Mam dosyć sporą karawanę i... No właśnie - odpowiedział. - Zajmij się koniem - polecił mu.

- Już, już, panie - odpowiedział chłopak i wyszedł pośpiesznie.

Równie prosta jak ściany drewniana podłoga była pokryta zaschniętym błotem, zeschłą trawą i słomą, która pewnie została tu przyniesiona pod butami ze stajni. Ale zmienione magicznie światło bez trudu poradziło sobie z brudem. Mag zrobił gest ręką i smugi światła przesunęły się po podłodze. Jego oczy wprawione w poszukiwaniu tajemnych przejść oraz skrytek bez trudu wypatrzyły regularny prostokąt. Wolnym krokiem podszedł do jego najbliższego boku. Pochylił się i wypowiedział magiczne zaklęcie. Niewidzialna energia wsunęła się niczym mgła w szczelinę i popłynęła dalej. Trafiając na przeszkodę, szybko wróciła. Ponieważ poznał wystarczająco dużo, wyprostował się. Wyszedł na zewnątrz.

- Ktoś zgubił - powiedział mężczyzna, pokazując chłopakowi małą monetę. - Ponieważ tu pracujesz, należy do ciebie - dodał i rzucił mu ją.

Ten chwycił ją bez trudu. Magiczny pieniądz sprawił, że chłopak zamarł w bezruchu.

- Idź, zjedz coś i zapomnij o tym, że mnie tu widziałeś - polecił mu mag.

*

Stajenny odszedł, a on na początek sprawdził, czy w wozowni nie ma magicznych zabezpieczeń. Nic niepokojącego nie wyczuł. Używając magii, uniósł zrobioną w podłodze klapę. W dół schodziło się po pochylni zrobionej ze szczelnie do siebie dopasowanych kamieni. Pochylnia znikała w ciemnościach. Ruszył przed siebie, zamykając za sobą klapę. Po dłuższej chwili korytarz prowadzący w dół skończył się taflą wody. To była dla niego spora przeszkoda, ale do pokonania. Miał dwa wyjścia. Sforsować przeszkodę albo wyjść na zewnątrz i spróbować dostać się do wnętrza z góry, czyli przebić się do miejsca będącego już za przeszkodą z wodą. Wybrał pierwsze rozwiązanie. Wypowiedział zaklęcie, które utworzyło wokół niego nieprzenikliwą dla wody barierę ochronną, po czym ruszył wolnym krokiem przed siebie. Najpierw rozstąpiła się przed nim powierzchnia wody, rozpływając się na boki i postępowało to aż do momentu, gdy zniknął pod jej lustrem. Na szczęście dla niego Pradawni budowali większość korytarzy w linii prostej. Ten nie był wyjątkiem, ale za to miał zabezpieczenie w postaci solidnej kraty. Spodziewał się tego, toteż gdy tylko do niej doszedł, wypowiedział zaklęcie, kierując ręce w stronę przeszkody słabo widocznej poprzez brudną wodę. Poruszył placami, jakby chciał dokładniej za coś złapać, i wolno zaczął rozsuwać dłonie od siebie na boki. Czuł duży opór, ale nie ustępował. W końcu połączone ze sobą pręty zaczęły się poddawać. Metalicznie trzaskały miejsca, w których były zgrzane ze sobą, lecz woda skutecznie tłumiła wszystkie dźwięki. Chwilę później jeden z prętów całkowicie odpadł od kraty, a sąsiedni ledwie się trzymał. Kiedy zakończył tą część, był zmęczony niemal tak bardzo, jakby brał w tym osobisty, fizyczny udział. Różnica była taka, że pod wpływem siły mięśni nie uzyskałby żadnego efektu. Kolejne zaklęcie było tej samej natury i tak dzięki telekinezie usunął dwa następne pręty. Był w połowie drogi do osiągnięcia celu. W kontynuowaniu przeszkodził mu kończący się zapas powietrza. Pośpiesznie zawrócił i wyszedł z wody. Zlikwidował otaczającą go barierę i odetchnął głębiej czystym powietrzem. Z zaskoczeniem zaobserwował, że poziom wody zaczął opadać. Oznaczało to, że chyba ktoś zamierzał stamtąd wyjść. Zanim zdecydował, co zrobić w tej sytuacji, powierzchnia wody wzburzyła się pod wpływem wypływających pęcherzy powietrza. Działo się to w dwóch miejscach. Nim się zorientował w ich naturze, spod powierzchni wody coś wystrzeliło. W okamgnieniu doleciało do niego, po czym trafiło go precyzyjnie w oba ramiona tuż nad pachami. Nim zdążył zareagować, to, co widział, zaczęło mu się rozmazywać i rozpływać. Chciał unieść ręce do rzucenia zaklęcia ochronnego, lecz nie potrafił tego zrobić. Zaraz potem zapadł w ciemność, tracąc przytomność. Kiedy runął bezwładnie na kamienną pochylnię, z wody zaczęły wychodzić dwie dziwne postacie. Kształtami przypominały ludzi, lecz ubrane w niespotykane nigdzie ubrania. Na głowach miały hełmy osadzone na metalowych pierścieniach, połączone z jednoczęściowymi, obszernymi kombinezonami. W hełmach były szyby, przez które było widać ich twarze. W rękach trzymały niewielkich rozmiarów kusze. Stanęły nad nieprzytomnym, ładując broń. Jedna z postaci skierowała w jego pierś swoją broń i strzeliła. Było to dodatkowe zabezpieczenie przed jego nieoczekiwanym obudzeniem.

*

Mag otworzył oczy. Sztuczne światło emitowane przez kryształy nie było zbyt silne, ale reakcja organizmu na środek usypiający była typowa w jego sytuacji. Gwałtownie je zamknął, jakby miał światłowstręt. Uderzenie serca później uniósł nieco powieki. Nie było źle. Ból głowy był również naturalną reakcją, więc chociaż natrętny, to jednak do wytrzymania. Chciał sięgnąć ręką do głowy, ale nie był w stanie nią poruszyć. Spojrzał w bok. Zobaczył ścianę z grubo ciosanego kamienia. Z drugiej strony było to samo. Uniósł nieco głowę, aby spojrzeć przed siebie. Unieść i owszem się udało, ale to było wszystko. Dalej ciało nie reagowało. Stuknęły drzwi. Wraz z tym dźwiękiem wróciła mu pamięć i zdał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło i jak trafił do tego miasteczka. "Pora dać im nauczkę", przemknęło mu przez głowę. Znał zaklęcie, które bez trudu zerwie więzy, oswobadzając go. Zanim je sobie przypomniał, drzwi ponownie stuknęły.

- Pewnie się zastanawiasz, dlaczego się nie możesz ruszyć? - usłyszał męski głos. - Zapewniam, że nie jesteś związany. To skutek działania pewnego specyfiku, którego przedawkowanie grozi nie tylko paraliżem, lecz również całkowitą amnezją - wyjaśnił głos.

- Czego chcesz? - zapytał mag.

- Hm... Ja? Ciekawie postawiłeś sprawę - stwierdził głos. - Pytanie brzmi, co ty tu robisz i dla kogo pracujesz?

- Wiesz, że ci nie powiem, więc się nie trudź - stwierdził mag.

- Źle myślisz... Raczej to ty mnie przekonaj, abym nie podał ci więcej niż potrzeba preparatu. Udowodnij, że jesteś dla mnie coś wart.

Mag nie odpowiedział.

- Nie dziwię ci się, że jesteś zaskoczony. Czasem w życiu tak jest - dodał głos.

- Inni też tu dotrą - powiedział w końcu mag.

- Może tak... może nie. Tobie się udało tu dotrzeć za przesyłką, ale na tym koniec.

- Trafią po moich śladach.

- Pewnie trafią, ale ty stąd odjechałeś jakiś czas temu. Wszyscy to potwierdzą. Zapytam jeszcze raz... Dla kogo pracujesz? Sąsiadujemy z trzema królestwami, ale dalej są inne... Więc kto? Dam ci czas na przemyślenie twojej sytuacji.

Stuknęły zamykane drzwi. Nie był mu potrzebny czas do namysłu. Wiedział, że nic nie powie, a magiczne sondowanie nic im nie da. Pozostało tylko czekać. "Chyba że oni faktycznie nie zamierzają mnie przetrzymywać w nieskończoność", niespokojna myśl przemknęła mu przez głowę.

*

Z początku zamierzała z nich wydusić odpowiedź, ale zrezygnowała z przemocy. Po namyśle doszła do wniosku, że nie będzie w stanie sprawdzić, czy nie kłamią, a nie miała pewności, że jej nie oszukają dla ratowania siebie. Nie była szkolonym do przesłuchań magiem, toteż nie potrafiła sondować umysłów. Jedynym magiem wśród Łowców była Kserandina, a jej tu nie było.

- Każdemu z was dam taką broń, jaką będzie chciał, i temu, który przeżyje, daruję wolność - zażartowała.

- Ty to na poważnie? - zapytał ją zaskoczony Zeris, który wyczytał to z jej umysłu.

- No coś ty. Chcę zobaczyć, jak zareagują. Inaczej nie poznam tych, których ścigamy - odpowiedziała.

- Można to zrobić inaczej.

- Inaczej nie potrafię, bo nie wiem jak.

- Sondowanie umysłów - podpowiedział to, co już wiedziała, że nie wie, jak to zrobić.

- Ha, ha, ha - zaśmiała się w duchu. - Myślisz, że tego nie wiem? Tylko jest jeden problem... Nie potrafię tego zrobić.

- Yy... No tak. Ja to zrobię, a potem cię nauczę - przekazał jej myśl.

- To też potrafisz? Nie miałam pojęcia. - Była zaskoczona.

- Tak jak ja, że ty tego nie potrafisz. Czego mam szukać?

- Dwa dni temu przechodzili tędy zbrojni w barwach jakiejś chorągwi. To są ci, których tropię. Jeden z nich albo i wszyscy ich widzieli. Szukaj twarzy, ich sylwetek - przekazała.

- Skoncentruj swoją moc na moim umyśle - polecił.

- Ale oni...

- Nie martw się nimi. Będą cały czas pod moją kontrolą.

Odeszła trochę w bok i usiadła na kamieniu. Tamci patrzyli na nią, jakby na coś czekali. "Chyba podjęli decyzję", skonkludowała w myślach. Uśmiechnęła się i postanowiła ich zostawić w niepewności. Chwilę później połączyła się mentalnie z jedną z głów Smoczygłowa. Na początku wrażenie było identyczne z tym, jak podczas patrzenia jego wzrokiem. Nagle ujrzała obrazy. Z początku były nieco zamglone.

- Obrazy są słabo widoczne - przekazała Zerisowi.

- To się robi stopniowo - odpowiedział.

Jakość obrazów zaczęła się poprawiać.

- Teraz trzeba odnaleźć ostatnie wspomnienia - odebrała myśl gada.

To, co widziała, zaczęło się cofać i wszystko wyglądało dosyć komicznie.

- Zawsze tak jest? - zapytała.

- Tak. Szukasz momentu, który cię interesuje, i możesz od tego miejsca oglądać zgodnie z upływem czasu - wyjaśnił. - Pamiętasz to, co zrobiliśmy?

- Z wyjątkiem momentu, jak przeniknąć do takiego umysłu.

- Mamy czas. Nauczysz się jeszcze.

Wreszcie natrafiła na to, czego szukała. To, co powiedzieli bandyci, było prawdą. Wyglądali na oddział wojowników jakiegoś włodarza, który podjął się realizacji konkretnego celu nakreślonego przez Namiestnika. Zobaczyła ich barwy, herby na tarczach i twarze. Ale tylko dwóch, bo reszta nawet nie spojrzała na wyglądających zza drzew bandziorów.

- Szlag! Tylko dwóch - stwierdziła mentalnie.

- Sprawdzimy kolejnych. Widzieli to samo z innego miejsca.

Dłuższą chwilę później szczęście się do niej uśmiechnęło. Jeden z tych, którzy przeżyli z nią starcie, patrzył już na nich, zanim dojechali do zagajnika.

*

To był ostatni popas przed dotarciem do miasta. Robili, co mogli, aby to opóźnić, lecz gdy Smoczygłów przypalił im nieco tyłki, od razu szli żwawiej. Fakt, mogło im być nieco za ciężko, bo dźwigali niemal cały zrabowany kupcom towar, ale mało ją to obchodziło. "Mogli robić co innego, zamiast rabować na gościńcach", przemknęło jej przez głowę. Ona miała na koniu tylko co cenniejsze rzeczy oraz pieniądze. Wkrótce weszli na bardziej uczęszczany trakt. Jechała wolno tuż za nimi.

- Widzisz miasteczko? - zapytała mentalnie Zerisa.

- Widzę. Jest trochę oddalone, więc macie jeszcze do przejścia spory kawałek drogi - odpowiedział.

- Zdążę przed nocą?

- Przed wami jadą wozy - uprzedził.

- Raczej ich nie dogonię. Nie z nimi.

- Mogę je zatrzymać - zaproponował.

- Daruj sobie. Po co straszyć niepotrzebnie ludzi. I tak już krążą o mnie i o tobie różne historie.

Gad nie odpowiedział, Dłuższą chwilę później usłyszała niezbyt odległy tętent końskich kopyt. Minął ich kurier, który pędził gdzieś z czymś pilnym. Nawet na nich nie spojrzał. "I dobrze", pomyślała, gdyż mieli dobrą pamięć. Wolała unikać sytuacji, w których informacja o jej przyjeździe by ją wyprzedziła. Łatwo wówczas o nieplanowane kłopoty. Tego typu zachowania i myślenia nauczyła się od Kersa. Nim dotarli do bramy miasta, minęło ich kilku jeźdźców. Niektórzy zwalniali i patrzyli ze zdumieniem na twarzy na nią i idących grzecznie bandytów. Widać było po nich, że chętnie by o coś zapytali, ale miecze na jej plecach były wystarczająco wymowne, więc odjeżdżali. Tym samym bez żadnych incydentów dojechali na miejsce. Straż początkowo nie bardzo wiedziała, jak zareagować, toteż zatrzymali wszystkich przed bramą.

- Jakiś problem? - zapytała dowódcy, rzucając mu srebrną monetę.

- Kto to? - zapytał krótko.

- Bandziory. Nie widać?

- Dlaczego ich prowadzisz do nas?

- Bo najbliżej, a do tego grasowali na waszych ziemiach. Macie sędziego?

- Wyjechał na dwa dni.

- To zaczekam, bo loch chyba nigdzie się nie ruszył - zażartowała, śmiejąc się z własnego dowcipu.

- Gdzie masz znak Łowcy? - On się nie uśmiechnął.

- Zgubiłam w czasie walki. A to jest jakiś problem? - skłamała, wiedząc, że jej znak nie zareaguje na czar w bramie.

- Nie masz znaku... Prowadzisz bandytów... - zaczął wyliczać.

Wiedziała, dokąd zmierza ze swoim wywodem.

- Coś nisko cenisz siebie i swoich ludzi, jeżeli sądzisz, że razem z nimi mogę sterroryzować to miasteczko - przerwała mu. - Poza tym przecież będą w lochu - dodała.

- Przepuścić - powiedział krótko. - Kohst! - zawołał.

- Co jest, dowódco? - zapytał wywołany, gdy wyszedł na zewnątrz.

- Weź dwóch ludzi i i odprowadźcie ich prosto do lochu - rozkazał.

- Tak jest! - odpowiedział służbiście strażnik i wywołał tych, którzy mieli z nim iść.

*

- Karczma jest po prawej stronie w kierunku bramy - wskazał jej drogę Kohst.

- Dzięki. Nikt tego nie ruszy? - Pokazała na ładunek, który nieśli bandyci.

- Cholera! Nie wiem - odpowiedział szczerze.

- Popilnujesz? - Rzuciła mu monetę. - Muszę znaleźć jakiś wóz albo coś innego.

- Dobra. - Chwycił monetę. - Koło karczmy jest stajnia... Może dadzą ci konie.

- Dadzą. Zaraz będę z powrotem - powiedziała i wskoczyła na siodło.

Uderzyła konia obcasami butów i odjechała.

- Wierzysz w to, że sama ich dopadła? - usłyszała, odjeżdżając. - Raczej chodzi tu o coś innego - dodał ten sam głos.

Z wozem, jak przypuszczała, nie było problemu. Zostawiła konia i wróciła na wozie. Nim strażnicy zdążyli omówić wszystkie warianty obecności jej i zbirów, była z powrotem na miejscu. Strażnicy stali, patrząc na nią nieufnie.

- Jak cię zwą? - zapytał jeden z nich, gdy zsiadła z wozu.

- Co cię to obchodzi - syknął do niego Kohst.

- A właśnie, że obchodzi. Jest Łowcą, niech powie, jak ją zwą. - Strażnik patrzył na nią wyzywająco.

- Sylwana - odpowiedziała z lekkim uśmiechem na ustach.

- Sylwana? Akurat! Sylwana jest poszukiwana listem - powiedział ten, który tak się dopytywał.

- Poznałeś jej imię, więc chodźmy - mruknął trzeci strażnik.

- Ta sama Sylwana? - drążył temat. - Ona by tu nie przyjechała - pokręcił głową. - A do tego przyprowadziłaś...

- Skończ już i zostaw ją w spokoju - wtrącił się Kohst. - Kończymy służbę, a ja muszę się napić.

- Idziemy. - Ten trzeci ruszył w kierunku, skąd przyszli.

- Dzięki za pomoc - powiedziała do nich i zaczęła ładować zrabowany przez bandziorów towar na wóz.

- No... nie ma o czym mówić. - Kohst machnął ręką i chwycił dociekliwego kompana za ramię, ciągnąc go za sobą.

- Ona by tu nie przyjechała - upierał się przy swoim strażnik.

- Pewnie nie. Chociaż... kto wie? - powiedział ten trzeci i dyskretnie obejrzał się, rzucając okiem na dziewczynę.

Kogoś mu przypominała, ale nie potrafił sprecyzować kogo.

*

Po załadowaniu wszystkiego na wóz ruszyła nim wolno w kierunku kancelarii sędziego. Mijani przechodnie spoglądali na nią ze zdziwieniem, gdyż dziewczyna powożąca zaprzęgiem była niecodziennym widokiem w miasteczku. Gdy zwolniła, aby wolno skręcić w przecznicę, w której według stajennego była kancelaria, na kozioł obok niej wskoczył dobrze ubrany, młody mężczyzna.

- Nie jesteś stąd - stwierdził. - Mogę ci pomóc - powiedział z bezczelną miną.

- Świetnie się składa, bo właśnie jesteś dodatkowym ciężarem dla konia. Więc z łaski swojej zejdź z kozła - poprosiła z uśmiechem.

- Nie przesadzaj...

Nie zdążył dokończyć, bo błyskawicznie obróciła się na koźle, podciągając obie nogi do siebie, po czym z całej siły kopnęła go w biodro. Arogancki typ, nim zdążył zareagować, spadł na bruk ulicy.

- Prosiłam - uśmiechnęła się, chociaż ten, zaskoczony, nie patrzył na nią.

Za to na niego patrzyli nieliczni przechodnie i mieli niezły ubaw. Ona odwróciła się tymczasem wolno i pojechała dalej. Nie było daleko, toteż po chwili zatrzymała wóz i zaciągnęła hamulec, po czym owinęła na nim lejce. Podeszła do drzwi i otworzyła je. Biuro pisarza nie było duże i znajdowało się w nim tylko jedno biurko. Miasteczko też nie było duże, więc nie było ono zawalone większą ilością dokumentów. Za nim siedział pisarz.

- Słucham? - zapytał, gdy weszła dalej.

- Przyprowadziłam kilku bandytów...

- A, to o pani mówił strażnik... - przerwał jej.

- Wieści się szybko rozchodzą, jak widzę - nie dała mu dokończyć.

- To ich obowiązek - wyjaśnił.

- Rozumiem... Są już pod kluczem, ale mam jeszcze zrabowany przez nich towar i to. - Rzuciła na blat sakiewkę. - Nikt nie zgłaszał, że tu grasuje banda?

Pisarz spojrzał na nią i sięgnął po sakiewkę. Rozwiązał ją i wysypał zawartość na biurko.

- O cholera! Przepraszam... Ktoś o tym wie? - zapytał zaskoczony.

- Poza nami nikt.

- To dobrze... To jest majątek.

- A co z resztą?

- Najpierw schowam to do kasy, a potem otworzę depozyt - wyjaśnił.

- Gdzie mam to przynieść? - zapytała.

- Depozyt jest tu. - Wskazał na jedne z trojga drzwi przed sobą. - Czyli tutaj, do środka - dodał.

- Zostawię otwarte drzwi - uprzedziła. - Będzie mi się wygodniej nosiło.

- Hm... No dobrze - zgodził się. - Dużo tego jest?

- Pół wozu.

- Aa... To się jakoś zmieści. - Zgarnął klejnoty i złote monety do sakiewki.

Wstał i otworzył kluczem drzwi do gabinetu sędziego. Ona wyszła na zewnątrz. Kuferkiem zablokowała drzwi i zaczęła wnosić pozostałe zrabowane rzeczy. Co niektórzy z przechodniów przystawali i patrzyli na to, co robiła. Po chwili dołączył do niej pisarz i pomógł jej w przenoszeniu. Dłuższą chwilę później wszystko znalazło się wewnątrz pomieszczenia.

- Na kogo wystawić...

- Na Bractwo - przerwała mu.

- Bractwo? Dobrze... A jak ciebie zwą? Muszę tu...

- Sylwana - odpowiedziała.

- To mi ułatwi... Sylwana - powtórzył jej imię i nagle podniósł głowę, patrząc na nią spłoszonym wzrokiem. - To... To zbieżność imion? - zapytał niepewnym głosem.

- Zbieżność... Hm... Nie słyszałam o innej Sylwanie wśród Łowców - powiedziała spokojnie. - Ale nie przejmuj się... Zanim wróci sędzia, mnie już tu nie będzie - zapewniła.

- Muszę kazać cię...

- Nic nie musisz, poza zastanowieniem się nad sytuacją... - przerwała na moment. - Gdybym czuła się winna... przyszłabym tutaj i w ogóle... fatygowałabym się, aby ich pojmać? Pomyśl. - Uśmiechnęła się i wyszła.

*

Zostawiła wóz przed stajnią i wzięła swoje rzeczy, razem z sakwą leżące obok siodła. Koń był już w boksie, wyszczotkowany i z wyczesaną grzywą. "Postarał się", pomyślała i ruszyła do karczmy. Ten, którego zrzuciła z siodła, z uporem za nią szedł. Starał się co prawda robić to dyskretnie, ale był w tym kiepski. Poza tym to jej nie przeszkadzało. Wątpiła, aby on lub ktokolwiek inny wszedł jej w drogę. Zwłaszcza po tym, jak się rozejdzie pogłoska, że sama przyprowadziła spętanych bandytów. Bacząc na otoczenie, krążyła myślami nad planami, jak dalej poprowadzić poszukiwania bandy, którą tropiła. Prawie odruchowo weszła do środka karczmy. Intuicyjnie rozejrzała się po sali, spoglądając na gości, po czym ruszyła do stolika na końcu pomieszczenia, przy którym siedział właściciel.

- Witajcie, gospodarzu. Macie wolny pokój na dzień lub dwa? - zapytała, kładąc rzeczy obok stołu.

Ten spojrzał na nią z ciekawością.

- Dla ilu osób? - zapytał, licząc pewnie, że nie jest sama.

- Dla jednej. Nalejcie mi - poprosiła, wskazując wzrokiem na dzban.

- Została mi niewielka klitka na poddaszu. - Nalał do glinianego kubka.

- Może być. Nie mam zbyt dużych wymagań. - Wzięła kubek i upiła z niego łyk.

Chwilę smakowała i upiła kolejny łyk.

- Dobre - pochwaliła. - Z czego to?

- Z takiej miejscowej rośliny. Orzeźwia w skwarze.

Wyjęła sakiewkę, a z niej srebrną monetę i położyła przed nim na stole.

- Wystarczy na dwa dni i za jedzenie? - zapytała.

Otworzyły się drzwi i do środka weszło trzech mężczyzn. Chwilę o czymś rozmawiali i usiedli przy stole nieopodal drzwi.

- Oczywiście, że starczy. - Wstał ze swojego miejsca. - Poczekajcie chwilkę, pani - zaczął ją tytułować - to przyślę dziewkę i was zaprowadzi.

- Zjadłabym coś i zdrożona jestem. Zróbcie jakiś drób i coś tam jeszcze - poprosiła.

- Kąpiel też? - zapytał.

- A macie łaźnię? - ucieszyła się.

- Małą, ale mam.

- Jak najbardziej. To zjem po kąpieli - zdecydowała. - A uprać...

- Dajcie, pani, dziewce rzeczy, to upierze.

- Dziękuję - odpowiedziała. - Tego mi brakuje - dodała.

Gospodarz wszedł na zaplecze, a chwilę później wyszła stamtąd wyglądająca na piętnaście wiosen dziewczyna.

- Chodźcie, pani, za mną - powiedziała melodyjnym głosem.

Zaskoczyło to Sylwanę, ale nie skomentowała tego. Podniosła swój dobytek i ruszyła za dziewczyną. Przechodziły środkiem, pomiędzy stołami ustawionymi pod ścianami. Przy jednym z nich poznała strażników miejskich z Kohstem na czele. Jeden z nich złapał za rękę dziewczynę idącą przodem.

- Przynieś nam wino - powiedział do niej.

- Dobrze, ale najpierw...

- Przynieś, nie...

- Zostaw ją na razie - powiedział Kohst. - Nie widzisz, że jest zajęta. - Uśmiechnął się przepraszająco do Sylwany.

- Nie mam... - zaczął ponownie strażnik.

- Mówię ci, zaczekaj! - powiedział z naciskiem jego kompan.

- Szlag! A to dlaczego? - spojrzał groźnie na Łowcę.

Ona tymczasem pozdrowiła ich gestem Łowców i pchnęła lekko dziewczynę ręką, aby ta szła dalej.

*

Były już na schodach, gdy jeden z gości spojrzał na nie z zainteresowaniem. Szczególnie przyglądał się Sylwanie. Poznała go od razu. To był jeden z tych, których ścigała. Weszły do korytarza.

- Powiedz gospodarzowi, że zjem teraz, a kąpiel będzie wieczorem - musiała zmienić plany.

- Dobrze, powiem. To jest ten pokój - wskazała na drzwi.

Łowca uniosła do góry brwi ze zdumienia.

- Aż się boję wchodzić - skomentowała, zaskoczona.

Drzwi sprawiały wrażenie, że zaraz odpadną, a szczeliny pomiędzy deskami były takie, że nie trzeba było ich otwierać, aby zobaczyć, co jest wewnątrz.

- No dobrze... Otwórz - powiedziała.

Po zajrzeniu stwierdziła, że to chyba jakaś graciarnia. Rozglądała się po wnętrzu.

- A ty gdzie mieszkasz? Z rodziną? - zagadnęła dziewczynę.

- Tak, pani.

- Nie znalazłoby się dla mnie miejsce... Nie jestem wymagająca, ale... coś takiego nie przejdzie - pokręciła głową Sylwana.

- U nas, pani, nie ma miejsca, ale jest taki dom... gościnny dla podróżnych - powiedziała szczerze.

- Świetnie. Zaniesiesz tam moje rzeczy. To dla ciebie. - Włożyła jej do ręki monetę. - A to dla właściciela tego domu. - Dała jej drugą monetę. - Dużo rzeczy nie mam, więc nie będzie ci ciężko - uśmiechnęła się.

- Dobrze, ale trochę później... Jestem potrzebna...

- Nie martw się. Załatwię to - przerwała jej Sylwana. - Chodźmy.

Zeszły schodami do sali jadalnej.

- Weź - powiedziała Łowca, podając jej niewielki bagaż.

Dziewczyna wzięła go.

- W środku... Zresztą przejrzyj je na miejscu i weź do prania brudne - poprosiła dziewczynę. - Jakbyś miała wątpliwości, to weź wszystkie - dodała.

- Dobrze, pani.

- Idź już. - Pchnęła ją lekko w kierunku drzwi.

Sama ruszyła w stronę stołu, gdzie siedzieli strażnicy miejscy.

- Znajdzie się dla mnie wolne miejsce? - zapytała.

- Pewnie. To dla nas zaszczyt...

- Tym bardziej dla mnie - przerwała tyradę pochwał. - Zjecie coś... czy zostaniecie tylko przy winie? - zapytała. - Zresztą... zamówię dla wszystkich - zamierzała ruszyć w stronę kuchni.

- Usiądź już. My to zrobimy - powiedział Kohst.

- Nie ma problemu, i tak jestem na nogach. - Odwróciła się i ruszyła w kierunku gospodarza. - Co chcecie? Może być drób?

- Niech będzie - odpowiedział jeden z nich za wszystkich.

Przechodząc obok stołów, upewniła się, że nie pomyliła postaci. Z trzech siedzących przy stole mężczyzn jeden na pewno należał do bandy, którą tropiła. Dwaj pozostali też mogli być jej członkami, ale ich nie znała. Nie wszystkich widziała we wspomnieniach tych, których przyprowadziła.

- Gospodarzu, trzy dorodne kurczaki, pieczywo i dzban wina. I jeszcze dzbanek tego dobrego napitku - zamówiła. - A dziewczyna wyszła na moment i zaraz wróci. - Położyła na stole srebrną monetę. - Nie przenocuję u was - uprzedziła.

- Spodziewałem się tego - odparł szczerze. - Ale nalegałaś, pani.

- Wiem. Zapomnijmy o tym.

- Zabierzcie, pani, pieniądze. Na razie wystarczy to, co już dostałem, i nie trzeba nic dodawać - powiedział.

- Zgoda. - Wzięła ją ze stołu.

*

Jedli, popijali, rozmawiając o wojennym rzemiośle. Niespodziewanie do karczmy wszedł ten, którego Sylwana zrzuciła z kozła. Spojrzał na nią kosym spojrzeniem i usiadł przy wolnym stole.

- A ten, co tu robi? - zapytał jeden ze strażników miejskich. - Nigdy tu nie przychodził, bo za niskie progi dla niego.

- Zawsze jest ten pierwszy raz - odparł filozoficznie inny.

- A kto to jest? - zapytała odruchowo i na dobrą sprawę nie słuchając odpowiedzi.

- Syn bogatego kupca. Taki tani cwaniaczek, który lubi dokuczać innym - odparł Kohst.

- Wydaje mu się, że tu rządzi - mruknął trzeci.

Nie odpowiedziała, rozmyślając nad bandziorami. Jak to rozegrać w mieście? Było ich kilku i znali się na rzemiośle, więc bała się zbytniego rozlewu krwi. "Przydałoby się jeszcze z dwóch Łowców", pomyślała.

- Czego tu? - wyrwało ją z zamyślenia burkliwe pytanie.

Coś jej umknęło, gdy była zamyślona.

- Zamknijcie ją w lochu - usłyszała. - Ona na mnie napadła.

Popatrzyła w kierunku głosu. Przy ich stole stał ten, którego strąciła z kozła. "A, to o nim mówili", przemknęło jej przez myśl.

- Jestem już po służbie, więc idź do komendanta - burknął nieprzychylnie Kohst.

- Macie ją...

- Masz świadków? - Poirytowany strażnik zaczął wstawać.

- Mhm... Raczej było odwrotnie - powiedziała Sylwana.

- Szlag! Chciałem się tylko napić - powiedział poirytowany podoficer, spodziewając się, co może się teraz wydarzyć.

- Wiozłam na wozie łupy. - Używając właściwego słownictwa, zaczęła z premedytacją zastawiać prymitywną pułapkę na niego, którą ktoś inteligentny by spostrzegł od razu. - A on wskoczył mi na kozła koło mnie i...

- Chciałem ją powstrzymać - przerwał jej napastnik, słysząc o łupach.

- Eh... W takim razie nie ma wyjścia... To jest sprawa urzędowa, i to faktycznie wygląda na napaść. - Kohst ściągnął brwi w grymasie.