W imię wiecznej przyjaźni - Nele Neuhaus

Kup ebooka

45.00 zł
35.10 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DZIEŃ 1

Czwar­tek 6 wrze­śnia 2018

Za dzie­si­ęć mi­nut mu­si­my wy­cho­dzić. - Głów­ny in­spek­tor po­li­cji Oli­ver von Bo­den­ste­in po­dał cór­ce śnia­da­niów­kę z ka­nap­ka­mi do szko­ły, a de­skę do kro­je­nia wło­żył do zle­wu.

- Mu­szę jesz­cze po­biec do po­ko­ju po pra­cę na pla­sty­kę - po­wie­dzia­ła So­phia. - Z czym mi zro­bi­łeś?

- Pa­stra­mi i szyn­ka z pier­si kur­cza­ka - po­in­for­mo­wał Bo­den­ste­in, dla któ­re­go co­dzien­ne przy­go­to­wy­wa­nie śnia­da­nia sta­ło się nie­odłącz­nym ry­tu­ałem, po­zwa­la­jącym za­cie­śnić więź z cór­ką. Przez wi­ęk­szo­ść cza­su So­phia miesz­ka­ła z mat­ką, oczy­wi­ście je­że­li ta nie była aku­rat na ja­kie­jś eks­pe­dy­cji z eki­pą fil­mo­wą, a u nie­go spędza­ła je­dy­nie co dru­gi week­end. Jed­nak cho­ro­ba Co­si­my spra­wi­ła, że cór­ka prze­pro­wa­dzi­ła się do nie­go na sta­łe, bo nikt nie po­tra­fił prze­wi­dzieć, kie­dy była żona Oli­ve­ra będzie mo­gła wy­jść ze szpi­ta­la.

- Ma­sło i mi­ęso są strasz­nie nie­zdro­we i szko­dli­we dla kli­ma­tu - sko­men­to­wa­ła Gre­ta, pa­sier­bi­ca Bo­den­ste­ina. Dziew­czy­na w po­pla­mio­nej pi­ża­mie sie­dzia­ła przy ku­chen­nym sto­le i nie od­ry­wa­jąc oczu od smar­fo­na, za­ja­da­ła mu­esli. - Przy oka­zji, przez to do­sta­je się raka, nie tyl­ko od pa­pie­ro­sów.

So­phia po­bla­dła i prze­stra­szo­na spoj­rza­ła na tatę.

- Ups, o rany, za­ga­pi­łam się i wy­po­wie­dzia­łam sło­wo na r! - Gre­ta przy­ci­snęła dłoń do ust i uśmiech­nęła się ze skru­chą, jed­nak w jej oczach pa­li­ła się czy­sta zło­śli­wo­ść. - Strasz­nie mi przy­kro.

- Leć po ob­ra­zek, So­phia. - Bo­den­ste­in czuł, jak wali mu ser­ce. Na­uczył się nie re­ago­wać na bez­u­stan­ne za­czep­ki i pro­wo­ka­cje osiem­na­sto­lat­ki, bo to nie­uchron­nie pro­wa­dzi­ło do ko­lej­nej kłót­ni z jej mat­ką. Ka­ro­li­ne nie­zmien­nie trzy­ma­ła stro­nę Gre­ty i uspra­wie­dli­wia­ła ka­żdy prze­jaw cham­stwa i bez­czel­no­ści na­sto­lat­ki. A ona do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę i bez skru­pu­łów ko­rzy­sta­ła ze wspar­cia mat­ki. Od pierw­sze­go dnia za­częła trak­to­wać Bo­den­ste­ina z otwar­tą nie­chęcią i za­zdro­ścią; chwy­ta­ła się ka­żde­go spo­so­bu, żeby go wy­eli­mi­no­wać z ży­cia mat­ki. Wy­ra­fi­no­wa­nie jej ata­ków często wpra­wia­ło go w praw­dzi­we osłu­pie­nie. Nie wol­no mu było, na przy­kład, si­ęgać przy śnia­da­niu po po­ran­ną ga­ze­tę, gdyż za­pach far­by dru­kar­skiej miał po­noć szko­dzić na­sto­lat­ce. Na li­ście rze­czy za­ka­za­nych zna­la­zła się rów­nież mu­zy­ka kla­sycz­na, któ­ra wy­wo­ły­wa­ła w Gre­cie spa­zma­tycz­ny płacz, bo przy­po­mi­na­ła jej bab­cię. A od kie­dy za­miesz­ka­ła z nimi So­phia, nie­mal dzie­wi­ęt­na­sto­let­nia dziew­czy­na orze­kła, że musi spać w sy­pial­ni mat­ki, na ma­te­ra­cu obok jej łó­żka, bo ina­czej dręczą ją kosz­ma­ry. Poza kil­ko­ma mie­si­ąca­mi, któ­re spędzi­ła w szko­le z in­ter­na­tem, sy­tu­acja w domu od pi­ęciu lat nic się nie po­pra­wia­ła, a wręcz prze­ciw­nie - w obec­no­ści Gre­ty ży­cie do­mo­we przy­po­mi­na­ło spa­cer po polu mi­no­wym.

- Wy­msknęło mi się. - Dziew­czy­na wy­szcze­rzy­ła się do Bo­den­ste­ina le­ni­wie i skręci­ła tłu­ste wło­sy na szyi w kok.

- No oczy­wi­ście. Jak za­wsze nie­chcący - od­pa­rł z iro­nią w gło­sie i wło­żył brud­ne na­czy­nia do zmy­war­ki. Nie­na­wi­dził ta­kich kłót­ni. Był wście­kły, że nie może wy­gar­nąć tej podłej dziew­czy­nie, co na­praw­dę my­śli, nie ry­zy­ku­jąc przy tym, że za­szko­dzi to jego ma­łże­ństwu. Ale naj­bar­dziej prze­szka­dza­ło mu to, że nie może za­pew­nić swo­jej dwu­na­sto­let­niej cór­ce spo­koj­nej ro­dzin­nej at­mos­fe­ry - tym bar­dziej te­raz, kie­dy ci­ężko cho­ra Co­si­ma le­ża­ła w szpi­ta­lu, a So­phia ni­cze­go nie po­trze­bo­wa­ła bar­dziej od po­czu­cia rów­no­wa­gi i har­mo­nii.

- Za­rzu­casz mi kłam­stwo? - Gre­ta pod­nio­sła głos. - Tyl­ko dla­te­go, że two­ja była ma raka, nie mogę już mó­wić praw­dy? O to ci cho­dzi?

Bo­den­ste­in w mil­cze­niu po­li­czył do dzie­si­ęciu.

- Ej! Za­py­ta­łam cię o coś!

Do kuch­ni wró­ci­ła So­phia, nio­sąc ob­raz, któ­ry przez ty­dzień ma­lo­wa­ła akwa­rel­ka­mi i z któ­re­go była bar­dzo dum­na. Po ojcu odzie­dzi­czy­ła gęste, ciem­ne wło­sy, a po mat­ce zie­lo­ne oczy i wiot­ką, szczu­płą fi­gu­rę. Gre­ta naj­bar­dziej za­zdro­ści­ła jej tego ostat­nie­go, tym bar­dziej że przez lata ob­ja­da­nia się bez umia­ru wpędzi­ła się w spo­rą nad­wa­gę.

- A co to niby jest? - prych­nęła osiem­na­sto­lat­ka szy­der­czo. - Przed­szko­la­ki le­piej by coś ta­kie­go na­ma­lo­wa­ły!

- Pew­nie. Ty to aku­rat mu­sisz wie­dzieć, z two­im do­świad­cze­niem z przed­szko­la­ka­mi - prych­nęła So­phia lek­ce­wa­żąco, za­nim Bo­den­ste­in zdążył co­kol­wiek po­wie­dzieć. - Ile tam w ko­ńcu prze­pra­co­wa­łaś? Je­den dzień? Czy wy­wa­li­li cię po dwóch?

- Za­mknij się, głu­pia kro­wo! - Gre­ta za­czer­wie­ni­ła się jak bu­rak.

Kil­ka szkół skre­śli­ło ją z li­sty uczniów z po­wo­du bra­ku umie­jęt­no­ści in­ter­per­so­nal­nych i nie­wy­star­cza­jących po­stępów w na­uce, a w ze­szłe wa­ka­cje wy­le­cia­ła na­wet z in­ter­na­tu pla­ców­ki zaj­mu­jącej się trud­ny­mi przy­pad­ka­mi uczniów, któ­rzy so­bie nie ra­dzą. Po tym, jak dwu­krot­nie nie zdo­ła­ła uko­ńczyć ostat­niej kla­sy gim­na­zjum, za­mknęła się przed nią dro­ga do ma­tu­ry, więc zo­sta­ła bez wy­uczo­ne­go za­wo­du i za­trud­nie­nia. Oj­ciec za­ła­twił jej prak­ty­ki w przed­szko­lu w Bad So­den, ale rzu­ci­ła je już po pierw­szym dniu, twier­dząc, że jest uczu­lo­na na li­no­leum, któ­rym wy­ło­żo­na była podło­ga w tej pla­ców­ce, a poza tym z po­wo­du dzie­ci­ęcych krzy­ków rze­ko­mo na­ba­wi­ła się mi­gre­ny. Ca­łko­wi­cie stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie ko­niem, któ­re­go do­sta­ła od ro­dzi­ców krót­ko po trau­ma­tycz­nym prze­ży­ciu w dzie­ci­ństwie. Jej mat­ka co mie­si­ąc po­no­si­ła hor­ren­dal­ne kosz­ty za­pew­nie­nia zwie­rzęciu od­po­wied­niej ilo­ści ru­chu.

W pro­gu kuch­ni sta­nęła Ka­ro­li­ne. Let­nia żó­łta su­kien­ka i san­da­ły z rze­mie­nia­mi pod­kre­śla­ły jej szczu­płą fi­gu­rę i opa­le­ni­znę, a błysz­czące ciem­ne wło­sy zwi­ąza­ła w lu­źny kok. Jesz­cze nie­daw­no Bo­den­ste­in przy­wi­ta­łby ją kom­ple­men­tem, za co od­pła­ci­ła­by się go­rącym po­ca­łun­kiem. Dziś jed­nak od razu zwró­cił uwa­gę na jej za­ci­śni­ęte ner­wo­wo szczęki, wąskie usta i złe spoj­rze­nie, któ­rym omio­tła go, jak­by był przej­rzy­sty.

- Je­ste­ście dla mnie pod­li! - krzyk­nęła Gre­ta i jak na roz­kaz za­la­ła się łza­mi.

- Co tu się dzie­je? - za­py­ta­ła Ka­ro­li­ne z iry­ta­cją w gło­sie.

- Twój ma­łżo­nek się ze mnie na­śmie­wa! - skła­ma­ła na­sto­lat­ka bez za­jąk­nie­nia.

- Ale tata prze­cież ni­cze­go nie... - za­częła So­phia z obu­rze­niem, jed­nak Gre­ta nie dała jej do­ko­ńczyć.

- Oni się nade mną znęca­ją! Ci­ągle się ze mnie śmie­ją, że je­stem gru­ba!

- To nie­praw­da! Nikt tak nie mó­wił! - za­prze­czy­ła So­phia, skon­ster­no­wa­na bez­czel­no­ścią tych kłamstw. W prze­ci­wie­ństwie do ojca, nie co­fa­ła się przed kon­fron­ta­cją, bo nie po­zwa­la­ło jej na to po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści - na­wet je­śli cza­sem ła­twiej było nie za­prze­czać Gre­cie, żeby nie wy­wo­łać ko­lej­ne­go na­pa­du wście­kło­ści.

- A wła­śnie, że praw­da! My­ślisz, że je­stem śle­pa i nie wi­dzę, jak na mnie pa­trzy­cie i się śmie­je­cie? - Jak za­wsze, kie­dy chcia­ła ukryć, że kła­mie, na­kręca­ła się co­raz bar­dziej i ata­ko­wa­ła z co­raz wi­ęk­szą hi­ste­rią.

- Uspo­kój się pro­szę, Gre­tul­ko! - Ka­ro­li­na pró­bo­wa­ła ją udo­bru­chać i wy­ci­ągnęła ra­mio­na, żeby przy­tu­lić cór­kę, lecz ona ode­pchnęła ją bru­tal­nie. Gre­tul­ka! Bo­den­ste­in za­czął się go­to­wać ze zło­ści. Że też znów musi wy­słu­chi­wać tych idio­tycz­nych zdrob­nień i prze­pra­sza­jące­go tonu, któ­rym Ka­ro­li­ne zwra­ca­ła do cór­ki! Ale Gre­ta od po­cząt­ku była jej bo­lącz­ką. Ko­bie­ta bez­u­stan­nie mia­ła wy­rzu­ty su­mie­nia, bo uwa­ża­ła, że przez obo­wi­ąz­ki słu­żbo­we za­nie­dba­ła cór­kę. Od lat Bo­den­ste­in pró­bo­wał prze­ko­nać żonę, żeby po­szu­ka­ła dla niej i sie­bie pro­fe­sjo­nal­nej po­mo­cy, bo jego zda­niem pro­ble­mem dziew­czy­ny była nie­prze­pra­co­wa­na trau­ma, któ­rej przed laty obie do­świad­czy­ły, a po­tem zlek­ce­wa­ży­ły do­nio­sło­ść jej skut­ków. Trzy­na­sto­let­nia wów­czas Gre­ta sta­ła obok bab­ci, kie­dy star­szą ko­bie­tę przez ku­chen­ne okno po­strze­lił snaj­per, a Ka­ro­li­ne nie tyl­ko mu­sia­ła oglądać zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki mat­ki, ale też przy­jąć do wia­do­mo­ści, że jej oj­ciec, sza­no­wa­ny kar­dio­chi­rurg, zo­stał pó­źniej ska­za­ny na karę wie­lo­let­nie­go wi­ęzie­nia. Spra­wę ta­jem­ni­cze­go snaj­pe­ra pro­wa­dził wów­czas Bo­den­ste­in i pó­źniej wie­le razy miał wra­że­nie, że tam­te trau­ma­tycz­ne wy­da­rze­nia zmie­ni­ły się w pole mi­no­we, na któ­re ani on, ani jego żona nie byli skłon­ni się za­pusz­czać. Gre­ta od­rzu­ci­ła wcze­śniej po­moc kil­ku te­ra­peu­tów, jed­nak poza Bo­den­ste­inem nikt na po­wa­żnie nie pró­bo­wał sta­wiać jej żad­nych gra­nic. Do­pie­ro kie­dy Ka­ro­li­ne jed­no­znacz­nie dała mu do zro­zu­mie­nia, że wy­cho­wa­nie cór­ki to spra­wa nie jego, lecz tyl­ko i wy­łącz­nie jej, mężczy­zna zło­żył broń i sta­rał się nie wtrącać. Mie­szan­ka wy­rzu­tów su­mie­nia i stra­chu przed nie­kon­tro­lo­wal­ny­mi na­pa­da­mi wście­kło­ści Gre­ty po­wo­do­wa­ła, że Ka­ro­li­ne za­wsze jej ule­ga­ła, za­miast po­wstrzy­my­wać i szu­kać źró­dła kon­flik­tów. I wła­śnie do tego to do­pro­wa­dzi­ło: żyli w ci­ągłym na­pi­ęciu, pod dyk­tan­do nar­cy­stycz­nej osiem­na­sto­lat­ki.

- Dłu­żej tego nie znio­sę! Nie po­zwo­lę im się tak trak­to­wać! - za­wy­ła Gre­ta i wy­ce­lo­wa­ła oska­rży­ciel­sko pa­lec w stro­nę Bo­den­ste­ina. - Wy­pro­wa­dzam się do taty! Jesz­cze dzi­siaj!

Bo­den­ste­in wes­tchnął ci­ężko. Wie­dział, że to pu­ste gro­źby; nowa ro­dzi­na ojca Gre­ty też nie chcia­ła mieć z nią nic wspól­ne­go, bo wo­bec ma­co­chy dziew­czy­na za­cho­wy­wa­ła się rów­nie bez­czel­nie jak wo­bec nie­go.

- Nie­na­wi­dzę cię! - syk­nęła Gre­ta ja­do­wi­cie i wy­bie­gła z kuch­ni. - Nie­na­wi­dzę was wszyst­kich!

- Dla­cze­go mu­si­cie ją tak de­ner­wo­wać? - za­py­ta­ła Ka­ro­li­ne, pa­trząc z wy­rzu­tem na Bo­den­ste­ina i So­phię. - Ona na­praw­dę nie ma ła­two w ży­ciu!

- Ja też nie mam ła­two w ży­ciu - wy­pa­li­ła dziew­czyn­ka. - Moja mama ma raka, je­śli ktoś o tym za­po­mniał.

Na pi­ętrze gło­śno trza­snęły drzwi, a chwi­lę pó­źniej roz­le­gło się dud­nie­nie mu­zy­ki.

- Jak mo­gła­bym o tym za­po­mnieć, co? - od­po­wie­dzia­ła Ka­ro­li­ne gorz­kim to­nem i omio­tła Bo­den­ste­ina umęczo­nym spoj­rze­niem. - Twój oj­ciec wi­ęcej cza­su spędza z nią niż ze mną.

Po tych sło­wach od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w stro­nę scho­dów, by jesz­cze raz spró­bo­wać udo­bru­chać Gre­tę. Bo­den­ste­in od­pro­wa­dzał ją przez chwi­lę wzro­kiem. W ko­ńcu do­ta­rło do nie­go, że to była kro­pla, któ­ra prze­la­ła cza­rę i nie było już od­wro­tu.

- Cho­dź, mu­si­my je­chać - po­wie­dział do So­phie. Ra­zem we­szli do ga­ra­żu i wsie­dli do jego po­rsche. Bo­den­ste­in je­ździł nim - a był to pre­zent od jego by­łej te­ścio­wej - tyl­ko w dni wol­ne od pra­cy. Jego prze­ło­żo­na Ni­co­la En­gel nie była za­do­wo­lo­na, kie­dy par­ko­wał taki sa­mo­chód pod ko­mi­sa­ria­tem. Trzy mi­nu­ty pó­źniej je­cha­li już Ga­gern­ring w stro­nę cen­trum.

- To jest ta­kie aspo­łecz­ne, że Gre­ta bez­u­stan­nie kła­mie i wy­ga­du­je te ohyd­ne rze­czy o to­bie, a Ka­ro­li­ne za­wsze jej w wie­rzy! - obu­rza­ła się So­phia. - Wiesz, że mówi na mamę Ra­kie­ta albo pani Wątro­bian­ka Ra­czy­ńska? I czy to praw­da, że na raka wątro­by cho­ru­ją je­dy­nie al­ko­ho­li­cy?

Bo­den­ste­in z taką siłą za­ci­snął dło­nie na kie­row­ni­cy, że po­bie­la­ły mu kost­ki. Bar­dzo wy­ra­źnie po­pro­sił Ka­ro­li­ne, żeby na ra­zie nie dzie­li­ła się z So­phią szcze­gó­ła­mi cho­ro­by Co­si­my, ale naj­wy­ra­źniej nie po­słu­cha­ła i na­tych­miast po­bie­gła z tym do swo­jej cór­ki, któ­ra oczy­wi­ście mu­sia­ła wy­ko­rzy­stać tę wie­dzę prze­ciw­ko znie­na­wi­dzo­nej dwu­na­sto­lat­ce.

- Cho­ro­ba mamy nie ma nic wspól­ne­go z al­ko­ho­lem - wy­ja­śnił, wal­cząc, by za­cho­wać jak naj­bar­dziej rze­czo­wy ton. - Wie­le lat temu w cza­sie któ­re­jś z wy­praw two­ja mama zła­pa­ła za­pa­le­nie wątro­by i le­ka­rze po­dej­rze­wa­ją, że rak wątro­by to wła­śnie sku­tek tam­te­go za­ka­że­nia.

- Czy mama umrze?

- Je­stem prze­ko­na­ny, że nie - od­po­wie­dział. - Le­ka­rze ro­bią wszyst­ko, co tyl­ko mogą, żeby po­móc jej wró­cić do zdro­wia.

- Hm. - So­phia spoj­rza­ła na nie­go prze­lot­nie. - Gre­ta po­wie­dzia­ła, że jak mama umrze, to zo­sta­nie­my bez pie­ni­ędzy, bo ty je­steś po­li­cjan­tem i pra­wie nic nie za­ra­biasz.

- Że co, pro­szę?! - Bo­den­ste­in po­pa­trzył na cór­kę osłu­pia­ły.

- I jesz­cze, że je­śli nie będę ro­bi­ła, co mi każe, to się po­sta­ra, żeby jej mat­ka nas wy­rzu­ci­ła, bo to jest jej dom, a nie twój. Czy to praw­da, tato? Będzie­my mu­sie­li prze­pro­wa­dzić się do miesz­ka­nia w blo­ku?

Bo­den­ste­in po­czuł się tak, jak­by do­stał obu­chem w gło­wę, i przez chwi­lę miał wra­że­nie, że za­raz pęk­nie mu ser­ce.

- Nie, nie będzie­my mu­sie­li - uspo­ko­ił So­phię.

- Nie­na­wi­dzę Gre­ty - oznaj­mi­ła jego cór­ka z prze­ko­na­niem wła­ści­wym dwu­na­sto­lat­ce. - Gdy­by się dało, nie chcia­ła­bym jej już ni­g­dy wi­dzieć. Do ko­ńca ży­cia!

Ja też - po­my­ślał Bo­den­ste­in. Zde­cy­do­wa­nie!

Włączył kie­run­kow­skaz i za­trzy­mał się w za­tocz­ce przy szko­le cór­ki. So­phia, któ­ra nie prze­pa­da­ła za pu­blicz­nym oka­zy­wa­niem uczuć, tym ra­zem ob­jęła go za szy­ję i po­ca­ło­wa­ła w po­li­czek.

- Ko­cham cię, tato!

- Ja cie­bie też ko­cham, ma­le­ńka - od­po­wie­dział.

- Mo­żesz dać ma­mie mój ob­ra­zek, jak u niej będziesz?

So­phia wró­ci­ła na swój fo­tel i pu­ści­ła do nie­go oko.

- A nie po­trze­bu­jesz go na pla­sty­kę?

- Nie. - Uśmiech­nęła się prze­bie­gle. - W ze­szłym ty­go­dniu da­łam go do oce­ny i do­sta­łam naj­wy­ższą. Tyl­ko nic nie mó­wi­łam Gre­cie.

- Ty to je­steś nie­zła! - Bo­den­ste­in za­chi­cho­tał. - Oczy­wi­ście, że za­nio­sę go ma­mie. Na pew­no bar­dzo się z nie­go ucie­szy.

So­phia wy­sia­dła, za­rzu­ci­ła so­bie ple­cak na ra­mię, jesz­cze raz się do nie­go uśmiech­nęła, po czym dała się po­rwać po­to­ko­wi uczniów i uczen­nic zmie­rza­jących do we­jścia.

Bo­den­ste­in włączył się do ru­chu. Roz­my­śl­nie igno­ro­wał na­tar­czy­we wi­bro­wa­nie ko­mór­ki. To Ka­ro­li­ne pró­bo­wa­ła się do nie­go do­dzwo­nić, naj­pew­niej z prze­pro­si­na­mi i wy­ja­śnie­nia­mi, ale on miał już dość po­wta­rza­nia w kó­łko tego sa­me­go. Miał dość kłót­ni, dość przy­pi­sy­wa­nia mu rze­czy, któ­rych nie zro­bił, dość za­rzu­tów, po któ­rych na­stępo­wa­ły pe­łne skru­chy i płacz­li­we za­pew­nie­nia, że go ko­cha i nie po­zwo­li, żeby Gre­ta sta­nęła mi­ędzy nimi. Wie­dział, że nie miną na­wet trzy dni i te­atr za­cznie się od nowa. Bo­den­ste­in przez chwi­lę miał ocho­tę ode­brać po­łącze­nie i po­wie­dzieć Ka­ro­li­ne, cze­go do­wie­dział się od So­phii, ale w ko­ńcu zmie­nił zda­nie. W my­ślach zo­ba­czył w skró­cie całe swo­je ży­cie i ogar­nęło go przy­gnębie­nie, bo wła­śnie do nie­go do­ta­rło, że znów stał się ofia­rą swo­ich wy­obra­żeń. Od sa­me­go po­cząt­ku zwi­ązek z Ka­ro­li­ne był skom­pli­ko­wa­ny i nie­pew­ny. Nie po­tra­fił zro­zu­mieć, dla­cze­go wci­ąż od nowa po­wta­rza te same błędy, za­miast wy­ci­ągać z nich wnio­ski. Nie mógł już dłu­żej igno­ro­wać fak­tu, że miał pi­ęćdzie­si­ąt kil­ka lat i wła­śnie wa­li­ło się jego dru­gie ma­łże­ństwo. Na czer­wo­nym świe­tle spraw­dził, że Ka­ro­li­ne na­gra­ła się już dwa razy i przy­sła­ła mu pięć ese­me­sów. Wie­dział, że to do­pie­ro po­czątek, je­śli da­lej będzie ją igno­ro­wał. Ale tym ra­zem nie za­mie­rzał się ugi­ąć. Nie prze­czy­ta i nie od­słu­cha żad­nej wia­do­mo­ści, bo prze­cież i tak wie­dział, co ma mu do prze­ka­za­nia, i że to nic, ale to zu­pe­łnie nic nie zmie­ni.

*

Nad­ko­mi­sarz Pia San­der z da­le­ka wi­dzia­ła bie­ga­jące lu­zem dwa wy­żły we­imar­skie. Szła wła­śnie w stro­nę par­kin­gu przy Sau­er­born, wra­ca­jąc z po­ran­ne­go spa­ce­ru z psem przez Süs­se Gründ­chen, ma­low­ni­czą do­li­nę ze stru­my­kiem i dzi­ko ro­snący­mi drze­wa­mi owo­co­wy­mi.

- No su­per - wes­tchnęła i skró­ci­ła zwi­ja­ną smycz, na któ­rej wy­pro­wa­dza­ła Beck'sa, aż pies zna­la­zł się tuż przy niej. Ma­li­no­is rów­nież do­strze­gł dwój­kę przed­sta­wi­cie­li swo­je­go ga­tun­ku, któ­rzy wła­śnie za­ła­twia­li grub­szą po­trze­bę po­środ­ku łąki. Mo­men­tal­nie się spi­ął, na­stro­szył sie­rść na kar­ku i za­czął ci­cho war­czeć.

- Spo­koj­nie.

Wła­ści­ciel­ka wy­żłów szła ście­żką przez tra­wę i przy­ci­ska­ła te­le­fon do ucha. Pia nie spo­dzie­wa­ła się, że ko­bie­ta zdąży za­pi­ąć swo­je psy na smy­cze, za­nim rzu­cą się na Beck'sa.

- Może pani wzi­ąć psy na smy­cze! - za­wo­ła­ła.

- One nie gry­zą! - od­krzyk­nęła nie­zna­jo­ma z da­le­ka i da­lej roz­ma­wia­ła przez te­le­fon.

- Ale mój pies tak! - od­po­wie­dzia­ła Pia i chwy­ci­ła Beck'sa za ob­ro­żę. Mimo że z na­tu­ry był do­bro­tli­wym i do­brze zso­cja­li­zo­wa­nym zwie­rzęciem, nie­na­wi­dził, kie­dy inne psy go za­cze­pia­ły albo wręcz ata­ko­wa­ły. We­imar­czy­ki też w ko­ńcu za­uwa­ży­ły Beck'sa i rzu­ci­ły się w jego stro­nę, sku­pio­ne na celu jak wy­strze­lo­ne ra­kie­ty. Dwa prze­ciw­ko jed­ne­mu, któ­ry w do­dat­ku był jesz­cze za­pi­ęty! Na­tych­miast roz­le­gł się ja­zgot i szcze­ka­nie. Przy ca­łej do­bro­tli­wo­ści, Beck's był jed­nak bar­dzo wa­lecz­nym psem i nie po­zwo­lił się zdo­mi­no­wać, i już po kil­ku se­kun­dach za­ci­snął zęby na kar­ku wi­ęk­sze­go i ci­ęższe­go od sie­bie wy­żła nu­mer je­den.

- Eddi! Bil­ly! Do mnie! - pisz­cza­ła ko­bie­ta i wy­ma­chu­jąc ra­mio­na­mi, bie­gła przez wy­so­ką tra­wę, jed­nak jej psy ani my­śla­ły słu­chać jej wrza­sków i gwiz­da­nia.

- Nie­chże pani coś zro­bi! - da­rła się nie­zna­jo­ma na Pię. - On go za­gry­zie!

- To pani po­win­na coś zro­bić! - od­po­wie­dzia­ła Pia. Na­wet we śnie nie przy­szło­by jej do gło­wy go­ły­mi ręko­ma roz­dzie­lać wal­czące w amo­ku zwie­rzęta. - Pani psy pod­bie­gły do mo­je­go, któ­ry jest za­pi­ęty!

Po tym, jak Beck's ugry­zł dru­gie­go we­imar­czy­ka w ucho, wy­żeł uznał, że po­bli­ski las jest znacz­nie bar­dziej in­te­re­su­jący niż wal­ka ze zwin­niej­szym prze­ciw­ni­kiem i czmych­nął mi­ędzy krza­ki. Pierw­szy prze­wró­cił się na ple­cy i za­czął skam­leć, na co Beck's się cof­nął.

- Po­zwę pa­nią! Dro­go będzie to pa­nią kosz­to­wać! - Ko­bie­ta unio­sła te­le­fon i zro­bi­ła Pii zdjęcie. - O, tu­taj mam do­wód!

- Je­śli to spra­wi pani ra­do­ść, to pro­szę bar­dzo. - Pia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Mogę jesz­cze pani dać swój nu­mer te­le­fo­nu.

- Taki agre­syw­ny pies po­wi­nien cho­dzić w ka­ga­ńcu! - obu­rza­ła się blon­dyn­ka.

- Bzdu­ra, mój pies wca­le nie jest agre­syw­ny. Bro­nił się, to wszyst­ko. Gdy­by trzy­ma­ła pani swo­je psy na smy­czy albo po­tra­fi­ła je kon­tro­lo­wać, ca­łej sy­tu­acji da­ło­by się unik­nąć. - Pia uci­ęła dys­ku­sję.

- Moje psy mu­szą się wy­bie­gać! - Nie­zna­jo­ma, ty­po­wa miesz­kan­ka oko­lic, z blond pa­ziem na gło­wie i za­ci­ętym wy­ra­zem twa­rzy, szu­ka­ła te­raz ran na swo­ich psach. - O! Tu­taj! Wi­dzę krew! Ten kun­del je po­gry­zł!

- Same są so­bie win­ne - mruk­nęła Pia. - Przy oka­zji, ta do­li­na to re­zer­wat flo­ry i fau­ny. Pod­le­ga ochro­nie. Przy we­jściu stoi ta­blicz­ka z in­for­ma­cją, że dla ochro­ny dzi­kich zwie­rząt psy mu­szą być pro­wa­dzo­ne na smy­czy.

Beck's otrząsnął się i z pew­no­ścią zwy­ci­ęz­cy wy­rzu­cił tyl­ny­mi ła­pa­mi tro­chę dar­ni w po­wie­trze. Wła­ści­ciel­ka we­imar­czy­ków po­wie­dzia­ła pod no­sem coś, co brzmia­ło jak "głu­pia zdzi­ra" i prych­nęła po­gar­dli­wie. Pia uzna­ła, że ja­ka­kol­wiek dal­sza dys­ku­sja będzie stra­tą cza­su.

- Świet­na ro­bo­ta, Beck's. - Po­gła­ska­ła psa. - Obro­ni­łeś się.

Nie uszła na­wet pi­ęćdzie­si­ęciu me­trów, kie­dy wła­ści­ciel­ka wy­żłów ob­rzu­ci­ła ją ste­kiem obelg, co no­si­ło zna­mio­na pu­blicz­ne­go uży­cia słów nie­przy­zwo­itych. Pia nie za­re­ago­wa­ła, mimo że przez chwi­lę na­szła ją po­ku­sa spusz­cze­nia Beck'sa ze smy­czy i po­le­ce­nia mu, aby sko­czył agre­syw­nej ko­bie­cie do gar­dła.

Mi­nio­nej je­sie­ni wzi­ęła w pra­cy trzy mie­si­ące wol­ne­go, żeby spędzić ten czas z sio­strą Kim i jej cór­ką Fio­ną, któ­re wcze­śniej wpa­dły w ręce psy­cho­pa­tycz­ne­go mor­der­cy. Jed­nak Kim, jak za­wsze, kie­dy w jej ży­ciu po­ja­wia­ły się kło­po­ty, wy­bra­ła uciecz­kę i przy­jęła ofer­tę pra­cy pro­fi­ler­ki, zło­żo­ną przez dok­to­ra Da­vi­da Har­din­ga z USA. Jej roz­cza­ro­wa­na cór­ka Fio­na wró­ci­ła do Zu­ry­chu, więc Pia po­zo­sta­ły czas wy­ko­rzy­sta­ła na kurs w po­li­cyj­nej szko­le dla psów, gdzie Beck's prze­sze­dł szko­le­nie na psa ob­ro­ńcze­go; ja­sno­brązo­wy ma­li­no­is śpie­wa­jąco zdał eg­za­min ko­ńco­wy. Po­przed­ni wła­ści­ciel psa trzy­mał go w domu i wy­pusz­czał je­dy­nie do du­że­go ogro­du. Po śmier­ci The­odo­ra Re­ifen­ra­tha wio­sną ze­szłe­go roku, zwie­rzęciem za­opie­ko­wa­li się sąsie­dzi zma­rłe­go, jed­nak szyb­ko się oka­za­ło, że ich dzie­ci cier­pią na bar­dzo sil­ne uczu­le­nie na sie­rść. Pia nie wa­ha­ła się dłu­go i ad­op­to­wa­ła psa, żeby uchro­nić go przed tra­fie­niem do schro­ni­ska. Ta de­cy­zja bar­dzo ją uszczęśli­wi­ła, uwa­ża­ła bo­wiem, że ży­ciu bez czwo­ro­no­ga wy­ra­źnie cze­goś bra­ku­je. Po­ran­ne spa­ce­ry przed pra­cą były ide­al­nym po­cząt­kiem dnia, a re­gu­lar­na daw­ka ru­chu do­brze wpły­wa­ła na jej zdro­wie. Dy­rek­tor Ni­co­la En­gel oso­bi­ście udzie­li­ła Pii po­zwo­le­nia na przy­pro­wa­dza­nie Beck'sa do pra­cy. Pies szyb­ko stał się le­gen­dą ko­mi­sa­ria­tu, gdyż po­mó­gł Pii tra­fić na ślad se­ryj­ne­go mor­der­cy. Co wi­ęcej, czwo­ro­no­żny na­by­tek wy­wo­łał za­chwyt po­zo­sta­łej części wy­dzia­łu K11, a Beck's, nie­skom­pli­ko­wa­ny i łasy na sma­ko­ły­ki, w wy­jąt­ko­wy spo­sób otwo­rzył swo­je psie ser­ce na jed­ne­go ze wspó­łpra­cow­ni­ków swo­jej pani, Kaia Oster­man­na, któ­ry za­wsze miał w szu­fla­dzie coś do­bre­go i chęt­nie się tym dzie­lił.

Pia do­ta­rła do par­kin­gu przy kom­plek­sie spor­to­wym Sau­er­born. Poza jej po­ma­ra­ńczo­wym ka­brio­le­tem mini stał tam tyl­ko je­den sa­mo­chód, czar­ny SUV. Pia zro­bi­ła zdjęcie jego ta­bli­cy re­je­stra­cyj­nej i do­pie­ro wte­dy wpu­ści­ła Beck'sa na podło­gę przed fo­te­lem pa­sa­że­ra, po czym sama wsia­dła za kie­row­ni­cę, uru­cho­mi­ła sil­nik i otwo­rzy­ła dach, by cie­szyć się po­wie­wem chłod­ne­go wia­tru. Po­wie­trze było jesz­cze rze­śkie, ale za­rów­no bez­chmur­ne nie­bo, jak i pro­gno­za po­go­dy za­po­wia­da­ły ko­lej­ny su­chy dzień z tem­pe­ra­tu­ra­mi po­now­nie prze­kra­cza­jący­mi po­ziom prze­wi­dzia­ny dla tej pory roku. Po dłu­go­tr­wa­łej fali upa­łów w ostat­nich mie­si­ącach i nad­zwy­czaj­nej su­szy siel­ski kra­jo­braz przed­gó­rza gór Tau­nus, pe­łen łąk z dzi­ko ro­snący­mi drze­wa­mi owo­co­wy­mi, ma­le­ńki­mi stru­my­ka­mi i gęsty­mi, cie­ni­sty­mi la­sa­mi, za­czął przy­po­mi­nać spa­lo­ne sło­ńcem oko­li­ce An­da­lu­zji. Cała Eu­ro­pa od mie­si­ęcy zma­ga­ła się z re­kor­do­wy­mi upa­ła­mi, a po­tężna bu­rza w mi­nio­ny week­end przy­nio­sła tyl­ko chwi­lo­we ochło­dze­nie. W ca­łej oko­li­cy wy­sy­cha­ły stud­nie i pod­ziem­ne zbior­ni­ki, a po­ziom wód grun­to­wych ob­ni­żył się tak bar­dzo, że do wie­lu miej­sco­wo­ści wodę pit­ną mu­sie­li do­star­czać stra­ża­cy. Do tego nic nie za­po­wia­da­ło ry­chłej zmia­ny po­go­dy.

- ...od czerw­ca do sierp­nia przez sie­dem­dzie­si­ąt pięć dni tem­pe­ra­tu­ra nie spa­dła po­ni­żej dwu­dzie­stu pi­ęciu stop­ni Cel­sju­sza, a przez dwa­dzie­ścia po­ni­żej trzy­dzie­stu stop­ni - in­for­mo­wa­ła pro­wa­dząca w ra­diu, jak­by poza re­kor­do­wy­mi upa­ła­mi i Do­nal­dem Trum­pem nie było żad­nych in­nych te­ma­tów war­tych po­ru­sza­nia. - Od po­cząt­ku pro­wa­dze­nia re­je­stru po­mia­ru tem­pe­ra­tur w 1881 roku ni­g­dy nie za­no­to­wa­no ta­kich war­to­ści...

Pia je­cha­ła wzdłuż dębo­we­go lasu, by przed szpi­ta­lem skręcić w Kron­ber­ger Stras­se. Po­przed­nie­go dnia mia­ła małą scy­sję z Chri­sto­phem, któ­rej nie za­ko­ńczy­li, przy czym on z sa­me­go rana wy­je­chał na spo­tka­nie or­ga­ni­za­cji Eu­ro­pe­an As­so­cia­tion of Zoos and Aqu­aria. Po­nie­waż jej mąż po­tra­fił być rów­nie upar­ty jak ona sama, Pia nie spo­dzie­wa­ła się ja­kie­go­kol­wiek zna­ku ży­cia od nie­go przed so­bo­tą, kie­dy miał wró­cić. Ona rów­nież nie za­mie­rza­ła ustępo­wać, mimo że po­wód do kłót­ni był na­praw­dę idio­tycz­ny: Chri­stoph był za­zdro­sny, i to aku­rat o jej by­łe­go męża Hen­nin­ga Kirch­hof­fa, sze­fa frank­furc­kie­go In­sty­tu­tu Me­dy­cy­ny Sądo­wej. Hen­ning do­pie­ro co sko­ńczył pi­sać dru­gi kry­mi­nał, po tym jak jego pierw­sza ksi­ążka wy­da­na ubie­głej je­sie­ni oka­za­ła się za­ska­ku­jącym suk­ce­sem. Głów­ni bo­ha­te­ro­wie jego po­wie­ści - frank­furc­ki le­karz sądo­wy i jego była żona - ko­mi­sarz wy­dzia­łu do wal­ki z ter­ro­rem kry­mi­nal­nym i za­bójstw - pro­wa­dzą do­cho­dze­nie w spra­wie opar­tej na praw­dzi­wych zda­rze­niach, i to ta mie­sza­ni­na re­ali­zmu i fik­cji za­fa­scy­no­wa­ła nie tyl­ko czy­tel­ni­ków, ale i pra­sę. A Hen­ning nie tra­cił żad­nej oka­zji, żeby za­re­kla­mo­wać swo­ją ksi­ążkę Nie­lu­bia­na. Bar­dzo chęt­nie uczest­ni­czył w od­czy­tach i pre­zen­ta­cjach, udzie­lał wy­wia­dów i - dzi­ęki wspar­ciu pew­nej bar­dzo pra­co­wi­tej dok­to­rant­ki nie­spo­dzie­wa­nie za­czął po­ja­wiać się na In­sta­gra­mie, Fa­ce­bo­oku i YouTu­bie oraz za­pra­szać na swo­ją stro­nę in­ter­ne­to­wą. Krót­ko przed Bo­żym Na­ro­dze­niem jego po­wie­ść wspi­ęła się na pierw­sze miej­sce li­sty be­st­sel­le­rów w ka­te­go­rii wy­dań w mi­ęk­kiej opra­wie i sta­ła się naj­częściej za­ma­wia­ną ksi­ążką li­sto­pa­da por­ta­lu Ama­zon. Wte­dy za­in­te­re­so­wa­ły się nim te­le­wi­zje i Hen­ning za­czął po­ja­wiać się we wszyst­kich zna­czących pro­gra­mach w kon­wen­cji talk-show w kra­ju, bo ka­żdy chciał po­chwa­lić się roz­mo­wą przed ka­me­ra­mi z praw­dzi­wym le­ka­rzem sądo­wym i do tego praw­dzi­wą gwiaz­dą w swo­im ma­ka­brycz­nym fa­chu.

- Twój były po­zu­je na pro­fe­so­ra Bör­ne! - kpił wte­dy Chri­stoph.

Tym­cza­sem Hen­ning uko­ńczył dru­gą ksi­ążkę, któ­ra pre­mie­rę mia­ła za­pla­no­wa­ną już nie­dłu­go, bo na frank­furc­kich tar­gach ksi­ążki na po­cząt­ku pa­ździer­ni­ka. Parę mie­si­ęcy wcze­śniej w cza­sie ja­kie­jś lu­źnej roz­mo­wy Hen­ning za­py­tał, czy Chri­stoph mia­łby coś prze­ciw­ko wy­ko­rzy­sta­niu zoo fun­da­cji Opla w Kron­ber­gu - któ­re­go ten od lat był dy­rek­to­rem - jako jed­ne­go z miejsc ak­cji swo­jej po­wie­ści, oraz ob­sa­dze­nia po­sta­ci sze­fa pla­ców­ki w ja­kie­jś dru­go­pla­no­wej roli. Mąż Pii nie brał wów­czas jego dzia­łań na po­wa­żnie, więc bez wa­ha­nia wy­ra­ził zgo­dę i za­raz o tym za­po­mniał - aż do te­raz, bo kie­dy trzy dni temu Hen­ning przy­słał Pii zło­żo­ny już tekst Przy­ja­ciół po grób, Chri­stoph pierw­szy za­jął się lek­tu­rą. Po­cząt­ko­wo ba­wi­ły go nie­mo­żli­we do prze­ocze­nia na­wi­ąza­nia do praw­dzi­wej zbrod­ni, w cza­sie ba­da­nia któ­rej po­znał Pię, lecz szyb­ko mina mu zrze­dła i zro­bił się strasz­nie zły.

Z gło­śni­ków sa­mo­cho­du roz­le­gł się dźwi­ęcz­ny sy­gnał te­le­fo­nu Pii, aku­rat w chwi­li, kie­dy skręca­ła w uli­cę He­in­ri­cha He­ine­go.

- San­der - zgło­si­ła się.

- Cze­ść, Pia. - Dzwo­nił Hen­ning, zu­pe­łnie jak­by wy­czuł, że wła­śnie o nim my­śla­ła.

- Wi­taj, Hen­ning - od­pa­rła chłod­no. - Dzi­ęku­ję, że w ko­ńcu ra­czy­łeś od­dzwo­nić. Je­stem na cie­bie na­praw­dę wście­kła!

- Dla­cze­góż to? - W jego gło­sie sły­chać było za­sko­cze­nie.

- Z po­wo­du two­jej naj­now­szej ksi­ążki mia­łam strasz­ną awan­tu­rę z Chri­sto­phem - wy­ja­śni­ła Pia. - Prze­czy­tał ją i się za­go­to­wał.

- Po­cze­kaj, chwi­lecz­kę! - Hen­ning wsze­dł jej w sło­wo. - Prze­cież py­ta­łem go o zgo­dę! No i ten bo­ha­ter nie może na­rze­kać na swój los, praw­da? Ko­niec ko­ńców, to dy­rek­tor zoo zdo­by­wa po­li­cjant­kę!

- Daj spo­kój, Hen­ning! - wark­nęła Pia, nie kry­jąc zde­ner­wo­wa­nia. - W two­jej ksi­ążce po­li­cjant­ka idzie do łó­żka ze swo­im by­łym. Na­praw­dę mu­sia­łeś?

- Ale to jesz­cze za­nim co­kol­wiek zda­rzy się mi­ędzy nią i dy­rek­to­rem zoo. - Hen­nin­ga wy­ra­źnie ba­wi­ła ta roz­mo­wa. - No i poza tym ona przy­ła­pu­je swo­je­go by­łe­go w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji z pa­nią pro­ku­ra­tor.

- Je­śli nie chcesz na­ra­żać mo­je­go ma­łże­ństwa, zmień przy­naj­mniej de­dy­ka­cję - po­wie­dzia­ła. - "Dla Pii" ca­łko­wi­cie wy­star­czy. "Z mi­ło­ścią" - to jest kom­pro­mi­tu­jące.

- Tak uwa­żasz? Do­brze, zo­ba­czę, czy jesz­cze mogę coś zro­bić. Oza­li­dy zo­sta­ły już za­twier­dzo­ne i wró­ci­ły do dru­kar­ni - od­pa­rł Hen­ning. - Wła­śnie, ja też mam do cie­bie spra­wę: mo­gła­byś pod­je­chać na chwi­lę do Bad So­den? Wła­śnie dzwo­ni­ła do mnie Ma­ria, moja... hm... zna­czy dzwo­ni­ła pani Hau­schild... eeee... moja agent­ka. Zna­cie się chy­ba, praw­da?

- Oczy­wi­ście, że tak. Po­zna­ły­śmy się na pre­mie­rze two­jej pierw­szej ksi­ążki. - Pię za­sta­no­wi­ło, co mo­gło ozna­czać zu­pe­łnie nie­ty­po­we dla jej by­łe­go męża jąka­nie. Nie po raz pierw­szy przy­szło jej do gło­wy, że coś mu­sia­ło się dziać mi­ędzy nim a ko­bie­tą, któ­ra na­mó­wi­ła go, by do­brze po pi­ęćdzie­si­ąt­ce ca­łko­wi­cie od­mie­nił swo­je ży­cie i za­czął ro­bić coś zu­pe­łnie no­we­go, mia­no­wi­cie na­pi­sał po­wie­ść kry­mi­nal­ną. Uwa­gi po­li­cjant­ki nie uszło, jak bar­dzo Hen­ning zmie­nił się od tego cza­su; zu­pe­łnie jak­by rola sar­ka­stycz­ne­go mi­zan­tro­pa ni­g­dy mu do ko­ńca nie od­po­wia­da­ła.

- Do­bra, to co się z nią dzie­je?

- Z nią... nic się nie dzie­je. Ja... ja za­raz mam wy­kład i nie mogę sam po­je­chać, dla­te­go obie­ca­łem jej, że za­dzwo­nię do cie­bie.

- To o co w ta­kim ra­zie cho­dzi?

Pia za­trzy­ma­ła się przed ga­ra­żem i pi­lo­tem uru­cho­mi­ła me­cha­nizm otwie­ra­nia bra­my.

- Cze­ka pod do­mem zna­jo­mej, z któ­rą od kil­ku dni nie ma kon­tak­tu. Oba­wia się, że sta­ło się tam coś nie­do­bre­go, bo na drzwiach za­uwa­ży­ła śla­dy krwi, a przy­naj­mniej tak jej się wy­da­je.

- Aha. - Pia da­ro­wa­ła so­bie py­ta­nie, czy gdy­by nie miał aku­rat wy­kła­du, rze­czy­wi­ście wsia­dłby sam w sa­mo­chód i o wpół do dzie­wi­ątej rano po­je­chał tak da­le­ko, by spraw­dzić, czy po­twier­dzą się prze­czu­cia jego agent­ki. - Niech będzie, pod­ja­dę tam. Ale tyl­ko pod jed­nym wa­run­kiem: zmie­nisz de­dy­ka­cję w ksi­ążce.

- Za­raz dzwo­nię do wy­daw­nic­twa i po­pro­szę re­dak­tor­kę, żeby się tym za­jęła - za­pew­nił ją Hen­ning po­spiesz­nie. - Sło­wo ho­no­ru.

- Okej - zgo­dzi­ła się Pia ła­ska­wie. - I tak jesz­cze nie wy­je­cha­łam do pra­cy. Do­kąd mam je­chać?

- Burg­berg­stras­se 74 - wy­re­cy­to­wał Hen­ning. - I wiel­kie dzi­ęki, Pia. Je­steś ko­cha­na!

Pia za­mknęła bra­mę ga­ra­żu i wy­je­cha­ła na uli­cę.

- Cza­sem le­piej, że­byś się nie od­zy­wał, wiesz? - po­wie­dzia­ła i za­ko­ńczy­ła roz­mo­wę.

*

- Cze­ść, Oli­ver. - Co­si­ma się ucie­szy­ła, kie­dy wsze­dł do jej sali, lecz był to le­d­wie cień jej daw­ne­go pro­mien­ne­go uśmie­chu. Bo­den­ste­in po­czuł ucisk w pier­si, kie­dy to za­uwa­żył. Rak ode­brał całą siłę i ener­gię, któ­ry­mi Co­si­ma za­wsze ema­no­wa­ła, a che­mio­te­ra­pia do­ko­ńczy­ła dzie­ła spu­sto­sze­nia. Na wąskim szpi­tal­nym łó­żku le­żał le­d­wie strzęp ko­bie­ty, któ­rą nie­gdyś była. Na po­cząt­ku pierw­sze­go ma­łże­ństwa Oli­ver żył w bez­u­stan­nym stra­chu, że lada dzień może zo­stać wdow­cem z dwój­ką do­ra­sta­jących po­ciech. Nie mógł spać za ka­żdym ra­zem, kie­dy Co­si­ma wy­ru­sza­ła na ko­lej­ną ze swo­ich fil­mo­wych eks­pe­dy­cji w naj­od­le­glej­sze za­kąt­ki świa­ta, by kręcić tam do­ku­men­ty i re­por­ta­że. W cza­sach, kie­dy nie było jesz­cze te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, ca­ły­mi dnia­mi czy wręcz ty­go­dnia­mi cze­kał na ja­ki­kol­wiek znak ży­cia od niej, usi­łu­jąc jed­no­cze­śnie po­go­dzić wy­cho­wy­wa­nie dzie­ci z pra­cą. Po ka­żdej nie­prze­spa­nej nocy obie­cy­wał so­bie, że już ni­g­dy wi­ęcej nie pu­ści jej tak da­le­ko, bo nie ra­dził so­bie z bez­u­stan­nym stra­chem o jej bez­pie­cze­ństwo. Ale kie­dy wra­ca­ła, wy­czer­pa­na, lecz pro­mie­nie­jąca ze szczęścia, i ku ra­do­ści dzie­ci cza­sem z ja­ki­mś bez­pa­ńskim ko­tem albo psia­kiem, któ­re­go przy­gar­nęła gdzieś po dro­dze, jego oba­wy zni­ka­ły, jak­by ich ni­g­dy nie było. Na­uczył się cie­szyć się tym, że może wzi­ąć ją w ra­mio­na, całą i zdro­wą i trzy­mać tak, do­pó­ki znów nie obu­dzi się w niej zew pod­ró­ży, któ­ry po­pchnie ją na ko­lej­ną wy­pra­wę fil­mo­wą.

Już na sa­mym po­cząt­ku, kie­dy się w niej za­ko­chał, zro­zu­miał, że ta pe­łna tem­pe­ra­men­tu i nade wszyst­ko ce­ni­ąca wol­no­ść ko­bie­ta ni­g­dy nie za­do­wo­li się spo­koj­nym i upo­rząd­ko­wa­nym ży­ciem, ja­kie­go on po­trze­bo­wał, ale mi­ło­ść spra­wi­ła, że za­ci­snął zęby i wszyst­ko ak­cep­to­wał, jej wy­pra­wy fil­mo­we, to­wa­rzy­stwo spe­cy­ficz­nych lu­dzi z jej bra­nży, któ­rzy cza­sem przez kil­ka ty­go­dni z nimi po­miesz­ki­wa­li, czas, któ­ry spędza­ła przy mon­ta­żu ma­te­ria­łów i jej wy­jaz­dy na fe­sti­wa­le fil­mo­we na ca­łym świe­cie. Do­pie­ro przed dzie­si­ęciu laty ser­ce zła­mał mu jej ro­mans z ro­syj­skim ba­da­czem te­re­nów po­lar­nych i wspi­na­czem. Dłu­go nie mógł jej tego wy­ba­czyć, lecz w ko­ńcu i z tym so­bie po­ra­dził, i to nie je­dy­nie dla do­bra dzie­ci, a przez ostat­nich kil­ka lat ich re­la­cje ukła­da­ły się wręcz bar­dziej har­mo­nij­nie niż w okre­sie ma­łże­ństwa.

- Cze­ść, Cosi - od­po­wie­dział. - Jak się czu­jesz?

- Ca­łkiem nie­źle - od­pa­rła i usia­dła na łó­żku. Na­wet głos jej się zmie­nił i brzmiał te­raz sła­bo i kru­cho, a skó­ra przy­bra­ła żó­łta­wy od­cień i sta­ła się cien­ka jak per­ga­min. Jej po­ły­skli­we rude wło­sy pa­dły ofia­rą che­mio­te­ra­pii, po­dob­nie jak rzęsy i brwi.

- Spójrz tyl­ko, co So­phia dla cie­bie na­ma­lo­wa­ła. - Bo­den­ste­in roz­pro­sto­wał zwi­ni­ęty w ru­lon ob­raz cór­ki i ob­ró­cił go w jej stro­nę. - Do­sta­ła za nie­go naj­wy­ższą oce­nę.

- Pa­no­ra­ma Frank­fur­tu! Ależ pi­ęk­nie jej to wy­szło! - Co­si­ma się ucie­szy­ła. - Po­pro­szę pie­lęgniar­ki, żeby po­wie­si­ły go tak, że­bym cały czas go wi­dzia­ła.

Bo­den­ste­in odło­żył ma­lu­nek na sto­lik pod te­le­wi­zo­rem. Jak na salę szpi­tal­ną, po­kój Co­si­my wy­da­wał się nie­mal luk­su­so­wy, dys­po­no­wał bo­wiem nie­wiel­kim bal­ko­nem, pi­ęk­ną ła­zien­ką, a na­wet kąci­kiem wy­po­czyn­ko­wym z ka­na­pą i skó­rza­ny­mi fo­te­la­mi oraz mi­ni­bar­kiem.

- Mogę coś dla cie­bie zro­bić? - za­py­tał Oli­ver. - Po­trze­bu­jesz cze­goś? Masz co czy­tać?

- Dzi­ęku­ję, ni­cze­go mi tu nie bra­ku­je. Cho­ciaż wie­le bym te­raz od­da­ła, żeby za­pa­lić - wy­zna­ła Co­si­ma i uśmiech­nęła się prze­kor­nie. - Nie masz przy­pad­kiem pa­pie­ro­sów?

- Nie. Od trzech ty­go­dni żad­ne­go nie wy­pa­li­łem. - Bo­den­ste­in spoj­rzał na ze­ga­rek, po czym usia­dł. Miał jesz­cze pół go­dzi­ny, za­nim roz­pocz­nie się ma­ra­ton ba­dań, włącz­nie z EKG, rent­ge­nem klat­ki pier­sio­wej, re­zo­nan­sem ma­gne­tycz­nym, to­mo­gra­fią wo­lu­me­trycz­ną oraz biop­sją wątro­by. - Wiesz prze­cież dla­cze­go.

- Pew­nie, że wiem.

Po­pa­trzy­li na sie­bie.

- Wy­glądasz na przy­ga­szo­ne­go. Co się dzie­je, Oli­ver? Gnębi cię, że się na to wszyst­ko zgo­dzi­łeś?

- Nie, zu­pe­łnie nie o to cho­dzi. - Bo­den­ste­in wes­tchnął. Nie chciał ob­ci­ążać Co­si­my swo­imi pro­ble­ma­mi, ale zbyt do­brze go zna­ła, by co­kol­wiek mógł przed nią ukryć.

- Za­zdro­ść Ka­ro­li­ne sta­ła się nie do znie­sie­nia - wy­ja­śnił i krót­ko opo­wie­dział o sce­nie, jaka mia­ła miej­sce przy śnia­da­niu. - Nie mogę da­lej tego to­le­ro­wać i mieć na­dzie­ję, że w ko­ńcu wszyst­ko się unor­mu­je. Bo się nie unor­mu­je. A naj­bar­dziej cier­pi na tym So­phia. Chcia­łbym prze­nie­ść ją do mo­ich ro­dzi­ców, albo do Lo­uise i Qu­en­ti­na, przy­naj­mniej do cza­su, aż znaj­dę lep­sze roz­wi­ąza­nie.

- Przy­kro mi - od­pa­rła Co­si­ma. - Oczy­wi­ście, zrób tak. Niech So­phia po­miesz­ka tro­chę u two­jej ro­dzi­ny. Tak będzie dla niej le­piej. Rów­nież wte­dy, jak będzie już po wszyst­kim.

- Też mi się tak wy­da­je.

Tyle razy już oma­wia­li me­dycz­ne aspek­ty tego, co ich cze­ka­ło, że dzi­siej­sza roz­mo­wa do­ty­czy­ła in­nych, ogól­niej­szych te­ma­tów. Oli­ver opo­wie­dział Co­si­mie o naj­now­szym kry­mi­na­le Hen­nin­ga Kirch­hof­fa, na któ­ry z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał cały wy­dział K11 i któ­ry tak bar­dzo zde­ner­wo­wał męża Pii San­der. Śmia­li się i cie­szy­li rzad­ki­mi chwi­la­mi nor­mal­no­ści i bez­tro­ski.

Cho­ro­ba Co­si­my uświa­do­mi­ła Bo­den­ste­ino­wi, że ży­cie jest za krót­kie, by mar­no­wać je na rze­czy, któ­rych w rze­czy­wi­sto­ści ro­bić się nie chce, albo na lu­dzi, po któ­rych nie mo­żna się spo­dzie­wać ni­cze­go do­bre­go. Wszyst­ko mo­gło się sko­ńczyć z dnia na dzień. Dwa mie­si­ące temu Co­si­ma po­szła na za­ku­py i w skle­pie stra­ci­ła przy­tom­no­ść, po czym tra­fi­ła do szpi­ta­la. Le­ka­rze zdia­gno­zo­wa­li u niej raka wątro­by w za­awan­so­wa­nym sta­dium, a jej przy­pad­ko­wo od­kry­ta cho­ro­ba głębo­ko wstrząsnęła całą ro­dzi­ną. Ko­mór­ki ra­ko­we nie za­jęły jesz­cze węzłów chłon­nych ani in­nych or­ga­nów, więc ist­nia­ła szan­sa, że prze­szczep wątro­by ura­tu­je jej ży­cie. Co­si­ma zna­la­zła się na li­ście Eu­ro­tran­splan­tu wśród ocze­ku­jących na wątro­bę od zma­rłe­go daw­cy, a le­ka­rze roz­po­częli za­bie­gi che­mo­em­bo­li­za­cji tęt­ni­czej, któ­re mia­ły po­wstrzy­mać roz­rost ist­nie­jących gu­zów do cza­su zna­le­zie­nia od­po­wied­nie­go or­ga­nu. Nikt jed­nak nie wie­dział, jak dłu­go może to po­trwać, dla­te­go Lo­renz i Ro­sa­lie pod­da­li się te­stom na zgod­no­ść jako po­ten­cjal­ni daw­cy, jed­nak oka­za­ło się, że część wska­źni­ków nie pa­su­je. Prze­pi­sy w tym względzie sta­no­wią jed­no­znacz­nie, że or­gan do prze­szcze­pu od ży­we­go daw­cy może po­cho­dzić je­dy­nie od człon­ka ro­dzi­ny, ma­łżon­ka albo ży­cio­we­go part­ne­ra, dla­te­go Bo­den­ste­in rów­nież się prze­ba­dał. Wy­ni­ki te­stów po­ka­za­ły wy­so­ką zgod­no­ść, po­zwa­la­jącą mu na by­cie daw­cą dla Co­si­my, więc pod­jął de­cy­zję, by od­dać część wątro­by mat­ce swo­ich dzie­ci. Po bar­dzo sta­ran­nym wy­wia­dzie le­kar­skim i śro­do­wi­sko­wym ko­mi­sja do spraw prze­szcze­pów dała w ko­ńcu zie­lo­ne świa­tło i dzi­siaj cze­ka­ły go dal­sze szcze­gó­ło­we ba­da­nia. Był to wy­ścig z cza­sem, bo stan Co­si­my wy­ra­źnie się po­gor­szył i gro­zi­ło jej, że będzie zbyt sła­ba, by w ogó­le pod­dać się ope­ra­cji, a to ozna­cza­ło­by wy­gra­ną raka.

- Za dzie­si­ęć dzie­wi­ąta - stwier­dził Bo­den­ste­in. - Mu­szę już ru­szać.

- Po­wie­dzia­łeś Ka­ro­li­ne? - za­py­ta­ła Co­si­ma.

- Nie - wy­znał Bo­den­ste­in. - I nie za­mie­rzam jej ni­cze­go mó­wić. Ju­tro za­bie­ram swo­je rze­czy i prze­pro­wa­dzam się do Ma­rie-Lo­uise do ho­te­lu. Będę bli­sko So­phii i będę miał spo­kój.

- O! - wes­tchnęła Co­si­ma, ale nic nie po­wie­dzia­ła.

- Już daw­no po­wi­nie­nem był to zro­bić - po­wie­dział.

- Je­steś do­brym czło­wie­kiem, Oli­ver - wy­szep­ta­ła Co­si­ma. - Je­stem ci ogrom­nie wdzi­ęcz­na. I na­wet, je­śli to się nie uda...

- Uda się - prze­rwał jej na­tych­miast. - Uda się i wy­zdro­wie­jesz. Zo­ba­czysz.

- Nie­ste­ty, ist­nie­je mo­żli­wo­ść, że tak się nie sta­nie, i do­brze o tym wiesz. - Co­si­ma spoj­rza­ła na nie­go spo­koj­nie. - Ale je­śli mi się nie uda i już z tego nie wyj­dę, to mia­łam przy­naj­mniej cu­dow­ne ży­cie. I w bar­dzo du­żej części za­wdzi­ęczam to to­bie, Oli­ve­rze. Mamy tro­je cu­dow­nych dzie­ci i czwo­ro prze­słod­kich wnu­cząt. Mo­głam roz­wi­jać się za­wo­do­wo w tym kie­run­ku, któ­ry da­wał mi szczęście. Więc gdy­by to miał być ko­niec, opusz­czę ten świat za­do­wo­lo­na - do­ko­ńczy­ła za­chryp­ni­ętym gło­sem. Bo­den­ste­in po­czuł ucisk w gar­dle.

- Ani mi się waż umie­rać, nie po tym wszyst­kim, przez co mu­szę tu prze­jść - za­żar­to­wał, choć ani tro­chę nie było mu do śmie­chu. - Po­my­śla­łaś w ogó­le, jak nie­przy­jem­na jest biop­sja wątro­by?

Co­si­ma się uśmiech­nęła, ale szyb­ko spo­wa­żnia­ła.

- Bar­dzo do­ce­niam to, co dla mnie ro­bisz - od­po­wie­dzia­ła. - Tym bar­dziej że wiem prze­cież, jak nie­na­wi­dzisz igieł i za­strzy­ków.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

PRO­LOG

Île de No­ir­mo­utier, 18 lip­ca 1983

O Boże, ależ je­stem za­ko­cha­na! Za­ko­cha­na w tej cu­dow­nej wy­spie! Jest do­kład­nie taka, jak opo­wia­dał John - po pro­stu ma­gicz­na! I jej su­ro­we pi­ęk­no, któ­re­go nie do­strze­ga się na pierw­szy rzut oka - pła­ski frag­ment lądu pod bez­kre­snym nie­bem, któ­re­go błęki­tu od sze­ściu dni nie ska­zi­ła żad­na chmur­ka. Już samo świa­tło tu­taj jest wprost trud­ne do opi­sa­nia. Nic dziw­ne­go, że No­ir­mo­utier na­zy­wa­na jest l'Île de Lu­mi­?re, wy­spą świa­tła. Ko­cham po pro­stu te bia­łe dom­ki z nie­bie­ski­mi okien­ni­ca­mi i po­ma­ra­ńczo­wy­mi da­cha­mi, któ­rym nada­no pi­ęk­ne imio­na, jak "Toi et moi", "Stel­la Ma­ris", "Nid d'amo­ur", czy "Lu­cio­le", wąskie ulicz­ki z kwit­nący­mi mal­wa­mi, woń pi­nii, od któ­rej w po­po­łu­dnio­wym ża­rze aż kręci się w gło­wie i - przede wszyst­kim - mo­rze! Pew­nie dziw­nie to za­brzmi, ale ta wy­spa po­ru­sza coś w głębi mo­jej du­szy, zu­pe­łnie jak­bym w ja­ki­mś in­nym ży­ciu już tu kie­dyś była, i ma­rzę, by zo­stać tu na za­wsze. Uwiel­biam ogród­ki sol­ne z po­ły­sku­jący­mi ka­łu­ża­mi so­lan­ki, z któ­rych po­zy­sku­je się fleur de sel, sprze­da­wa­ną na ka­żdym rogu uli­cy.

A sam dom to czy­ste sza­le­ństwo! Dwa­na­ście po­koi i trzy ta­ra­sy. Z pi­ętra roz­ci­ąga się wi­dok na wy­dmy, bia­łą pla­żę i mo­rze! Na po­se­sji znaj­du­je się jesz­cze ma­le­ńki do­mek, w któ­rym miesz­ka go­spo­dy­ni Fi­net­te z mężem. Oni dba­ją tu o wszyst­ko. Mam wra­że­nie, że to cu­dow­ny sen, a ta roz­wy­drzo­na ban­da bo­ga­tych dzie­cia­ków nie po­tra­fi ni­cze­go do­ce­nić! Dla nich to coś nor­mal­ne­go. Jak słu­cham, gdzie też oni nie spędza­li wa­ka­cji: Ba­ha­my, Sylt, Ka­li­for­nia, Ma­jor­ka, Por­tu­ga­lia! A ja pierw­szy raz w ży­ciu je­stem nad mo­rzem! Ni­ko­mu o tym nie wspo­mnia­łam. Nie mu­szą wie­dzieć.

Dzi­siaj z Göt­zem, Ste­fa­nem i Ma­rią po­je­cha­łam ci­tro­ënem m?ha­ri na wy­ciecz­kę do je­dy­ne­go lasu na wy­spie, Bois de la Cha­ise. Jest tam pla­ża, na któ­rej sto­ją rzędy bia­łych prze­bie­ral­ni jesz­cze z dzie­wi­ęt­na­ste­go wie­ku. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak daw­niej ele­ganc­kie damy w let­nich ka­pe­lu­szach i dłu­gich suk­niach zmie­nia­ły tam ubra­nia. Jest tu też spo­ro prze­cud­nej uro­dy wil­li z bel­le épo­que, któ­re kry­ją się przy nie­wiel­kich, ska­li­stych za­tocz­kach, a na dłu­gim, drew­nia­nym molo sto­ją węd­ka­rze i wpa­tru­ją się cier­pli­wie w spła­wi­ki. Na ko­niec po­je­cha­li­śmy do hali tar­go­wej w głów­nym por­cie No­ir­mo­utier-en-l'Île, i je­śli wcze­śniej nie mia­łam pew­no­ści, tam osta­tecz­nie się prze­ko­na­łam, że tra­fi­łam do raju! Ale, jak w ka­żdym praw­dzi­wym raju, i w tym mo­żna spo­tkać węże. Gdy­bym tyl­ko wie­dzia­ła, jak pa­skud­nie i ego­istycz­nie będą się za­cho­wy­wać, po­cze­ka­ła­bym na Joh­na i do­pie­ro ra­zem z nim przy­je­cha­ła. Zbyt po­chop­nie zgo­dzi­łam się na pro­śbę Göt­za i da­łam mu sło­wo, i z ka­żdym dniem co­raz bar­dziej tego ża­łu­ję. Mimo że Mia do­brze gra swo­ją rolę, po­zo­sta­li prędzej czy pó­źniej mu­szą się zo­rien­to­wać w tym te­atrze. W ogó­le nie po­tra­fię zro­zu­mieć, po co za­pra­szał tu He­ike, Ale­xa, Josi i Mię. Może też z po­wo­du ro­dzi­ców? Spędza­ją tu ra­zem czwar­te czy pi­ąte wa­ka­cje, więc po tro­chu to już tra­dy­cja. Ale też my­ślę cza­sem, że Götz lubi po­czu­cie wła­dzy i w skry­to­ści de­lek­tu­je się wy­da­wa­niem po­le­ceń i dręcze­niem po­zo­sta­łych, na­wet je­śli temu za­prze­cza. Obrzy­dli­wo­ść, jak do­oko­ła nie­go ska­czą i pod­kła­da­ją so­bie nogi, żeby tyl­ko zy­skać jego uzna­nie. Dla nie­go to tyl­ko gra, ale moim zda­niem bar­dzo nie­bez­piecz­na gra, bo nie ro­zu­mie, że to, co dla nie­go jest za­baw­ne, oni trak­tu­ją śmier­tel­nie po­wa­żnie. Po­kręco­na ban­da. Co­raz częściej my­ślę, że trzy­ma­ją się kur­czo­wo cze­goś, co już nie ist­nie­je. Jesz­cze tyl­ko trzy dni do przy­jaz­du Joh­na! Od­li­czam ka­żdą go­dzi­nę...

PS Dzi­siaj były świe­że ostry­gi, któ­re ku­pi­li­śmy na tar­gu. Chcia­ła­bym, żeby to lato trwa­ło wiecz­nie. Mimo podłych węży.

.

Po­nie­dzia­łek 3 wrze­śnia 2018

Od dzie­si­ęciu dni, czy­li od chwi­li, kie­dy znisz­czy­ła nie tyl­ko jego ka­rie­rę, ale i całe jego ży­cie, nie od­po­wia­da­ła na mej­le i nie od­bie­ra­ła te­le­fo­nów. Ucie­ka­jąc przed falą obu­rze­nia, scho­wał się w swo­im miesz­ka­niu; jak stra­chli­wa mysz­ka za­szył się w swo­jej nor­ce, przed któ­rą ze­bra­li się dzien­ni­ka­rze, eki­py te­le­wi­zyj­ne i za­wie­dze­ni fani, któ­rzy czy­ha­li tyl­ko, by go do­pa­ść, le­d­wie wy­sta­wi czu­bek nosa za drzwi. Zgo­da, po­pe­łnił wiel­ki błąd. I za­wió­dł za­ufa­nie. Ale prze­cież to ona na nie­go na­ci­ska­ła, to ona go w za­sa­dzie zmu­si­ła, a jego wina po­le­ga­ła na tym, że wbrew roz­sąd­ko­wi ule­gł jej na­mo­wom, tro­chę z pró­żno­ści, a tro­chę pew­nie dla­te­go, że po­trze­bo­wał pie­ni­ędzy. Za­pew­nia­ła go, że nikt nie za­uwa­ży - bo kto by znał ja­kąś nie­zna­czącą ksi­ążecz­kę od daw­na nie­ży­jące­go chi­lij­skie­go au­to­ra? A te­raz, kie­dy bez ostrze­że­nia rzu­ci­ła go na po­żar­cie opi­nii pu­blicz­nej, igno­ro­wa­ła go, swo­je­go naj­lep­sze­go au­to­ra, swo­je "dzie­ło", jak go często na­zy­wa­ła. Dłu­go uża­lał się nad sobą, ale w ko­ńcu jego strach ustąpił miej­sca zło­ści, po­tem przy­szła wście­kło­ść, aż w ko­ńcu za­wład­nęła nim nie­na­wi­ść tak po­tężna, że po­dob­nej nie czuł ni­g­dy do­tąd. Był zruj­no­wa­ny. Jego do­bre imię skom­pro­mi­to­wa­ne. A naj­gor­sze, że wci­ąż nie miał po­jęcia, dla­cze­go mu to zro­bi­ła. Ubie­głej nocy po­sta­no­wił w ko­ńcu się z nią roz­mó­wić i za­żądać wy­ja­śnień. Daw­niej po­je­cha­łby do niej po­ci­ągiem, bo skry­cie na­pa­wał się swo­ją roz­po­zna­wal­no­ścią i tyl­ko uda­wał, że nie za­uwa­ża, jak lu­dzie chi­cho­czą pod­eks­cy­to­wa­ni i od­wra­ca­ją gło­wy, żeby mu się przyj­rzeć. W wy­wia­dach chwa­lił się skrom­no­ścią i za­pew­niał, że nie lubi wzbu­dzać za­in­te­re­so­wa­nia, ale tak na­praw­dę był nie­mal uza­le­żnio­ny od pe­łnych uwiel­bie­nia spoj­rzeń ko­biet i ich nie­śmia­łych pró­śb o sel­fie albo au­to­graf. Miał jed­nak dość ro­zu­mu, by uni­kać ta­kich spo­tkań po tym, jak jego oszu­stwo zo­sta­ło ob­na­żo­ne. Dzien­ni­ka­rze i fani zmęczy­li się cze­ka­niem, dzi­ęki cze­mu mógł nie­zau­wa­że­nie wy­mknąć się z miesz­ka­nia i wsi­ąść do sa­mo­cho­du. Pół go­dzi­ny pó­źniej sta­nął przed po­ma­lo­wa­ną na czer­wo­no kutą bra­mą. Spo­ci­ły mu się dło­nie, kie­dy od­czy­tał jej na­zwi­sko na wy­pło­wia­łym szyl­dzie dzwon­ka, obok skrzyn­ki pocz­to­wej. Opu­ści­ła go od­wa­ga, bo uświa­do­mił so­bie, że za­raz będzie mu­siał prze­pro­wa­dzić roz­mo­wę, któ­rą od kil­ku dni do znu­dze­nia po­wta­rzał w swo­jej gło­wie. Jej dom skry­wał się za krza­ka­mi róż, ro­do­den­dro­nów i kil­ku­na­sto­ma pa­skud­ny­mi ma­mu­tow­ca­mi. Przed do­mem znaj­do­wał się po­dwój­ny ga­raż z no­wo­cze­sną bra­mą zwró­co­ną w stro­nę uli­cy, cho­ciaż głów­ny bu­dy­nek po­cho­dził pew­nie z lat trzy­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku. Okna z bia­ły­mi szpro­sa­mi i okien­ni­ca­mi o bar­wie wy­pło­wia­łej czer­wie­ni, de­li­kat­ny bal­ko­nik na środ­ku na pierw­szym pi­ętrze i dwa wole oka na pod­da­szu. W grun­cie rze­czy był to bar­dzo ład­ny dom, lecz na tle za­dba­nych wil­li w sąsiedz­twie spra­wiał wra­że­nie nie­ko­cha­ne­go i za­nie­dba­ne­go; po­dob­nie jak jego wła­ści­ciel­ka, któ­rą jesz­cze do nie­daw­na uwa­żał za miesz­kan­kę cen­trum du­że­go mia­sta. Ich roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne prze­ci­ąga­ły się nie­jed­no­krot­nie do pó­źna w nocy, a on wy­obra­żał ją so­bie w pi­ęk­nej se­ce­syj­nej wil­li nie­da­le­ko par­ku Grüne­burg we Frank­fur­cie, w któ­rej nie­raz go­ścił. Jak to mo­żli­we, że mimo dwu­na­stu lat ści­słej wspó­łpra­cy tak mało o niej wie­dział? Przez ten czas ani razu nie od­wie­dził jej w domu. Nic nie wie­dział o niej ani o jej pry­wat­nym ży­ciu, za to ona zna­ła wszyst­kie jego se­kre­ty, jego stra­chy i ma­rze­nia, upodo­ba­nia i sła­bo­ści. To wła­śnie ona do­ce­ni­ła jego pierw­szy ma­nu­skrypt, od­rzu­co­ny wcze­śniej przez po­nad trzy­dzie­ści wy­daw­nictw. To ona go od­kry­ła i uczy­ni­ła z nie­go au­to­ra wy­daw­nic­twa Win­ter­sche­id. Do­stąpił za­szczy­tu będące­go udzia­łem nie­wie­lu wy­bra­ńców, naj­lep­szych spo­śród naj­lep­szych. Przez te wszyst­kie lata sta­ła się oso­bą, z któ­rej zda­niem naj­bar­dziej się li­czył, szcze­gól­nie po roz­pa­dzie jego ma­łże­ństwa. Często dys­ku­to­wa­li o po­sta­ciach z jego ksi­ążek, jak­by mó­wi­li o lu­dziach z krwi i ko­ści; ra­zem ślęcze­li nad jego tek­sta­mi i po­pra­wia­li po­je­dyn­cze zda­nia i sfor­mu­ło­wa­nia tak dłu­go, aż obo­je byli za­do­wo­le­ni. To ona za­chęca­ła go do dal­szej pra­cy i do­pin­go­wa­ła, kie­dy nie mógł ni­cze­go na­pi­sać i chciał wszyst­ko rzu­cić. I rów­nież ona dwa­na­ście lat wcze­śniej za­dzwo­ni­ła, żeby prze­ka­zać fan­ta­stycz­ną wia­do­mo­ść, że jego de­biu­tanc­ka po­wie­ść Czu­le z miej­sca pod­bi­ła li­sty be­st­sel­le­rów. Pa­mi­ętał, jak­by to było wczo­raj: sie­dział przy ku­chen­nym sto­le upstrzo­nym śla­da­mi po mo­krych kub­kach i przy­pa­leń pa­pie­ro­sa­mi, tym sa­mym, przy któ­rym pi­sał Czu­le, i od­czu­wał mie­sza­ni­nę nie­do­wie­rza­nia i nie­ziem­skie­go szczęścia.

Dla nie­go uzna­nie, z ja­kim w ko­ńcu spo­tka­ła się jego ksi­ążka, było wa­żniej­sze od licz­by sprze­da­nych eg­zem­pla­rzy. Wie­dział, że tam­tej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej ni­g­dy nie za­po­mni, mimo że w ko­lej­nych la­tach dzwo­ni­ła do nie­go jesz­cze dzie­si­ąt­ki razy, często z na­wet lep­szy­mi wia­do­mo­ścia­mi. Pierw­sze miej­sce na li­ście be­st­sel­le­rów. Na­gro­da dla naj­lep­szej ksi­ążki. Na­gro­da imie­nia Büch­ne­ra. Pra­wa do ekra­ni­za­cji. Sprze­daż li­cen­cji do dwu­dzie­stu czte­rech kra­jów. Za­chwy­ty kry­ty­ków w pra­sie. Wy­gło­sił ogrom­ną licz­bę od­czy­tów; na po­cząt­ku głów­nie w nie­wiel­kich ksi­ęgar­niach, pó­źniej w wi­ęk­szych sa­lach. Wy­wia­dy. Pro­gra­my w te­le­wi­zji. Na tar­gach ksi­ążki we Frank­fur­cie sto­isko wy­daw­nic­twa zdo­bił ol­brzy­mi pla­kat z jego po­do­bi­zną. Awan­so­wał na gwiaz­dę kra­jo­wej sce­ny li­te­rac­kiej. Przez dzie­si­ęć lat na­pi­sał jesz­cze sie­dem ksi­ążek z lek­ko­ścią, któ­ra po­zwo­li­ła mu wie­rzyć, że ni­g­dy nie prze­sta­nie two­rzyć. Jed­nak po Na le­wym brze­gu rze­ki na­gle wszyst­ko się sko­ńczy­ło. W jego gło­wie i ser­cu nie­spo­dzie­wa­nie za­pa­no­wa­ła pust­ka. Ogar­nia­ła go co­raz wi­ęk­sza roz­pacz, kie­dy mie­si­ąc po mie­si­ącu wpa­try­wał się w mi­ga­jący kur­sor na pu­stym ekra­nie. Na­pi­sał dzie­si­ęć, może pi­ęt­na­ście strasz­nie nie­po­rad­nych wstępów, by w ko­ńcu uznać, że nie ma w so­bie ni­cze­go, co mó­głby opo­wie­dzieć. Nie miał po­jęcia, o czym mó­głby na­pi­sać.

Po­cząt­ko­wo wszy­scy za­cho­wy­wa­li się bar­dzo cier­pli­wie. Nikt na nie­go nie na­ci­skał, bo prze­cież ża­den po­wa­żny au­tor nie two­rzy ksi­ążek ta­śmo­wo. Wy­daw­nic­two, po­dob­nie jak wcze­śniej, przy­sy­ła­ło mu szam­pa­na na uro­dzi­ny i świ­ęta i da­lej za­pra­sza­no go na le­gen­dar­ne wie­czo­ry przy ko­min­ku w sie­dzi­bie fir­my, a on pod­ró­żo­wał po kra­ju i za­ra­biał, da­jąc od­czy­ty. A jed­nak, gdy przy­cho­dzi­ła noc, nie mógł za­snąć. Miał wra­że­nie, że sko­ńczył się sen o ży­ciu pi­sa­rza, a świa­do­mo­ść ko­ńczących się oszczęd­no­ści i tego, jak szyb­ko zni­ka z list be­st­sel­le­rów - ostat­nio tra­fił na­wet na Czu­le i Orzeł czy resz­ka w su­per­mar­ke­cie, w ko­szu z prze­ce­nio­ny­mi ksi­ążka­mi - zmu­si­ła go do kon­sta­ta­cji, że nie­dłu­go będzie mu­siał zna­le­źć so­bie pra­cę, żeby za­ro­bić na chleb. Nie­omal przy­pła­cił to ata­kiem pa­ni­ki. Cóż za po­ra­żka! Cóż za po­ni­że­nie!

Dzi­ęki wła­ści­ciel­ce domu z czer­wo­ny­mi okien­ni­ca­mi i ma­mu­tow­ca­mi w ogro­dzie nie zo­stał do tego zmu­szo­ny, zna­la­zła ona bo­wiem re­me­dium na jego pro­blem: wy­ko­pa­ła skądś daw­no za­po­mnia­ną po­wiast­kę, a on stwo­rzył z niej Jed­no­no­gie­go żu­ra­wia. Na po­cząt­ku nie czuł się z tym do­brze, ale szyb­ko za­uwa­żył, że po­wie­ść ma jego cha­rak­te­ry­stycz­ny styl, na­wet je­śli in­spi­ra­cję za­czerp­nął od ko­goś in­ne­go. Ksi­ążka uka­za­ła się w mar­cu. Pre­mie­rę mia­ła na tar­gach ksi­ążki w Lip­sku i z miej­sca wsko­czy­ła na pierw­sze miej­sce li­sty be­st­sel­le­rów. Po­ko­cha­li ją i kry­ty­cy, i czy­tel­ni­cy, na kon­to wpły­nęła resz­ta gwa­ran­to­wa­ne­go ho­no­ra­rium, a jego prze­sta­ły nękać ata­ki pa­ni­ki. Mógł te­raz od­sap­nąć, bo wy­da­wa­ło się, że za­pew­nił so­bie kil­ka ko­lej­nych lat wśród naj­po­czyt­niej­szych au­to­rów w kra­ju. Wy­daw­nic­two nie kry­ło za­do­wo­le­nia, re­dak­tor­ka była szczęśli­wa, a ksi­ęgar­nie, kry­ty­cy i fani nie po­sia­da­li się z ra­do­ści. I wte­dy, jak grom z ja­sne­go nie­ba... to!

Za­uwa­żył ja­kiś ruch w oknie na pi­ętrze. Czy­li była w domu... ko­bie­ta, któ­rą kie­dyś po­dzi­wiał, ba, ko­chał wręcz, a te­raz z ca­łe­go ser­ca nie­na­wi­dził. Zro­bił głębo­ki wdech, ze­brał się na od­wa­gę i si­ęgnął do dzwon­ka. Żad­nej re­ak­cji. W ro­do­den­dro­nach sza­la­ły dwa kosy. Od cza­su do cza­su uli­cą prze­je­żdżał ja­kiś sa­mo­chód. Z oko­licz­nych ogro­dów do­bie­ga­ły po­je­dyn­cze gło­sy i wy­bu­chy śmie­chu. Ktoś roz­pa­lił grill. Po dru­giej stro­nie dro­gi ja­kiś czło­wiek wy­pro­wa­dzał psa, ale nie zwra­cał na nie­go uwa­gi.

Drżąc, stał pod pło­tem, i przez chwi­lę na­wet po­my­ślał, żeby od­pu­ścić. Ale nie! Nie mógł te­raz pod­ku­lić ogo­na i wró­cić do sie­bie bez uzy­ska­nia od­po­wie­dzi. Prze­cież tu cho­dzi­ło o jego eg­zy­sten­cję, o jego do­bre imię i wia­ry­god­no­ść! Ob­ró­ci­ła jego ży­cie w gru­zy, więc chciał usły­szeć od niej sło­wa wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go bez ostrze­że­nia zde­ma­sko­wa­ła go jako pla­gia­to­ra i znisz­czy­ła wszyst­ko, co zbu­do­wa­li ra­zem. Trzęsły mu się ko­la­na, kie­dy sta­nął w miej­scu, któ­re­go nie było wi­dać z uli­cy. Po­tem prze­la­zł przez płot i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szył po po­prze­ra­sta­nym mchem traw­ni­ku w stro­nę domu.

SPIS PO­STA­CI

WY­DZIAŁ K11:

OLI­VER VON BODEN­STE­IN, szef wy­dzia­łu K11

PIA SAN­DER, wcze­śniej KIR­CH­HOFF, po­li­cjant­ka, wy­dział K11

dr NICO­LA ENGEL, sze­fo­wa pio­nu kry­mi­nal­ne­go ko­men­dy po­li­cji w Ho­fhe­im

KAI OSTER­MANN, po­li­cjant, wy­dział K11

KATH­RIN FACHIN­GER, po­li­cjant­ka, wy­dział K11

CEM ALTU­NAY, po­li­cjant, wy­dział K11

TARIK OMARI, po­li­cjant, wy­dział K11

CHRI­STIAN KRÖGER, po­li­cjant, szef ze­spo­łu tech­ni­ków kry­mi­na­li­sty­ki

prof. HEN­NING KIR­CH­HOFF, szef In­sty­tu­tu Me­dy­cy­ny Sądo­wej we Frank­fur­cie

dr FRE­DE­RICK LEM­MER, me­dyk

RON­NIE BÖHME, asy­stent sek­cyj­ny

I INNI W KO­LEJ­NO­ŚCI AL­FA­BE­TYCZ­NEJ:

GRETA ALBRECHT, pa­sier­bi­ca Bo­den­ste­ina

KARO­LI­NE ALBRECHT, żona Bo­den­ste­ina

WAL­DE­MAR BÄR, go­spo­darz bu­dyn­ku wy­daw­nic­twa Win­ter­sche­id

COSI­MA VON BODEN­STE­IN, była żona Bo­den­ste­ina

MARIE-LO­UISE VON BODEN­STE­IN, jego szwa­gier­ka

QUEN­TIN VON BODEN­STE­IN, jego brat

SOPHIA VON BODEN­STE­IN, jego naj­młod­sza cór­ka

JULIA BRE­MO­RA, re­dak­tor­ka Hen­nin­ga Kirch­hof­fa w wy­daw­nic­twie Win­ter­sche­id

ANJA DEL­LA­MU­RA, sze­fo­wa dzia­łu ar­ty­stycz­ne­gow

wy­daw­nic­twa Win­ter­sche­id

PAULA DOMSKI, dzien­ni­kar­ka kul­tu­ral­na i żona Ale­xan­dra Ro­tha

HEL­L­MUTH ENGLISCH, uzna­ny i na­gra­dza­ny pi­sarz

STE­FAN FINK, mąż Do­ro­thei Win­ter­sche­id-Fink oraz wła­ści­ciel dru­kar­ni Fink

MARIA HAU­SCHILD, agent­ka li­te­rac­ka Hen­nin­ga Kirch­hof­fa

JOSE­FIN LIN­T­NER, wła­ści­ciel­ka ksi­ęgar­ni Ho­use of Bo­oks w Cen­trum Men-Tau­nus

JOSEF MOOS­BRUG­GER, agent li­te­rac­ki Se­ve­ri­na Vel­te­na

ALE­XAN­DER ROTH, re­dak­tor pro­wa­dzący w wy­daw­nic­twie Win­ter­sche­id

SEVE­RIN VEL­TEN, be­st­sel­le­ro­wy au­tor

HEIKE WERSCH, była re­dak­tor pro­wa­dząca w wy­daw­nic­twie Win­ter­sche­id i re­dak­tor­ka Se­ve­ri­na Vel­te­na

CARL WIN­TER­SCHE­ID, szef wy­daw­nic­twa Win­ter­sche­id

DORO­THEA WIN­TER­SCHE­ID-FINK, ku­zyn­ka Car­la i kie­row­nicz­ka dzia­łu han­dlo­we­go wy­daw­nic­twa Win­ter­sche­id

HENRI WIN­TER­SCHE­ID, oj­ciec Do­ro­thei i były szef wy­daw­nic­twa Win­ter­sche­id

MAR­GA­RE­THE WIN­TER­SCHE­ID, jego żona i mat­ka Do­ro­thei