Rozdział 2
Obudziła się późno. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak długo spała. Od wieków budziła się o szóstej rano, bez względu na to, czy miała iść do pracy czy nie. Pracę w sumie przynosiła do domu, więc nawet w sobotę czy niedzielę siadała z kawą przy biurku i zajmowała się aktualną sprawą. Myślała, że z tej rutyny będzie jej trudno wyjść, a tu wystarczyła jedna noc w starym domu na odludziu i coś się zmieniło.
Bo rzeczywiście coś się zmieniło. Zeszło z niej napięcie, które towarzyszyło jej dzień w dzień, od bardzo dawna. Jakby te sto kilometrów od Wrocławia do Lądka rozciągnęło się do kilku tysięcy. Może otwierała nowy rozdział w swoim życiu? Właściwie po raz pierwszy poczuła, jakby tak naprawdę było. Podobało jej się to.
Wczoraj przy kolacji Wiesia zapytała ją o ojca dziecka. Anka nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, wzruszyła więc tylko ramionami. Prawda była taka, że nie wiedziała, co się działo z Krystianem. Nie miała z nim kontaktu od ponad miesiąca. Nie chciała z nim rozmawiać, nie potrafiła się przełamać. Zdała sobie sprawę, że coraz rzadziej o nim myśli.
Chyba także dlatego, że zajęła się wreszcie sobą i dzieckiem. Przynajmniej ono przestało jej dawać w kość. Minęły poranne nudności, poczuła się silniejsza, oswoiła się z faktem, że rośnie w niej nowy człowiek. Lekarka powiedziała jej, że wchodzi w złoty okres ciąży. Anka zapytała, czy po złotym okresie przyjdzie też czas brylantowy, ale pani doktor jakoś nie podłapała żartu. W sumie to wcale nie było śmieszne.
Wyszła z łóżka i wyjrzała przez okno. Na dworze sypało. Drzewa pokrywały ciężkie czapy śniegu. Bajkowo. Jako dziecko przyjeżdżała tu na ferie. Z kuzynostwem błądzili po okolicy. Czasem śnił jej się ten dom, mieszkający w nim ludzie i pobliska rzeka. To były zawsze dobre sny.
Sprawdziła telefon. Miała wiadomość od Konrada. Pytał, czy jest już na miejscu.
Wahała się chwilę, czy zadzwonić do swojego byłego szefa. Wcisnęła ikonkę połączenia. Cichecki odebrał po kilku sygnałach.
- Dotarłaś do Lądka?
- Dotarłam. Wujek po mnie przyjechał.
- Mówiłem ci, że mogę cię podwieźć.
- Wiem, dziękuję. Chyba nie miałam nic w tej sprawie do gadania. - Anka rzeczywiście zastanawiała się, czy nie poprosić Konrada o podwózkę, gdy jej samochód odmówił posłuszeństwa. Ale chyba do końca nie wierzyła, że wybierze się w tę podróż. Usterkę auta potraktowała jak znak, że nie powinna ruszać się z Wrocławia. Zadzwoniła do babci, żeby ją poinformować o zmianie planów, ale ta szybko skontaktowała się z wujkiem. Albert przyjechał po nią kilka godzin później. Ten czas Anka przeznaczyła na pakowanie, bo wcześniej tego nie zrobiła. W trakcie jazdy do Lądka co chwilę uświadamiała sobie, że czegoś nie zabrała. Z każdym przejechanym kilometrem była coraz bardziej przerażona. Tylko w swoim małym wrocławskim mieszkanku czuła się bezpiecznie. Nie lubiła zmian.
- Może dobrze, że tak się stało. Ciągle odkładałaś ten wyjazd. Zmiana otoczenia dobrze ci zrobi.
- Myślisz?
Konrad się zaśmiał. Rozumiał jej wątpliwości. Od pewnego czasu dużo rozmawiali. Więcej nawet niż kiedyś, gdy razem pracowali. Ostatnia sprawa, którą wspólnie prowadzili, wpłynęła na ich relacje. Stały się bardziej... przyjacielskie?
- Kilka razy wspominałaś Lądek. Masz z nim dobre wspomnienia.
- To prawda. Jest coś tutaj... nie wiem, może w powietrzu. Dobrze się tu czuję.
- Weź głęboki oddech, będzie dobrze.
Teraz ona się zaśmiała.
- A co u ciebie, Konrad?
Cichecki już blisko dwa miesiące mieszkał w Wiązowie. Niewiele mówił o śmierci ojca i o tym, jak sobie radzi w nowym miejscu. O Oli, z którą po latach próbował odbudować związek, też nie mówił wiele. Anka nie ciągnęła go za język, ale miała wrażenie, że nie za bardzo tej parze się układa. Zaczęli się ze sobą spotykać pod wpływem chwili, gwałtownych emocji, ale domyślała się, że zdali sobie sprawę, iż w ciągu ponad dwudziestu lat oboje się zmienili. Wyobrażenie, jakie o sobie mieli, musieli skonfrontować z rzeczywistością. To nie było łatwe. Może gdyby zeszli się jako zupełnie obcy ludzie, mieliby większe szanse.
- Dobrze...
- To "dobrze" nie brzmi zbyt dobrze.
Konrad milczał.
- Przepraszam, nie chciałam być wścibska.
- Nie jesteś. - Cichecki odchrząknął. - Nie mogę się tu odnaleźć. Wstaję rano i nie wiem, co ze sobą zrobić. Wczoraj przyłapałem się na tym, że zamieniam się w ojca. Siedziałem przy stole w kuchni i sprawdzałem jego sprzęt wędkarski, jakbym przygotowywał się do łowienia na wiosnę.
- Co złego w łowieniu?
- Nic... Zdałem sobie tylko sprawę, że nie widzę się tutaj. Nie wiem, co miałbym tu robić w przyszłym roku. I w kolejnych latach.
- Ola wie?
- Nie wiem.
- Czyli wie. Wyczuwa to, na pewno.
- Wszyscy czytają we mnie jak w otwartej księdze?
- Myślałeś o powrocie do firmy?
- Nie wiem.
- Czyli myślałeś.
- Cholera jasna. - Konrad się zaśmiał.
Anka też się uśmiechnęła.
- Daj sobie jeszcze czas, Konrad. To wszystko powskakuje na swoje miejsce.
- Tak bezczelnie mnie cytujesz?
- Trochę - przyznała poważnie Anka. - Powiedziałeś mi to, gdy zastanawiałam się nad wyjazdem tutaj, do Lądka. Mówiłeś o zmianie perspektywy. To nie dzieje się jednak nagle, lecz wymaga czasu.
- Mówisz cholernie dojrzale, Anka. U mnie nic nie wskakuje na swoje miejsce, wręcz przeciwnie...
Rzeckiej wydało się, że Cichecki pożałował tej chwili szczerości.
- Muszę kończyć. Mam kilka spraw do załatwienia. Ty zapewne także.
- To prawda... zepsuty bojler w domu babci. Chyba przyszedł ktoś do naprawy. - Przed chwilą usłyszała stukanie dobiegające z korytarza. - Trzymaj się, Konrad.
- Trzymaj się, Anka - wychrypiał Cichecki. - Zobaczysz, że ten twój wyjazd to dobry pomysł.
Konrad zakończył połączenie, Anka wstała z łóżka i wyszła w piżamie na korytarz. Drzwi łazienki były otwarte, wystawała zza nich siwa czupryna. Mężczyzna chyba ją usłyszał, obrócił się w jej stronę i skinął z uśmiechem.
- Wnuczka Wiesi, prawda? Pamiętam cię jako małą dziewczynkę.
- Dzień dobry. - Rzecka się spłoszyła. Zlustrowała swoją piżamę. Założyła ręce na piersi. Dopiero wtedy przyjrzała się bliżej mężczyźnie. Domyśliła się, że to hydraulik, do którego dzwoniła wieczorem. Babcia kazała jej odnaleźć w notesie niejakiego Nicińskiego. Odebrała jego żona, obiecała, że mąż pojawi się z rana. Rzecka nazwiska nie skojarzyła, ale rzeczywiście facet wydał jej się znajomy. Blisko dwadzieścia lat temu miał więcej włosów i mniejsze worki pod oczami. Mieszkał blisko babci, znał się z dziadkiem. Chyba kiedyś pracował w kotłowni w jednym z domów zdrojowych.
- Pewnie chciałaś skorzystać z łazienki. Już kończę.
- Udało się panu naprawić bojler?
- Nie mam dobrych wieści. Muszę zamówić części, bojler jest stary, to może trochę potrwać. Mam nadzieję, że jutro wrócę.
- Jeśli nie da się szybciej... Damy sobie z babcią jakoś radę.
- Ogrzewanie domu działa, więc nie zamarzniecie.
Anka skinęła głową. Chciała faceta pospieszyć, bo zaczęła przestępować z nogi na nogę. Zapomniała ubrać kapci i od zimnej podłogi chciało jej się jeszcze bardziej sikać.
- W każdym razie nie włączajcie bojlera.
- Ma pan moje słowo. - Anka uniosła dwa palce, jak do ślubowania.
- Idę już, idę. - Mężczyzna się zaśmiał. Grymas na jej twarzy odczytał bezbłędnie. - Proszę pozdrowić babcię. Dobrze, że ktoś się nią zaopiekuje.
Anka poczuła ukłucie w sercu. Obserwowała wczoraj przy kolacji Wiesię. Może gdyby wujek Albert nie uczulił jej na to, nie zauważyłaby pewnych zmian, symptomów czegoś, co się z babcią działo.
Wiesia dłużej szukała słów, wylatywały jej z głowy imiona. Miała dużo do powiedzenia, ale te opowieści nie były tak składne jak dawniej. Anka pocieszała się, że może ma z tym związek samotny tryb życia. Wiesia mieszkała sama, nie miała z kim na co dzień rozmawiać, więc wyszła z wprawy. Nagle chciała opowiedzieć Ance wszystko naraz i stąd wynikał ten chaos myśli.
- Pozdrowię babcię. Dziękuję, panie... Franciszku - przypomniała sobie imię mężczyzny. Wiesia też miała lepszą pamięć o wydarzeniach sprzed dekad niż sprzed kilku dni.
- Nie ma za co. Dobrego pobytu w Lądku.
Niciński podniósł walizeczkę z narzędziami. Anka przepuściła go w korytarzu i mężczyzna wyszedł z domu. Wskoczyła do łazienki, jakby paliło jej się pod stopami.
Dwa kwadranse później przygotowywała w kuchni śniadanie. Przeglądnęła szafki babci i niewielką spiżarnię. Odkryła mnóstwo domowych przetworów, a w zamrażarce bigos. Pochwaliła w duchu zaradność babci, pomyślała jednak, że i tak powinna odwiedzić jakiś market, żeby zrobić zakupy.
Zrobiła sobie kanapki i herbatę. Zastanawiała się, gdzie jest Wiesia. Zaczynała się o nią martwić. To było bezsensowne uczucie, przecież babcia do tej pory radziła sobie sama. Może wpłynęły tak na nią słowa Nicińskiego i wujka? Obaj sugerowali, że Wiesia potrzebuje opieki. Zapalili w głowie Anki ostrzegawczą lampkę.
Stanęła przy oknie i wyjrzała na zewnątrz. Na dworze wciąż było bajkowo. Śnieg prószył już tylko delikatnie. Wiatr się uspokoił. Na gałęziach drzew i krzewów przed domem widać było grubą warstwę śniegu. Gałęzie uginały się pod jego ciężarem. Ścieżka do furtki była odśnieżona. Anka pomyślała, że babcia wstała wcześnie, żeby odgarnąć śnieg. Mogła sama o tym pomyśleć. Na usprawiedliwienie miała jedynie to, że spała jak zabita. Podziałała tak na nią zmiana otoczenia. Organizm po prostu się wyłączył.
Przełknęła kanapkę i popiła ją herbatą. Naczynia odstawiła do zlewu i przeszła do przedpokoju. Ubrała kurtkę i buty, opatuliła się szalikiem i wyszła na zewnątrz. Babci nigdzie nie było widać.
Popatrzyła na odśnieżony pas ścieżki. Znikał za budynkiem. Pomyślała, że Wiesia zapewne pracuje teraz z tyłu domu. Ubierając rękawice, Anka przeszła za róg willi.
Dostrzegła babcię pośrodku trawnika, tuż obok jabłoni. Wiesia stała w bezruchu z szuflą w dłoni.
Rzecka poczuła, jak robi jej się gorąco. Babcia znieruchomiała z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Wyglądała tak, jakby ktoś odłączył jej prąd.
- Babciu?
Ta nie zareagowała.
- Babciu? Co się dzieje?
Anka ruszyła w jej stronę. Kobieta drgnęła, jakby przebudziła się ze snu. Wolno odwróciła się w kierunku wnuczki. Dopiero gdy Anka stanęła przed nią, uśmiechnęła się. W jej oczach pojawił się błysk.
- Nic się nie dzieje. Co się ma dziać, dziecko? Lubię patrzeć na drzewa i śnieg. Jest pięknie, prawda? Nigdy nie przestaje mnie to zadziwiać.
- To prawda, jest pięknie - przyznał Anka. - Daj mi szuflę, dokończę, babciu...
- Myślisz, że nie dam rady? Całe życie odśnieżam, nawet jak twój dziadek żył, to brałam to na siebie. Nie kłócił się, bo wiedział, że lubię. Nigdy mi się to nie znudzi.
- Ja też lubiłam odśnieżać, gdy do ciebie przyjeżdżałam - przypomniała Rzecka. - I jestem równie uparta jak ty.
Wiesia zaśmiała się cicho, poddała się i przekazała Ance szuflę.
- Skoro lubisz.
Anka zaczęła pracować. Śnieg był zmrożony, odśnieżanie nie było łatwe. Szybko się spociła, musiała rozpiąć kurtkę, bo poczuła się w niej jak w saunie. Serce biło jej mocno i równo, mięśnie się rozgrzały. Babcia wypytywała ją o pracę, o to, jak się jej mieszka we Wrocławiu. Rzecka nie lubiła poruszać tego tematu, ale przy babci się otworzyła. Zaczęła nawet mówić o dziecku. Wiesia na szczęście nie pytała o przyszłość. Anka na takie pytania nie potrafiłaby odpowiedzieć. Sama sobie je zadawała od dłuższego czasu. Brak konkretnych odpowiedzi powodował, że ogarniała ją panika. Miała samotnie wychowywać dziecko. To ją czekało. Czy wystarczy jej siły, żeby sobie poradzić? Była na to przygotowana? Można się na to przygotować?
Te myśli paraliżowały ją od tygodni. Kilka miesięcy ciąży, które były jeszcze przed nią, z jednej strony przerażały, z drugiej wydawały się odsuwać w czasie problemy, z którymi miała się zmierzyć później. Dawały jej szansę przemyśleć wszystko, poukładać, zaplanować. Jednak z każdym upływającym dniem ten bufor się kurczył i miała wrażenie, że ogrania ją coraz większa panika.
Pewnie to stąd wynikała ta nagła decyzja o wyjeździe. Chciała coś zmienić, dać sobie samej jakiś impuls do zmierzenia się z czekającymi ją wyzwaniami. Miała jej w tym pomóc zmiana perspektywy, zmiana otoczenia, ale też kontakt z ludźmi, z bliskimi.
Anka się wyprostowała. Rozciągnęła plecy. Zdała sobie sprawę, że od dłuższej chwili babcia milczy. Szła obok niej, a teraz została w tyle.
Rzecka spojrzała za siebie. Wiesia znów stała, jak wcześniej. Nieruchoma, wpatrująca się w przestrzeń.
Anka nie zareagowała już tak nerwowo jak poprzednio. Popatrzyła w stronę wzgórza i lasu. Krążyły nad nim wrony. Ich skrzek był głośny i przenikliwy. Wydawało jej się, że babcia czegoś tam wypatruje.
Podeszła do Wiesi, spojrzała na nią. Wzrok babci wydawał się pusty, jakby coś w niej zgasło.
Anka ze ściśniętym gardłem pogłaskała ją po ramieniu.
- Pójdziemy do domu? - zapytała.
Babcia obróciła się do niej. Pustka ustępowała, choć powoli, jakby jakiś obraz z przeszłości nie dawał za wygraną i nakładał się na rzeczywistość. Jakby trudno było jej zdecydować, który jest prawdziwy.
- Chodźmy - powiedziała Wiesia. - Może choinkę ubierzemy, co? Choinkę też lubiłaś ubierać, córeczko. Tydzień do świąt, czas na choinkę w domu.
- Tak. Wciąż lubię ubierać choinkę - przyznała Anka. - Zdążymy, zanim pójdziemy do Kłysów.
- Do Kłysów, dobrze...
Anka ujęła babcię pod ramię. Walczyła z myślą, która pojawiła się w jej głowie. Wydało jej się, że Wiesia, gdy nazwała ją córeczką, myślała o jej matce, nie o niej. Tamten obraz z przeszłości, który babcia miała przed oczami, wciąż się nie zatarł. Coraz trudniej było Wiesi go odrzucić, może już nie potrafiła, a może nie do końca chciała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki