Rozdział 1
W Koszarach Lenina w Barcelonie, dzień przed wstąpieniem do milicji
anarchistów, pierwszą postacią, która rzuciła mi się w oczy był włoski
milicjant stojący przed stołem sztabowym.
Był twardo wyglądającym młodzieńcem w wieku dwudziestu pięciu lub
sześciu lat, z rudymi włosami i potężnymi ramionami. Skórzaną czapkę z daszkiem mocno naciągnął na jedno oko. Stał do mnie bokiem z brodą
opuszczoną, wpatrując się ze zdziwioną miną w mapę, którą jeden z oficerów rozłożył na stole. Coś w jego twarzy głęboko mnie poruszyło.
Była to twarz człowieka, który popełniłby morderstwo i oddałby życie za
przyjaciela - twarz, której można by się spodziewać u anarchisty, choć
on raczej wyglądał na komunistę.
Biła od niego zarówno szczerość, jak i zaciekłość; także nabożny
szacunek, jaki analfabeci mają dla swoich wykształconych przełożonych.
Widać było, że nie potrafił posługiwać się mapą; najwyraźniej uważał jej
czytanie za zdumiewający wyczyn intelektualny. Nie mam pojęcia dlaczego,
ale chyba nigdy nie spotkałem kogoś, kogo równie szybko bym polubił.
Podczas rozmowy przy stole wyszło na jaw, że jestem obcokrajowcem. Włoch
podniósł głowę i zapytał szybko:
- Italiano?
Odpowiedziałem w moim słabym hiszpańskim: - No, Inglés. Y tú?
- Italiano.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz podszedł do mnie i bardzo mocno ścisnął moją
dłoń. Dziwne, taka otwartość wobec nieznajomego! To było tak, jakby jego
i mojej duszy udało się na chwilę pokonać przepaść języka i tradycji
oraz spotkać się w całkowitej intymności. Miałem nadzieję, że lubi mnie
tak samo, jak ja go polubiłem. Ale wiedziałem też, że aby zachować moje
pierwsze wrażenie o nim, nie mogę go ponownie zobaczyć - i nie trzeba
dodawać, że nigdy więcej go nie widziałem. Takie spotkania były wtedy w Hiszpanii na porządku dziennym.
Wspominam tego włoskiego milicjanta, bo utkwił mi w pamięci. Ze swoim
podniszczonym mundurem i zaciekłą, żałosną twarzą stał się dla mnie
uosobieniem wyjątkowej atmosfery tamtych czasów. Wiąże się z moimi
wspomnieniami z tamtego okresu wojny - czerwone flagi w Barcelonie,
nędzne pociągi pełne nędznych żołnierzy jadących na front, szare,
ogarnięte wojną miasta z dala od linii frontu, błotniste, przeraźliwie
zimne okopy w górach.
To było pod koniec grudnia 1936 roku, niecałe siedem miesięcy odkąd
zacząłem pisać, a jednak jest to okres, który oddalił się już ode mnie
na ogromną odległość. Późniejsze wydarzenia unicestwiły go znacznie
bardziej niż zniszczyły rok 1935 czy 1905. Przyjechałem do Hiszpanii,
aby napisać kilka artykułów prasowych, ale wstąpiłem do milicji niemal
natychmiast, ponieważ w tamtym czasie i w tamtej atmosferze wydawało mi
się to jedynym uczciwym wyjściem. Anarchiści nadal sprawowali kontrolę
nad Katalonią, a rewolucja wciąż trwała. Każdemu, kto był tam od
początku, prawdopodobnie nawet w grudniu czy styczniu wydawało się, że
okres rewolucyjny się kończy; ale kiedy ktoś przyjechał prosto z Anglii,
wygląd Barcelony był czymś zaskakującym i przytłaczającym. Po raz
pierwszy byłem w mieście, w którym klasa robotnicza sprawowała władzę.
Praktycznie każdy budynek jakiejkolwiek wielkości został zajęty przez
robotników i obwieszony czerwonymi flagami lub czerwono-czarnymi
sztandarami anarchistów; na każdej ścianie nabazgrano sierp i młot oraz
inicjały partii rewolucyjnych; prawie każdy kościół został zdemolowany,
a zdobiące go obrazy spalone. Kościoły były systematycznie burzone przez
bandy robotników. Na witrynie każdego sklepu i kawiarni widniały napisy
zapewniające, że ten obiekt handlu lub usług został skolektywizowany.
Nawet pucybuci zostali skolektywizowani, a ich skrzynki pomalowane na
czerwono i czarno.
Kelnerzy i przechodnie patrzyli ci śmiało w twarz, traktując cię jak
równego sobie. Służalcze, a nawet ceremonialne formy mowy chwilowo
zniknęły. Nikt nie mówił Se?or ani Don ani nawet Usted; wszyscy
zwracali się wszystkich per "Towarzyszu" i "Wy", mówili też Salud!
zamiast Buenos dias. Napiwki były prawnie zabronione od czasów Primo
de Rivery1 - jednym z moich pierwszych doświadczeń było
wysłuchanie wykładu kierownika hotelu na temat próby dania napiwku
windziarzowi. Nie było prywatnych samochodów - wszystkie zostały
zarekwirowane. Wszystkie tramwaje, taksówki i inne środki transportu
pomalowano na czerwono i czarno. Rewolucyjne plakaty były wszędzie,
buchając ze ścian czystą czerwienią i błękitem, przez co nieliczne
pozostałe reklamy wyglądały jak plamy szarego błota. Na Ramblas,
szerokiej centralnej arterii miasta, gdzie tłumy ludzi nieustannie
przepływały tam i z powrotem, z głośników wyły rewolucyjne pieśni, przez
cały dzień i do późnej nocy. Wygląd tłumu był najdziwniejszą rzeczą ze
wszystkich. Z pozoru było to miasto, w którym zamożne klasy praktycznie
przestały istnieć. Poza niewielką liczbą kobiet i obcokrajowców w ogóle
nie było osób "dobrze ubranych". Praktycznie wszyscy mieli na sobie
zgrzebne ubrania robotnicze, niebieskie kombinezony, albo jakiś wariant
milicyjnego munduru. Wszystko to było dziwne i wzruszające zarazem.
Zobaczyłem w Barcelonie wiele rzeczy, których nie rozumiałem, pod
pewnymi względami nawet mi się to nie podobały, ale od razu rozpoznałem
w tym stan rzeczy, o który warto walczyć. Wierzyłem też, że wszystko
jest tak, jak się wydaje, że naprawdę jestem na terenie państwa
robotniczego i że cała burżuazja uciekła, została wybita, albo
dobrowolnie przeszła na stronę klasy robotniczej. Nie zdawałem sobie
wówczas sprawy, że większość zamożnych burżujów po prostu się maskuje i przebiera za proletariuszy.
W tym wszystkim czuć było coś z posępnej atmosfery wojny. Miasto
wyglądało na posępne, zaniedbane, drogi i budynki były w kiepskim
stanie, ulice w nocy były słabo oświetlone z obawy przed nalotami,
sklepy były w większości odrapane i na wpół puste. Brakowało mięsa, a mleka praktycznie nie można było zdobyć, brakowało węgla, cukru i benzyny, a chleba w zasadzie nie było. Nawet w tym okresie kolejki po
chleb miały często setki metrów długości. Jednak wydawało się, że ludzie
byli zadowoleni i pełni nadziei. Nie było bezrobocia, a koszty
utrzymania wciąż utrzymywały się na bardzo niskim poziomie. Nie
zauważyłem zbyt wielu biednych ludzi i ani jednego żebraków, z wyjątkiem
Cyganów. Przede wszystkim rzucała się w oczy wiara w rewolucję i przyszłość, poczucie nagłego wejścia w erę równości i wolności. Ludzie
próbowali zachowywać się jak istoty ludzkie, a nie jak trybiki w kapitalistycznej machinie. W salonach fryzjerskich znajdowały się
anarchistyczne ogłoszenia (fryzjerzy byli w większości anarchistami)
uroczyście obwieszczające, że pracownicy salonów nie są już
niewolnikami. Na ulicach wisiały kolorowe plakaty wzywające prostytutki,
by porzuciły swoją profesję. Dla każdego przybysza z zaciekłej,
szyderczej cywilizacji ras anglojęzycznych było coś raczej żałosnego w dosłowności, z jaką ci idealistyczni Hiszpanie przyjmowali oklepane
frazesy o rewolucji. W tym czasie na ulicach sprzedawano za kilka
centymów naiwne rewolucyjne ballady o proletariackim braterstwie i niegodziwości Mussoliniego. Często widywałem niepiśmiennych milicjantów,
którzy kupowali te ballady, mozolnie literowali słowa, a potem, śpiewali
je do odpowiedniej melodii.
Cały czas pozostawałem w Koszarach Lenina, przechodząc szkolenie
unitarne. Gdy wstąpiłem do milicji anarchistycznej, powiedziano mi, że
nazajutrz powinienem zostać wysłany na front, ale w rzeczywistości
musiałem poczekać, aż świeża centuria będzie gotowa. Milicje robotnicze,
pospiesznie powoływane przez związki zawodowe na początku wojny, nie
były jeszcze zorganizowane na wzór zwykłej armii. Jednostką dowodzenia
była "drużyna" licząca około trzydziestu ludzi, "centuria" licząca około
stu ludzi oraz "kolumna", która w praktyce oznaczała dowolną liczbę
żołnierzy.
Koszary Lenina były zespołem wspaniałych kamiennych budynków z ujeżdżalnią i ogromnymi brukowanymi dziedzińcami. Mieściły się tu
koszary kawalerii, które zostały zdobyte podczas walk lipcowych. Moja
centuria spała w jednej ze stajni, pod kamiennymi żłóbkami, na których
wciąż widniały imiona rumaków kawalerii. Wszystkie konie schwytano i wysłano na front, ale całe wnętrze wciąż śmierdziało końskim moczem i zgniłym owsem. Byłem w koszarach około tygodnia. Przede wszystkim
pamiętam końskie zapachy, niepewnie wykonywane sygnały trąbką (wszyscy
nasi trębacze byli amatorami - po raz pierwszy usłyszałem hiszpańskie
sygnały wojskowe, słuchając ich od strony linii faszystowskich), stukot
podkutych butów na dziedzińcu koszar, długie poranne parady w zimowym
słońcu, szalone mecze piłki nożnej - po pięćdziesięciu w jednej drużynie
w żwirowej ujeżdżalni. W koszarach było około tysiąca mężczyzn i około
dwudziestu kobiet, nie licząc żon milicjantów, które gotowały. W milicji
nadal służyły kobiety, choć było ich niewiele. We wczesnych bitwach
walczyły ramię w ramię z mężczyznami. To rzecz, która w czasach
rewolucji wydawała się naturalna. Jednak poglądy zaczęły się zmieniać.
Milicjantów trzeba było trzymać z dala od ujeżdżalni, podczas gdy
kobiety tam ćwiczyły obsługę broni, ponieważ zanosili się śmiechem na
widok ich wysiłków. Kilka miesięcy wcześniej nikt nie widziałby niczego
komicznego w kobiecie trzymającej karabin.
Całe koszary były brudne i w stanie chaosu, do którego milicja
sprowadzała każdy zajmowany przez siebie budynek i który wydaje się być
jednym z produktów ubocznych rewolucji. W każdym kącie natrafiało się na
stosy zniszczonych mebli, połamane siodła, mosiężne hełmy kawalerii,
puste pochwy od szabli i gnijące jedzenie. Żywność marnowano na potęgę,
zwłaszcza chleb. Tylko z mojego baraku przy każdym posiłku wyrzucano
kosz pełen chleba - haniebna rzecz, bo ludności cywilnej go brakowało.
Jedliśmy przy długich stołach na kobyłkach z wiecznie zatłuszczonych
blaszanych miseczek, a piliśmy z okropnej rzeczy zwanej porronem.
Porron to rodzaj szklanej butelki ze spiczastym dziobkiem, z którego
po przechyleniu tryska cienki strumień wina; można w ten sposób pić z daleka, nie dotykając jej ustami i przekazywać ją z ręki do ręki.
Zastrajkowałem i zażądałem kubka do picia, gdy tylko zobaczyłem w użyciu
porron. Moim zdaniem te naczynia były zbyt podobne do szpitalnych
"kaczek", zwłaszcza że były wypełnione białym winem.
Stopniowo wydawano rekrutom mundury, a ponieważ była to Hiszpania,
wszystko wydawano na raty, tak że nigdy nie było do końca pewne, kto co
otrzymał, a różne przedmioty, których najbardziej potrzebowaliśmy, takie
jak pasy i naboje, były dostarczane w ostatniej chwili, kiedy pociąg już
czekał, aby zabrać nas na front. Wspomniałem o "mundurach" milicyjnych,
co chyba nie do końca oddaje ich wygląd. To nie był w zasadzie mundur.
Być może określenie "wielorakość" byłoby dla właściwą nazwą dla tego
ubioru. Ubrania wydawane rekrutom w różnym stopniu nawiązywały do
jakiegoś jednego wzorca, ale znalezienie dwóch identycznych mundurów
było niemożliwe. Praktycznie wszyscy w armii nosili sztruksowe spodnie
do kolan, ale na tym kończyła się jednolitość. Jedni nosili owijacze,
inni sztruksowe getry, jeszcze inni skórzane legginsy lub wysokie buty.
Wszyscy nosili kurtki zapinane na zamek, ale niektóre kurtki były ze
skóry, inne z wełny i występowały w każdym możliwym kolorze. Rodzaje
czapek były tak liczne, jak ich właściciele. Przód czapki zwykło się
ozdabiać odznaką partyjną, a w dodatku prawie każdy mężczyzna owijał
szyję czerwoną lub czerwono-czarną chustką.
Milicje robotnicze w tym czasie były motłochem o niezwykłym wyglądzie.
Ubrania wydawano ochotnikom, bo ta czy inna fabryka mogła je najwyżej
wyrzucić na śmietnik, a nie były to złej jakości ubrania, biorąc pod
uwagę okoliczności. Natomiast koszule i skarpetki były nędznymi
bawełnianymi wyrobami, zupełnie bezużytecznymi podczas zimy. Nawet nie
chcę myśleć o tym, przez co musieli przejść milicjanci we wcześniejszych
miesiącach, zanim republikańskie siły zbrojne zostały jako tako
zorganizowane. Pamiętam, że zaledwie dwa miesiące wcześniej natknąłem
się na gazetę, w której jeden z przywódców POUM po wizycie na froncie
powiedział, że postara się dopilnować, aby "każdy milicjant miał koc".
Wyrażenie, które sprawi, że zadrżysz, jeśli kiedykolwiek spałeś w okopie
podczas zimy.
Drugiego dnia mojego pobytu w koszarach rozpoczęło się coś, co zostało
komicznie nazwane "instruktażem". Od początku przeważały przerażające
sceny chaosu. Rekrutami byli głównie szesnasto- lub siedemnastoletni
chłopcy z ubogich dzielnic Barcelony, pełni rewolucyjnego zapału, ale
zupełnie nieświadomi sensu wojny. Nie dało się ich nawet zmusić do
stania w kolejce. Dyscyplina nie istniała; jeśli komuś nie spodobał się
rozkaz, wychodził z szeregu i zaciekle kłócił się z oficerem. Porucznik,
który nas instruował, był tęgim, miłym, młodym mężczyzną o czerstwej
twarzy, który wcześniej był oficerem regularnej armii, i nadal tak
wyglądał, krocząc pewnie w swoim eleganckim mundurze. Co ciekawe, był
szczerym i żarliwym socjalistą. Nawet bardziej niż reszta nalegał na
całkowitą równość wszystkich stopni.
Pamiętam jego bolesne zaskoczenie, gdy nieświadomy rekrut zwrócił się do
niego Se?or.
- Co! Se?or? Kto tu nazywa mnie Se?or? Czyż wszyscy nie jesteśmy
towarzyszami?
Wątpię, czy to ułatwiło mu pracę. Tymczasem nowi rekruci nie
przechodzili żadnego szkolenia wojskowego, które mogłoby im się w najmniejszym stopniu przydać. Powiedziano mi, że obcokrajowcy nie mają
obowiązku uczęszczać na "szkolenia" (zauważyłem, że Hiszpanie byli
przekonani, że wszyscy obcokrajowcy wiedzą o sprawach wojskowych więcej
niż oni sami), ale naturalnie poszedłem z innymi. Bardzo chciałem
nauczyć się obsługiwać ciężki karabin maszynowy; była to broń, z którą
nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Ku mojemu przerażeniu
stwierdziłem, że nie zamierzał nas uczyć obsługi jakiejkolwiek broni.
Tak zwane szkolenie było po prostu musztrą na placu apelowym,
najbardziej archaicznego, głupiego rodzaju: w prawo zwrot, w lewo zwrot,
maszerowanie na baczność w kolumnie trójkami i cała reszta tych
bezużytecznych bzdur, których nauczyłem się, gdy miałem piętnaście lat.
Cóż za niezwykła forma szkolenia armii partyzanckiej!
Oczywiście, jeśli masz tylko kilka dni na wyszkolenie żołnierza, musisz
nauczyć go rzeczy, których będzie najbardziej potrzebował: jak się kryć,
jak poruszać się w otwartym terenie, jak pełnić służbę wartowniczą i wykopać transzeję i... jak używać broni. Jednak tej gromady chętnych
dzieciaków, które za kilka dni miały zostać przerzucone na linię frontu,
nie nauczono nawet strzelać z karabinu czy wyciągać zawleczkę z granatu.
W tamtym czasie nie wiedziałem jeszcze, że broni do nauki praktycznie
nie było. W milicji POUM brak karabinów był tak rozpaczliwy, że świeże
oddziały docierające na front musiały odbierać karabiny żołnierzom,
których zastępowali. W całym Koszarach Lenina, jak sądzę, nie było
karabinów poza tymi, których używali wartownicy.
Po kilku dniach, mimo iż nadal byliśmy kompletnym motłochem pod każdym
względem, uznano nas za godnych pokazania publicznie i rano wyprowadzano
nas do ogrodów na wzgórzu za Plaza de Espa?a. Był to wspólny poligon
wszystkich milicji partyjnych, z wyjątkiem karabinierów i pierwszych
kontyngentów nowo utworzonej Armii Ludowej. W publicznych ogrodach był
to dziwny i pokrzepiający widok. Każdą ścieżką i alejką, wśród
kwietników, oddziały i kompanie mężczyzn maszerowały sztywno tam i z powrotem, wypinając piersi i desperacko próbując wyglądać jak żołnierze.
Wszyscy byli nieuzbrojeni i nikt nie był w pełnym umundurowaniu, a u większości mundur milicyjny był mocno połatany. Procedura była zawsze
taka sama. Przez trzy godziny maszerowaliśmy tam i z powrotem
(hiszpański krok marszowy jest bardzo krótki, za to szybki), potem
zatrzymywaliśmy się, padała komenda "Rozejść się!" i spragniony oddział
pędził do małego sklepu spożywczego, który znajdował się na zboczu
wzgórza i robił dobry interes na tanim winie. Wszyscy byli dla mnie
bardzo przyjaźni. Jako Anglik byłem czymś w rodzaju ciekawostki, a oficerowie Carabinero traktowali mnie dobrze i stawiali mi wino. W międzyczasie, ilekroć mogłem dopaść naszego porucznika, domagałem się by
przeszkolił mnie w posługiwaniu się karabinem maszynowym. Wyciągałem z kieszeni słownik Hugo i zaczynałem natarczywie przemawiać moim
nikczemnym hiszpańskim:
- Yo sé manejar fusil. No sé manejar ametralladora. Quiero apprender
ametralladora. Quándo vamos apprender ametralladora2?
Odpowiedzią był zawsze wymuszony uśmiech i obietnica, że szkolenie
odbędzie się ma?ana. Nie trzeba dodawać, że ma?ana nigdy nie
nadeszła. Minęło kilka dni, a rekruci nauczyli się maszerować równym
krokiem i prężyć na baczność, ale jeśli wiedzieli, z której strony
karabinu wylatuje kula, tutaj ich wiedza się kończyła. Pewnego dnia
uzbrojony Carabinero podszedł do nas, gdy się zatrzymaliśmy, i pozwolił nam obejrzeć swój karabin. Okazało się, że w całej mojej
drużynie nikt poza mną nie umiał nawet załadować karabinu, a co dopiero
wycelować.
Przez cały ten czas toczyłem zmagania z językiem hiszpańskim. Oprócz
mnie w koszarach był tylko jeden Anglik i nikt, nawet wśród oficerów,
nie znał ani słowa po francusku. Sprawy nie ułatwiał mi fakt, że gdy moi
towarzysze rozmawiali ze sobą, mówili na ogół po katalońsku. Jedynym
sposobem, w jaki mogłem się dogadać, było noszenie wszędzie małego
słownika, który w chwilach kryzysu wyciągałem z kieszeni. Wolałem jednak
być obcokrajowcem w Hiszpanii niż w większości innych krajów. Jak łatwo
było się tam zaprzyjaźnić! W ciągu dnia lub dwóch znalazło się tu wielu
milicjantów, którzy mówili do mnie po imieniu, wtajemniczali mnie w miejscowe zwyczaje i wprawiali w zakłopotanie gościnnością. Nie piszę
książki propagandowej i nie chcę idealizować POUM. Cały system milicji
anarchistycznej miał poważne wady, a sami ludzie stanowili mieszaną
grupę, ponieważ w tym czasie liczba ochotników spadała, i wielu
najlepszych ludzi było już na froncie lub nie żyło. Zawsze był wśród nas
pewien procent ludzi zupełnie bezużytecznych. Chłopcy w wieku piętnastu
lat byli bez wstydu przyprowadzani przez swoich rodziców ze względu na
dziesięć peset dziennie - tyle wynosił dzienny żołd - a także ze względu
na chleb, który milicjanci otrzymywali w dużych ilościach i który mogli
przemycić do domu. Uważam jednak, że każdy komu zdarzyło się znaleźć
wśród przedstawicieli hiszpańskiej klasy robotniczej - powinienem chyba
uściślić, że klasy robotniczej Katalonii, bo poza kilkoma Aragończykami
i Andaluzyjczykami przebywałem tylko z Katalończykami - byłby pod
wrażeniem przyzwoitości robotników, a przede wszystkim prostolinijności
i hojności. Szczodrość Hiszpana, w potocznym znaczeniu tego słowa, bywa
czasem wręcz krępująca. Jeśli poprosisz go o papierosa, da ci całą
paczkę. A poza tym chodzi mi o hojność w głębszym sensie, o prawdziwą
wielkoduszność, z którą spotykałem się raz po raz w najmniej
obiecujących okolicznościach. Niektórzy dziennikarze i inni
obcokrajowcy, którzy podróżowali po Hiszpanii w czasie wojny,
twierdzili, że Hiszpanie skrycie czuli zawiść do pomagających im
obcokrajowców. Mogę tylko powiedzieć, że nigdy niczego takiego nie
zaobserwowałem. Pamiętam, że na kilka dni przed moim wyjściem z koszar
grupa mężczyzn wróciła na przepustce z frontu. Rozmawiali z podekscytowaniem o swoich doświadczeniach i byli pełni entuzjazmu dla
niektórych francuskich żołnierzy, którzy walczyli razem z nimi w Huesca.
Mówili, że Francuzi byli bardzo odważni; dodając entuzjastycznie: - Más
valientes que nosotros ("Odważniejsi niż my!"). Oczywiście mówiłem, że
to przesada, po czym wyjaśniono mi, że Francuzi po prostu wiedzieli
więcej o sztuce wojennej - byli bardziej biegli w używaniu granatów,
karabinów maszynowych i tak dalej. Uwaga ta jednak o czymś świadczy.
Anglik prędzej odciąłby sobie rękę, niż powiedział coś podobnego.
Każdy cudzoziemiec, który służył w milicji, przez kilka pierwszych
tygodni uczył się kochać Hiszpanów i równocześnie był zirytowany pewnymi
ich cechami. Na froncie moja irytacja zmieniała się niekiedy we
wściekłość. Hiszpanie bez wątpienia spisują się świetnie w wielu
dziedzinach, ale nie w prowadzeniu wojen. Wszyscy cudzoziemcy byli
jednakowo zbulwersowani ich nieefektywnością, a przede wszystkim
doprowadzającą do szału niepunktualnością. Jedynym hiszpańskim słowem,
którego żaden obcokrajowiec nie uniknie, jest ma?ana (jutro). Gdy
tylko jest to możliwe, aktualne sprawy odkłada się na ma?ana. Jest to
tak typowe, że nawet Hiszpanie sami z tego żartują. W Hiszpanii nic,
począwszy od posiłku, a na bitwie kończąc, nie odbywa się w wyznaczonym
czasie. Z reguły wszystko odbywa się zbyt późno, ale od czasu do czasu -
żeby nie przyzwyczajać się do reguły, że wszystko się spóźnia - zdarza
się o wiele za wcześnie. Pociąg, który ma odjechać o ósmej, zwykle
odjeżdża pomiędzy godziną dziewiątą a dziesiąta, ale zazwyczaj raz w tygodniu, przez kaprys maszynisty, odjedzie o wpół do ósmej. Takie
rzeczy bywają niezwykle irytujące. Teoretycznie raczej podziwiam
Hiszpanów za to, że nie obchodzi ich nerwica czasowa ludzi północny, ale
niestety ja na tym cierpię.
Po niekończących się plotkach, ma?anas i opóźnieniach nagle zostaliśmy
wysłani na front z dwugodzinnym wyprzedzeniem, kiedy znaczna część
naszego sprzętu była jeszcze niewydana. W magazynie kwatermistrza
zapanował chaos; w końcu wielu żołnierzy musiało wyruszyć bez pełnego
wyposażenia. Baraki natychmiast zapełniły się kobietami, które zdawały
się wyrastać z ziemi i pomagały swoim mężom rolować koce i pakować
plecaki. To było dość upokarzające, że Hiszpanka, żona Williamsa,
drugiego angielskiego milicjanta, musiała mi pokazać, jak składać nowe
skórzane ładownice. Była łagodną, ciemnooką, niezwykle kobiecą istotą,
która wyglądała, jakby życie upływało jej na huśtaniu kołyską, ale która
w rzeczywistości walczyła dzielnie w lipcowych bitwach ulicznych. W tym
czasie nosiła w łonie dziecko, które urodziło się zaledwie dziesięć
miesięcy po wybuchu wojny i najprawdopodobniej zostało spłodzone tuż za
barykadą.
Pociąg miał odjechać o ósmej, a było około dziesięć po ósmej, gdy
sfrustrowani, spoceni oficerowie zdołali zaprowadzić nas na plac
koszarowy. Bardzo dobrze pamiętam scenę: wrzawa i podniecenie, czerwone
flagi łopoczące w świetle pochodni, szeregi milicjantów z plecakami i zrolowanymi kocami przepasanymi przez pierś; krzyki, stukot butów i brzęk blaszanych miseczek, a potem potężny i wreszcie uwieńczony ciszą
syk pary wydobywający się z lokomotywy. Potem pojawił się jakiś komisarz
polityczny stojący pod wielkim toczącym się czerwonym sztandarem i wygłaszający przemówienie po katalońsku. W końcu zaprowadzili nas na
stację, każąc iść najdłuższą trasą, trzy lub cztery mile, aby pokazać
nam całe miasto.
Na Ramblas zatrzymali nas, gdy wypożyczona orkiestra grała jakąś
rewolucyjną melodię. Znowu bohaterowie zdobywców - krzyki i entuzjazm,
wszędzie czerwone i czerwono-czarne flagi, przyjazne tłumy tłoczące się
na chodniku, by nas obejrzeć, kobiety machające z okien. Jakże to
wszystko wydawało się wtedy naturalne; jakże obecnie odległe i nieprawdopodobne! W pociągu było tak ciasno, że prawie nie było miejsca,
nawet na podłodze, nie mówiąc już o siedzeniach. W ostatniej chwili z peronu zbiegła żona Williamsa i dała nam butelkę wina i wianuszek
jaskrawoczerwonej kiełbasy, która smakuje jak mydło i wywołuje biegunkę.
Pociąg wytoczył się z Katalonii na płaskowyż Aragonii z normalną w czasie wojny prędkością, mniejszą niż dwadzieścia kilometrów na godzinę.
Rozdział 2
Barbastro, choć daleko od linii frontu, wyglądało na ponure i zniszczone
miasto. Po ulicach krążyły chmary milicjantów w obszarpanych mundurach,
bezskutecznie próbując się ogrzać. Na zrujnowanej ścianie natknąłem się
na plakat z zeszłego roku zapowiadający, że w takim a takim dniu na
arenie zostanie zabitych "sześć dorodnych byków". Jak żałośnie wyglądały
te wyblakłe kolory! Gdzie były teraz dorodne byki i przystojni
torreadorzy? Wyglądało na to, że nawet w Barcelonie w dzisiejszych
czasach nie ma prawie żadnych walk byków; z nieznanego powodu wszyscy
najlepsi matadorzy najwidoczniej byli faszystami.
Moją kompanię wysłano ciężarówką do Sietamo, a następnie na zachód do
Alcubierre, które znajdowało się tuż za linią frontu Saragossy. Sietamo
trzykrotnie przechodziło z rąk do rak, zanim anarchiści w końcu zdobyli
je w październiku, gdy jego część została zrównana z ziemią ogniem
artyleryjskim, a większość domów podziurawiona kulami karabinowymi.
Znajdowaliśmy się teraz 500 metrów nad poziomem morza. Było potwornie
zimno, a gęste mgły nadciągały zewsząd. Pomiędzy Sietamo a Alcubierre
kierowca ciężarówki zgubił się (to była kolejna z nieodłącznych cech tej
wojny) po czym błąkaliśmy się godzinami we mgle. Do Alcubierre
dotarliśmy późno w nocy. Ktoś poprowadził nas przez błotniste bagna do
stajni dla mułów, gdzie zagrzebaliśmy się w sieczce i natychmiast
zasnęliśmy. Sieczka nie jest zła do spania, gdy jest czysta, nie tak
dobra jak siano, ale o wiele lepsza niż słoma. Dopiero w porannym
świetle odkryłem, że sieczka jest pełna skórek od chleba, podartych
gazet, kości, martwych szczurów i zgniecionych puszek po mleku.
Byliśmy teraz blisko linii frontu, wystarczająco blisko, by poczuć
charakterystyczny zapach wojny - z mojego doświadczenia jest to zapach
ekskrementów i rozkładającego się jedzenia. Alcubierre nigdy nie zostało
ostrzelane i było w lepszym stanie niż większość wiosek tuż za linią.
Uważam jednak, że nawet w czasie pokoju nie można było podróżować po tej
części Hiszpanii, nie narażając się na widok osobliwej nędzy aragońskich
wiosek. Są zbudowane jak fortece. Masa nędznych domków z błota i kamienia kuli się wokół kościoła, a nawet wiosną prawie nigdzie nie
widać kwiatów. Domy nie mają ogrodów, są tylko podwórka, na których
wrzaskliwe ptaki prześlizgują się po błotnistych grządkach. Pogoda była
paskudna, na przemian mgła i deszcz. Wąskie gruntowe drogi zamieniły się
w morze błota, miejscami głębokiego na pół metra, z trudem pokonywanego
przez buksujące ciężarówki. Chłopi prowadzili swoje niezdarne wozy
ciągnięte przez muły, często aż po sześć zwierząt w jednym zaprzęgu,
zawsze poustawianych w szpic. Ciągłe pojawianie się i odchodzenie wojsk
doprowadziło wioskę do stanu niewyobrażalnego brudu. Ani teraz ani w przeszłości nie istniały tu takie udogodnienia jak publiczne toalety, i nie było nawet metra kwadratowego, po którym można by stąpać, nie
patrząc czujnie pod nogi. Kościół od dawna służył jako latryna; tak samo
było ze wszystkimi polami w promieniu pół kilometra. Zawsze gdy pomyślę
o pierwszych dwóch miesiącach wojny, wspominam zimowe ścierniska,
których brzegi były pokryte ludzkim łajnem.
Minęły dwa dni i nie wydano nam żadnych karabinów. Kto był w Comite de
Guerra i przyjrzał się rzędowi dziur w murze - rezultatowi salw plutonu
egzekucyjnego - rozstrzeliwano tutaj wielu faszystów - ten poznał już
wszystkie osobliwości Alcubierre. Na pierwszej linii panowała oczywiście
cisza; przybywało tu bardzo niewielu rannych. Największym wydarzeniem
było pojawienie się faszystowskich dezerterów, których sprowadzono pod
strażą z linii frontu. Wielu żołnierzy po drugiej stronie frontu wcale
nie było faszystami, a jedynie poborowymi, którzy mieli pecha odbywać
służbę wojskową podczas wybuchu wojny i za bardzo bali się uciec. Od
czasu do czasu małe ich grupy podejmowały ryzyko prześlizgnięcia się na
nasze pozycje. Bez wątpienia byłoby ich więcej, gdyby ich krewni nie
pozostali na terytorium kontrolowanym przez faszystów. Ci dezerterzy
byli pierwszymi "prawdziwymi" faszystami, jakich kiedykolwiek widziałem.
Uderzyło mnie, że są nie do odróżnienia od nas, z wyjątkiem tego, że
nosili kombinezony khaki. Po przybyciu zawsze byli żarłocznie głodni -
co było naturalne po dniu lub dwóch błądzenia po pasie ziemi niczyjej,
lecz za każdym razem stanowiło to triumfalnie obwieszczany argument na
poparcie tezy, iż faszystowskie oddziały głodują. Widziałem, jak
karmiono jednego z nich w chłopskim domu. Był to raczej żałosny widok.
Wysoki, dwudziestoletni chłopak, mocno ogorzały od wiatru, w łachmanach,
przykucnął nad ogniem i z rozpaczliwą prędkością pożerał miskę gulaszu;
przez cały ten czas jego oczy wędrowały nerwowo po kręgu milicjantów,
którzy stali obok, obserwując go. Myślę, że wciąż na wpół wierzył, że
jesteśmy krwiożerczymi "czerwonymi" i zamierzamy go zastrzelić, gdy
tylko skończy posiłek. Uzbrojony milicjant, który go pilnował, głaskał
go po ramieniu i wydawał uspokajające dźwięki. Pewnego pamiętnego dnia w jednej grupie przybyło piętnastu dezerterów. Prowadzono ich triumfalnie
przez wieś, a przed nimi jechał oficer na białym koniu. Udało mi się
zrobić dość niewyraźne zdjęcie, które później mi ukradziono.
Trzeciego ranka do Alcubierre zawitały karabiny. Sierżant o ogorzałej
twarzy rozdawał je w stajni dla mułów. Doznałem szoku gdy zobaczyłem to,
co mi dali. Był to niemiecki Mauser z 1896 roku - miał ponad
czterdzieści lat! Był zardzewiały, zamek nie dawał się nawet poruszyć, a jeden rzut oka na wylot lufy ujawnił, że jest skorodowana i raczej nic
jej już nie pomoże. Większość karabinów była równie kiepska, niektóre
jeszcze gorsze. Nie podjęto żadnych prób, by dać najlepszą broń ludziom,
którzy wiedzieli, jak się nią posługiwać. Najlepszy karabin, mający
zaledwie dziesięć lat, został podarowany głupiemu piętnastolatkowi,
znanemu wszystkim jako maricón (pederasta)).. Sierżant udzielił nam
pięciominutowego "szkolenia", które polegało na wyjaśnieniu, w jaki
sposób ładować karabin i jak rozbierać zamek. Wielu milicjantów nigdy
wcześniej nie miało broni w ręku i bardzo niewielu, jak sądzę,
wiedziało, do czego służą przyrządy celownicze. Rozdano naboje, po
pięćdziesiąt sztuk każdemu, a następnie ustawiliśmy się w szeregi.
Założyliśmy nasz ekwipunek na plecy i wyruszyliśmy na linię frontu,
około pięciu kilometrów dalej.
Centuria, osiemdziesięciu mężczyzn i kilka psów, wspinała się nierówno w górę drogi. Każda kolumna milicji miała przynajmniej jednego psa jako
maskotkę. Nieszczęsne psisko, które szło krok w krok z nami, miało
wypalone na sierści olbrzymie litery POUM, i chyba było świadome, że coś
jest nie tak z jego wyglądem. Na czele kolumny, obok czerwonej flagi, na
czarnym koniu jechał Georges Kopp, tęgi belgijski oficer, a nieco dalej
młodzieniec z przypominającej wyglądem bandytów kawalerii milicyjnej
cwałował tam i z powrotem, by zatrzymywać się na każdym kawałku
wznoszącego się terenu i pozując w malowniczych postawach na szczycie.
Wspaniałe konie hiszpańskiej kawalerii zostały schwytane w dużej liczbie
podczas rewolucji i przekazane milicji, która, rzecz jasna, w krótkim
czasie zmieniała je w chabety.
Droga wiła się między żółtymi nieurodzajnymi polami, nietkniętymi od
zeszłorocznych żniw. Przed nami rozciągał się niski łańcuch górski,
który leży między Alcubierre a Saragossą. Zbliżaliśmy się teraz do linii
frontu, w pobliże granatów, karabinów maszynowych i błota. Nie mówiłem o tym nikomu, ale poczułem strach. Wiedziałem, że w tej chwili na linii
frontu panowała cisza, ale w przeciwieństwie do większości mężczyzn
wokół mnie byłem wystarczająco dorosły, by pamiętać I wojnę, choć nie na
tyle dorosły, by w niej walczyć. Dla mnie wojna oznaczała ryczące
pociski i latające we wszystkie strony odłamki stali; a przede wszystkim
błoto, wszy, głód i zimno. To ciekawe, ale bardziej bałem się zimna niż
wroga. Myśl o tym prześladowała mnie przez cały czas pobytu w Barcelonie. Nawet nie spałem w nocy, myśląc o zimnie w okopach, o okropnych porankach przerywanych alarmami, długich godzinach na warcie z oszronionym karabinem, o lodowatym błocie, które oblepiało buty.
Przyznaję też, że czułem rodzaj przerażenia, patrząc na ludzi, wśród
których maszerowałem. Nie wyobrażacie sobie, na jaki motłoch
wyglądaliśmy. Szliśmy w o wiele mniejszym porządku niż stado owiec;
zanim przeszliśmy trzy kilometry, tył kolumny pozostał poza zasięgiem
wzroku. A blisko połowa tak zwanych żołnierzy była dziećmi - przy czym
mam tu na myśli dosłownie dzieci, najwyżej szesnastoletnie. Jednak
wszyscy byli szczęśliwi i podekscytowani perspektywą dotarcia w końcu na
front. Gdy zbliżyliśmy się do linii okopów, chłopcy wokół czerwonej
flagi z przodu zaczęli wykrzykiwać: - Visca POUM!, Fascistas -
maricones! i tak dalej - okrzyki, które miały być wojenne i groźne, w tych dziecięcych gardłach brzmiały równie żałośnie jak płacz kociąt.
Wydawało się straszne, że obrońcami Republiki jest ten tłum obdartych
dzieciaków niosących wysłużone karabiny, o obsłudze których nie mieli
pojęcia. Pamiętam, że zastanawiałem się, co by się stało, gdyby
faszystowski samolot przeleciał na naszą stronę frontu - prawdopodobnie
lotnikowi w ogóle zechciałby się zanurkować, by oddać w naszą stronę
serię z karabinu maszynowego. Z pewnością nawet z powietrza mógł
dostrzec, że nie jesteśmy prawdziwymi żołnierzami.
Gdy droga weszła w łańcuch górski, skręciliśmy w prawo i wspięliśmy się
na wąską ścieżkę dla mułów, która wiła się zboczem góry. Wzgórza w tej
części Hiszpanii mają kształt podkowy z spłaszczonymi wierzchołkami i bardzo stromymi zboczami schodzącymi w głębokie wąwozy. Na wyższych
zboczach nie rośnie nic poza karłowatymi krzewami i wrzosami, z białymi
kośćmi wapienia sterczącymi co krok. Tu linia frontu nie stanowiła
ciągłej linii okopów - byłoby to niemożliwe w tak górzystym terenie -
była po prostu łańcuchem ufortyfikowanych stanowisk, nazywanych
"pozycjami", ustawionych na każdym szczycie wzgórza. W oddali widać było
naszą "pozycję" na koronie podkowy: poszarpana barykada worków z piaskiem, powiewająca czerwona flaga, dym z ognisk w okopach. Podchodząc
bliżej czułeś obrzydliwy, słodkawy smród, który pozostawał w moich
nozdrzach przez wiele tygodni. Do rozpadliny tuż za pozycją wrzucano
wszelkiego rodzaju odpadki: gnijąca masa skórek chleba, ekskrementów i zardzewiałych puszek.
Kompania, którą mieliśmy zluzować, właśnie pakowała swoje plecaki. Byli
na froncie od trzech miesięcy; ich mundury były oblepione błotem, buty
rozpadały się na kawałki, a twarze mieli w większości zarośnięte.
Dowodzący pozycją kapitan, o nazwisku Lewiński, ale znany wszystkim jako
Benjamin, z urodzenia polski Żyd, posługujący się francuskim jak
językiem ojczystym, wyczołgał się z ziemianki i przywitał nas. Był
niskim młodzieńcem w wieku około dwudziestu pięciu lat, ze sztywnymi
czarnymi włosami i bladą, gorliwą twarzą, która w tym okresie wojny była
zawsze bardzo brudna. Kilka zabłąkanych pocisków przeleciało wysoko nad
naszymi głowami. "Pozycja" była półokrągłym ogrodzeniem o promieniu
pięćdziesięciu metrów, otoczonym wałem, który częściowo składał się z worków z piaskiem, a częściowo z brył wapienia. Wokół widniało
trzydzieści albo czterdzieści stanowisk strzeleckich, przypominających
szczurze nory. Wskoczyłem z Williamsem jego i hiszpańskim szwagrem do
najbliższej wolnej jamy, która wyglądała na nadającą się do
zamieszkania. Gdzieś z przodu od czasu do czasu wypalił karabin,
wywołując dziwne, pohukujące wśród kamienistych wzniesień echo. Właśnie
zrzuciliśmy nasze plecaki i wyczołgaliśmy się z dołu, gdy rozległ się
kolejny huk, i jeden z dzieciaków z naszej kompanii spadł z przedpiersia
wału, z twarzą we krwi. Okazało się, że pociągnął spust i najwyraźniej
udało mu się rozsadzić zamek; jego czaszka została rozdarta na strzępy
przez odłamki pękniętej łuski. Tak więc kompania doczekała się pierwszej
ofiary, i co niestety typowe, z powodu samookaleczenia.
Po południu trzymaliśmy pierwszą wartę, a Benjamin oprowadził nas po
pozycji. Przed wałem biegł system wąskich rowów wykutych w skale, z prymitywnymi otworami strzelniczymi wykonanymi z płaskiego wapienia. W różnych punktach wykopu i za wewnętrzną balustradą znajdowało się
dwunastu wartowników. Przed wykopem rozciągnięto drut kolczasty, a dalej
zbocze osuwało się w zdawało się bezdenny wąwóz. Naprzeciwko rozciągały
się nagie wzgórza, miejscami gołe skały, szare i zimne, bez
jakichkolwiek przejawów życia, nawet ptaki tam nie zaglądały. Ostrożnie
wyjrzałem przez lukę, próbując znaleźć faszystowski rów.
- Gdzie jest wróg?
Benjamin machnął ręką.
- Tiam - odparł w koszmarnej angielszczyźnie.
- Ale gdzie?
Według moich wiedzy na temat wojny okopowej faszyści powinni być
oddaleni o pięćdziesiąt lub sto metrów. Niczego nie dostrzegłem -
najwyraźniej ich okopy były bardzo dobrze zamaskowane. Potem z przerażeniem zobaczyłem miejsce, które wskazywał Benjamin; w odległości
co najmniej siedmiuset metrów widniał maleńki zarys wału i czerwono-żółta flaga - pozycja faszystowska. Byłem zdruzgotany. Nie
byliśmy nawet w ich pobliżu! Na tym dystansie nasze karabiny były
całkowicie bezużyteczne. W tym momencie za naszymi plecami rozległ się
okrzyk podniecenia.
Dwaj faszyści, szare figurki w oddali, wspinali się po nagim zboczu
wzgórza naprzeciwko. Benjamin chwycił karabin najbliższego mężczyzny,
wycelował i ściągnął spust. Klik! Niewypał. Pomyślałem, że to zły omen.
Rozpętała się okropna kanonada, strzelali wszyscy wokół, nie mierząc
przy tym w żaden konkretny cel. Widziałem faszystów, maleńkich jak
mrówki, przemykających tam i z powrotem za wałem, a czasami tylko czarna
kropka, która była głową, zatrzymywała się na chwilę, bezczelnie się
odsłaniając. Oczywiście strzelanie nie miało sensu. Ale niebawem
wartownik po mojej lewej, opuszczając bez rozkazu posterunek w typowy
dla Hiszpanów sposób, podszedł do mnie i zaczął namawiać do strzelania.
Próbowałem wytłumaczyć, że z tej odległości i z tych karabinów można
kogoś trafić jedynie przez przypadek. Ale on był tylko dzieciakiem i ciągle wskazywał karabinem w kierunku jednej z kropek, uśmiechając się
przy tym jak pies, który oczekuje, że rzuci się mu patyk. W końcu
ustawiłem celownik na siedemset i strzeliłem. Kropka zniknęła.
Podejrzewam, że kula przeleciała na tyle blisko, że ktoś musiał się
przestraszyć. Po raz pierwszy w życiu strzeliłem z broni do człowieka.
Teraz, gdy zobaczyłem już front, byłem głęboko zniesmaczony. I oni to
nazywają wojną! Prawie nie mieliśmy kontaktu z wrogiem! Nie musiałem
nawet trzymać głowy poniżej poziomu okopu. Chwilę później jednak kula ze
złowrogim trzaskiem przeleciała mi koło ucha i wbiła się w obwałowanie z tyłu. Niestety, odruchowo schyliłem się. Całe życie przysięgałem, że nie
schylę się, gdy pierwszy raz przeleci koło mnie kula; ale ten ruch
wydaje się być instynktowny i prawie każdy uczyni tak przynajmniej raz.
Rozdział 3
W wojnie pozycyjnej ważne jest pięć rzeczy: drewno opałowe, żywność,
tytoń, świece i wróg. Zimą, na froncie w Saragossie, tak właśnie
wyglądała hierarchia ważności - wróg był na szarym końcu. Z wyjątkiem
nocy, kiedy można było spodziewać się ataku z zaskoczenia, nikt nie
przejmował się wrogiem. Były to po prostu odległe czarne owady, które od
czasu do czasu widywano skaczące tam i z powrotem. Najważniejszym
zadaniem obu armii było ogrzanie się.
Powinienem wspomnieć, że przez cały czas pobytu w Hiszpanii widziałem
bardzo mało walki. Byłem na froncie w Aragonii od stycznia do maja, a od
stycznia do końca marca na tym froncie nie wydarzyło się prawie nic, z wyjątkiem okolic Teruel. W marcu wokół Huesca toczyły się ciężkie walki,
ale ja osobiście odegrałem w nich niewielką rolę. Później, w czerwcu,
miał miejsce katastrofalny atak na Huesca, w którym kilka tysięcy ludzi
zginęło w ciągu jednego dnia, ale wcześniej zdążyłem już odnieść ranę i byłem niezdolny do walki. Rzeczy, o których zwykle myśli się w kategoriach okropności wojny, rzadko mi się przydarzały. Żaden samolot
nigdy nie zrzucił bomby w pobliżu, nie sądzę nawet, by zbłąkany pocisk
artyleryjski eksplodował w promieniu pięćdziesięciu metrów ode mnie,
tylko raz walczyłem wręcz (powiedziałbym, że o jeden raz za dużo).
Oczywiście często znajdowałem pod ostrzałem ciężkich karabinów
maszynowych, ale zwykle na dalekich dystansach. Nawet w Huesca byłeś
raczej bezpieczny, jeśli podjąłeś odpowiednie środki ostrożności.
Tutaj na wzgórzach okalających Saragossę nuda przeplatała się z niewygodami, jakie niosła ze sobą wojna pozycyjna. Toczyliśmy życie
równie spokojne jak urzędnika magistratu i prawie tak samo regularne.
Warty, patrole, roboty ziemne; roboty ziemne, patrole, warty. Na każdym
szczycie wzgórza widać było faszystów lub lojalistów, grupki obdartych,
brudnych mężczyzn drepczących wokół flagi i próbujących się ogrzać. I przez cały dzień i noc bezsensowne kule latające po pustych dolinach,
mogące tylko jakimś nieprawdopodobnym trafem spenetrować ludzkie ciało.
Często rozglądałem się po zimowym krajobrazie i podziwiałem daremność
tego wszystkiego. Cóż za kapryśna wojna! Wcześniej, około października,
o wszystkie te wzgórza toczyły się zaciekłe walki. Potem brak ludzi i broni, zwłaszcza artylerii, uniemożliwiał jakąkolwiek operację na dużą
skalę, obie armie okopały się więc i osiadły na zdobytych szczytach
wzgórz. Po naszej prawej stronie widać było małą placówkę, również POUM,
a na grzbiecie po naszej lewej stronie ustawiono względem nas, niczym
wskazówki zegara na godzinie siódmej, stanowisko PSUC3, zwrócone
frontem do wyższego grzbietu, na którym porozrzucano na poszczególnych
szczytach kilka małych posterunków faszystów. Tak zwana linia frontu
biegła zygzakiem w tę i z powrotem układając się we wzór, który byłby
całkiem niezrozumiały, gdyby nad każdym stanowiskiem nie powiewała
flaga. Flagi POUM i PSUC były czerwone, flagi anarchistów czerwone i czarne; faszyści na ogół mieli flagę monarchistyczną
(czerwono-żółto-czerwoną), ale od czasu do czasu wywieszali flagę
Republiki4 (czerwono-żółto-fioletowa). Krajobraz niesamowity,
a trzeba jeszcze pamiętać, że każdy górski szczyt był obsadzony przez
oddziały, a więc zaśmiecony puszkami i pokryty odchodami. Na prawo od
nas łańcuch wyginał się na południowy wschód, by ustąpić miejsca
szerokiej, słojowatej dolinie, która ciągnęła się w poprzek aż do
Huesca. Na środku równiny leżało kilka sześcianów porozrzucanych jak
kości do gry: miasto Robres, znajdujące się we władaniu lojalistów. Rano
dolina często była ukryta pod morzem chmur, z których wyłaniały się
płaskie i błękitne wzgórza, nadające krajobrazowi dziwne podobieństwo do
negatywu fotograficznego. Za Huescą rozciągało się więcej wzgórz o takiej samej formacji jak nasze, poprzetykanych pasami śniegu, którego
zasięg zmieniał się z dnia na dzień. W oddali monstrualne szczyty
Pirenejów, gdzie śnieg nigdy nie topnieje, zdawały się unosić w powietrzu. Nawet na równinie wszystko wyglądało na martwe i nagie.
Wzgórza naprzeciwko nas były szare i pomarszczone jak skóra słoni.
Niemal nigdy na niebie nie dostrzegłem ptaków. Chyba nigdy nie widziałem
kraju, w którym było tak mało latających stworzeń. Jedynymi ptakami,
jakie można było zobaczyć, były sroki i stada kuropatw, które nocą
przerażały swoim niespodziewanym warkotem, a także bardzo rzadkie grupki
orłów, które powoli szybowały nad nimi, ścigane często w swych lotach
przez kule karabinowe, których zresztą nie raczyły nawet zauważać.
W nocy i podczas mglistej pogody w dolinie na pas ziemi niczyjej między
nami a faszystami wysyłano patrole. Zajęcie to nie cieszyło się
popularnością. Było zbyt zimno, zbyt łatwo można się było zgubić, i wkrótce przekonałem się, że mogę dostawać zgodę na wyruszenie na patrol
tak często, jak tylko chciałem. W ogromnych, poszarpanych wąwozach nie
było żadnych ścieżek; można było się odnaleźć tylko dzięki kolejnym
wyprawom, za każdym razem zapamiętując nowe punkty orientacyjne. Kula
przelatująca między nami i najbliższym stanowiskiem faszystów pokonywała
w linii prostej odcinek siedmiuset metrów, ale jedyna nadająca się do
przejścia trasa mierzyła dwa i pół kilometra. Całkiem przyjemnie było
wędrować po ciemnych dolinach, z zabłąkanymi kulami latającymi wysoko
nad głową, jak gwiżdżące wróble.
Lepsze od nocy były gęste mgły, które często utrzymywały się cały dzień
i które miały zwyczaj skupiać się wokół szczytów wzgórz i omijać doliny.
W pobliżu pozycji faszystów trzeba było skradać się w ślimaczym tempie;
bardzo trudno było cicho się poruszać po zboczach wzgórz, wśród
szeleszczących krzewów i brzęczących wapieni. Dopiero przy trzeciej lub
czwartej próbie udało mi się znaleźć drogę do faszystowskiej linii. Mgła
była bardzo gęsta, a ja podkradłem się do drutu kolczastego, żeby
nasłuchiwać. Słyszałem, jak faszyści rozmawiają i śpiewają wewnątrz
umocnień. Potem ku mojemu niepokojowi usłyszałem, jak kilku z nich
schodzi w moim kierunku. Skuliłem się za krzakiem, który nagle wydał mi
się bardzo mały, i próbowałem bezgłośnie odbezpieczyć karabin. Poszli
jednak inną drogą i nie pokazali się nawet w zasięgu wzroku. Za
krzakiem, w którym się ukrywałem, natknąłem się na różne relikty
wcześniejszych walk - stos pustych łusek, skórzaną czapkę z dziurą po
kuli i czerwoną flagę, oczywiście jedną z naszych. Zaniosłem ją z powrotem na nasze stanowisko, gdzie została zresztą podarta na szmatki
do czyszczenia broni.
Gdy tylko dotarliśmy na linię frontu, zostałem kapralem, czyli cabo,
jak tu się mówiło, i dostałem pod komendę dwunastoosobowy oddział.
Funkcja ta nie była żadną synekurą, zwłaszcza na początku. Centuria była
niewyszkolonym zbiorowiskiem złożonym głównie z chłopców w wieku
kilkunastu lat. Tu i ówdzie w milicji można było spotkać dzieci w wieku
jedenastu czy dwunastu lat, zwykle uciekinierów z faszystowskiego
terytorium, którzy zostali zaciągnięci do milicji, bo tak było
najłatwiej zapewnić im przetrwanie. Z reguły byli zatrudniani do lekkich
prac na tyłach, ale czasami udawało im się przedrzeć na linię frontu,
gdzie stanowili zagrożenie dla wszystkich. Pamiętam, jak jeden gnojek
"dla żartu" wrzucił granat ręczny do ogniska w wykopie. W Monte Pocero
nie było chyba młodszych niż piętnastolatki, ale średni wiek wynosił
raczej mniej niż dwadzieścia lat. Chłopcy w tym wieku nigdy nie powinni
być znaleźć się na pierwszej linii frontu, ponieważ nie mogą znieść
braku snu, który jest nierozerwalnie związany z wojną okopową. Na
początku utrzymanie naszej pozycji w nocy było prawie niemożliwe. Jedyną
metodą na obudzenie tych nieszczęśliwych dzieci było wywlekanie ich z wykopów za nogi, lecz gdy tylko człowiek się odwracał, opuszczali
posterunki i wślizgiwali się do swoich kryjówek, a nawet, mimo
przeraźliwego zimna, opierali się o ścianę okopu i szybko zasypiali. Na
szczęście nasz wróg był niezbyt przedsiębiorczy. Bywały noce, kiedy
wydawało mi się, że naszą pozycję może zdobyć dwudziestu harcerzy, lub
tyle samo harcerek, jedynie z kijankami do prania w ręku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki