W górę rzeki - Barbara Kosmowska

Reflow text when sidebars are open.
1
Na pogrzebie Marka nie płakałam. Nie płakałam podczas jego choroby ani wcześniej, gdy jeszcze nierówno oddychał pod lekką kołdrą, ale było wiadomo, że nie zrobimy wspólnie żadnej z tych rzeczy, które, starannie zaplanowane, odkładaliśmy na bliżej nieokreślone potem. Jakby marzenia niczym nie różniły się od pięknie wyprasowanych koszul trzymanych w szafie na szczególną okazję, żeby nie powiedzieć "na ostatnią godzinę". Albo jakby stanowiły zapobiegliwy zapas mydła lawendowego. Lub jakąś bezcenną kolekcję znaczków, którą trzeba schować przed wścibskimi dziećmi sąsiadów.
Schowałam więc te niby-koszule, niby-mydła i niby-znaczki. Wyrzuciłam je poza siebie, starannie usunęłam z mieszkania, aby Marek przypadkiem nie zauważył ich podczas samotnych długich dni umierania. Pozostaliśmy bez marzeń, a w domu zrobiło się bardziej przestronnie. Łucja, nasza córka, skarżyła się nawet, że jest zbyt pusto, i często przynosiła kwiaty - do czasu, gdy się okazało, że kradła je z pobliskiego skwerku. Zapłaciłam za te kwiaty. Musiałam pójść do szkoły i wyjaśnić, że nie jest złodziejką. Potem obie siedziałyśmy na krzesłach u szkolnego pedagoga i z tępymi minami słuchałyśmy wykładu o przyczynach agresji i wandalizmu. Marek w tym czasie umierał, więc sprawa kwiatów, a właściwie ich braku, nie była dla niego tak ważna jak umieranie. Nie lubił, gdy przyłapywałam go na tym ostatecznym odchodzeniu. Ilekroć stawałam w drzwiach, zaczynał udawać, że żyje. Próbował poruszać zdrętwiałymi nogami, zacierał kostyczne ręce i wykrzywiał twarz w grymasie uśmiechu. Jego blade usta składały się na radosny okrzyk "Ho, ho, ho! Kogóż to widzimy?". A potem nieruchomiał pod białą kołdrą. Jak wysuszona ćma.
"Wyprowadźcie się stąd" - mówił, gdy zostawaliśmy we dwoje. Odgrodzeni od Łucji cienką dyktą ściany, która cierpliwie uczyła nas szeptu. Pokój przeznaczony na Markowe umieranie zaczynał wolno przenikać mdły zapach moczu. Towarzyszyła mu zupełnie obca woń jego bezradnego ciała. A może była to woń łóżka lub spod łóżka, ze stolika pełnego rozrzuconych lekarstw? Może wydobywała się ze sterty świeżo wypranych prześcieradeł? Trudno było ustalić, skąd wziął się ten zapach marnienia i znikania. Marek topniał. Tak jakby zamieniał się w feerię obcych zapachów. Jakby miał za chwilę wypaść oknem w postaci wielkiej rozczapierzonej chmury kadzidlanego dymu.
Jednak nie rozpłynął się całkiem, nie stał się przejrzystą, bolesną mgłą. Zostało go trochę do pochowania. Do umieszczenia w grobie. Do pomnika z napisem, że owszem, był i żył. Jako czyjś syn, czyjś mąż i ojciec.
- Wyprowadźmy się stąd - powiedziała Łucja dzień po pogrzebie. Stała w czarnym sweterku i ciemnej spódniczce przy oknie, z czerwonym nosem przyklejonym do szyby. Nie znosiła czynszowej odrapanej kamienicy, wspartej ścianami bliźniaczo brzydkich domów. "To trójkąt śmierci" - mówiła, patrząc z trzeciego piętra na krzyżujące się między oknami sznury z bielizną. Jakby to te sznury były skomplikowanymi łańcuchami DNA jej ojca. Jakby to one przywiązały nas na zawsze do pokoju, w którym wciąż czuło się odór śmierci i pustki.
Podążałam za jej wzrokiem. Trafiałam na chowające się w oknach głowy obojętnych mi kobiet, na małe figurki skaczących po betonie dzieci miłej pani Biller, które miały krzywicę, chroniczny katar i wszy. Leczyłam je wiecznie, a one wiecznie chorowały. Odnosiłam wrażenie, że sprawdzają moją cierpliwość naciągniętą niczym cięciwa łuku. Do ostateczności. W dodatku były niedożywione. Zatrzymałam wzrok na oknie z figlarną firanką. To za nią trwało wieczne święto miłości niefrasobliwie fundowanej podejrzanym typom przez pannę Henrykę. Była znana w pobliskiej wypożyczalni kaset wideo ze swego sentymentu do filmów miłosnych i erotycznych. Przy miłosnych płakała, a przy pornusach pracowała. Często można było podziwiać napisy końcowe szaleństw z ubiegłej nocy w postaci dwóch par czerwonych majtek schnących na zmurszałym parapecie.
- Zostańmy tu, Łucjo - poprosiłam. Uświadomiłam sobie, że przedtem nigdy nie mówiłam do niej takim tonem. Dziwnie błagalnym, płaczliwym. Jakbym się bała rozstać z tymi cudzymi majtkami, z tym niewidocznym dla oka wirusem nędzy wygrzewającym się niczym bezdomna kotka w trójkącie więziennego podwórka. Zapragnęłam zostać tu. Powracać myślą do chwil, kiedy Marka kroki szybkim, sportowym tempem przemierzały umarłe metry kamiennego świata i pięły się po krzywych schodach do naszego mieszkania. Jedynego miejsca w tym piekle, któremu nadaliśmy sens naszą obecnością. Nie znalazłam potrzebnych słów, aby Łucji to wytłumaczyć.
Patrzyła na mnie ze zdumieniem.
- Dla ciebie śmierć jest czymś tak zwyczajnym jak... jak życie - wyrzuciła. - Przylgnęła do twojego białego fartucha, do włosów i myślenia. Do całej ciebie. A ja nie chcę... Nie mogę...
- Możesz - odpowiedziałam spokojnie.
Trzasnęła drzwiami i sfrunęła z trzeciego piętra. Widziałam, jak w pośpiechu omijała dzieci pani Biller, jak susem przemierzała prowizoryczną piaskownicę i o mały włos nie wpadła na jedyny rachityczny modrzew, niewiele od niej wyższy. A potem nagle znikła za zwalistym murkiem, rozpłynęła się w popołudniowym mieście. Bezszelestnie. Bezwonnie, pewnie niezrozumiale dla samej siebie. Byłam pewna, że poszła nad rzekę. Bo gdzie mogłaby pójść ze swoim nabrzmiałym bagażem łez? W tej mętnej podmiejskiej wodzie miała szansę odnaleźć rozmyte uśmiechy. Swoje, moje i ojca. Nasze słowa. Teraz toczące się cicho po zielonych kamieniach obrośniętych szlamem i brudnymi mchami. Nasze zapatrzenia. Teraz już nieważne. Umykające wąskim strumieniem obojętnej fali na jakiś drugi brzeg leżący nieopodal drugiej strony życia. Jeżeli, oczywiście, jest druga strona życia. Gdyby była, właśnie nad tą zapuszczoną i śmierdzącą chemikaliami rzeką, stałby tam Marek, przepełniony gestami, których nie zdążył wykonać. Pełen pokory, spokoju i dobrych uczynków. Jestem przekonana, że znalazłaby go tam i, być może, nie chciałaby wrócić na nasze zaniedbane podwórko. Bez niego. Bo tylko ojciec potrafił tak jej tłumaczyć świat, że godziła się nawet na jego tandetę i brzydotę. "To ty sprawisz, że świat będzie lepszy" - obiecywał jej zawsze, a ona wierzyła.
Usiadłam na pustym łóżku Marka i czekałam na Łucję. Nie pamiętam, ile to trwało, ale nie było we mnie miejsca na niepokój. Siedziałam i uczyłam się być ojcem i matką jednocześnie. Niepotrzebnie. Tak naprawdę niczego nie zdołałam pojąć i zrozumieć. Ten fakt przez następne lata przykrywałam stanowczością i nadmierną pewnością siebie. Kobiety, które zostają same, muszą być bardziej pewne siebie. I bardziej nieufne. Mamy to za darmo. Jak kolację w samotności i dużo miejsca na kanapie stojącej przed telewizorem.
Od tamtego czasu minęło sześć lat.
- Wyprowadzam się - powiedziała Łucja przy śniadaniu.
Zapomniałam o zmęczeniu po nocnym dyżurze.
- Dokąd?
- Do Maćka. Będę cię odwiedzać.
- A co ze mną? - zapytałam bezbarwnie.
Fronczakowa z góry klęła na swoją matkę, staruszkę cierpiącą na Alzheimera.
- Gdzieżeś ją, suko, schowała, pytam! Gdzie podziałaś moją torebkę?
- Też mnie możesz odwiedzać. - W głosie Łucji nie było drwiny. Brzmiał łagodnie. Jakby nim chciała uciszyć Fronczakową albo objąć subtelnym tembrem dobroci przerażoną staruszkę, która właśnie zaczynała boleśnie zawodzić.
- Nie będę cię odwiedzać. - Dobrze wyćwiczona obojętność zawsze dawała mi przewagę w rozmowach z córką. Nie tym razem.
Wzruszyła ramionami i wstała od stołu. Więc to o jej spakowany plecak potknęłam się w przedpokoju, gdy moje zmęczone stopy rozglądały się za lekkimi klapkami. A dwa obce, wielkie kartony, które pojawiły się już wczoraj pod wieszakiem, to książki. Spakowała, widać, całe swoje życie. Poza mną. Rozejrzałam się po kuchni. Wszystko było na swoim miejscu, wyłączając kubek Łucji z napisem "Siema". Lubiłam "Siema", ale nie znosiłam tego kubka.
- No, to cześć - ociągała się, jakby jeszcze o czymś zapomniała. Jakby chciała coś dodać. Jakąś brakującą część domina w naszej słownej grze. Zostałabym tu z podwójną przegraną i z ogromną ilością czasu na przemyślenie swojej klęski.
- Cześć - rzuciłam pośpiesznie, nie dając jej szansy.
- Nie masz prawa mi tu grzebać, stara wariatko. - Fronczakowej udało się przekrzyczeć zawodzenie matki. - Oddam cię do opieki jakiejś, jak mi Bóg miły! - wrzeszczała kłamliwie.
Łucja cicho zamknęła drzwi. Pamiętałam ten rodzaj ciszy. Taka sama panowała w kostnicy.
Wyjrzałam przez okno. Modrzew tak urósł w ubiegłym roku, tak wyciągał ku mnie koronę igieł, że poprzez nią trudno było cokolwiek dostrzec. Moje oczy spoczęły na najmniejszym dziecku pani Biller uwięzionym w inwalidzkim wózku oraz na kotnej kocicy wylegującej się na murze. Dziecko było wystawione na słońce, ale jakaś wewnętrzna przekora podszepnęła mi, że życie wystawiło je do wiatru. I to na zawsze. Obok tego muru szybko przebiegły nogi mojej córki. Poszły w swoją stronę, w swój własny niebezpieczny świat. I nic nie mogłam na to poradzić.
2
- A Łucja gdzie?
Maria była zawsze roztrzepana i nieobecna myślami. Należała do kobiet, które przebywały jednocześnie w kilku miejscach, komplikując tym wszechistnieniem życie sobie i innym. Artystka od gry na pianinie, chociaż pod względem medycznym raczej od siedmiu boleści. Wiecznie ratowałam jej siedem organów, bez których nie mogłaby ani grać, ani objadać mnie z wiejskiej kiełbasy, ani oddychać powietrzem zawsze zmieszanym z tytoniowym dymem.
- Pytam o Łucję - przypomniała, zapijając wiejską kiełbasę niezdrową kawą, niepomna tego, że jej wątrobę wysłałam na zasiłek zdrowotny. - Dawno jej nie widziałam.
- Dawno cię nie było.
Podniosła na mnie zdziwione oczy. Żyła poza czasem i była przekonana, że jest u mnie niemal codziennie. Tymczasem wpadała na chwilę, którą wypełniała kilkoma pytaniami, spalała przy tym paczkę lightów o wciąż innej nazwie, informowała mnie, ile przytyła i z kim sypia. Na ogół nie czekała na moje odpowiedzi. Po tylu latach przyjaźni udzielała ich sobie sama. Ponoć nigdy nie powiedziałam jej niczego odkrywczego.
- Łucja ze mną nie mieszka. Od trzech tygodni.
Nareszcie powiedziałam coś, co uznała za odkrywcze. Spojrzała na mnie, jakbym była Newtonem, Archimedesem, Zenonem z Talesu albo przynajmniej Curie-Skłodowską.
- Nie mieszka? - mlasnęła z zachwytem. - Cudowna mała!
Zirytowało mnie i mlaśnięcie, i zachwyt.
- Czyją ty właściwie jesteś przyjaciółką? Moją czy jej?
- Waszą.
Wróciła do kiełbasy, ale w oczach miała koncert fortepianowy Mahlera. Ten, który najbardziej lubiła. Jeśli nawet nie nuciła pod nosem ulubionej frazy, to wiadomo było, że w chwili radości w Marii gra cała orkiestra symfoniczna. I pewnie z tego względu Pan Bóg uczynił ją kobietą dużą, w sam raz na pomieszczenie ogromnej liczby utajonych muzyków.
W Marii grało, a mnie zaczynało nosić. Nie przeszkadzało to żadnej z nas kończyć posiłek z pozornym spokojem.
- Czasami mam wrażenie, że Łucja jest twoją córką. - Znowu nie powiedziałam niczego odkrywczego.
- Ja też. Nawet częściej niż czasami. Zawsze tak mi się wydaje. Od kiedy przyszła na świat.
- To długo ci się wydaje. Dwudziesty drugi rok.
Byłam zazdrosna o Łucję i nie umiałam tego ukryć. Maria roześmiała się z nutką pobłażania.
- Mówisz... dwudziesty drugi... - Zamyśliła się i spoważniała. - Pamiętam dzień, kiedy ją urodziłaś...
- Dobrze, że nie znasz minuty zapłodnienia. Przynajmniej to umknęło twojej uwagi. Uczestniczysz w moim macierzyństwie z małpią, zoologiczną przesadą - dodałam mściwie, ciekawa, jak Maria zniesie aluzję do zoologii. Zniosła. Mahler w niej bębnił i patrzyła na mnie wzrokiem osoby gotowej w każdej chwili ruszyć za moją córką na spelunę bliżej nie znanego nam Maćka.
- Nic dziwnego, że Łucja zachowuje się co najmniej dziwnie - westchnęłam, wciąż szukając zaczepki. - Zwyczajne dzieci mają ojca i jedną matkę... Tymczasem Łucja ma dwie, w tym jedną biologiczną, a drugą, co tu dużo mówić, stukniętą...
W Marii wreszcie ucichły klawisze i smyczki. Osiągnęłam swoje.
- Chociaż robisz wszystko, aby reprezentowała smutną przeciętność - mówiła z zajadłą ironią - i zdaje się, że to szczyt twoich rodzicielskich marzeń.
Maria musiała oszaleć. Tak pomyślałam. Przychodzi do mnie w sytuacji, gdy potrzebuję jej wsparcia. Zna powód mojej cholernej i niewysłowionej męki. Wie, że nigdy nie zaakceptuję Maćka z jego ćpaniem, pochodzeniem i brudną przeszłością. Z jego paskudnym otoczeniem, butą i tym cholernym przekonaniem, że należymy do różnych światów, a ten jego jest lepszy... Nigdy to, co jego, nie będzie ani moje, ani Łucji. Doskonale o tym wiem! I próbuję to Marii powiedzieć. Moją twarz wykrzywia paroksyzm nienawiści. Zupełnie nad tym nie panuję. W dodatku nie wiem, co bardziej mnie przeraża. Czy to, że do ostateczności nie znoszę człowieka, z którym sypia moja córka, czy może to, że Maria widzi ten obrzydliwy węzeł zmarszczek, tę całą brzydotę niechcenia kogoś, która przylega mi do policzków i szyi. Dusi i sprawia, że za chwilę zacznę się siebie wstydzić.
- W niczym ci nie pomogę - nagle decyduje Maria. Zabiera swój kolorowy beret. Cieszę się po cichutku, że wygląda w nim jak idiotka. I tyle mojego.
Znowu zostałam sama. Zostawanie we własnym towarzystwie było chyba moją specjalnością. Kiedyś, gdy żył Marek, nasze mieszkanie mogło pełnić funkcję kościoła wszystkich wyznań. Czekałam w kolejce na możliwość skorzystania z własnej łazienki. Marek miał dar przyciągania inteligentów, doskonale radzących sobie z naszym winem i skromnymi zapasami w lodówce, w zamian za wielogodzinne dywagacje na temat naszego wspólnego udziału w kształtowaniu dziejów wszechświata. Ja kształtowałam dzieje, wymieniając puste butelki na pełne i robiąc idiotyczne maleńkie kanapki. Marek słuchał, pykając fajeczkę. I tak słowo po słowie zmienialiśmy świat i naszą wieczorną rzeczywistość.
Potem zachorował i wraz z nim zaczęły ulatywać małe koleżeństwa, wielkie przyjaźnie. Może podobnie jak on były rozczapierzoną chmurą ułudy? Tyle że nie wyfrunęły oknem, ale najnormalniej w świecie wyszły drzwiami, aby nigdy do mnie nie wrócić. Tak samo bez uprzedzenia, bez choćby grzecznościowego "przepraszam" opuszczali mnie pacjenci z wewnętrznego. Albo w asyście rodziny wynosili się do domu, albo, najchętniej w nocy, opuszczali po cichutku swoje schorowane ciała i dołączali do mojego Marka, gdzieś poza sferę wszelkich oczekiwań czy nadziei. I wcale nie była to wyłącznie ich sprawa. Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że porzuca się nagle ciało i mnie. Odchodzi na wieczne cześć. A tu, na oddziale, pozostaje co najwyżej ich piżama, nie uregulowany rachunek za leczenie, czasami tranzystor i moje wątpliwości, czy zrobiłam wszystko, aby ich zatrzymać, przekonać, że na śmierć zawsze jest czas i niech to będzie czas przyszły.
Na Łucji odejście też jest jakiś czas, ustalony jeszcze przed jej urodzeniem. I nie sprzeciwiałabym się temu, co Natasza nazywała koleją rzeczy. Koleją, ale nie wykolejeniem. Tak teraz myślę, chrupiąc chipsy, które przyniosła Maria. Zawsze coś po sobie zostawia. Najczęściej pełne niedowierzania spojrzenia, swoje szalone czapeczki i tuczące chipsy.
Nie martwi mnie to. W takiej paczce chipsów zdarzają się nagrody. Tak jak w życiu. Jestem pewna, że jeszcze kiedyś wygram jakiś gadżet. Koszulkę trykotową, czapkę, walkmana. A może jeszcze raz uda mi się wygrać Łucję? Przecież w każdej chwili może tu wejść. Przyznać się, że popełniła błąd. W końcu ma prawo go popełnić. Nie jest lekarzem jak ja.
Wyobraziłam sobie Łucję gramolącą się po ściankach paczki z chipsami. Poczułam przypływ macierzyńskiej wiary w jej powrót i nastąpił ten jeden z nadzwyczajnych momentów, kiedy nawet najbrzydszy beret twojej przyjaciółki zaczyna ci się podobać. Lubię być w porządku. Szkoda tylko, że ani Łucja, ani Maria nie chcą tego zauważyć.
3
- Twoja matka znienawidzi mnie jeszcze bardziej.
- To raczej niemożliwe.
Łucja łagodnie przeciągnęła się i spojrzała na zegarek. Nosiła go od lat. Z dziecinnym pajączkiem na tarczy, ślamazarnie pokonującym kolejne minuty i godziny. Lubił ten jej zegarek. Rozbrajał go. Łucja z takim zegarkiem wcale nie musiała być tą samą dziewczyną z wolontariatu, która przed dwoma laty wyciągała go z szamba. Tamta Łucja - nie odstępująca go na krok podczas terapii - była silna, stanowcza, a nawet agresywna. Nazwałby ją nachalną, wredną suką, gdyby nie to, że zaczęli być razem. A ta, z zegarkiem, jest całkiem inna. Prywatna mała dziewczynka, która od kilku tygodni budzi się w jego ramionach i słodko przeciąga. Sypia w króciutkich trykotowych koszulkach, które zawsze reklamują coś miłego. Ostatnio batoniki Milano. Jak patrzy na Łucję, na jej piersi ozdobione smakowitymi batonikami, ma na nią apetyt. Mógłby ją jeść w nieskończoność. Dobrze, że nikt Łucji nie proponuje reklamowania marychy. Wtedy żarłby tę cytatą marychę jak oszalały. Niestety, obiecał Łucji, że już nigdy tego nie zrobi. Koniec wszelkiego ćpania. Taki jest układ. Pierwszy zawarty z kimś, kto nie jest dealerem. Miło być człowiekiem honoru, ale bez przesady. Jej się wydaje, że ma go na własność. A prawda jest taka, że na własność ma się tylko siebie. I swoje pragnienia. Jak będzie miał inne pragnienie niż batoniki Milano, też po nie sięgnie, bo najważniejsza jest wolność. I każdy, kto był wolny, doskonale to wie.
Łucja ma łatwiej. Bez problemu staje się małą dziewczynką, gdy tylko skończy swój darmowy etat w grzebaniu po ludzkich śmietnikach. Wraca do niego, wskakuje w swoją koszulkę i to jedyna zmiana, jaka w niej zachodzi, żeby być prywatną małą dziewczynką. Teraz patrzy na niego spod przymkniętych powiek. Ma gładkie czoło. Żadna z jego sióstr nie miała tak gładkiego czoła. No, może najmniejsza, Basia, ale teraz Basia nie wygląda na najmniejszą. Zresztą trudno ocenić, jaka jest, bo Basie wcięło i nikt nie wie, co się z nią dzieje. Pół roku temu poszła na krawieckie lekcje do tej swojej zawodówki i zaraz skroiła numer. Już nie wróciła do chaty. Bo też jaka to chata, dwa pokoje bez kibla. Większa siara niż więzienie. Ktoś ją ponoć widział w agencji, ale to nic pewnego. Bo jak taka mała znika, to następnego dnia wszyscy ją widzieli w burdelach, poprawczakach albo w tirach, a niektórzy przy szosie. Ludzie zawsze widzą więcej od nas samych. On raczej broniłby Basi, bo chociaż trochę narwana, to jednak zawsze miała swój dziecięcy honor. Trzeba uczciwie powiedzieć, że i tak długo wytrzymała z matką. Może za długo, więc wzięła sobie wolne i kombinuje na własną rękę. Jej ręka. Jej prawo. Co innego, że źle się stało. Bardzo niedobrze. Małe dziewczynki są zazwyczaj głupie i dlatego niedobrze, że znikają.
Co do Basi Łucja go trochę uspokaja. Mówi, że teraz on jest najważniejszy... Gdyby to chłopaki słyszały! Przecież nigdy nie był ważny. Nawet dla samego siebie. A jeśli się ma o sobie nie najlepsze zdanie, to pożegnaj się raz na zawsze z szacunkiem innych. Sam siebie nie cenisz, na drugich nie licz. Kiedyś był dość ważny dla matki, ale to dawne czasy, a teraz jeszcze za wcześnie, żeby do tego wracać. Tak mówi Łucja, gdy jest tą niby dużą dziewczyną, gdy zamienia się w panią nauczycielkę od "można" i "nie można". Na szczęście pani nauczycielka, która jest w Łucji, ma wychodne. I Łucja nic takiego nie mówi. Tylko patrzy spod przymkniętych powiek. Jak w ten sposób patrzy, to warto zaryzykować i spóźnić się na próbę zespołu. Ostatecznie bez niego grać nie zaczną. A Łucja może bez niego w każdej chwili wstać. Włożyć cierpliwie czekające na nią dżinsy i polecieć na wolontariat. I znowu będzie na nią czekał cały wiek. A jak się, nie daj Boże, wkurwi, może na nią czekać w tym samym wstrętnym miejscu, gdzie go znalazła. Wszystko jest możliwe, jak się nie ma jeszcze w sobie całej stanowczości. Bo, dajmy na to, ona wraca ze swoich wykładów o dobroci i miłości do człowieka, a on siedzi po uszy w starym błocie. W pełnej fekaliów i rzygowin rzece, która przeleje się przez całą Polskę, zanim nadejdzie następna silna i nachalna dziewczyna. Taka, co miałaby ochotę pochylić się nad tą rzeką i dostrzec w niej zatrutą rybę. Pływający szkielet. Człowieka z utopioną duszą. I nawet, gdyby znowu ktoś przystanął na czystym brzegu, to wątpliwe, aby tym kimś była Łucja. Tak się przecież mówi, że nie ma wstępu do tej samej rzeki. Bo wstyd czy coś takiego. W każdym razie on, Maciek, spróbuje tę rzekę omijać wielkim łukiem. I wtedy jest niemal pewne, że Łucja będzie sobie dalej siedziała na jego materacu. Chciałby tego. Chociaż na krótką chwilę, daną mu z łaskawości pająka, spokojnie spacerującego po Łucji zegarku.
- Chyba lubię, jak się kochamy - szepce Łucja.
Niepotrzebnie mówi to "chyba". Głupie słowo, bo niepewne, trzymające w szachu. W jej oczach panuje porządek i spokój. Oczy wzorowej uczennicy. Prymusek to on nie znosił do bólu, ale dla Łucji zrobił wyjątek. W niej jest dużo rzeczy do pozazdroszczenia. W szczególności właśnie spokój. Ma go w nadmiarze. Mogłaby trochę oddać swojej matce. Bo matka Łucji nie jest spokojna, choć małomówna. Zachowuje się tak jak pewna kelnerka z baru "Fernando". Chamsko milczy. Jak milczy, to człowiekowi odechciewa się żyć. Milczenie jako kara śmierci. Milczenie jako grom z jasnego nieba. Milczenie jako topór. Tak można o nich obu powiedzieć. O matce, znaczy się, i o kelnerce. Za to milczenie Łucji jest drżące. Skomponował nawet taki utwór, Milcząc, kochamy. I to dla niej, dla Łucji go napisał. A teraz go wykonuje. Cierpliwie. Nuta po nucie. I Łucja śpiewa razem z nim, wtóruje mu głośnym oddechem. I te dźwięki są tak ciche, tak namacalne, jakby pieścił wszystkie najpiękniejsze instrumenty świata, nie dotykając ich strun i klawiszy. Nie dmuchając w nie i nie szarpiąc. Gładząc tylko ich metalowe lśniące ciała, ich drewniane owale, ich plastikowe klawiatury. Cholera! Jeszcze trochę, a jak nic zostanie poetą. Chłopaki by lały...
Mija dużo miłego milczącego czasu, ale wreszcie i on się kończy.
- Pójdę dzisiaj do mamy - mówi Łucja, wciągając sweter. I jest już gotowa do wymarszu na inny brzeg. A nawet nad inną rzekę, bo Łucja pochodzi z innego brzegu, co do tego nikt nie może mieć wątpliwości. Tylko czy ktoś powiedział, że z lepszego? Gdyby naprawdę z lepszego, to czy przyszłaby do niego ze swoim plecakiem, miesiączkami i gumkami do warkoczyków? Kolorowe te gumki, a każda inna. Łucja przeczesuje włosy i bierze jedną. Robi fryzurę, która się tak idiotycznie nazywa. Koński ogon. A dlaczego nie, na przykład, szczurzy? Zwłaszcza że Łucja nie ma za dużo tych włosów w ogonie. Widać, jej matka lubi, kiedy tak jest uczesana.
Chciałby mieć swój udział w jej decyzji, ale nie ma. Nie on ją namówił i skłonił. On mógłby co najwyżej próbować zatrzymać Łucję, ale nie robi tego z jednego powodu. Owszem, jest perfidny, ale rozumie, że będzie dobrze, jeśli ona jednak pójdzie do swojej matki. Do tej niedopieszczonej, pełnej pretensji baby, która jakiś czas temu patrzyła na niego i go w ogóle nie widziała. Nienawiść można wybaczyć, ale niewidzącego wzroku - nigdy. Łucja to co innego. Ją ta zimna matka zobaczy. Ale już inną. Bo teraz, czy ona tego chce czy nie, zawsze patrzy na jego Łucję. Na jego małą dziewczynkę, co do której on, Maciek, ma pewne plany. I też już nawet lubi ten koński ogon. A że jest w pewien sposób człowiekiem wybaczającym, więc pozwala Łucji pójść do niej na chwilę, bo już się kiedyś przekonał, że z matkami też różnie bywa. Jak z siostrami. Czasami wydaje się, że są, gotują swoje obrzydliwe obiady, kłócą się i żrą ze światem jak złośliwe suki. Albo mają w oczach niebo i modlitwę. A tak naprawdę wcale ich nie ma. I nie wiadomo, dokąd i kiedy odeszły.