W godzinie próby (#6) - Jeffrey Archer

-
Proszę czekać

4

Kiedy Harry zredagował czwartą wersję niezwykłych wspomnień Anatolija Babakowa o stalinowskiej Rosji, chciał jak najszybciej wsiąść w pierwszy samolot odlatujący do Nowego Jorku i wręczyć rękopis Wujaszka Soso swojemu wydawcy, Haroldowi Guinzburgowi. Ale było coś ważniejszego, co powstrzymywało go przed wyjazdem. Wydarzenie, którego nie mógł opuścić w żadnym wypadku. Uroczystość siedemdziesiątych urodzin jego matki.

Maisie mieszkała w domku na terenie posiadłości Manor House od czasu śmierci drugiego męża przed trzema laty. Aktywnie udzielała się w kilku lokalnych organizacjach charytatywnych i chociaż rzadko kiedy opuszczała codzienną trzymilową przechadzkę dla zdrowia, to teraz zajmowała jej ponad godzinę. Harry nigdy nie zapomni o osobistych poświęceniach, na jakie zdobyła się matka, żeby mógł dostać stypendium chórzysty w Szkole Świętego Bedy, a wraz z nim szansę rywalizacji z każdym, niezależnie od pochodzenia, w tym ze swoim najstarszym przyjacielem Gilesem Barringtonem.

Harry i Giles pierwszy raz spotkali się u Świętego Bedy ponad czterdzieści lat wcześniej i nic nie wskazywało na to, że zostaną najlepszymi przyjaciółmi. Pierwszy przyszedł na świat w uliczce portowej, drugi na prywatnym oddziale Królewskiego Szpitala Bristolskiego. Pierwszy stypendysta, drugi sportowiec. Jeden nieśmiały, drugi ekstrawertyk. A już z pewnością nikt nie mógłby przewidzieć, że Harry zakocha się w siostrze Gilesa, oprócz samej Emmy, która twierdziła, że zaplanowała wszystko od pierwszego spotkania na przyjęciu urodzinowym Gilesa.

Harry zapamiętał z tej okazji tylko małą chudzinę - określenie Gilesa - siedzącą przy oknie z opuszczoną głową i czytającą książkę. Zapamiętał książkę, ale nie dziewczynkę.

Harry spotkał całkiem inną młodą kobietę siedem lat później, kiedy jego szkoła wspólnie z Red Maids' wystawiła Romea i Julię. To matka Emmy, Elizabeth Barrington, spostrzegła, że młodzi trzymają się za ręce po zejściu ze sceny.

Kiedy kurtyna opadła po ostatnim spektaklu, Harry przyznał się matce, że pokochał Emmę i chce ją poślubić. Zaszokowało go, że Maisie nie wydawała się zachwycona taką perspektywą. Ojciec Emmy, sir Hugo Barrington, nie próbował ukryć swoich uczuć, chociaż jego żona nie mogła wytłumaczyć, dlaczego tak gwałtownie się sprzeciwia wszelkim napomknieniom o tym małżeństwie. Przecież nie jest chyba takim snobem? Jednak wbrew wątpliwościom obojga rodziców Harry i Emma zaręczyli się, zanim rozpoczęli studia w Oksfordzie. Oboje dziewiczy, spali ze sobą dopiero kilka tygodni przed ślubem.

Ślub zakończył się jednak łzami, ponieważ kiedy kapłan kolegium uniwersyteckiego powiedział: "Jeżeli ktokolwiek może przedstawić słuszny powód, dlaczego nie mogą zostać połączeni w oczach prawa, niechaj teraz przemówi albo zachowa milczenie do końca swych dni". Old Jack, mentor i przyjaciel Harry'ego, nie zachował milczenia i powiedział zgromadzonym, dlaczego się obawia, że zna taki powód.

Kiedy Harry dowiedział się prawdy, kim może być jego ojciec, był tak zrozpaczony, że natychmiast opuścił Oksford i zaciągnął się do floty handlowej, nie wiedząc, że Emma jest w ciąży ani że gdy płynął przez Atlantyk, Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom.

I dopiero kiedy został zwolniony z więzienia, wstąpił do sił lądowych Stanów Zjednoczonych i wyleciał w powietrze na niemieckiej minie ziemnej, w końcu wrócił do Anglii i połączył się z Emmą, dowiadując się, że ma trzyletniego syna o imieniu Sebastian. Ale upłynęły jeszcze dwa lata, zanim najwyższy sąd w kraju zdecydował, że sir Hugo Barrington nie był ojcem Harry'ego, ale mimo tego orzeczenia oboje z Emmą mieli świadomość, że w jeszcze wyższym sądzie zawsze będzie istniała wątpliwość co do legalności ich małżeństwa.

Harry i Emma gorąco pragnęli mieć drugie dziecko, ale uzgodnili, że nie powiedzą Sebastianowi, dlaczego się nie zdecydowali na nie. Harry nigdy, nawet przez chwilę, nie obwiniał swojej ukochanej matki. Nie trzeba było specjalnie się starać, aby się dowiedzieć, że Maisie nie była pierwszą robotnicą uwiedzioną przez Hugona Barringtona na dorocznej wycieczce pracowniczej do Weston-super-Mare.

Kiedy sir Hugo w tragicznych okolicznościach odszedł z tego świata, Giles odziedziczył tytuł i majątek i w końcu został przywrócony naturalny porządek rzeczy. Jednak podczas gdy Harry pozostawał w szczęśliwym małżeństwie z Emmą, Giles dwukrotnie się rozwodził i jego kariera polityczna legła w gruzach.

Emma przez ostatnie trzy miesiące przygotowywała się do "wielkiej uroczystości" i nic nie zostało pozostawione przypadkowi. Harry musiał nawet wystąpić z próbą generalną i wygłosić swoją mowę w sypialni w wieczór poprzedzający to wydarzenie.

Trzystu gości w strojach wieczorowych przybyło do Manor House na kolację dla uczczenia siedemdziesiątych urodzin Maisie, a gdy wkroczyła do sali wsparta na ramieniu Harry'ego, nietrudno było uwierzyć, że musiała być kiedyś wielką pięknością. Harry usiadł przy niej, promieniejąc dumą, chociaż coraz bardziej się denerwował, gdy zbliżał się moment wzniesienia toastu za zdrowie matki. Nie peszyło go wystąpienie przed tłumnym audytorium, tylko przed matką.

Zaczął od przypomnienia gościom olbrzymich dokonań matki osiągniętych wbrew wszelkim przeciwnościom. Od kelnerowania w herbaciarni panny Tilly awansowała na szefową miejskiego Grand Hotelu - i była pierwszą kobietą na tym stanowisku. Kiedy niechętnie odeszła na emeryturę w wieku sześćdziesięciu lat, zapisała się jako student senior na Uniwersytet Bristolski, gdzie studiowała anglistykę i trzy lata później otrzymała dyplom z wyróżnieniem - czego nie osiągnęli Harry, Emma ani Sebastian, każde z innych powodów.

Kiedy Maisie wstała, żeby odpowiedzieć, cała sala wstała wraz z nią. Zaczęła mówić jak wytrawny zawodowiec, z pamięci, pewnym głosem.

- Matki zawsze uważają, że ich synowie są wyjątkowi - rozpoczęła - i ja nie jestem inna. Naturalnie jestem dumna z wielu osiągnięć Harry'ego nie tylko jako pisarza, ale co ważniejsze, jako prezesa angielskiego PEN Clubu i orędownika na rzecz mniej szczęśliwych kolegów w innych krajach. Moim zdaniem jego kampania na rzecz uwolnienia Anatolija Babakowa z syberyjskiego łagru jest o wiele ważniejszym dokonaniem niż trafienie na pierwsze miejsce listy bestsellerów "New York Timesa". Ale najlepsze, co uczynił Harry, to poślubienie Emmy. Za każdym wielkim mężczyzną... - Wybuch śmiechu i oklaski świadczyły o tym, że obecni zgadzają się z Maisie. - Emma jest sama w sobie niezwykłą kobietą. Jest pierwszą kobietą prezesem spółki akcyjnej, a jednak jakoś udaje się jej być przykładną żoną i matką. I oczywiście jest jeszcze mój wnuk, Sebastian, który, jak mi powiedziano, będzie następnym prezesem Banku Anglii. To musi być prawda, bo to Sebastian mi powiedział.

- Wolałbym zostać prezesem Farthings Bank - szepnął Seb ciotce Grace, która siedziała obok niego.

- Wszystko w swoim czasie, drogi chłopcze.

Maisie zakończyła słowami:

- To jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu i cieszę się, że mam tylu przyjaciół.

Harry odczekał, aż umilkną oklaski, po czym wstał i wzniósł toast, życząc Maisie długiego życia i szczęścia. Zgromadzeni goście wznieśli kieliszki i nadal wiwatowali, jakby to był ostatni koncert promenadowy w londyńskim Royal Albert Hall.

- Przykro mi, Seb, że znowu widzę cię samego - powiedziała Grace, kiedy umilkły oklaski i wszyscy usiedli.

Seb nie odpowiedział. Grace ujęła siostrzeńca za rękę.

- Czy nie czas pogodzić się z tym, że Samantha jest zamężna i ma inne życie?

- Chciałbym, żeby to było takie łatwe - rzucił Seb.

- Żałuję, że nie wyszłam za mąż i nie mam dzieci - zwierzyła się Grace - ale nigdy nie powiedziałam tego mojej siostrze. Lecz wiem, że Emma tak bardzo pragnie być babką.

- Już nią jest - szepnął Seb. - I jak ty, nigdy jej tego nie powiedziałem.

Grace otworzyła usta, ale się nie odezwała.

- Sam ma małą dziewczynkę imieniem Jessica - przyznał Seb. - Wystarczyło, że zobaczyłem ją raz, żeby wiedzieć, że to moja córka.

- Teraz zaczynam rozumieć - rzekła Grace. - Czy naprawdę nie ma szans, żebyście się pogodzili z Samanthą?

- Nie wtedy, kiedy jej mąż wciąż żyje.

- Tak mi przykro - powiedziała Grace, ściskając rękę siostrzeńca.

Harry z radością obserwował, jak jego szwagier przyjaźnie gawędzi z Griffem Haskinsem, przedstawicielem Partii Pracy w Bristol Docklands. Może chytry stary wyga jeszcze nakłoni Gilesa, żeby zgłosił swoje nazwisko mimo nikczemnych pomówień majora Fishera. Przecież Giles był w stanie dowieść, że jego list był pełen półprawd i stanowił wyraźną próbę załatwienia starych porachunków.

- Więc w końcu podjąłeś decyzję w sprawie wyborów uzupełniających? - zagadnął Harry, kiedy Giles zostawił Griffa i podszedł do niego.

- Nie mam wielkiego wyboru - rzekł Giles. - Dwa rozwody i flirt z kobietą z Niemiec Wschodnich, która może być nawet szpiegiem Stasi, nie czynią z człowieka idealnego kandydata.

- Ale dziennikarze wydają się przekonani, że niezależnie od tego, kto będzie kandydatem laburzystów, to wygrają przygniatającą większością, skoro rząd torysowski jest tak niepopularny.

- To nie dziennikarze ani nawet nie wyborcy typują kandydatów, tylko grupa mężczyzn i kobiet, którzy tworzą lokalną komisję selekcyjną i mówię ci, Harry, nie ma nic bardziej konserwatywnego niż komisja selekcyjna Partii Pracy.

- Jednak jestem przekonany, że cię poprą, skoro poznali prawdę. Czemu nie zgłosisz swojej kandydatury i nie pozwolisz im zdecydować?

- Bo może się im nie spodobać moja odpowiedź na pytanie, co czuję do Karin.

- To było uprzejme z pani strony zaprosić mnie na tak wspaniałą uroczystość.

- Daj spokój, Hakimie, twoje nazwisko było jednym z pierwszych na liście gości. Nikt nie mógłby zrobić więcej dla Sebastiana i po niemiłych doświadczeniach z Adrianem Sloane'em będę na zawsze twoją dłużniczką, czego jak wiem, twoi rodacy nie traktują lekko.

- Proszę pani, człowiek musi wiedzieć, kto jest jego przyjacielem, jeśli tak długo ogląda się za siebie - powiedział Bishara.

- Proszę, mów mi Emma. I powiedz, Hakimie, co widzisz, kiedy oglądasz się za siebie?

- Nieświętą trójcę, która, jak podejrzewam, chce wstać z martwych i znowu przejąć kontrolę nad Farthings Bank - a może nawet nad spółką Barringtona.

- Ale Mellor i Knowles nie są już w radzie nadzorczej spółki Barringtona, a Sloane stracił reputację w City.

- Prawda, ale to nie przeszkodziło im utworzyć nowej spółki.

- Mellor Travel?

- Nie sądzę, aby zalecała swoim klientom, żeby zarezerwowali sobie wakacje w Linii Żeglugowej Barringtona.

- Poradzimy sobie.

- I przypuszczam, że wiesz, że lady Virginia rozważa sprzedaż swoich udziałów spółki Barringtona. Moi szpiedzy mówią, że brak jej w tej chwili gotówki.

- Naprawdę? Nie chciałabym, żeby te akcje wpadły w niewłaściwe ręce.

- Nie musisz się o to martwić, Emmo. Już poleciłem Sebastianowi je kupować, jak tylko zjawią się na rynku. Bądź pewna, że jeśli komuś przychodzi na myśl znów cię atakować, to Hakim Bishara i jego karawana wielbłądów są do twojej dyspozycji.

- To Deakins, prawda? - spytała Maisie, kiedy chudy mężczyzna z przedwcześnie siwiejącymi włosami podszedł do niej, żeby złożyć wyrazy uszanowania.

- Pochlebia mi, że pani mnie pamięta.

- Jak mogłabym zapomnieć. Przecież Harry nigdy nie przestał mi przypominać: jesteśmy z Deakinsem w jednej klasie, ale on jest o klasę wyżej.

- I miałem rację, mamo - powiedział Harry, podchodząc do nich. - Bo Deakins jest teraz kierownikiem katedry filologii klasycznej w Oksfordzie. I jak ja, tajemniczo zniknął w czasie wojny. Jednak kiedy ja trafiłem do więzienia, on znalazł się w miejscu zwanym Bletchley Park. Ale nigdy nie zdradzi, co się działo za tymi omszałymi murami.

- Ja też w to wątpię - rzekła Maisie, przyjrzawszy się bliżej Deakinsowi.

- Czy widzieliście kiedy obraz "Trzech nas teraz" ? - spytał Giles, podchodząc do Deakinsa.

- Jaka sztuka? - zapytał Harry.

- Wieczór Trzech Króli - rzekł Giles.

- Nieźle, ale która postać wypowiada te słowa i do kogo?

- Błazen do sir Andrzeja Chudogębskiego.

- I do kogo jeszcze?

- Sir Tobiasza Czkawki.

- Imponujące - powiedział Deakins, uśmiechając się do starego przyjaciela - ale żeby zasłużyć na piątkę, który akt i która scena?

Giles umilkł.

- Akt drugi, scena trzecia - powiedział Harry. - Ale czy zauważyliście błąd w jednym słowie?

- "Czy nie widzieliście jeszcze obrazu Trzech nas teraz?" - powiedziała Maisie.

Na to umilkli wszyscy trzej, gdy po chwili podeszła do nich Emma.

- Przestańcie się popisywać i udzielajcie się. To nie jest zjazd koleżeński.

- Ona zawsze była trochę apodyktyczna - rzekł Giles, kiedy starzy kumple szkolni się rozeszli i zaczęli rozmawiać z innymi gośćmi.

- Kiedy kobieta ma cechy przywódcze - powiedziała Maisie - to natychmiast przykleja się jej etykietkę apodyktycznej, ale kiedy mężczyzna odznacza się tym samym, to mówi się o nim, że to człowiek zdecydowany i urodzony przywódca.

- Zawsze tak było - zauważyła Emma. - Może powinnyśmy coś z tym zrobić.

- Ty już z tym coś zrobiłaś, moja droga.

Kiedy wyszedł ostatni gość, Harry i Emma odprowadzili Maisie do jej domku.

- Dziękuję wam za drugi najszczęśliwszy dzień w moim życiu - powiedziała Maisie.

- Mamo, w swojej mowie powiedziałaś, że to był najszczęśliwszy dzień w twoim życiu - przypomniał jej Harry.

- Nie, nawet nie w przybliżeniu - odparła Maisie. - To zawsze będzie ten dzień, kiedy się dowiedziałam, że żyjesz.

1

Sędziowie przysięgli wyszli.

Sędzia poprosiła siedmiu mężczyzn i pięć kobiet, żeby po raz ostatni spróbowali osiągnąć werdykt. Poleciła im wrócić następnego dnia rano. Zaczęła myśleć, że najprawdopodobniej ława przysięgłych nie będzie zdolna do podjęcia decyzji. Z chwilą, gdy wstała, adwokatura w sali sądowej podniosła się z miejsc i złożyła ukłon. Sędzia odwzajemniła ukłon, ale dopiero kiedy opuściła salę sądową, podniósł się gwar głosów.

- Czy zechce pani pójść ze mną do mojej kancelarii - zapytał Donald Trelford - żebyśmy porozmawiali o liście majora Fishera i zdecydowali, czy powinien zostać ogłoszony publicznie?

Emma skinęła głową.

- Chciałabym, żeby dołączyli do nas mój mąż i brat, jeśli to możliwe, bo wiem, że Sebastian musi wracać do pracy.

- Oczywiście - powiedział Trelford, który zebrał swoje papiery i już bez dalszych słów wyprowadził ich z sali sądowej, a potem powiódł szerokimi marmurowymi schodami na parter.

Gdy wyszli na Strand, wataha wrzaskliwych dziennikarzy z aparatami fotograficznymi otoczyła ich i deptała im po piętach, kiedy wolno podążali do kancelarii radcy królewskiego.

Zostali w końcu sami, gdy dotarli na teren Lincoln's Inn, antyczny plac pełen schludnych domów miejskich, które były w istocie siedzibami kancelarii adwokatów i ich personelu. Pan Trelford poprowadził swoją świtę skrzypiącymi schodami na najwyższe piętro budynku numer 11, mijając rzędy nazwisk wypisanych starannie czarnymi literami na tle śnieżnobiałych ścian.

Gdy Emma weszła do biura pana Trelforda, zdziwiła się, że jest takie małe, ale w Lincoln's Inn nie ma dużych biur, nawet dla zwierzchnika kancelarii.

Kiedy wszyscy usiedli, pan Trelford spojrzał na kobietę naprzeciwko. Pani Clifton wydawała się spokojna i opanowana, a nawet pełna stoicyzmu, co się rzadko zdarzało w wypadku osób, które mogły ponieść porażkę i doznać upokorzenia, chyba że... Trelford otworzył zamek w górnej szufladzie, wyjął teczkę i podał kopie listu majora Fishera panu i pani Clifton oraz sir Gilesowi Barringtonowi. Oryginał był zamknięty w sejfie, chociaż Trelford nie miał wątpliwości, że lady Virginia jakimś sposobem zdobyła tę kopię listu, którą miał w sądzie.

Gdy wszyscy przeczytali list napisany ręcznie na papierze Izby Gmin, Trelford powiedział zdecydowanym tonem:

- Jestem przekonany, że możemy wygrać sprawę, jeżeli pozwoli mi pani zaprezentować w sądzie ten list jako dowód.

- To wykluczone - odparła Emma, oddając kopię Trelfordowi. - Nigdy na to nie pozwolę - dodała z godnością kobiety, która wie, że ta decyzja może nie tylko ją zniszczyć, ale również oddać zwycięstwo jej przeciwniczce.

- Czy pozwoli pani przynajmniej wyrazić opinię mężowi i sir Gilesowi?

Giles nie czekał na przyzwolenie Emmy.

- Oczywiście, że przysięgli muszą to zobaczyć, bo wtedy jednomyślnie wypowiedzą się za tobą i, co więcej, Virginia nigdy nie będzie mogła pokazać twarzy publicznie.

- Możliwe - powiedziała Emma spokojnie - ale jednocześnie ty będziesz musiał wycofać swoją kandydaturę w wyborach uzupełniających, a tym razem premier nie zaproponuje ci jako rekompensaty miejsca w Izbie Lordów. I możesz być pewien jednego - dodała. - Virginia uzna zniszczenie twojej kariery politycznej za o wiele większą gratkę niż pokonanie mnie. Nie, panie Trelford - ciągnęła, nie patrząc na brata - ten list zostanie rodzinną tajemnicą i wszyscy będziemy musieli się pogodzić z konsekwencjami.

- Jesteś uparta jak osioł, siostrzyczko - powiedział Giles, obracając się do niej. - Może ja nie chcę spędzić reszty życia z poczuciem odpowiedzialności za twój przegrany proces i konieczność ustąpienia z funkcji prezeski spółki Barringtona? I nie zapominaj, że będziesz też musiała opłacić Virginii koszty sprawy, nie mówiąc rekompensacie, jaką jej przyznają przysięgli.

- To cena, jaką warto zapłacić - powiedziała Emma.

- Uparta jak osioł - powtórzył Giles dużo głośniej. - I założę się, że Harry się ze mną zgadza.

Wszyscy zwrócili się ku Harry'emu, który nie potrzebował czytać listu drugi raz, bo mógł go powtórzyć słowo w słowo. Jednak był rozdarty, gdyż pragnął poprzeć swojego najstarszego przyjaciela i zarazem nie chciał, żeby żona przegrała proces o zniesławienie. Sytuacja, którą John Buchan kiedyś określił jako między młotem a kowadłem.

- Nie do mnie należy decyzja - powiedział Harry. - Ale gdyby to moja przyszłość wisiała na włosku, to chciałbym, żeby list Fishera został odczytany w sądzie.

- Dwa do jednego - podsumował Giles.

- Moja przyszłość nie wisi na włosku - odezwała się Emma. - I masz rację, kochanie, to jest moja decyzja.

Na tym skończywszy, wstała, uścisnęła rękę adwokatowi i powiedziała:

- Dziękuję panu. Zobaczymy się w sądzie jutro, kiedy przysięgli zdecydują o naszym losie.

Trelford się ukłonił i poczekał, aż zamkną się za nimi drzwi, po czym mruknął pod nosem:

- Powinna nosić imię Porcja.

- Jak to pani zdobyła? - zagadnął sir Edward.

Virginia uśmiechnęła się. Sir Edward ją nauczył, że jeśli w trakcie przesłuchania odpowiedź nie pomoże jej sprawie, nie powinna nic mówić.

Sir Edward nie uśmiechnął się.

- Gdyby sędzia pozwoliła panu Trelfordowi przedstawić to jako dowód - powiedział, wymachując listem - to nie byłbym już pewien, że wygramy sprawę. W gruncie rzeczy jestem pewien, że byśmy przegrali.

- Pani Clifton nigdy nie pozwoli, żeby to przedstawić jako dowód - orzekła Virginia z przekonaniem.

- Skąd jest pani taka pewna?

- Jej brat zamierza walczyć w wyborach uzupełniających w Bristol Docklands, które ogłoszono w rezultacie śmierci majora Fishera. Gdyby ten list został upubliczniony, on musiałby się wycofać. To by zakończyło jego karierę polityczną.

Od prawników się oczekuje, żeby mieli opinię o wszystkim z wyjątkiem swoich klientów. Nie w tym przypadku. Sir Edward dobrze wiedział, jak ocenia lady Virginię, i to nie nadawało się do powtórzenia w sądzie ani poza sądem.

- Jeżeli ma pani rację, lady Virginio - powiedział stary radca królewski - i oni nie zaprezentują tego listu jako dowodu, przysięgli uznają, że to dlatego, że nie pomógłby sprawie pani Clifton. To niewątpliwie przeważy szalę na pani korzyść.

Virginia podarła list i wrzuciła małe kawałeczki do kosza na śmieci.

- Zgadzam się z panem, sir Edwardzie.

Desmond Mellor znów wynajął małą salę konferencyjną w niemodnym hotelu, gdzie nikt ich nie rozpozna.

- Prawie pewne, że lady Virginia wygra ten wyścig - powiedział Mellor, który zajął miejsce u szczytu stołu. - Zdaje się, że Alex Fisher w końcu zrobił coś pożytecznego.

- On nie mógł wybrać lepszego momentu - rzekł Adrian Sloane. - Ale my i tak będziemy musieli mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, jeśli przejęcie Linii Żeglugowej Barringtona ma się odbyć gładko.

- Jak najbardziej się zgadzam - powiedział Mellor - i dlatego już przygotowałem oświadczenie dla prasy, które powinniście opublikować zaraz po ogłoszeniu werdyktu.

- Ale wszystko może się zmienić, jeżeli pani Clifton pozwoli, aby list Fishera został odczytany w sądzie.

- Mogę cię zapewnić - rzekł Mellor - że ten list nigdy nie ujrzy światła dziennego.

- Ty wiesz, co jest w tym liście, prawda? - spytał Jim Knowles.

- Powiedzmy, że jestem pewien, że pani Clifton nie zechce, aby przysięgli mogli go zobaczyć. Co ich tylko przekona, że nasza ukochana prezeska ma coś do ukrycia. Wtedy na pewno wypowiedzą się na korzyść lady Virginii i to będzie koniec sprawy.

- Ponieważ prawdopodobnie uzgodnią werdykt o jakiejś porze jutro - powiedział Knowles - to zwołałem nadzwyczajne posiedzenie rady nadzorczej w poniedziałek o dziesiątej rano. Będą tylko dwa punkty porządku dziennego. Pierwszy to zgoda na rezygnację pani Clifton, a potem powołanie Desmonda na prezesa nowej spółki.

- A moją pierwszą decyzją jako prezesa będzie mianowanie ciebie moim zastępcą.

Sloane zmarszczył brwi.

- Potem poproszę Adriana, żeby dołączył do rady, co sprawi, że zarówno City, jak udziałowcy nie będą wątpić, że spółka Barringtona ma nowe kierownictwo.

- Kiedy inni członkowie rady nadzorczej to przeczytają - powiedział Knowles, wymachując oświadczeniem prasowym, jakby to był porządek dzienny - admirał i jego kompani rychło uznają, że nie mają wyboru i muszą zrezygnować.

- Co niechętnie zaakceptuję - rzekł Mellor i dodał: - Z ciężkim sercem.

- Nie jestem przekonany, że Sebastian Clifton tak łatwo dostosuje się do naszego planu - powiedział Sloane. - Jeżeli zdecyduje się pozostać w radzie, to przejęcie spółki może nie okazać się tak łatwe, jak sądzisz, Desmondzie.

- Nie wyobrażam sobie, żeby Clifton chciał być członkiem rady nadzorczej Linii Żeglugowej Mellora po tym, jak jego matka zostanie publicznie upokorzona przez lady Virginię, nie tylko w sądzie, ale i na łamach każdej krajowej gazety.

- Ty musisz wiedzieć, co jest w tym liście - powtórzył Knowles.

* * *

Giles nie usiłował zmienić decyzji swojej siostry, bo wiedział, że byłoby to bezcelowe.

Jedną z wielu cech Emmy była bezwzględna lojalność wobec rodziny, przyjaciół i spraw, w jakie wierzyła. Ale drugą stroną tej monety był upór, który czasem sprawiał, że jej uczucia osobiste przeważały nad rozsądkiem, nawet gdyby miało to doprowadzić do przegrania procesu o zniesławienie i do rezygnacji z funkcji prezeski Linii Żeglugowej Barringtona. Giles to wiedział, gdyż on potrafił być tak samo uparty. To musi być cecha rodzinna, uznał. Harry, z drugiej strony, był o wiele bardziej pragmatyczny. On by rozważał możliwości i zastanawiał się nad wyborem na długo przed podjęciem decyzji. Jednak Giles podejrzewał, że Harry jest rozdarty między pragnieniem poparcia żony i chęcią zachowania lojalności wobec najstarszego przyjaciela.

Kiedy wszyscy troje wyszli z Lincoln's Inn Fields, zapalano pierwsze gazowe latarnie.

- Spotkamy się w domu na obiedzie - powiedział Giles. - Mam kilka spraw do załatwienia. Przy okazji, dziękuję ci, siostrzyczko.

Harry zatrzymał taksówkę i wraz z Emmą wsiadł do środka. Giles nie poruszył się, dopóki taksówka nie skręciła za róg i nie zniknęła mu z oczu. Wtedy podążył żwawo w stronę Fleet Street.

5

Harry zawsze chętnie odwiedzał swojego nowojorskiego wydawcę, ale ciekaw był, czy nic się nie zmieniło, skoro Aaron Guinzburg zastąpił ojca na stanowisku prezesa.

Harry pojechał windą na siódme piętro i gdy drzwi się rozsunęły, ujrzał Kirsty, anielsko cierpliwą dawną sekretarkę Harolda, która na niego czekała. Przynajmniej to się nie zmieniło. Kirsty poprowadziła go szybko korytarzem do biura prezesa. Delikatnie zapukała do drzwi, po czym je otworzyła, wpuszczając Harry'ego do innego świata.

Aaron, podobnie jak przedtem jego ojciec, uważał, że było pomyłką Pana Boga, że on się urodził po drugiej stronie Atlantyku. Miał na sobie dwurzędowy garnitur w prążki, prawdopodobnie uszyty na Savile Row, białą koszulę z wykrochmalonym kołnierzykiem i krawat w barwach Yale. Można było wybaczyć Harry'emu myśl, że Aaron jest klonem ojca. Wydawca poderwał się zza biurka, żeby się przywitać z ulubionym autorem.

W ciągu lat obaj bardzo się zaprzyjaźnili i gdy Harry usiadł w starym skórzanym fotelu po drugiej stronie wielkiego biurka wydawcy, przez kilka chwil przyglądał się znajomemu otoczeniu. Na ścianach wykładanych dębową boazerią wciąż widniały fotografie w kolorze sepii - Hemingwaya, Faulknera, Buchana, Fitzgeralda, Greene'a, z ostatnio dodaną - Saula Bellowa. Harry był ciekaw, czy kiedyś do nich dołączy. Sprzedaż jego książek już przekroczyła sprzedaż dzieł większości autorów na ścianie, ale Guinzburgowie nie mierzyli sukcesu samą wysokością sprzedaży.

- Gratuluję, Harry. - Ten sam serdeczny, szczery głos. - Ponownie numer jeden. William Warwick z każdą książką zyskuje coraz większą popularność, a odkąd przeczytałem sensacyjne słowa Babakowa, że Chruszczow brał udział w zabiciu Stalina, nie mogę się doczekać, kiedy wydam Wujaszka Soso. Jestem przekonany, że ta książka również trafi na szczyt list bestsellerów, ale jako literatura faktu.

- To naprawdę zadziwiająca książka - powiedział Harry. - Żałuję, że jej nie napisałem.

- Podejrzewam, że napisałeś sporą jej część - rzekł Aaron - ponieważ poznaję twój styl na prawie każdej stronie.

Spojrzał pytająco na Harry'ego.

- Każde słowo jest Anatolija. Ja jestem tylko jego wiernym skrybą.

- Jeżeli chcesz tak utrzymywać, to nie mam nic przeciwko temu. Jednak twoi najgorliwsi wielbiciele mogą zauważyć twój styl, który uwydatnia się od czasu do czasu.

- Więc obaj musimy mówić jednym głosem, czy nie?

- Skoro tak powiadasz.

- No właśnie.

Aaron skinął potakująco głową.

- Przygotowałem umowę na Wujaszka Soso, którą powinna podpisać pani Babakowa jako przedstawicielka swojego męża. Zamierzam zaoferować jej zaliczkę w wysokości stu tysięcy dolarów przy tantiemach dziesięciu procent.

- Jak myślisz, ile sprzedasz egzemplarzy?

- Milion, może więcej.

- Wobec tego chcę, żeby tantiemy wzrosły do dwunastu i pół procent po sprzedaży pierwszych stu tysięcy egzemplarzy i do piętnastu procent, kiedy sprzedasz ćwierć miliona.

- Nigdy nie dałem tak dobrych warunków finansowych przy pierwszej książce - zaprotestował Aaron.

- To nie jest pierwsza książka, to ostatnia książka, niepowtarzalna, jedna jedyna.

- Zgadzam się na twoje warunki - powiedział Aaron - ale z jednym zastrzeżeniem.

Harry czekał.

- Gdy książka się ukaże, ty się wybierzesz na objazd autorski, bo ludzie będą zafascynowani, kiedy się dowiedzą, jak ci się udało przeszmuglować rękopis ze Związku Radzieckiego.

Harry skinął głową i dwaj mężczyźni wstali i uścisnęli sobie ręce. Jeszcze jedna rzecz, jaką Aaron miał wspólną ze swoim ojcem: uścisk rąk wystarczał na dowód, że umowa została zawarta. W umowie z Guinzburgiem nie było postanowień, które pozwalałyby się wycofać.

- A skoro tu jesteś, to chcę sfinalizować nową umowę na trzy tytuły Williama Warwicka.

- Na tych samych warunkach co umowa Babakowa - powiedział Harry.

- Dlaczego, czy on też będzie je pisał?

Obaj mężczyźni się roześmiali, po czym ponownie wymienili uścisk rąk.

- Kto w Anglii wydaje Wujaszka Soso? - spytał Aaron, siadając.

- Billy Collins. Zawarliśmy umowę w zeszłym tygodniu.

- Na tych samych warunkach?

- Czemu cię to tak interesuje? Pamiętaj, kiedy wrócę do kraju, on zada mi takie samo pytanie.

- I niewątpliwie otrzyma taką samą odpowiedź. Teraz, Harry, nie mogłeś się zjawić w lepszym momencie, bo chcę pomówić z tobą w ścisłej tajemnicy na inny temat.

Harry rozparł się w fotelu.

- Zawsze chciałem, żeby Viking połączył się z odpowiednim wydawnictwem, publikującym książki w miękkiej oprawie, abym nie musiał za każdym razem zawierać oddzielnych umów. Kilka innych firm wybrało już tę drogą, o czym na pewno wiesz.

- Ale jeżeli dobrze pamiętam, twój ojciec zawsze był temu przeciwny. Bał się, że to osłabi jego niezależność.

- On dalej tak uważa. Ale nie jest już prezesem, a ja postanowiłem, że czas pójść do przodu. Niedawno Rex Mulberry z Mulberry House zaproponował mi atrakcyjną umowę.

- "Stary porządek się zmienia, ulegając nowemu".

- Przypomnij mi.

- Tennyson, Śmierć Artura.

- Więc jesteś gotów ulec nowemu?

- Chociaż nie znam Reksa Mulberry'ego, chętnie poprę twoje zdanie - powiedział Harry.

- To dobrze. Wobec tego każę natychmiast przygotować obydwie umowy. Jeżeli zdołasz nakłonić Babakową, żeby podpisała swoją, to twoja będzie gotowa, kiedy wrócisz z Pittsburgha.

- Ona prawdopodobnie nie będzie chciała przyjąć zaliczki ani nawet tantiem, więc muszę jej przypomnieć, co Anatolij powiedział na końcu, zanim wywlekli go z celi: "Dopilnuj, żeby Jelena nie musiała spędzić reszty życia w więzieniu innego rodzaju".

- To powinno zadziałać.

- Możliwe. Ale ja wiem, że ona uważa za swój obowiązek cierpieć ten sam niedostatek co jej mąż.

- Zatem musisz jej wytłumaczyć, że nie będziemy mogli opublikować książki, jeżeli nie podpisze umowy.

- Ona podpisze umowę, ale tylko dlatego, że chce, aby cały świat dowiedział się prawdy o Józefie Stalinie. Nie jestem przekonany, że kiedykolwiek zrealizuje czek.

- Postaraj się podziałać tym swoim nieodpartym wdziękiem. - Aaron podniósł się zza biurka. - Lunch?

- Yale Club?

- Na pewno nie. Papa tam jada każdego dnia, a ja nie chcę, żeby się dowiedział, co planuję.

Harry rzadko czytywał dział handlowy gazety, ale dziś zrobił wyjątek. "New York Times" poświęcił pół strony fuzji Viking Press i Mulberry House. Zamieścił też fotografię Aarona wymieniającego uścisk ręki z Reksem Mulberrym.

Viking będzie właścicielem 34 procent nowej firmy, podczas gdy Mulberry, o wiele większy wydawca, będzie kontrolował 66 procent. Gdy "Times" spytał Aarona, co jego ojciec sądzi o tej umowie, ten po prostu odpowiedział:

- Curtis Mulberry i mój ojciec byli bliskimi przyjaciółmi przez wiele lat. Jestem szczęśliwy, że wchodzę w spółkę z jego synem i oczekuję równie długiej i owocnej współpracy.

- No proszę - powiedział Harry, kiedy kelner w wagonie restauracyjnym nalał mu drugą filiżankę kawy. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że drapacze chmur na Manhattanie robią się coraz mniejsze, w miarę jak pociąg kontynuuje podróż do Pittsburgha.

Harry oparł się wygodnie, zamknął oczy i pogrążył się w myślach o spotkaniu z Jeleną Babakową. Miał nadzieję, że postąpi zgodnie z życzeniem męża. Próbował przypomnieć sobie dokładnie słowa Anatolija.

Aaron Guinzburg wstał wcześnie, podekscytowany na myśl o tym, że to jego pierwszy dzień jako zastępcy prezesa nowej spółki.

- Viking Mulberry - goląc się, powiedział do lustra. To mu dobrze brzmiało.

Jego pierwsze spotkanie było wyznaczone na dwunastą, kiedy Harry zgłosi się po wizycie u pani Babakowej. Aaron zamierzał wydać Wujaszka Soso w kwietniu i cieszył się, że Harry zgodził się na objazd promocyjny. Po lekkim śniadaniu - grzanka i oksfordzki dżem pomarańczowy, jajko gotowane przez trzy i pół minuty oraz filiżanka herbaty Earl Grey - Aaron drugi raz przeczytał artykuł w "New York Timesie". Uznał, że w należyty sposób opisano tam jego porozumienie z Reksem Mulberrym, i był zadowolony, że nowy wspólnik powtarza, co wielokrotnie mówił Aaronowi: "Jestem dumny, że łączę się z wydawnictwem o tak pięknych tradycjach literackich".

Był pogodny, rześki ranek, więc Aaron postanowił pójść do pracy na piechotę i cieszyć się myślą rozpoczęcia życia na nowo. Ciekaw był, ile czasu minie, zanim ojciec przyzna, że podjął słuszną decyzję, jeśli spółka ma być w czołówce wydawnictw. Przeciął drogę i znalazł się w Siódmej Alei, z każdym krokiem coraz szerzej się uśmiechając. Zbliżając się do znajomego budynku, spostrzegł dwóch elegancko ubranych portierów stojących przy wejściu. Jego ojciec nie zaaprobowałby takiego wydatku. Jeden z mężczyzn postąpił krok do przodu i przytknął palce do czapki.

- Dzień dobry, panie Guinzburg.

Aaron był pod wrażeniem, że znali jego nazwisko.

- Mamy polecenie, żeby nie wpuścić pana do budynku.

Aaron oniemiał.

- To musi być jakaś pomyłka - w końcu wybąkał. - Jestem zastępcą prezesa spółki.

- Przykro mi, proszę pana, ale takie jest polecenie - powiedział drugi strażnik i zastąpił mu drogę.

- To musi być pomyłka - powtórzył Aaron.

- Nie ma żadnej pomyłki, proszę pana. Instrukcje są wyraźne. Jeżeli będzie pan próbował wejść do budynku, uniemożliwimy to panu.

Aaron wahał się przez chwilę, po czym się cofnął. Spojrzał na świeżo utworzony napis "Viking Mulberry", po czym spróbował jeszcze raz wejść do budynku, ale żaden ze strażników nie ruszył się z miejsca. Aaron z ociąganiem się odwrócił i zatrzymał taksówkę, podając kierowcy adres domowy. Musi być jakieś proste wytłumaczenie, powtarzał sobie, gdy taksówka jechała w kierunku Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy.

Gdy Aaron znalazł się w swoim mieszkaniu, podjął słuchawkę telefonu i wykręcił numer, który znał na pamięć.

- Dzień dobry, Viking Mulberry, w czym mogę pomóc?

- Z Reksem Mulberrym.

- Kto dzwoni?

- Aaron Guinzburg.

Usłyszał trzask, a po chwili odezwał się inny głos:

- Biuro prezesa.

- Mówi Aaron Guinzburg. Proszę mnie połączyć z Reksem.

- Pan Mulberry jest na spotkaniu.

- Wobec tego proszę go wywołać ze spotkania - powiedział Aaron, w końcu tracąc panowanie nad sobą.

Znowu trzask. Rozłączono go. Wykręcił jeszcze raz ten numer, ale dotarł tylko do centrali. Opadł na najbliższe krzesło i usiłował zebrać myśli. Upłynęło trochę czasu, zanim znów podjął słuchawkę.

- Friedman, Friedman i Yablon - oznajmił głos.

- Tu Aaron Guinzburg. Chcę mówić z Leonardem Friedmanem.

Natychmiast połączono go ze starszym wspólnikiem. Aaron, nie spiesząc się, wytłumaczył, co się wydarzyło, gdy rano zjawił się przed biurem, i jaki był skutek jego dwóch późniejszych telefonów.

- Więc pański ojciec od początku miał rację.

- Co pan chce przez to powiedzieć?

- Przypieczętowanie umowy uściskiem rąk zawsze było wystarczające dla Curtisa Mulberry'ego, ale kiedy ma się do czynienia z jego synem Reksem, trzeba koniecznie przeczytać drobny druk.

- Czy pan sugeruje, że Mulberry ma po swojej stronie rację?

- Na pewno nie - rzekł Friedman. - Tylko rację prawa. Dopóki kontroluje sześćdziesiąt sześć procent udziałów spółki, może dyktować warunki. Ostrzegaliśmy pana wcześniej o konsekwencjach bycia mniejszościowym udziałowcem, ale pan był przekonany, że to nie będzie problem. Choć muszę przyznać, że jestem zaszokowany szybkością, z jaką Mulberry wykorzystał swoją pozycję.

Kiedy Friedman szczegółowo tłumaczył swojemu klientowi odpowiednie ustalenia kontraktu, Aaron żałował, że nie studiował prawa w Harvardzie, tylko historię w Yale.

- Jednak - rzekł prawnik - udało się nam włączyć klauzulę 19A, czego Mulberry z pewnością będzie żałował.

- Czemu ona jest taka ważna?

Kiedy Friedman dokładnie wytłumaczył znaczenie klauzuli zawierającej zastrzeżone prawo wycofania się, Aaron odłożył słuchawkę i poszedł prosto do barku. Nalał sobie whisky - pierwszy raz w życiu przed dwunastą w południe. Dwunasta, czas jego spotkania z Harrym. Spojrzał na zegarek: 11.38. Odstawił trunek i wybiegł z mieszkania.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

2

Następnego ranka Sebastian wstał wcześnie i po przeczytaniu "Financial Timesa" i "Daily Telegraphu" uznał, że matka nie może mieć nadziei na wygranie procesu o zniesławienie.

"Telegraph" zwracał uwagę czytelnikom, że jeżeli treść listu majora Fishera nie zostanie ujawniona, to nie pomoże to sprawie pani Clifton. "Financial Times" skupił się na problemach, z jakimi zmierzy się Linia Żeglugowa Barringtona, jeżeli jej prezeska przegra proces i będzie musiała złożyć rezygnację. Akcje spółki już spadły o szylinga, ponieważ wielu udziałowców najwyraźniej uznało, że lady Virginia wygra. Seb uważał, że najlepsze, na co może liczyć matka, to sytuacja, w której ława przysięgłych okaże się niezdolna do podjęcia decyzji. Jak wszyscy, wciąż się zastanawiał, co może być w tym liście, którego pan Trelford nie pozwolił mu przeczytać, i której ze stron mógłby on pomóc. Kiedy po powrocie z pracy zatelefonował do matki, nie chciała specjalnie rozmawiać na ten temat. Nie próbował pytać ojca.

Sebastian zjawił się w banku nawet wcześniej niż zwykle, ale kiedy usiadł za biurkiem i próbował załatwiać poranną korespondencję, stwierdził, że nie może się skoncentrować. Gdy jego sekretarka Rachel zadała mu kilka pytań, na które nie dostała odpowiedzi, dała za wygraną i zasugerowała, żeby udał się do sądu i nie wracał, dopóki przysięgli nie ogłoszą werdyktu. Z ociąganiem się zgodził.

Kiedy taksówka, którą jechał, opuściła City i znalazła się na Fleet Street, Seb spostrzegł wypisany grubymi literami tytuł na afiszu "Daily Mail" i zawołał:

- Stop!

Taksówkarz zjechał do krawężnika i zahamował. Seb wyskoczył z taksówki i pobiegł do gazeciarza. Wręczył mu cztery pensy i schwycił gazetę. Kiedy stał na chodniku i czytał pierwszą stronę, ogarniały go sprzeczne emocje: radość ze względu na matkę, która teraz z pewnością wygra proces i zostanie uwolniona od winy, i smutek ze względu na wujka Gilesa, który najwyraźniej poświęcił karierę polityczną, żeby postąpić zgodnie z honorem, bo Seb wiedział, że matka nigdy by nie pozwoliła, aby list ujrzał ktoś spoza rodziny.

Wsiadł do taksówki i spoglądając przez okno, zastanawiał się, jak by on sam zareagował, gdyby stanął przed takim dylematem. Czy przedwojenne pokolenie miało inne zasady moralne? Nie miał żadnych wątpliwości co do tego, jak postąpiłby ojciec ani jak bardzo matka będzie zła na Gilesa. Pomyślał o Samancie, która wróciła do Ameryki, kiedy ją zawiódł. Co ona by zrobiła w podobnych okolicznościach? Gdyby tylko zechciała dać mu drugą szansę, nie popełniłby ponownie takiego samego błędu.

Seb spojrzał na zegarek. Większość bogobojnych ludzi w Waszyngtonie jeszcze śpi, więc zdał sobie sprawę, że nie może zatelefonować do dyrektorki szkoły swojej córki Jessiki, doktor Wolfe, żeby się dowiedzieć, dlaczego chciała z nim pilnie rozmawiać. Czy możliwe, że...

Taksówka zatrzymała się przed Sądem Królewskim na Strandzie.

- To będzie cztery szylingi i sześć pensów, szefie - odezwał się taksówkarz, przerywając Sebastianowi tok myśli.

Seb podał mu dwie półkoronówki.

Kiedy wysiadł z taksówki, natychmiast zaczęły błyskać flesze. Pierwsze słowa, jakie wyłowił z krzyku pismaków, brzmiały:

- Czy pan czytał list majora Fishera?

Kiedy pani sędzia Lane weszła do sali sądowej numer czternaście i zajęła miejsce na podwyższeniu na krześle z wysokim oparciem, nie wyglądała na zadowoloną. Nie wątpiła, że chociaż kategorycznie pouczyła przysięgłych, żeby nie czytali żadnych gazet w trakcie procesu, to jedynym tematem, na jaki będą rozmawiać w pokoju dla przysięgłych tego ranka, będzie pierwsza strona "Daily Mail". Nie miała pojęcia, kto był odpowiedzialny za ujawnienie listu majora Fishera, ale to nie przeszkodziło jej, podobnie jak wszystkim w tej sali, wyrobić sobie opinii.

Wprawdzie list został wysłany do pana Trelforda, lecz była pewna, że to nie mógł być on. Trelford nigdy by się nie uciekł do tak pokrętnej taktyki. Znała kilku adwokatów, którzy by przymknęli oko, a nawet zaakceptowali takie zachowanie, ale nie Donald Trelford. Wolałby przegrać sprawę, niż pływać w mętnej wodzie. Była tak samo przekonana, że nie mogła to być lady Virginia Fenwick, gdyż to szkodziło jej sprawie. Gdyby ujawnienie listu mogło jej pomóc, dla pani sędzi byłaby pierwszą podejrzaną.

Pani sędzia Lane spojrzała na panią Clifton, która miała spuszczoną głowę. Podczas ostatniego tygodnia zaczęła darzyć podziwem pozwaną i czuła, że chciałaby poznać ją bliżej, kiedy proces się skończy. Ale to nie będzie możliwe. W istocie nigdy więcej nie będzie rozmawiać z tą kobietą. Gdyby to uczyniła, byłby to niewątpliwie powód do powtórnego procesu.

Gdyby sędzia miała zgadywać, kto jest odpowiedzialny za ujawnienie listu, postawiłaby małą sumę na sir Gilesa Barringtona. Ale ona nigdy nie próbowała zgadywać ani się nie zakładała. Brała pod uwagę tylko dowody. Jednak fakt nieobecności sir Gilesa w sądzie tego ranka można było uznać za dowód, nawet jeżeli tylko za dowód pośredni.

Sędzia zwróciła uwagę na sir Edwarda Makepeace'a, który nigdy niczego nie dawał po sobie poznać. Ten znakomity sędzia królewski miał błyskotliwe wystąpienie i jego przekonujące poparcie niewątpliwie pomogło lady Virginii. Tak się jednak działo do chwili, kiedy pan Trelford zwrócił uwagę sądu na list majora Fishera. Sędzia rozumiała, dlaczego ani Emma Clifton, ani lady Virginia nie chciały, żeby list został odczytany na sali sądowej, chociaż była pewna, że pan Trelford nalegał na swoją klientkę, żeby mu pozwoliła go zaprezentować jako dowód. W końcu reprezentował panią Clifton, nie jej brata. Pani sędzia Lane uznała, że nie trzeba będzie długo czekać, aż przysięgli powrócą i ogłoszą werdykt.

Kiedy Giles zatelefonował rano do siedziby głównej w okręgu wyborczym w Bristolu, nie musiał długo rozmawiać ze swoim asystentem parlamentarnym Griffem Haskinsem. Przeczytawszy pierwszą stronę "Mail", Griff niechętnie pogodził się z faktem, że Giles będzie musiał wycofać swoją kandydaturę z ramienia laburzystów w nadchodzących wyborach uzupełniających w Bristol Docklands.

- To typowe dla Fishera - rzekł Giles. - Pełno w tym liście półprawd, przesady i insynuacji.

- To mnie nie zaskakuje - powiedział Griff. - Ale czy możesz to udowodnić przed dniem wyborów? Bo jedno jest pewne - w przeddzień wyborów przesłanie torysów będzie miało formę listu Fishera, który wrzucą do wszystkich skrzynek na listy w okręgu.

- My zrobilibyśmy to samo, gdybyśmy mieli szansę - przyznał Giles.

- Ale gdybyś mógł dowieść, że to stek kłamstw... - powiedział Griff, nie chcąc się poddać.

- Nie mam na to czasu, a nawet gdybym próbował, to nie jestem pewien, czy ktoś by mi uwierzył. Słowo zmarłego ma o wiele większą wagę od słowa żywego.

- Wobec tego pozostaje nam tylko jedno - rzekł Griff. - Uchlejmy się i utopmy nasze troski w alkoholu.

- Zrobiłem to wczoraj wieczorem - przyznał Giles. - I Bóg wie, co jeszcze.

- Gdy wybierzemy nowego kandydata - powiedział Griff, prędko wracając do sprawy wyborów - to chciałbym, żebyś pouczył go lub ją, bo niezależnie od tego, kogo wyselekcjonujemy, będzie potrzebował twojego poparcia i, co ważniejsze, twojego doświadczenia.

- To może nie być korzystne w tych okolicznościach - podsunął Giles.

- Nie użalaj się tak nad sobą - rzekł Griff. - Mam wrażenie, że nie uwolnimy się od ciebie tak łatwo. Ty masz Partię Pracy we krwi. I czy to nie Harold Wilson powiedział, że tydzień to długo w polityce?

Kiedy otworzyły się niewidoczne drzwi, wszyscy w sali sądowej przestali rozmawiać i utkwili wzrok w urzędniku sądowym, który usunął się na bok, żeby przepuścić siedmiu mężczyzn i pięć kobiet, aby mogli zasiąść w ławie przysięgłych.

Sędzia czekała, aż się usadowią, a potem pochyliła się do przodu i zapytała przewodniczącego ławy przysięgłych:

- Czy zdołaliście uzgodnić werdykt?

Przewodniczący wolno wstał z miejsca, poprawił okulary, spojrzał na sędzię i odparł:

- Tak, milady.

- Czy orzekliście na korzyść powódki lady Virginii Fenwick, czy pozwanej, pani Emmy Clifton?

- Orzekliśmy na korzyść pozwanej - powiedział przewodniczący ławy przysięgłych i wypełniwszy swoje zadanie, usiadł.

Sebastian zerwał się z miejsca i już chciał wznieść radosny okrzyk, kiedy spostrzegł, że zarówno matka, jak sędzia patrzą na niego gniewnie. Prędko usiadł z powrotem i zerknął na ojca, który do niego mrugnął.

Z drugiej strony sali siedziała kobieta, która piorunowała wzrokiem przysięgłych, niezdolna ukryć niezadowolenia. Tymczasem jej adwokat siedział nieporuszenie ze skrzyżowanymi ramionami. Z chwilą gdy sir Edward przeczytał rano pierwszą stronę "Daily Mail", zdał sobie sprawę, że jego klientka nie ma szans wygranej. Mógłby zażądać ponownego procesu, ale prawdę mówiąc, sir Edward nie radziłby swojej klientce narażać się na drugi proces, skoro wszystko przemawiało przeciw niej.

Giles siedział samotnie przy stole śniadaniowym w swoim domu na Smith Square, zarzuciwszy codzienne zwyczaje. Nie było przed nim miski z płatkami kukurydzianymi ani soku pomarańczowego, ani jajka na miękko, nie było też "Timesa", "Guardiana", tylko płachta "Daily Mail" rozpostarta na stole.

izba gmin Londyn sw1a qaa

12 listopada 1970

Szanowny Panie,

będzie Pan ciekaw, dlaczego postanowiłem napisać do Pana, a nie do sir Edwarda Makepeace'a. Odpowiedź jest całkiem prosta, nie wątpię, że obaj postąpicie zgodnie z najlepszym interesem Waszych klientek.

Pozwoli Pan, że zacznę od klientki sir Edwarda, lady Virginii Fenwick, i od jej głupawego twierdzenia, że ja byłem tylko jej profesjonalnym doradcą, w interesach zawsze neutralnym w stosunku do klienta. Nic nie może być dalsze od prawdy. Nigdy nie miałem do czynienia z klientem, który by czujniej trzymał rękę na pulsie, a kupując i sprzedając akcje spółki Barringtona, lady Virginia tylko jedno miała na myśli: za wszelką cenę zniszczyć spółkę i razem z nią reputację jej prezeski, pani Clifton.

Kilka dni przed rozpoczęciem procesu lady Virginia zaoferowała mi znaczną kwotę pieniędzy, żeby twierdzić, że dała mi wolną rękę w występowaniu w jej imieniu, aby wywrzeć na przysięgłych wrażenie, iż nie rozumie, jak działa giełda. Zapewniam pana, że pytanie lady Virginii zadane pani Clifton na dorocznym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy "Czy to prawda, że jeden z członków waszej rady nadzorczej sprzedał swój wielki pakiet akcji, żeby doprowadzić spółkę do upadku?" mówiło dokładnie o tym, co lady Virginia zrobiła nie mniej niż trzy razy i niemal się jej udało spowodować upadek spółki. Nie mogę pójść do grobu z tą nieprawością na sumieniu.

Jednakże jest jeszcze inna krzywda równie gorzka, o której też nie mogę zamilczeć. W rezultacie mojej śmierci odbędą się wybory uzupełniające w okręgu wyborczym Bristol Docklands i wiem, że Partia Pracy zechce rozważyć ponowny wybór kandydatury byłego posła, sir Gilesa Barringtona. Jednak, podobnie jak lady Virginia, sir Giles ukrywa tajemnicę, którą nie chce się podzielić nawet z własną rodziną.

Kiedy niedawno sir Giles odwiedził Berlin Wschodni jako przedstawiciel rządu Jej Królewskiej Mości, przeżył, jak to później nazwał w oświadczeniu prasowym, przygodę na jedną noc z panną Karin Pengelly, jego urzędową tłumaczką. Potem podał to jako powód odejścia żony. Chociaż to był drugi rozwód sir Gilesa na tle cudzołóstwa, nie uważam, że to powinno być wystarczającym powodem, aby mężczyzna wycofał się z życia publicznego. W tym wypadku jednak jego bezwzględne potraktowanie tej kobiety sprawia, że nie mogę milczeć.

Rozmawiałem z ojcem panny Pengelly i wiem, że jego córka pisała do sir Gilesa kilka razy, żeby go zawiadomić, że nie tylko straciła pracę w wyniku ich romansu, ale że jest w ciąży z jego dzieckiem. Mimo to sir Giles nie zdobył się na uprzejmość i nie odpowiedział na jej listy, wcale też się nie przejął jej kłopotliwym położeniem. Ona się nie skarży. Jednak ja to czynię w jej imieniu i zapytuję, czy sir Giles jest takim człowiekiem, który powinien reprezentować wyborców w Izbie Gmin? Niewątpliwie obywatele Bristolu dadzą wyraz swoim opiniom, idąc do urn wyborczych.

Zechce mi pan wybaczyć, że obarczam pana tą odpowiedzialnością, ale uważam, że nie miałem wyboru.

Z poważaniem, Alexander Fisher, major (w stanie spoczynku)

Giles wbił wzrok w swój polityczny nekrolog.

3

- Witamy panią, pani prezes - powiedział Jim Knowles, kiedy Emma wkroczyła do sali posiedzeń rady nadzorczej. - Ani przez chwilę nie wątpiłem, że wróci pani triumfalnie.

- Proszę, proszę - odezwał się Clive Anscott, przysuwając krzesło Emmie, żeby mogła zasiąść u szczytu stołu.

- Dziękuję - powiedziała Emma i usiadła. Obrzuciła spojrzeniem siedzących wokół stołu i uśmiechnęła się do nich.

Wszyscy członkowie rady nadzorczej odwzajemnili jej uśmiech.

- Sprawa numer jeden. - Emma spojrzała na kartkę z porządkiem obrad, jakby w trakcie ostatniego miesiąca nie zdarzyło się nic niefortunnego. - Ponieważ pan Knowles zwołał nagle to posiedzenie, główny księgowy nie miał czasu rozesłać protokołu z ostatniego zebrania, zatem poproszę, żeby teraz go odczytał.

- Czy to konieczne, zważywszy na okoliczności? - spytał Knowles.

- Nie jestem pewna, proszę pana, czy w pełni uświadamiam sobie okoliczności - odparła Emma - ale przypuszczam, że się tego dowiemy.

Philip Webster, księgowy spółki, wstał, nerwowo zakaszlał - pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają - pomyślała Emma - i zaczął odczytywać protokół, jakby ogłaszał, jaki pociąg przybędzie na peron czwarty.

- Posiedzenie rady nadzorczej odbyło się w Budynku Barringtona we wtorek dziesiątego listopada 1970 roku. Wszyscy członkowie byli obecni, z wyjątkiem pani Emmy Clifton i pana Sebastiana Cliftona, którzy przysłali przeprosiny, tłumacząc, że są zajęci gdzie indziej. Po rezygnacji wiceprezesa, pana Desmonda Mellora, i przy nieobecności pani Clifton zgodzono się, aby funkcję prezesa pełnił pan Jim Knowles. Potem nastąpiła długa dyskusja o przyszłości spółki i o tym, co należy uczynić w razie, gdyby lady Virginia Fenwick wygrała proces o zniesławienie przeciw pani Clifton. Admirał Summers zgłosił do protokołu, że jego zdaniem nic nie należy robić, dopóki nie będzie znany wynik procesu, gdyż jest pewien, że pani prezes zostanie oczyszczona z zarzutów.

Emma uśmiechnęła się do starego wilka morskiego. Gdyby okręt tonął, byłby ostatnim, który schodzi z mostku.

- Jednak pan Knowles nie podzielił przekonania admirała i poinformował radę nadzorczą, że dokładnie obserwuje proces i niechętnie doszedł do wniosku, że pani Clifton nie ma najmniejszych szans i że lady Virginia nie tylko wygra, ale przysięgli przyznają jej wysokie odszkodowanie. Pan Knowles przypomniał potem radzie, że pani Clifton wyraźnie powiedziała, że zrezygnuje z prezesury, jeżeli taki będzie wynik. W dalszym ciągu oznajmił, że jest obowiązkiem rady zastanowić się nad przyszłością spółki w razie takiej ewentualności, a szczególnie nad tym, kto powinien zastąpić panią Clifton w charakterze prezesa. Pan Clive Anscott zgodził się z urzędującym prezesem i zaproponował pana Desmonda Mellora, który ostatnio do niego pisał, tłumacząc, dlaczego musiał zrezygnować z udziału w radzie nadzorczej. Przede wszystkim oświadczył, że nie może myśleć o pozostawaniu w radzie, dopóki "ta kobieta" jest prezeską. Potem nastąpiła długa dyskusja, podczas której okazało się, że członkowie rady są równo podzieleni co do tego, jak rozwiązać ten problem. Pan Knowles w podsumowaniu wysunął wniosek, że powinno się przygotować dwa oświadczenia i z chwilą, gdy wynik procesu będzie znany, właściwe należy wysłać do prasy.

Admirał Summers stwierdził, że nie będzie potrzeby oświadczenia prasowego, bo kiedy pani Clifton zostanie oczyszczona z zarzutów, wszystko potoczy się normalnie. Pan Knowles nalegał, żeby admirał Summers powiedział, co zrobi, jeżeli lady Virginia wygra proces. Admirał odparł, że wtedy zrezygnuje z członkostwa w radzie nadzorczej, ponieważ w żadnych okolicznościach nie chciałby tam pozostać pod przewodnictwem pana Mellora. Pan Knowles poprosił, żeby odpowiedź admirała została zaprotokołowana. Następnie przystąpił do nakreślenia swojej strategii co do przyszłości spółki, gdyby wydarzyło się najgorsze.

- I jaka była ta strategia? - spytała Emma z niewinną miną.

Pan Webster odwrócił następną kartkę protokołu.

- To już nie jest istotne - powiedział Knowles, obdarzając Emmę serdecznym uśmiechem. - W końcu się okazało, że admirał miał rację. Ale uważałem za swój obowiązek przygotować radę na każdą ewentualność.

- Jedyna ewentualność, na jaką powinien pan być przygotowany - prychnął admirał - to wręczenie swojej rezygnacji przed tym posiedzeniem.

- Nie uważa pan, że to trochę bezceremonialne? - wtrącił się Andy Dobbs. - Przecież Jim był w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

- Sytuacja człowieka, który powinien być lojalny, nigdy nie jest do pozazdroszczenia - powiedział admirał - o ile nie jest łajdakiem.

Sebastian stłumił uśmiech. Trudno mu było uwierzyć, że ktoś wciąż używa słowa "łajdak" w drugiej połowie dwudziestego wieku. On uważał, że bardziej stosownym określeniem byłoby "pieprzony hipokryta", chociaż w istocie nie bardziej przekonywającym.

- Może by pan Webster odczytał oświadczenie pana Knowlesa? - zaproponowała Emma. - To, które by zostało przekazane prasie, gdybym przegrała proces.

Księgowy spółki wyjął z teczki pojedynczy arkusz papieru, ale nim miał szansę wypowiedzieć choć jedno słowo, Knowles wstał z miejsca, zebrał swoje papiery i powiedział:

- Pani prezes, to nie będzie konieczne, składam bowiem rezygnację.

I odwrócił się, żeby odejść, ale admirał jeszcze mruknął:

- Najwyższy czas.

A potem utkwił świdrujące spojrzenie w obydwóch członkach rady nadzorczej, którzy popierali Knowlesa.

Po chwili wahania Clive Anscott i Andy Dobbs wstali i bez słowa opuścili pokój.

Emma odczekała, aż drzwi się zamkną, po czym przemówiła:

- Czasami mogłam się wydawać zniecierpliwiona pedantycznym sporządzaniem przez księgowego spółki protokołu z posiedzeń rady nadzorczej. Teraz przyznaję, że nie miałam racji, i szczerze przepraszam pana Webstera.

- Pani prezes, czy życzy pani sobie, abym odnotował tę pani opinię do protokołu? - spytał Webster bez cienia ironii.

Teraz Sebastian nie stłumił uśmiechu.

PROLOG

Zachrypiał głośnik.

- Proszę wszystkich uczestniczących w procesie lady Virginii Fenwick przeciw pani Emmie Clifton...

- Przysięgli musieli uzgodnić werdykt - rzucił Trelford, już w ruchu.

Obejrzał się, żeby sprawdzić, czy wszyscy za nim idą, i na kogoś wpadł. Przeprosił, ale młody człowiek się nie obejrzał. Sebastian otworzył drzwi do sali sądowej numer czternaście, żeby matka i jej adwokat mogli zająć miejsca w pierwszej ławie.

Emma była zbyt zdenerwowana, żeby coś mówić, i gdy czekali na pojawienie się przysięgłych, bojąc się najgorszego, oglądała się na siedzącego w rzędzie za nią Harry'ego.

Kiedy sędzia Lane weszła do sali, wszyscy wstali. Ukłoniła się i usiadła na stojącym na podwyższeniu, obciągniętym czerwoną skórą krześle z wysokim oparciem. Emma przeniosła wzrok na zamknięte drzwi za ławą przysięgłych. Nie musiała czekać długo, by się otworzyły i pojawił się urzędnik sądowy prowadzący swoich dwunastu podopiecznych. Trochę trwało, zanim zajęli miejsca, depcząc jedni drugim po stopach jak spóźnieni teatromani. Urzędnik sądowy czekał, aż się usadowią, a potem uderzył trzy razy laską o podłogę i zawołał:

- Niechaj wstanie przewodniczący przysięgłych!

Przewodniczący wyprężył się na całą swoją niewielką wysokość i spojrzał na sędzię. Pani Lane pochyliła się do przodu i zapytała:

- Czy uzgodniliście werdykt, co do którego jesteście jednomyślni?

Emma myślała, że serce przestanie jej bić, kiedy czekała na odpowiedź.

- Nie, milady.

- A więc może uzgodniliście werdykt większościowy stosunkiem co najmniej dziesięciu głosów do dwóch?

- Tak, milady - odparł przewodniczący przysięgłych - ale niestety w ostatniej chwili jeden z naszych członków zmienił zdanie i utknęliśmy na dziewięciu głosach do trzech. To się nie zmieniło w ciągu ostatniej godziny i nie jestem przekonany, że się zmieni, zatem jeszcze raz zwracam się do pani o radę, co mamy teraz robić.

- Czy uważa pan, że możecie osiągnąć werdykt większościowy przy stosunku głosów dziesięć do dwóch, jeżeli dam wam trochę więcej czasu?

- Tak, milady, ponieważ w jednej sprawie wszyscy się zgadzamy.

- I jaka to sprawa?

- Gdyby nam pozwolono poznać treść listu, który major Fisher napisał do pana Trelforda, zanim popełnił samobójstwo, moglibyśmy podjąć decyzję całkiem szybko.

Oczy wszystkich skupiły się na sędzi, jedynym wyjątkiem był adwokat lady Virginii, sir Edward Makepeace, który patrzył prosto na Trelforda, obrońcę pani Clifton. Albo był znakomitym pokerzystą, albo nie chciał, żeby przysięgli dowiedzieli się, co jest w tym liście.

Trelford wstał i sięgnął do wewnętrznej kieszeni, ale się przekonał, że listu już tam nie ma. Rzucił spojrzenie na drugą stronę sali i zobaczył, że lady Virginia się uśmiecha.

Odpowiedział jej uśmiechem.