Rozdział pierwszy
Powiatowe Centrum Zdrowia w Otwocku, południe
Rozgrzane powietrze wpadało do jasnej sali, której kolor przyprawiał
Mieczysławę o mdłości. Rozglądała się wokół. Wstała z niewygodnego
krzesełka, które stało przysunięte do szpitalnego łóżka. Wyjrzała przez
okno, a jej wzrok padł na czarny worek, spoczywający na noszach
niesionych przez dwóch rosłych mężczyzn. Wzdrygnęła się i pospiesznie
przysiadła z powrotem na krześle.
- Niezłe masz towarzystwo, nie ma co! Takie ciche, nieco sztywne...
Wytrzymujesz tu jakoś? - spytała Annę, która w otwockim szpitalu
dochodziła do zdrowia po czerwcowych wydarzeniach.
Jankowska kolejny raz była bliska utraty życia. Młoda kobieta z czarnymi
włosami, które zdążyły odrosnąć i sięgnęły obojczyków, po raz drugi
oszukała przeznaczenie, wyrwawszy się ze szponów śmierci. Te delikatnie
musnęły jej bladą skórę, pozostawiając krwawe wybroczyny niemal na całym
ciele. Kolejna bolesna pamiątka, druga obok odciętego serdecznego palca
prawej dłoni.
- Nie mam wyjścia... - szepnęła, by po chwili dodać nieco bardziej
wesoło: - Zobacz, zaczęłam nawet stawiać sobie kreski w krzyżówce jak
jakiś więzień! Odliczam dni do wyjścia.
Miecia zerknęła na margines "200 Panoramicznych", po czym parsknęła
śmiechem, wprawiając w ruch swój dorodny biust.
- Mam wrażenie, że w więzieniu lepiej dobraliby kolor ścian. Ten
wygląda, jakby tu ktoś nasrał... I z nudów rozmazał, bo się złotówki na
telewizor skończyły, a jakąś rozrywkę zapewnić sobie trzeba! - wskazała
głową w kierunku starego kineskopu, pod którym widniała karta z wypłowiałym cennikiem. Koński ogon w kolorze blond musnął jej kark. -
Masz bilon? Mogę ci sypnąć złotem. Sklepowa stawia, więc się nie krępuj!
- Powiedz to tym pijaczkom pod sklepem!
- Sama miałabym na siebie bat ukręcić? Od razu mogłabym się zacząć
pakować. A tak całkiem serio: potrzebujesz czegoś? Coś ci załatwić?
Anna uniosła się na przedramionach, a jej twarz przeszył grymas bólu.
Ciało pamiętało bolesne uderzenia mimo upływającego czasu.
- Po prostu chciałabym już wyjść i żyć spokojnie. Chociaż obawiam się,
że spokój nie jest mi pisany.
Mieczysława położyła dłoń na ręce przyjaciółki. Mimo panującego zaduchu
skóra Anny była zimna jak lód.
- Co ty pleciesz, Anka... To wszystko jest za nami! Te pojeby albo nie
żyją, albo gniją w pierdlu. Już nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna! -
kłamstwo lekko spłynęło z ust Mieci.
Nie wszyscy zostali schwytani. Pozostała jedna osoba. Gabriela. Tej
sklepowa nienawidziła z całego serca. Do tej pory Gabrysia chodzi wolna,
zgrabnie unikając policjantów i wymiaru sprawiedliwości. Mieczysława nie
chciała martwić przyjaciółki, którą los doświadczył w wystarczająco
brutalny sposób. Widziała w oczach Jankowskiej strach przed powrotem do
rzeczywistości. Gdyby pisnęła choć słówko, że ta wywłoka chadza sobie
spokojnie po świecie, Anka nie zmrużyłaby oka w obawie o swoje życie.
Zarzycka podjęła decyzję: znajdzie Gabrielę i wsadzi ją za kratki, nim
Anna dowie się o tym, że wstrętna brunetka zaszyła się w jakimś
bezpiecznym miejscu.
- Niby tak, ale... - Anna urwała, składając myśli w logiczną całość.
Zniżyła głos do szeptu. - To, co się stało, odcisnęło piętno. Chyba nie
potrafię żyć spokojnie. Czasami myślę, że zwariowałam. Gdy tylko usłyszę
w nocy jakiś szmer, mam wrażenie, że ktoś z nich jednak pozostał na
wolności i chce mnie skrzywdzić.
Miecia westchnęła, próbując odwrócić uwagę Anny od swego zdenerwowania.
- Ania, ja to wszystko rozumiem, serio. Uważam jednak, że nie należy
zatracać się w przeszłości. Spójrz na to z innej strony. Przeżyłaś. Masz
więcej żyć niż pieprzony kot! Spadasz na cztery łapy, chociaż brakuje ci
pazurka - wskazała głową na kikut po palcu serdecznym przyjaciółki. -
Zaczniesz żyć pełną piersią. A co do piersi, to wiesz, z doświadczenia
mówię! - Miecia uśmiechnęła się szeroko, potrząsając biustem.
Jankowska, widząc popisy sklepowej, ryknęła śmiechem.
- Miecia... Ty nawet z emocjonalnego szamba człowieka wyciągniesz!
- Od tego są przyjaciele!
Ania mimo uśmiechu poruszyła się niespokojnie.
Zarzycka czuła, że dziewczynę coś trapi. Znała ją na tyle dobrze, że
potrafiła z jej ruchów i gestów wyczytać o wiele więcej niż inni.
Czekała. Czuła, że prędzej czy później Anka zacznie wreszcie mówić.
Trwało to dłuższą chwilę, aż w końcu rekonwalescentka się odezwała.
- Nie wiem, czy powrót do Trzebieży będzie dobrym pomysłem. Pomyślałam
sobie, że może odsprzedam ci swój dom... Twoje małżeństwo z Januszem
chyba nie ma szans na to, żeby zostało odbudowane...? O, albo dom Stasia
Rębicha! Przepisał mi go, pamiętasz? Miałam tam dojść do siebie, ale
sama już nie wiem, czy w Trzebieży będę umiała żyć... Może zamiast
sprzedawać mój dom, przepiszę ci Stasiową chałupinę, tak jak on to
zrobił dla mnie?
- Anka, do jasnej cholery! - krzyknęła Mieczysława.
Jankowska skrzywiła się. Nie cierpiała wulgaryzmów. Nawet słowo
"cholera", choć wulgarne nie było, wprawiało dziewczynę w dyskomfort.
Wolała dobierać słowa, unikając szpetnych wyrazów z łaciny podwórkowej.
- Ten wybuch to dlatego, że chcę stąd uciec, czy dlatego, że zapytałam o tego frajera?
- To, że chcesz stąd spieprzyć! Nie bądź głupia, błagam! Tu nic ci nie
grozi!
- Myślałam tak, gdy pierwszy raz przekraczałam próg domku na Jaśminowców
trzynaście. A tu taka fajna niespodzianka. Od problemów w Warszawie
uciekłam wprost do piekła, jakie zgotowano mi w Trzebieży.
- Ania, ja wiem... Każdy by się obawiał powrotu. Ale teraz naprawdę
wszystko jest pod kontrolą. Nikt cię nie skrzywdzi. Masz moje słowo.
Sama widziałam, jak wynosili sztywnego Marcela. A reszta siedzi w pierdlu i prędko stamtąd nie wyjdą. Chcesz uciekać do końca życia? To
żadne wyjście. Wszędzie będziesz oglądać się za siebie, szukając
potencjalnego zagrożenia. Tu wszystkie zostały wyeliminowane. Jankowska,
no... Ogarnijże się wreszcie i przestań chrzanić. Żebyś miała
świadomość: nigdzie cię z Trzebieży nie wypuszczę, zapomnij!
- Po prostu się boję. Ale masz rację... Pewnie gdzie indziej też będę
się wszystkiego bać. Nawet własnego cienia... - Anka opadła zrezygnowana
na poduszki.
- Więc zostań. Przestań uciekać. A co do domu... Przeniosę swoje graty
do Stanisława, a tobie udostępnię twoją chatę. Będziemy mieszkały
naprzeciwko siebie. Będę na wyciągnięcie ręki. I niczego mi nie
przepisuj, taka była i jest wola Stanisława. Jego chatka jest twoja, ja
z niej tylko chwilowo skorzystam.
Jankowska uśmiechnęła się niepewnie, po czym kiwnęła głową.
*
- Szlag by to - syknęła, kopiąc kamyk, który potoczył się po parkingu.
Rozejrzała się.
Lipcowe promienie przypiekały jej nagie ramiona. Wyciągnęła z kieszeni
kluczyki. Ruszyła w kierunku swojej czarnej fiesty, która wcześniej
postawiona w cieniu, teraz nagrzewała się w pełnym słońcu. Otworzyła
samochód, a w twarz uderzyło ją parne powietrze, które skumulowało się w ciemnym wnętrzu. Pospiesznie uchyliła resztę drzwi z nadzieją, że gorąc
czym prędzej ulotni się z pojazdu.
Mieczysława oparła się o karoserię, zapominając o tym, że ta również
nagrzała się od lipcowego słońca.
- Cholera jasna! - odskoczyła.
Czuła się fatalnie. Kłamstwo, którym karmiła przyjaciółkę, uciskało ją
jak pętla na szyi wisielca. Choć Miecia tłumaczyła sobie, że ostatnim,
czego potrzebuje teraz Anna, jest stres i strach, mimo to jej
samopoczucie drastycznie się pogorszyło.
Brzydziła się kłamstwem, a sama się do niego posunęła. Zamknęła uchylone
drzwi od strony pasażera.
- Zarzycka, jesteś beznadziejną kumpelą - rzekła pod nosem, wsiadając do
wciąż rozgrzanego wnętrza. Czuła, jak po plecach spływa strużka potu.
Włożyła kluczyk do stacyjki, odpaliła silnik i już miała ruszać, gdy
rozdzwonił się telefon. Rzuciła okiem na pulsujący ekran.
- Co tam się urodziło, gwiazdo internetów? - zażartowała.
- Bardzo zabawne, Mieciu, doprawdy. Żart tak suchy, że muszę wodą
przepijać - Kamil po drugiej stronie zaczął chrząkać. - Słyszysz? Aż się
dusić zacząłem. Gdzie ta woda, do cholery?!
- Dobra, nie piernicz. Coś się stało?
- Przeglądałem po raz kolejny zdjęcia, które znalazłaś. Janusz pojawia
się też na innych fotach. Nie zwróciliśmy na to uwagi, bo nie stał na
pierwszym planie. Tyle że ten Janusz z reszty zdjęć jest w podobnym
wieku, co obecnie. Trochę to śmierdzi, nie uważasz?
Wiadomość zbiła ją z tropu.
- Czekaj, to... To przecież niemożliwe. Wszędzie poznałabym mojego męża.
Zresztą te fotografie wyglądają jak robione wiele lat temu.
- Magia programów graficznych - przerwał jej Kier. - Miecia, Janusz
siedzi w czymś po uszy. Nie znikał gdzieś na jakiś czas? Nie zachowywał
się dziwnie?
- Zachowywał... I znikał, ale byłam przekonana, że pochłania go praca.
Właściwie to nawet sam tak mówił. Twierdził, że w stolarni ma dużo
roboty - przyznała.
Żyła z Januszem tyle lat, a dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że zupełnie
nie zna swojego męża. Jak to robił, że ukrywał przed nią swoje drugie
życie? Myślała, że wie o nim wszystko, a tymczasem mąż ją zawiódł,
wycierając sobie usta słowami przysięgi niczym chustką, która chwilę
później wylądowała w koszu. Koszu pełnym kłamstw i niedomówień.
Mieczysława wielokrotnie próbowała zrozumieć, dlaczego ich małżeństwo
zakończyło się pewnego dnia. Ta druga, jakież to przewidywalne...
Wystarczyło, by inna kobieta zainteresowała się nim, a mąż, urzeczony
atencją Gabrieli, postanowił wejść w to miękko, jak w rozpuszczające się
w maselnicy masło.
Zarzycka rozłożyła swoje małżeństwo na czynniki pierwsze. Czasem
usprawiedliwiała siebie, czasem męża, jednak wszelkie próby kończyły się
jednym: złością, której nie potrafiła pohamować. Waliła wówczas pięścią
w stół, jęcząc żałośnie. Bo czegóż chcieć więcej, skoro ma się wszystko?
Ta myśl nie dawała jej spokoju, powracała jak bumerang. Ona, zamiast
złapać go i schować do szafy, rzucała tym bumerangiem raz za razem.
- Wpadłem na pewien pomysł... - Kamil zaczął niepewnie, w słuchawce
wciąż panowała cisza. Nie zwiastowała niczego dobrego.
- Chcesz sprawdzić, w co wpieprzył się mój były mąż idiota? - wyrzuciła
z siebie.
- Nie mylisz się!
- Kamil, myślisz, że to jest nam teraz potrzebne? Brodzenie po kolana w gównie? Dopiero z jednego się wygrzebaliśmy, a już mamy włazić w drugie?
- Powinniśmy to sprawdzić. I nie daj się prosić.
Jego upór nieco ją drażnił. Postanowiła skapitulować, choć cichutki
głosik w jej głowie dawał sygnały, że to bardzo głupi pomysł.
- To co proponujesz?
- Pogadaj z kimś, kto zna Trzebież i jej stare tajemnice. Z kimś, kto
mieszkał tu od samego początku.
Zastanawiała się przez moment, kto mógłby mieć najwięcej informacji o ich tajemniczej miejscowości. Kiedyś pierwszą osobą, która przyszłaby
jej na myśl, byłaby Wilczyca, ekscentryczna zielarka, która swym
zachowaniem niejednokrotnie napędziła Ani Jankowskiej stracha.
Klementyna Wilk swoją aparycją przypominała zjawę. Ubrana w powłóczyste
suknie, wyglądała, jakby sunęła kilka centymetrów nad ziemią. Zarzycka
pamiętała przerażenie warszawianki, gdy Klementyna wystawała pod oknami
jej domostwa, odprawiała swe dziwaczne rytuały i mówiła półsłówkami,
jakby szeptała pod nosem straszliwe klątwy. Mieci było nawet żal tej
kobieciny, której życie dało do wiwatu.
Rozstanie z mężem, który nie potrafił znieść myśli o cierpieniu w obliczu nadchodzącej śmierci wśród najbliższych, i kłamstwo, którym
karmiła swoją dorastającą i zbaczającą na złe tory córkę, sprawiły, że
Wilczyca w okrutny sposób odeszła z tego świata. Krąg życia zatoczył
koło, córka zamknęła oczy matki, pełna złości i nienawiści do
Mieczysławy i jej przyjaciółki. Trzebież skrywa wiele tajemnic, lecz ci,
którzy znali choć ich ułamek, niechętnie wyjawiali prawdę. Społeczność
wolała zabrać swoją wiedzę do grobu, niż przypadkowym słowem ujawnić i uwolnić tym samym zło. Ściany miały uszy, las obserwował, a diabeł
zacierał ręce, gdy kolejna dusza próbowała wyjść przed szereg.
- Stanisław Rębich! - Mieczysława wreszcie wydała z siebie głośny krzyk,
a po drugiej stronie słuchawki dało się słyszeć radosny śmiech.
- Tak jeeest, Mieczysława wraca do akcji!
- Pieprz się, Kamil - odparła ze śmiechem.
Ruszyła z parkingu, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Miała plan.
Stukała w kierownicę, kierując się do miejsca, w którym przebywał
Stasio. Upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. O tak, Mieczysława
wraca do gry, pomyślała, przełączając na rockową stację. Już po chwili
wyśpiewywała na całe gardło Sweet Child O' Mine.
Stanisław swoimi starczymi i nieco mętnymi oczami widział rzeczy tak
dziwne i niepokojące, że większość trzebieżan chciałaby zamieść je pod
dywan, byle tylko nie wyszły na jaw.
Rozdział drugi
Dom spokojnej starości Szczęśliwy Dworek, popołudnie
Wielka kuta brama swym wyglądem przypominała wjazd do pilnie strzeżonej
rezydencji. Miecia opuściła okno i starała się objąć wzrokiem
gigantyczną posesję. Jasne kamyki chrzęściły pod kołami, gdy ostrożnie
wjeżdżała na parking dla gości. Zaparkowała niebyt zgrabnie, zajmując
dwa miejsca. Mimo to nie przeparkowała samochodu. Wyskoczyła z auta i nagle poczuła się bardzo mała w stosunku do okazałej budowli.
Ogromny budynek w stylu pałacowym robił wrażenie. Tynk, chociaż
gdzieniegdzie pozieleniał, wciąż prezentował się nienagannie. Zdobiony
fronton, roślinne płaskorzeźby, okalające masywne drewniane okna ze
szprosami, rzędy kolumn i kolumienek. Bryła nie przypominała klasycznego
domu spokojnej starości. Wyglądała nazbyt elegancko. Miecia zdziwiła
się, skąd Stanisław Rębich miał tyle szmalu, by zapewnić sobie takie
warunki na stare lata. Dodatkowo zdziwienie potęgował fakt, że Stasio
hojnie przepisał swój dom...
Szczęśliwy Dworek stał pośród wysokich, starych drzew. Dominowały tu
sosny i brzozy, których gałęzie owego dnia nie poruszały się nawet o milimetr. Duszne, rozgrzane powietrze stało w miejscu. Zewsząd dało się
słyszeć ptasie trele i cykanie świerszczy. Parcela oddalona była od
głównej drogi, dzięki czemu nie dobiegał tu hałas przejeżdżających
samochodów. Cisza, spokój. Miejsce idealne do spędzenia w nim ostatnich
lat życia.
Pobyt tutaj musi kosztować krocie. Czym więc zajmował się staruszek?
Mieczysława coraz częściej myślała o tym, że mieszkańcy skrywają swoje
grzechy i tajemnice. Wiedziała, że Rębich nie piśnie ani słówka o tym,
skąd ma taką fortunę, lecz ciekawość sklepikarki była silniejsza. Miecię
korciło, by poruszyć ten temat podczas spotkania. Zarzycka nieraz
urabiała sobie ręce po łokcie, jednak wątpliwe było, że kiedykolwiek
zarobiłaby tyle, by odłożyć na spokojne życie w tak ekskluzywnym
miejscu. Stanisław natomiast zdawał się leżeć na żyle złota, której
pokłady wyglądały na niewyczerpane. Kobieta, tak jak większość
społeczności, uwielbiała zastanawiać się, w jaki sposób ktoś doszedł do
swojego majątku. Ot, zaglądanie do czyjegoś łóżka czy portfela jest na
porządku dziennym. Któż tego nie robi? Niech pierwszy rzuci kamieniem.
Mieczysława wzięła głęboki wdech i raźnym krokiem przeszła przez szeroki
parking i podjazd. Kamyki pod stopami wydawały przyjemny i kojący
dźwięk, który współgrał z ptasim śpiewem. Tłuściutki kos, ukryty w cieniu dzikiej róży, urządzał wspaniały koncert. Przeskoczyła zgrabnie
dwa schodki, po czym chwyciła dużą, niezbyt wygodną klamkę. Musiała użyć
nieco siły, by skrzydło masywnych drzwi otworzyło się na tyle, aby mogła
swobodnie wejść do środka.
W holu rozświetlonym lampami panowała cisza. Mieczysławę początkowo
zadziwił fakt, że pomieszczenie jest sztucznie doświetlone, mimo że
promienie słońca zaglądały przez duże okna od frontu. Ściany, pokryte
bladoniebieską tapetą w białe pasy, zdobiło malarstwo: obrazy jakichś
lokalnych artystów. Niektóre z nich przedstawiały pejzaże, inne zaś
wiejską faunę domową: konie, krowy, kury, gęsi i kaczki.
Duże donice, poustawiane tu i ówdzie, wypełnione były dorodnymi
roślinami. Nietypowa mieszanka zapachowa drażniła sklepową w nosie.
Aromat znany jej z pralni chemicznej mieszał się z pastowaną podłogą,
świeżo zmieloną kawą, wilgotną ziemią i czymś, co przypominało słodkawe
i ciężkie damskie perfumy. Te ostatnie nuty zapachowe kompletnie nie
przypadły Mieci do gustu. Wolała zapachy, które w odbiorze są bardziej
rześkie. Od słodkich i ciężkich ulepków robiło jej się niedobrze, a skronie rozsadzał nieprzyjemny ból. W miarę jak Miecia zbliżała się do
wysokiej recepcyjnej lady, perfumeryjna, duszna woń była coraz
silniejsza.
Dopiero przy tym kontuarze dostrzegła, że za wysokim jasnym meblem
siedzi młoda kobieta. Szczupła szatynka z fioletowymi końcówkami włosów
wspierała brodę dłonią, patrząc w ekran dużego i nieco zakrzywionego
monitora. Żuła gumę w tak obsceniczny sposób, że sklepowa miała ochotę
złapać dziewczynę za kark, byleby tylko przestała mlaskać wymalowaną
paszczą. Powstrzymała się jednak i głośno chrząknęła, dając o sobie
znać.
Kobieta leniwie uniosła głowę i oderwała wzrok od komputera. Wymuszony i wyuczony uśmiech nawet przez krótką chwilę nie wyglądał przyjaźnie. Była
to raczej karykaturalna mina, która przypominała grymas.
- Pani do kogo?
Do Misia Gogo, psia twoja mać, Miecia rzuciła w myślach. Szatynka
działała jej na nerwy. Starała się nie oceniać książki po okładce,
jednak z góry skreśliła dziewczynę, nie widząc w niej niczego, co
mogłoby wzbudzić sympatię. Ona ją irytowała, począwszy od naburmuszonej
i znudzonej postawy, przez wstrętne żucie gumy, a na tembrze głosu
skończywszy. Choćby miały zostać jedynymi ludźmi na ziemi, Mieczysława
nie potrafiłaby wzbudzić w sobie żadnych przyjaznych uczuć.
- Do Stanisława Rębicha - odpowiedziała krótko, opierając się o wysoką
ladę. Zrobiła to z trudem, bowiem pokaźny biust nie ułatwiał zajęcia
wygodnej pozycji.
- To pani nie wie, że odwiedziny naszych podopiecznych odbywają się w konkretne dni i godziny? - szatynka z fioletowymi końcówkami przewróciła
oczami.
Ty durna bździągwo... Trzymajcie mnie, bo zaraz rozszarpię dziewuchę,
jęknęła w myślach i wzięła głęboki oddech, by uniknąć słownego spięcia,
nieuchronnego niczym nadciągająca letnia burza.
Rzuciła dziewczynie nieszczery uśmiech.
- A skąd niby mam wiedzieć? Jestem tu pierwszy raz i...
- Informacje na tabliczkach są, internet jest. Dowiedzieć się można
wcześniej, jeśli się tylko chce - odparła recepcjonistka i dobitnie
podkreśliła ostatnie słowa, posyłając na koniec uśmieszek przepełniony
tryumfem.
W środku Mieczysława aż zawrzała. Nikomu nie pozwoli na takie
traktowanie, a zwłaszcza dziewusze, która ledwie skończyła szkołę.
- Posłuchaj no, dziewczynko - wycedziła. - Nie zgrywaj mi tu takiego
chojraka, bo jeszcze nie wiesz, z kim tańczysz. Szybko zetrę ci ten
uśmieszek z buźki, jeśli będziesz traktować mnie jak śmiecia. Gdybyś
tylko odrobiła pracę domową przed przyjściem do tej pracy, wiedziałabyś,
z kim rozmawiasz... - Miecia blefowała, udając ważną personę.
Szatynka niespokojnie poruszyła się w dizajnerskim fotelu obrotowym.
- Co, strach obleciał, że za swoją niewyparzoną gębę możesz stracić
pracę? - Miecia wzięła się pod boki.
Dziewczyna za kontuarem chrząknęła, jej głos drżał lekko, gdy
powiedziała:
- Pan Stanisław Rębich jest w pokoju numer dziewiętnaście. Po schodach
na drugie piętro i w prawo.
Recepcjonistka, skuliwszy się na fotelu, utkwiła wzrok w swoich
pomalowanych na czarno paznokciach i usłyszała:
- Nie można było tak od razu?
Miecia dumna z siebie ruszyła we wskazanym kierunku.
*
Mieczysława Zarzycka sterczała dłuższą chwilę przed drzwiami z jasnego
drewna. Nie była pewna, czy ma zapukać, czy wejść bez tych wszystkich
ceregieli. Nigdy wcześniej nie musiała pukać do Rębicha. Gdy mieszkał w Trzebieży, każdy do staruszka wchodził jak do siebie. Każdy też czuł się
swobodnie w jego towarzystwie. Mieczysława traktowała krajana jak
równego sobie. Miała dla niego mnóstwo szacunku i empatii. Czasem śmiała
się, że Stasio jest dla niej jak ojciec, któremu może powierzyć wszelkie
troski i radości. Rębich jak nikt inny potrafił słuchać i nie raz, nie
dwa ratował sąsiadów mądrym słowem, które rozjaśniało ciemność i było
niczym drogowskaz.
Chwyciła delikatnie klamkę, po czym nacisnęła ją i pchnęła drzwi.
Uchyliły się z głuchym skrzypnięciem. Zarzycka wsunęła się do środka.
Stanisław stał twarzą do okna, wspierając się dłońmi o szeroki parapet,
który przypominał marmur. Mieczysława wciągnęła głośno powietrze. Rębich
nikł w oczach. Z mężczyzny o słusznej posturze stał się wychudzonym i zgarbionym starcem, który nie przypominał już dawnego siebie.
- Stasio? - spytała niepewnie.
Kobieta, zamiast zrobić krok do przodu, nieznacznie się cofała,
zapierając się o framugę. Niepewność, która ją ogarnęła, była widoczna
jak na dłoni.
Stanisław odwrócił się mozolnie, jakby każdy ruch sprawiał mu trudność.
Wychudzona twarz, poorana siecią zmarszczek, upstrzona była licznymi
plamami wątrobowymi.
Nie przypominał mężczyzny, którego pamiętała. Odniosła wrażenie, że w pokoju numer dziewiętnaście widzi kogoś obcego. Spojrzała w oczy
staruszka. To były jego oczy; mądre, ciepłe, lekko mętne, teraz
przepełnione radością ze spotkania. I chociaż reszta jego wyglądu nijak
się Mieczysławie nie zgadzała, kobieta posłała mu zatroskany uśmiech.
- Stasiu! Co oni ci tutaj zrobili? - jęknęła i ruszyła w jego stronę, by
zamknąć jego kruche ciało w swoim uścisku.
- Trzymają mnie przy życiu. Niewiele mi już go zostało, Mieciu - starzec
objął ją trzęsącymi się dłońmi.
Czuła chłód jego lekkiego dotyku, mimo iż na zewnątrz panował
niewyobrażalny skwar. Przeniosła wzrok na jego ręce. Skóra cienka niczym
papier, pomarszczona do granic możliwości, a plamy zdobiły niemal całe
dłonie. Wyglądało to tak, jakby malarz nabrał za dużo brunatnej farby i zaczął ją rozchlapywać na rękach modela.
- Co ty mówisz, Stachu! Ty nas wszystkich przeżyjesz - próbowała
żartować.
Również ona nie przypominała samej siebie. Odkąd przekroczyła próg
pokoju, zmieniła się w mgnieniu oka. Przed chwilą wyprostowana, sklepowa
skuliła się w sobie.
- Miło mi, że wciąż we mnie wierzysz. Wiesz, Mieciu, na każdego
przychodzi pora. Widać przyszedł czas i na mnie - pokiwał głową z uśmiechem.
Mieczysława patrzyła z uznaniem. Sąsiad potrafił z radością mówić o śmierci. Pogodził się z tym, pomyślała.
- Wiem, wiem. Chociaż nadal nie jestem z tym pogodzona...
- Będziesz, w moim wieku będziesz, przekonasz się o tym. Każda minuta
będzie darem, gdy zegar zacznie odliczać dni do śmierci. A gdy już
kukułka zacznie swoje trele w ostatniej godzinie, pożegnasz życie z uniesioną głową.
Starszy pan z trudem usiadł w bordowym uszaku. Sapnął donośnie, jakby w jednej chwili spożytkował całą swoją energię życiową.
- Stanisławie, mam do ciebie pytanie - zaczęła nieśmiało, przysuwając
sobie krzesło jak najbliżej Rębicha. Położyła swoją dłoń na jego ręku.
- Powiem ci wszystko, o ile pamięć nie spłata mi figla. Ostatnio moja
głowa szwankuje. Wszystko mi się kiełbasi! Kury chciałem iść karmić,
wyobrażasz sobie? Mojej Jarosławy po korytarzach szukałem - Stanisław
zaśmiał się, jakby opowiedział dobry żart.
Miecia posłała starcowi uśmiech, raz jeszcze przypatrując się
człowiekowi, który zmienił się nie do poznania. Ogarnął ją smutek.
Musiała jednak wziąć się w garść.
- Stasiu, znalazłam pewne zdjęcia... Fotografie dziwnych osadników.
Wyglądają, jak gdyby zostały wykonane w innej epoce, ale coś nie zgadza
się w tym wszystkim. Na tych zdjęciach jest Janusz.
Pożałowała, że nie wzięła ze sobą odbitek. Mogłaby pokazać wszystko, co
ją niepokoi. Miejsce, które uwieczniła lustrzanka, było nietypowe. Gęsty
las w tle wyglądał tak, jakby swymi ramionami obejmował małe betonowe
budynki, przypominające szerokie zejścia do piwnic. Ziemianki, tak
nazywała je jej babka, która sama miała podobną na swoim podwórzu.
Zdjęcia w kolorze wyblakłej sepii nadgryzł ząb czasu. Połamane rogi
sprawiały wrażenie, że kruchy papier rozpadnie się w dłoniach. I oni...
Osadnicy, zamknięci w tajemniczej enklawie, z twarzami porośniętymi
gęstymi i długimi brodami. Wyglądali jak sekta.
Rębich skrzywił się i zadrżał.
Mieczysława zaczęła zastanawiać się, czy Stanisław ma jakieś informacje,
na których tak bardzo jej zależy. Czekała, aż staruszek coś powie.
Niestety, na razie milczał jak zaklęty.
- Proszę cię, przecież widzę, że coś wiesz. Muszę dowiedzieć się, co mój
mąż robił wśród tych cudaków. Chcę mieć pewność, że to, co odkryłam na
zdjęciach, nie zagraża ani mnie, ani Annie. Ona już swoje wycierpiała.
Musisz coś wiedzieć, ja to wiem!
- Podasz mi wodę? To nie będzie krótka opowieść... - Stanisław wskazał
trzęsącą się dłonią niewielki stół z okrągłym blatem. Nóżki nowoczesnego
mebla wydawały się toporne w stosunku do cienkiej płyty, która na nich
spoczywała.
Miecia posłusznie chwyciła ciężką szklankę, która wyglądała jak stary
kryształ.
Kobieta pamiętała, jak przed świętami mama dawała jej bardzo ważne
zadanie: wyczyścić domowe kryształy, które w szklanej witrynie cały rok
zbierały kurz.
Podała szklankę Rębichowi. Mężczyzna upił łapczywie kilka łyków, roniąc
strużkę, która spłynęła mu po brodzie.
*
- Miejsce, które widziałaś na zdjęciach, było kiedyś przekleństwem
Trzebieży, lecz wciąż uważam, że wszystko to jest tworem wyobraźni.
Ponoć ci ludzie zamieszkiwali wiele lat temu osadę. Była dobrze schowana
pośród naszej głuszy. Niewidoczna dla ludzkich oczu, była czymś, co
przyprawiało nas o dreszcze.
Siedząca na krześle Miecia pochyliła się w stronę Stanisława. Jej oczy
przypominały dwa wielkie spodki.
- Osada?! U nas, w Trzebieży?!
- Tak, tak mówiono, ale wiesz, jak to jest. To jak Ktokolwiek widział,
ktokolwiek wie. Moja wiedza bazuje tylko na zasłyszanych opowieściach.
No więc ci osadnicy... Mówiono, że zajmowali się przemytem. O ile pamięć
mnie nie myli, chodziło głównie o alkohol, ale wieść gminna niesie, że
również o handel żywym towarem. Plotkowano, że rodzina Zarzyckich była w to zamieszana. Brat dziadka Janusza był bardzo związany z osadą, ale po
prawdzie nigdy niczego mu nie udowodniono. Stąd myślę, moja droga, że to
wszystko plotki. Tak jak i ta cała osada i jej dziwni mieszkańcy. Ot,
jak wymyślanie czarownicy, by móc nią straszyć dzieci. Nie zaprzątaj
sobie tym głowy... Szkoda czasu, Mieciu.
- Plotka plotką, ale, Stasiu, ja znalazłam dowody. Fotografie nie mogą
kłamać.
- Czasem kłamią... Pokazują to, co nasze oko chce zobaczyć - Rębich
rozłożył ręce. - Tak i tu. Chcesz się czegoś doszukać, to i znajdziesz.
Kłamstwo to normalna rzecz... Choć tego nie pochwalam, czasem kłamię.
Wiesz, co mówią? Kłamstewka są lepsze niż bolesna prawda. A to naginanie
rzeczywistości na fotografiach, w telewizji. Choćby te wszystkie
kobitki, co to się wyszczuplają i powiększają w innych miejscach.
Kłamią? Kłamią! Na ulicy spotkasz taką i nie poznasz, bo na zdjęciach to
inne stwory! - Staruszek zaśmiał się ze swojego żartu, jakby odwracając
uwagę Mieci od wcześniejszych słów.
- Żarty się ciebie trzymają, Staszku!
- A cóż mi pozostało? Tylko śmiać się, ot co. Mieciu, ty się od tych
kryminalnych zagadek z daleka trzymaj. Małoś nacierpiała, dziecko?
Zostaw to, zacznij żyć bez mieszania się w cudze sprawy.
- Ankę chcę chronić, zrozum! Powiedziałam, że już nic jej nie grozi!
Skłamałam jak ostatnia frajerka... A tymczasem okazuje się, że mój mąż i jego rodzinka mogli być umoczeni w handel żywym towarem! - Miecia,
poderwawszy się z krzesła, zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.
Zazwyczaj tak właśnie próbowała zebrać do kupy myśli. Tego dnia ów
sposób nie działał tak, jak powinien. Słowa Stanisława nie dawały jej
spokoju.
Zastanawiała się, jakichż to kłamstw dopuszczał się wychudzony starzec.
- Mieciu, wszystko rozumiem... Ale grzebanie w tej sprawie nikomu nie
pomoże. Jak już mówiłem, to plotki. Sam nieraz się po naszych lasach
szwendałem, gdy byłem młodszy i miałem więcej sił. Żadnej osady nigdy
nie znalazłem. A nasze lasy znam jak własną kieszeń. Nie szukaj i nie
węsz, dobrze radzę.
Mieczysława spojrzała badawczo na Stanisława. Jego twarz zmieniała się z sekundy na sekundę. Raz usta zaciskały się, tworząc cieniusieńką linię,
innym razem brwi i czoło marszczyły się, przybierając złowrogi wygląd.
- Skoro to niby, jak mówisz, plotka, to dlaczego niby mam nie węszyć i nie szukać? Bo co? Bo w każdej plotce jest ziarenko prawdy? Stasiek, nie
jestem głupia. Wiesz coś jeszcze, ale ukrywasz to przede mną, jak
ukrywaliśmy wszystko przed Anką, gdy wprowadziła się do Trzebieży. I dokąd to milczenie doprowadziło? Dlaczego kłamiesz? - spochmurniała. -
Wiesz, co sobie pomyślałam? Ty jesteś jak ta fotografia. Ukrywasz coś,
nie jesteś szczery. Nie chcesz mówić? Nie mów. Ale możesz mieć przez to
kogoś na sumieniu...
Rębich pokiwał smutno głową. Mętne oczy zaszkliły się przez chwilę.
Słowa bolały, lecz nie mógł kłócić się z prawdą.
- Najlepiej będzie, gdy po prostu będziesz miała oko na Aneczkę. Bez
mieszania się w dziwne sprawy, które ciebie nie dotyczą.
Mieczysława kucnęła przy Stanisławie, wgapiając się w niego wielkimi
oczami. Widziała, jaką walkę toczy z sobą.
- Jeśli faktycznie Zarzyccy mają coś z tym wspólnego, to sprawa jak
najbardziej mnie dotyczy. Noszę to samo nazwisko. A na Anię tak czy siak
będę mieć oko. Mam w związku z tym pewną prośbę. Oczywiście nie za
darmo!
Stanisław uśmiechnął się porozumiewawczo. Znów jego twarz w ułamku
sekundy się zmieniła: po zaciętości i złowrogim wyglądzie nie było
śladu, a oczy nabrały radosnego wyrazu. Poczuł ulgę, że temat osadników
zszedł na boczny tor.
- Chcesz zamieszkać w moim domu, mam rację?
- Masz, masz. Jak ty to robisz, że potrafisz czytać we mnie jak w otwartej księdze, stary pierdzielu? - Mieczysława roześmiała się,
wystawiając język, i próbowała udobruchać Rębicha.
- Chałupę Aneczce zapisałem, żeby do zdrowia wróciła. Ale myślę, że się
razem dogadacie i jak trzeba, zapis się zmieni. A co do pieniędzy, to
nic za to nie chcę. Oszczędności mam, a i tego do trumny nie zabiorę.
Niech ci się dobrze mieszka.
Oszczędności. Mieczysławie zaświeciła się ostrzegawcza lampka. Skąd
Rębich ma pieniądze? Jego tajemnicze zachowanie, próby wmówienia jej, że
osada jest jedynie wytworem wyobraźni trzebieskiej społeczności, pobyt w ekskluzywnym domu spokojnej starości... Te myśli nie dawały jej spokoju.
Starzec coś ukrywa. Coś, czego broni, trzymając to kurczowo.
- Dzięki, Stasiu. Anioł, nie człowiek - powiedziała, wymuszając
delikatny uśmiech.
- A jeszcze przed chwilą był stary pierdziel! - zaśmiał się, a Mieczysława go uściskała.
Przytulił ją. Pomarszczone dłonie drżały, gdy swym wątłym ciałem zamykał
ją w uścisku. Był wdzięczny za szacunek, jaki okazywali mu mieszkańcy. W jego świecie zabrakło najbliższych, którzy wybrali złą drogę. Mimo to
wciąż mógł liczyć na trzebieskich krajan. Zabłąkana łza potoczyła się po
pooranym bruzdami policzku. Smutek i wstyd wypływały na twarz starca. Do
końca swoich dni będzie żyć ze świadomością, że okłamał przyjaciół, by
bronić swoich bliskich.
Niebo za oknem pociemniało, a schludne pomieszczenie w domu spokojnej
starości w jednej chwili zrobiło się chłodne i nieprzyjemne.
Nie tylko fotografie kłamią. Ludzie będą, są i byli w tym o wiele lepsi.
Rozdział trzeci
Domek Jaszczaka, wieczór
Przez Trzebież przetaczała się burza. Grube krople deszczu bębniły o dach, błyskawice raz za razem rozrywały niebo. Ptaki ucichły. Dudniące
grzmoty raz trzaskały znienacka, by po chwili złowrogo pomrukiwać między
odgłosami ulewy. Powietrze, choć wciąż parne, pachniało teraz deszczem i odrobiną świeżości.
Kamil pochylał się nad fotografią, którą ostrożnie trzymał w palcach,
jakby obawiał się, że mocniejszy chwyt zniszczy jedyne dowody na to, że
osada istniała naprawdę.
Pozaginane rogi dodawały odbitce lat. Las, który otaczał osadników,
zdawał się wiedzieć więcej. Mężczyźni z długimi brodami i zaplecionymi
włosami byli jednakowo ubrani. Kraciaste koszule wybijały się na tle
drzew. Nieduże betonowe zejścia przywodziły na myśl bunkry z zamierzchłych czasów. W tle majaczyło coś, co swym kształtem
przypominało krzyż.
- Spójrz. Widzisz? - wskazał palcem.
Miecia bez ceregieli wyrwała mu zdjęcie z rąk. Chłopak wciągnął głośno
powietrze.
- Uspokój się, chłopie... To tylko zdjęcie! Nie sap tak!
Trzepnęła go delikatnie w ramię. Wciąż rozpamiętywała rozmowę z Rębichem.
- To aż zdjęcie. Jedyny trop, rozumiesz? Nie zniszczmy tego!
- Dobra, pokaż mi lepiej, gdzie zauważyłeś tę gnidę? - spytała, próbując
wypatrzeć męża wśród tłumu.
Kamil postukał palcem w postać, która stała tyłem, lecz twarz profilem
zwrócona była w stronę obiektywu. Zarzycka przyglądała się dłuższą
chwilę, po czym odrzuciła gwałtownie fotografię, jakby ta parzyła.
Dłoń Mieci bezwiednie powędrowała do rozszerzonych ust.
- O kurwa mać! To on! To naprawdę on!
- Mówiłem... Ja wiem, Mieciu, że te zdjęcia to jakby cię kąsały, ale
możesz wziąć do ręki tę fotkę? Chcę pokazać ci coś jeszcze.
Sklepowa przetarła twarz dłońmi. Czuła bolesne pulsowanie w skroniach.
Nie chciała znów patrzeć na męża, który wyglądał niemal identycznie jak
miesiąc temu. Ciekawość jednak wzięła górę. Miecia chwyciła z obrzydzeniem zdjęcie i spojrzała pytająco na Kamila.
- Zobacz. Porównaj te dwa zdjęcia. Jedno z młodym Januszem i to z Januszem z lat teraźniejszych.
- No patrzę. I co?
Kamil westchnął głośno, wznosząc oczy ku górze.
- Kto i dlaczego podmienił mi Mieczysławę? Skup się, do cholery! Nie
widzisz, że te zdjęcia się różnią?
Miecia wzięła obydwie fotografie. Czuła się, jakby ważyły kilka
kilogramów.
Ciążyły jej nieprzyjemnie w dłoniach.
- No widzę. Mały frajer, a tu duży frajer - położyła odbitki obok
siebie, wskazując palcem męża.
- Ja pieprzę, laska! Ogarnij się, no! Pracować się z tobą nie da! -
Kamil wstał od stołu, głośno odsuwając krzesło.
Na jednej z odbitek widoczny był z lekka rozmyty budynek, którego
wcześniej żadne z nich nie zauważyło. Schowany za ścianą gęstego lasu,
wtapiał się w tło, jakby ktoś próbował go ukryć.
- Kamil, ja ciebie bardzo przepraszam... Jakoś tak dzisiaj nie jestem
sobą. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Ale obiecuję, że teraz się
skupię.
- Miecia, zanim przystąpimy do pracy, powiesz mi, co się dzieje? Wiesz,
że ze mną możesz pogadać o wszystkim. Ulży ci, jak spuścisz parę.
Zerknęła na niego. Stał pochylony, wspierając się na wyprostowanych
dłoniach. Wyrzeźbione przedramiona i ramiona wyglądały, jakby wykuto je
w skale. Na głowie, której włosy były ścięte niemal do minimum, jak
zawsze tkwiła czapka. Dziś miał na sobie czerwoną bejsbolówkę, która
dodawała mu drapieżności. Miecia gapiła się na niego, chłonąc jego
zatroskane spojrzenie, nijak niepasujące do takiego faceta.
- To wszystko zaczyna mnie przerastać. Gabriela wciąż jest gdzieś na
wolności, okłamuję Ankę, że zagrożenie już minęło... Mój jeszcze mąż
jest w coś wplątany. To chyba nawet mnie zbyt mocno przytłacza, chociaż
doskonale wiesz, że potrafię znieść wiele. Zabawne, co? Przerasta to
mnie, babkę z jajami, która bierze wszystko na klatę. Zaczynam myśleć,
że to za dużo, nawet jak dla mnie. Gubię się. Mam wrażenie, że otaczają
mnie kłamstwo, bagno i obłuda.
Kamil pokiwał głową ze zrozumieniem. Oparł się pośladkami o stół i splótł umięśnione ręce na piersi.
Sklepowa zapadła się w sobie. Mężczyzna spoglądał na smętną i zatroskaną
kobietę.
- Zawsze twierdziłem, że jesteś zbudowana z innej gliny. Silna,
niezależna, nieustraszona. Opierająca się każdej burzy. Ale nawet
twardej, jak skała, zdarza się ukruszyć. To nie czyni jej słabszą. Wręcz
przeciwnie... Każda rysa pokazuje, jak wiele ta skała przeszła. To
uszlachetnia. Tak jest też z tobą.
- Zawsze w takich sytuacjach masz mądrą sentencję? - spytała,
uśmiechając się delikatnie. Wyprostowała się nieznacznie, jakby tymi
słowami poklepał ją po plecach.
- Nie - zaśmiał się. - Sam jestem zdziwiony, że powiedziałem coś
mądrego.
Pokręciła głową i po przyjacielsku trzepnęła go w ramię.
Kolejny grzmot przetoczył się z donośnym dudnieniem. Brzmiał tak, jakby
niebo rozrywało się tuż nad ich głowami. To była pierwsza taka burza,
która w tym roku nawiedziła Trzebież. Tuż przed pierwszą błyskawicą dało
się słyszeć nieśmiałe pomruki, zwiastujące załamanie pogody. Powietrze
stało się cięższe, a na drzewach nie poruszał się ani jeden listek. Od
zachodu po niebie ciągnęły granatowe chmury, które swym wyglądem
przeraziły niejednego mieszkańca podwarszawskiej wsi, ci wyjątkowo nie
lubią burz. Gdy już jakaś przetaczała się przez trzebieskie ziemie,
zostawiała po sobie pobojowisko. Brak prądu, powalone stare drzewa,
palące się stodoły, zalane łąki i pola, gnijące uprawy i baloty, których
rolnicy nie zdążyli zabrać na czas. Burza nigdy nie jest dla nich jak
katharsis. Wręcz przeciwnie. To jedna z plag.
Gdy ciemne chmury zasnuwały błękitne niebo, nie trzeba było długo
czekać, aż pogoda weźmie się do roboty. Mieszkańcy, ustawiając w oknach
tlące się gromnice, zatracali się w modlitwie, by żywioł oszczędził ich
domostwa. Ich twarze i złożone dłonie oświetlało ciepłe światełko, które
tańczyło na pociemniałym knocie.
- Kamil, jest jeszcze coś. I to musimy załatwić szybko i sprawnie.
Chłopak zerknął na nią podejrzliwie. Jego czoło zmarszczyło się mocno.
- Musimy się stąd wynieść. Anka niebawem wychodzi ze szpitala. Wiesz, to
jej dom. My pomieszkujemy tu tylko chwilowo. Właściwie to ja, bo ty
wpieprzyłeś się na krzywy ryj - zażartowała, unosząc znacząco brwi, gdy
wypowiadała ostatnie zdanie. Lubiła się z nim przekomarzać i cieszyło ją
to, że chłopak miał do siebie ogromny dystans i niezły refleks w grze
słownej. Szybko odbijał piłeczkę, rzucając ciętymi jak brzytwa
ripostami.
- Właśnie widzę, jak ci ze mną źle. Kamil, podaj, Kamil, przynieś,
Kamil, przytul! - parodiował jej rozkazy piskliwym głosikiem.
- A tobie jaja ktoś obciął, że tak piejesz? - odcięła się Zarzycka,
śmiejąc się na całe gardło.
Śmiech nie trwał jednak długo. Nagły błysk rozświetlił pomieszczenie, a idący w parze głośny trzask grzmotu zamknął jej na moment buzię. Pomruk
trwał dłuższą chwilę.
- Przekonaj się sama, jeśli jesteś gotowa na prawdziwego mężczyznę! -
dodał, gdy dźwięk ucichł.
- Prawdziwego mężczyznę? - Miecia aż prychnęła. - A gdzie taki jest? Bo
ja tu żadnego nie widzę...
- Ty mnie nie prowokuj, bo później będziesz żałować...
- A tam, pierdu, pierdu... Najpierw rozochocą i obiecują, a później kota
ogonem odwracają. Mężczyźni, psia jego mać! Dobra, Kier! Mamy trochę
rzeczy do ogarnięcia. Jutro się przeprowadzamy. Później pogadam z Anką,
żeby przepisała mi dom Staśka.
Mieczysława zmieniała zręcznie temat, gdy poczuła, że ich potyczki
słowne zaczynały niebezpiecznie zmierzać w kierunku, którego faktycznie
mogła później żałować.
W końcu wciąż jest żoną Janusza Zarzyckiego. Wstrętnej kanalii, dodała
w myślach, ilekroć myślała o swoim mężu, który stracił dużo w jej
oczach, gdy pogrywał z jej zaufaniem i uczuciami. Podjęła nawet decyzję
o rozwodzie. Postanowiła jednak zająć się tym dopiero wtedy, gdy
uporządkuje sprawy, które spadły jej na głowę.
- Jutro? Mieciu, po co ten pośpiech?
- Jaja podcięli i przy okazji uszy ci upieprzyli, co? No jutro, jutro.
Anka może wyjść lada dzień, więc czasu jest naprawdę mało. Zacznij się
pakować, jutro przeniesiemy nasze graty do domu Staśka i posprzątamy dom
Ani przed jej powrotem. Jak już wróci, podejmie decyzję o tym, czy
sprzedaje swój dom, czy nie. Wiesz, ile tam wycierpiała. Wspominała coś
o sprzedaży swojej chaty, więc dajmy jej chwilę, by mogła zadecydować,
czy opuszcza Trzebież, czy spróbuje zapuścić tu korzenie.
- Aj, Miećka, Miećka... Czasem to mam ochotę zatkać ci tę jadaczkę...
Miecia uśmiechnęła się szeroko na te słowa, po czym udając, że czegoś
szuka, schyliła się, wyciągnęła spod stołu dłoń i pokazała Kamilowi
środkowy palec.
- Jak dziecko... - pokręcił głową i ruszył, by się pakować.
Mieczysława została sama, zamyślona nad sepiowymi odbitkami.
*
Kamil ustawiał w salonie zapełnione kartony. W większości były w nich
sprzęty do nagrywania materiałów na YouTubie oraz ubrania. Mieczysława,
która poganiała go jeszcze kilkadziesiąt minut temu, wciąż siedziała
przy stole. Z radia stojącego na kuchennym blacie płynęła spokojna
muzyka, która melodyjnie zapełniała ciążącą w powietrzu ciszę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki