Prolog
Prolog
Pogoda tego dnia była wyjątkowo nieprzyjazna. Porywisty wiatr
bezlitośnie smagał umundurowanych policjantów, prawników w garniturach i adwokatów w togach oraz perukach, którzy tłumnie wylegli z gmachu Old
Bailey. Przyjechałem na miejsce dwie godziny przed czasem i przez cały
ranek przechadzałem się nerwowo po ulicy. Żeby zagłuszyć dręczące mnie
obawy, obsesyjnie czytałem po raz któryś z rzędu swój raport, paląc
papierosa za papierosem -?perspektywa składania zeznań w procesie o morderstwo jest świetnym pretekstem do odnowienia nałogu. Zamiast motyli
miałem w brzuchu nietoperze, a ich trzepotanie potęgował widok
majestatycznej fasady Old Bailey -?filarów, posągów, kamiennych
ornamentów i łacińskich inskrypcji.
W końcu stanąłem przed obliczem sądu i nie zważając na strużki potu,
które ciekły mi po plecach pod nowiutką marynarką, odczytałem
przyrzeczenie: "Uroczyście, szczerze i świadomie oświadczam i zapewniam,
że wszystko, co zeznam, będzie prawdą, całą prawdą i tylko prawdą".
Wziąłem głęboki oddech. Kiedy czekałem, aż obrońcy i sędzia wezmą mnie w krzyżowy ogień pytań, sięgnąłem po szklankę z wodą. Czułem się jak
gazela u wodopoju, która w pośpiechu gasi pragnienie, bacznie wypatrując
przyczajonych lwów.
W tamtym czasie jako lekarz stażysta musiałem uzgadniać wszystkie ważne
decyzje z konsultantem1, który kierował naszym zespołem.
Jednak mój szef zorientował się, że możemy zyskać dostęp do skarbnicy
wiedzy na temat niuansów świata medycyny i prawa, dlatego powierzył tę
sprawę mnie. Kilka tygodni po złożeniu sprawozdania w sądzie otrzymałem
wezwanie do złożenia zeznań na procesie. Obecnie często występuję w charakterze biegłego, ale wtedy byłem nieopierzonym nowicjuszem.
Stojąc na miejscu dla świadków, doskonale zdawałem sobie sprawę z ogromnej odpowiedzialności, jaka spoczywała na moich barkach. Chociaż
opinia psychiatry sądowego nie jest wiążąca, ma ogromny wpływ na wyrok.
Dlatego każde zaniedbanie może doprowadzić do fatalnych konsekwencji. Od
mojego wystąpienia zależy los tych, którzy zasiadają na ławie
oskarżonych. Mogę sprawić, że upośledzony i bezbronny człowiek zyska
szansę na powrót do społeczeństwa, zamiast spędzić resztę życia w więzieniu. Jeśli natomiast wydam niewłaściwą opinię, mogę przyłożyć rękę
do tego, że winny uniknie kary za morderstwo.
Większość pacjentów kwalifikujących się do leczenia psychiatrycznego nie
przejawia skłonności do przemocy. Większość sprawców brutalnych
przestępstw nie jest chora psychicznie. Ale kiedy te dwa światy zderzają
się ze sobą, rezultaty mogą być opłakane. Tak jak w tamtej sprawie
rozpatrywanej w Old Bailey -?nastoletnia uczennica, która cieszyła się
nieposzlakowaną opinią i nie przejawiała zachowań antyspołecznych,
zabiła małe dziecko, prawdopodobnie w nagłym ataku psychozy, czym na
zawsze zrujnowała życie swojej rodziny. Psychiatrzy sądowi nie tylko
wydają opinie na temat pacjentów, którzy dopuszczają się aktów przemocy
wskutek zaburzeń psychicznych, ale również zapobiegają potencjalnym
zbrodniom i chronią społeczeństwo przed zagrożeniem. Na tym właśnie
polega moje zadanie.
Zajmuję się badaniem, oceną ryzyka, leczeniem i resocjalizacją ludzi,
których w branży nazywamy "przestępcami cierpiącymi na zaburzenia
psychiczne", jednak tabloidy określają ich mianem "niebezpiecznych
wariatów". Moi pacjenci zazwyczaj dopuszczają się napaści i rozbojów,
ataków z użyciem noża, podpaleń i gwałtów. Niektórzy zabijają. Często
działają pod wpływem paranoi i zaburzeń urojeniowych. Niektórzy słyszą
głosy nakłaniające ich do popełniania różnych okropieństw. Większość z nich zmaga się również ze współistniejącymi problemami, do których
należą uzależnienie od narkotyków i alkoholu lub powszechnie występujące
wady charakteru, jak lekceważenie norm moralnych, brak empatii oraz
niezdolność do odczuwania wyrzutów sumienia. W rezultacie ludzie tacy
notorycznie znieważają, atakują i okłamują innych, manipulują nimi i traktują ich z bezduszną obojętnością. Tego rodzaju cechy są określane
zbiorczo jako zaburzenia osobowości.
Psychiatria sądowa jest również domeną współczucia. Moi pacjenci należą
do najbardziej poszkodowanych i podatnych na zranienie ludzi, którzy w przeszłości sami byli ofiarami. W dzieciństwie doświadczali różnych form
maltretowania. Ponadto są podwójnie napiętnowani -?z powodu chorób
psychicznych i popełnionych zbrodni. Po zdiagnozowaniu takich pacjentów
poddajemy ich leczeniu w zamkniętych oddziałach psychiatrycznych;
dogłębnie analizujemy ich życie i próbujemy zrozumieć okoliczności oraz
przyczyny ich występków, co z kolei pozwala nam określić czynniki
ryzyka. Z biegiem lat, a niekiedy nawet dziesięcioleci, wykluczamy
problemy, z którymi jesteśmy w stanie sobie poradzić. Staramy się tym
ludziom dać szansę na ponowne odnalezienie się w społeczeństwie, które w najlepszym wypadku nie interesuje się nimi, a w najgorszym chce ich
zamknąć w więzieniu i wyrzucić klucz.
Oskarżona nazywała się Yasmin Khan i udusiła swojego dwuletniego
bratanka poduszką. Była przekonana, że wypędza z niego demony i po
wszystkim chłopczyk się obudzi. Jej sprawa była jedną z pierwszych w mojej karierze i to na jej procesie w Old Bailey zadebiutowałem jako
biegły. Od tamtego czasu wydałem setki orzeczeń i poddałem leczeniu
niezliczoną rzeszę psychicznie chorych przestępców. Mając do czynienia z szerokim przekrojem zbrodni i brutalnymi szczegółami, łatwo się
uodpornić. Mimo to niektóre przypadki zapisały się trwale w mojej
pamięci. Czasami akt przemocy jest wyjątkowo szokujący albo pozbawiony
sensu. Kiedy indziej ofiara jest szczególnie bezbronna i niewinna. Bywa,
że dotyczy to również sprawcy. Niekiedy diagnoza jest niejednoznaczna i trudna do sformułowania. Sprawa Yasmin Khan spełniała wszystkie z powyższych warunków.
Istnieją cztery naturalne środowiska, w których występują psychiatrzy
sądowi. Zazwyczaj wybieramy jedno lub dwa z nich na swoje miejsce pracy.
Najczęściej można nas spotkać w zamkniętych oddziałach psychiatrycznych,
za ciężkimi wzmacnianymi drzwiami o magnetycznych zamkach wyposażonych w skanery linii papilarnych, w budynkach otoczonych wysokimi ogrodzeniami
z drutu kolczastego. Są to miejsca przeznaczone dla pacjentów wysokiego
ryzyka, gdzie przywiązuje się ogromną wagę do bezpieczeństwa, a personel
jest zawsze w stanie gotowości, by reagować na przypadki agresji lub
pobudzenia. Pracujemy również, aczkolwiek już nie tak licznie, w Zespołach Leczenia Środowiskowego, gdzie nadzorujemy pacjentów
wypuszczonych z oddziałów zamkniętych i pomagamy im na nowo zintegrować
się ze społeczeństwem. Wypełniamy tutaj szczególne zadanie jako
psychiatrzy (i w ogóle jako lekarze), polegające na zapewnieniu
bezpieczeństwa nie tylko samym pacjentom, ale również ich rodzinom,
przyjaciołom czy przypadkowym osobom, które mogą się znaleźć w pobliżu -
czyli potencjalnym ofiarom.
Psychiatrzy sądowi pracują również za murami zakładów karnych, gdzie
szerzą się zaburzenia psychiczne, a mrożące krew w żyłach krzyki i protesty polegające na zanieczyszczaniu cel fekaliami są na porządku
dziennym. Zazwyczaj jako członkowie Zespołów Leczenia Doraźnego -
przychodni zdrowia psychicznego działających w więziennych oddziałach
szpitalnych -?pomagamy nieszczęśnikom, którzy cierpią na psychozy i wymagają obserwacji oraz terapii na najwyższym poziomie.
Kolejnym miejscem pracy jest dla nas sąd, gdzie występujemy niezależnie
albo w Zespołach Opiniodawczo-Doradczych. Tutaj naszym zadaniem jest
ocena stanu zdrowia oskarżonego, który trafia do sądu z posterunku
policji (jeżeli właśnie został aresztowany), z własnego domu (jeżeli
został zwolniony za kaucją) albo z więzienia (jeżeli oczekiwał na proces
w areszcie). Kiedy diagnoza wskazuje na poważną chorobę psychiczną, inne
zaburzenia, jak na przykład upośledzenie zdolności do przyswajania
informacji lub nadużycie substancji psychoaktywnych, powierzamy
pacjentów opiece odpowiednich służb medycznych. W rzadkich przypadkach,
gdy choroba jest zbyt ciężka, aby oskarżony mógł samodzielnie
funkcjonować w społeczeństwie, umieszczamy go w zamkniętym oddziale
psychiatrycznym.
Niektórzy psychiatrzy występują również w charakterze biegłych sądowych.
Jest to przeważnie działalność prywatna, która nie ma związku z wymienionymi powyżej obowiązkami. Zadaniem biegłego sądowego jest
doradztwo w sprawach karnych dotyczące szeregu zagadnień
medyczno-prawnych -?na przykład całkowite zwolnienie od
odpowiedzialności karnej na podstawie choroby psychicznej (uniewinnienie
z powodu niepoczytalności) albo zmiana kwalifikacji czynu z morderstwa
na zabójstwo (złagodzenie kary). W przypadku szczególnie niebezpiecznych
przestępców cierpiących na choroby psychiczne decydujemy, kto powinien
zostać pilnie umieszczony w oddziale zamkniętym w celu dokładnej
obserwacji i długotrwałego intensywnego leczenia. Wszystkie te kwestie
oraz wiele innych odnosiły się do wyjątkowo trudnej i złożonej sprawy
Yasmin Khan.
Podczas rozprawy w Old Bailey oskarżenie wystąpiło przeciwko moim
zaleceniom dotyczącym zarówno orzeczenia niepoczytalności oskarżonej,
jak i umieszczenia jej w szpitalu psychiatrycznym. Asesorka prokuratury
wnioskowała o dożywocie, ale nie starała się wykorzystywać kruczków
prawnych ani kwestionować rzekomo niepewnej diagnozy Yasmin. Starała się
za to podważyć moją wiarygodność jako biegłego, wielokrotnie zwracając
uwagę na moje skromne doświadczenie. O ile słuch mnie nie mylił,
akcentowała słowo "stażysta", ilekroć wymieniała mój tytuł służbowy.
Natarczywie próbowała wytrącić mnie z równowagi -?przerywała mi w pół
zdania i nawiązywała do błahostek w moich wypowiedziach, próbując mnie
skłonić, abym zaprzeczył sam w sobie. Jednak na tym polegała jej praca.
Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Jak mówi Michael Corleone w Ojcu chrzestnym: "To nic osobistego. To czysty biznes". Miałem nad
nią przewagę, ponieważ od kilku miesięcy badałem Yasmin i dobrze
zaznajomiłem się z jej sprawą. Wydawało się rzeczą zrozumiałą, że
oskarżenie uderza w czuły punkt, próbując mnie zdyskredytować. Asesorka
zadawała naprowadzające i zawiłe pytania. Odpowiadałem na nie w logiczny
i neutralny sposób. Czyniła pokrętne aluzje. Odpierałem jej ataki, tak
jak mnie nauczono. Stoczyliśmy długi nużący pojedynek intelektualny
pełen biernej agresji i formalnych niuansów. Sędzia przyglądał się nam z niewzruszoną miną. Zapewne tak, jak go nauczono. I kiedy stałem na
miejscu dla świadków, nagle dotarło do mnie, że nie tylko mój niepokój
znikł bez śladu, ale zastąpiła go autentyczna satysfakcja. Podobały mi
się peruki i togi, zbyteczne łacińskie określenia i podniosła atmosfera
sali sądowej. A do tego wygrywałem debatę.
Wciąż doskonale pamiętam Yasmin, jej niewinną dziecięcą twarz, włosy
zaplecione w warkocze i brwi ściągnięte w wyrazie niepewności. I ten
złowieszczo nieobecny uśmiech. Jej sprawa należy do najbardziej
wstrząsających w mojej karierze i wciąż pozostaje jednym z najtrudniejszych doświadczeń emocjonalnych w moim życiu. Skłoniła mnie
do zadania sobie wielu ważnych pytań. W owym czasie planowaliśmy z żoną
powiększenie rodziny. Zastanawiałem się, czy coś tak bezcennego, co
rozwija się przez tyle czasu, rzeczywiście może zostać unicestwione w jednej chwili. Czy Yasmin pogodziła się z tym, co zrobiła w psychotycznym amoku? Czy potrafiła odbudować swoje życie? Czy rodzina
była w stanie jej wybaczyć? Wiedziałem, że aby znaleźć odpowiedzi, muszę
poświęcić się bez reszty zgłębianiu tej niszowej dziedziny, którą
dotychczas zaledwie musnąłem. Niemniej zyskałem również wielką szansę na
zdobycie wiedzy jako lekarz stażysta i jestem wdzięczny mojemu szefowi,
że miał do mnie tyle zaufania, by powierzyć mi tę sprawę.
To pierwsze wystąpienie w Old Bailey czegoś mnie nauczyło. Nerwowe
trzepotanie w żołądku i papierosy okazały się niepotrzebne. W roli
biegłego sądowego spisałem się całkiem nieźle. Sama perspektywa
krzyżowego ognia pytań budzi lęk wśród niektórych moich kolegów po
fachu, ale mnie przesłuchanie przed sądem wprawiło w doskonały nastrój.
Wcześniej nie byłem do końca przekonany, czy chcę się zajmować
psychiatrią sądową, ale tamta rozprawa była dla mnie przełomowym
doświadczeniem. Już wiedziałem, co chcę robić. Odkryłem również, że
jeszcze wiele muszę się nauczyć. I wiele się nauczyłem. Setki spraw,
ekspertyz i przesłuchań przed sądem; zagadki wielu brutalnych napaści,
morderstw i gwałtów doprowadziły mnie tam, gdzie jestem teraz.
1. Początki
Rozdział 1
Początki
Zacząłem się interesować przestępczością na długo przed tym, jak
postanowiłem zostać psychiatrą. W zasadzie najpierw był rap, potem świat
zbrodni, a potem psychiatria. W latach dziewięćdziesiątych, będąc
nastolatkiem, słuchałem jak urzeczony Cypress Hill, House of Pain i Wu-Tang Clan rapujących otwarcie i bez skrępowania o handlu prochami i biciu, a nawet zabijaniu ludzi. Ich teksty rozbudziły moją fascynację
gangsterką, ale największe wrażenie zrobił na mnie Snoop Doggy Dogg
(który od tamtego czasu odrzucił człon "Doggy", bo chyba uznał, że jego
pseudonim jest za bardzo psi). Dr Dre, który wystąpił z nim w duecie,
był zadziorny i odjechany, ale Snoop miał jasne przesłanie. Ten sam
facet, który teraz grywa drobne rólki w hollywoodzkich filmach i występuje w reklamach Just Eat, kiedyś rapował bez ogródek o piciu
dżinu, paleniu trawki, zabijaniu z byle powodu i erotycznych przygodach
z naiwnymi panienkami, do których nie trzeba dzwonić następnego dnia.
Oczywiście dzisiaj ten przepojony mizoginią i przemocą światopogląd jest
dla mnie nie do przyjęcia, ale wtedy nie tyle treść, ile śmiała forma
przekazu sprawiała, że siedziałem z uchem przy odtwarzaczu
(przyciszonym, kiedy w domu byli rodzice, którzy nie tolerowali
wulgaryzmów).
Najbardziej urzekający był dla mnie w tym wszystkim buntowniczy duch.
Wychowałem się pod kloszem, a w moim domu rodzinnym obowiązywały ściśle
ustalone reguły. W sielankowej, żeby nie powiedzieć nudnej wiosce
Poynton w Cheshire, gdzie mieszkałem, źródłem największego zagrożenia
była nieprzeciętnie wysoka huśtawka linowa. Policyjne syreny, wojny
gangów i więzienne porachunki były elementami świata fantazji.
Moja matka pracowała w firmie produkującej zatyczki do uszu, a potem
została sekretarką wykładowcy uniwersyteckiego. Ojciec był inżynierem
chemikiem, a jego praca, co osobliwe, polegała na sporządzaniu receptury
mniej rakotwórczego i szybkoschnącego kleju do papierosów. Obydwoje
przybyli z Indii do Londynu na początku lat sześćdziesiątych i wyróżniali się na tle licznego rodzeństwa, ponieważ ich małżeństwo nie
było zaaranżowane, tylko pobrali się z miłości. Wiele ucierpieli z powodu jawnego rasizmu i dyskryminacji. Tak często zatrzaskiwano im
drzwi przed nosem (dosłownie i w przenośni), że zamiast integracji i akceptacji zaczęli marzyć o sukcesie i dominacji -?postawa, na którą
obecnie mamy inne zapatrywania. Zgodnie z indyjskim obyczajem wręcz
obsesyjnie inwestowali w przyszłość moją i starszej siostry. Ponieważ
jako inteligentny chłopiec dobrze sobie radziłem z naukami
przyrodniczymi, nalegali, abym poszedł na studia medyczne, mimo że sam
byłem jeszcze zbyt młody, aby przejawiać zainteresowanie takim wyborem.
Jednak rodzice pochodzili z kraju, w którym nie mogli liczyć na
bezpieczeństwo socjalne, dlatego wykształcenie miało dla nich tak wielką
wartość. Decydowało o różnicy między dostatnim życiem a śmiercią głodową
na ulicy. Rodzice prawie codziennie zmuszali mnie do nauki przez
dodatkowych kilka godzin, abym zawsze wyprzedzał rówieśników i program
szkolny. Oczywiście dzisiaj mam świadomość, że dzięki ich wsparciu i motywacji zaszedłem tak daleko, ale wtedy nie cierpiałem przymusowego
ślęczenia nad książkami. Marzyłem tylko, żeby pójść na rower, później
interesowały mnie sztuki walki i gry wideo, a kiedy byłem jeszcze
starszy, chodziłem na imprezy i kombinowałem, jak kupić alkohol z podrobionym dowodem.
Podobnie jak wielu moich kolegów od wczesnych lat szkolnych fascynowałem
się brutalnymi filmami. Moje upodobanie nasiliło się pod wpływem gry
Street Fighter II na Super Nintendo, którą uważałem za największą
zdobycz cywilizacji od czasu wynalezienia koła. (Co ciekawe, dzisiaj
jestem szczęśliwym posiadaczem pełnowymiarowego automatu do Street
Fightera II, który stoi w kuchni i jest solą w oku mojej żony).
Ponieważ wtedy jeszcze nie miałem zbyt dużych wymagań co do fabuły i postaci, nie tylko uważałem, że Jean-Claude Van Damme postępuje
słusznie, ale zachwycałem się jego baletowymi kopniakami. W przeciwieństwie do większości kolegów musiałem przestrzegać bardzo
rygorystycznych zasad dotyczących godziny powrotu do domu, towarzystwa,
w którym się obracam, zajęć pozalekcyjnych i mojej niezależności
finansowej, więc wydawało się raczej niepojęte, że rodzice bez oporów
pozwalali mi w piątkowe wieczory wypożyczać filmy dozwolone od lat
osiemnastu. Pociągała mnie przemoc. RoboCop, Terminator 2 i Chłopaki z sąsiedztwa odcisnęły niezatarty ślad w moim młodym umyśle.
Kiedy raz za razem uciekałem od nudnych podręczników w porywający świat
kryminału i sensacji, nie zdawałem sobie sprawy, że dwie dekady później
będę regularnie miał do czynienia ze sprawcami brutalnych przestępstw.
Chcąc uciec jak najdalej z sennego Cheshire, w 1997 roku rozpocząłem
naukę na akademii medycznej w Edynburgu. Bez problemu odnalazłem swoje
miejsce w gronie rówieśników, ale byłem zdeterminowany w poszukiwaniach
samego siebie. Mimo to odnosiłem wrażenie, że dryfuję bez celu. Podobnie
jak moi przyjaciele miałem nietypowe nastawienie -?zamiast korzystać z okazji do nauki zawodu i sporadycznych kontaktów społecznych,
traktowaliśmy studia jak jedną wielką imprezę, którą od czasu do czasu
trzeba przerwać dla nudnych wykładów i ćwiczeń klinicznych. Udział w zajęciach ograniczyliśmy do absolutnego minimum, byle tylko nie wylecieć
z uczelni. Dzisiaj obecność na zajęciach podlega o wiele bardziej
skrupulatnej kontroli, ale za moich czasów w tych sporadycznych
przypadkach, kiedy musieliśmy wpisać się na listę (na przykład w prosektorium, gdzie kroiliśmy trupy na ćwiczeniach z anatomii),
wybieraliśmy przedstawiciela grupy, który musiał zwlec się rano z łóżka,
poskromić kaca i podpisać się za nas wszystkich. Gdy raz na jakiś czas
osobiście zjawiałem się na zajęciach w prosektorium, widok martwych ciał
nie działał na mnie zbyt zachęcająco -?ich wygląd i woń były tak
nierzeczywiste, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak te odbarwione i zakonserwowane w formalinie zwłoki mogły kiedyś chodzić i oddychać. Moje
poczynania, a właściwie ich brak, doprowadziły do przykrych
konsekwencji. Zawaliłem prawie wszystkie egzaminy i musiałem przystąpić
do letniej sesji poprawkowej. O mały włos (dziewięćdziesiąt dziewięć
mikrometrów, co zapamiętałem z anatomii) nie skończyło się powtarzaniem
całego pierwszego roku. Postanowiłem potraktować studia poważnie i przyłożyć się do nauki. Ale gdy znów spotkałem się z kolegami na
początku drugiego roku, moje postanowienie znacznie osłabło. Mimo to
udało mi się jakoś dotrwać do końca studiów. Z perspektywy czasu widzę,
jak niedojrzałe było moje zachowanie. Teraz, jako mężczyzna po
czterdziestce, jestem zmotywowany i podchodzę do mojej pracy z pasją.
Ale podczas studiów wciąż jeszcze myślałem kategoriami nastolatka.
Jedyna różnica polegała na tym, że nie potrzebowałem już podrabianego
dowodu, żeby kupić alkohol, a rodzice nie czekali co wieczór na mój
powrót z zegarkiem w ręku.
W połowie studiów medycznych zrobiłem sobie roczną przerwę, którą
przeznaczyłem na dodatkowy kurs farmakologii. Chciałbym powiedzieć, że
interesowałem się tą dziedziną, ale w rzeczywistości chciałem odwlec
perspektywę nieuchronnej harówki na stażu. Gdy po przerwie wróciłem na
czwarty rok medycyny, miałem dwadzieścia dwa lata i po raz pierwszy
zetknąłem się z psychiatrią. Skierowano mnie na praktyki zawodowe w ośrodku zdrowia psychicznego przy szpitalu w Edynburgu i natychmiast
spodobała mi się ta specjalność. Cały personel był bardzo życzliwy i przyjazny wobec wszystkich studentów -?takie podejście kontrastowało z moimi doświadczeniami z innych praktyk, gdzie traktowano nas jak smród
unoszący się za doświadczonymi lekarzami, więc zazwyczaj czuliśmy się
zbyt zastraszeni, aby unieść wzrok, a co dopiero zadawać pytania.
Jak w przypadku wszystkich zajęć klinicznych, początkowo chciałem
przebumelować również te praktyki, a w ciągu ostatnich dwóch tygodni
zebrać informacje potrzebne do egzaminu. Jednak ku mojemu zaskoczeniu
okazało się, że niedostatki wiedzy nadrabiam empatią i łatwością
nawiązywania kontaktów. Kiedy trafiali do nas pacjenci, którzy
przedawkowali leki przeciwbólowe, po przyjęciu na obserwację
potrzebowali kogoś, kto wysłucha ich zwierzeń i powstrzyma się od
osądów. Mnie się to udawało!
Szczerze mówiąc, moja empatia nigdy wcześniej nie została wystawiona na
próbę. Wychowałem się w typowej dla azjatyckiej rodziny atmosferze
stoicyzmu, nie straciłem nikogo bliskiego, a wśród moich przyjaciół i krewnych nie dochodziło do wielkich tragedii. Po raz pierwszy w życiu
zetknąłem się z ludźmi, którzy mieli prawdziwe problemy: przemoc, bieda,
alkoholizm, bezdomność, porzucenie i oczywiście choroby psychiczne.
Mgliście zdawałem sobie sprawę z istnienia takiego świata, lecz był on
dla mnie tak samo odległy i nierealny jak gangsterskie porachunki z piosenek Snoop Dogga.
W późniejszej fazie mojej praktyki studenckiej przewinąłem się przez
kilka oddziałów psychiatrycznych. Poznałem dziesiątki pacjentów i jak
urzeczony słuchałem opowieści o ich przeżyciach, z których część
istniała tylko w sferze urojeń. Czasami były to surrealistyczne, a nawet
przerażające rozmowy, ale zawsze mnie fascynowały. Szybko odkryłem, że
między okazywaniem zrozumienia a prowokowaniem tych dziwnych zwierzeń
przebiega bardzo cienka granica. Na przykład pewien właściciel pubu był
przekonany, że się kurczy i niedługo całkowicie zniknie. Były profesor
uniwersytetu uważał się za kolejne wcielenie Kleopatry. Wychudzony jak
szkielet cierpiący na anoreksję chłopiec wstydził się swojej nadwagi.
Pewna nauczycielka w średnim wieku siedem miesięcy wcześniej przeżyła
straszliwy wypadek samochodowy, w którym straciła nastoletniego syna.
Nazywała się Freda Millican i jej historia ujęła mnie najbardziej. Do
szpitala przywiózł ją mąż, ponieważ od trzech dni nie spała. Nigdy nie
widziałem osoby tak bardzo przytłoczonej smutkiem. Ponieważ w ciągu
ostatnich tygodni wykazałem się zaangażowaniem i kompetencją, szef
zespołu psychiatrów, doktor Porter, pozwolił mi dokonać oceny jej stanu.
Dzień wcześniej badałem właściciela pubu i chociaż wzbudził we mnie
współczucie, a nawet nawiązała się między nami nić sympatii, jego
psychoza była tak oderwana od rzeczywistości, że przywodziła mi na myśl
zwłoki w prosektorium. Natomiast sytuacja Fredy była inna. Coś takiego
mogło się zdarzyć każdemu. To mogło spotkać również mnie.
Kilka razy dziennie Freda czuła, że ma "rosnący balon w brzuchu" -?takie
samo wrażenie, jakiego doświadczyła, kiedy jej samochód oderwał się od
drogi -?i prześladował ją widok krwi syna ściekającej po rozbitej
szybie. Wyznała mi, że "zapętliła się w tym dniu" i musi "raz za razem
przeżywać wszystko od nowa". Wspomniała również o innych objawach: ani
na chwilę nie opuszczało jej przygnębienie, czuła się zbyt zmęczona, by
zadbać o siebie albo zająć się domem, i nie była w stanie prowadzić
rozmowy ani nawet skupić się na oglądaniu telewizji. Mąż zmusił ją, żeby
poszła na bingo, co czyniła regularnie przed wypadkiem.
-?To było okropne -?wyznała. -?Nie czułam żadnej przyjemności. Miałam
wrażenie, że wszyscy mi się przyglądają przez to, co mnie spotkało.
Chciałam jak najszybciej stamtąd uciec.
Freda bała się wychodzić z domu. Przerażała ją myśl, że zobaczy jakiegoś
nastolatka podobnego do jej syna. Taki widok mógłby wytrącić ją z równowagi i wywołać trwające przez wiele godzin natrętne wizje.
Kiedy mi o tym mówiła, nagle zalała się łzami. Postawiłem przed nią
pudełko chusteczek i chwyciłem ją za rękę, zapewniając, jak bardzo jest
mi przykro. Poczułem w piersi dziwny chłód. Jeszcze nigdy nie
doświadczyłem tak silnego współczucia. Odłożyłem na bok niedawno
wyuczony na pamięć schemat wywiadu psychiatrycznego. Poczułem, że seria
pytań ukierunkowanych na rozpoznanie objawów klinicznych jest zbyt
bezduszna w tych okolicznościach. Instynktownie zmieniłem taktykę i zacząłem wypytywać o jej syna. Jaki miał charakter? Jakiej muzyki
słuchał? Co najbardziej lubił jeść? Miał na imię Angus, ale przyjaciele
mówili na niego Mangusta. Uwielbiał hip-hop i gry wideo -?niedawno byłem
takim samym chłopakiem. Jego największym skarbem był gramofon, który
niedawno sobie kupił. Po szkole dorabiał w Scotmid (szkocki odpowiednik
sieci supermarketów Budgens), a większość wolnego czasu i pieniędzy
przeznaczał na rzadkie płyty winylowe. W miarę jak Freda dzieliła się ze
mną swoimi czułymi wspomnieniami, coraz rzadziej zanosiła się szlochem.
Później delikatnie zacząłem przechodzić do wywiadu. Dziesięć lat
później, kiedy odbywałem staż jako początkujący psychiatra, nauczono
mnie, jak subtelnie wplatać pytania w rozmowę z pacjentem, zamiast
zadawać je po kolei. Rozmawiając z Fredą o jej synu, nie znałem tej
techniki, ale zastosowałem ją intuicyjnie.
Kiedy dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami z doktorem Porterem,
potrafiłem dopasować odpowiedzi pacjentki do konkretnych objawów.
Skrawki podręcznikowych informacji zaczęły tworzyć w mojej głowie spójną
całość, naprowadzając mnie na trop diagnozy. Wizje Fredy były
flashbackami -?nawracającymi wspomnieniami traumatycznego zdarzenia!
-?Objawy utrzymują się zbyt długo, by uznać je za zwykłą rozpacz -
wyjaśniłem, popijając kawę. -?Ta kobieta cierpi na zespół stresu
pourazowego.
Doktor Porter był pierwszym znanym mi lekarzem, który nie tylko pozwalał
na picie kawy podczas konsultacji, ale zaopatrywał w nią cały swój
zespół. Zastanawiałem się, czy wszyscy psychiatrzy są tacy mili.
-?Doskonale. Coś jeszcze?
-?Myślę, że pacjentka ma też klasyczną depresję. Cóż, zaczęło się od
zaburzeń adaptacyjnych, które z czasem przerodziły się w depresję.
-?Na jakiej podstawie tak uważasz?
-?Brak energii i motywacji, problemy z koncentracją i prawdopodobnie
anhedonia.
Ostatni z objawów, czyli niezdolność do odczuwania przyjemności, ma
kluczowe znaczenie w rozpoznawaniu depresji.
-?Jakie metody leczenia można by zastosować w tym przypadku?
Ku swemu zaskoczeniu zacząłem wymieniać różne propozycje:
-?Terapia poznawczo-behawioralna, odwrażliwianie i ponowne przetwarzanie
informacji za pomocą ruchów gałek ocznych, środki antydepresyjne...
-?Jakie antydepresanty są dopuszczalne w leczeniu zespołu stresu
pourazowego?
-?Hm, na przykład paroksetyna?
-?Dobrze -?odparł doktor Porter, kiwając głową.
-?Myślę, że pacjentka cierpi również na agorafobię. Boi się wychodzić z domu.
-?Tutaj nie wyciągałbym pochopnych wniosków. Moim zdaniem jest to
zachowanie związane z zespołem stresu pourazowego. Widok młodych ludzi
podobnych do jej syna wyzwala w niej traumatyczne wspomnienia, więc
unika takich bodźców.
Przyznam, że miało więcej sensu.
-?Pamiętaj, psychiatria nie powinna być zbyt skomplikowana -?dodał mój
mentor. -?Zbyteczne diagnozy zawsze prowadzą do szufladkowania, ale
rzadko pomagają pacjentom. Podstawą jest prostota.
Prostota. To mi się podoba, pomyślałem.
Tego dnia wyszedłem ze szpitala pełen mieszanych uczuć. Cierpienie Fredy
i tragedie prawdziwego świata przebiły kokon, w którym wiodłem
beztroskie życie studenta wypełnione imprezami i błahostkami. Ale
doświadczyłem również czegoś zupełnie nowego. Poczułem się jak lekarz.
Uświadomiłem sobie, że psychiatria jest jedną z nielicznych
specjalizacji (do tej kategorii zaliczyłbym także zawód lekarza
ogólnego), w której osobowość i podejście do pacjenta są nie tylko
dodatkiem, ale mają fundamentalne znaczenie.
Od kardiochirurga też możemy oczekiwać, aby był miły i uprzejmie
odpowiadał na wszystkie pytania, ale jeśli prawidłowo przeprowadzi
operację serca, jego maniery nie mają większego znaczenia. Z nami jest
inaczej. Przekonałem się, że psychiatria ma w sobie więcej ze sztuki niż
z nauki. Wyłącznie od naszej empatii i umiejętności prowadzenia rozmowy
zależy, czy pacjent się otworzy i wpuści nas do swojego osobistego,
nierzadko paranoicznego świata.
Drugorzędną inspiracją był dla mnie fakt, że dorównywałem moim kolegom
kujonom, a często byłem nawet lepszy od nich w tworzeniu więzi z pacjentami i rozpoznawaniu objawów. Odkryłem, że potrafię uspokoić
każdego, z kim mam do czynienia, bez względu na jego charakter czy
pochodzenie -?czy jest to młodociany członek gangu cierpiący na
schizofrenię, czy nastoletnia dziewczyna, która zażyła cała fiolkę
leków, żeby zemścić się na niewiernym chłopaku, czy staruszka dotknięta
demencją. Studenci medycyny, którzy zakuwali na okrągło i na egzaminach
zostawiali wszystkich w tyle, często zachowywali się w sztuczny i wymuszony sposób. Być może wyszły mi na dobre pozbawione zahamowań
rozmowy z przypadkowo napotkanymi osobami w klubach z muzyką drum and
bass (czasami w dusznej atmosferze albo na rozbieranych imprezach), w których bywałem przez pierwsze cztery lata studiów.
Gdy coraz bardziej nabierałem pewności siebie, poczułem głód wiedzy.
Fascynowały mnie wszystkie te dziwne objawy, od katatonii po zaburzenia
myślenia. Byłem urzeczony niezwykłością ludzkiej psychiki. Po raz
pierwszy w życiu uczyłem się dla siebie, a nie po to, by zadowolić
rodziców albo ze strachu przed zbliżającymi się egzaminami. Wszystkie
objawy i syndromy, o których czytałem, mogły stać się elementami
układanki prowadzącej ostatecznie do postawienia diagnozy. Chciałem
również poznawać nieprzebrane mnóstwo środków farmakologicznych oraz ich
wpływ na receptory, neurony i neuroprzekaźniki, aby móc je włączyć do
swojego arsenału terapeutycznego.
W wieku dwudziestu czterech lat zostałem świeżo upieczonym lekarzem.
Jednak zamiast od razu poświęcić się karierze psychiatry, doszedłem do
wniosku, że mogę jeszcze trochę zaszaleć. Oprócz zakończonej fiaskiem
rezydentury z chirurgii moje szaleństwa obejmowały osiemnaście miesięcy
włóczęgi po Australii. W przerwach między dyżurami w szpitalnym
ambulatorium i na oddziale psychiatrycznym chłonąłem lokalny styl życia.
A życie na antypodach to siatkowe podkoszulki, piwo w miniaturowych
kufelkach i grillowanie na plaży (chociaż nie musiałem się troszczyć o opaleniznę). Oczywiście na rozmowach kwalifikacyjnych mówiłem, że
odłożyłem specjalizację na później, ponieważ chcę poszerzyć swoje
horyzonty, zanurzyć się w innej kulturze i poznać obcy system ochrony
zdrowia psychicznego, aby szczerze i obiektywnie docenić ten rodzimy.
Ale jeśli mam być szczery, nie ukrywam, że nie paliłem się do egzaminów,
które były nieodzowne, abym wspiął się wyżej w hierarchii zawodowej, co
między innymi wiązało się z członkostwem w Royal College of
Psychiatrists, organie odpowiedzialnym za kształcenie specjalistów i podnoszenie standardów brytyjskiej psychiatrii. Przez kilka lat
odwlekałem ten nieuchronny moment, podejmując pracę na stanowiskach
niezwiązanych z podnoszeniem moich kwalifikacji. W tym okresie podjąłem
kilka ważnych decyzji, które stały się punktami zwrotnymi w moim życiu.
Być może to sprawiło, że nie poświęciłem się zbyt szybko karierze
zawodowej. Skończyłem trzydzieści lat, kupiłem mieszkanie w Islington
(przy znacznej pomocy rodziców i siostry), zakochałem się i ożeniłem.
Sprawiłem sobie nawet złoty ząb i pierwszy tatuaż.
Gdy w 2010 roku wkraczałem w świat psychiatrii sądowej, miałem już za
sobą serię egzaminów, do których wcześniej nie było mi spieszno.
Przechodziłem wówczas szkolenie podstawowe jako starszy stażysta -?jest
to najniższe szczeblem stanowisko dostępne dla absolwentów medycyny,
którzy po uzyskaniu dyplomu muszą odsłużyć swoje jako chłopcy do bicia.
W ramach tego szkolenia odbywałem szereg półrocznych praktyk w różnych
oddziałach szpitalnych i poradniach, gdzie poznałem szereg
podspecjalności psychiatrycznych. Potem przeszedłem na wyższy etap i rozpocząłem intensywne szkolenie specjalizacyjne, które przygotowało
mnie do pracy z przestępcami cierpiącymi na zaburzenia psychiczne. Gdyby
porównać moją edukację do płatków śniadaniowych, jako starszy stażysta
dostawałem różne kompozycje smakowe, natomiast wyższy stopień
specjalizacji zapewnił mi dostęp do większych, smaczniejszych i bardziej
chrupiących kąsków, ale pochodzących z tej samej linii produkcyjnej.
Kiedy zacząłem pierwszy półroczny staż jako psychiatra sądowy, rodzina i przyjaciele często pytali mnie, czym się zajmuję. Muszę przyznać, że na
początku nie do końca ogarniałem zakres obowiązków związany z moją nową
specjalnością. Zdarzało się nawet, że ulegałem mitom rozpowszechnianym
przez telewizję.
2. Czym się zajmuję (a czym nie)
Rozdział 2
Czym się zajmuję (a czym nie)
Psychiatrzy zajmują się badaniem, diagnozowaniem i leczeniem ludzi
cierpiących na choroby psychiczne. Podobnie jak inni lekarze,
psychiatrzy dzielą się na wiele różnych podspecjalności, z których każda
skupia się na odrębnej kategorii zaburzeń i chorób. Najliczniejszą grupę
stanowią specjaliści w dziedzinie psychiatrii ogólnej, którzy zajmują
się dorosłymi pacjentami. Inni specjalizują się w leczeniu seniorów
(psychogeriatria) albo osób uzależnionych. Psychiatrzy sądowi wyróżniają
się na tym tle, gdyż ich pacjentami są przestępcy, zazwyczaj sprawcy
brutalnych napaści i gwałtów. Dlatego nasza dziedzina może pociągać
kogoś, kto zdradza niezdrową fascynację gangsterskim rapem i filmami
pełnymi przemocy. Czasami występujemy jako biegli sądowi w sprawach
karnych, jeżeli oskarżony cierpi na chorobę psychiczną lub przynajmniej
zachodzi takie podejrzenie.
Szybko odkryłem, że wbrew powszechnemu mniemaniu (również mojemu)
psychiatrzy sądowi nie mają nic do roboty na miejscu przestępstwa.
Często widzimy w telewizji, jak zblazowany detektyw z serialu albo
przeuroczy Dick Van Dyke przychodzi do kostnicy i żąda raportu z sekcji
zwłok ofiary. Sekcję zwłok przeprowadza lekarz medycyny sądowej, który
ma za zadanie pomóc w ustaleniu przyczyny i okoliczności zgonu oraz
dostarczyć dowody potrzebne do ujęcia i skazania sprawcy przestępstwa. Z tego względu medycyna sądowa ściśle wiąże się z kryminalistyką. A zatem
wbrew nazwie sugerującej jedynie związek z wymiarem sprawiedliwości jest
to dziedzina, z której pomocy korzystają również organy ścigania.
Natomiast psychiatria sądowa skupia się na powiązaniach choroby
psychicznej z przestępstwem. Często nasza rola polega na badaniu dowodów
post factum w celu określenia stanu psychicznego sprawcy w chwili
popełnienia przestępstwa. Badamy również sprawców pod kątem czynników
ryzyka, które mogą doprowadzić do aktów przemocy w przyszłości, i staramy się zredukować prawdopodobieństwo wystąpienia zachowań
agresywnych poprzez intensywne i długotrwałe leczenie. A zatem
wypełniamy wiele zadań, lecz nie należy do nich rozwiązywanie zagadek
kryminalnych.
Nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, czy pułkownik Musztarda
zamordował w kuchni profesora Śliwkę za pomocą lichtarza. Ale gdy
pułkownik zostanie oskarżony o morderstwo, potrafimy wskazać cechy
osobowości i zaburzenia psychotyczne, które pchnęły go do tak
gwałtownego i brutalnego czynu; ustalić, czy stan jego psychiki zwalnia
go od odpowiedzialności karnej, i poddać go leczeniu, aby mógł
bezpiecznie powrócić do społeczeństwa.
Psychiatria sądowa nie zajmuje się również profilowaniem kryminalnym -
działaniami polegającymi na wskazywaniu prawdopodobnych podejrzanych
albo łączeniu przestępstw, które mogą być dziełem tego samego sprawcy.
Profilerzy usiłują również przewidywać przyszłe działania przestępców
pozostających na wolności (jak wynika z programów, które oglądałem,
czasami uciekają się przy tym do telepatii).
-?Sądząc po tym, jak sobie kpi z policji, facet ma osobowość
narcystyczną i prawdopodobnie pracuje w branży reklamowej.
-?Ataki się nasilają, a sprawca jest coraz bardziej zuchwały. Myślę, że
następnym razem uderzy w biały dzień.
Takich oraz podobnych zdań nigdy nie usłyszycie z ust psychiatry.
Moim zdaniem profilowanie kryminalne można w najlepszym wypadku uznać za
pseudonaukę, a w najgorszym za oszustwo, nawet jeżeli niektórzy ludzie
(ale nie psychiatrzy sądowi) zajmują się nim zawodowo. Nie ma badań
naukowych ani innych dowodów świadczących o użyteczności, wiarygodności
czy zasadności stosowania takiej metody. Profilowanie opiera się na
założeniu, że przestępcy zachowują się w sposób przewidywalny, a ich
modus operandi i motywy działania są spójne. Po przeczytaniu setek akt
zawierających szczegółowe opisy przestępstw, z których część była
dziełem tego samego sprawcy, oraz po rozmowach z oskarżonymi na temat
ich procesów myślowych mogę z całą pewnością stwierdzić, że czasami
występują pewne schematy działania. Ale istnieje tyle samo spraw, w których nie sposób dopatrzeć się żadnych schematów. Wiele poważnych
przestępstw cechuje chaos i przypadkowość, a zachowania sprawców są
zależne od sprzyjających warunków. W mojej skromnej opinii brak
regularności i niewystarczająca liczba danych nie pozwalają na
stworzenie wiarygodnego profilu przestępcy.
Jednym z najgłośniejszych przypadków, w których czarna magia
profilowania zakłóciła śledztwo policji, była sprawa Rachel Nickell.
Pewnego lipcowego ranka 1992 roku panna Nickell, dwudziestotrzyletnia
była modelka, podczas spaceru po Wimbledon Common została brutalnie
zamordowana i zgwałcona na oczach swojego dwuletniego synka. Głównym
podejrzanym był niejaki Colin Stagg, jednak policja nie miała twardych
dowodów, aby powiązać go z morderstwem. Śledczy postanowili skorzystać z pomocy znanego psychologa behawiorysty, który sporządził profil sprawcy
idealnie pasujący do Stagga. Psycholog ów pomógł zastawić pułapkę na
podejrzanego -?przynętą była atrakcyjna policjantka działająca pod
przykryciem, która zaprzyjaźniła się i flirtowała ze Staggiem, próbując
skłonić go do zwierzeń. Chociaż mężczyzna uległ prowokacji i zaczął snuć
brutalne fantazje, nie przyznał się do zamordowania Rachel Nickell. Mimo
to został aresztowany i stanął przed sądem. Podczas rozprawy w Old
Bailey sędzia odrzucił akt oskarżenia i oświadczył, że policja usiłowała
obciążyć podejrzanego, uciekając się do "wyjątkowo odrażającego
podstępu". Na detektywów i psychologa spadła fala krytyki (ten ostatni
został oskarżony przez Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne o naruszenie etyki zawodowej, lecz później zarzuty oddalono). W lipcu 2006
roku po ponownym zbadaniu materiału dowodowego śledczy przesłuchali
Roberta Nappera, mordercę cierpiącego na schizofrenię paranoidalną i zespół Aspergera, który od dziesięciu lat przebywał na oddziale
psychiatrycznym szpitala Broadmoor. Napper został już skazany za podobne
morderstwo -?w listopadzie 1993 roku jego ofiarą padła młoda kobieta,
Samantha Bisset, oraz jej czteroletnia córeczka. Mając na uwadze jego
ograniczoną poczytalność, sąd uznał go za winnego nieumyślnego
spowodowania śmierci Rachel Nickell. Ponadto orzekł, że Napper powinien
dożywotnio przebywać w szpitalu Broadmoor.
Najbardziej przygnębiające jest to, że Samantha Bisset i jej córeczka
mogłyby przeżyć, gdyby nie szarlatańskie metody profilera kryminalnego,
który skierował policję na fałszywy trop.
Naszym zadaniem nie jest również przesłuchiwanie podejrzanych, wbrew
temu, czego się spodziewałem, wypływając na szerokie wody psychiatrii
sądowej. Wyobrażałem sobie, że oto siadam przy stole naprzeciwko
mordercy, a detektywi patrzą z niedowierzaniem przez lustrzaną szybę,
jak toczę intelektualną potyczkę z geniuszem zła, skłaniając go do
złożenia obciążających zeznań. Chociaż jest to kusząca wizja, nie
wątpię, że doświadczeni policjanci dzięki doskonalonym przez lata
technikom sami potrafią sprostać temu zadaniu. Gdybym przypisywał sobie
jakieś niezwykłe umiejętności w tej materii, pochodziłyby one z jakiegoś
serialu kryminalnego na Netflixie. Na przykład jeśli położę na stole
długopis, a podejrzany nie zacznie się nim bawić, to znaczy, że jest
zbyt spokojny, wyrachowany i pozbawiony emocji. Czyli musi być winny. A może takie zachowanie świadczy o niewinności? Tego rodzaju techniki z całą pewnością nie znajdują zastosowania w pracy psychiatry sądowego.
Nie oznacza to jednak, że przeprowadzając badanie, nie zwracam uwagi na
spójność i wiarygodność zachowań pacjenta. Przestępcy, którzy próbują
symulować choroby psychiczne, nie należą do rzadkości. Ale kiedy staram
się wywołać określone objawy, zależy mi tylko na potwierdzeniu lub
odrzuceniu wstępnej diagnozy, a nie uzyskaniu dowodów winy.
Często jestem proszony o przeprowadzenie dogłębnej analizy umysłu
seryjnych morderców lub terrorystów i wyjaśnienie motywów ich
postępowania. Tak oto zostałem gościem podcastu poświęconego Tedowi
Bundy'emu, jednemu z najkrwawszych seryjnych morderców w historii Stanów
Zjednoczonych, który miał na sumieniu co najmniej dwadzieścia osiem
ofiar. Zasugerowałem, że Bundy'ego cechował powierzchowny urok osobisty,
bezwzględny brak poszanowania dla innych i psychopatyczna zdolność
manipulowania ludźmi. Moja odpowiedź najwyraźniej nie usatysfakcjonowała
prowadzącej, która kilkakrotnie domagała się wyjaśnienia, dlaczego
Bundy dopuścił się dziesiątek gwałtów i morderstw. Poczułem się niemal,
jakbym siedział na ławie oskarżonych. Odparłem w końcu, że nie sądzę,
aby sensownej i wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie mógł udzielić
ktokolwiek inny niż sam Ted Bundy. W swojej karierze badałem
przestępców, którzy mieli na sumieniu liczne morderstwa i akty terroru.
W większości wypadków dokonywałem wstępnej oceny, aby wykluczyć poważne
choroby psychiczne, co pozwalało wymiarowi sprawiedliwości na wdrożenie
normalnych procedur przewidzianych w prawie karnym. Jeżeli oskarżony nie
zdradza wyraźnych objawów choroby psychicznej, nie ma podstaw do
poddania go leczeniu, a zatem moja pomoc i fachowa wiedza są zbędne. Na
szczęście takie przypadki należą do rzadkości. Ale równie rzadko się
zdarza, aby bezpośrednim motorem działań sprawcy były objawy choroby
psychicznej, a nie na przykład zwykła nienawiść. Pytano mnie
kilkakrotnie, w tym raz podczas audycji radiowej na żywo, co kieruje
postępowaniem seryjnych morderców i terrorystów. Odpowiedzi należałoby
jednak szukać nie na gruncie psychiatrii, ale raczej kryminologii.
Niektórzy mogą sugerować, że już same czyny seryjnych morderców i terrorystów mogą stanowić dowód choroby psychicznej. Wszystko sprowadza
się do tego, jak zdefiniujemy chorobę psychiczną. Jeśli za jej objawy
uznamy mordercze zapędy i fanatyczną nienawiść skrajnych
fundamentalistów, to owszem, ludzie ci są chorzy. Jednak z punktu
widzenia psychiatrii nienawiść, gniew, faszystowskie poglądy, a nawet
fanatyzm religijny same w sobie nie są objawami chorobowymi. Jedynie w wyjątkowych przypadkach mogą być następstwem albo oznaką ukrytej choroby
i wtedy sprawca kwalifikuje się do leczenia psychiatrycznego.
Jeden z pierwszych pacjentów, którego miałem za zadanie zbadać jako
początkujący stażysta, zaliczał się właśnie do tej szczególnie rzadkiej
kategorii.
3. Czy terrorysta potrzebuje psychiatry?
Rozdział 3
Czy terrorysta potrzebuje psychiatry?
Stevie McGrew, opryskliwy i posępny Szkot, miał pięćdziesiąt kilka lat i wiódł samotne, wręcz pustelnicze życie. Jego najpoważniejszymi
przestępstwami (przez które stał się pacjentem psychiatry) były
wzbudzanie strachu poprzez nękanie, wszczęcie fałszywego alarmu
bombowego i rozsyłanie wiadomości elektronicznych w celu wywołania
niepokoju. Kiedy go poznałem w 2010 roku na początku mojej pierwszej
praktyki zawodowej, właśnie oczekiwał na proces na oddziale
psychiatrycznym jednego z londyńskich szpitali.
Spośród wszystkich potencjalnych terrorystów, których badałem, jedynie
Steve zdradzał objawy autentycznej psychozy. Nosiłem wówczas ze sobą
stos podręczników, naiwnie sądząc, że w przerwie między badaniami znajdę
odrobinę czasu na naukę. Akurat kiedy szedłem do Steviego, zdarzył mi
się nieszczęśliwy wypadek z udziałem niedomkniętego pojemnika Tupperware
i dużej ilości sałatki. Nie dość, że zniszczyłem książki warte dwieście
funtów, to jeszcze straciłem cały lunch.
Poprzednio Stevie tylko raz miał do czynienia z psychiatrią, a było to
trzy lata wcześniej, kiedy na widok samochodów o tablicach
rejestracyjnych zawierających litery z jego nazwiska wpadał w szał
przekonany, że ktoś złośliwie sobie z niego kpi. Było to spostrzeżenie
urojeniowe, czyli zupełnie normalne spostrzeżenie, któremu pacjent
przypisuje fałszywe znaczenie. Stevie rzucił się z kijem bejsbolowym na
jeden z samochodów (nie byle jaki, bo porsche) i został aresztowany. Z sądu trafił prosto na ten sam oddział psychiatryczny, na którym poznałem
go kilka lat później. Zdiagnozowano u niego schizofrenię, zapisano leki
przeciwpsychotyczne i po kilkutygodniowej kuracji wypisano do domu.
Sprawa załatwiona. Przynajmniej do czasu.
Po wyjściu ze szpitala Stevie miał nadal codziennie zażywać leki. Wyznał
mi, że po tabletkach miał "mrówki w gaciach" -?odczuwał przymus ciągłego
ruchu i jedynym sposobem na odzyskanie spokoju było chodzenie w kółko
albo "wywijanie biodrami jak Elvis". Jest to dobrze znany skutek uboczny
niektórych leków neuroleptycznych, chociaż w języku fachowym nie
określamy go tak barwnie jak Stevie -?po prostu akatyzja. Ma związek z zaburzeniami stężenia dopaminy, neuroprzekaźnika, który odpowiada między
innymi za koordynację ruchową i napięcie mięśni, a także wpływa na
przebieg różnych chorób, w tym schizofrenii.
W efekcie Stevie odstawił leki, co jest bardzo częstym zachowaniem
pacjentów i zmorą wielu psychiatrów. Ale można je zrozumieć. Też nie
chciałbym zażywać leków wywołujących skutki uboczne, zapisanych przez
lekarza, któremu nie ufam, przeciwko chorobie, w której istnienie nie
wierzę. Stevie zgodził się, że samochodowe szyderstwa istniały tylko w jego głowie, a zatem dopóki nie zważał na obraźliwe tablice
rejestracyjne, nie było potrzeby poddawać go tak nieprzyjemnej kuracji.
Dwa lata później ni stąd, ni zowąd do Steviego zadzwonił przedstawiciel
agencji marketingowej i zapytał go o wrażenia z niedawnego seminarium
poświęconego odnawialnym źródłom energii. Stevie nie uczestniczył w żadnym takim wydarzeniu i bardzo się zaniepokoił, gdy nieznajomy zaczął
wymieniać jego dane osobowe, łącznie z adresem i numerem ubezpieczenia
społecznego. Taka sytuacja wytrąciłaby z równowagi każdego z nas, ale
moglibyśmy skląć intruza, przerwać rozmowę, traktując ją jako próbę
oszustwa, po czym wrócić do codziennych spraw. Jednak Stevie nabrał
przekonania, że władze celowo dopuściły do wycieku jego danych, dlatego
zadzwonił ze skargą do Biura Porad Obywatelskich (instytucji, która
zajmuje się udzielaniem informacji na temat przepisów prawnych,
zadłużenia, ochrony konsumenta i spraw mieszkaniowych). Dzień w dzień
spędzał po kilka godzin, próbując uzyskać satysfakcjonujące wyjaśnienie,
lecz, jak twierdził, albo nikt nie odbierał telefonu, albo zawieszano
połączenie w trybie oczekiwania, albo obiecywano mu, że ktoś do niego
oddzwoni, co oczywiście nie następowało. Stawał się coraz bardziej
rozdrażniony i nabierał przekonania, że pracownicy biura grają mu na
nerwach, dlatego również biorą udział w spisku. Jego paranoja jeszcze
bardziej przybrała na sile, kiedy dostał od nich mejl z błędnie
zapisanym nazwiskiem. Złożył skargę na policji, jednak, co nietrudno
przewidzieć, nie potraktowano go poważnie. Wtedy Stevie zaczął wysyłać
do Biura Porad Obywatelskich mejle o coraz bardziej agresywnej treści. W końcu posunął się do otwartych gróźb pozbawienia życia pod adresem
personelu. Akta sprawy, które mi przekazano, zawierały wydruki około
trzystu jego mejli, ale już po przeczytaniu kilku pierwszych pojąłem
istotę problemu. Tytuły wiadomości mówiły same za siebie: "Nie jesteście
bezpieczni", "Dziś zdetonuję bombę w waszym biurze!" i "Zadbam, żeby
spotkała was wszystkich straszliwa śmierć". Tym razem policja
zareagowała. Podczas przeszukania znaleziono w jego mieszkaniu
powszechnie dostępne składniki potrzebne do produkcji bomby domowej
roboty. Strach pomyśleć, jak to mogło się skończyć.
Odwiedzając Steviego na zwykłym oddziale psychiatrycznym, czułem się
trochę nieswojo. Mimo że dopiero od dwóch tygodni badałem przestępców
przebywających na oddziałach zamkniętych, zdążyłem się przyzwyczaić do
wzmożonych środków bezpieczeństwa. Natomiast zabezpieczenia na tym
oddziale ograniczały się do pomalowanych na niebiesko cienkich drzwi z mizernym zamkiem, które nie wyglądały zbyt solidnie, i gdyby któryś z pacjentów chciał wydostać się na wolność, mógłby je wyłamać kopniakiem.
Nikt nie przeszukiwał odwiedzających, a pacjenci nie byli nawet
podzieleni pod względem płci. Ku memu zdumieniu Stevie, mężczyzna o szczupłej sylwetce ("chuderlawy", jak sam to określał), haczykowatym
nosie i przerzedzonych włosach, został wpuszczony do pokoju widzeń z kubkiem pełnym gorącego napoju. Nikt nie uprzedził go o mojej wizycie.
Zrobił na mnie wrażenie gderliwego i był szczególnie rozdrażniony,
ponieważ przeszkodziłem mu w piciu kawy. Z paranoiczną nieufnością
oglądał mój dowód tożsamości przez ponad trzy minuty, czyli dwie minuty
i pięćdziesiąt dziewięć sekund dłużej niż recepcjonistka przy wejściu.
Wyglądał na zaniepokojonego tym, że otrzymałem wcześniej akta jego
spraw, i kilkakrotnie wypytywał, w jaki sposób mi je przekazano, jak
gdyby chodziło o ściśle tajne dokumenty. Był opryskliwy, ciągle mi
przerywał i celowo przekręcał znaczenie moich słów. Przypominało to
taktykę stosowaną podczas przesłuchań w sądzie, z jaką zetknąłem się
kilka lat później, gdy występowałem w charakterze biegłego.
-?Już mi przydzielili psychiatrę -?oświadczył Stevie, rzucając we mnie
moim dowodem. -?Ale nie potrzebuję tego błazna. A ty czego tu szukasz?
-?Dobre pytanie, panie McGrew. -?Aby nikogo nie urazić, podczas
jednorazowych badań na ogół używam nazwisk pacjentów, aczkolwiek jeśli
przebywają dłużej na moim oddziale, zwracam się do nich po imieniu. -
Potrzebna jest opinia psychiatry sądowego, dlatego tutejszy zespół
zwrócił się do nas. Na pewno ktoś pana o tym...
-?Znaczy mój psychiatra nie jest na tyle bystry, żeby mnie zbadać? To
chcesz powiedzieć?
-?Nie. Chodzi o to, że specjalizujemy się w rozpoznawaniu chorób
psychicznych związanych z przestępstwami.
-?Och, a więc jestem chory psychicznie, tak? A do tego jestem
przestępcą? Wygląda na to, że już wydałeś opinię, doktorku. -?Stevie
postawił kubek na stole i zaklaskał z ironią. -?Świetna robota, muszę
przyznać. Dasz mi wizytówkę? Mógłbym cię polecić tym chujkom z Biura
Porad Obywatelskich.
Podczas rozmowy ze Steviem nasunęły mi się dwa wnioski. Po pierwsze,
wszystko wskazywało na to, że cierpi na urojenia, a zatem rokuje szanse
na wyleczenie. Urojeniami nazywamy głębokie niewzruszone
przeświadczenia, które nie opierają się na logicznych przesłankach, lecz
których nie da się podważyć za pomocą racjonalnych argumentów ani
dowodów wskazujących na ich nieprawdziwość. Nie są również spójne z tłem
regionalnym, kulturowym czy edukacyjnym -?zatem nie zaliczają się do
nich dziwne poglądy funkcjonujące w pewnych środowiskach, ale
niezwiązane z chorobami psychicznymi, na przykład rozpowszechniony wśród
scjentologów nieco ironiczny w tym kontekście pogląd, że cała
psychiatria to blaga; przekonanie członków niektórych sekt religijnych,
że niewierni zasługują na śmierć; czy typowe dla pewnych kręgów
socjoekonomicznych mniemanie, że sztuczna, jaskrawopomarańczowa
opalenizna jest ładna. Urojenia są cechą charakterystyczną określonego
rodzaju choroby (objawem patognomonicznym w naszym zawodowych żargonie),
mianowicie zaburzeń psychotycznych. Drugi wniosek, jaki mi się nasunął,
dotyczył wszystkich tych sytuacji, kiedy różne instytucje zawieszały
moje połączenie w trybie oczekiwania i nikt do mnie nie oddzwaniał, jak
mi obiecywano (oraz moich pomysłów na przyciągnięcie ich uwagi).
Doszedłem do wniosku, że chociaż Stevie zbliżał się do przełomu, nie
potrafiłby powiedzieć nic na swoją obronę. Przekonanie o spisku, którego
padł ofiarą, pochłaniało go tak bardzo, że nie był w stanie przyswoić
ani przeanalizować innych informacji, również tych dotyczących jego
odpowiedzialności karnej. Chociaż poza wstępnym rozpoznaniem nie byłem
bezpośrednio zaangażowany w leczenie Steviego, zaintrygował mnie na
tyle, że śledziłem jego powrót do zdrowia, pozostając w kontakcie
mejlowym ze szpitalnym psychiatrą. Był to na tyle rozsądny lekarz, że
podjął próbę leczenia przy użyciu innego środka przeciwpsychotycznego o bardziej znośnych efektach ubocznych, dzięki czemu zachodziło mniejsze
ryzyko ponownego odstawienia leków przez pacjenta. Po kilku miesiącach
kuracji Stevie nadal czuł się ofiarą. Uważał, że został niesprawiedliwie
potraktowany, ponieważ nikt nie zareagował na jego telefony. Niemniej,
co ważne, już nie mówił o wymierzonym przeciwko niemu spisku, a zachowanie pracowników Biura Porad Obywatelskich zrzucał na karb
niekompetencji. Urojenia dotyczące złośliwości i wrogich zamiarów znikły
bez śladu. Oznaczało to, że Stevie mógł wrócić do dawnego życia bez
zadręczania się obawami przed prześladowaniem. I, co najważniejsze, bez
drapieżnej żądzy zemsty.
Na marginesie dodam, że zafascynowała mnie zdolność Steviego do
usprawiedliwiania własnych działań. "Pisałem takie szokujące mejle tylko
po to, żeby te gnidy przestały mnie olewać". Utrzymywał, że chemikalia,
które zgromadził, kupił legalnie i były mu potrzebne do użytku domowego,
a nie do produkcji bomby. Jego obrońcy udało się przeforsować ten
argument w sądzie i zarzut przygotowań do zamachu terrorystycznego
został oddalony. (Ale czy słusznie? Po co mu środek do dezynfekcji wody
w basenie, skoro nie miał basenu?) Jest to zachowanie znane jako
"zewnętrzne umiejscowienie kontroli" i sprowadza się do odmowy przyjęcia
odpowiedzialności. Występuje powszechnie wśród przestępców, którzy
usprawiedliwiają w ten sposób swoje czyny bez względu na to, czy cierpią
na choroby psychiczne, czy nie. W swojej karierze słyszałem różne
zeznania oskarżonych, które ilustrują to osobliwe zjawisko:
-?Gdyby rząd nie odebrał mi zasiłku, nie byłbym zmuszony kraść.
-?Przede wszystkim mój kumpel nie powinien był mi dawać tego noża.
-?Wszystko przez alkohol, doktorze. Po pijaku robię się zadziorny, a wtedy ona zaczyna się odszczekiwać. To musiało tak się skończyć.
Pod względem motywów działania Stevie różni się od większości
terrorystów. Dla kontrastu możemy się tu posłużyć przykładem Dylanna
Roofa, amerykańskiego białego supremacjonisty, który 17 czerwca 2015
roku dokonał zamachu w kościele w Charleston w Karolinie Południowej,
zabijając dziewięć osób. Roof nadużywał narkotyków i alkoholu oraz miał
na sumieniu kilka drobnych przestępstw, ale nie cierpiał na żadną
chorobę psychiczną, która mogłaby ograniczać jego kontakt z rzeczywistością (i pozwoliłaby uniknąć odpowiedzialności karnej).
Podobno często twierdził, że "czarni przejmują władzę nad światem", a w swoich działaniach kierował się głęboko zakorzenionym rasizmem i nienawiścią. Należy jednak zaznaczyć, że jego poglądy, jakkolwiek
odrażające, nie miały nic wspólnego z urojeniami. Nie zrodziły się z obłędu, dlatego żadna kuracja farmakologiczna ani terapia psychologiczna
nie byłaby w stanie ich zmienić.
Wielu przestępców, od drobnych złodziejaszków po seryjnych morderców,
cechują poważne wady charakteru, jak niezdolność do odczuwania empatii
czy narcyzm. Doskonałym przykładem takiej osobowości jest wspomniany
wcześniej charyzmatyczny Ted Bundy. Ujmująca powierzchowność,
nieszczerość, stalowe nerwy, patologiczny egocentryzm i brak wyrzutów
sumienia świadczą o jego zdolności do prowadzenia podwójnego życia. Miał
partnerkę, z którą spotykał się przez sześć lat, ukończył studia i zaangażował się w działalność polityczną, ale nie przeszkadzało mu to w popełnianiu brutalnych morderstw. Jako przystojny i czarujący mężczyzna
potrafił wzbudzać zaufanie swoich ofiar, a nawet do pewnego stopnia
zjednać sobie funkcjonariuszy policji i prawników. Oto podręcznikowe
cechy psychopaty. Zachowania niektórych przestępców noszą znamiona
zaburzeń osobowości -?głęboko zakorzenionych i trwałych wzorców zachowań
utrudniających funkcjonowanie społeczne. Zaburzenia osobowości, jak na
przykład psychopatia, nie są odmiennymi stanami świadomości, dlatego
formalnie nie są chorobami, ale zaburzeniami psychicznymi. Niekiedy
można je leczyć, lecz nie farmakologicznie, zatem jedynym rozwiązaniem
jest intensywna i długotrwała psychoterapia.
Niezależnie od mrocznej sfery zaburzeń osobowości działania większości
ludzi, którzy popełniają straszliwe zbrodnie, między innymi seryjnych
morderców i terrorystów, nie wpisują się w kontekst możliwych do
zdiagnozowana, zrozumiałych z biologicznego punktu widzenia, podatnych
na środki farmakologiczne i uleczalnych chorób psychicznych.
Analogicznie większość przepełnionych gniewem i nienawiścią ludzi -?jak
fanatycy religijni, prawicowi rasiści albo tamten staruszek, który nie
chciał mi oddać mojej zabłąkanej piłki, kiedy byłem małym chłopcem -?nie
cierpi na choroby psychiczne. Skrajne poglądy albo dziwaczne
prowokacyjne zachowania jeszcze o niczym nie świadczą.
Psychiatra sądowy nie jest w stanie pomóc takim ludziom jak Dylann Roof
ani zredukować potencjalnego ryzyka w większym stopniu, niż może to
uczynić wymiar sprawiedliwości czy system penitencjarny. Odgrywamy
jedynie pomocniczą rolę, dokonując wstępnego rozpoznania, żeby wykluczyć
choroby lub zaburzenia psychiczne, ale potem jesteśmy tak samo potrzebni
jak środek do dezynfekcji wody basenowej w domu, w którym nie ma basenu.
4. Nokaut przy pracy
Rozdział 4
Nokaut przy pracy
Zbliżał się koniec mojego szkolenia podstawowego i właśnie zacząłem
praktyki jako starszy stażysta na oddziale psychiatrii sądowej. Budzące
grozę egzaminy miałem już za sobą. Teraz musiałem tylko zdecydować,
której podspecjalności poświęcę najbliższy rok rezydentury. Był duszny
sierpniowy poniedziałek, gdy po tygodniu wprowadzenia wyszedłem na
pierwszą linię frontu. Chcąc zaimponować kolegom, poszedłem na oddział,
by zbadać kilku pacjentów przed obchodem. Mój wybór padł na Dennisa,
który trafił pod naszą opiekę, ponieważ rzucił się z nożem na brata,
kiedy usłyszał głosy w swojej głowie. Aż trudno było uwierzyć, że ten
otyły młody mężczyzna o flegmatycznym usposobieniu był zdolny do takiego
czynu. Na szczęście jego brat, kulturysta, zdołał go obezwładnić, zanim
doznał poważniejszych obrażeń, i skończyło się jedynie na kilkunastu
szwach na przedramieniu (chociaż podejrzewam, że w najbliższe święta
zasiądą wspólnie do stołu w dosyć niezręcznej atmosferze). Ze względów
bezpieczeństwa wszystkie pokoje przesłuchań na oddziale były wyposażone
w duże okna umożliwiające stałą obserwację personelu. Zauważyłem, że na
korytarzu stoi inny młody mężczyzna i przygląda mi się z wyraźną
fascynacją. Nieustannie pukał w zbrojoną stalową siatką szybę, machał i uśmiechał się do mnie. Kilka razy nawet bezceremonialnie wszedł do
środka i próbował nawiązać rozmowę, przeważnie na tematy związane z religią.
-?Każdy może być bogiem, ale bogowie muszą mieć swojego króla.
Uprzejmie wyprosiłem go z pokoju.
Minutę później znów wetknął głowę w uchylone drzwi.
-?Nie miałem nikogo na myśli. Tylko tak dla zasady.
Był przekonany, że znamy się z dzieciństwa, i wypytywał mnie o mecze
krykieta, w których rzekomo wspólnie graliśmy. Potraktowałem go jak
jednego z tych natrętów w odblaskowych kamizelkach, którzy zbierają
datki na ulicy. Nie zwracając na niego uwagi, odwróciłem wzrok i pochyliłem się nad notatkami.
W rozmowie z Dennisem zaledwie prześlizgnąłem się po powierzchni.
Chciałem go zapytać o wiele rzeczy, między innymi o to, jak nabrał
przekonania, że brat chce go nakłonić za pomocą telepatii, żeby
wytatuował sobie penisa na policzku (zjawisko nazywane w psychiatrii
"nasyłaniem myśli"). Ale na to potrzebowałem więcej czasu, więc musiałem
zaczekać do kolejnego spotkania. Podczas tej rozmowy zdążyłem jedynie
się przedstawić i wyrobić sobie ogólne pojęcie na temat stanu zdrowia
pacjenta (a także, jeśli mam być szczery, zaimponować mojemu nowemu
szefowi). Wyszedłem na korytarz zadowolony z siebie, nie spodziewając
się tego, co za chwilę miało nastąpić. Młody mężczyzna, który
przeszkadzał mi podczas badania, podbiegł do mnie od tyłu i uderzył mnie
mocno pięścią w głowę, po czym uciekł. Zrobił to tak szybko, że dopiero
po chwili pojąłem, co się stało. Ocknąłem się na podłodze oszołomiony i poczułem pulsujący ból w skroni. Kiedy pielęgniarze pomagali mi wstać,
sprawca już znikł w swoim pokoju.
Byłem wstrząśnięty. Atak był błyskawiczny, więc nawet nie miałem czasu
zdać sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Mam kilkoro kolegów po fachu,
którzy w pracy doznali poważnych obrażeń. Zaledwie miesiąc później jedna
ze stażystek została uwięziona w pokoju przesłuchań przez cierpiącego na
psychozę pacjenta, który uroił sobie, że ma do czynienia z pracownicą
opieki społecznej. Nie chciał jej wypuścić i zażądał, aby ujawniła
miejsce pobytu jego synka, którego mu odebrano i przekazano do adopcji.
W końcu zgodził się uwolnić zakładniczkę, ale dopiero po trwających
przeszło pół godziny negocjacjach. Moja koleżanka wyszła z tej przygody
bez szwanku, ale przeżyła silną traumę. Poszła na zwolnienie, które
przedłużała z tygodnia na tydzień, i wróciła do pracy dopiero po
przeszło dwóch miesiącach. Nasze współczucie do niej powoli ustępowało
miejsca zniecierpliwieniu -?codziennie pozostała piątka stażystów
musiała dzielić się między sobą jej obowiązkami na oddziale, jak również
wieczornymi, nocnymi i weekendowymi dyżurami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki