W gąszczu kłamstw - Kate Alice Marshall

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

W małych dziewczynkach kryje się żądza tajemnic.

Nie potrafiłyśmy jej powstrzymać. Deszcz zamieniłyśmy w magię, a las w świątynię. Ścigałyśmy się wąskimi ścieżkami, włosy powiewały nam na wietrze i udawałyśmy, że smukłe świerki i sosny to wciąż te same starożytne lasy, które współczesny przemysł przeżuł na drzazgi. Wyobrażałyśmy sobie, że jesteśmy wojowniczkami, królowymi, boginiami. Liście paproci i mniszek lekarski stały się okładami i miksturami, a my śpiewałyśmy drzewom zaklęcia. Nadałyśmy sobie nowe imiona: Artemida, Atena, Hekate. Stworzyłyśmy własny język, a nasze listy wypełniały skomplikowane szyfry, nauczyłyśmy się też znaczenia kamieni.

Pod baldachimem porośniętych mchem gałęzi złączyłyśmy dłonie i zawarłyśmy przymierze na zawsze - taki rodzaj przysięgi, która płonie wyłącznie w młodych sercach nieznających jeszcze życia.

Nasze "na zawsze" skończyło się wraz z latem. Zakończyło się wraz z krzykiem i szokującym ciepłem krwi, gdy dwie dziewczynki wybiegły na drogę.

Leo Cortland, opowiadając tę historię, przyznał, iż początkowo myślał, że to jakiś ptak lub inne zwierzę. Jego spaniel nastawił uszu i szczeknął, wpatrując się uważnie pomiędzy drzewa.

Jednak prawda była taka, że od razu wiedział, że ten krzyk pochodził od dziecka. Mówił o zwierzęciu po to, by wytłumaczyć się sam przed sobą, dlaczego tak długo stał w bezruchu. Dlaczego, kiedy spaniel wpadł w leśną gęstwinę, powstrzymywał go, ściskając mocno smycz w garści. Dlaczego chciał się odwrócić i odejść w przeciwną stronę, kiedy dziewczynki wybiegły spomiędzy drzew. Dwie dziewczynki z otwartymi szeroko, wystraszonymi oczami, skamlące, z ubraniami przesiąkniętymi ciemną krwią.

- Co się wam stało? - spytał, nadal oszołomiony, wciąż zwalczając pokusę, by stamtąd uciec.

Jedna z dziewcząt zadrżała i pokręciła głową, obejmując się rękami w pasie, natomiast druga przemówiła. Jej głos był pusty i zagubiony.

- Tam był mężczyzna - powiedziała do niego. - Miał nóż.

- Jesteście ranne? - spytał, żałując, że nie ma przy sobie broni i że jego spaniel nie jest zagrożeniem dla nikogo i niczego poza jego butami.

- Nie - odpowiedziała dziewczynka. Opowiadając tę historię, Leo zatrzymywał się na tym fragmencie. Sposób, w jaki na niego patrzyła, jakby w jej wzroku nie było niczego, poza kryjącymi się tam duchami. - Ale nasza przyjaciółka nie żyje.

To była jedyna część historii, która należała wyłącznie do Leo. Później wszyscy zaczęli rościć sobie do niej prawa, a każdy kolejny opowiadający dodawał swoją wersję, wygładzając ją. Niektórzy opowiadali o odwadze tych dwóch z nas, które wydostały się z lasu na drogę w poszukiwaniu pomocy. Które pomimo szoku zdołały podać policji opis napastnika, dzięki czemu został aresztowany. Inni skupiali się na samym potworze, zafascynowani jego bezwzględnością i brutalnością, ciemną stroną jego duszy.

Nasi rodzice zawsze opowiadali o chwili, w której się dowiedzieli - usłyszeli, iż trzy dziewczynki weszły do lasu, ale tylko dwie z nich z niego wyszły, i od razu wiedzieli, że mowa o ich córkach, ponieważ to było małe miasteczko i ponieważ wiedzieli, że dzicz nas wzywała, że wślizgiwałyśmy się na szlaki jeleni i szukałyśmy śladów jednorożców obok potoku.

Wiedzieli, że trzy z nas weszły do lasu. Natomiast nie mieli pojęcia, które dwie się z niego wyłoniły.

Jeszcze inni mówili o młodym mężczyźnie, który znalazł tę trzecią. Cody Benham przemierzał las wraz z ekipą poszukiwawczą - trzy tuziny mężczyzn i kobiet, większość z nich uzbrojona, wszyscy wściekli. Zauważył drobną postać leżącą w bezruchu obok spróchniałego pnia przewróconego drzewa, jakby ostatkiem sił próbowała się po nim wspiąć. Jej ciało obmywały krople deszczu, a strużki zabarwionej krwią wody spływały aż do czubków jej pobielałych palców.

Początkowo nie wezwał pomocy. Zamiast tego padł na kolana, z trudem łapiąc oddech. Przycisnął twarz do jej zimnego policzka.

Jej palce zacisnęły się na jego dłoni.

Niektórzy w kółko powtarzają o cudzie, jakim było wyniesienie z lasu wciąż oddychającej dziewczynki. Wychwalają jej wolę walki i jej odwagę. Pamiętają obraz z telewizji, dziewczynkę siedzącą na wózku inwalidzkim, z blizną wijącą się po policzku jak sęk na drzewie, i to, jak przytaknęła, gdy prokurator zapytał ją, czy mężczyzna, który ją skrzywdził, znajduje się na sali.

Opowiadali tę historię na okrągło, aż w końcu stała się ich własnością.

My próbowałyśmy zapomnieć. Nie opowiadałyśmy tej historii.

Nie tej prawdziwej.

Nigdy.

 

 

 

Starałam się wyglądać na zainteresowaną, gdy para siedząca naprzeciwko mnie przeglądała katalog z moimi zdjęciami, od czasu do czasu pomrukując z uznaniem. Zazwyczaj przyjmowałam to za dobry znak, jednak spięte ramiona przyszłej panny młodej i to, jak co rusz rzucała okiem na moją twarz, gdy wydawało jej się, że nie patrzę...

Leżący na stole wyświetlaczem do dołu mój telefon zawibrował. Wyciszyłam go, nie podnosząc i nie poddając się pokusie sprawdzenia, kto się do mnie dobija.

- Twoje portfolio jest naprawdę imponujące - odezwała się panna młoda, bawiąc się koniuszkiem papierowej serwetki. - Naprawdę.

- Miło mi to słyszeć - odpowiedziałam, a w myślach już kalkulowałam, ile kasy straciłam na paliwo, zgadzając się na to spotkanie. Powinnam być mądrzejsza. To pan młody się ze mną skontaktował, a gdy zapytałam, czy jego wybranka widziała moją stronę internetową, przyznał: "Pokazałem Maddie kilka twoich zdjęć".

- Tylko... - zaczęła i przerwała. Jej przyszły mąż, poważnie wyglądający młody mężczyzna z dołeczkiem w brodzie i ze zbyt dużą ilością żelu we włosach, położył dłoń na jej nadgarstku.

- Skarbie, to dokładnie to, czego szukamy. Zawsze narzekałaś na mdłe ujęcia. Chciałaś kogoś, kto nie boi się kolorów.

Mój telefon znów zaczął wibrować.

- Bardzo przepraszam - powiedziałam i tym razem podniosłam go, by sprawdzić, kto dzwoni. Liv. Ponownie odrzuciłam połączenie i schowałam komórkę do torebki. Jakikolwiek był jej najnowszy kryzys - a to zawsze był jakiś kryzys - będzie musiała poczekać jeszcze kilka minut.

- Chodzi o to... - odezwała się ponownie panna młoda. Przygryzła wargę. - Przepraszam, nie chcę, żeby to zabrzmiało okropnie. Twoje zdjęcia są naprawdę, naprawdę...

- Dobre - dokończyłam za nią z uśmiechem. Kiedy się uśmiechałam, tylko jeden kącik moich ust się unosił. Wzdrygnęła się.

- Daj spokój, Maddie - powiedział przyszły pan młody, którego imienia nie zapamiętałam. Pewnie Jason. Z jakichś przyczyn to najczęściej był Jason. Jason, który wyciągał mnie z rękawa jak niespodziankę, jak gdyby zatrudniając mnie, chciał zawstydzić swoją partnerkę. Większość takich akcji ustała, gdy potroiłam ceny, co w magiczny sposób sprawiło, że moje blizny zamieniły się ze wzbudzającej litość wady w interesujący, ostry urok.

- W porządku - zapewniłam go. - To twój dzień, Maddie. Wszystko powinno być perfekcyjne.

- Właśnie - odpowiedziała z ulgą, że zrozumiałam jej obawy.

- A jeśli ktoś nie jest perfekcyjny, nie powinno go tam być - dodałam. Mina jej zrzedła.

- Masz bardzo wysokie ceny - wydukała, rumieniąc się. - Może powinnaś pomyśleć o tym, by je obniżyć. Dostawałabyś więcej zleceń.

Westchnęłam.

- Moje ceny są wysokie, ponieważ moje zdjęcia są naprawdę, naprawdę dobre - rzuciłam, parafrazując jej słowa sprzed chwili. - Zadbałam o to, by moja podobizna znalazła się na stronie internetowej, ponieważ nie chciałam, by ktoś marnował czas swój i mój. A tymczasem właśnie to zrobiliśmy.

Wstałam i podniosłam ze stołu katalog z moimi zdjęciami. Zostawiłam nietkniętą kawę, którą zamówiłam tylko po to, by zabić czas, kiedy na nich czekałam. Spóźnili się dwadzieścia minut.

- Mam nadzieję, że będziesz miała ślub jak z bajki, Maddie. Jason, miło było cię poznać.

- Mam na imię Jackson - mruknął, nie podnosząc wzroku ponad mój podbródek. Gdy ich mijałam, słyszałam, jak szepcze coś do kobiety gniewnym tonem. Zalała się łzami, gdy tylko drzwi się za mną zamknęły. Zatrzymałam się na chodniku i przymknęłam powieki. Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze, starając się rozluźnić mięśnie, które z każdą kolejną chwilą spotkania napinały się we mnie coraz bardziej.

Jedyną rzeczą gorszą od takich panien młodych jak Maddie było dotarcie na spotkanie tylko po to, by się przekonać, że klient był "fanem". Oczywiście nie moich zdjęć, tylko dramatycznej historii, w którą zamieniło się moje życie, gdy miałam jedenaście lat.

Wyciągnęłam z torebki telefon. Liv nie zostawiła wiadomości, ale to nie było nic zaskakującego. Nienawidziła, gdy ją nagrywano. Wystarczająco dużo czasu spędziłyśmy pod okiem kamer, a te filmy nadal krążyły po sieci zatytułowane "DZIEWCZYNKI UDAREMNIAJĄ ATAK SERYJNEGO MORDERCY W LESIE OLIMPIJSKIM" oraz "DZIEWCZĘTA, KTÓRE PRZEŻYŁY ATAK "MORDERCY Z QUINAULT" ALANA MICHAELA STAHLA, SKŁADAJĄ ZEZNANIA".

W tamtych czasach Liv miała to coś, co jej mama nazywała "dziecięcym tłuszczykiem-uparciuszkiem", a grzywka i fryzura na boba jeszcze bardziej zaokrąglały jej już i tak okrągłą twarz. W późniejszych latach wyrosła i wyszczuplała, a potem zaczęła stopniowo znikać, aż można było policzyć wszystkie jej kości przez bluzkę. Zrobiła, co mogła, by nie pozostało z niej nic, co dałoby się rozpoznać.

Ja nie miałam wyboru. Blizna na moim policzku, uszkodzony nerw, przez który jeden kącik moich ust był zawsze opadnięty - tych rzeczy nie dało się ukryć. Zmiana nazwiska pomogła w pozbyciu się wycieczek ciekawskich, ale tych blizn nie dało się przysłonić, a ja odmawiałam maskowania ich. Zawsze nosiłam krótką fryzurę i fotografowałam się, stojąc na wprost obiektywu. Określiłam swój styl jako bezlitosny. Moja ostatnia terapeutka sugerowała, iż używam szczerości jako zbroi.

Jak na zawołanie telefon znów zaczął wibrować. Tym razem odebrałam, nastawiając się na rozmowę z Liv o tym, jaki nowy kryzys przyniósł dzisiejszy dzień.

- Hej, Liv. Co tam? - rzuciłam beztrosko, ponieważ udawanie, że może chodzić o coś innego, było częścią naszej gry.

Milczała przez chwilę, a ja czekałam. Zawsze zaczyna się od krótkich, wydukanych słów, a potem następuje powódź zdań. Na końcu mówię jej, że wszystko będzie dobrze, pytam, czy wzięła lekarstwa, i przysięgam, że nie mam nic przeciwko temu, że zadzwoniła. I nie mam. Dużo bardziej przeraża mnie perspektywa tego, że kiedyś może przestać dzwonić.

- Próbuję skontaktować się z Naomi Cunningham. - Po drugiej stronie linii rozległ się męski głos, a ja zamrugałam z zaskoczenia.

- To ja. Przepraszam, spodziewałam się kogoś innego. To oczywiste - powiedziałam, wypuszczając powietrze i odgarniając pasemka włosów wpadające mi do oczu. - Kto mówi?

- Nazywam się Gerald Watts, dzwonię z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym w sprawie Alana Michaela Stahla.

W mojej głowie zapanował chaos. Dlaczego dzwonią do mnie akurat teraz? Minęło ponad dwadzieścia lat, ale...

- Został zwolniony? - zapytałam. Zapamiętałam z wyroku słowo "warunkowy". "Możliwość zwolnienia warunkowego po dwudziestu latach". Jednak dla dziecka dwadzieścia lat to wieczność. Całe moje ciało ogarnęła panika. - Chwila. Powinniście nas uprzedzić, prawda? Powinnyśmy mieć możliwość zeznawania albo...

- Proszę pani, Stahl nie został zwolniony - wszedł mi pośpiesznie w słowo Gerald Watts. Jego głos był spokojny i wyważony. - Mam lepsze wieści. Nie żyje.

- Ja... - Urwałam. Nie żył i już. Było po wszystkim. - Jak to się stało?

- Rak. Ale nie wolno mi udzielać informacji medycznych.

- Czy reszta wie? Liv, to znaczy Olivia Barnes, i...

- Olivia Barnes i Cassidy Green także zostały poinformowane. Trochę więcej kłopotów zajęło nam skontaktowanie się z panią. Zmieniła pani nazwisko. - Powiedział to tak, jakby to było stwierdzenie, a nie osąd, jednak mimo wszystko zaczęłam się tłumaczyć.

- Przecież i tak można mnie odnaleźć, nie ukrywam się, ani nic w tym stylu. Dzięki temu ukróciłam przypadkowe telefony i takie tam - wyjaśniałam chaotycznie. Przez lata obcy ludzie przysyłali mi do domu różne rzeczy. Albo sami przyjeżdżali, dzwonili do drzwi, prosili o spotkanie z cudem ocalałą dziewczyną i gapili mi się w twarz.

- Nie dziwię się pani - odpowiedział. - Jego śmierć pewnie odbije się echem tu i tam. Być może zechce pani wyjechać, jeśli ma pani taką możliwość. Pojechać w miejsce, gdzie nie będzie pani niepokojona. Zainteresowanie jego śmiercią nie powinno potrwać długo.

- Nic mi nie będzie. Nigdy nie trzeba długo czekać na nową tragedię, która wszystkich zainteresuje - rzuciłam.

Mruknął ze zrozumieniem.

- Panno Cunningham, jeśli chciałaby pani porozmawiać z psychologiem, możemy pani w tym pomóc.

- Dlaczego miałabym chcieć rozmawiać z psychologiem? - Zaśmiałam się piskliwie i nerwowo. - Powinnam się cieszyć, prawda? - Mężczyzna, który mnie zaatakował, nie żył. Trochę mniej zła na tym świecie.

- Tego typu wydarzenia wzbudzają skomplikowane uczucia i przywołują bolesne wspomnienia - powiedział łagodnie Gerald Watt. Pomyślałam, że ma głos jak stary, dobry dziadziuś.

- Nic mi nie będzie - powtórzyłam, choć nie brzmiałam przekonująco. Bardziej jak robot. - Dziękuję za informację.

- Proszę na siebie uważać - dodał jeszcze, po czym się pożegnaliśmy.

Stałam przy krawężniku, palce stóp zwisały mi z krawędzi i całym ciężarem ciała pochylałam się do przodu. W tym samopoczuciu było coś znajomego. Od czasu ataku miałam uszkodzony błędnik w lewym uchu. Miewałam napadowe zawroty głowy. Lata od tamtych wydarzeń, gdy wspomnienia przyblakły, stałam w ten sposób, niemal upadając, i to rwące uczucie powracało. Ale to ja miałam kontrolę. To ja decydowałam, czy upadnę.

Zamknęłam oczy i zeszłam z krawężnika.

 

* * *

 

Zanim Mitch wrócił do domu, piłam już drugi kieliszek wina. Rzucił na ziemię swoją teczkę z tym dramatycznym westchnieniem, które zawsze poprzedzało długą tyradę na temat duszącej atmosfery pracy biurowej.

- Nie uwierzysz, jaki miałem chujowy dzień - oświadczył, skopując buty ze stóp, po czym podszedł do lodówki. - Bridget dopieprza się do mnie o każdą pierdołę, a Darrel znowu jest na zwolnieniu, co znaczy, że muszę przejąć jeszcze jego robotę. Kurwa, jest tylko IPA? Smakuje jak woda po kapuście.

- Z tyłu jest porter - mruknęłam, popijając wino i gapiąc się w ścianę.

- Chwała Bogu.

Przyglądałam się wzorom na tapecie, podczas gdy Mitch otwierał puszkę z piwem, a potem usiadł na kanapie obok mnie. Lubiłam Mitcha. Był powód, dla którego go lubiłam. Za chwilę sobie przypomnę, co to było.

Przejechałam palcem po krawędzi kieliszka, przyglądając się mojemu chłopakowi. Włosy wpadały mu do oczu, były o centymetr za długie, by wzbudzać szacunek, a na twarzy utrzymywał zawsze precyzyjną długość zarostu. Spotkaliśmy się w galerii na wystawie prac mojej byłej dziewczyny, czterdzieści osiem godzin po tym, jak mnie rzuciła, nazywając mnie "emocjonalną czarną dziurą", a potem żądając, abym mimo to tam przyszła, by ją wspierać. Mitch zgarnął całą tacę fikuśnych serów i ukryliśmy się w kącie, popijając szampana i rozprawiając z wymuszoną elokwencją na temat stołów i oświetlenia, jakby to one były eksponatami. Było to trochę okrutne i zdecydowanie głupie, ale za to zabawne. Ten mężczyzna, pomyślałam, to dupek.

Więc oczywiście poszłam z nim do domu.

- A co słychać w imperium ślubnym? - spytał.

- W porządku - odpowiedziałam i przerwałam. - Nie, wcale nie. Panna młoda nie życzyła sobie fotografki z oszpeconą twarzą.

- Suka - ocenił ją mój facet. - Marnujesz czas na takich ludzi.

To były mniej więcej te same słowa, które powiedziałam do niej. Ale gdy wychodziły z jego ust, znaczyły coś innego.

- Dzisiejsze spotkanie było stratą czasu - zgodziłam się. Cała ta sprawa wydała mi się już bardzo odległa.

- Stać cię na więcej. - Mitch łechtał moją próżność. Położył mi dłoń na kolanie, a głowę oparł o zagłówek kanapy. - Znaczy... Jezu. Masz niesamowity talent. A marnujesz się w jakimś Naciąganym Ślubnym Biznesie #47.

- Lubię to, co robię - sprzeciwiłam się.

- To poniżej twoich możliwości.

- Okej. - Nie miałam ochoty na tę samą rozmowę po raz nie wiadomo który.

- Wszystkie te kobiety tak rozpaczliwie marzą o tym, by ten dzień był perfekcyjny. Ja nawet nie mogę sobie wyobrazić, bym miał brać ślub. Próbuję sobie to wizualizować, ja i ty przy ołtarzu, smoking i zwiewna biała suknia, i wygląda to jak totalna parodia. Nie widzę sensu. A ty?

- Nie, nie widzę sensu w poślubianiu ciebie - mruknęłam, ale on już brnął dalej. Znów byliśmy na etapie narzekania na pracę. Tym razem coś o zepsutej kserokopiarce.

- Jezu, ta praca mnie wykończy - jęknął, kiedy się w końcu wygadał.

Mój kieliszek był pusty. Sięgnęłam po butelkę stojącą na stoliku i okazało się, że ona również jest pusta.

- Sama ją wyżłopałaś? - spytał Mitch. W jego głosie rozbawienie walczyło o miejsce ze zgniłym osądem.

- Zadzwoniła dziś do mnie stara znajoma - powiedziałam.

- Złe wieści? - domyślił się. Poprawił się na kanapie, zwrócił się teraz twarzą do mnie. W dwóch trzecich przemawiała przez niego potrzeba poprawienia sobie samopoczucia, a w jednej trzeciej niezdrowa ciekawość. Taki był problem z pisarzami. Nie mogli się powstrzymać od wbijania paznokci pod strupy, żeby poczuć kształt ran.

Moje blizny krążyły po ciałach co najmniej pół tuzina postaci. Czasami obracał je w wysublimowane metafory - dawał dziewczynie serce niczym pęknięte lustro, w które może się wpatrywać - ale czytając te historie, zawsze czułam opuszki jego palców śledzące konstelacje pozawijanych szram na moim brzuchu, klatce piersiowej, rękach, twarzy. Dostał przyzwolenie, jednak po jakimś czasie zawłaszczył sobie tę historię niemal w tym samym zakresie, co ja.

Przynajmniej te fragmenty, o których mu opowiedziałam.

- To była Liv - uściśliłam.

- Kolejne załamanie? - rzucił z domysłem Mitch.

Wzdrygnęłam się. Nie znosiłam, gdy wypowiadał się na jej temat, jakby ją znał. Nigdy się nie poznali.

- W sumie nawet z nią nie rozmawiałam - przyznałam. Potrzebowałam więcej wina. Butelka nie była pełna, gdy zaczynałam, i nie otumaniło mnie na tyle, by mnie odpowiednio znieczulić.

Mitch sięgnął po moją dłoń. Wstałam i poszłam do kuchni, gdzie wyciągnęłam kolejną butelkę czerwonego wina, po czym zajęłam się jej odkorkowywaniem. Alan Stahl nie żył. Już nigdy nie wyjdzie na wolność. Nigdy po mnie nie przyjdzie.

Przysiągł, że to zrobi. Kiedy został skazany, powiedział współwięźniom, że mnie dopadnie i poderżnie mi gardło. Jakaś część mnie zawsze czekała, aż pojawi się przed moimi drzwiami, gotów dokończyć dzieło, które nie zostało dokończone dwadzieścia lat temu.

Przystawiłam czubek noża do brzegu folii i przekręciłam. Ostrze się osunęło i skaleczyło mnie w kciuk. Przeklęłam pod nosem i po prostu przebiłam korkociąg przez folię, gwałtownie wyciągając ze środka korek. Wino lało się do kieliszka z gulgotem, rozchlapując się po bokach. Butelka uderzyła o szkło, niemal je tłukąc. Mitch zabrał ją ode mnie, ujął moją dłoń i uniósł ją na wysokość oczu.

- Naomi, ty krwawisz - zauważył.

Bez słowa wpatrywałam się w swoją dłoń. Nacięcie na kciuku było głębsze, niż sądziłam i wszystko - butelka, kieliszek, korkociąg, blat - wszystko było pokryte moją krwią. Wyrwałam dłoń z uścisku Mitcha i włożyłam sobie palec do ust. Po języku rozlał mi się żelazisty smak i nagle znów znalazłam się w lesie, zapach gnijącej leśnej ściółki nałożył się na metaliczny zapach mojej krwi, a ptaki nade mną latały, świergocząc, i nie zważały na umierającą w dole dziewczynkę.

Kiedy to sobie przypominałam, widziałam siebie jakby z góry, pełznącą po ziemi, wspinającą się na ten pień. Nie pamiętałam bólu. Umysł ludzki jest tak skonstruowany, by nie rozpamiętywać takiej agonii.

- Popatrz na mnie. Naomi, patrz na mnie. Patrz na moją twarz - powiedział Mitch, delikatnie dotykając mojego podbródka, jakby się bał, że jego dotyk zostawi siniaka. Z trudem spojrzałam mu w oczy. - No, jesteś. Co się dzieje? Skoro nie rozmawiałaś z Liv...

- Ale wiem, po co dzwoniła - rzuciłam. Przełknęłam. Dopóki nie wypowiedziałam tego na głos, należało tylko do mnie. Potem będzie należało też do Mitcha i do wszystkich ludzi, którym o tym powie, i którym oni powiedzą. Ale oczywiście ta historia należała już do niezliczonych innych - do Cassidy, Liv, Cody'ego Benhama i każdego dziennikarza, który się o tym dowiedział, i z całą pewnością jutro w gazetach pojawią się nagłówki mówiące o tym, że ""MORDERCA Z QUINALT" UMIERA W WIĘZIENIU".

- Naomi. Znowu odpływasz - zawołał Mitch. Właśnie dlatego go lubiłam. Przypomniałam sobie.

- Alan Stahl zmarł - poinformowałam go. - Rak. Umarł w więzieniu. Nie ma go już. - Gdybym tylko umiała to powiedzieć jak należy, może miałoby to jakiś sens. Wszystko ułożyłoby się w odpowiedniej kolejności, a ja wiedziałabym, jak mam się czuć.

- O mój Boże. To świetne wieści! - Mitch z uśmiechem chwycił mnie za ramiona. - Naomi, to świetnie. No wiesz, wolałbym raczej, żeby był torturowany każdego dnia przez kolejne dwadzieścia lat, ale śmierć jest następna w kolejce. Powinnaś świętować.

- Wiem. Ale to takie skomplikowane - mruknęłam, przechodząc obok niego. Urwałam kawałek ręcznika papierowego i przyłożyłam sobie do kciuka. Krwawienie nie było już tak obfite. Powinno za chwilę ustać.

- To musi wywoływać wiele traumatycznych przeżyć - powiedział, kiwając wszechwiedząco głową. I to było to, za co go nie lubiłam.

- Czy mógłbyś przestać się wymądrzać i mówić tak, jakbyś lepiej ode mnie wiedział, przez co przechodzę? - Podeszłam do szafki w korytarzu, gdzie jedną ręką zaczęłam szukać plastra.

- Nigdy nie przepracowałaś tego, co ci się przydarzyło. Uciekasz od wspomnień w pracę. Musisz stawić temu czoła. To idealna okazja. Wykorzystaj to jako katalizator, by się w to zagłębić. Mogłabyś zrobić serię autoportretów albo...

- Och, na miłość boską, Mitch, przestaniesz wreszcie? - warknęłam. Znalazłam opakowanie plastrów i trzymając je pod pachą, wyciągnęłam z niego jeden. Mitch podszedł, by mi pomóc, ale odwróciłam się do niego tyłem. - Nie chcę przekształcać mojej traumy w sztukę. I nie chcę, żebyś ty to robił.

- Wolisz uwieczniać identyczne podobizny identycznie uśmiechających się ludzi i nigdy nie stworzyć niczego znaczącego lub wartościowego? - spytał.

Zamknęłam z trzaskiem drzwiczki szafki.

- Tak. Jeśli mam wybierać z tych dwóch opcji, wybieram uśmiechniętych ludzi. Którzy wcale nie są identyczni, i ich podobizny również. Są szczęśliwi, dlatego sądzisz, że są ode mnie gorsi. Ale wiesz co? To, co robię, znaczy o wiele więcej dla dużo większej liczby osób niż artykuł w mało znanym czasopiśmie, które kiepsko płaci i nawet nie wysyła kopii swoim współpracownikom. - Wyszło ostrzej, niż chciałam, ale nie zamierzałam się z niczego cofać. Nie mogłam. Biegłam po omacku przez las, a łowca był tuż za mną. Mogłam podążać tylko przed siebie.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że tak widzisz moją pracę - obraził się Mitch.

- Za to ja doskonale wiem, co ty sądzisz o mojej - odgryzłam się. Potem przycisnęłam sobie dłoń do czoła. - Przepraszam. Czy możemy udawać, że żadne z tych słów nie padło?

- Masz dużo stresów. - To oznaczało, że wyczeka na odpowiedni moment, by to wywlec i zrobić z siebie ofiarę. Jednak pozwoliłam mu się objąć i przytulić do klatki piersiowej. Wykrzywiłam głowę pod dziwnym kątem, kciuk mi pulsował, a on wydawał z siebie jakieś uspokajające dźwięki i głaskał mnie po włosach.

- Chodź. Napijemy się. To rozwiąże wszystkie nasze problemy.

Prychnęłam z rozbawieniem i poddałam mu się. Napiłam się, przestaliśmy się kłócić, Stahl był martwy, przeszłość pozostała przeszłością i nikt nigdy nie miał się dowiedzieć prawdy.

I wtedy to usłyszałam - słabe bzz, bzz, bzz. W mojej torebce wibrował telefon. Wykręciłam się z objęć Mitcha i weszłam do wąskiego korytarza. Odebrałam w ostatniej chwili. Liv - tym razem to naprawdę była Liv.

- Hej - rzuciłam zaraz po odebraniu połączenia. Mitch kręcił się za moimi plecami.

- Naomi. Cały dzień do ciebie dzwonię - odezwała się Liv zmartwionym głosem. Doskonale potrafiłam ją sobie wyobrazić, skuloną w rogu kanapy, nawijającą sobie swoje długie ciemne włosy na palec. - Słyszałaś?

- O Stahlu? Tak. Słyszałam.

- Nie mogę w to uwierzyć, że on nie żyje. - Jej głos dobiegał z ogromnej odległości.

- Wiem. Liv, poczekaj chwilę.

Mitch stał na środku pokoju, jak gdyby nigdy nic. Uniosłam jeden palec, sygnalizując "minutkę", po czym przeszłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi.

- Jak się czujesz? - spytałam cicho, gdy drzwi były już zamknięte. Skoro ja nie mogłam się pozbierać, nawet nie chciałam sobie wyobrażać, w jakim stanie była Liv. - Rozmawiałaś z Cassidy?

- Trochę. Pisała do mnie. Ale nie... Chciałam najpierw porozmawiać z tobą - powiedziała ostrożnie Liv.

- O Stahlu? - dopytałam.

- Nie. Nie do końca. - Wzięła głęboki wdech. - Zrobiłam coś.

- Liv, trochę mnie przerażasz - powiedziałam do niej. - Co to znaczy, że coś zrobiłaś? Co zrobiłaś?

Jej słowa wniknęły we mnie głęboko, zanurzyły się ostro i bezlitośnie.

- Znalazłam Persefonę.

 

 

 

Nie otwierałam tego pudełka od lat. Przeleżało nietknięte kilka przeprowadzek, przeżyło paru chłopaków i dziewczyn oraz trzy terapeutki, i ani razu nie wyciągnęłam go z samego dna szafy, gdzie leżało, zbierając kurz i wgniecenia.

Róg pokrywki był pęknięty, a kiedy je otworzyłam, moje palce były brudne od kurzu. Większość miejsca zajmowała narzuta, którą koledzy ze szkoły dostarczyli mi do szpitala - kwadratowy fragment materiału, podpisany przez każdego ucznia i nauczyciela, z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Pachniała lekko środkiem dezynfekującym, a na jednym brzegu widniała brązowa zaschnięta plama krwi.

"Przykro mi, że zostałaś zamordowana", napisała Kayla Wilkerson. "Prawie" zostało dopisane w daszku.

I były też kartki. Niektóre od tych samych kolegów z klasy, inne od mieszkańców miasta, a jeszcze inne od zupełnie obcych osób. Miałam ich tyle, że wypełniały więcej niż to jedno pudełko, ale po latach borykania się z poczuciem winy, że trzymam je wszystkie, wybrałam kilka, które chciałam zatrzymać, a resztę upchnęłam w worki na śmieci, przez cały czas wstrzymując oddech.

Pod kartkami leżał segregator. Przerzuciłam strony, nie wczytując się w żaden artykuł. Znałam je wszystkie na pamięć. Znajdowały się tam też zdjęcia, ja w szpitalu i później. Niektóre były wykonane z ukrycia, inne to profesjonalne ujęcia, a na żadnym z nich nie rozpoznawałam siebie, mimo iż wiedziałam, że to ja.

Na samym spodzie leżało zdjęcie naszej trójki. Musiało zostać zrobione podczas jednej z rozpraw, biorąc pod uwagę ubiór dwóch z nas: Cassidy w swoich wypolerowanych botkach od Mary Janes, a Liv w sukience z koronkowym kołnierzykiem - tej samej, którą nosiła do kościoła. Ja miałam na sobie wyblakły T-shirt z Królikiem Bugsem i dżinsy z dziurami na kolanach. To oznaczało, że był to sam początek. Niedługo potem ktoś wziął mojego tatę na stronę i powiedział mu, że powinien zainwestować część spływającej gotówki - darowizny, pieniądze z kilku wywiadów, których udzieliłam i wielu, których udzielił mój tata - w jakieś przyzwoite ubrania dla mnie. Tata Cassidy, Duży Jim, zadbał o to, by wszystkie pieniądze zostały ulokowane na funduszu powierniczym, aby mogły zostać przeznaczone na moje leczenie i opiekę, zamiast na zgubne nawyki taty - picie i zbieranie gratów.

Uśmiechałyśmy się. Ktoś musiał nam kazać, bo nie potrafię sobie wyobrazić, byśmy zrobiły to spontanicznie. Cassidy miała radosny, wyćwiczony uśmiech córki burmistrza, która przywykła do bycia fotografowaną. Uśmiech Liv to raczej nieznaczne uniesienie kącików ust, dłonie miała splecione, a nogi skrzyżowane w kostkach. Na zdjęciach z tamtego okresu zawsze miała trochę mętny wzrok. Kilka tygodni po ataku wpadła w swoją pierwszą poważną spiralę, ale wtedy jeszcze wciąż była diagnozowana i nie miała dobranych leków, więc często bywała oderwana od rzeczywistości.

No i mój uśmiech, oczywiście żałosny. Na policzku nadal miałam opatrunek, prawdopodobnie nie od rany, a od jednej z operacji, dzięki której miałam mieć naprawione uszkodzone mięśnie i nerwy i która udała się tylko połowicznie. Opadanie jednej części mojej twarzy sprawiało, że wzbudzałam tylko jeszcze większe współczucie. Tak samo jak wózek inwalidzki, bez którego nie mogłam się obejść jeszcze przez kilka kolejnych miesięcy, głównie z powodu bólu i zwyczajnego wyczerpania organizmu.

Czasami, gdy nie mogę spać, nadal je liczę. Siedemnaście blizn. Siedemnaście razy nóż wbijał się we mnie i wysuwał z powrotem. W dalszym ciągu nie potrafię zrozumieć, jak udało mi się przeżyć. Przez lata ludzie powtarzali mi, że jestem błogosławiona, odważna, zdeterminowana, zaciekła. Nie czułam ani jednej z tych cech. Przetrwanie nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl. Czołgałam się po leśnym poszyciu, ponieważ w moim oszołomionym utratą krwi mózgu próbowałam uciec od bólu, jakbym mogła zostawić go za sobą, gdybym dotarła wystarczająco daleko.

Jedna z ran kłutych drasnęła bok mojego serca, o milimetry omijając ścianę przedsionka. Gdyby była ciut głębsza lub bardziej w prawo, rzeczywiście udałoby mi się uniknąć bólu.

Otworzyły się drzwi. Do środka wsunął się Mitch z miną winowajcy.

- Przepraszam - powiedział, siadając obok mnie na dywanie ze skrzyżowanymi nogami. - Masz rację. Jestem dupkiem. Totalnie bezużyteczny. Wybaczysz mi?

- W porządku - odparłam i uśmiechnęłam się do niego. Gdybym brzmiała nieprzekonująco, zamęczałby mnie błaganiem o wybaczenie do skutku. - Nie jesteś bezużyteczny i nie jesteś dupkiem.

- Owszem, jestem. W ogóle nie nadaję się na chłopaka. - Oparł głowę o moje ramię. Opadłam z sił. Nie miałam chęci ani energii, by poprawiać mu teraz samopoczucie, ale jeśli tego nie zrobię, będzie się zadręczał przez całą noc, obwiniając się za swoje rzekome porażki.

- Nic się nie dzieje - powiedziałam uspokajająco. - Byłeś zestresowany, a ja niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam.

- Przepraszam - powtórzył. Musnął czubkami palców moje ramię i zjechał niżej po ręce aż do dłoni. Zamknęłam oczy. Co było ze mną nie tak? Mitch mnie kochał. Chciał dla mnie jak najlepiej. Dlaczego nie potrafiłam go kochać tak jak kiedyś?

- Kim jest Persefona? - spytał.

Wzdrygnęłam się zaskoczona i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że Mitch przygląda się mojej ręce. Wokół palców miałam owiniętą bransoletkę. Leżała na samym dnie pudełka. Nawet nie wiedziałam, że ją wyciągnęłam. Była bardzo prosta: bezbarwna nylonowa żyłka zawiązana na supeł, na którą nanizane były plastikowe koraliki z literami alfabetu, które wyblakły do tego stopnia, że prawie nie dało się ich odczytać. Prawie.

- Nikim - odparłam. Wrzuciłam bransoletkę z powrotem do pudełka, wstrząśnięta faktem, że wyciągnęłam ją z niego zupełnie nieświadomie. "Nie mogę powiedzieć ci nic więcej. Nie przez telefon", powiedziała Liv.

- Więc dlaczego masz jej bransoletkę? - zapytał, lekko prychając. - Niech zgadnę. Szkolna miłość. Twoja najlepsza przyjaciółka. Twoja niania.

- Nie wiem nawet, dlaczego to tutaj jest - zdenerwowałam się. Powinnam była się jej pozbyć dawno temu. Upchnęłam segregator i narzutę z powrotem do pudełka. Rzeczy znajdujące się w nim były ostatnimi pamiątkami, które zabrałam ze sobą, opuszczając Chester. - Może powinnam to wszystko wyrzucić. Ruszyć naprzód.

- Mówiłem ci już, jaka jesteś zajebista? - powiedział na to Mitch. - Miałaś tylko jedenaście lat i wsadziłaś seryjnego zabójcę za kratki. Bez twojego zeznania gówno by mieli na Stahla. Byłaś małą twardzielką i uważam, że trzymanie tych rzeczy na pamiątkę tamtych wydarzeń jest spoko.

Pokręciłam głową. Nie byłam odważna, tylko posłuszna. I przerażona. Nie Stahlem, ale tym, że zawiodę. Policja, prokuratorzy, wszyscy w kółko powtarzali mi, że cała ta sprawa zależy ode mnie.

Wszystkie zidentyfikowałyśmy Stahla, lecz w przypadku Liv i Cass doszły wątpliwości związane z ukierunkowaniem świadków. Oczywiście od razu podały ogólny wygląd sprawcy, ale przed oficjalną identyfikacją widziały go w telewizji. Ja w tym czasie, gdy w telewizji nadawano relację z jego aresztowania, leżałam nieprzytomna, więc mój pogląd był nieskażony. Dlatego moje zeznania były najważniejsze. Musiałam to zrobić. W przeciwnym razie żadna z jego ofiar nie doczekałaby się sprawiedliwości, a to był zły człowiek, i czy chciałam, by pozostał na wolności?

- Myślę, że wrócę na jakiś czas do domu - powiedziałam. Nie byłam tego pewna, dopóki nie wypowiedziałam tych słów na głos.

- Do domu? Masz na myśli Chester? Po co?

- No wiesz. Zobaczyć się z tatą. Spotkać się z Liv i Cassidy.

- To ma sens - przyznał, kiwnąwszy głową. - Powrót do początków. Pełne koło i takie tam. Domknięcie.

"Co to w ogóle znaczy, że ją znalazłaś?"

"Powiem ci, ale osobiście".

"Nie wracam tam".

"Jesteśmy jej to winne".

Domknięcie. Właśnie. Coś w tym rodzaju.

 

 

 

Poznałyśmy się, gdy miałyśmy po pięć lat. To było, oczywiście, całkiem nieuniknione. Szkoła w Chester miała zaledwie po jednym oddziale z każdego rocznika. Siadając w pierwszym rzędzie pomiędzy Olivią Barnes i Cassidy Green, byłam świadoma tego, że jestem buforem pomiędzy dwiema wrogimi armiami.

Tata Cassidy, Duży Jim, był burmistrzem Chester oraz właścicielem ostatniego działającego tartaku w mieście. Właściwie w całym hrabstwie. W Chester nadal znajdowały się miejsca z tabliczkami z napisem "TEN DOM ZOSTAŁ ZBUDOWANY Z PIENIĘDZY POCHODZĄCYCH Z PRZEMYSŁU DRZEWNEGO", lecz coraz częściej te tabliczki były zwykłymi kłamstwami. A winą za to obciążano, słusznie czy nie, ludzi takich jak Marcus Barnes i jego żona Kimiko.

Kimiko była biolożką, a Marcus prawnikiem zajmującym się ochroną środowiska, i wspólnie reprezentowali wszystko to, czego mieszkańcy Chester szczerze nienawidzili. Niedługo po tym, jak wprowadzili się do miasta, pewnego ranka znaleźli na progu domu sowę ze skręconym karkiem. Podczas gdy jedli rodzinny posiłek w lokalnej restauracji, opony ich auta zostały pocięte, a Kimiko niejeden raz była ofiarą rasistowskich i obscenicznych okrzyków.

Prawda była taka, że długo przed ich przyjazdem era świetności przemysłu drzewnego Wybrzeża Północno-Zachodniego należała już do przeszłości. Narodowy Las Olimpijski opanowały sowy, czy się to mieszkańcom Chester podobało, czy nie, i nie stało się to za przyczyną Marcusa i Kimiko Barnesów. Jednak żal i strach umierającego miasta logikę miał za nic. Liv zaczęła szkołę już jako wyrzutek.

Mnie ani mojej rodziny nikt nie nienawidził tak jak jej, ale byłam dokładnie takim samym wyrzutkiem jak ona. Byłam dziewczynką, której rodzice się rozwiedli. Dziewczynką w dziurawych ubraniach i o nieświeżym zapachu. Moja mama była zdzirą, która opuściła rodzinę, a tata pijaczyną, który nie potrafił utrzymać nawet pracy w barze na pół etatu. Nikt nie spodziewał się po mnie niczego lepszego.

Ze wszystkich dzieci w Chester Liv i ja byłyśmy najmniej prawdopodobnymi kandydatkami na towarzyszki córki burmistrza. Jednak z jakiejś przyczyny Cassidy Green rzuciła tylko na nas okiem, ku konsternacji swoich rodziców, i postanowiła, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami. Na przerwie oświadczyła, że będziemy się z nią bawić, a my byłyśmy zbyt oszołomione, by zaprotestować. Dorośli próbowali interweniować, odmawiając wożenia nas na spotkania towarzyskie oraz pouczając Cassidy, że jako córka burmistrza ma obowiązek przebywania w odpowiednim towarzystwie, ale spóźnili się. Cass już nas zawłaszczyła.

Wkrótce nasza przyjaźń wręcz zdziczała. Zabroniono nam się widywać, więc wymykałyśmy się z domów i uciekałyśmy do lasu, dopóki rodzice nie ustąpili. Po jakimś czasie wreszcie zrezygnowali z prób rozdzielania nas. Cassidy taka właśnie była. Gdy raz jakiś pomysł wpadł jej do głowy, nie było mowy, by zmieniła zdanie. Kiedy się na coś uparła, nie było takiej siły, która by ją powstrzymała.

I nie miało znaczenia, że to ja odkryłam Persefonę. To Cassidy uczyniła ją naszą.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pelnej