Kierunek Włochy
Był 19 grudnia 1943 roku. Na Morzu Śródziemnym panował sztorm.
Rozszalałe grzywiaste fale waliły niemiłosiernie o burty statku
"Indrapoera", który przechylał się to na jedną, to na drugą burtę lub
gwałtownie wznosił dziób, by za chwilę z hukiem opaść w ciemne odmęty.
Od czasu do czasu woda przelewała się przez górny pokład. Mało kto z pasażerów decydował się na krótki nawet spacer, tym bardziej, że siąpił
drobny deszczyk. Horyzont tonął we mgle, ledwo dało się dostrzec inne
statki płynące razem z "Indrapoerą" w konwoju. Ponieważ czas był wojenny
-?w głębinach morskich czyhały okręty podwodne wroga, które mogły w każdej chwili zaatakować torpedami brytyjskie statki -?jednostek
transportowych broniły cztery szybkie kontrtorpedowce Royal Navy,
uwijające się zygzakami wokół swoich "podopiecznych" wypełnionych
wojskiem i sprzętem wojennym.
Po południu siła wiatru znacznie osłabła, morze najwyraźniej ucichło. Na
pokładzie zaroiło się od żołnierzy w zielonych mundurach z "Polandami"
na rękawach. Chcieli zaczerpnąć świeżego powietrza po kilku dniach
męczącej podróży, targającej nerwy chorobą morską. Na zmęczonych
twarzach pojawiał się już uśmiech. Polacy gromadzili się w małych
grupkach, żartowali, rozmawiali na temat pogody i kierunku
przemieszczania się konwoju.
-?Nareszcie się uspokoiło! Byłem załamany, bo sądziłem, że to piekielne
kołysanie nigdy się nie skończy! Rzygałem jak kot. Chwała Bogu, że to
już przechodzi! -?narzekał głośno wysoki, wąsaty porucznik w battledressie z zieloną choinką polskiej 3. Dywizji Strzelców Karpackich
na rękawie.
-?Najgorsze chyba minęło -?potwierdził stojący obok sierżant. -?Pewnie
jesteśmy już blisko Włoch, bo konwój skręcił na północny zachód. Może
wreszcie zrobi się cieplej, bo na razie ziąb jak cholera!
-?Ciepło, a nawet gorąco, jest we Włoszech w lecie, a nie w zimie. Teraz
możemy tam zastać i mróz, i śnieg -?przekornie rzucił ktoś stojący obok.
-?Patrzcie, koledzy, na ten kontrtorpedowiec idący za nami z boku -
rzucił inny z żołnierzy. -?Najwyraźniej zbliża się do nas.
Porucznik skierował lornetkę w kierunku okrętu.
-?Panowie, to polski eskortowiec "Ślązak"! Widzę biało-czerwoną banderę
na rufie. Marynarze machają do nas rękami.
-?Pomachajmy i my -?podchwycił sierżant.
Jak na komendę żołnierze zaczęli wymachiwać furażerkami i beretami w kierunku wciąż zbliżającego się okrętu ze znakiem taktycznym "L 26" na
kadłubie. Na pokładzie zapanował radosny nastrój, rozlegały się okrzyki
i wiwaty.
-?Niech żyją polscy marynarze! Witajcie, chłopaki! Chwała Polskiej
Marynarce! Zwyciężymy!
Z płynącego obok statku o nazwie "New Amsterdam", również z żołnierzami
3. Dywizji Strzelców Karpackich na pokładzie, zaczęto także wymachiwać
rękami i czapkami. Szum fal morskich zagłuszał jednak entuzjastyczne
powitania marynarzy. Niebawem "Ślązak" się oddalił. Teraz majaczył w mgielnej poświacie z przodu konwoju. Humory polskich żołnierzy -
pasażerów statków "Indrapoera" i "New Amsterdam" -?znacznie się
poprawiły. Kołysanie nie było już tak dokuczliwe, mesy okrętowe nie
świeciły już pustkami podczas wydawania posiłków, apetyty wszystkim
dopisywały.
Noc minęła spokojnie, można było wreszcie pospać. Po ustąpieniu porannej
mgiełki zaświeciło blade słońce. Statki i kontrtorpedowce widać było
zupełnie dobrze. Zaraz po śniadaniu karpatczycy tłumnie gromadzili się
na górnych pokładach i pilnie wpatrywali się w linię horyzontu, na
której w każdej chwili mógł pojawić się ląd. Marynarze angielscy
zachowywali tajemnicę, nie chcieli nic mówić o pozycji statku na Morzu
Śródziemnym. Polacy domyślali się tylko, że konwój zbliża się do
południowych Włoch od strony wschodniej.
Rankiem 21 grudnia na horyzoncie ukazała się linia lądu. Konwój szedł ku
niemu to pod ostrym kątem, to znowu równolegle. W miarę upływu czasu
odległość do półwyspu zmniejszała się, widać już było wyraźnie linię
brzegową i domy wznoszące się amfiteatralnie na wzgórzu. Porucznik
skierował lornetkę w tamtą stronę.
-?Miasto bardzo zniszczone działaniami wojennymi. Pewno toczyły się tu
niedawno ciężkie walki. Widać wraki zatopionych statków, czubki masztów
i kominów. Jest latarnia morska, ale mocno uszkodzona. W porcie i na
redzie stoją statki angielskie i amerykańskie -?objaśniał zgromadzonym
wokół niego żołnierzom.
-?To na pewno Brindisi, bo linia brzegowa skręca tu wyraźnie na północny
zachód -?wtrącił się kapitan artylerzysta, trzymający w ręku rozwiniętą
mapę.
-?O, trzy statki z naszego konwoju odłączyły się od szyku i kierują się
do Brindisi, a my płyniemy dalej obranym kursem...
-?Przed nami będzie większy port Bari i kilka mniejszych -?powiedział
kapitan. -?Może zawiniemy do któregoś z nich.
-?Zobaczymy. Co ma być, to będzie -?rzucił ktoś spokojnie.
Minęła kolejna godzina na obserwacji linii brzegowej. W tym czasie
niszczyciele odłączyły się, zaś konwój rozdzielił na małe grupki.
"Indrapoera" i "New Amsterdam" minęły port Bari, podobnie jak Brindisi
usiany wrakami statków i okrętów włoskiej floty, i zaraz potem skręciły
do małego portu Trani, oddalonego o ponad trzydzieści kilometrów od
Bari. Oba statki niebawem stanęły przy nabrzeżu. Port i miasto Trani
przeszły również ciężkie bombardowania lotnicze i morskie. Zwracał uwagę
wrak dużego okrętu, leżącego przy brzegu na boku z zanurzoną w wodzie
rufą i sterczącym wysoko ponad falami dziobem, z lufami dział w rozbitych wieżyczkach. Wzdłuż nabrzeża leżały w gruzach budynki i wiele
zardzewiałego żelastwa -?dawniej dźwigów, wagonów kolejowych i pojazdów
mechanicznych.
Było już dobrze po południu, gdy rozpoczęto rozładunek obu statków.
Schodziły na ląd pierwsze oddziały Polskich Sił Zbrojnych przybyłe na
front włoski. Należały do 2. Korpusu Polskiego, zorganizowanego na
Środkowym Wschodzie: w Palestynie, Iraku i Egipcie. Zgodnie z porozumieniem 2. Korpus Polski miał przesunąć się do południowych Włoch
w okresie od grudnia 1943 do kwietnia 1944 roku. "Indrapoera" i "New
Amsterdam" przewiozły właśnie pierwszy kontyngent jego sił. Następne
transporty -?również drogą morską -?przybywać miały do Włoch w ustalonym
czasie. Przyjęto przy tym zasadę, że żadna jednostka, nawet najmniejsza,
nie mogła być zaokrętowana w całości na jednym statku. Chodziło o to,
aby w razie jego zatopienia przez okręty lub samoloty nieprzyjaciela
żadna z transportowanych jednostek nie przestała istnieć.
Statek "Indrapoera" przewiózł około dwóch tysięcy polskich żołnierzy,
głównie oficerów i podoficerów. Na "New Amsterdam" znajdowało się
również około dwóch tysięcy pasażerów -?przeważnie podoficerów i szeregowych. Oba statki przewiozły także pewną część czołgów, armat,
samochodów, ciągników, karabinów maszynowych oraz sprzętu wojennego i kwaterunkowego. Wśród kadry 3. Dywizji Strzelców Karpackich najwięcej
było oficerów artylerii i piechoty zmotoryzowanej, choć nie brakowało
również saperów, łącznościowców, specjalistów różnych służb technicznych
i kwatermistrza z pomocnikami. Nie zapomniano też o duszpasterzu -
księdzu kapelanie kapitanie Targoszu. Tłok na obu statkach był duży, ale
podróż z Egiptu do Włoch nie trwała długo, zaledwie kilka dni, toteż
ludzie potraktowali te warunki jak coś najzupełniej normalnego.
Z pierwszym transportem przybył do Włoch także dowódca 3. Dywizji
Strzelców Karpackich, generał brygady Bronisław Duch i jego szef sztabu
pułkownik dyplomowany Henryk Piątkowski.
Po zejściu na ląd poszczególne pododdziały pomaszerowały przez
zniszczone ulice miasta na szosę prowadzącą do Bari. Tam zebrały się
poszczególne człony batalionów i brygad z obu statków i po chwili
odpoczynku ruszyły dalej na południe marszem pieszym. Wszędzie widać
było oddziały wojsk brytyjskich, obozujące pod namiotami. Kilka
kilometrów dalej znajdował się przygotowany obóz tymczasowy dla
przybywających Polaków -?namioty ustawione w szeregach w szczerym polu,
zimna bieżąca woda z wystających z ziemi kranów, latryny i żelazne
zbiorniki na śmieci. Żadnej kuchni czy żołnierskiej kantyny, łóżek czy
koców.
Szybko zapadał zmrok. Żołnierze nieśli ze sobą swój wojenny rynsztunek
bez osobistych rzeczy. Worki szeregowców, podoficerów i oficerów
przywieziono już ciemną nocą i zrzucono na jedną piramidę. O odnalezieniu swoich rzeczy, potrzebnych do snu, nie mogło być mowy.
Należało z tym poczekać do następnego dnia -?22 grudnia. A noc była
długa i wyjątkowo zimna, od morza wiał porywisty ostry wiatr, sypał
drobny śnieg. Ponieważ nie dotarły kuchnie polowe, o gorącym posiłku czy
choćby tylko kawie lub herbacie można było jedynie marzyć. Żołnierze
zjedli więc resztki suchego prowiantu, otrzymanego jeszcze na statku. W przewiewnych namiotach nie było gdzie usiąść, a tym bardziej na czym
spać.
Rano żołnierze porozpalali ogniska. Dopiero gdy duża tarcza słoneczna
wyjrzała zza horyzontu, wszystkim poprawiły się humory. Nadjechały
wreszcie wozy gospodarcze i kuchnie polowe, wydano gorący posiłek i wkrótce żołnierze pomaszerowali dalej na północ. Po przebyciu kilku
kilometrów rozbili stały obóz namiotowy na równym placu. Zaczęło się
normalne życie jednostek w warunkach wojennych. Była to tak zwana
trzecia linia, od linii frontu dzieliło ją około dwustu kilometrów.
Teraz wojsko, czekając na przybycie następnych transportów żołnierskich
kontyngentów i bojowego sprzętu, winno się zaaklimatyzować. Po
doprowadzeniu jednostek do gotowości bojowej Polacy mieli wejść do
walki.
Żołnierze 2. Korpusu szybko zorientowali się, że ta część Włoch, zwana
Terra di Bari, została podczas działań wojennych bardzo zniszczona.
Dookoła było wiele zrujnowanych domów. Przestały istnieć mosty i wiadukty, wysadzone przez cofających się Niemców dynamitem. Linia frontu
zatrzymała się na rzece Sangro. Ponieważ Niemcy stawili na linii tej
rzeki zdecydowany opór, alianci postanowili właśnie tu przeczekać zimę.
Południowe Włochy to okolice na ogół biedne, teraz miejscowa ludność
żyła po prostu w skrajnej nędzy. Nastroje wśród Włochów były różne: w większości cieszyli się z wkroczenia wojsk alianckich, choć nie
brakowało i takich, którzy jeszcze wierzyli w przeciwuderzenie i powrót
Niemców. Niebezpiecznie było zatem oddalać się od własnych jednostek,
zdarzały się bowiem napady na alianckich żołnierzy, a nawet morderstwa.
Różne zakazy i nakazy odnosiły tylko częściowy skutek, bo nuda pchała
ludzi do kroków nierozważnych, szerzył się ponadto wymienny handel. Za
żywność i mydło można było kupić u Włochów wszystko: dobre wino,
biżuterię, cenne pamiątki i... wolną miłość. Boże Narodzenie i Nowy Rok
1944 świętowali Polacy we własnym gronie, racząc się miejscowymi
trunkami i smakołykami z własnej kuchni. Była strzelanina na wiwat,
śpiewy i zabawy żołnierskie. Radosna wrzawa trwała też w obozach
brytyjskich wojsk i na jednostkach pływających Royal Navy stojących w portach. Tam strzelano najgłośniej, bo z dział okrętowych.
Pierwszy śnieg szybko stopniał, w obozie zrobiło się błoto, do czego
walnie przyczyniły się liczne samochody i motocykle. Temperatura nie
spadała poniżej zera nawet w nocy, prawie bez przerwy siąpił drobny
deszczyk.
Tymczasem do południowych Włoch nadciągały kolejne transporty wojska,
sprzętu i zapasów materiałowych. W wyznaczonych rejonach zbierał się
stopniowo cały 2. Korpus Polski pod dowództwem generała dywizji
Władysława Andersa. Konwoje szły wolno w odstępach kilku tygodni, aby
dopiero w kwietniu 1944 roku zakończyć niełatwą operację przerzutu.
Brytyjczycy nie spieszyli się zbytnio, troszcząc się głównie o regularne
dostawy dla swojej 8. Armii Polowej, która już walczyła we Włoszech i z najwyższym trudem posuwała się na północ. Na tym półwyspie przeciwnikiem
byli nie tylko Niemcy, poważną przeszkodę w działaniach zaczepnych
stwarzały także góry, wąwozy, wąskie drogi i liczne rzeki z wysadzonymi
mostami.
2. Korpus Polski miał ciekawą historię. Wyłoniony został w lecie 1943
roku z Armii Polskiej na Wschodzie, czasowo rozmieszczonej w Iraku po
ewakuacji ze Związku Radzieckiego. Kompletował swój stan i szkolił się
początkowo w Palestynie, a później w Egipcie, skąd -?na mocy
polsko-brytyjskiej umowy z 7 grudnia 1943 roku -?miał być skierowany na
front włoski. Gdy wkrótce po tej decyzji przystąpiono do organizowania
pierwszych transportów, skład tego korpusu był następujący: dowództwo ze
szwadronem sztabowym, 3. Dywizja Strzelców Karpackich, 5. Kresowa
Dywizja Piechoty, 2. samodzielna brygada pancerna, 2. Grupa Artylerii i samodzielne oddziały korpuśne -?pułk ułanów karpackich (pod tą
kawaleryjską nazwą występował rozpoznawczy pułk pancerny), 7. pułk
artylerii przeciwpancernej, 7. pułk małokalibrowej artylerii
przeciwlotniczej, 8. pułk ciężkiej artylerii przeciwlotniczej, 2.
batalion zmotoryzowany komandosów, batalion łączności, batalion saperów,
kilka samodzielnych kompanii, w tym transportowe i warsztatowe, dwa
lekkie szpitale polowe oraz służby łącznie z żandarmerią i regulacją
ruchu. Bazą 2. Korpusu Polskiego, która miała szkolić żołnierzy we
wszystkich specjalnościach i uzupełniać stany osobowe w walczących
jednostkach, była 7. Zapasowa Dywizja Piechoty o zmiennym składzie.
W przeddzień wyruszenia pierwszych kontyngentów drogą morską z Egiptu do
Włoch, gdy wszystkie oddziały osiągnęły już pełną gotowość bojową,
korpus (bez bazy) liczył 44 300 oficerów, podoficerów i szeregowców oraz
11 800 pojazdów mechanicznych razem z czołgami, samochodami pancernymi i transporterami opancerzonymi. Na podkreślenie zasługuje ponadto obfite
wyposażenie korpusu w nowoczesną broń strzelecką i artylerię z wytwórni
zarówno brytyjskich, jak i amerykańskich. Można więc przyjąć, że 2. KP
był silnym i dobrze rozwiniętym związkiem taktycznym wyższego szczebla,
ale -?jak powiada przysłowie -?nie ma róży bez kolców. Już od chwili
lądowania we Włoszech dawał się odczuć brak uzupełnień, zwłaszcza w najbardziej narażonej na straty piechocie. W toku działań miało się
również okazać, że nie dysponuje odpowiednim sprzętem
inżynieryjno-saperskim do walk w terenie górzystym. Wyłonił się wreszcie
problem artylerii, dostrzeżony szczególnie w okresie bitwy o Monte
Cassino, która przyniosła zasłużoną sławę bohaterskim żołnierzom
polskim.
Artylerii w korpusie nie brakowało, miał dosyć luf do zwalczania celów
powietrznych i naziemnych. Ponieważ aktywność Luftwaffe na froncie
włoskim była niewielka bądź nawet w ogóle nie występowała z powodu
ogromnej przewagi lotnictwa aliantów, głównym zadaniem artylerii stawało
się wspieranie własnej piechoty w różnych fazach działań zaczepnych i w walkach pozycyjnych, kiedy front zamierał w pozornym bezruchu. Artyleria
niszczyła wskazane cele ogniem na wprost lub pośrednim, obezwładniała
nieprzyjaciela potężnymi nawałami ogniowymi, mogła również stawiać w razie potrzeby skuteczny ogień zaporowy lub bezpośrednio współdziałać z piechotą w natarciu, otwierając jej drogę na określonym kierunku -
strzelcy szli wtedy w lawinę eksplodujących pocisków. Ogień artylerii
był więc elastyczny, każdorazowo dostosowany do konkretnej sytuacji na
polu walki i z reguły otwierany na żądanie dowódców oddziałów piechoty.
Zdarzało się też nierzadko, że głos należał do samych artylerzystów,
kiedy prowadzili pojedynki na odległość z wykrytymi bateriami czy
dywizjonami nieprzyjaciela.
Każda z dwóch dywizji piechoty korpusu dysponowała trzema pułkami
artylerii lekkiej (łącznie 144 działa 87,6 mm), nie licząc armat
przeciwlotniczych, przeciwpancernych i moździerzy. Młot ogniowy z tych
luf sięgał na głębokość ponad 10 tysięcy metrów, pokrywał więc -?jak to
się regulaminowo mówiło -?taktyczną strefę działań. Kierowali nim zwykle
oficerowie danego pułku z wysuniętych punktów obserwacyjnych na
podstawie obliczeń topograficznych, czyli z mapą w ręku. Niełatwe to
było zadanie w typowym dla Włoch terenie pagórkowatym, górskim i wysokogórskim, ale jakoś sobie z tym radzono. Przeznaczone do
zniszczenia cele znajdowały się z reguły bliżej, w zasięgu wzroku
uzbrojonego w lornety nożycowe.
Obok tych dywizyjnych pułków korpusowi podlegała również 2. Grupa
Artylerii w innym składzie, który zresztą parokrotnie ulegał zmianom. Po
wylądowaniu we Włoszech 2. GA dysponowała 7. pułkiem artylerii konnej -
oczywiście w pełni zmotoryzowanym z zachowaniem tradycyjnej nazwy, 9.
pułkiem artylerii lekkiej oraz 10. i 11. pułkiem artylerii ciężkiej. Na
jej korzyść miał również działać 1. pułk pomiarów artylerii, złożony z pododdziałów rozpoznania wzrokowego, dźwiękowego i topograficznego z zadaniem wykrywania celów i korygowania ognia. W toku walk na froncie
włoskim organizacja 2. GA -?jak już wspomniano -?była stopniowo
zmieniana. Pod koniec 1944 roku 9. pal przekształcono w 9. pułk
artylerii ciężkiej, natomiast 7. pak po przezbrojeniu w działa
samobieżne włączony został do formowania właśnie 2. Warszawskiej Dywizji
Pancernej. Z początkiem marca 1945 roku 2. GA wchłonęła dwa nowe pułki
artylerii ciężkiej (12. i 13. pac), dzięki czemu jej moc ogniowa
znacznie wzrosła. Każdy z nich łącznie z już istniejącymi (9., 10., 11.
pac) liczył po 16 haubic i armat o kalibrze, odpowiednio, 114,3 i 139,7
mm. Zasięg tych dział wynosił 16-19 tysięcy metrów, był więc dużo
większy od artylerii dywizyjnej, a co za tym idzie bez porównania
trudniejsze stawało się również korygowanie ich ognia. Miały one
zwalczać cele położone w głębi obrony nieprzyjaciela, ukryte w terenie z dala od linii frontu. Jeśli więc obserwatorzy artylerii lekkiej nie
mieli łatwego życia, tu wyłaniał się problem zgoła niebagatelny...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki