W drodze do Hemingwaya
Pokój jest duży, o jasnych ścianach. Przez
zaokrąglone u góry okno widać park Łazienkowski. Jest lato, po konarach
drzew biegają wiewiórki, ale stąd ich nie widać. Na ścianie wisi wielki,
przyciągający uwagę obraz, który przedstawia wnętrze baru; taka polska
odmiana Edwarda Hoppera. Meble nowoczesne, minimalistyczne, wygodne.
- Czy nie powinienem leżeć na kozetce? - pytam siedzącą naprzeciw mnie
terapeutkę Martę.
- Dlaczego miałby pan leżeć na kozetce? - Patrzy na mnie z zainteresowaniem.
Zastanawiam się, dlaczego zadałem to pytanie, i natychmiast przychodzi
mi do głowy scena z książki Kompleks Portnoya. Główny bohater leży na
kozetce i opowiada psychiatrze swoją historię. A może on wcale nie leżał
na kozetce? Tylko ja tak zapamiętałem? Nieważne. W czasach, kiedy byłem
młody, oglądane w filmach wizyty u psychiatry odbywały się na kozetkach.
Opowiadam o tym skojarzeniu.
- Za moich czasów już się tego nie praktykuje. - Śmieje się.
Jest dużo młodsza ode mnie. Gdy zdawałem na studia, jej rodzice
próbowali zapewne się umówić na pierwszą randkę.
- Ale jeśli ma pan ochotę, może się pan położyć. - To mówiąc, wskazuje
stojącą przy ścianie klasyczną skórzaną kanapę, model "Barcelona".
Odmawiam. Siedząc, widzę ją o wiele lepiej. Terapeutka jest na pewno po
trzydziestce, ale wygląda bardzo młodo. Ma czarne, lekko falujące włosy,
które opadają jej na ramiona. Myślę, że zdecydowanie bardziej wolę na
nią patrzeć, niż oglądać sufit, leżąc na kozetce. Podoba mi się jej
sukienka - prosta, czarna, obcisła, sięgająca kolan, idealna do
chwalenia się figurą. Paznokcie pomalowała na ciemnowiśniowo. Na palcu
nie ma obrączki, tylko cienki pierścionek z mikroskopijnym brylancikiem.
- O czym chciałby pan porozmawiać? - pyta.
Podobają mi się jej usta lekko muśnięte szminką. Ma przyjemny głos; taki
bym wybrał na lektora audiobooka. "O czym bym chciał porozmawiać?" -
obracam w głowie jej pytanie. Ta idealnie obcisła sukienka pobudza
wyobraźnię. Ale przecież nie będę od tego zaczynał. To byłby głupi
pomysł na początek rozmowy.
- To pacjent wybiera temat rozmowy? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Mogę lepiej go poznać, jeśli wiem, co jest dla niego ciekawe.
Uśmiecha się do mnie, a ja zachodzę w głowę, czy ten jej uśmiech jest
służbowy i łączy się z odpowiedzią, której musi udzielać setki razy na
to samo pytanie, czy ma charakter osobisty, skierowany tylko do mnie.
Zastanawiam się, czy z ludźmi, którzy do niej przychodzą, nawiązuje
relacje, czy jesteśmy pacjentami bez twarzy, którym trzeba zreperować
głowę lub duszę, po czym jak najszybciej o nich zapomnieć. Uważam, że to
by było niemożliwe - pracować z jakimś człowiekiem i analizując jego
przypadek, nie wyrobić sobie o nim zdania. Przynajmniej ja bym tak nie
potrafił, bo tak jak ona słucham ludzi i tak jak u niej przez mój
gabinet przewijają się setki osób. Opowiadają mi swoje historie, a ja
mam im pomóc, ale słuchając ich, siłą rzeczy zaczynam ich obserwować.
Natychmiast tworzą się sympatie i antypatie, których oczywiście nie
okazuję. Niektórych pamiętam nawet po latach, innych zapominam w chwili,
gdy zatrzasną się za nimi drzwi. Uświadamiam sobie, że z wieloma potem
się zaprzyjaźniliśmy. To zaś oznacza, że moja ich akceptacja musiała być
dla nich wyczuwalna. Ciekawe, jak jest u niej. Czy nasze spotkania będą
jak w greckim teatrze, gdzie aktorzy grają w maskach, czy przełamiemy
profesjonalny dystans.
Im dłużej przyglądam się tej dziewczynie, tym bardziej mi się podoba jej
uśmiech. Nie potrafię go jeszcze rozszyfrować, czy jest profesjonalny,
czy osobisty. Odpowiadam swoim osobistym uśmiechem; najważniejsze, że
oboje się uśmiechamy.
Zastanawiam się ciągle, o czym chciałbym z nią porozmawiać. Ponownie
sobie wzbraniam poruszać temat jej sukienki i figury. "Nic osobistego,
bo wszystko od razu popsujesz" - wbijam sobie do głowy niczym pierwsze
przykazanie Dekalogu. Jednak nim zdążę to przyswoić, mój niepoprawny
jęzor wyrywa się i chlapie bez porozumienia z rozumem.
- Porozmawiajmy o uśmiechu - proponuję, nim mózg wydał polecenie
szczękom, by te ugryzły mnie w język.
- O uśmiechu? - pyta zaskoczona.
- Pani się tak ładnie uśmiecha, dlatego to było pierwsze skojarzenie,
które mi przyszło do głowy...
Obserwuję ją uważnie, ale nie sprawia wrażenia obrażonej, że naruszyłem
granicę jej prywatności, i wychodzi z tego potrzasku jak wytrawny gracz,
odwracając pytanie.
- A pan się często uśmiecha?
- W pracy czy w życiu prywatnym? - Sygnalizuję, że są to dwie różne
sfery życia.
- W pracy.
- W pracy w ogóle nie.
- Tak nic a nic? Nie stara się pan chociażby przez ledwo dostrzegalny
uśmiech podnieść na duchu swoich klientów?
Już wiem, że mnie zidentyfikowała, wie, kim jestem i czym się zajmuję.
Nie jestem w tym gabinecie tak anonimowy, jak zakładałem. To dobrze
wróży.
- Dopiero, jak ich uniewinnię. Inaczej dawałbym nieuzasadnioną nadzieję.
- A według pana taka nadzieja jest im potrzebna?
- Jest. Ale nie mogę im obiecywać czegoś, co nie wiem, czy się spełni,
toteż analizuję ich sprawy z twarzą jak maska, z której nic nie mogą
wyczytać.
- W takim razie może ja powinnam dokonać korekty swojego stylu pracy...
Dostrzegam w jej oczach przekorę, dziewczyna mnie prowokuje.
- Co będzie, jeśli okaże się pan przypadkiem beznadziejnym - ciągnie - i nie będę mogła pomóc? Może nie powinnam się uśmiechać?
Już wiem, że lody między nami zostały przełamane, ale rozum podpowiada,
że jeszcze nie powinienem jej wysyłać sygnału, że zdaję sobie z tego
sprawę. Że wiem, że mój kontakt z jej figurą będzie bliższy niż
wizualny. Ale to się nie stanie dziś, więc milczę, by miała inicjatywę.
- Lubi pan swoją pracę?
- Uwielbiam.
- Serio?
- Serio.
- Jak można uwielbiać pracę, w której ma się do czynienia non stop z przestępcami?
- A jak można uwielbiać pracę, w której ma się non stop do czynienia z szaleńcami? - odparowuję, przejmując jej metodę odpowiadania pytaniem na
pytanie. - A pani lubi swoją? - dodaję dla wzmocnienia efektu. - Zapewne
tak, bo gdyby jej pani nie lubiła, toby się w niej nie uśmiechała. -
Zastawiam na nią drobną pułapkę, licząc, że odpowie, że nie do każdego
się uśmiecha, ale nie daje się w nią złapać.
- Proszę nie zapominać, że to pan jest pacjentem i to pan odpowiada na
pytania.
- Tak, to ja jestem pacjentem, a pani nie jest oskarżona.
- Nie jestem. - Wygląda na to, że ta nasza gra słów ją bawi, a nie
irytuje.
- To skomplikowane - odpowiadam na zadane przez nią pytanie. -
Przychodzą do mnie ludzie, których grzechami można by wypełnić piekło.
Prokurator chce ich wysłać do więzienia na wieczność i nie miałby nic
przeciw temu, gdyby zostali wysłani tam razem ze mną. Sędziowie w czasie
procesu mają zachować neutralność, ale nie zawsze im się udaje. A zebrana na sali publiczność traktuje mnie na ogół jak wspólnika moich
klientów. Wszyscy uważają, że oni są winni, moim zaś zadaniem jest
pokazać, że jest inaczej. Na pierwszy rzut oka często wydaje się to
beznadziejne i dlatego naprawdę uwielbiam tę robotę, bo wydobycie z piekła kogoś, kto nie powinien tam trafić, daje niesamowitą frajdę.
- Nigdy nie powinien tam trafić? - pyta przekornie dziewczyna.
- Nie wiem. - Wzruszam ramionami. - Ja tylko przedstawiam argumenty na
jego korzyść, a decyduje sąd.
- Ale chyba jest w tym wszystkim jakiś obiektywizm? - Na jej twarzy
maluje się zaniepokojenie moją wizją sprawiedliwości.
- Raczej mało. Prokuratorzy to psychopaci. Mam wrażenie, że do tego
zawodu robią specjalne testy, wyszukując kandydatów z genem sadyzmu. Im
dłużej ktoś siedzi, tym większą ma z tego satysfakcję i dodatkową
premię. - Obserwując, jak z ust dziewczyny znika uśmiech i pojawia się
wyraz zaniepokojenia, z kamienną twarzą kontynuuję: - Podobnie jest z sędziami. Przychodzą do tego zawodu z głowami pełnymi pięknych ideałów,
ale niestety, idee szybko z nich ulatują, a w ich miejsce pojawia się
gen sadyzmu, którym zarażają się od prokuratorów. Sąd to maszyna do
skazywania. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest winny, czy nie. Liczy się
tylko statystyka, a statystyka wygląda najlepiej wtedy, gdy wszyscy są
skazani.
W końcu dziewczyna zaczyna się śmiać.
- Nie nabierze mnie pan na monolog Yossariana z Paragrafu 22.
- Rozszyfrowała mnie pani. To mój ulubiony stand-up; mógłbym go odgrywać
godzinami, a pani nawet nie dała mi rozwinąć skrzydeł.
- Był już pan kiedyś u psychiatry?
- Czemu pani pyta?
- Bo chcę się zorientować, czy wie pan, po co się do niego przychodzi.
- Byłem.
- I co?
- To był jakiś bardzo smutny facet.
- Nie lubi pan facetów?
- Lubię, jak gram z nimi w tenisa, a nie jak mam im się zwierzać. Do
tego wolę dziewczyny.
- I jak poszła ta terapia?
- Słabo.
- To znaczy?
- On mi mówił, że ja mam mu mówić o tym, o czym mam potrzebę mu mówić.
- No i?
- No i nie miałem potrzeby mu o niczym mówić, więc milczeliśmy.
- Interesujące. I jak to się skończyło?
- Zwolnił mnie, kiedy nie przyszedłem na któreś spotkanie. Uznał, że
brak we mnie zaangażowania.
- To nie ma pan dużych doświadczeń.
- No nie...
Dziewczyna wciąż na mnie patrzy, a ja na nią. Wiem, że nie powinienem
się do niej uśmiechać, bo też mnie zaraz zwolni jak tamten facet, więc
staram się zachować kamienną twarz. Mam w tym doświadczenie. Od lat
przesłuchuję świadków na salach sądowych, wtedy też się nasilają
relacje, które jak zwariowany rollercoaster potrafią w okamgnieniu
wznieść się od akceptacji do nienawiści. Niezależnie jednak od tego, na
którym poziomie jesteśmy, muszę zachowywać spokój, nie okazując, że te
pytania to nic więcej poza rutynowym wykonywaniem swojej pracy. Ona ma
podobną pracę: przeprowadza setki takich terapii, więc oboje jesteśmy
profesjonalistami. Przypominamy dwoje Indian, którzy z pomalowanymi
twarzami siedzą naprzeciw siebie, mierzą się wzrokiem i czekają, który
pierwszy nie wytrzyma napięcia i zdradzi uczucia. Tylko że w tym
pojedynku ja mam trudniej, bo ona ma tak boską figurę, że trudno mi
utrzymać wzrok tylko na jej twarzy. Wiem, że to czuje, bo w kącikach jej
oczu widzę wyraźnie oznaki tłumionego uśmiechu. Milknę i teraz przez
długą chwilę siedzimy w ciszy, nie odrywając od siebie wzroku. Jej język
delikatnie - prawie niezauważenie - zwilża wargi.
- Zakładając, że nie jestem mężczyzną, z którym wolałby pan grać w tenisa, ale mu się nie zwierzać, to o czym chciałby pan porozmawiać?
- A mogę mówić prawdę i tylko prawdę? Tak jak się powinno robić w sądzie? - pytam, zachowując obojętność.
- To niezbędny element terapii.
- Najbardziej chciałbym porozmawiać o tym, czy dałaby się pani zaprosić
na kawę.
Jej ciało nie reaguje gwałtownie - i to jest dobry znak. Natomiast
delikatne oznaki uśmiechu w kącikach oczu nabierają intensywności. Są
ledwo dostrzegalne, ale ja wiem, że tam są. Wiem też, że ta runda
została przeze mnie wygrana, choć zdaję sobie sprawę, że na owoce tego
zwycięstwa trzeba będzie jeszcze poczekać.
- Gdybym przyjęła pana zaproszenie, to musielibyśmy zrezygnować z naszych następnych spotkań. Psychiatra nie może mieszać życia zawodowego
z prywatnym.
- Nie chcę rezygnować z naszych spotkań. - W mój infantylny protest
wkładam maksimum ekspresji.
- Zatem nie mogę na razie umówić się z panem na kawę.
Słowa "na razie" są w jej wypowiedzi kluczowe. Drzwi, które chciałem
wyważyć, zostały już uchylone, a teraz muszę zrobić krok do tyłu i odegrać teatr obowiązkowych form, nim będę mógł przez nie wejść.
- W takim razie żadnej kawy, tylko terapia - deklaruję z powagą.
- Czy pan potrafi być poważny? - pyta, nie próbując już nawet poskramiać
tych zmarszczek wesołości w kącikach oczu.
- Oczywiście, że potrafię - oznajmiam z zapałem godnym skauta. - Co mam
robić?
- Jakie jest pana pierwsze wspomnienie?
- Takie zupełnie pierwsze?
- Tak.
Zastanawiam się chwilę. Czytałem, że niektórzy ludzie dopatrują się
takich pierwszych wspomnień z okresu płodowego. Ja takich nie mam, nie
pamiętam ani brzucha matki, ani porodu. Nie pamiętam kołyski ani tego,
jak zaczynałem raczkować. To wspomnienia wtórne wywołane przez oglądanie
starych zdjęć. Myślę, jakie jest moje pierwsze prawdziwe, samodzielne
wspomnienie.
- Śnieg - mówię w końcu, nie wiedząc, co chcę jeszcze powiedzieć, i dziwiąc się, dlaczego akurat to skojarzenie mi przyszło do głowy.
- I co z tym śniegiem? - dopytuje się terapeutka.
Obrazek, który mi się nasunął, staje się z wolna wyrazistszy. Jest noc w lesie, na rozgwieżdżonym niebie świeci jasno księżyc w pełni. Strzeliste
sosny pokrywa śnieg. Widzę twarze dwóch mężczyzn, jeden to mój ojciec,
drugi wujek, obaj już nie żyją. Górują nade mną, jestem więc dzieckiem,
i to obraz z dzieciństwa. Mam granatową kurtkę i wełniane rękawiczki.
Jestem maleńki. Mam trzy, najwyżej cztery lata. Stoimy na ośnieżonej
leśnej drodze, a wuj przywiązuje sanki do zderzaka samochodu. Ojciec
sadza mnie na tych sankach, po czym oni dwaj wsiadają do auta - i ono
rusza. Coraz bardziej przyśpiesza, a ja trzymając się mocno ram sanek,
by nie spaść, krzyczę z zachwytu. Noc, pęd i mijane zaśnieżone drzewa,
tak wygląda szczęście dziecka.
- Znowu mnie pan wkręca? - przerywa mi dziewczyna.
- Naprawdę nie. - Chcę być wzorowym pacjentem i staram się
współpracować. To prawdziwy obraz.
- To nieodpowiedzialne. Jak można ciągnąć trzylatka za samochodem?
- To moje najlepsze wspomnienie z dzieciństwa, fajniejsze od kuligów.
- Mogli pana zabić.
- Ale nie zabili.
- Mam nadzieję, że pan nie ciągnął tak swoich dzieci?
Chcę nadal być wzorowym pacjentem, więc intensywnie sięgam pamięcią
wstecz. Przypomina mi się deska skateboardowa. Jesteśmy na nizinie,
gdzie nie ma żadnej górki, a syn chce zobaczyć, jakie jest wrażenie
jazdy przy dużej szybkości. Wyciągam więc z bagażnika hol i przyczepiam
do zderzaka. Chyba go rozpędziłem za bardzo, bo stopiły się łożyska od
kół w desce...
- Ciągnąłem, ale wstydzę się tego, co wtedy zrobiłem - wyznaję ze
spuszczoną głową.
- Jesteście rodziną psychopatów. - Patrzy na mnie wzrokiem nauczycielki,
która przyłapała ucznia na torturowaniu żaby na lekcji biologii. -
Powinnam zawiadomić policję.
- Nie może pani - bronię się. - To, co pani powiedziałem, to tajemnica
lekarska, a zresztą może pani zawiadamiać policję, te czyny i tak się
przedawniły.
- Czyli przestępstwo pozostanie bez kary - konstatuje, a ja już wiem, że
nie będę mógł przestać na nią patrzeć i po wyjściu stąd jej obraz
wyjdzie razem ze mną.
- Ma pan jeszcze jakieś pierwsze wspomnienie? Mniej kaskaderskie?
Zaczynam szukać go w pamięci i wyławiam pewien obraz z Powiśla. Idziemy
z mamą, która trzyma mnie za rękę, ulicą Kruczkowskiego. Mam na sobie
koszulkę z krótkimi rękawami i jem lody w wafelku, czyli to musi być
lato. Mama ma długie, opadające na ramiona blond włosy i sukienkę z jasnego lnu. Idziemy, rozmawiając, gdy nagle dostrzegam, że w parku
(którego już dziś nie ma) rozłożyło się wesołe miasteczko. Największe
wrażenie robi na mnie karuzela; żądam, byśmy natychmiast na nią weszli.
Mama ma wątpliwości. Zastanawiam się, ile mogę mieć lat? Co najmniej
cztery, bo podaję argumenty już pełnymi zdaniami, tłumacząc, dlaczego
musimy wsiąść na tę karuzelę. Mama w końcu daje się przekonać i kupuje
mi bilety. Karuzela rusza i zdaję sobie sprawę, że mama miała rację, że
to nie był najlepszy pomysł. Mam lęk wysokości, a do tego w trakcie
coraz szybszych obrotów mój błędnik zaczyna świrować. Krzyczę, żeby
zatrzymano ten piekielny pojazd, ale nikt mnie nie słyszy. Wtedy energia
musiała być naprawdę tania, bo ta karuzela kręciła się w nieskończoność.
- Pan chyba nie miał szczęśliwego dzieciństwa?
- Dlaczego pani tak uważa?
- Ma pan złe wspomnienia.
- To nieprawda - protestuję. - Żadne z nich nie jest złe. To tylko
przygody. Byłem bardzo szczęśliwym dzieckiem, mieszkałem w przedwojennej
kamienicy z takim podwórkiem studnią, jak w Vabanku Machulskiego,
gdzie wyrzucają tego trębacza, przyjaciela Kwinty, przez okno. - Gryzę
się w język, niepotrzebnie powiedziałem o filmie, teraz pomyśli, że coś
ze mną nie tak. Chcąc zatrzeć złe wrażenie, opowiadam dalej. - To
podwórko studnia było dla mnie kiedyś całym światem. Stały na nim dwa
wielkie trzepaki, na których całymi popołudniami wisieliśmy z przyjacielem w letnie dni. Pamiętam, że przychodzili tam kataryniarz i człowiek ostrzący noże. Niedaleko domu przy moście Poniatowskiego
ciągnęły się też podziemne tunele, części jakichś fortyfikacji z okresu
wojny. Uwielbialiśmy się tam bawić z chłopakami.
Gdy zaczynam się rozkręcać z opowieścią, widzę, że dziewczyna spogląda
na zegar nad moją głową. Jestem rozczarowany. To ja tu chcę ją zauroczyć
erudycją, a ona patrzy na zegarek.
- Musimy kończyć - informuje rzeczowo.
Teraz naprawdę jestem zły. Otwieram się przed nią, a ona tak po prostu
chce przerwać spotkanie. Nigdy mi się nic takiego nie zdarzyło.
- Teraz? Tak w połowie opowieści?
- Tak. Na tym polega psychoterapia. Sesja trwa godzinę i musimy ją
przerwać niezależnie od tego, w jak ciekawym punkcie jesteśmy. Zaczniemy
od tego samego miejsca przy następnym spotkaniu.
- To może od razu zrobimy drugie spotkanie?
Wiem, że zachowuję się jak rozpuszczone dziecko, ale naprawdę nie chcę
stąd wychodzić. Nie po to zacząłem coś opowiadać, żebym miał to
przerywać w połowie.
- W poczekalni czeka kolejny pacjent. Spotykamy się za tydzień.
- A jak odkupię od niego tę jego godzinę? - Znajduję rozwiązanie. W końcu jestem adwokatem i moje życie to znajdowanie wyjść z sytuacji z pozoru bez wyjścia.
- Pan się nigdy nie poddaje?
- Nigdy, jeśli mi na czymś zależy.
- On ma dziesięć lat.
- Kto? - pytam zdezorientowany.
- Mój następny pacjent.
Czuję, że muszę odpuścić, jeśli nie chcę narazić się na śmieszność. To
sytuacja przypominająca taką, w której przemawiałbym nadal do sądu,
przekonując o niewinności klienta, gdy sąd już dawno ogłosił wyrok.
Terapeutka jest zajęta i im szybciej zniknę, tym lepsze wrażenie po
sobie zostawię.
Na dole jest maleńka restauracja, wchodzę do niej i zamawiam cappuccino
i caneloni. Analizuję ostatnią godzinę i uświadamiam sobie, że od lat
nie myślałem o dzieciństwie, a na pewno nigdy nie zastanawiałem się nad
najdawniejszym wspomnieniem. Czy rzeczywiście ta noc w lesie, gdy
jechałem za samochodem na sankach, jest pierwsza z tego, co pamiętam?
Piję gorącą aromatyczną kawę, a przez głowę przelatują mi inne obrazy.
Widzę las, mam na sobie cienką kurtkę, czyli to musi być wiosna albo
jesień. Bardziej wiosna, bo przyroda dopiero się budzi do życia. Koło
mnie jest mała, najwyżej trzyletnia dziewczynka; trzymam ją za rękę.
Wychodzimy z lasu i jesteśmy szczęśliwi, że udało się dotrzeć do drogi;
widocznie zgubiliśmy się w lesie. Rozpoznaję ją - to Anna, córka
przyjaciela mego ojca. Podczas tego wyjazdu się poznaliśmy, zgubiliśmy
się wtedy w lesie. Jestem od niej starszy o sześć lat, czyli jeśli ona
ma trzy, to ja muszę mieć prawie dziewięć. Nie, to na pewno nie jest
moje pierwsze wspomnienie, bo chodziłem już do szkoły, a pamiętam
pierwszy dzień w szkole. To ważne wspomnienie, wcześniejsze od tego z Anną, ale na pewno nie pierwsze.
Analizuję następne pojawiające się obrazy. Jestem w jakimś mieszkaniu,
mam na sobie granatowe spodnie i białą koszulę. W salonie stoi duży
dębowy stół, przykryty białym obrusem. Za stołem siedzi dwanaście osób,
w tym moi rodzice. Coś jedzą, ktoś rozlewa wódkę. Ja z innym chłopcem w moim wieku bawimy się w pokoju obok salonu. Wyścigi samochodzikami nas
nużą, zastanawiamy się nad inną zabawą. Przychodzi nam do głowy berek.
On ucieka. Poznaję go, to Adam, syn gospodarzy. Biegnę za nim i doganiam
go w okolicach łazienki, i tu następuje zamiana ról. Teraz ja uciekam.
Biegnę bardzo szybko, najszybciej, jak potrafię, roztrącając wszystko,
co napatoczy się po drodze.
Wpadam do kuchni, na środku jest stół, więc muszę go ominąć, robię ostry
skręt w prawo. Adaś jest tuż-tuż za mną, prawie czuję jego oddech na
plecach. Mijam róg stołu i teraz powinienem zwolnić przed skrętem w lewo. Wtedy on zbliża się do mnie jak rozpędzony bolid, chce mnie złapać
za koszulę, robię więc desperacki unik, ale nie do końca skuteczny, bo
mnie popycha. Czuję, że lecę w bok, rozpaczliwie próbuję złapać
równowagę, lecz bezskutecznie. Macham rękoma w powietrzu i upadam na
prawy bok. Coś twardego uderza mnie w prawą skroń. Gdy dochodzę do
siebie, widzę, że cały jestem we krwi, biała koszula w mig nią
przesiąka. Adaś drze się wniebogłosy, ja zaś próbuję zlokalizować, skąd
leci ta krew.
Do kuchni wpadają uczestnicy przyjęcia i przy drzwiach robi się korek.
Mama krzyczy w głos, ojciec podbiega do mnie. W końcu udaje nam się
zlokalizować ranę: popchnięty przez Adasia uderzyłem skronią o kant
drewnianej skrzyni i z tej rozciętej skroni płynie krew. Oczami
wyobraźni widzę już podróż do szpitala. Nigdy dotąd nie byłem w szpitalu, to może być ciekawe przeżycie. Zastanawiam się, czy pojedziemy
karetką, czy zwykłym samochodem.
Wtedy w drzwiach kuchni staje ojciec Adasia z charakterystyczną skórzaną
torbą. Pamiętam, że podobne widziałem u lekarzy na filmach. Nagle
przypominam sobie, że on jest chirurgiem. Każe mi usiąść na krześle i czyści rozcięcie gazą. Bardzo piecze. Potem robi mi zastrzyk i zaczyna
szyć ranę. Wszystko zajmuje około kwadransa. Gdy kończy, wraca do
biesiadnego stołu, nalewa sobie duży kieliszek wódki i duszkiem wypija.
Wracając do domu, czuję się dumny z mojej białej koszuli umazanej krwią.
Wydaje mi się, że wyglądam jak bohater filmu akcji Fanfan Tulipan po
stoczeniu pojedynku na szpady. Na mój widok babcia, która przyszła
zapytać, jak się udało przyjęcie, krzyczy z przerażenia. Następnego dnia
zostałem w domu i nie poszedłem - teraz już nie pamiętam czy do szkoły,
czy do przedszkola.
Nie mogę ustalić, ile miałem wtedy lat, i nie wiem, czy to moje pierwsze
wspomnienie, czy ten śnieżny rajd na sankach rozegrał się wcześniej.
Moja uruchomiona wyobraźnia podsuwa mi kolejne wspomnienie. Jestem sam w domu, mam na sobie pidżamę i leżę na łóżku. Za oknem ciemno. Jestem
małym chłopcem, jest noc, więc dlaczego jestem sam? Przecież rodzice
powinni być ze mną. Powoli wraca pamięć - wieczorem mieli iść do
przyjaciół na urodziny, a ja miałem zostać z opiekunką, ale ona nie
przyszła. Tata był zły, bo mu na tej wizycie zależało. Wtedy
zaoferowałem, że niech idą, a ja zostanę sam w domu. Patrzą na mnie z niedowierzaniem. Jeśli to wywołało w nich takie zdziwienie, to musiałem
być naprawdę mały, czyli nie chodziłem do szkoły. Zawieramy umowę, że
położą mnie do łóżka, ja szybko zasnę, a jak się obudzę, oni już będą z powrotem.
Kiedy wychodzą, zdaję sobie sprawę, że wcale nie jestem senny i nie
zamierzam jeszcze iść spać. Włóczę się po domu i zaglądam do różnych
zakamarków. Ta cisza panująca wkoło trochę mnie przeraża. Zaczynam sobie
wyobrażać różne stwory, które mogą się czaić w pustych pokojach. W końcu
wracam do łóżka, bo tam się czuję najbezpieczniej. Obiecałem rodzicom,
że nie włączę telewizora, postanawiam jednak złamać tę umowę, bo w telewizji na pewno leci jakaś komedia z Flipem i Flapem i wtedy zapomnę
o tych czających się stworach.
Nie potrafię jeszcze czytać godzin z zegarka, ale w telewizji nadają
film, czyli musi być po dwudziestej, bo wtedy zawsze po dzienniku był
film. Jednak to nie jest komedia, bo akcja dzieje się na cmentarzu, a bohaterem jest wielki mężczyzna ubrany na czarno z przerażającą szramą
na głowie. Wszyscy się go boją i uciekają przed nim. Ktoś mówi do niego
Frankenstein, ja też się zaczynam go bać i nie chcę tego dalej oglądać.
Boję się, żeby do mnie nie przyszedł, i wyłączam telewizor. Ten
przerażający stwór snujący się w jasną księżycową noc po cmentarzu
znika, ale wtedy na nowo uruchamia się wyobraźnia. Jeśli on włóczy się
nocą po cmentarzu, to w końcu tam kogoś zamorduje i będzie szukał
schronienia. A co, jeśli przyjdzie do mnie? Powinienem zadzwonić do
rodziców po pomoc, ale znajomi, do których poszli, nie mają telefonu. To
było tak dawno, że wtedy nie wszędzie były telefony. Moja córka, jak
chce mnie wkurzyć, pyta, czy jak byłem mały, to grałem z dinozaurami w piłkę, a to było jeszcze przed tym, jak zacząłem grać w piłkę.
No więc zaczynam sobie wyobrażać, że ten straszny Frankenstein, idąc z cmentarza, szuka jakiejś kryjówki i wybiera nasze mieszkanie. Podchodzi
do drzwi i szarpie za klamkę. Drzwi są zamknięte, bo rodzice zamknęli
mnie na klucz, ale on jest tak silny, że w końcu wyrywa zamek i wchodzi
do środka. Ukrywam się pod kołdrą i dygocząc ze strachu, zastanawiam
się, czy mnie znajdzie. Dochodzę do wniosku, że powinienem się jeszcze
jakoś zabezpieczyć, może zabarykadować? I wtedy sobie przypominam, że te
drzwi mają bardzo gruby łańcuch, więc wstaję i zamykam się dodatkowo na
łańcuch. Teraz jestem bezpieczny, bo nawet Frankenstein nie zerwie tak
grubego łańcucha. To znaczy prawie bezpieczny, bo w mieszkaniu wciąż się
mogą ukrywać jakieś małe stwory, ale bezpieczny przed tym, którego się
boję najbardziej, czyli przed Frankensteinem. Te stwory w innych
pokojach, jeśli nie będę do nich chodził, na pewno nic mi nie zrobią,
czyli ukryty w łóżku, powinienem czekać na powrót rodziców, a oni
obiecali, że wrócą wcześniej, więc niedługo powinni już być.
Okrywam się szczelnie kołdrą i wiem, że wytrzymam do ich powrotu, lecz
nie mogę zasnąć. Mija jakiś czas; czuję, że ktoś jest w pokoju.
Drętwieję ze strachu - czyżby Frankenstein wyrwał zamek? Albo te stwory
odważyły się do mnie przyjść? Przerażony otwieram ostrożnie oczy - to są
rodzice. Jaka ulga! Chcę im się rzucić z tego szczęścia na szyję, ale
wtedy kiełkuje we mnie pytanie: jak oni się tu dostali? Przecież
zamknąłem drzwi na łańcuch i nie mieli prawa się tu dostać, skoro im nie
otworzyłem. Muszę się tego dowiedzieć. Zastanawiam się też, dlaczego
wyglądają na takich zdenerwowanych i wyczerpanych. Ze strzępków zdań
udaje mi się odtworzyć wydarzenia ostatniej nocy.
Rodzice rzeczywiście wrócili do domu wcześniej, tak jak obiecali, bo
mieli wyrzuty sumienia, że zostawili mnie samego. Otworzyli drzwi
kluczem, w domu panowała cisza; to znaczy, że niepotrzebnie się
martwili, bo ja smacznie spałem. Pchnęli drzwi, ale coś im blokowało
drogę. Okazało się, że to łańcuch, ten sam, którego wzbronili mi
zasuwać, tłumacząc, że jak będzie zamknięty, to nie dostaną się do domu.
I mieli rację, bo mimo wielu prób nie udało im się go otworzyć z zewnątrz. Próbowali więc dzwonić dzwonkiem, żeby mnie obudzić, ale
bezskutecznie, bo spałem jak zabity. Walili w drzwi, krzycząc i budząc
sąsiadów, ale to na mnie też nie działało. Po dwóch godzinach walenia,
gdy byli już skrajnie zmęczeni, wezwali dozorcę i dopiero on przepiłował
łańcuch. Gdy słyszę to wszystko, dochodzę do wniosku, że może lepiej nie
otwierać całkiem oczu i udawać, że nadal śpię.
Filiżanka po kawie jest już pusta. Dość już tych wspomnień, muszę wracać
do pracy. Ale temat najstarszego wspomnienia pozostaje we mnie i przez
cały tydzień pojawiają się nowe obrazy z dzieciństwa. W końcu nadchodzi
czwartek, dzień kolejnej wizyty. Mamy umówioną sesję o czternastej, ale
parkuję pod gabinetem pół godziny wcześniej, żeby nie stracić ani minuty
spotkania. Punktualnie o drugiej wchodzę do środka.
Gdy na nią patrzę, kojarzy mi się z wężem, a bardziej żmiją. Sukienka
ciasno opina jej ciało, jak skóra węża, to znaczy żmii. Dziś sukienka
jest czerwona i o kilka centymetrów krótsza niż tydzień temu.
Zastanawiam się, czy włożyła ją dla mnie. Korci mnie, żeby ją o to
spytać, ale wiem, że nie byłby to najlepszy początek. Siadam w fotelu,
uśmiechając się do niej, pilnując zarazem, by ten uśmiech nie był zbyt
prowokacyjny. Ona siada naprzeciw mnie, a ja się zastanawiam, czy wolę
ją w czerwonym, czy w czarnym. W tym czerwonym widzę kilka centymetrów
ud więcej; stanowczo - ten czerwony bardziej mi się podoba. Jej włosy są
bardziej skręcone, czyli musiała być u fryzjera, i ma odrobinę - ledwo
dostrzegalnie - mocniejszy makijaż. Jej usta odznaczają się czerwieńszym
odcieniem, są bardziej prowokujące niż tydzień temu. No i coś jeszcze
się w niej zmieniło. Teraz dopiero dostrzegam, że ma na szyi delikatny
złoty łańcuszek z dyskretnym wisiorkiem, którego przedtem nie miała.
- Pamięta pan, o czym rozmawialiśmy? - pyta mnie jak ucznia,
sprawdzając, czy uważałem na ostatniej lekcji.
- Tak, pani profesor. - Robię minę klasowego prymusa. - Analizowaliśmy
moje najdawniejsze wspomnienie.
Marta zakłada nogę na nogę, a ja robię, co mogę, by nie pomyślała, że
nie mogę oderwać od tych nóg oczu. Po chwili przychodzi opamiętanie.
Niby dlaczego mam udawać, że na nie nie patrzę? Jeśli włożyła tę
sukienkę dla mnie, to powinna mieć satysfakcję z tego, że to doceniam.
Robię więc to, na co mam ochotę, czyli wpatruję się w jej nogi i nagle
dostrzegam granatowe szpilki na cienkich, wysokich obcasach. Wiem, że
ona zdaje sobie sprawę z tego, że jej się intensywnie przyglądam, ale
nie komentuje tego, nie ucieka też wzrokiem i tak siedzimy w fotelach
wpatrzeni w siebie.
Czuję coraz bardziej nienaturalność tej sytuacji, bo mam pewność, że
dużo odpowiedniejsza byłaby dla nas obojga ta kozetka, o której
rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu. Patrzę na nią i zastanawiam się, na
którym spotkaniu się tam przeniesiemy. Zastanawiam się też, czy ona wie,
o czym myślę, i dochodzę do wniosku, że jeśli jest tak dobra w swoim
fachu, jak mówią, to musi to wiedzieć. A to znaczy, że jeśli mnie
jeszcze nie wyrzuciła, to wcale jej moja atencja nie przeszkadza, a to z kolei znaczy, że mam rację, i to, co teraz robimy, to tylko gra, która
prędzej czy później skończy się na kozetce. Pytanie tylko, kiedy to
nastąpi? I czy będzie to zależało ode mnie, czy od niej?
- I jakie jest to najstarsze?
- Wspomnienie z przedszkola przy ulicy Czerniakowskiej. Niczego, poza
tym jednym epizodem, stamtąd nie pamiętam. - Mówię powoli, z namysłem. -
Jestem w grupie średniaków. Przychodzi po mnie ojciec i - co mu się
rzadko zdarzało - jest bez samochodu. Wracamy do domu piechotą. Jest
zima, na chodnikach leży spora warstwa śniegu. Idziemy przez park. I nagle pytam tatę: "Czy umiesz czytać ze śladów?". Stara się zrozumieć, o co mi chodzi. "Czy potrafię tropić po śladach jak Winnetou i Old
Shatterhand?", upewnia się. "Nie. Nie tropić, tylko czytać ze śladów.
Podobno po odciskach stóp pozostawionych na śniegu można się o człowieku
wszystkiego dowiedzieć". Tata patrzy na mnie zdziwiony. "Nie wydaje mi
się", mówi powoli, starając się nie zburzyć mojej wizji świata. "Skąd ci
to przyszło do głowy?". "Wojtek mi powiedział". Wojtek to kolega z przedszkolnej grupy i tego dnia o tym rozmawialiśmy. No i on mi właśnie
powiedział, że każdy człowiek ma swój indywidualny i niepowtarzalny
odcisk buta na śniegu i że po tym odcisku możemy się o nim wszystkiego
dowiedzieć. Ile ma lat, jak wygląda, co robi, czym się interesuje i co
myśli. Opowiadam, że Wojtek mi zdradził, że po śladach na śniegu można
poznać, jaką człowiek ma duszę, i teraz od taty próbuję się dowiedzieć,
czy to, co powiedział mi Wojtek, jest prawdą.
Dziewczyna słucha mojej opowieści z zainteresowaniem.
- Chciałeś poznać cudzą duszę czy wolałeś, by ktoś poznał twoją? - pyta,
po czym dopiero po chwili się orientuje, że pomyliła formy. - To znaczy,
czy ktoś pana poznał - poprawia się. To dobry znak, że nie traktuje mnie
tylko jak pacjenta. Postanawiam tę jej pomyłkę bezlitośnie wykorzystać.
- Mówmy sobie na ty, tak będzie łatwiej. Mam na imię Gustaw. - Jestem od
niej starszy i nie wypada jej nie przyjąć tej propozycji. Złożyłem ją
świadom, że naruszam bezosobowe zasady naszych spotkań, ale oczywiście
udaję, że nie mam o tym pojęcia.
- Dobrze. - Marta kapituluje i szybko wraca do przerwanej opowieści. -
Bałeś się, że ktoś mógłby poznać twoją duszę?
- Tak. Piekielnie się tego przestraszyłem.
Widzę jej zainteresowanie tym, że jako dziecko się bałem, że ktoś
rozszyfruje, jaki jestem. Dzieci nie powinny mieć takich obaw, a to
oznacza, że wykryła u mnie anomalię, którą będziemy rozkładać na setki
maleńkich kawałeczków. Nie wie jednak, że zaraz ją rozczaruję, pokazując
nietrafność tej teorii.
- Pamiętaj, że żyłem w kraju komunistycznym, gdzie zasadą było
inwigilowanie wszystkich przez wszystkich. Rodzice od dziecka uczyli
mnie tego, bym nie opowiadał nikomu, co się dzieje u nas w domu, mówili,
że to nasza tajemnica. Już wtedy wiedziałem, że nie powinno się za dużo
mówić, a z tego, co gadał Wojtek, wynikało, że jak będziemy chodzić po
śniegu i zostawiać ślady, to inni będą mogli się dowiedzieć wszystkiego
o tacie i o mnie i bardzo się tego przestraszyłem. - Widzę, że Marta
patrzy na mnie uważnie, zapewne zastanawiając się, czy opowiedziałem jej
prawdziwą historię, czy wymyśliłem ją naprędce, chcąc zrobić na niej
wrażenie. Nie drąży jednak tego tematu.
- Czy jest coś, o czym chciałbyś najbardziej porozmawiać?
- No pewnie. - Wykorzystuję szansę ucieczki od wspomnień z dzieciństwa.
- To o czym?
- O podróżach.
- Dlaczego?
- Bo uwielbiam podróżować.
- Jakie masz najintensywniejsze wspomnienie ze swoich podróży?
Zawsze mnie peszy pytanie o to, co było najlepsze, najciekawsze czy
najintensywniejsze. Pewne sprawy są nieporównywalne: jak porównać
intensywność lodowca z intensywnością pustyni. Przez głowę przelatują mi
różne obrazy, jest ich tak dużo, że nie wiem, który wybrać. Zdaję sobie
sprawę, że trwa to zbyt długo, i muszę się na coś zdecydować. Wybór
dokonuje się gdzieś poza rozumem, bo słowo "niedźwiedź", które
wypowiadam, samego mnie zaskakuje.
- Niedźwiedź?... - powtarza, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
- Niedźwiedź - potwierdzam. - To się zdarzyło na Alasce na łódce.
Zacumowaliśmy na kotwicy niedaleko brzegu, obudziłem się rano, wychodzę
na pokład - jest wczesny ranek - i widzę dwadzieścia metrów ode mnie
stojącego na brzegu wielkiego niedźwiedzia. Wpatruje się w toń wody, po
czym błyskawicznie wsadza w nią łapę i wyciąga rybę, którą połyka w całości.
- Przestraszyłeś się go?
- Nie. To było tak magiczne przeżycie, tak nagłe zetknięcie z naturą, że
nie pomyślałem nawet o strachu. Po prostu delektowałem się tym
nieprawdopodobnym obrazem. - Mówiąc to, zdaję sobie sprawę, że jedno
wspomnienie przyciąga nieuchronnie drugie. - Widziałem też inne
niedźwiedzie w zupełnie innym czasie i miejscu i wtedy było
niebezpieczniej niż na Alasce, bo tam dzieliła nas woda. Przyjechaliśmy
do parku Yosemite. Na tablicy przy wjeździe był wielki napis "Nie karmić
niedźwiedzi" i ostrzeżenia przed zostawianiem żywności wabiącej
niedźwiedzie. Poniżej zamieszczono zdjęcia samochodów z poharataną
karoserią z podpisami, że zrobiły to misie, które chciały się dobrać do
zostawionej w autach żywności. Nie bardzo wierzyłem w ich prawdziwość.
Bardziej kojarzyło mi się to z kreskówkami z dzieciństwa, których
bohaterem był przeuroczy miś Yogi okradający kosze piknikowe w Yellowstone. Wjechaliśmy jednak do parku, zostawiliśmy samochód i weszliśmy do lasu, gdzie natknęliśmy się na całą niedźwiedzią rodzinę.
Tego dnia zresztą naliczyliśmy chyba około czterdziestu misiów. Nie były
agresywne, bardziej znudzone. To by się jednak mogło w sekundę zmienić,
gdyby podobnie jak Yogi wyczuły zapach świeżo pieczonej pizzy - ten
sielankowy obraz nas uśpił i chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy z rzeczywistego zagrożenia.
- Wygląda na to, że prowadzisz niedźwiedzią turystykę.
- Skąd! Ten niedźwiedź na Alasce to był przypadek. Najbardziej lubię
żeglować i oglądać świat od strony wody.
- Opowiadasz o tym z takim zapałem, jakbyś za chwilę miał zamiar
zaprosić mnie na jacht.
- Dopiero po terapii. - Przypominam jej o naszej umowie.
- To wrócimy do tego, do jachtów i do niedźwiedzi, a teraz powiedz, co
jest dla ciebie naprawdę ważne. Czy masz jakiś autorytet?
Rozsiadam się wygodnie w fotelu, podpieram głowę dłońmi i ponieważ
pytanie jest serio, zastanawiam się nad odpowiedzią.
- Autorytetem jest dla mnie ojciec - mówię powoli, starannie dobierając
słowa. - To on mnie zaraził pasją do zawodu i to od niego się najwięcej
nauczyłem. - Moje słowa ją zainteresowały. Widzi, że mówię szczerze, i przez kilkanaście minut rozmawiamy o mojej relacji z ojcem z czasów, gdy
byłem dzieckiem, a potem o tym, jak ta relacja przekształciła się w przyjaźń dwojga dorosłych ludzi.
- A inny autorytet poza ojcem?
To znowu pytanie, którego nie lubię: kto jest dla ciebie najważniejszy?
Kto najbardziej wpłynął na twoje życie? Jak można porównać fascynację
Ritchiem Blackmore'em z Deep Purple, gdy miałem dwanaście lat, z uwielbieniem dla Bułhakowa, które przyszło wiele lat później? To
ostatnie z kolei z podziwem dla wielkich mówców, których potem słuchałem
w salach sądowych? To zupełnie różne dziedziny i różne okresy życia. Kto
z nich ma być teraz tym kimś najważniejszym, okrętem flagowym, do
którego się będę odwoływał?
Opowiadam Marcie o swoich wątpliwościach, ale jest nieugięta i nalega,
bym kogoś wybrał. Odbywam więc szaloną podróż po różnych okresach życia,
robię przegląd wielkich adwokatów, polityków, pisarzy - wszystkich
postaci, które mnie fascynowały, i w końcu wiedząc, że muszę zatrzymać
tę zwariowaną podróż, podejmuję decyzję. Chcę to mieć za sobą.
- Hemingway.
Patrzy na mnie zdziwiona.
- Taco Hemingway jest twoim życiowym autorytetem?
Teraz ja nie rozumiem.
- Kim jest Taco Hemingway?
- No chyba raperem? Bo o niego ci chodzi?
- Nie mówiłem o Taco, tylko o Erneście. - Śmieję się z nieporozumienia.
- Mówiłem o pisarzu.
- Pisarzu... - powtarza machinalnie. - To facet, który nie żyje od ponad
sześćdziesięciu lat. Dlaczego wybrałeś akurat jego?
Przeklinam się w duchu, że będę to teraz musiał uzasadniać i czeka nas o nim długa rozmowa. O ileż przyjemniej byłoby położyć się z nią na
kozetce zamiast rozmawiać o Hemingwayu. Ale trudno, jeśli chcę ten
moment, w którym przeniesiemy się na kozetkę, przyśpieszyć, muszę zrobić
na niej wrażenie. Zaczynam opowiadać.
- Jak wiesz, urodziłem się w latach sześćdziesiątych w smutnym
komunistycznym kraju, gdzie wszystko było czarno-białe. Czarno-biała
była telewizja i zdjęcia w aparatach fotograficznych, czarno-biali
mężczyźni noszący czarne garnitury i krawaty do białych koszul, nawet
kobiety ubrane w czarne albo szare garsonki. Wszystkie meble były do
siebie podobne: wszystkie w smutnych kolorach, szare były budynki na
ulicach i szary dym wylatujący z fabrycznych kominów. W telewizji
wszyscy tytułowali się towarzyszami, a siwowłosi mężczyźni w czarnych
garniturach wygłaszali z ekranu identyczne, piekielnie nudne przemowy.
Tylko od czasu do czasu przeplatano to jakimś zachodnim filmem. Ten
komunistyczny kraj był wtedy miejscem, w którym nie chciałem żyć,
dusiłem się w nim. Uważałem, że ludzie nie powinni być tacy sami i myśleć tak samo, że ich największą wartością jest odmienność i indywidualność. Dlatego męczyłem się, oglądając defilady, gdzie wszyscy,
maszerując w równych szeregach, byli tacy sami i wykrzykiwali takie same
bezsensowne hasła. Męczyło mnie, że najdalsza podróż, jaką mogę odbyć,
to wycieczka do granicy kraju. Że nie mogę oglądać tych wszystkich
pięknych miejsc, które oglądałem w programach podróżniczych. Miałem
kilka, a potem kilkanaście lat i nie mogłem słuchać frazesów
wypowiadanych przez funkcjonariuszy partyjnych na temat wolności, które
nie miały żadnego związku z rzeczywistością.
- Ale co to ma wspólnego z Hemingwayem? - pyta zaintrygowana Marta.
- Zaraz do tego dojdę. Robiłem tło historyczne. Generalnie chodziło mi o to, że dusiłem się w nudnym, przepełnionym hipokryzją kraju, z którego
nie miałem jak się wyrwać. Nic dziwnego, że przynajmniej w myślach
starałem się wyrwać z tej szarej rzeczywistości. Dlatego jako mały
chłopak czytałem o przygodach Winnetou i wraz z nim przeżywałem przygody
na Dzikim Zachodzie. Potem zafascynowały mnie książki Alfreda
Szklarskiego i jego bohater Tomek podróżujący po całym świecie. Jeszcze
później przyszedł czas na książki podróżnicze. Uwielbiałem zwłaszcza
wspomnienia żeglarzy pływających po najdalszych morzach.
- Cały czas jesteśmy daleko od Hemingwaya.
- Właśnie do niego dochodzę. Jako młody chłopak ciągle czytałem, by
wejść w alternatywną rzeczywistość i uciec od tej, która mnie otaczała.
Gdy już w miarę potrafiłem czytać ze zrozumieniem, wpadła mi w ręce
antologia współczesnych opowiadań amerykańskich. Zachwyciła mnie ta
książka, a zwłaszcza jedno opowiadanie. Dziś już nie pamiętam jego
tytułu, ale na pewno działo się to w jakimś egzotycznym dla mnie
miejscu. Mogło to być jedno z tych afrykańskich, o polowaniach, może
któreś o toreadorach, a może o wojnie domowej w Hiszpanii. Ważne jest
to, że opowiadanie mnie zachwyciło, było najlepsze ze zbioru. Nie znałem
tego autora, zacząłem szukać o nim informacji i trafiłem na jego
biografię. No i wtedy mnie wciągnął w swoje życie jak wir wodny. Jego
historie przeczytałem w dwa dni; miałem wrażenie, jakbym trafił do
wypełnionego barwami fotoplastykonu. Zobaczyłem dwa światy: ten, który
mnie otaczał, gdzie chodząc do szkoły, uczyłem się o niemożliwej do
odrzucenia przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, czyli krajem, który
uważałem za odpowiedzialny za otaczającą nas rzeczywistość, i ten
Hemingwaya, wypełniony Paryżem czy polowaniami w Afryce. Pochłonął mnie
ten świat, biegałem do biblioteki po owoce jego kolejnych podróży.
Czytałem opowieści o miejscach, co do których wydawało mi się, że nigdy
ich nie zobaczę. Byłem z nim w Madrycie w czasie wojny domowej, na Key
West w jego domu czy potem na Kubie.
- Ale dlaczego akurat Hemingway? - drążyła Marta. - Wtedy wydawano wiele
książek podróżniczych, a na hiszpańską wojnę domową mogłeś się wybrać z Orwellem. On był dużo bliżej tego, bo siedział nawet w okopach.
- Nie mogłem, Orwell otwierał wtedy listę autorów zakazanych. Był nie do
zdobycia.
- No tak... - Marta przypomina sobie strzępy historycznych dla niej
informacji. - Towarzysze radzieccy nie darowali mu Folwarku
zwierzęcego, ale byli inni wydawani pisarze.
- Z książkami jest jak z piosenką - tłumaczę jej. - Jedną słyszysz i jej
nie zauważasz, a druga wpada do ucha i rozrywa ci z zachwytu głowę. Jest
z tobą cały czas, nucisz ją w najdziwniejszych miejscach. Wcześniej były
książki, które mnie zafascynowały, ale ten Hemingway wszedł we mnie cały
i nie chciał opuścić, patrzyłem na świat jego oczami i myślałem jak on.
- Chciałeś być taki męski...
- Nie, to nie to. Po prostu wiele rzeczy odczuwałem podobnie, myślałem
podobnie, no i uwielbiałem tę jego porywającą narrację.
- Czyli?
- No styl. On formułował zdania, opowiadał o świecie w taki sam sposób,
jak ja chciałbym to robić.
- I zacząłeś pisać, żeby być taki sam jak Hemingway?
- Nie, to by było zbyt dołujące doświadczenie, wtedy mi wystarczało, że
on był. Że mogłem po raz kolejny przeczytać jego opowiadanie albo na
randce z dziewczyną wpleść jakieś zdanie, które wypowiadali jego
bohaterowie.
- I pomagało?
- Różnie.
Marta spojrzała na zegarek.
- Musimy kończyć.
Zrobiło mi się smutno, bo dawno tak o nim z nikim nie rozmawiałem. Co
dziwniejsze, złapałem się na tym, że od jakiegoś czasu nawet o nim nie
myślałem. Dlaczego, skoro był dla mnie tak ważny. Uświadomiłem sobie, że
za mało myślę o wielu rzeczywiście ważnych rzeczach.
- A może następna godzina jest wolna? - zaryzykowałem.
- Nasza terapia trwa godzinę i odbywa się raz w tygodniu.
- Musiałem przynajmniej spróbować.
Nie chciało mi się już wracać do biura. Pojechałem do domu, nalałem
sobie kieliszek rumu i zacząłem czytać Rajski ogród w nowym
przekładzie. Nie wiedziałem, na czym to polegało, ale Hemingwaya mogłem
czytać w nieskończoność. Przez następne dni wracałem wieczorami do jego
książek.
Gdy po tygodniu wszedłem do gabinetu Marty, od razu zauważyłem, że lekko
podcięła włosy. Zamiast sukienki włożyła szarą rozkloszowaną spódnicę
sięgającą kolan, do tego czarne czółenka i czarny obcisły golf.
Skojarzyła mi się z dziewczynami z filmu Niewinni czarodzieje.
- Ładnie dziś wyglądasz.
- Dziękuję. - Nie dając się sprowokować, błyskawicznie zamknęła temat. -
Pamiętasz, na czym skończyliśmy?
- Oczywiście, mówiliśmy o dziewczynach, które starałem się podrywać
tekstami z Hemingwaya.
- I było z tym różnie.
- Tak, ale to nie jego wina, tylko moja. Kiepski aktor może położyć
najlepsze kwestie.
- Starasz się go bronić?
- Nie, tylko nie chcę na niego przerzucać odpowiedzialności.
- Czyli sam Hemingway byłby idealną receptą na randki? A nie sądzisz, że
gdyby tak było, wszyscy licealiści uczyliby się go na pamięć?
- Ludzie są leniwi.
- To przynajmniej ci, którym zależy.
- Dobra, miałem też przez niego kłopoty.
- Opowiesz mi?
- Będziesz się śmiała, ale był okres, kiedy wszędzie chodziłem z jego
książką w ręku.
- Chciałeś pokazać, że jesteś maczo czy intelektualistą?
- Wyrafinowanym intelektualistą.
- I co się stało?
- Poszedłem na randkę z jego książką. Na ogół dziewczyny pytały, co to
za pisarz, i wtedy mogłem z pasją o nim opowiadać. Dziewczyny to
wciągało i najczęściej umawiały się na kolejną randkę.
- A tym razem zawiódł?
- Tak, zawiódł. A ciebie chłopcy podrywali na książki?
- Pewnie, ale rozmawiamy o tobie. Co się stało?
- Poszedłem na randkę z Hemingwayem pod pachą. Już nie pamiętam, która
to była książka, chyba Ruchome święto, a ona musiała ją przeczytać i pyta, czy lubię walki byków. Na co ja, nabierając pewności, że sprawy
idą w dobrym kierunku, potwierdzam, że lubię wszystko co Hemingwayowe.
Okazało się, że ona była zdeklarowaną obrończynią praw zwierząt. Zaczęła
krzyczeć, że walki byków to imprezy dla zwyrodnialców, że nie potrafi
nawet rozmawiać z kimś, komu się to podoba, i poszła.
- Byłeś wściekły na niego?
- Wtedy tak, ale nie w ogólnym rozrachunku, bo statystycznie dawał mi
więcej sukcesów niż porażek. Najśmieszniejsze było to, że ja nie lubię
walk byków. Zresztą nigdy na żadnej nie byłem, nie mógłbym na nie
patrzeć.
- Jak można uwielbiać Hemingwaya i nie lubić walk byków?
- Podobnie jak zaczytywać się w Agacie Christie, nie lubiąc
rzeczywistych morderstw. On pięknie o nich pisał, zresztą nawet nie o nich samych, tylko bardziej o emocjach z nimi związanych. Coś, o czym on
pisał, porywało, a samo to zetknięcie się z rzeczywistością tego opisu
mogło rozczarowywać.
- Ale lubisz Paryż?
- Uwielbiam, to było pierwsze zachodnie miasto, które zobaczyłem. Był
rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy, zryw "Solidarności". Nie
zapomnę tego momentu, kiedy wysiadłem na paryskim lotnisku i zdałem
sobie sprawę, że udało mi się choć na chwilę wyrwać z tego
czarno-białego kraju. Znalazłem się w miejscu, w którym zaczynał swą
podróż Hemingway.
- Tylko dwadzieścia lat po jego śmierci i sześćdziesiąt po tym, jak
Hemingway zaczynał tam swoją podróż.
- To bez znaczenia. Paryż zawsze jest Paryżem.
- Ale nie było w nim ani Scotta Fitzgeralda, ani Dos Passosa, to co tam
robiłeś?
- Chciałem popracować. Zatrudniłem się do pomalowania sklepu, którego
właścicielem był facet o polskich korzeniach. Ale już po jednym dniu
okazało się, że nie mam żadnych talentów malarskich, nawet w zakresie
malowania ścian.
- I co, wyrzucił cię?
- Wręcz przeciwnie, polubił. Okazał się człowiekiem o wielkim sercu, a ja ujawniłem duże walory towarzyskie. Zaprzyjaźniliśmy się i przez
miesiąc pokazywał mi uroki miasta.
- Zacząłeś tam pisać jak Hemingway?
- Nie. Bałem się pisać, bo wiedziałem, że cokolwiek napiszę, będzie o kilka galaktyk za tym, co on robił. W zabawie miałem szansę bardziej się
do niego zbliżyć.
Marta długo mi się przygląda, nad czymś się zastanawiając. Ona milczy,
więc milczę i ja.
- Czy ty nie masz czasem jego kompleksu? - pyta ostrożnie, jakby się
bojąc, czy nie sprawi mi przykrości, czy nie otworzy jakiejś szuflady,
którą trzymam szczelnie zamkniętą przed światem.
- Mam. On pisał tak, jak ja nigdy nie będę umiał. Był tam, gdzie ja nie
miałem szansy być.
- Zazdrościsz mu wojny? Tego, że był przynajmniej na trzech?
- Skąd, nienawidzę wojny. Gdyby mnie interesowała, próbowałbym jak
Marcin Meller albo Radek Sikorski zostać korespondentem wojennym. Nie,
ja jestem urodzonym pacyfistą.
- Coś mi się tu nie zgadza. Pytam o twój największy autorytet, a ty
wymieniasz Hemingwaya, po czym się okazuje, że tak naprawdę nie macie
żadnych punktów zbieżnych. On wariuje na punkcie walk byków, a ty ich
nie znosisz, on był na każdej możliwej wojnie, a ty jesteś pacyfistą.
Może przynajmniej lubisz łowić ryby?
Czuję się złapany na haczyk. Mógłbym wyrecytować akapity ze Starego
człowieka i morza, pamiętam jego opowiadania, gdzie całe strony
wypełniały wędki i ofiary tych wędek, pamiętam zdjęcia, gdy polował na
największe marliny Karaibów. On to kochał, a jeśli naprawdę tak go
uwielbiam, to jego pasja powinna być moją pasją.
- Nie lubię. - Bezradnie rozkładam ręce. - Kiedyś łowiłem na Alasce, bo
nie wypadało odmówić. Zarzucałem wędkę z nadzieją, że nic się nie
złapie, zamiast tego wszystkie łososie z tego strumienia biły się, żeby
się nadziać na haczyk. Takiego tłoku ryb w wodzie w życiu nie widziałem.
Zarzucałem wędkę i za każdym razem sukces. Zdejmowanie ich z haczyka
było traumatycznym przeżyciem, modliłem się, żeby się kolejny nie
złapał.
Rozbawiło ją to. Śmieje się, a ja lubię jej śmiech.
- No i jak to się skończyło?
- Zjedliśmy te łososie. To była najjaśniejsza strona wędkowania, potem
już w życiu nie wziąłem do ręki wędki.
- A polowania? - pyta Marta, jakby łapiąc się ostatniej nadziei. - Byłeś
na safari w Afryce i strzelałeś do antylop albo lwów?
Robię audyt swoich dokonań myśliwskich i nie przypominam sobie siebie z karabinem w ręku. Ponownie cofam się pamięcią i nagle pojawiają się
jakieś skrawki wspomnień. Jest noc, środek lasu, a w nim dwóch małych,
najwyżej siedmioletnich chłopców. To musi być parne lato, bo malcy
ubrani są tylko w lekkie koszule. Obok nich leży martwy jeleń. Wyglądają
na przestraszonych, co nie dziwi, zważywszy że są sami z trupem
zwierzęcia w lesie. Ten mniejszy z białymi jak len włosami to ja. I dopiero teraz wspomnienie układa się w całość.
Jesteśmy u przyjaciela ojca na Mazurach i ten przyjaciel, który ma syna,
zabiera nas na nocne polowanie. No więc spacerujemy po lesie, na niebie
świeci księżyc. Nagle wujek każe nam się zatrzymać, zastygamy w bezruchu. Na polanie pojawia się jeleń. Wygląda pięknie, dostojnie.
Wujek składa się do strzału, od huku bolą nas uszy. Ciało jelenia
gwałtownie przechyla się na bok i osuwa na ziemię. Jeszcze nie do końca
zdaję sobie sprawę z tego, co się stało, ale wcale mi się nie podoba to,
że ten wspaniały jeleń leży na ziemi. Za to wujek jest zadowolony.
Szybkim krokiem przemierza polanę i sprawdza, czy zwierzę żyje. Dopiero
wtedy dochodzi do mnie, że ta sytuacja z leżącym jeleniem nie jest
tymczasowa i że on naprawdę nie żyje. Wujek decyduje, że gdy on pójdzie
po samochód, by zabrać jelenia, my z przyjacielem będziemy go pilnować.
No i idzie, a my zostajemy sami w lesie, to znaczy niezupełnie sami, bo
z tym jeleniem, którego wujek przeciągnął na drogę. Wtedy w tym
mazurskim lesie złożyłem sobie obietnicę, że nigdy nie strzelę do
żadnego zwierzęcia.
Kiedy kilka dni później pożegnaliśmy się, wyjeżdżając do domu, i wujek
zapytał, czy w przyszłości chcę zostać myśliwym, hardo odpowiedziałem,
że nie, bo nie lubię do nikogo strzelać.
Obraz w mojej pamięci przesuwa się szybko. Widzę grupę mężczyzn w ciepłych kurtkach. Idą polną drogą i mają przewieszone przez ramię
strzelby. Tylko jeden z nich nic nie niesie na plecach. Już jako dorosły
odwiedziłem tego samego wujka i gdy oni polowali, ja jako jedyny nie
dałem się wciągnąć w to hobby.
Taśma przewija się o następne kilka lat. Krajobraz z iglastego lasu
zamienia się w sawannę. To musi być Afryka. Mężczyzna w letniej zielonej
koszuli siedzi w samochodzie terenowym. Jego dawniej jasne włosy lekko
ściemniały i się przerzedziły, ale to ten sam chłopiec, który pojawiał
się na poprzednich obrazach. Obok niego siedzi dziewczynka. Musi mieć
tyle lat co ten chłopiec z pierwszego obrazu. Ma letnią sukienkę i blond
włosy luźno opadające do ramion. Nieopodal samochodu przechodzi stado
słoni. Ten widok wywołuje ekscytację dziewczynki, sięga po leżący na
kolanach aparat i z zapałem zaczyna fotografować.
- Byłem na safari fotograficznym - informuję Martę, widząc absurd
relacji z Hemingwayem.
Uzmysławiam sobie, że naprawdę nie mamy prawie żadnych punktów
zbieżnych, że poza moją ślepą miłością do niego i książek, które pisał,
nic z innych pasji nas nie łączy. Gdy on ze strzelbą na ramieniu i obsesją w oczach tropiłby kilka dni słonia, by zdobyć kły, ja uczyniłbym
wszystko, by tego słonia uratować.
Czy gdybyśmy naprawdę się spotkali, to mielibyśmy jakikolwiek temat do
rozmowy? Czy raczej doszłoby między nami do awantury, gdy ja
przekonywałbym go, że strzelanie do słoni wcale nie jest oznaką
męskości, tylko zwykłym znęcaniem się nad tym pięknym zwierzęciem.
Argumentowałbym, że jeżeli naprawdę chce udowodnić sobie i innym, że
jest największym supermenem wszechświata, to zamiast strzelać, mógłby
wziąć pod pachę deskę surfingową i iść poszukać wysokiej fali.
- A boks? - pyta Marta, jakby chciała mi rzucić koło ratunkowe. -
Hemingway uwielbiał boks. Czytałam, że w domu na Key West miał własny
ring. Ty pewnie też się lubisz boksować.
To już z jej strony uderzenie poniżej pasa. Próba zrzucenia mojego
mistrza z piedestału.
Znowu taśma pamięci przesuwa się w ekspresowym tempie. Chłopak, którego
widzę, może mieć około szesnastu lat, ma długie jasne włosy. Świeci
gołym torsem, ubrany jest w krótkie spodenki i ma na rękach rękawice
bokserskie. Naprzeciw niego stoi dużo mocniej zbudowany rówieśnik o nieco ciemniejszych włosach, wyższy i ważący ponad dziesięć kilo więcej.
Chłopcy wymieniają pierwsze ciosy i na pierwszy rzut oka widać, że
wyższy jest dużo silniejszy i wynik walki jest łatwy do przewidzenia.
Ich ciosy stają się coraz mocniejsze i blondyn zostaje zepchnięty do
defensywy. Wyższy, zdając sobie sprawę ze swej fizycznej przewagi, chce
zakończyć walkę przez nokaut. Robi zamach całym ciałem i wyprowadza
zabójczy prawy sierpowy, który - jeśli celnie trafi - rzuci przeciwnika
na deski. Jednak niższemu udaje się przewidzieć zachowanie tamtego, robi
unik i cios trafia w próżnię. Wyższy zawisa jakby w powietrzu z niezasłoniętą twarzą, stając się świetnym celem. Sytuacja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i teraz ten słabszy może jednym ciosem
znokautować przeciwnika. Robi zamach, po czym nagle tuż przed celem
zatrzymuje rękę i przytula przyjaciela. Walka się kończy.
Nie potrafiłem go wtedy uderzyć, chociaż nokautując najsilniejszego
chłopaka w klasie, stałbym się szkolną legendą. Po prostu nie widziałem
żadnego sensu w tym, by najlepszemu kumplowi demolować szczękę. To, że
mogłem to zrobić, już było wystarczającym spełnieniem, nie potrzebowałem
niczego nikomu udowadniać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki