INTRO - W domu brakuje jednych drzwi - Plan pamięta pokój, o którym rodzina nie chce mówić.INTROPierwszą rzeczą, której Marta nie potrafiła znaleźć w domu po śmierci ojca, nie był testament.
Były nią drzwi.
Stała pośrodku korytarza na piętrze z pożółkłym planem budynku rozłożonym na podłodze i przez kilka minut próbowała przekonać samą siebie, że patrzy na niego źle. Papier miał niemal czterdzieści lat, był przetarty na zgięciach i nosił pieczątkę urzędu, którego nazwa zdążyła się od tamtej pory dwukrotnie zmienić. Linie były jednak wyraźne. Schody. Łazienka. Trzy sypialnie. Garderoba. Mały pokój po północnej stronie domu.
Marta podniosła wzrok.
Po północnej stronie korytarza znajdowała się jedynie ściana.
Bez drzwi.
Bez wnęki.
Bez śladu, że kiedykolwiek cokolwiek tam było.
- Zgubiłaś coś?
Głos brata dobiegł z dołu.
Marta nie odpowiedziała. Przyklękła, przytrzymała plan dłonią i przesunęła palcem po wymiarach. Cztery metry osiemdziesiąt od ściany łazienki do zewnętrznego muru. Zmierzyła wcześniej korytarz składanym metrem znalezionym w warsztacie ojca. Niecałe trzy metry.
Brakowało prawie dwóch.
Nie w planie.
W domu.
Usłyszała kroki na schodach.
Tomasz pojawił się na półpiętrze, niosąc dwa kubki kawy. Miał rozpiętą koszulę pod szyją i wyglądał, jakby od rana próbował jednocześnie przeprowadzić pogrzeb, sprzedać dom i nie dopuścić do rodzinnej kłótni. Udało mu się tylko pierwsze.
- Znalazłem jeszcze jedną paczkę dokumentów w gabinecie - powiedział. - Jeśli to rachunki, wyrzucam bez czytania.
Podał jej kubek.
Marta wskazała plan.
- Kojarzysz ten pokój?
Tomasz zerknął na papier.
Nie musiał się pochylać. Nie musiał nawet dobrze widzieć.
Zmiana w jego twarzy trwała może sekundę, ale Marta ją zauważyła. Zniknęło zmęczenie. Pojawiło się coś czujnego.
Potem wzruszył ramionami.
- Stary projekt. Dom był przebudowywany.
- Kiedy?
- Nie wiem.
- Ty mieszkałeś tu dłużej ode mnie.
- Marta, miałem dwanaście lat, kiedy się wyprowadziłaś. Nie prowadziłem dziennika remontów.
Spróbował się uśmiechnąć, lecz oczy pozostały nieruchome.
Marta ponownie spojrzała na plan.
- Nie ma adnotacji o zmianie układu.
- I co z tego?
- Ojciec przechowywał pozwolenie na wymianę jednego okna z dziewięćdziesiątego ósmego. Każdą fakturę. Każdy projekt instalacji. Wszystko.
- Może tego nie zachował.
- Zachował pierwotny plan.
Tomasz odstawił kawę na parapet.
- Naprawdę chcesz spędzić pierwszy dzień po pogrzebie na mierzeniu ścian?
- Chcę przygotować dokumentację dla pośrednika.
- Pośrednik nie potrzebuje archeologii budowlanej.
- Potrzebuje prawidłowego metrażu.
Tym razem brat spojrzał na ścianę.
Krótko.
Zbyt krótko.
Marta wstała.
Dom pamiętała niemal bez zmian: ciemne drewniane stopnie, jasny korytarz, płytki w łazience, których matka chciała się pozbyć przez ostatnich piętnaście lat i nigdy tego nie zrobiła. Pokój Marty nadal miał niewielkie pęknięcie pod parapetem. W sypialni rodziców wciąż wisiała lampa kupiona jeszcze przed jej maturą.
A jednak teraz, kiedy znała wymiary, korytarz wyglądał inaczej.
Za krótki.
Jak źle wykadrowane zdjęcie.
Podeszła do ściany.
- Co robisz?
- Patrzę.
- Widzę.
Tapeta została położona dawno temu. Kremowa, z niemal niewidocznym wzorem pionowych pasów. Ojciec sam ją kleił. Marta pamiętała zapach kleju, otwarte okna i radio grające gdzieś na dole.
Przesunęła dłonią po powierzchni.
W połowie ściany wyczuła nierówność.
- Marta.
Tomasz powiedział jej imię inaczej niż przed chwilą.
Odwróciła się.
- Co?
- Zostaw to.
Nie brzmiał już na zirytowanego.
Brzmiał poważnie.
- Dlaczego?
- Bo próbujemy sprzedać dom, a ty zaraz zaczniesz odrywać tapetę, żeby udowodnić, że architekt czterdzieści lat temu źle narysował kreskę.
- To nie jest jedna kreska.
- Nie ma tam żadnego pokoju.
Marta patrzyła na niego przez chwilę.
- Skąd wiesz?
Tomasz zacisnął szczękę.
Na dole trzasnęły drzwi wejściowe.
Oboje zamilkli.
- To pewnie mama - powiedział Tomasz.
Matka miała wrócić dopiero wieczorem.
Marta zeszła za bratem.
W przedpokoju stała ciotka Elżbieta. Zdjęła czarny płaszcz, ale nadal trzymała torebkę na ramieniu, jakby nie zamierzała zostać długo. Siostra ojca wyglądała gorzej niż na pogrzebie. Twarz miała bladą, a włosy, zwykle starannie ułożone, opadły jej na czoło.
- Mama jest? - zapytała.
- Jeszcze nie - odpowiedział Tomasz. - Coś się stało?
Elżbieta zauważyła plan w ręku Marty.
Zatrzymała na nim wzrok.
Nie spytała, co to jest.
- Skąd to masz?
Marta poczuła, jak brat obok niej nieruchomieje.
- Z dokumentów taty.
Ciotka wyciągnęła rękę.
- Daj mi.
Nie był to ton prośby.
- Dlaczego?
- Bo to stary papier. Niepotrzebny.
- Właśnie próbuję ustalić, czy jest potrzebny.
Elżbieta zrobiła krok w jej stronę.
- Marta, daj mi ten plan.
- Co jest za ścianą na piętrze?
Tomasz zaklął cicho.
Ciotka znieruchomiała.
W domu zrobiło się tak cicho, że Marta usłyszała tykanie zegara w salonie.
Elżbieta powoli opuściła rękę.
- Nic.
- Na planie jest pokój.
- Na planach bywają rzeczy, których nigdy nie zbudowano.
- Zewnętrzne wymiary domu się zgadzają.
Ciotka spojrzała na Tomasza.
Nie na Martę.
To wystarczyło.
- Ty wiesz - powiedziała Marta.
- Nie - odparł brat.
Zbyt szybko.
Elżbieta zamknęła oczy.
- Wasz ojciec nie powinien był tego trzymać.
Marta poczuła niepokój dopiero wtedy. Nie przy pustej ścianie, nie przy brakujących dwóch metrach i nawet nie przy reakcji Tomasza. Dopiero teraz, kiedy ciotka wypowiedziała te słowa głosem kogoś, kto od dawna obawiał się jednej konkretnej rzeczy.
- Czego nie powinien był trzymać? - zapytała.
Elżbieta nie odpowiedziała.
Na piętrze coś stuknęło.
Raz.
Głucho.
Cała trójka podniosła głowy.
Tomasz pierwszy ruszył w stronę schodów.
- Zostańcie tutaj.
Marta poszła za nim.
- Przecież nikogo tam nie ma.
- Powiedziałem, zostań.
- Od kiedy wydajesz mi polecenia we własnym domu?
- To nie jest twój dom.
Odwrócił się do niej na schodach.
Zrozumiał natychmiast, co powiedział.
Marta również.
- Testamentu jeszcze nie otworzyliśmy - przypomniała.
Tomasz pobladł.
Na górze rozległ się drugi stuk.
Tym razem wyraźniejszy.
Dochodził z końca korytarza.
Ze ściany, na której według planu powinny znajdować się drzwi.
Marta ominęła brata.
Kiedy dotarła na piętro, zobaczyła coś, czego wcześniej nie zauważyła.
Przy samej podłodze pasek tapety odkleił się od ściany.
Nie dużo. Może na szerokość dwóch palców.
Pod nim nie było tynku.
Było drewno.
Marta przykucnęła i wsunęła paznokieć pod krawędź tapety.
- Nie dotykaj tego - powiedziała za jej plecami ciotka Elżbieta.
Marta pociągnęła.
Tapeta oderwała się z cichym trzaskiem.
Pod spodem biegła idealnie pionowa szczelina.
Krawędź futryny.
Ktoś nie usunął drzwi.
Ktoś je zabudował.
Marta spojrzała na rodzinę stojącą za nią.
Tomasz nie patrzył już na ścianę.
Patrzył na Elżbietę.
A ciotka patrzyła wyłącznie na Martę.
- Twój ojciec obiecał - powiedziała cicho - że nigdy tego nie otworzy.
Rozdział 1 - Ściana, której nie powinno być - W domu brakuje jednych drzwi - Plan pamięta pokój, o którym rodzina nie chce mówić.Rozdział 1 - Ściana, której nie powinno byćPrzez kilka sekund po słowach Elżbiety nikt się nie poruszył.
Marta nadal kucała przy ścianie, trzymając między palcami oderwany fragment tapety. Pod nim widniała wąska, niemal idealnie pionowa linia. Nie pęknięcie tynku. Nie łączenie płyt. Krawędź czegoś drewnianego, schowanego pod warstwami farby, papieru i zaprawy.
Futryna.
Dom nie tyle nie miał drzwi.
Dom miał drzwi, których ktoś postanowił się pozbyć tak starannie, jakby samo ich istnienie było problemem.
- Co miał obiecać? - zapytała Marta.
Elżbieta zacisnęła palce na pasku torebki.
- Nie dzisiaj.
- To chyba najgorsza możliwa odpowiedź.
- Marta, proszę cię.
- O co?
Ciotka przeniosła wzrok na Tomasza. Ten stał przy schodach z jedną ręką opartą o poręcz i sprawiał wrażenie człowieka, który ma ochotę zejść na dół, wyjść z domu i nigdy nie wrócić.
Marta podniosła się.
- Tomek?
- Nie patrz na mnie.
- Właśnie patrzę.
- Bo nic nie wiem.
- Przed chwilą wiedziałeś, że nie ma żadnego pokoju.
- Bo go nie ma.
Marta wskazała odsłoniętą krawędź.
- To czym jest to?
Tomasz otworzył usta, lecz odpowiedzi udzieliła Elżbieta.
- Zamurowanymi drzwiami.
Głos miała cichy, niemal pozbawiony intonacji.
Marta odwróciła się do niej.
- Więc pokój istnieje.
- Nie powiedziałam tego.
- W takim razie do czego prowadziły drzwi?
Elżbieta westchnęła.
- Do pomieszczenia, którego od dawna nie ma.
- Pomieszczenia nie znikają.
- Ten zniknął.
- Jak?
- Został przebudowany.
- Na co?
Ciotka milczała.
Marta czuła, że z każdą kolejną sekundą ta rozmowa przestaje dotyczyć architektury. Nie chodziło o stary remont, błąd w dokumentacji ani ekscentryczną decyzję ojca. Elżbieta nie wyglądała jak ktoś, kto boi się rozbitego tynku. Tomasz nie wyglądał jak ktoś zirytowany przygotowaniami do sprzedaży domu.
Oboje bali się pytania.
Nie odpowiedzi.
Na dole zadzwonił telefon Tomasza.
Nikt nie ruszył się od razu.
Dzwonek powtórzył się.
- Odbierz - powiedziała Elżbieta.
Tomasz zszedł dwa stopnie, ale Marta chwyciła go za rękaw.
- Wiedziałeś o tym?
- Nie.
- Nie pytam, czy wiedziałeś, co jest w środku. Pytam, czy wiedziałeś o drzwiach.
Tomasz spojrzał na jej palce zaciśnięte na materiale koszuli.
- Puść mnie.
Marta puściła.
Telefon dzwonił po raz trzeci.
- Wiedziałeś? - powtórzyła.
- Pamiętałem tę ścianę inaczej.
- Jak?
Tomasz spojrzał na Elżbietę.
Ciotka potrząsnęła głową.
Ten drobny ruch wystarczył, żeby Marta przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości.
- Niesamowite - powiedziała. - Nawet teraz ustalacie między sobą, co wolno mi wiedzieć.
- Nie dramatyzuj - rzucił Tomasz.
- Właśnie znalazłam zamurowane drzwi w domu, w którym dorastałam, i dowiedziałam się, że dwoje członków mojej rodziny najwyraźniej wie o nich więcej niż ja. Wydaje mi się, że mam prawo do odrobiny dramatyzmu.
Telefon ucichł.
Kilka sekund później rozległ się sygnał wiadomości.
Tomasz wyciągnął aparat, zerknął na ekran i zmarszczył brwi.
- Mama.
- Co?
- Pyta, czy ktoś jest w domu.
Elżbieta natychmiast sięgnęła po własny telefon.
- Dlaczego miałaby pytać?
- Nie wiem.
Tomasz zadzwonił. Przyłożył telefon do ucha.
Marta patrzyła na ścianę.
Wciąż próbowała dopasować ją do własnych wspomnień. Korytarz z dzieciństwa wydawał jej się dłuższy. Nie była tego pewna, ale pamięć podsuwała jej obraz stojącej tam komody, ciemnej i wąskiej, z ceramiczną misą na klucze. Tylko że klucze zawsze leżały na dole. Mogła mieszać dwa miejsca, dwa lata, dwie wersje tego samego domu.
- Nie odbiera - powiedział Tomasz.
- Przed chwilą pisała.
- Wiem.
Elżbieta wybrała numer siostry.
Cisza.
Marta podeszła do okna na końcu korytarza i spojrzała na podjazd. Samochodu matki nie było. Po pogrzebie pojechała z sąsiadką na cmentarz odebrać kilka wieńców, a potem miała odwiedzić kancelarię notarialną. Ostatni raz Marta widziała ją dwie godziny wcześniej.
- Co dokładnie napisała? - zapytała.
Tomasz pokazał ekran.
Jesteście w domu?
Nic więcej.
- Odpisz, że tak.
- Już odpisałem.
Marta zauważyła, że pod wiadomością nie pojawiło się potwierdzenie odczytu.
- Może prowadzi.
- To po co pisała?
- Nie wiem.
Elżbieta schowała telefon.
- Powinniśmy zejść.
- Ty możesz - powiedziała Marta.
- Marta.
- Ja chcę zobaczyć, co jest za tą ścianą.
Tomasz parsknął.
- Teraz?
- Tak.
- Czym? Łyżką?
- Ojciec miał narzędzia.
- Chcesz rozwalić ścianę kilka godzin po jego pogrzebie?
- Nie chcę rozwalać ściany. Chcę sprawdzić, czy da się dostać do pomieszczenia.
- Nie da się.
Marta popatrzyła na niego.
- Znowu wiesz.
Tomasz przetarł twarz dłońmi.
- Bo gdyby się dało, ojciec nie zabudowywałby drzwi.
- Skąd wiesz, że zrobił to ojciec?
Tomasz zamilkł.
Elżbieta odpowiedziała za niego.
- Bo to on je zabudował.
Marta poczuła pod skórą chłód, mimo że ogrzewanie działało zbyt mocno.
- Kiedy?
- Dawno temu.
- Ile miałam lat?
- Nie pamiętam.
- Kłamiesz.
Elżbieta spuściła wzrok.
Marta nie potrzebowała więcej.
- Pamiętam te drzwi?
- Nie.
- Skąd możesz wiedzieć, co pamiętam?
- Bo byłaś mała.
- Jak mała?
- Marta...
- Pięć lat? Dziesięć? Piętnaście?
Tomasz wszedł między nie.
- Wystarczy.
- Nie.
- Ojciec nie żyje nawet jednego dnia, a ty urządzasz przesłuchanie.
- Ojciec zabudował pokój w naszym domu i kazał rodzinie udawać, że go nie było.
- Tego nie wiesz.
- Wiem tyle, że ciotka właśnie przyznała, że to on zabudował drzwi. Ty pamiętasz ścianę inaczej. A mama wysyła wiadomość dokładnie wtedy, kiedy zaczynamy o tym rozmawiać.
- Sugerujesz, że mama nas podsłuchuje?
- Niczego jeszcze nie sugeruję.
Słowo jeszcze zawisło między nimi.
Elżbieta pierwsza odwróciła wzrok.
Marta spojrzała ponownie na plan.
Pokój miał nieco ponad osiem metrów kwadratowych. Prostokąt. Jedno okno skierowane na północny ogród. Tylko że kiedy rano obeszła dom z pośrednikiem, po tej stronie widziała trzy okna na piętrze: łazienkę, dawną sypialnię rodziców i pokój Tomasza.
Powinno być czwarte.
Podeszła do północnego okna na końcu korytarza i wychyliła się na tyle, na ile pozwalała blokada.
- Co robisz? - zapytał Tomasz.
- Liczę.
Z tej perspektywy fragment elewacji był słabo widoczny. Marta wróciła do swojego pokoju, otworzyła okno i wychyliła głowę. Wiatr przyniósł zapach mokrej ziemi i dymu z sąsiedniego komina. Przy północno-zachodnim narożniku domu zauważyła pionową smugę na tynku, jaśniejszą od reszty.
A pod nią zarys prostokąta.
Zamurowane okno.
Nie od razu oczywiste. Ktoś dopasował tynk i kolor elewacji. Dopiero światło padające pod kątem zdradzało różnicę faktury.
Marta cofnęła się.
- Było tam też okno.
Tomasz nie odpowiedział.
Elżbieta zeszła na dół bez słowa.
Marta ruszyła za nią.
- Dokąd idziesz?
- Do domu.
- Nie.
Ciotka odwróciła się na półpiętrze.
- Słucham?
- Nie możesz rzucić mi jednej informacji i wyjść.
- Mogę.
- Dlaczego tata zabudował ten pokój?
Elżbieta patrzyła na nią długo.
W jej spojrzeniu nie było złości. To było gorsze. Było w nim coś przypominającego litość.
- Zapytaj matkę.
- Pytam ciebie.
- To nie moja historia.
- Skoro wiedziałaś, to trochę twoja.
Ciotka zeszła ostatnie stopnie.
Marta poszła za nią do przedpokoju. Tomasz został na schodach.
Elżbieta założyła płaszcz.
- Twój ojciec popełnił w życiu wiele błędów - powiedziała. - Ale jednego nie można mu odmówić. Kiedy uważał, że chroni rodzinę, potrafił być bardzo konsekwentny.
- Przed czym nas chronił?
Elżbieta wsunęła rękę w drugi rękaw.
- Czasami ludzie mylą ochronę z ukrywaniem.
- Co było w pokoju?
Ciotka zapięła pierwszy guzik.
- Pokój.
- Czyj?
Palce Elżbiety zatrzymały się przy kolejnym guziku.
Marta zobaczyła to.
- Czyj? - powtórzyła.
- Nie otwieraj go sama.
- Czyli mam go otworzyć?
- Powiedziałam coś przeciwnego.
- Powiedziałaś, żebym nie robiła tego sama.
Elżbieta spojrzała na nią ostro.
Pierwszy raz od wejścia do domu strach w jej twarzy ustąpił czemuś innemu.
- Masz dokładnie ten sam problem co ojciec. Słyszysz tylko tę część zdania, która pasuje do decyzji już podjętej w twojej głowie.
- Dlatego nie potrafisz mi odpowiedzieć?
Ciotka otworzyła drzwi.
Zimne powietrze wtargnęło do holu.
- Nie wszystko, co rodzice ukrywają przed dziećmi, jest ich własnym sekretem.
Wyszła.
Marta stała nieruchomo, dopóki furtka nie zatrzasnęła się za Elżbietą.
Tomasz zszedł na dół.
- Gratuluję.
- Czego?
- W dziesięć minut doprowadziłaś ją do wyjścia.
- Zamierzała wyjść od chwili, kiedy zobaczyła plan.
- Może dlatego, że nie ma ochoty wracać do czegoś sprzed trzydziestu lat.
Marta obróciła się.
- Sprzed ilu?
Tomasz zamknął oczy.
- Rzuciłem liczbę.
- Nie. Powiedziałeś trzydziestu.
- Marta, błagam.
- Ja miałam wtedy siedem lat.
- To nie był precyzyjny przedział czasowy.
- A ty jedenaście.
Tomasz poszedł do kuchni.
Marta za nim.
- Pamiętasz drzwi.
- Pamiętam różne rzeczy.
- Jakie?
- Normalne. Dziecięce.
- Związane z tym pokojem?
Tomasz nalał sobie wody.
Ręka lekko mu drżała.
Marta zauważyła to i przestała naciskać przez kilka sekund.
- Bałeś się go? - zapytała ciszej.
Tomasz odstawił szklankę.
- Nie wiem.
- To znaczy?
- To znaczy, że nie wiem, co jest wspomnieniem, a co opowieścią, którą przez lata powtarzałem sobie tak często, że zaczęła udawać wspomnienie.
Marta usiadła przy stole.
To było pierwsze zdanie, które zabrzmiało uczciwie.
- Co sobie opowiadałeś?
Tomasz wyjrzał przez okno.
- Że na końcu korytarza była garderoba.
- Na planie garderoba jest obok łazienki.
- Wiem.
- Więc?
- Pamiętam drzwi. Chyba.
- Chyba?
- Jasne, drewniane. Inne niż reszta. Ojciec kiedyś je pomalował.
- Na jaki kolor?
- Biały.
Marta przywołała obraz domu z dzieciństwa. Wszystkie drzwi na piętrze były ciemnobrązowe aż do remontu po śmierci babci. Białe drzwi wyróżniałyby się.
Nie pamiętała ich.
- Wchodziłeś tam?
Tomasz długo nie odpowiadał.
- Nie.
- Bo było zamknięte?
- Tak.
- Na klucz?
- Chyba.
- Znowu chyba.
- Miałem jedenaście lat.
- Wystarczająco, żeby pamiętać zakazany pokój.
- Właśnie dlatego nie ufam temu wspomnieniu. Dziecko potrafi zrobić z zamkniętego schowka laboratorium szalonego naukowca.
Marta obserwowała brata.
- Co ci powiedziano, kiedy drzwi zniknęły?
- Nie pamiętam.
- Nie uwierzę.
- Nie musisz.
- Mama powiedziała, że był remont?
Tomasz napił się wody.
- Możliwe.
- Tata?
Cisza.
- Tomek.
- Ojciec powiedział, żebym nigdy więcej o to nie pytał.
Marta poczuła, jak coś ściska ją w żołądku.
- I nie pytałeś?
- Raz.
- Kiedy?
- Jak miałem siedemnaście lat.
- Co powiedział?
Tomasz uśmiechnął się bez humoru.
- Że w rodzinie są rzeczy, które przestają być niebezpieczne dopiero wtedy, kiedy wszyscy zgodzą się ich nie dotykać.
Marta przez chwilę nie słyszała nic poza jednostajnym buczeniem lodówki.
To brzmiało dokładnie jak ojciec. Nie teatralnie. Nie tajemniczo. Raczej jak zdanie człowieka, który całe życie potrafił przedstawiać własne decyzje jako zasady fizyki.
- Nigdy mi tego nie powiedziałeś.
- Bo ty niczego nie pamiętałaś.
- Więc uznałeś, że lepiej, żebym nadal nie pamiętała?
Tomasz odwrócił się do niej.
- Wyprowadziłaś się zaraz po maturze. Przyjeżdżałaś na święta, czasem na weekend. Nienawidziłaś tego domu.
- Nie nienawidziłam domu.
- Nienawidziłaś ojca.
Marta wstała.
- Nie zmieniaj tematu.
- Nie zmieniam. Przez lata mówiłaś, że nie chcesz wiedzieć, co się tutaj dzieje.
- To nie znaczy, że zgodziłam się na wycięcie kawałka własnego dzieciństwa.
Tomasz otworzył usta, ale na podjeździe zaszurały opony.
Oboje spojrzeli w stronę okna.
Granatowy samochód matki zatrzymał się przed garażem.
Marta poczuła, że cała rozmowa nagle przesuwa się w inne miejsce. Tomasz wyprostował się, jakby szykował się do czegoś, czego nie chciał robić.
Matka weszła minutę później.
Helena Krawiec wyglądała na wyczerpaną. Czarny płaszcz miała rozpięty, okulary przeciwsłoneczne wsunięte we włosy, choć słońce od dawna kryło się za chmurami. W jednej ręce trzymała teczkę, w drugiej małą papierową torbę.
- Dlaczego nie odpisaliście? - zapytała.
- Odpisałem - powiedział Tomasz.
Helena wyjęła telefon.
- Nic nie mam.
Spojrzała na ekran. Marszczenie brwi trwało sekundę.
- Brak zasięgu przy cmentarzu.
Marta przypomniała sobie dwa stuknięcia dochodzące ze ściany.
- Dlaczego pytałaś, czy jesteśmy w domu?
Matka zdjęła płaszcz.
- Bo dzwoniła pani Lewandowska.
- Sąsiadka?
- Powiedziała, że widziała kogoś przy naszym ogrodzeniu od północy.
Tomasz spojrzał na Martę.
- Kiedy?
- Może godzinę temu.
- Kogo?
- Mężczyznę. Nie znała go.
Marta pomyślała o zamurowanym oknie.
- Co robił?
Helena wzruszyła ramionami, lecz ruch był zbyt szybki.
- Stał.
- Przy północnej ścianie domu?
Matka znieruchomiała.
To była drobna reakcja.
Wystarczyła.
Helena powoli odłożyła teczkę na komodę.
- Co zrobiliście?
Tomasz nie odpowiedział.
Marta przyniosła plan z salonu.
Położyła go na stole w kuchni.
Matka nie podeszła.
Spojrzała z odległości kilku metrów.
- Skąd to masz?
To było dokładnie to samo pytanie, które zadała Elżbieta.
- Z gabinetu taty.
- W którym miejscu?
- W teczce z dokumentami domu.
- Nie pytam o teczkę. Pytam, gdzie dokładnie.
- W dolnej szufladzie biurka.
Helena zacisnęła usta.
- Zamkniętej?
Marta spojrzała na Tomasza.
- Nie była zamknięta.
Matka usiadła.
Nie zdjęła nawet butów.
- Elżbieta tu była?
- Tak.
Helena zamknęła oczy.
- Oczywiście.
- Mamo, co jest za tą ścianą?
- Nic.
- Jest pokój.
- Nie ma.
- Jest przestrzeń.
- Marta.
- Na planie osiem metrów. Zamurowane drzwi. Zamurowane okno. Ciocia powiedziała, że tata obiecał tego nie otwierać.
Twarz matki zmieniła się dopiero przy ostatnim zdaniu.
Nie było już w niej zmęczenia.
- Elżbieta powiedziała dokładnie to?
- Tak.
- Idiotka.
Tomasz oparł dłonie o blat.
- Mamo.
Helena podniosła wzrok.
- Nie otworzycie tego.
Marta usiadła naprzeciwko niej.
- Dlaczego?
- Bo ja wam zabraniam.
- Mam trzydzieści siedem lat.
- A ja jestem właścicielką połowy domu.
- Połowy?
Helena wskazała teczkę.
- Byłam u notariusza.
W kuchni zapadła cisza.
- Testament? - zapytał Tomasz.
- Nie. Informacja dotycząca dziedziczenia. Właściwe czynności będą później.
Marta patrzyła na matkę.
- Skoro jesteś właścicielką połowy, druga połowa należała do taty.
- Tak.
- Czyli nie możesz sama decydować o całym domu.
- Dopóki sprawy spadkowe nie zostaną uregulowane, nikt nie będzie rozwalał ścian.
- Nie chcę rozwalać ściany. Chcę wiedzieć, co za nią jest.
Helena pochyliła się.
- Posłuchaj mnie uważnie. To pomieszczenie zostało zamknięte z powodu, którego nie musisz znać.
Marta poczuła, że zamiast lęku pojawia się w niej gniew.
- Właśnie sprawiłaś, że muszę.
- Nie.
- Tak.
- Jesteś dokładnie taka jak ojciec.
- Ciocia powiedziała to samo.
- I miała rację.
Marta roześmiała się krótko.
- Niesamowite, że wszyscy jesteście zgodni tylko w sprawie tego, czego nie wolno mi wiedzieć.
Helena spojrzała na Tomasza.
- Ty wiedziałeś, że ona to znalazła?
- Znalazła przy mnie.
- Mogłeś ją powstrzymać.
Marta poczuła, jak coś w niej pęka.
- Nie jestem psem, którego można odciągnąć od ściany.
Matka nawet na nią nie spojrzała.
- Tomasz, słyszysz mnie?
- Słyszę.
- To pomóż mi.
- W czym?
- Dopilnuj, żeby jej nie otworzyła.
Tomasz zacisnął dłonie na krawędzi blatu.
- Mamo, może po prostu powiedz nam, co tam jest.
Helena spojrzała na niego.
Po raz pierwszy zaskoczona.
- Tobie też?
- Tak.
- Przecież wiesz wystarczająco.
Marta odwróciła głowę w stronę brata.
Tomasz pobladł.
- Co wiem?
Helena zrozumiała swój błąd.
Za późno.
- Mamo - powiedziała Marta bardzo cicho. - Co Tomek wie?
- Nic.
- Przed chwilą powiedziałaś coś innego.
- Przejęzyczyłam się.
- Nie.
Tomasz odsunął się od stołu.
- Muszę wyjść.
Marta wstała.
- Nigdzie nie idziesz.
- Nie zaczynaj.
- Co wiesz?
- Powiedziałem ci wszystko, co pamiętam.
- Mama najwyraźniej uważa inaczej.
Tomasz spojrzał na Helenę.
- Naprawdę świetnie.
Chwycił kurtkę z oparcia krzesła.
- Tomek.
- Mam dość na dzisiaj.
Wyszedł tylnymi drzwiami do ogrodu.
Marta chciała za nim pójść, ale matka odezwała się, zanim dotarła do drzwi.
- Nie pytaj go.
Marta odwróciła się.
- Dlaczego?
Helena wpatrywała się w swoje dłonie.
- Bo nie pamięta wszystkiego.
- A ty pamiętasz?
- Tak.
- W takim razie powiedz mi.
Matka podniosła wzrok.
- Właśnie dlatego nie mogę.
Marta wyszła do ogrodu.
Tomasz stał przy drewnianym schowku na narzędzia i palił papierosa, choć rzucił palenie sześć lat wcześniej.
- Ładnie - powiedziała Marta.
- Pogrzeby sprzyjają starym nawykom.
Marta oparła się o ścianę garażu.
Przez chwilę nie rozmawiali.
Na sąsiedniej posesji szczekał pies. Wiatr poruszał nagimi gałęziami jabłoni. Dom od tej strony wyglądał normalnie. Solidny, trochę za duży dla dwóch starszych osób, z dachem wymienionym pięć lat temu i nowymi rynnami.
Marta obeszła narożnik.
Północna elewacja była prawie cała w cieniu.
Zamurowane okno widziała teraz wyraźnie.
Podeszła bliżej.
Tynk w prostokącie był minimalnie gładszy.
Tomasz stanął obok niej.
- Pamiętasz je? - zapytała.
- Okno?
- Tak.
- Nie.
Marta przyjrzała się parapetom. Pod zamurowanym oknem nie było parapetu, ale w murze znajdowały się dwa stare otwory po mocowaniach. Niewielkie. Rdzawe.
- Ktoś coś tu kiedyś przykręcił.
- Może kratę.
Marta spojrzała na niego.
- Kratę na piętrze?
Tomasz zgasił papierosa.
- Albo skrzynkę na kwiaty.
- Ty naprawdę próbujesz sam siebie przekonać, że to nic.
- Próbuję przetrwać pogrzeb ojca bez odkrywania, że rodzina uczestniczyła w jakimś rytuale.
Marta przesunęła dłonią po tynku.
Na ziemi pod ścianą leżało kilka drobnych kawałków zaprawy.
Świeższych niż reszta.
Przykucnęła.
- Tomek.
- Co?
Wskazała fragment.
Jasnoszary. Nie zdążył ściemnieć od wilgoci.
Tomasz spojrzał w górę.
Jedna z cegieł pod zamurowanym oknem miała wyszczerbiony narożnik.
- Ktoś tu był - powiedziała Marta.
- Może ptak.
- Ptaki nie noszą młotków.
Z trawnika wiodły w stronę ogrodzenia dwa płytkie ślady butów. Ziemia była mokra po nocnym deszczu, ale powierzchnia zdążyła miejscami przeschnąć. Odciski były wyraźne.
Ktoś stał przy ścianie.
Dokładnie tam, gdzie powiedziała sąsiadka.
Tomasz spojrzał na Martę.
- Dzwonimy na policję?
- I co powiemy? Że ktoś stał w naszym ogrodzie i dotknął cegły?
- Wszedł na posesję.
- Nie wiemy, czy wszedł.
Marta ruszyła wzdłuż śladów.
Prowadziły do tylnego ogrodzenia, przy którym rosły tuje. Między dwiema z nich znajdowała się stara metalowa furtka używana kiedyś przez ojca, kiedy chodził na skróty do sklepu. Od lat była zamknięta na kłódkę.
Teraz kłódka wisiała otwarta.
Tomasz zaklął.
Marta dotknęła jej ostrożnie.
Nie była przecięta.
Była otwarta kluczem.
- Tata miał klucz? - zapytała.
- Oczywiście.
- Gdzie jest?
- Powinien wisieć w garażu.
Poszli razem.
Na drewnianej tablicy nad stołem warsztatowym znajdowało się kilkanaście haczyków. Przy każdym ojciec napisał markerem przeznaczenie klucza.
Garaż.
Piwnica.
Skrzynka prądowa.
Altana.
Furtka.
Haczyk pod napisem FURTKA był pusty.
Marta spojrzała na brata.
- Może mama go ma.
- Może.
Tomasz nie brzmiał, jakby w to wierzył.
Marta zauważyła drugi pusty haczyk.
Nie był podpisany słowem.
Widniała nad nim tylko litera P.
- Co to?
Tomasz spojrzał.
I po raz kolejny tego dnia jego twarz zdradziła go szybciej niż słowa.
- Nie wiem.
Marta podeszła bliżej.
Na haczyku nie było kurzu.
Klucz wisiał tam jeszcze niedawno.
Rozdział 2 - Klucz oznaczony literą P - W domu brakuje jednych drzwi - Plan pamięta pokój, o którym rodzina nie chce mówić.Rozdział 2 - Klucz oznaczony literą PHelena nie chciała obejrzeć pustych haczyków.
Kiedy Marta i Tomasz wrócili z garażu, matka stała w salonie przy kredensie i przekładała dokumenty z jednej teczki do drugiej. Robiła to z mechaniczną dokładnością, która przez całe dzieciństwo Marty oznaczała jedno: rozmowa, której Helena nie zamierzała prowadzić, właśnie się skończyła.
- Z furtki zniknął klucz - powiedziała Marta.
Matka nie podniosła głowy.
- Ojciec ciągle go gdzieś odkładał.
- Kłódka jest otwarta.
Ręce Heleny zatrzymały się na moment.
- To ją zamknijcie.
- Ktoś otworzył ją kluczem.
- Skąd wiesz?
- Bo nie jest uszkodzona.
Helena wsunęła dokument do koszulki.
- Mógł zostawić otwartą.
- Tata nie żyje od trzech dni.
- Wiem, kiedy umarł mój mąż.
Marta zacisnęła szczękę.
- Dzisiaj ktoś był przy północnej ścianie domu.
- Wiem. Powiedziała mi pani Lewandowska.
- Zostawił ślady. Odpadła też zaprawa z miejsca, gdzie było okno.
Helena spojrzała na córkę.
- Co sugerujesz?
- Nic. Jeszcze.
- Znowu to słowo.
Marta zdziwiła się.
- Słyszałaś wcześniej?
- Krzyczałaś z kuchni.
Tomasz stanął przy drzwiach salonu.
- Mamo, kto ma klucz do furtki?
- Nie wiem.
- Ty?
- Możliwe.
- Możliwe?
Helena westchnęła.
- Tomasz, w ciągu ostatnich trzech dni odpowiadałam na pytania lekarzy, zakładu pogrzebowego, księdza, notariusza, banku i połowy rodziny. Nie pamiętam, który z trzydziestu kluczy mam przy sobie.
- Sprawdź.
- Teraz?
- Tak.
Matka przez chwilę patrzyła na syna, jakby próbowała zdecydować, kiedy dokładnie przestał stać po jej stronie.
Potem otworzyła torebkę.
Wyjęła pęk kluczy.
Położyła go na stole.
Marta rozpoznała bramę, drzwi wejściowe, garaż. Mały srebrny klucz do furtki również tam był.
- Czyli były dwa? - zapytała.
- Najwyraźniej.
- A drugi zniknął.
- Najwyraźniej.
- I ciebie to nie niepokoi?
- Nie.
- Dlaczego?
Helena uniosła wzrok.
- Bo w przeciwieństwie do ciebie nie zakładam natychmiast najgorszego.
Marta chciała odpowiedzieć, ale Tomasz odezwał się pierwszy.
- A klucz oznaczony P?
Twarz matki nie zmieniła się.
Tym razem nie zdradziła jej żadna reakcja.
I właśnie to Marta uznała za reakcję najbardziej znaczącą.
- Jaki klucz?
- W garażu jest haczyk. Ojciec podpisał go literą P.
- Nie wiem.
- Jest pusty.
- Dużo haczyków jest pustych.
- Nie - powiedziała Marta. - Dwa.
Helena ponownie zajęła się dokumentami.
- Nie wiem, co chcecie ode mnie usłyszeć.
- P jak pokój? - zapytała Marta.
Matka podniosła głowę.
- Przestań.
- To tylko pytanie.
- Nie. To nie jest pytanie. To kolejna próba wciągnięcia mnie w historię, którą już sobie napisałaś.
- Jaką historię?
- Że wasz ojciec ukrywał jakiś straszny sekret, ja go chroniłam, Tomasz coś pamięta, Elżbieta coś przemilcza, a teraz tajemniczy człowiek zakrada się do ogrodu. Wszystko zaczęło się kilka godzin temu, a ty już zachowujesz się, jakbyś rozwiązywała zbrodnię.
- Nikt nie powiedział o zbrodni.
Helena zamarła.
Marta poczuła, że zrobiło się za cicho.
- Mamo?
- To ty powiedziałaś o strasznym sekrecie.
- Powiedziałam dokładnie to, co ty przed chwilą.
- Nie łap mnie za słowa.
- Nie muszę. Sama się za nie łapiesz.
Tomasz odsunął się od drzwi.
- Dobra. Koniec. Wszyscy jesteśmy zmęczeni.
Marta patrzyła na matkę.
- Co się wydarzyło w tym pokoju?
Helena zamknęła teczkę.
- Nic.
- Dlaczego tata go zamurował?
- Nie rozmawiam o tym.
- Dlaczego ciocia Elżbieta powiedziała, że obiecał go nie otwierać?
- Zapytaj Elżbietę.
- Już pytałam.
- Więc pytaj dalej.
- Dlaczego tata miałby trzymać klucz do pomieszczenia, które zamurował?
Helena wstała.
- Nie wiemy, do czego był ten klucz.
- Ty wiesz.
Matka podeszła do niej.
Była od Marty niższa o kilka centymetrów, drobniejsza, wyczerpana. Mimo to w tym momencie znów wyglądała jak kobieta, która potrafiła jednym spojrzeniem uciszyć dwoje dzieci przy stole.
- Posłuchaj mnie - powiedziała. - Nie otwieraj tej ściany.
- Dlaczego?
- Bo cię o to proszę.
- To za mało.
- Dzisiaj pochowałam męża.
- Ja pochowałam ojca.
Helena drgnęła.
Marta od razu pożałowała tonu, ale nie słów.
Matka skinęła głową.
- W takim razie może przynajmniej do jutra spróbujesz zachowywać się jak córka, a nie jak śledcza.
Odeszła.
Drzwi sypialni zamknęły się na piętrze kilka chwil później.
Tomasz usiadł na kanapie.
- Umiesz wybrać moment.
- Ona umie go wykorzystywać.
- Może naprawdę nie chce dziś o tym mówić.
- Nie chce o tym mówić od trzydziestu lat.
- Nie wiesz tego.
Marta spojrzała na pustą framugę drzwi salonu, jakby widziała przez strop korytarz na piętrze.
- Ty wiedziałeś o kluczu P?
- Nie.
- Pomyśl.
- Myślałem.
- Ojciec podpisywał wszystko.
- Wiem.
- P jak co?
- Piwnica ma własny podpis.
- Pompa?
- Pompa nie ma klucza.
- Pracownia?
- Ojciec nie miał pracowni.
Marta usiadła naprzeciwko.
- Pokój.
- Możliwe.
- Jeżeli drzwi są zamurowane, po co klucz?
- Może do drugiego wejścia.
Spojrzeli na siebie.
Marta poczuła krótkie ukłucie satysfakcji, zaraz zastąpione niepokojem.
- Drugiego wejścia - powtórzyła.
Tomasz potarł skronie.
- To stary dom. Mogło być wejście ze strychu.
- Na planie nie ma.
- Plan kondygnacji nie musi pokazywać włazu.
Marta wstała.
- Chodź.
- Nie.
- Tomek.
- Powiedziałem nie.
- Sam to zasugerowałeś.
- I natychmiast pożałowałem.
Marta ruszyła na korytarz.
- Gdzie jest wejście na strych?
- Doskonale wiesz.
Wiedziała.
Składana drabinka znajdowała się w suficie małego pomieszczenia gospodarczego obok łazienki. Jako dzieci prawie nigdy nie mogli tam wchodzić. Ojciec przechowywał na strychu świąteczne dekoracje, stare walizki i pudła z książkami.
Marta pociągnęła za metalowy pierścień.
Klapa nie ruszyła się.
Spróbowała mocniej.
- Zablokowana? - zapytał Tomasz z korytarza.
- Chyba.
Wstał z niechęcią i podszedł.
Pociągnął.
Klapa ani drgnęła.
- Ojciec ją zamknął?
- Nigdy nie była zamykana.
- Może się zakleszczyła.
Tomasz obejrzał krawędź.
- Nie. Jest zasuwka od góry albo jakiś zamek.
Marta spojrzała na niego.
- P?
- Przestań.
- Sam widzisz.
- Widzę zamknięty strych.
- Kiedy ostatni raz tam byłeś?
Tomasz zastanowił się.
- Latem. Szukałem wentylatora.
- I było otwarte?
- Tak.
- Tata żył.
- Zauważyłem.
Marta zignorowała uwagę.
- Czyli ktoś zamknął wejście w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
- Ojciec.
- Albo mama.
- Albo zamek się zaciął.
Marta przyniosła z garażu latarkę i cienki płaski śrubokręt.
- Co robisz?
- Sprawdzam mechanizm.
- Mieliśmy niczego nie niszczyć.
- Nie niszczę.
Wsunęła końcówkę w szczelinę klapy. Drewno było stare, kilkukrotnie malowane. Przy jednej krawędzi wyczuła metal.
- Jest zatrzask.
- Normalne.
Przesunęła światło.
- Nie od dołu.
Tomasz westchnął.
- Oczywiście.
- Można wejść przez dach?
- Marta.
- Pytam.
- Nie będę chodził po dachu wieczorem po pogrzebie ojca, żeby sprawdzać, czy rodzice ukryli na strychu wejście do tajnego pokoju.
- Jak to wypowiadasz, rzeczywiście brzmi głupio.
- Bo jest głupie.
Marta wróciła do gabinetu ojca.
Nie wiedziała jeszcze, czego szuka. To ją irytowało. W pracy zawsze zaczynała od zakresu. Projekt, dokumentacja, różnica między stanem faktycznym a planowanym. Tutaj miała kilka reakcji, dwa puste haczyki, zamurowane okno i rodzinę, która potrafiła odpowiadać wyłącznie wtedy, gdy odpowiedź niczego nie wyjaśniała.
Gabinet pachniał kurzem, skórą i wodą po goleniu ojca.
Biurko stało pod oknem. Ciężkie, dębowe, z sześcioma szufladami. To w dolnej lewej znalazła rano teczkę z planem domu.
Otworzyła ją ponownie.
Rachunki.
Umowy.
Stare polisy.
Dokumentacja wymiany dachu.
Plan kanalizacji.
Projekt przyłącza gazowego.
Ojciec rzeczywiście przechowywał wszystko.
Marta usiadła na podłodze.
Tomasz pojawił się w drzwiach.
- Jeśli mama nas zobaczy...
- Może zaproponuje logiczne wyjaśnienie.
- Albo wyrzuci cię z domu.
- To będzie trudne, jeśli dziedziczę jego część.
- Nie wiesz, co jest w testamencie.
Marta przewróciła kolejną teczkę.
- Właśnie. To też ciekawe.
- Co?
- Dlaczego powiedziała, że była tylko po informacje dotyczące dziedziczenia, skoro tata miał testament?
- Skąd wiesz, że miał?
Marta spojrzała na niego.
- Nie wiem.
Tomasz oparł się o framugę.
- Może nie miał.
- Ojciec, który przechowuje paragon za uszczelkę do okna sprzed dwudziestu lat?
- To nie znaczy, że napisał testament.
Marta wróciła do dokumentów.
Po kilkunastu minutach znalazła rachunek wystawiony przez firmę remontową w listopadzie 1996 roku.
Data zatrzymała jej oddech.
Miała wtedy siedem lat.
Zakres prac był krótki: przebudowa ściany działowej, prace murarskie, naprawa tynku, malowanie.
Bez wskazania pomieszczenia.
- Tomek.
Brat usiadł obok.
Przeczytał.
- Może to to.
- Listopad dziewięćdziesiątego szóstego.
Tomasz przestał oddychać na moment.
- Co?
- Nic.
Marta natychmiast to wychwyciła.
- Dlaczego ta data coś ci mówi?
- Nie mówi.
- Tomek.
- Naprawdę nie wszystko jest spiskiem.
- Twoja twarz uważa inaczej.
Wstał.
- Mam dość.
- Co wydarzyło się w listopadzie dziewięćdziesiątego szóstego?
Tomasz skierował się do drzwi.
- Miałem jedenaście lat. Nie prowadziłem kalendarza.
- Ale pamiętasz.
Zatrzymał się plecami do niej.
Marta czekała.
- Byłem wtedy przez jakiś czas u ciotki Elżbiety - powiedział.
- Dlaczego?
- Rodzice mieli remont.
Marta spojrzała na rachunek.
- Ja też byłam u ciotki?
Tomasz nie odwrócił się.
- Nie.
- Gdzie byłam?
- Nie wiem.
- Jak długo byłeś u Elżbiety?
- Może tydzień.
- Sam?
- Tak.
- A ja?
Tomasz odwrócił się.
- Powiedziałem, że nie wiem.
- Nie pamiętasz, gdzie przez tydzień była twoja siedmioletnia siostra?
- Pamiętam, że rodzice powiedzieli, że jesteś chora.
- Gdzie?
- W domu.
Marta poczuła chłód.
- W domu, w którym trwał remont?
- Tak mi powiedzieli.
- Widziałeś mnie?
- Nie.
- Dzwoniłeś?
- To był dziewięćdziesiąty szósty rok, Marta. Nie mieliśmy komórek.
- Telefony stacjonarne istniały.
- Miałem jedenaście lat.
- Rodzice zabrali cię do Elżbiety i powiedzieli, że ja zostałam sama z nimi chora w domu?
- Nie powiedziałem sama. Byłam z rodzicami.
- Powiedziałeś: jesteś.
Tomasz zamknął oczy.
- Przejęzyczyłem się.
Marta patrzyła na niego.
- Ty coś pamiętasz.
- Fragmenty.
- Jakie?
- Nie chcę.
- Dlaczego?
- Bo od godziny im więcej próbuję sobie przypomnieć, tym mniej wiem, czy to naprawdę się wydarzyło.
Usiadł z powrotem.
Przez chwilę wpatrywał się w podłogę.
- Pamiętam, że przed wyjazdem do Elżbiety obudziłem się w nocy - powiedział w końcu. - Ojciec był na korytarzu. Ktoś płakał.
Marta nic nie powiedziała.
- Kto?
- Nie wiem.
- Ja?
- Myślałem, że ty.
- I?
- Wyszedłem z pokoju. Ojciec stał przy tych białych drzwiach.
- Były otwarte?
- Trochę.
- Widziałeś środek?
Tomasz pokręcił głową.
- Światło.
- Jakie?
- Zwykłe. Żółte.
- Co powiedział tata?
Tomasz patrzył przed siebie.
- Żebym wrócił do łóżka.
- I wróciłeś.
- Tak.
- Następnego dnia pojechałeś do Elżbiety?
- Chyba dwa dni później.
- A kiedy wróciłeś?
- Drzwi zniknęły.
Marta ścisnęła rachunek.
- I ja?
- Byłaś w domu.
- Chora?
- Nie wiem. Pamiętam, że leżałaś w łóżku.
- Rozmawialiśmy?
Tomasz przetarł twarz.
- Nie pamiętam.
- Próbuj.
- Próbuję.
Jego głos zrobił się ostry.
Marta zamilkła.
Tomasz przez chwilę oddychał powoli.
- Pamiętam, że mama nie pozwalała mi do ciebie wchodzić - powiedział. - Mówiła, że możesz zarażać.
- Czym?
- Nie wiem. Grypą. Anginą. Czymś.
- Ile to trwało?
- Kilka dni.
- A potem?
- Potem było normalnie.
Marta poczuła nagle absurdalną potrzebę śmiechu.
Normalnie.
Zamurowane drzwi.
Siostra zamknięta w pokoju.
Brat odesłany do ciotki.
Płacz w nocy.
Potem normalnie.
- Nic z tego nie pamiętam - powiedziała.
- Miałaś siedem lat.
- Pamiętam szkołę. Pamiętam panią Witek. Pamiętam, że jesienią złamałam palec na WF-ie. Pamiętam, jak tata kupił nam pierwszy komputer. Dlaczego nie pamiętam tygodnia, kiedy przebudowano pół piętra?
Tomasz nie odpowiedział.
Marta wróciła do teczki.
Pod rachunkiem znajdowało się pokwitowanie za materiały budowlane, wystawione dwa dni później. Cegły, zaprawa, tynk, płyta izolacyjna.
I coś jeszcze.
Dwie stalowe kotwy okienne.
Marta przypomniała sobie otwory pod zamurowanym oknem.
- Spójrz.
Tomasz przeczytał.
- Może zabezpieczyli okno przed zamurowaniem.
- Po co kupować kotwy do okna, które się likwiduje?
- Nie wiem.
Marta odłożyła dokument.
W dolnej części teczki znajdowała się koperta.
Bez opisu.
Była zaklejona, ale klej dawno stracił przyczepność.
Marta otworzyła.
W środku znajdowały się trzy fotografie.
Pierwsza przedstawiała północną ścianę domu podczas remontu. Rusztowanie. Otwarte okno pokoju, który dziś nie istniał. Na parapecie leżał koc.
Druga była zrobiona wewnątrz.
Marta odruchowo przybliżyła zdjęcie do twarzy.
Pokój.
Niewielki.
Łóżko pod ścianą.
Mała szafa.
Stolik.
Krzesło.
Na ścianie dziecięcy rysunek.
Nie widziała szczegółów.
Tomasz wziął zdjęcie.
- To nie wygląda jak schowek.
- Nie.
Trzecia fotografia była odwrócona.
Marta podniosła ją.
Na zdjęciu znajdowała się ona sama.
Siedmioletnia.
Stała przed białymi drzwiami na piętrze.
Miała włosy spięte w dwa kucyki i czerwoną bluzę, którą pamiętała ze zdjęć szkolnych.
Obok niej stała druga dziewczynka.
Trochę starsza.
Może dziewięć, może dziesięć lat.
Chuda, z ciemnymi włosami sięgającymi ramion.
Trzymała Martę za rękę.
Marta patrzyła na fotografię, nie rozumiejąc, dlaczego nie może rozpoznać twarzy osoby stojącej tak blisko niej.
- Kto to jest? - zapytała.
Tomasz nie odpowiedział.
Marta spojrzała na niego.
Brat był biały.
- Tomek?
Jego oczy wciąż tkwiły w zdjęciu.
- Widziałem ją - powiedział.
- Kogo?
- Tę dziewczynę.
- Gdzie?
Tomasz przełknął ślinę.
- W pokoju.
Marta poczuła, że dłonie robią jej się zimne.
- Powiedziałeś, że nigdy tam nie wszedłeś.
- Nie wszedłem.
- Więc jak?
Tomasz wziął fotografię.
Odwrócił ją.
Na odwrocie znajdował się napis wykonany charakterystycznym pismem ojca.
Marta.
Anna.
14 listopada 1996.
Marta przeczytała imię dwa razy.
- Anna?
Tomasz usiadł ciężko na krześle.
- Myślałem, że ją wymyśliłem.
- Kim ona jest?
- Nie wiem.
- Przed chwilą powiedziałeś, że ją widziałeś.
- Raz.
- Gdzie?
Tomasz zacisnął dłonie.
- Przez szczelinę w drzwiach.
- Tej nocy?
- Tak.
Marta poczuła, że świat wokół niej zwęża się do fotografii.
- Co robiła?
- Siedziała na podłodze.
- I płakała?
Tomasz pokręcił głową.
- Nie.
- Więc kto płakał?
Spojrzał na Martę.
W jego oczach było coś, czego dotąd nie widziała.
Prawdziwy strach.
- Ty.
Marta prawie się roześmiała.
- Przecież powiedziałeś, że widziałeś ją.
- Widziałem ją w pokoju. A ciebie na korytarzu.
Marta przestała oddychać.
- Co?
- Stałaś przy ojcu.
- Nie pamiętam tego.
- Wiem.
- Co robiłam?
Tomasz spojrzał ponownie na fotografię.
- Prosiłaś go, żeby jej nie zamykał.
Z góry dobiegł dźwięk otwieranych drzwi sypialni.
Tomasz natychmiast zamilkł.
Kroki Heleny przesunęły się po korytarzu.
Marta schowała fotografie do koperty.
Matka stanęła w drzwiach gabinetu.
Jej spojrzenie spadło na otwartą szufladę.
Potem na kopertę w dłoni córki.
Cała krew odpłynęła jej z twarzy.
- Oddaj mi to.
Marta wstała.
- Kim jest Anna?
Helena nie odpowiedziała.
- Mamo.
- Oddaj kopertę.
- Kim jest Anna?
Matka zrobiła krok do środka.
- Marta, proszę.
To było pierwsze proszę tego wieczoru, które zabrzmiało naprawdę.
Nie jak rozkaz w uprzejmej formie.
Jak błaganie.
Marta wyjęła fotografię.
Pokazała ją matce.
- Kim jest ta dziewczynka?
Helena patrzyła na zdjęcie.
Jej dolna warga zadrżała.
- Nie powinnaś była tego znaleźć.
- To już słyszałam.
- Ojciec miał to zniszczyć.
- Najwyraźniej nie zrobił tego.
Marta odwróciła fotografię.
- Anna. Czternasty listopada dziewięćdziesiątego szóstego.
Helena usiadła na krześle przy biurku.
Wyglądała nagle o dziesięć lat starzej.
- Powiedz mi prawdę.
- Nie wiem, od czego zacząć.
- Od tego, kim ona jest.
Matka zacisnęła dłonie na kolanach.
- Była córką kogoś, kogo znaliśmy.
- Kogo?
- To nie ma znaczenia.
- Dla mnie ma.
- Nie.
- Mieszkała tutaj?
Helena zamknęła oczy.
Marta uznała to za odpowiedź.
- Jak długo?
- Kilka miesięcy.
Tomasz gwałtownie podniósł głowę.
- Kilka miesięcy?
Helena spojrzała na niego.
- Nie wiedziałeś.
- Mieszkałem w tym domu.
- Byłeś dzieckiem.
- Miałem jedenaście lat.
- Dlatego staraliśmy się, żebyś nie wiedział.
Marta poczuła, że pokój przestaje być dla niej najdziwniejszą częścią tej historii.
- Gdzie spała?
Helena nie odpowiedziała.
- Tam?
Cisza.
- W tym pokoju?
Matka skinęła głową.
Tomasz wstał.
- Zamykaliście dziecko w pokoju?
- Nie.
- To dlaczego drzwi były zamknięte?
- Nie zawsze były.
- A kiedy były?
Helena otworzyła usta.
Zamknęła je.
Marta pomyślała o białych drzwiach, światle w szczelinie i własnym siedmioletnim głosie błagającym ojca, by ich nie zamykał.
- Co się stało czternastego listopada? - zapytała.
Helena spojrzała na fotografię.
- To był ostatni dzień, kiedy zrobiłam jej zdjęcie.
- Dlaczego ostatni?
- Bo dwa dni później Anny już z nami nie było.
Marta czekała.
Matka nie mówiła dalej.
- Dokąd pojechała?
- Nie wiem.
- Jak możesz nie wiedzieć?
Helena wstała.
- Bo zniknęła.
Tomasz zastygł.
Marta poczuła w gardle suchość.
- Z domu?
- Tak.
- Dziewięcioletnie dziecko?
- Miała dziesięć lat.
- Dziesięcioletnie dziecko zniknęło z naszego domu i nigdy nam o tym nie powiedzieliście?
- To nie było tak.
- Więc jak?
Helena spojrzała na córkę.
- Wasz ojciec powiedział, że uciekła.
- Uwierzyłaś mu?
Matka nie odpowiedziała.
Marta podeszła bliżej.
- Mamo.
Helena wpatrywała się w fotografię.
- Na początku.
- A potem?
- Potem zobaczyłam coś, czego nie powinnam była zobaczyć.
Tomasz zrobił krok w jej stronę.
- Co?
Matka przeniosła wzrok na nich oboje.
- Następnego dnia po tym, jak powiedział, że Anna uciekła, wasz ojciec zaczął murować drzwi.
Marta poczuła, że pokój nagle przestaje być wspomnieniem.
Stał się miejscem zdarzenia.
- Była w środku? - zapytała.
Helena pokręciła głową.
- Nie wiem.
- Sprawdziłaś?
- Nie.
- Dlaczego?
Matka zaczęła płakać bezgłośnie.
- Bo kiedy kazałam mu otworzyć drzwi, powiedział, że jeśli zrobię jeszcze jeden krok, stracę oboje dzieci.
Marta poczuła ciężar tych słów, zanim zdążyła zrozumieć ich znaczenie.
- Co to znaczy?
Helena otarła twarz.
- Przez trzydzieści lat próbowałam sobie wmówić, że chodziło mu o rozwód. O opiekę. O to, że was zabierze.
- A teraz?
Matka spojrzała na kopertę.
- Teraz nie wiem już, co miał na myśli.
W domu rozległ się cichy trzask.
Nie ze ściany.
Z góry.
Potem drugi.
Marta spojrzała w stronę sufitu.
Tomasz wybiegł pierwszy.
Pobiegli za nim na piętro.
Drzwi do pomieszczenia gospodarczego były otwarte.
Klapa strychowa, której kilkanaście minut wcześniej nie potrafili ruszyć, zwisała teraz w dół.
Składana drabina była opuszczona.
Marta zatrzymała się w progu.
- Kto ją otworzył?
Nikt nie odpowiedział.
Na drewnianym stopniu leżał klucz.
Stary.
Mosiężny.
Do główki przywiązano wyblakłą czerwoną nitkę.
Helena stanęła za nimi.
Wydała z siebie krótki, urwany dźwięk.
Marta odwróciła się.
- Znasz go?
Matka cofnęła się o krok.
- Nie wchodźcie tam.
Marta podniosła klucz.
Na metalowej główce ktoś wydrapał jedną literę.
P.
Tomasz spojrzał na matkę.
- To ten?
Helena nie odpowiedziała.
Marta uniosła latarkę.
Z ciemnego otworu nad nimi dochodził ledwo słyszalny dźwięk.
Jak powolne przesuwanie czegoś po drewnie.
- Ktoś jest na strychu - szepnął Tomasz.
Marta włączyła światło latarki.
- Albo właśnie stamtąd wyszedł.