Rozdział 1
W Rimigione kwiecień nie męczył upałem, ale ogrzewał słońcem, z którym przecież Italia kojarzy się od razu.
Poranek zwykle zaczynał się od kawy. Jej zapach delikatnie muskał nozdrza i zapraszał do radosnego wejścia w nowy dzień. Biała pościel pachniała perełkami o tajemniczej nazwie Romance, a w kuchni cichutko grało radio. Prezenter zapowiadał bezchmurne niebo i puszczał stare przeboje. Wszystko wskazywało na to, że to będzie kolejny cholernie szczęśliwy dzień.
Weronika chłonęła to wszystko jakby przez skórę, siedząc z półprzymkniętymi powiekami. Wiedziała, że Fabio wyruszył już po zakupy, ponieważ zostawił jej śniadanie i liścik. Codzienność była jak sen - taki, w którym dzieje się wszystko to, co można sobie wymarzyć. Kobieta przeciągnęła się kilka razy na ogromnym łóżku i już miała zanurkować z powrotem w miękką pościel, kiedy coś niespodziewanie zmąciło jej spokój.
Ktoś łomotał do drzwi.
Zdecydowanie chciał się dostać do środka i równie zdecydowanie wykrzykiwał swoje żądania... po polsku, a w ostatnich latach Weronika posługiwała się swoim rodzimym językiem dość rzadko. Głos był kobiecy i dziwnie znajomy, ale zaspany umysł nie potrafił jeszcze pojąć, co się dzieje.
Weronika otworzyła drzwi. Za progiem stała ciotka Patrycja, wyjątkowo spocona i wystraszona. Kurczowo ściskała rączkę walizki.
Młodsza siostra matki wyrzucała z siebie słowa jak z karabinu. Była blada jak ściana, ale poza tą bladością nic się w Patrycji nie zmieniło: wciąż pozostawała kobietą bez wyrazu. Sześćdziesiąt osiem lat, a Weronika była niemal pewna, że to pierwsza podróż ciotki.
Patrycja skończyła studia matematyczne i wszystko była sobie w stanie wytłumaczyć liczbami, wykresami i statystykami. To właśnie było źródłem jej dziwactwa - choć sama uważała, że to po prostu minimalizowanie zagrożeń. Twierdziła, że w ograniczaniu wszelkiego ryzyka - nawet za cenę nadmiernej ostrożności - przejawia się jej miłość do życia. Z tego powodu rzadko wychodziła. Nie wyszła nawet za mąż - przekonana, że skoro jej starsza siostra i matka były w normalnych związkach, to jej przypadnie w udziale ten patologiczny. Nie wyjeżdżała też w dalsze podróże. Wybrała życie w sterylnej czystości z dźwiękami muzyki poważnej w tle.
Teraz stała jednak przed bosą Weroniką, a obie wyglądały zabawnie. Weronika miała na sobie atłasową piżamę w kolorze nocnego nieba. Ciotka - strój dostosowany do temperatury od dziewięciu do szesnastu stopni Celsjusza - bo taka według prognoz miała panować na włoskim wybrzeżu. Bezkształtne bure spodnie, wciśnięty w nie sweter, który miał chronić nerki przed mitycznym przewianiem, na nim szary powyciągany kardigan. Okulary przeciwsłoneczne skojarzyły się Weronice z tymi, jakie w czasie drugiej wojny światowej nosili gestapowcy.
Znaczące spojrzenie Weroniki musiało się na nich zatrzymać nieco dłużej, ponieważ ciotka od razu rzuciła:
- Kupiłam je na straganie. Są dziecięce, tańsze, a przecież też chronią przed słońcem.
Jej szczupła, wciąż całkiem przystojna twarz wyrażała czyste przerażenie. Patrycja Mielik - do niedawna przekonana, że resztę życia spędzi, nie oddalając się nadmiernie od swojego bezpiecznego mieszkania - stała teraz w progu mieszkania swojej siostrzenicy. We Włoszech, dokąd przyleciała samolotem.
Obie stały, jak stanęły, i żadna nie wiedziała, co począć w tej dość nietypowej sytuacji. W końcu Weronika nie wytrzymała.
- Ciociu... czy ty oszalałaś?! Co ty tu robisz? Dlaczego nie zadzwoniłaś?
- Dzwoniłam wiele razy. Pisałam SMS-y. Ale ani razu nie raczyłaś odpowiedzieć. - Mimo wyraźnego podenerwowania Patrycja przyglądała się siostrzenicy z aprobatą.
Weronika już dawno przestała być dzieckiem. Była po trzydziestce, ale trudno się było na jej wypoczętej, opalonej twarzy dopatrzyć upływających lat, a egzotyczna uroda dodawała jej charakteru. Długie czarne włosy spływały na jej plecy i piersi miękką falą. Uroda od zawsze wyróżniała Weronikę z tłumu, a przy tym doskonale pasowała do tego miejsca. Była jak włoska piękność i gdyby ktoś jej nie znał, nie domyśliłby się, że płynie w niej słowiańska krew.
W dużych, ciemnych oczach mieszały się jednak zaniepokojenie i złość. Bo Weronika często bywała zagniewana i złośliwa. Od dziecka harda, bezpośrednia. Łagodność okazywała właściwie tylko zwierzętom... i to nie wszystkim.
- Jak dzwoniłaś?! Gdzie dzwoniłaś?! - Weronika dopadła do telefonu i przez chwilę przyglądała mu się z niedowierzaniem. Faktycznie: milion nieodebranych połączeń i wiadomości od ciotki. Szybko uświadomiła sobie, że to nic nadzwyczajnego - Patrycja przecież zwykła bombardować ją pytaniami albo straszyć konsekwencjami niezgłaszania się na badania, więc najlepiej było nie odbierać.
- Faktycznie, dzwoniłaś... - Weronika poczuła, że kręci jej się w głowie. - Czy coś się stało rodzicom?
- Nie. To znaczy... tak. - Ciotka wyrzucała z siebie słowa jak z karabinu maszynowego, jakby bała się, że jeśli zwolni, to już nie będzie potrafiła ich wypowiedzieć. - Dziecko, najpierw zrób mi kawy i pozwól usiąść. To był prawdziwy horror. Ja na lotnisku, w samolocie. Za jakie grzechy, dobry Boże?
Patrycja rozpłakała się potem jak dziecko.
Weronika, wciąż nic nie rozumiejąc, postanowiła zrobić to, co zawsze wychodziło jej najlepiej: kawę i śniadanie.
Ciotka dmuchała w filiżankę z taką intensywnością, że połowa zawartości wylała się na barwny obrus. Oczywiście nie omieszkała przybliżyć Weronice statystyk mówiących o tym, jak często dochodzi do poważnych poparzeń kawą w domu.
W tym momencie najgroźniejsza była jednak frustracja, która rosła w Weronice jak fala. Włoska kawa, powietrze i temperament zaczęły rozsadzać ją od środka.
- Ciociu, ta kawa jest już ledwie ciepła. Proszę... mów. O co chodzi?
- Spokojnie, dziecko, jak mówią badania...
Patrycja nie dokończyła, bo siostrzenica zgromiła ją wzrokiem.
- Kiedy ostatni raz byłaś w Polsce? - zapytała, a w jej głosie dało się usłyszeć wyrzut.
- Jak co roku. Latam do rodziców na Boże Narodzenie, o czym doskonale wiesz. I daruj sobie ten ton. To moje życie i nie uda ci się wpędzić mnie w poczucie winy. Od dawna jestem dorosła, a rodzice mają siebie.
- Nie, Werka. Ostatnio byłaś w Boże Narodzenie, i to się zgadza... ale dwa lata temu.
Weronika poczuła, jak uchodzi z niej powietrze. Faktycznie.
- Tak, jesteś dorosła - ciągnęła Patrycja. - I masz coraz starszych rodziców, którzy...
Zawiesiła głos teatralnie.
- ... zniknęli.
Weronika zastygła.
- Zabrali swoje rzeczy i zniknęli. Zostawili list. I osobną kartkę do mnie, z prośbą, żebym ci doręczyła ten list do rąk własnych. Pewnie naiwnie myśleli, jak zresztą i ja, że odbierzesz mój telefon i przylecisz.
- Ciociu, dość! - Weronika nie należała do osób, które można było rozgrywać poczuciem winy. Jej życie było jej własnością, rozporządzała nim, jak chciała. - Gdzie ten list? Co to za idiotyzmy? Już całkiem pomieszało im się w głowach.
- Zaraz ci go dam, ale najpierw chcę ci powiedzieć, że moim zdaniem to pomysł twojego ojca. Moja siostra ostatnio zaczęła się zachowywać dziwnie. Zapominała, gdzie co odłożyła. W rozmowach myliła imiona, nazwy ulic. Ale kiedy zadzwoniła do mnie po przepis na kaczkę naszej mamy... zdębiałam. Bo to zwykle ja brałam go od niej. Myślę, że to początek.
- Początek czego? - warknęła Weronika, czując, jak złość pali ją od środka.
- Początek historii. Nowej.
Patrycja upiła duży łyk zimnej już kawy i zapatrzyła się w widok za oknem. Fale uderzały z całą mocą w brzeg, błękit i lazur w jednej chwili stawały się białą pianą. Spektakl włoskiej natury trwał mimo tego, co zaprzątało głowy dwóch Polek.
- Dobrze. Naprawdę, dość. Natychmiast daj mi ten list i już do nich dzwonię. To nieludzkie robić mi takie rzeczy. Zawsze mieli ze mną spokój. Dlaczego mi go nie mogą dać? Do cholery, zachciało im się dziecka po czterdziestce, a teraz głowy odmawiają im posłuszeństwa i co - mam zacząć ich niańczyć?! Daj mi ten list.
Weronika dyszała jak najstarszy model lokomotywy parowej. Policzki miała czerwone, burza włosów wyglądała jak nastroszone pióra. Patrycja szybko przeanalizowała sytuację i sformułowała na podstawie zebranych danych jedną zasadę: trzydziestolatki w takim stanie nie wystawia się na próbę czasu... Podała więc kopertę siostrzenicy.
Weronika rozdarła ją niemal od razu.
Czytała.
A potem - jakby ktoś odciął jej dopływ krwi do twarzy - zrobiła się blada. Biała. Bielutka. Opadła ciężko na podłogę i zdołała tylko szeptać:
- Maledetto inferno...
Po czym podarła list na drobne kawałki, płacząc z całą złością, jaka się w niej nazbierała.
Rozdział 2
Cześć, Córuchna,
właśnie uświadomiłem sobie, że to mój pierwszy list. Długo zastanawiałem się, czy kiedykolwiek napisałem i wysłałem do kogokolwiek coś dłuższego niż pozdrowienia na pocztówce. I wiesz co? Nie.
Przyszło mi do Ciebie pisać w czasach, gdy wszystko się nagrywa, wysyła mejlem czy SMS-em. Ale my z mamą... nie potrafiliśmy. Chcieliśmy nawet przylecieć i opowiedzieć Ci o wszystkim na spokojnie, ale zabrakło nam odwagi. No i pozostaje jeszcze kwestia stanu mamy.
Dobrze przeczytałaś, Córuchna: stan mamy. Mama zapadła się w sobie. Odpływa, zapomina wszystko albo przypomina sobie coś sprzed dwudziestu lat, zupełnie myląc to, co jest teraz. Doznała szoku i musi mieć spokój, żeby dojść do siebie. Myślę, że każdy na miejscu Aurory miałby problem ze znalezieniem sobie miejsca. Mimo problemów Twoja mama jest bardzo dzielna i w tych przypływach jasności umysłu stworzyliśmy wspólnie pewien plan. Napiszę wprost: na pewno Ci się nie spodoba, nawet w jednym procencie, ale trudno - damy sobie radę z najgorszymi bluzgami, jakie wypowiesz pod naszym adresem.
Sytuacja jest poważna, jest wręcz kwestią życia i śmierci. Dotyczy nas wszystkich, ale głównie Ciebie i mamy. Próbuję ułożyć myśli w ciąg sensownych zdań. Nie mam jednak pewności, czy mi się to udaje, ale Córuchna, spróbuj wczytać się w każdą literę i potraktować wszystko serio.
Zacznę od początku tej historii, który miał miejsce około roku temu. Mama z ciotką postanowiły sprzedać mieszkanie po swoich rodzicach, a Twoich dziadkach. Znasz ciocię Patrycję - bała się, że spowoduje to jej silny stres, który doprowadzi do chorób i zaburzeń. Wszelkie kwestie związane z opróżnieniem i przygotowaniem mieszkania do sprzedaży spadły więc na mamę i na mnie.
Twoi dziadkowie byli dobrymi, poczciwymi ludźmi. W ich rzeczach panował całkowity porządek i jesteśmy pewni, że babcia celowo zostawiła pewne dokumenty na wierzchu, żebyśmy je znaleźli. Mama oglądała albumy, wzruszała się, przywoływała wspomnienia wspólnych świąt i wakacji. Było miło, mimo że to było takie ostatnie pożegnanie. I wtedy, w szufladach, do których przecież nie raz już zaglądała, w tych samych, w których robiła porządki, kiedy z babcią było coraz gorzej, znalazła szare, duże teczki związane sznurkiem. Zaczęła czytać i zamarła. Myślę, że nigdy nie widziałaś jej w takim stanie. Przez kilka minut nie wydusiła z siebie ani słowa. Patrzyła to na kartkę, to na mnie i przykładała dłoń do twarzy, jakby chciała zatrzymać krzyk.
Podszedłem do niej przerażony i zobaczyłem dokumenty świadczące o tym, że twoja mama owszem - urodziła się w maju, owszem - nadano jej imię Aurora, ale była córką Alicji Barzantowskiej, a przy danych ojca pozostawiono puste pole. Następna teczka mówiła o pobycie mamy w domu dziecka. A kolejna - o adopcji. Gdy chciałem odłożyć tę puszkę Pandory, spod teczek wypadła jeszcze koperta. Na niej ładnym pismem napisano, że zawartość ma przeczytać tylko córka babci - Aurora.
Nie wiedziałem, co robić, Weroniko. Twoja mama nadal stała w tym dziwnym stanie: jakby tu była, a jej nie było. Czy podać jej list? Czy zostawić? Podszedłem bliżej, przytuliłem ją, a ona wtuliła się we mnie. Wtedy cicho powiedziałem, że jest jeszcze coś.
Aurora usiadła w ulubionym fotelu twojego dziadka i przeczytała. Popłakała się wtedy, bidulka, jak dziecko. Potem podała mi list, a ja długo czyściłem okulary, bo i mnie - z emocji - raz po raz zachodziły parą. W liście babcia napisała, jak długo starali się o dziecko. Zaraz po wojnie zapragnęli z dziadkiem czegoś czystego, co nie byłoby naznaczone tragedią.
Ale mijały lata, a oni wciąż byli tylko we dwoje. Uznali, że to znak. Że może Pan Bóg chce im przekazać, że powinni się postarać o dziecko w inny sposób, a przy tym pomóc komuś w potrzebie. Babcia opisała pierwsze spotkanie z malutką mamą. Ich zachwyt Aurorką. Jej piękne ciemne kosmyki wymykające się spod czapeczki. Ogromne czarne oczy, które od razu wyrażały miłość i oddanie... i jeszcze coś, jakby kropelka czegoś nienazwanego. Dopiero później mieli się dowiedzieć, co to było. Opisała, jak z dziadkiem wierzyli, że to mamusia przyniosła im szczęście, bo kilka lat po jej adopcji doczekali się zupełnie niespodziewanie ciotki Patrycji.
Babcia opisała też, dlaczego nigdy nie zdobyli się na odwagę, by powiedzieć Twojej mamie prawdę. I dlaczego zrobiła to właśnie w tej formie. Musiało ją to wiele kosztować, bo w niektórych miejscach tusz wyraźnie się rozmazywał - jak gdyby na papier kapały łzy. Na końcu prosiła o wybaczenie i zrozumienie i odwołała się do serca matki.
Weroniczko, przez kilka tygodni mama dochodziła do siebie. Snuła się po naszym niedokończonym królestwie. Jej duch pragnął wiedzieć. Mamy już swoje lata - choć ich nie czujemy - ale swoje też przeżyliśmy, a tu taka bomba, i trzeba to dźwigać. Trzeba coś zrobić. Tylko co?
Któregoś dnia mama wstała wcześnie rano i poszła aż do Stryszowa po pieczywo. To kawał drogi. Nic mi nie powiedziała: wstała i poszła. A kiedy wróciła, miała już plan. Nieraz w życiu przekonywałem się, że problemy można rozchodzić - tylko trzeba mieć wygodne buty.
Po śniadaniu poszła do sąsiadów, tych, co się przenieśli z Krakowa, i poprosiła, żeby polecili dobrego prywatnego detektywa. Już wtedy wiedziałem, że będzie chciała dowiedzieć się czegoś więcej o swojej rodzonej matce. To wszystko miało miejsce ponad rok temu.
Na początku wydawało się, że ślad po Alicji zupełnie zaginął, ale człowiek nie igła - a i igłę w stogu czasem się znajdzie. Detektywka wpadła na trop niedługo po Bożym Narodzeniu. Fajna z niej dziewczyna, z wypiekami na twarzy opowiadała, czego się dowiedziała. Twoja mama nie zdradzała uczuć. Słuchała - tak jak zawsze słucha, kiedy ktoś opowiada historię, która ją interesuje. Detektywkę poprosiła o ustalenie miejsca pochówku.
Minęły kolejne tygodnie i znów odwiedziła nas ta miła dziewczyna. Powiedziała, że już wie. Przesunęła w naszą stronę karteczkę, a my oboje zamarliśmy. Rodzona matka twojej mamy jest pochowana w sąsiedniej wsi - tak, Córuchna, przeprowadziliśmy się do tego, co nazywasz miejscem banicji, bo kochamy to miejsce i nam tu dobrze.
Ta wiadomość była obezwładniająca. Jak to możliwe? Przecież gdy kupowaliśmy to nasze miejsce po Twojej wyprowadzce, kierowaliśmy się tylko uczuciem, że to tu. Oczywiście pojechaliśmy do tej wioski. Pojechaliśmy na ten cmentarz. Długo błądziliśmy między nagrobkami, aż w końcu go zobaczyliśmy.
Grób był zadbany, obsadzony kwiatami. Drewniany krzyż, a przy dacie urodzin i śmierci na małej tabliczce mieściło się zdjęcie. Patrzyła z niego elegancka babka, mogła mieć ze trzydzieści lat. Fotografia była czarno-biała, ale nie pozostawiała wątpliwości, że widoczna na niej kobieta ze zdjęcia i Twoja mama mają ze sobą wiele wspólnego. Takie cechy, których nie da się wyprzeć. Coś oczywistego, widocznego od razu.
Twoja mama zasłabła. Nic poważnego - zawroty głowy. Usiadłem z nią na ławce obok. Pomyślałem wtedy, że jesteśmy na to wszystko za starzy. Ale Twoja mama - po chwili słabości - zwróciła uwagę na to, że grób jest naprawdę zadbany, że ktoś tu przecież musi przychodzić, podlewać, sadzić kwiaty. Przyjeżdżaliśmy w różne dni i o różnych porach. Ja szybko traciłem zapał, Córuchno, miałem tyle pracy przy domu - ale jak wiesz, Aurorze bym nie odmówił. W końcu pojawiła się kobieta z wielką cynową konewką. Poruszała się szybko i zwinnie, wykonywała czynności przy grobie tak, jakby wypełniała domowe obowiązki. Nie było w tym modlitwy ani zadumy.
W Twoją mamę wstąpił jakiś duch, bo podbiegła jak koziczka i zaczęła pytać. A właściwie zadała jedno pytanie: czy kobieta leżąca w tym miejscu jest bliską tej pani. Tamta odłożyła konewkę, wytarła brudne dłonie o spodnie i spokojnym tonem odpowiedziała, że jest córką pary, która dostała dom od pani Alicji. I że od swoich rodziców dostała przykaz, że ma dbać o ten grób, pilnować go i przepędzać potencjalnych szabrowników.
- Mam też pilnować, czy ktoś o nią pyta - powiedziała. - A jeśli pyta jakaś kobieta, to mam sprawdzić, czy to nie jej córka.
Przyjrzała się Twojej mamie, potem zdjęciu. Przez chwilę wyglądała tak, jakby czegoś szukała w pamięci. Pokiwała smutno głową i powiedziała cicho:
- Za późno.
Twoja matka zapytała, wprost: Co teraz? Kobieta przedstawiła się, jako Katarzyna i zaprowadziła nas do chatki, w której kiedyś mieszkała Alicja, a którą podarowała rodzinie Katarzyny. Córuchno, wiem, że to brzmi niewiarygodnie, ale uwierz - to dopiero początek.
Dom był zwyczajny, a z zewnątrz zachowano starą stylistykę: bielone ściany, niebieskie drzwi. Wokół rósł starodrzew, a mała stodółka przytulała się do ściany chałupy. Wnętrze było współczesne. Poczułem nawet żal, że coś zostało przerwane przez te nowoczesne meble i wielki telewizor na ścianie.
Katarzyna posadziła nas przy stole w kuchni, podała herbatę i jagodzianki. Powiedziała, że córka kupiła jej robot, co wszystko potrafi, dlatego teraz ciągle coś piecze. Jagodzianki smakowały wybornie. Myślałem, że nic nie przełkniemy, a jedliśmy, aż furczało.
Katarzyna wyszła do innego pokoju i przyniosła najpierw obraz, a potem całe góry zeszytów, brulionów, zapisków. W końcu przyniosła też szkatułkę wykładaną muszelkami, zarzekając się, że nikt nigdy do niej nie zaglądał, choć kusiła wielu. Powiedziała, że wolą jej rodziców - a wcześniej Alicji - było przekazać te rzeczy prawowitej i jedynej córce Aurorze. A jeśli Aurora nigdy po nie nie przyjdzie, należy je spalić, a zawartość szkatułki oddać na rzecz odbudowy zamku w Lanckoronie.
Katarzyna spięła się i ostrzejszym tonem dodała, że dom należy do niej i jej rodziny. Że został przekazany w zamian za dożywotnią opiekę - najpierw jej rodzicom, potem jej. Ale twoja mama zapewniła, że niczego nie chce. Opowiedziała, w jaki sposób dowiedziała się o istnieniu Alicji.
Gospodyni otarła łzę i powiedziała, że dziwnie się ludzkie losy plotą. Że ciekawa była ta Alicja, ale czy była dobrą matką - to ona by podała w wątpliwość. Szybko jednak ucięła temat, powołując się na obietnicę milczenia. Wyjaśnieniem miały być zapiski i obraz.
Uzbrojeni w te dziwne trofea wróciliśmy do naszego domu. Nie wiesz, bo nigdy tu nie byłaś, ale skończyłem sypialnię - jest całkowicie wyremontowana. Twoja mama właśnie tam rozłożyła pamiątki.
Bałem się o nią. Wieczorem poszedłem po doktora. Mamy tu sąsiada - wprawdzie emeryt, ale fachu się nie zapomina. Przeprowadził się z Kalwarii Zebrzydowskiej, uwielbia wina, robi swoje. Dobre, potrafi. Przyszedł, posłuchał i stwierdził to, co wszyscy: że my oboje musieliśmy jakoś oszukać czas, bo nic nam nie dolega. Sam nie mogę uwierzyć, że nic nas nie boli: plecy proste, serca jak dzwon. No, ale takie są fakty - pozostaje doceniać.
Mama przez kilka dni chodziła wokół pamiątek. To brała je w ręce, to odkładała. Przyglądała się portretowi swojej matki, przykładała do niego swoje zdjęcie, patrzyła w lustro i znów wychodziła, trzaskając drzwiami. Nie wiedziałem, czy ją zostawić, czy pomagać. Znikąd porady. My dwa stare wilki, miotające się między kuchnią, łazienką a sypialnią, reszta domu w remoncie.
W końcu usiadła w fotelu swojego ojca - mama zabrała go z mieszkania Twoich dziadków - i zaczęła czytać po kolei. Przepadła na długie dni, które zlały się w miesiące. Czasem coś opowiedziała, ale głównie milczała i ja starałem się to uszanować. Kiedy skończyła lekturę, zaczęła się zachowywać dziwnie. Jakby inaczej. Chciała Cię zobaczyć. Bardzo chciała mieć Cię przy sobie, ale gdy wybierałem Twój numer, zmieniała zdanie i mówiła, że musimy zrobić to inaczej.
Zapominała o bieżących sprawach, ale wracały do niej wspomnienia sprzed lat. Dawała do zrozumienia, że pamięta łóżeczko, w którym leżała w sierocińcu. A to przecież niemożliwe.
Któregoś wieczoru usiadła do kolacji i powiedziała, że musi mi się do czegoś przyznać. Stwierdziła, że choć to ogromnie dziwne, ona też od zawsze zapisywała swoje przeżycia, myśli, ważniejsze dni - tak jak jej matka. I wtedy, Córuchno, przedstawiła mi plan. Plan, który dotyczy Ciebie. I tu zacznie się Twoja złość. Tyle że my już się jej nie boimy. Zawsze robiłaś, jak uważałaś. Raz zrobisz, Dziecko, po naszemu.
Przyjedziesz. Zamieszkasz w domu. Wykończysz go. A my na ten czas wyjedziemy. Doktor, o którym Ci wspominałem, mówi, że mamusi potrzebny jest spokój. A Ty w tym czasie będziesz odkrywać przeszłość nie tylko swojej babki, ale też naszą. Tak, dobrze czytasz: naszą. Nie wiesz wszystkiego, bo nigdy się tym nie interesowałaś. Teraz musisz.
Czy ja Ci każę rzucić wszystko, przyjechać na wieś, czytać wspomnienia i remontować starą chałupę? Właśnie tak. I jesteśmy z mamą przekonani, że to najlepszy pomysł w naszym życiu. Pakuj się i przylatuj, Dziecko. Ciotki nie męcz, bo i tak pewnie ledwo przeżyła tę podróż.
Znając Ciebie, wiem, że będziesz się ciskać. Powiesz, że nigdy w życiu, że jakim prawem. Prawem krwi. I prawem czegoś jeszcze - dbania nie tylko o czubek własnego nosa. Przyjeżdżaj i pomyśl, że przez tyle długich lat nigdy nie byłaś w miejscu tak ważnym dla nas.
Tulę Cię tak, jak wtedy, gdy spadłaś z rowerka i darłaś się w niebogłosy, że to jego wina, bo ty chciałaś jechać prosto, a on dziwnie skręcał.
Tata
PS Bez obaw. Ty nie jesteś adoptowana.
Rozdział 3
Samolot spokojnie wznosił się nad chmurami i w kabinie dało się wyczuć atmosferę rozprzężenia. Ciotka Patrycja spała już od startu nafaszerowana lekami uspokajającymi, choć wcześniej przedstawiła Weronice całą litanię możliwych skutków ubocznych. Ostatnie dni przyniosły jej jednak tak wiele wrażeń, że postanowiła nieco poluzować swoje sztywne zasady.
Weronika poprawiła długie włosy, które upięła w luźny kok. W tym samym momencie zupełnie niechcący wyłapała wzrok mężczyzny siedzącego obok pięknej Włoszki. Ten drobny gest sprowokował go do oblizania sobie warg. Pokazała mu język i przymknęła oczy.
Była wypełniona złością.
Czuła się zaszantażowana przez parę zdziecinniałych staruszków. Wielokrotnie próbowała się z nimi kontaktować - zawsze z tym samym rezultatem. Czuła, że matkę spotkało coś ogromnie wstrząsającego, ale do cholery... to nie był wyrok śmierci. I jakie znaczenie, na Boga, ma dla ponadsiedemdziesięcioletniej kobiety to, kto ją urodził?! Miała rodziców. Weronika miała dziadków. Kropka. Po co te szopki?
Poczuła na policzkach piekące łzy. Zaczynał się sezon. Mieli z Fabiem pozyskać nowy lokal pod kolejną przytulną restauracyjkę. On jej ufał. Był przyjacielem, kochankiem, a przy tym świetnym kompanem do zabawy w codzienność - bez elementów stateczności i powagi.
Wypracowali sobie wspólnie model, w którym oboje odnajdywali szczęście i ogromną dozę luzu. Nigdy nie rozmawiali o miłości. Owszem, zwracali się do siebie wszystkimi tymi słodkimi zdrobnieniami, których używają pary, ale nie wyznawali uczuć. Nie mówili, że to jedyna taka relacja i na zawsze. I właśnie w tym Weronika dostrzegała cudowność ich bycia razem - bez polskiego patosu i koniecznej dawki bólu oraz nieszczęścia. A tu... nieszczęście samo znalazło do niej drogę i objawiło się jako ciotka Patrycja.
Ciotka przez długie godziny dosłownie prała jej mózg. Mówiła, że rodzice mają tylko ją, że Weronika byłaby podła, gdyby nie poświęciła się choćby na jakiś czas. Opowiadała o ich wielkim oddaniu, o wsparciu, jakiego zawsze udzielali swojej ukochanej córce.
No i dobrze. Tak było.
Weronika ich potrzebowała - słuchali, wysyłali jej pieniądze, nie suszyli głowy o pomysł na życie. Ale teraz urządzili ją koncertowo. Czuła, że musi polecieć do Polski, znaleźć ich, przemówić im do rozsądku i wrócić do siebie.
Gdy opowiedziała o wszystkim Fabiowi, był rozbawiony całą historią. Podkreślił, że od zawsze wiedział, iż Weronika jest niesamowita, i że powinna lecieć, bo dla niego rodzice są świętością. On w tym czasie będzie robić swoje: interesy w pięknej scenerii Cinque Terre.
Poczuła ukłucie.
Jak będzie żyła bez włoskiej kawy? Bez lokalnych specjałów, bez uśmiechów miejscowych i turystów z całego świata? Jak będzie żyła bez światła, kolorów, szumu fal i śpiewu piekarza Luigiego? Zastanawiała się, co złego zrobiła w życiu, by teraz podła karma odpłacała jej właśnie w taki sposób. Łzy płynęły jej po policzkach. Przygryzana warga zaczęła krwawić. Czuła falę niepohamowanej niechęci wobec swojego rodzinnego kraju i swoich rodziców.
Zaczęły napływać obrazy z przeszłości.
Ona i jej rodzice na plaży w Gdańsku. Zachęcają ją do wejścia do wody, a morze jest brzydkie i szare. Mówią do niej oboje słodkimi, zachęcającymi słowami, a jakaś pani przechodząca obok zauważa z zachwytem, że dziewczynka ma wspaniałych dziadków.
Sytuacja, w której rodzice są myleni z dziadkami, powtarza się później coraz częściej. Rodzice nie pomagają. Matka nie farbuje swoich długich włosów i nosi siwiznę z dumą. Ojciec - gdy inni ojcowie pozbywają się wąsów - pozostaje wierny gęstej szczecinie pod nosem. Im jest starsza, tym bardziej widzi różnice. Nie tylko między nimi a innymi rodzicami, ale też między sobą a rówieśnikami. Stawia opór. Rykiem i spazmami wymusza zakupy. Chce wyglądać jak inne dziewczynki, a nie jak archaiczna księżniczka. Widzi, że sprawia mamie przykrość, ale trudno - od zawsze podąża za swoim głosem. Oni nie nadążają za modą, kuchnią, kierunkami wakacji. Może nie chcieli. Nigdy ich o to nie pytała. Zawsze kojarzyli się jej z ciszą i spokojem.
W liceum jednak zaczyna odczuwać wstyd. Zdarza się nawet bójka, gdy Anka Wytrychowska sugeruje, że słowo "starzy" w ogóle nie powinno obrażać rodziców Weroniki.
Ojciec był stolarzem, ale w miasteczku uchodził za artystę. Potrafił z drewna stworzyć wszystko. Jego długie włosy sterczały w różnych kierunkach, a flanelowe koszule w kratę pachniały żywicą i trocinami. Matka natomiast skończyła zootechnikę i uczyła w liceum, ale gdy tylko mogła przejść na emeryturę, zrobiła to, by więcej czasu być z rodziną, a później - poświęcić się swojemu nowemu wariactwu: starej chałupie i przynależącej do niej ziemi.
Weronice nigdy niczego nie brakowało - przynajmniej zdaniem znajomych. Rodzice chętnie podejmowali jej koleżanki i kolegów. Tylko ona sama bardzo się przy nich spinała, obawiając się, że powiedzą lub zrobią coś, co ją zawstydzi. Marzyła, by jak najszybciej znaleźć się daleko. Jak najdalej. Zapisywała się na wszystkie obozy, wycieczki, konkursy - byleby tylko nie być w domu. I choć czasem rozczulała ją ich bezkrytyczna miłość, to krew nie woda.
Po ojcu odziedziczyła talent artystyczny. Pięknie malowała, rysowała. Stąd pomysł pójścia do liceum plastycznego. Pośród dziesiątek innych kolorowych ptaków taszczących ogromne teczki czuła się wspaniale. Nie była złotym dzieckiem ani objawieniem, ale bez problemu przechodziła z klasy do klasy. Równie łatwo nawiązywała kontakty z chłopcami. Garnęli się do niej - była pewna siebie, harda i wyjątkowo piękna.
W klasie maturalnej pojechali na wycieczkę do Wenecji. Miasto nie urzekło jej szczególnie, ale zakochała się w brzmieniu włoskiej mowy. Postanowiła więc zgłębić wiedzę o tym kraju. Później, już podczas studiów w akademii sztuk pięknych wyjeżdżała do pracy we Włoszech. Opiekowała się ludźmi i zbierała owoce, aż w końcu zaczęła tak dobrze władać językiem, że mogła sama zacząć je sprzedawać.
Po studiach po prostu wsiadła w samolot i poleciała spełniać marzenia. Przeszkody jej nie wzruszały, choć czym innym była wakacyjna praca, a czym innym prawdziwe życie z codziennością i rachunkami. Była cierpliwa. Pracowała jako pokojówka w hotelach w Toskanii. Jako kelnerka na wybrzeżu Amalfi. Aż w końcu trafiła do Cinque Terre, gdzie przystojny, zawsze uśmiechnięty właściciel niewielkiej restauracji w Rimigione zaproponował jej posadę menedżerki. Powiedział, że jej polska pracowitość, południowa uroda i zmysł artystyczny przyniosą mu fortunę. I miał nosa. Weronika świetnie zarządzała zespołem. Była też twardym negocjatorem w kontaktach z lokalnymi dostawcami.
W ciągu kilku lat Fabio stał się właścicielem trzech knajpek i dwóch domów, w których przyjmował turystów. Sam nigdy nie marzył o karierze restauratora. Od dziecka chciał być gondolierem i pływać po weneckich kanałach, ale jego rodzina nie miała takich tradycji, a on sam - wystarczającego zacięcia. Funkcję zamożnego szefa przyjmował z jednak z satysfakcją, a techniczne chętnie oddawał Weronice i wybranym przez nią ludziom.
Weronika czuła się bezpiecznie. Fabio hojnie ją opłacał i był dobrym partnerem. Słowem: życie marzeń.
Polskę odwiedzała tylko zimą, na Boże Narodzenie. W jej biznesie panował wtedy spokój, mogła spokojnie wyjechać. Spędzić ten czas z bliskimi... choć to słowo zawsze budziło w niej wątpliwości. Łączyły ich więzy krwi. Ale czy bliskość?
Rodzice wyczekiwali tych spotkań. Ona - mniej. Lubiła choinkę, śnieg, kolędy, pierogi i barszcz. Ale to było za mało. Stanowczo za mało. Fabio nigdy nie przyleciał z nią do Polski. Bał się zimna. Jej to nie przeszkadzało - kilka dni rozłąki zawsze dobrze im robiło. Zresztą on często jeździł po kraju, niby szukając inspiracji kulinarnych, a w rzeczywistości oddając się swoim pasjom sportowym: nurkował, pływał skuterem wodnym, wspinał się.
Czy towarzyszyły mu inne kobiety? Nie myślała o tym. Może to dziwne, ale on jej wystarczał. A czy ona jemu - było jej obojętne. Ważne, że tworzyli wygodną codzienność.
A teraz leciała do Polski z ciotką wariatką u boku, ze szczątkową wiedzą o tym, co ją czeka, i ogromną niezgodą na tę zabawę.
Zostawiała za sobą wszystko, na czym jej zależało. Wszystko, co zbudowała od podstaw, aby poszybować w kierunku miejsca, od którego od zawsze chciała uciec.