WSTĘP
ZSRR - wrzesień 1980 roku
W kawalerce na bulwarze Rakietnym w Moskwie ciszę przerwał dzwonek
telefonu. Iwan Klimow wstał leniwie z łóżka, podszedł do aparatu i przyłożył do ucha czerwoną słuchawkę.
- Halo!
Przez chwilę panowała cisza.
- Na dzisiaj? - zapytał zdumiony. - W nocy przyleciałem z Buenos Aires,
prawie nic nie spałem. Jestem nieprzytomny. Pewnie mnie senność dopadnie
za kilka godzin.
Znowu zapadła cisza.
- Dobrze. Zrozumiałem. Tak, rozmawiałem z nim zaraz po lądowaniu,
jeszcze na Szeremietiewie. Andriej dzisiaj miał jechać na swoją daczę.
Wiem, że do Damaszku wraca chyba za tydzień. Z tego, co mi mówił, to ma
teraz krótki urlop. Aha, urlop mu właśnie odwołali. Czyli będzie.
Dobrze, dobrze - odpowiedział i odłożył słuchawkę.
Przeciągnął się. Włączył pokryty kurzem telewizor. W pierwszym programie
Telewizji Centralnej pokazywali film dokumentalny o robotnikach rolnych
w kołchozach, na dalekich obrzeżach Leningradu. Spojrzał przez okno.
Wrześniowe słońce powoli wynurzało się zza horyzontu. Zapowiadał się
kolejny ciepły dzień końcówki lata. Uchylił drzwi balkonowe. Z zewnątrz
dobiegał szum budzącego się miasta.
Iwan Klimow - czterdziestodwuletni oficer I Zarządu Głównego KGB, czyli
wywiadu zagranicznego, był drugim z rodziny Klimowów pełniącym służbę w sowietskoj razwiedkie. Jego ojciec, nieżyjący już oficer Ministerstwa
Bezpieczeństwa Państwowego, pracujący kiedyś pod przykryciem
dyplomatycznym w Montevideo, w Paryżu, a potem w Londynie, zawsze był
dla niego wzorem.
Iwan już od najmłodszych lat mieszkał poza granicami ZSRR. Biegle
posługiwał się hiszpańskim, francuskim i angielskim. W środowisku
uchodził za profesjonalistę o rozległych kontaktach w wielu krajach
świata. Obecnie od ponad trzech lat pełnił funkcję radcy politycznego
ambasady ZSRR w Buenos Aires. Z żoną Ludmiłą, córką zasłużonego generała
Armii Radzieckiej, mieli ośmioletniego syna.
- Co jest tak pilnego, żeby wyciągać mnie w takim momencie?! - mruknął
pod nosem. "Przecież Centrala wiedziała, że kiedy wracam z Buenos Aires,
zawsze ląduję w nocy. Tak czy owak, muszę się tam zjawić" - pomyślał,
skrzywił się i zalał wrzątkiem liście gruzińskiej herbaty. Po jej
wypiciu ubrał się w szare spodnie z cienkiej wełny, marynarkę w tym
samym kolorze oraz beżową koszulę z szerokim kołnierzykiem. Zawiązał
krawat. Włożył modny letni płaszcz i popatrzył w lustro. "Chyba nie
jestem za bardzo... jak ten facet z "Vogue'a", który ogłosił kiedyś na
łamach pisma, że w modzie nie istnieją już żadne zasady i nastała era
wolności, indywidualności i wyrażania siebie poprzez ubiór. Hmm... starzy,
zasłużeni towarzysze w Centrali... nie lubią ekstrawagancji i oryginalności w ubiorze". Uśmiechnął się i mrugnął do swojego odbicia.
Wyszedł na klatkę schodową, trzasnął drzwiami swojego mieszkania i zamknął je na klucz. Odziedziczył je po ojcu i gdy tylko zjawiał się w Moskwie, zawsze tutaj nocował. Kamienica, w której mieszkał na drugim
piętrze, została postawiona w latach pięćdziesiątych. Była to solidna
budowla z cegły.
Po chwili znalazł się w zadbanej, niewielkiej oficynie. Wychodząc
szybkim krokiem z klatki schodowej, spotkał sąsiada, profesora Tolika -
wykładowcę Uniwersytetu Technicznego Baumanna, którego stan wskazywał na
spożycie większej dawki alkoholu mimo tak wczesnej pory.
- Dobroje utro, towariszcz akademik! - powiedział Iwan.
- Dobroje utro! - odpowiedział profesor, starając się zachować fason.
"Taki mądry człowiek, a tak się stoczył" - pomyślał Klimow, mijając
profesora. Ruszył w stronę przejścia dla pieszych na prospekcie Mira.
Spojrzał w prawo na półokrągły szklany gmach hotelu Kosmos, mieniący się
w promieniach wschodzącego słońca. Dotarło właśnie do niego, jak czas
szybko mija. Hotel wybudowali Francuzi na igrzyska olimpijskie w Moskwie
w 1980 roku, a oddano go do użytku na wiosnę zeszłego roku. Iwan
przypomniał sobie, jak razem z żoną i synem spędzali w kraju krótkie
wakacje. Byli wtedy na jego uroczystym otwarciu. "A ja myślałem, że nasz
ostatni wspólny urlop był tak niedawno". W tym momencie zdał sobie
sprawę, że igrzyska zakończyły się już ponad miesiąc temu, jednak nie
miał okazji dokładnie ich śledzić. Co prawda różnica czasu, jaka jest
między Buenos Aires a Moskwą, miała na to wpływ, lecz głównym powodem
była intensywna praca, która w ostatnich miesiącach wypełniała mu życie.
Traktował ją jak misję i podchodził do niej z wielką odpowiedzialnością.
Kiedy przeszedł prospekt Mira, znalazł się w tłumie ludzi idących tak
jak on do stacji metra WDNH - Wystawy Osiągnięć Gospodarki Ludowej,
pamiętającej jeszcze czasy Stalina. Przez ciężkie, masywne drewniane
drzwi na sprężynach wszedł do okrągłego pawilonu z napisem: MPS ZSRR.
Metropoliten im. Lenina. Stacja WDNH. Ruszył w stronę turnikietów.
Wrzucił pięć kopiejek i został przepuszczony w stronę ruchomych schodów
jadących na dół. Z głośników rozległ się głos:
Uwaga! Obywatele. Na schodach stójcie po prawej. Przechodźcie po lewej.
Przepuszczajcie pasażerów z dziećmi. Nie przeszkadzajcie sobie!
Rozejrzał się dookoła. Zobaczył przekrój niemal całego społeczeństwa
moskiewskiego. Naprzeciwko schodami jadącymi do góry przemieszczali się
ludzie odziani w skromne, acz schludne ubrania. "To pewnie dojeżdżający
do Moskwy mieszkańcy okolicznych wsi" - pomyślał. Między nimi dostrzegł
osoby ubrane w drogie zagraniczne stroje kupione u spekulantów za obcą
walutę, często równowartość miesięcznej pensji przeciętnego radzieckiego
obywatela, lub za bony w sklepie walutowym Bieriozka. Zszedł ze schodów.
Stanął na peronie razem z tłumem. Nadjechał pociąg. Z otwartych drzwi
błękitnego wagonu wylał się tłum, który szybko skierował się na schody.
Iwan wsiadł do środka. "Jakże to wszystko u nas jest niekolorowe. Szare.
Nudne. Jak odmienne od barwnych domów w dzielnicy Bocca. Blasku nocnych
klubów tanga, gwarnych restauracji, gdzie podają wycinane z całych
wołowych półtusz wielkie, soczyste steki, a do tego serwowane w dzbankach czerwone wino z okolic Mendozy". Ze wspomnień wyrwał go
kobiecy głos dobiegający z głośników:
Uwaga! Drzwi się zamykają. Następna stacja Szczerbakowska.
Kiedy dotarł do stacji Turgieniewska, ruszył w kierunku Kirowskiej.
Tutaj miał przesiadkę. W niszy na końcu tunelu przejściowego, którego
ściany wyłożone były szarym marmurem, zobaczył popiersie Siergieja
Kirowa. Przypomniał sobie, że kiedy jeszcze żył Stalin, a on był mały,
ojciec zabronił mu wymawiać to nazwisko. Dopiero po śmierci Ojca Narodu
zaczęto wspominać o Kirowie jako wybitnym komuniście, który zginął z rozkazu Stalina. Z czasem został zrehabilitowany i zajął miejsce wśród
innych zasłużonych komunistów. Gdy nadjechały błękitne wagony kolejki
metra, Iwanw siadł do jednego z nich.
Uwaga! Drzwi się zamykają! Następna stacja Dzierżyńska - oznajmił
zdecydowany kobiecy głos dobywający się z głośników.
W wagonie nie było zbyt wielu pasażerów. Zwrócił uwagę na młodą kobietę
siedzącą naprzeciw. Trzymała w dłoniach książkę Kapitanowie piasków
napisaną przez brazylijskiego komunistę Jorge Amado. Była to w ostatnich
latach w Związku Radzieckim jedna z bardziej znanych zagranicznych
publikacji. "Nie wiedziałem, że ta książka ciągle jest popularna" -
pomyślał i przypomniał sobie, jak sam ją czytał z zapartym tchem. Choć
tak naprawdę bardziej podobał mu się film amerykański nakręcony na jej
podstawie, który oglądał w Buenos Aires.
Kiedy pociąg metra dojechał na stację Dzierżyńska, Klimow ruszył do
wyjścia. Gdy wyszedł na zewnątrz, znalazł się na dużym placu, gdzie stał
ogromny pomnik mężczyzny z kozią bródką i w długim szynelu. Za nim,
znany w całej Moskwie, całym kraju, a może i na świecie, wznosił się
budynek KGB. Iwan poszedł przez środek placu. Po prawej stronie stała
kamienica Muzeum Politechnicznego, a z lewej migały szklane okna
megasklepu Dziecięcy Świat. Skierował się do posterunku ochrony, który
mieścił się za grubym szkłem. Po wylegitymowaniu się podszedł do
masywnych drewnianych drzwi. Pociągnął za uchwyt, wszedł do środka i skierował się wprost do windy.
* * *
- Andriej! Andriej! Obudź się! Telefon do ciebie! - powiedziała Tatiana
zdecydowanym głosem, potrząsając śpiącego męża za ramię.
- Ale o co chodzi? Która godzina? Czy ja nie mogę, do cholery, wyspać
się na urlopie?! - zamruczał z ciągle zamkniętymi oczami.
- Chyba już szósta...
- Dopiero, kochanie. Dopiero!
- Z pracy do ciebie dzwonią!
Mężczyzna w tym momencie poderwał się i szybko podszedł do komody, na
której stał aparat telefoniczny. Podniósł leżącą słuchawkę.
- Andriej Woronow. Słucham? Dobrze! Zrozumiałem! - odezwał się po
chwili. - Tak. Przyjadę samochodem. Będę na ósmą.
Odłożył słuchawkę i zaczął dłońmi masować rozespaną twarz.
- Dzwonili z gabinetu starego. Mam pilnie stawić się dzisiaj na ósmą -
oznajmił żonie, która właśnie wróciła do łóżka.
- A ja myślałam, że ten tydzień spędzimy w ciszy i spokoju, z dala od
twojej pracy - powiedziała i przykryła się kołdrą po samą szyję.
Nic jej nie odpowiedział. Nałożył pantofle leżące pod łóżkiem i poszedł
do łazienki. Po kilku minutach skierował się pospiesznie do kuchni. Tam
wyciągnął z fińskiej lodówki Rosenlew kilka plasterków słonego sera i butelkę z mlekiem. Z chlebaka wyjął bochenek, z którego odkroił dwie
kromki. Nalał do szklanki mleko, położył na chleb plasterki sera i zaczął szybko jeść.
Dacza znajdowała się w urokliwej okolicy porośniętej starymi drzewami,
nieopodal niewielkiego jeziorka w Tomilinie - dwadzieścia pięć
kilometrów na południowy wschód od Moskwy. Kupił ją kilka lat temu za
oszczędności i spadek po ojcu, który przypadł mu jako jedynemu
spadkobiercy. Tutaj on i jego rodzina czuli się najlepiej. W ciszy i spokoju, blisko natury. Z dala od bliskowschodniego czy afrykańskiego
gorącego klimatu, który Tatiana zawsze źle znosiła. Obiecał jej, że już
niedługo, gdy wrócą z Syrii, zamieszkają tu na stałe.
Andriej Woronow był synem generała Armii Radzieckiej - jednego z najbardziej zaufanych ludzi Breżniewa, z którym ten znał się jeszcze z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Od czterech lat pracował w ambasadzie radzieckiej w Damaszku jako konsul, w randze pierwszego
sekretarza. Region ten poznał dość dawno. Jako młody chłopak często
towarzyszył ojcu podczas jego wyjazdów służbowych na Bliski Wschód. Pod
sam koniec ostatniego roku studiów historycznych na Uniwersytecie
Łomonosowa w Moskwie został funkcjonariuszem I Zarządu Głównego KGB.
Potem ukończył Instytut Krasnoznamienski KGB.
Mając liczne znajomości, szczególnie przez ojca, szybko zaczął piąć się
po szczeblach kariery. Stał się cenionym ekspertem od spraw Bliskiego
Wschodu. Poza tym jako oficer operacyjny brał udział w misjach
specjalnych w różnych zakątkach świata. Jego żona Tatiana, którą poznał
podczas studiów, zajmowała się głównie domem i wychowaniem ich
czternastoletniej córki. Wcześniej był na placówkach dyplomatycznych w Kairze i Ankarze. Biegle mówił po angielsku i turecku, ale znał też
arabski. W środowisku, dzięki swoim koneksjom, uważany był za jednego z najbardziej zaufanych oficerów radzieckiego wywiadu. Przed wyjazdem do
Damaszku pełnił służbę w wydziale XX odpowiedzialnym za kontakty z organami bezpieczeństwa krajów zaprzyjaźnionych. Blisko współpracował ze
służbami w NRD, Bułgarii, Syrii i Iraku.
Na ciemnopopielaty garnitur zarzucił ortalionowy płaszcz. "Krawat
zawiążę w samochodzie" - pomyślał Woronow, wciskając go do kieszeni. Gdy
wyszedł na zewnątrz daczy, poraził go blask wschodzącego wrześniowego
słońca. Otworzył bramę na niewielkim podjeździe i wsiadł do samochodu,
niebieskiego waz 2103 żiguli - poza granicami znanego bardziej jako łada
1500. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że nie jest to jego ulubiona
alfa romeo giulietta, którą od trzech lat jeździł po syryjskich,
irackich i libańskich drogach i do której bardzo się przyzwyczaił.
Różnica w komforcie jazdy była duża. Najbardziej lubił w alfie pokrytą
skórą, czerwoną, miłą w dotyku kierownicę, mocne punktowe reflektory
marki Cibié i elegancką tapicerkę z wysokogatunkowego materiału. Teraz,
siedząc w swoim "moskiewskim samochodzie", odczuwał tę różnicę.
Popatrzył w lusterko wsteczne. Zapiął jeszcze dwa najwyższe guziki w białej koszuli non-iron kupionej w duńskim sklepie wysyłkowym dla
dyplomatów Justensen. Ruszył w kierunku trasy Noworiazańskiej.
Dochodziła siódma. Miał więc czas. Zwykle w dni powszednie dojazd do
Centrali zajmował około czterdziestu pięciu minut. Na trasie
Noworiazańskiej nie było zbyt wielu samochodów. Mijał okoliczne szare
bloki tworzące podmoskiewski krajobraz. Po chwili zjechał na prospekt
Wołgogradski. Wokoło zaczęły dominować bloki pamiętające czasy Stalina i Chruszczowa.
"Ciekawe, dlaczego tak pilnie mnie wzywają do biura samego szefa I Zarządu Głównego. Z pewnością to coś ważnego". Cały czas od momentu
wyjazdu z daczy powracały do niego takie myśli. Planował, że ten tydzień
urlopu spędzi tylko z żoną i córką. Dlatego gdy wychodził, żona poszła
spać nadąsana. "No tak. Ma prawo być zła. Ostatnio coraz mniej poświęcam
jej czasu" - wrócił myślami do Tatiany.
Wjechał na plac Tagański. Tutaj ruch samochodów był już większy. Po
prawej stronie minął Teatr na Tagance, a po lewej cerkiew. Zjechał w niewielką uliczkę zabudowaną starymi budynkami, jeszcze sprzed
rewolucji. Minął plac Nogina. Stąd miał już prosty wjazd na plac
Dzierżyńskiego, przy którym stał budynek Centrali KGB.
Andriej zaparkował samochód i ruszył w stronę posterunku ochrony.
* * *
Długi korytarz ze ścianami wyłożonymi szarym kamieniem i podłogą z drewnianym parkietem w kształcie jodełki ciągnął się przez wiele metrów.
Na ścianach w ramkach za szkłem wisiały portrety najbardziej zasłużonych
oficerów KGB. Iwan Klimow miarowym krokiem szedł w kierunku biura
dyrektora I Zarządu Głównego KGB. Czuł podekscytowanie. Wiedział, że
spotkanie na takim szczeblu oznacza rozmowę o czymś bardzo ważnym dla
socjalistycznego państwa. Czymś ściśle tajnym i być może zakrojonym na
szeroką skalę. Nie czuł stresu, bo skomplikowane operacje specjalne
przeprowadzał już wielokrotnie. Teraz to była bardziej zwykła ciekawość.
Gdy dotarł na miejsce, w poczekalni przed gabinetem generała stał już
major Andriej Woronow. Kiwnęli sobie głowami. Znali się bardzo dobrze.
Razem uczestniczyli w kilku przedsięwzięciach wywiadowczych. W tym samym
roku skończyli szkolenie w Instytucie Krasnoznamienskim. Ufali sobie i darzyli się wielką sympatią. Zawsze gdy byli w Moskwie w tym samym
czasie, umawiali się na spotkanie na daczy w Tomilinie. Teraz stali w milczeniu i co chwila na siebie spoglądali. Po kilku minutach weszli do
gabinetu. Dyrektor I Zarządu Głównego KGB generał Władimir Krukow i naczelnik Wydziału XII pułkownik Jurij Forin przywitali się z nimi.
- Dobrze, że już jesteście, towarzysze. Czekamy jeszcze na pułkownika
Gienadija Bykowa - odezwał się Krukow i wskazał na fotele ustawione
naprzeciw jego masywnego drewnianego biurka.
"Jeszcze Bykow?! Naczelnik Wydziału V też tutaj będzie? To oznacza, że
będziemy rozmawiać o naprawdę poważnych rzeczach. A Forin? Światowa
gospodarka czy co?" - pomyślał Klimow i spojrzał porozumiewawczo na
kolegę. Wydawało mu się, że Woronow pomyślał to samo. Iwan i Andriej,
widząc, w jakim są gronie, zrozumieli, że mają do czynienia z czymś
ściśle tajnym. Doskonale zdawali sobie sprawę, że są wśród najbardziej
zaufanych ludzi szefa całego KGB.
Wydział V zajmował się częścią krajów Europy Zachodniej. Mogło to
oznaczać, że rozmowa będzie dotyczyła operacji wywiadowczej właśnie w tym regionie. Kiedy wreszcie dotarł naczelnik piątki, na moment zapadła
cisza. Wszyscy czekali na rozpoczęcie nadzwyczajnej narady, czyli słowa
Krukowa. W gabinecie unosił się zapach tytoniu dobrej marki wymieszany z ledwo wyczuwalnym aromatem kawy.
- Towarzysze. Jesteśmy już wszyscy. - Krukow zawiesił głos, chcąc
podkreślić wagę sprawy. - Spotykamy się w tym pięcioosobowym, zaufanym
gronie, bo musimy na polecenie samego przewodniczącego KGB podjąć
stosowne działania i zareagować na wydarzenia, jakie dzieją się ostatnio
w bratnich, socjalistycznych krajach. - Znowu przerwał i popatrzył
uważnie na zebranych. - Kierownictwo partii i państwa oceniło niedawno
jednoznacznie, że wydarzenia te mają podłoże dywersyjne. Jeśli nie
zareagujemy szybko i zdecydowanie, proces ten będzie się szerzyć jak ten
rak po naszym zdrowym internacjonalistycznym organizmie. A jak zapewne
wiecie, towarzysze, z nowotworem trzeba zdecydowanie. Trzeba go usunąć
cięciem chirurgicznym.
Zebrani pokiwali głowami w geście zrozumienia.
- Wiemy, że w bratniej Polsce od kilku lat dochodzi do wystąpień
wichrzycieli i podżegaczy, a zwłaszcza niedawno, w sierpniu. Te
wydarzenia, jak oceniam, wzmogą ruchy wywrotowców wspieranych przez
znane nam doskonale zachodnie ośrodki. A polscy towarzysze niestety
zawodzą. Nie dają sobie rady. Jestem po długiej rozmowie z przewodniczącym. - Ponownie zawiesił głos, tym razem na dłużej. - Pewnie
się, towarzysze, dziwicie, dlaczego wśród nas jest naczelnik Forin. -
Spojrzał na Klimowa i Woronowa. - Ale... spakojna, o tym za chwilę. -
Zapalił papierosa i mocno się zaciągnął.
Wszyscy siedzieli w napięciu, jakby przeczuwając coś wyjątkowego, w czym
będą uczestniczyć. Klimow przypomniał sobie, o czym kiedyś opowiadał mu
ojciec. Było to w czasie, gdy w 1956 roku wybuchło powstanie
antyradzieckie na Węgrzech, kiedy późniejszy szef KGB był jeszcze
ambasadorem w Budapeszcie. Obrazy wieszanych na budapeszteńskich
latarniach komunistów i funkcjonariuszy bezpieki tak bardzo utkwiły mu
wtedy w pamięci, że potem, kiedy trafił do Centrali, każdy potencjalny
przejaw buntu w krajach demokracji ludowej traktował bardzo poważnie.
Nie chciał nigdy więcej zaznać tego, czego był świadkiem po obu stronach
Dunaju. Powstanie Solidarności w Polsce, a teraz porozumienia sierpniowe
sprzed kilku dni i wybór papieża Polaka parę lat wcześniej były właśnie
tymi czynnikami, które obecnie mogły zachwiać obozem państw
socjalistycznych. "Zapewne przewodniczący zdaje sobie sprawę z tego, że
jeśli ten proces nie zostanie przerwany, Związek Radziecki może czekać
konfrontacja siłowa, do jakiej doszło w Budapeszcie" - analizował w myślach, jednak rozważania te przerwał mu tubalny głos Krukowa.
- Ważne jest, abyście wiedzieli, że to nasze dzisiejsze spotkanie tak
naprawdę nigdy się nie odbyło. Żaden ślad nie może do nas prowadzić.
Żaden dokument nie ma prawa się zachować. Czy to jasne, towarzysze? -
zapytał, ale nie czekał na odpowiedź, bo ją znał. - Ważne jest również,
żeby wykorzystać potencjał naszych sojuszników w realizacji pewnego
żywotnego dla naszej socjalistycznej ojczyzny przedsięwzięcia. Tak żeby
ślady się rozmywały. Towariszczi poniali? - Tym razem popatrzył
uważnie na swoich oficerów, którzy pokiwali głowami. - Gdy biskup Rzymu
z dalekiego kraju zamilknie, dywersanci stracą swoją moc. - Po tym
zdaniu zrobił kolejną już pauzę.
Zapadła cisza jak makiem zasiał. W tym momencie dla uczestniczących w odprawie oficerów radzieckiego wywiadu wszystko stało się jasne. Choć
nie dali tego po sobie poznać, zatkało ich. Po chwili Krukow, który
zdawał sobie sprawę, że to może być dla nich duże zaskoczenie, znowu
zabrał głos.
- Towarzysze... Wiecie, że ta operacja wymaga wielotorowego,
symultanicznego działania. Nie możemy poczynić jakiegokolwiek pochopnego
kroku. Podkreślam, wymagać to będzie specjalnych kontaktów i umiejętności. Kierownictwo naszej służby, na mój wniosek i za aprobatą
przewodniczącego, wybrało majorów Klimowa i Woronowa, jednych z naszych
najlepszych oficerów. Oni uruchomią działania, które finalnie doprowadzą
do zrealizowania celu. Bo rozumiem, że wiemy, jak tu siedzimy, jaki to
cel? Klimow i Woronow, rozumiecie?
- Tak jest, towarzyszu generale - odpowiedzieli prawie jednocześnie.
Krukow wstał i podszedł do dużego okna, z którego roztaczał się widok na
plac Łubiański. Odsunął ciężką zasłonę. W gabinecie zrobiło się jaśniej.
Stał tak w bezruchu zapatrzony na przejeżdżające samochody, nad którymi
górował ciemnoszary posąg Feliksa Dzierżyńskiego. Zaciągnął się w tym
czasie kilka razy papierosem, który kończył swój krótki żywot. Odwrócił
się i usiadł ciężko za biurkiem. Poprawił wiszącą na oparciu granatową
marynarkę. Zgasił marlboro w mosiężnej popielnicy ozdobionej elementami
o symbolice wojskowej.
- To świetnie, że to rozumiecie, towarzysze... Wracając do sprawy,
koordynacją działań zajmie się ze względu na odpowiedzialność
terytorialną Wydział V, a nad wszystkim będzie osobiście czuwał
towarzysz naczelnik.
W tym momencie spojrzał na Bykowa, który przysłuchiwał się rozmowie i skrupulatnie notował coś w swoim okazałym notesie oprawionym w skórę.
- Towarzyszu pułkowniku. Proszę o kilka słów wprowadzenia do tematu.
- Towarzyszu generale, na wasze polecenie zrobiliśmy w wydziale krótką
analizę sytuacyjną. Pierwsza sprawa. Z uzyskanych wieloźródłowych
informacji wynika, że większość polskich duchownych, którzy wyjechali do
Rzymu, jest uwikłana w przeróżne zależności z polskimi władzami.
Zdecydowana większość z nich współpracuje z Departamentem I MSW, czyli z polskim wywiadem. - Spojrzał na Krukowa kiwającego głową. - Druga
sprawa. Naszym najcenniejszym człowiekiem w Watykanie, zwerbowanym
jeszcze przez naszą służbę na Syberii, jest dyrektor Domu Pielgrzyma w Rzymie. Zakładam, że to właśnie informacje między innymi od tego źródła
w zasadniczy sposób mogą wpłynąć na planowanie działań operacyjnych.
Drugim takim źródłem, mającym wpływ na działania planistyczne, a później
może i realizacyjne, może być jeden z agentów naszej bratniej Stasi... -
Przerwał i spojrzał na Krukowa.
- Tak. Jakiś czas temu rozmawiałem na ten temat z Markusem - wtrącił
Krukow. - Wiem, że naszym wschodnioniemieckim sojusznikom udało się
zainstalować swojego człowieka w bezpośrednim otoczeniu papy rimskowo.
Woronow dobrze pamiętał, jeszcze z okresu służby w Wydziale XX, że szefa
wschodnioniemieckiej Stasi i szefa KGB łączyły zażyłe relacje, więc nie
zaskoczyła go informacja, jaką przekazał Krukow.
- To wstępnie tyle, towarzyszu generale - zakończył Bykow.
- Dziękuję, towarzyszu naczelniku. Oczywiście, jeśli zajdzie potrzeba,
wprowadzimy w sprawę Wydział XX, choć mamy tu towarzysza majora, który
ma dobre rozeznanie w tym temacie - powiedział Krukow i popatrzył na
Woronowa. - Ale przy tej okazji jeszcze jedna, bardzo ważna sprawa. -
Zaczął przyglądać się po kolei każdemu ze swoich rozmówców, kiwając w swoim stylu lekko głową. - Nasi polscy sojusznicy absolutnie nie mogą
się o tym przedsięwzięciu dowiedzieć. To chyba jasne? - Znowu nie czekał
na potwierdzenie oficerów. - Da. A jak potencjał operacyjny wygląda z waszej perspektywy, towarzyszu naczelniku? Jakie wnioski płyną z analizy
przeprowadzonej w waszym wydziale? Chyba kilka dni wam starczyło? -
zwrócił się do Forina kierującego Wydziałem XII, serdecznie się do niego
uśmiechając.
Ten, jakby wyrwany z głębokiego zamyślenia, spojrzał na wszystkich nieco
rozbieganym wzrokiem spod swoich okularów z lekko przyciemnionymi
szkłami. Zawsze sprawiał wrażenie nieco nieobecnego, zostającego z tyłu,
ale tak mogli myśleć tylko ci, którzy go nie znali. Kierowany przez
niego wydział był jednostką organizacyjną radzieckiego wywiadu
odpowiedzialną za sprawy ekonomiczne. Forin dysponował dużym rozeznaniem
operacyjnym w instytucjach międzynarodowych i bankach zachodnich.
Posiadał także swoje źródła informacji wśród osób zajmujących się
sprawami finansowymi Stolicy Apostolskiej. Miał teraz ogromne znaczenie
dla całej operacji.
- Tak jest, towarzyszu generale. Starczyło... - Forin zrobił przerwę jak
wytrawny mówca i odwzajemnił się takim samym uśmiechem Krukowowi. -
Towarzysze. Obecna sytuacja nam sprzyja. Dysponujemy od kilku lat
potwierdzonymi agenturalnie informacjami, że ówczesny papież Paweł VI,
chcąc ratować finanse Watykanu, wprowadził tam mafię sycylijską. Można
postawić tezę, że obecny prezes Banku Watykańskiego to człowiek uwikłany
w niebezpieczne zależności. Potwierdzają to doniesienia zachodniej prasy
o aresztowaniu w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych bankiera,
niejakiego Michele Sindony. Jeden z naszych agentów przekazał nam
dokumentację jasno pokazującą, że zdefraudował on pieniądze nie tylko
Banku Watykańskiego, ale i mafii. Dlatego zapewne wolał być sądzony za
oceanem niż we Włoszech.
- Pewnie w pięknej, słonecznej Italii nie przeżyłby on ani jego rodzina
nawet jednego dnia. - Krukow zaśmiał się rubasznie, przerywając
wypowiedź Forina. - Dobrze, dobrze. Kontynuujcie, towarzyszu - dodał już
poważnym tonem.
- Pewnie tak, towarzyszu generale. Chciałbym dodać, że według naszego
rozpoznania oraz informacji Wydziału I pracującego na kierunku
północnoamerykańskim i Wydziału XI, łącznikowego z krajami naszego
obozu, Bank Watykański wykorzystywany jest przez CIA do sponsorowania
tej... Solidarności w Polsce. Zapewne dzięki temu chwilowo rozkładany jest
nad nim swoisty parasol ochronny. Ale takich parasoli jest więcej.
Jednym z nich jest włoska loża masońska Propaganda Due, zrzeszająca
najważniejszych włoskich polityków.
- Potwierdzam, towarzyszu generale - wtrącił Bykow. - Jej szef, niejaki
Licio Gelli, ma ogromne wpływy we włoskim rządzie. Z tego, co
ustalaliśmy, wynika jednak, że pętla na jego szyi coraz bardziej się
zaciska. Nasz rezydent w Rzymie potwierdził to bezsprzecznie również u naszych dyplomatów przy Villi Abamelek. A poza tym, towarzysze, w kierowanym przeze mnie wydziale teczki pełne są notatek na temat wielu
dewiantów i zboczeńców z samej kurii rzymskiej, godzących się na
wszystko, byle tylko móc zaspokajać swoje zachcianki - dodał z nieukrywanym zadowoleniem.
- Towarzyszu naczelniku. Bez takich wydziałowych partykularyzmów... -
wtrącił Krukow, by po chwili dodać: - Ale wy, towarzysze, dzisiaj
poetycko nastawieni, jak widzę, no, no. - Obaj naczelnicy spojrzeli na
niego trochę zdziwieni. - No, te parasole ochronne, zaciskająca się
pętla na szyi. - Zaśmiał się, znowu wstał i podszedł do odsłoniętego
okna. Na placu Łubiańskim zaczynał się dzień. - Dobrze - rzucił Krukow,
nie odwracając się od okna. Może towarzysze przebywający za granicą nie
wiedzą, więc ich wprowadzę. - Zaciągnął ponownie zasłonę i usiadł za
biurkiem. - Aktualny papież nie jest im na rękę. Początkowo w kurii
myśleli, że gdy zda sobie sprawę z tego, w jakie trafił miejsce, to
spokornieje. Zgadza się? - Krukow spojrzał na Bykowa i Forina, a ci
skinęli głowami. - Czas jednak pokazał, że jest poza ich kontrolą. Co
ważne, instytucje watykańskie nie ufają włoskim służbom, i to z wzajemnością. To spowoduje zamęt, a nam ułatwi zacieranie śladów.
Podsumowując, działania należy rozpocząć jak najszybciej. Skierujemy
całe nasze zasoby wywiadowcze do tej operacji. Stłamsimy w zarodku
rodzące się ruchy antysocjalistyczne inspirowane przez wrogie nam siły.
To teraz może wy, towarzysze, macie coś do powiedzenia? Proszę się
oczywiście skupić wyłącznie na kierunku zarysowanym tu przeze mnie i towarzyszy naczelników, czyli Watykanie - zwrócił się do Klimowa i Woronowa.
Pierwszy odezwał się Klimow:
- Towarzyszu generale. Chciałbym wyrazić podziękowanie, że mogę
uczestniczyć w takim doniosłym przedsięwzięciu i wraz z...
- Towarzyszu majorze, do rzeczy. Podlega pod was działalność prawie w całej Ameryce Południowej. O tym mówcie, to nas teraz interesuje -
udzielił mu reprymendy szef.
- Tak jest, towarzyszu generale. Przez naszą agenturę wśród tamtejszego
duchowieństwa różnego szczebla, głównie pochodzenia włoskiego, zwłaszcza
w Argentynie, mamy ułatwiony dostęp do Watykanu. Część z katolickich
księży czy zakonników uwikłana jest w różne zdarzenia... powiedzmy o podłożu seksualnym, w tym pedofilskim...
- Wot! Rimskije gołubyje malcziki - wtrącił Krukow i pokiwał głową.
- Dokumentacja takich zdarzeń ułatwiła nam ich werbunek. Dzięki właśnie
tym źródłom udało nam się odpowiednio wcześniej dowiedzieć o procederze
prania pieniędzy w Banku Watykańskim, o czym wspomniał już towarzysz
Forin. W konsekwencji rezydentura w Buenos Aires przekazała do Centrali
naprowadzenia na kandydatów do werbunku z grona bankierów z Europy
Zachodniej uwikłanych w ten proceder.
- Tak... Pamiętam. Sprawy są bardzo obiecujące - wtrącił znowu Krukow i spojrzał na Woronowa, który nie do końca wiedział, od czego ma zacząć.
Widząc jego wahanie, Krukow naprowadził majora:
- Przed wyjazdem na placówkę realizowaliście interesujące
przedsięwzięcia w Bułgarii i na kierunku tureckim. Mówcie, towarzyszu
majorze.
- A tak, tak. Dzięki owocnej współpracy z naszymi bułgarskimi
sojusznikami z PGU nawiązaliśmy liczne kontakty z tureckimi
ekstremistami. Pogranicza bułgarsko-greckie i bułgarsko-tureckie okazały
się prawdziwym antycznym rogiem obfitości... - spojrzał z lekkim uśmiechem
na Krukowa, ale ten odwzajemnił się tym samym - ...jeśli chodzi o werbowanie agentów. Zwłaszcza na odcinku greckim, gdzie, jak wiemy, w obozach dla uchodźców operują oficerowie CIA. Pozwoliło to nam na
ciekawe plasowania naszych współpracowników na styku ze służbami
amerykańskimi. Ponadto, odkąd nasi bułgarscy sojusznicy rozpoczęli
twarde działania wobec swoich dysydentów na emigracji, uruchomili rodzaj
programu... jak by to określić? Hmm... O! Kontraktnoje ubijstwo. W tym
wypadku towarzysze w Sofii postawili również na osoby pochodzące z ekstremistycznych ugrupowań tureckich. A to daje nam, towarzysze, wobec
postawionego przez kierownictwo zadania duże pole manewru - zakończył
już pewnym głosem Woronow.
- Da. Dziękuję towarzyszom. Czyli wiemy, co mamy robić i kto ma to
robić. Następna narada w tej sprawie za tydzień. Aha. W związku z tym
prośba do towarzyszy Klimowa i Woronowa. W tym czasie załatwcie
wszystkie formalności u nas w kadrach i w MSZ. Wasze odwołania z placówek już poszły. Myślę, że miesiąc wam wystarczy na załatwienie na
miejscu spraw osobistych i służbowych w Buenos Aires i Damaszku.
Obowiązki przekażecie swoim zastępcom w rezydenturach. Rozumiemy się?
- Tak jest - odpowiedzieli jednocześnie obaj oficerowie.
- To świetnie. Czyli po następnej odprawie wracacie za granicę. A w tym
czasie - popatrzył na Bykowa i Forina - towarzysze naczelnicy przygotują
stosowne materiały i określą siły i środki do przeprowadzenia całej
operacji. Dodam, że kierownictwo partii i państwa oczekuje efektów w ciągu... pół roku. Dziękuję - zakończył.
Cała czwórka wstała. Krukow podszedł do nich i uścisnął każdemu dłoń.
Zaczęli wychodzić po kolei.
Gabinet generała wypełniał dym papierosowy podświetlany padającymi przez
niewielką szparę w zasłonach promieniami słonecznymi. Blaskiem rozbłysła
ściana nad biurkiem Krukowa, na której wisiał portret sekretarza
generalnego KC KPZR Leonida Breżniewa. Mogło się wydawać, że obrzucał
opuszczających gabinet zamyślonym spojrzeniem spod krzaczastych brwi.
Rozdział 1
Stefan
Polska - październik 1970 roku
Parowóz OKz32, przystosowany do obsługi górskich linii kolejowych,
miarowo wyrzucał z komina kłęby dymu. Ciągnął za sobą pięć wagonów.
Wjechał na dworzec kolejowy w Nowym Targu. Zatrzymał się z piskiem
hamulców. Konduktor wyskoczył zwinnie z ostatniego wagonu na betonowy
peron. Nieliczni pasażerowie zaczęli wsiadać i zajmować miejsca. W przedziale było czysto i schludnie. Cztery siedzenia z lewej i cztery z prawej ustawione naprzeciwko siebie miały ciemnozielony kolor i wyściełane były przyjemnym w dotyku materiałem. Nad każdym siedzeniem
znajdowały się miejsce na bagaż i wieszak na ubranie.
Młody, postawny mężczyzna trzymający w jednej dłoni sfatygowaną torbę
podróżną, a w drugiej "Gazetę Krakowską" przesunął w prawo rozsuwane
drzwi i wszedł do przedziału. Torbę położył pod swoimi nogami, jakby
chcąc ukryć przed innymi pasażerami jej podrzędną jakość. Zdjął szarą,
wytartą kurtkę i zajął miejsce przy oknie. Do przedziału nikt już nie
wszedł. Mężczyzna wziął do rąk gazetę. Spojrzał na pierwszą stronę.
"Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!" - z ironią przeczytał w myślach napis znajdujący się na samej górze pierwszej strony i zaczął
pobieżnie przeglądać nagłówki:
Prezydent Pompidou zakończył podróż po ZSRR. Stolica bratniej Bułgarii
serdecznie powitała przewodniczącego rady państwa PRL. Willy Brandt w sprawie dysydencji w szeregach FDP.
Skrzywił się, jakby właśnie pożałował wydanych pięćdziesięciu groszy.
Upewnił się jeszcze, czy faktycznie jest dzisiaj wtorek, trzynasty
października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. Zwinął gazetę i położył ją na torbie pod nogami. W tym momencie pociąg szarpnął i powoli
ruszył. Mężczyzna spojrzał przez okno. Po wyjątkowo chłodnym wrześniu w góry wreszcie zawitała złota polska jesień. Drzewa zmieniły barwy na
pomarańczowo-żółto-czerwone. Świat stał się jakby bardziej kolorowy i radosny.
Stefan Chrobak nie czuł jednak tego optymizmu. Wiedział, że po
przyjeździe na dworzec w Krakowie czeka go kolejna walka o przetrwanie.
Chociaż miał przed sobą już ostatni rok studiów na wydziale górniczym
AGH na specjalności eksploatacja podziemna, to perspektywy wcale nie
rysowały się obiecująco. Kariera naukowca wiązała się z ciężkimi
warunkami bytowymi, których on już zbyt długo doświadczał w swoim życiu.
To była ta sama bieda, która towarzyszyła mu od urodzenia i która
sprawiała, że nie miał teraz już nikogo bliskiego. "Skoro wykładowca na
uczelni zarabia mniej niż milicjant, a nauczyciel mniej niż
traktorzysta, to co mi po tych studiach?" - przypominał sobie temat
często poruszany w rozmowach z kolegami w akademikach.
Po chwili, gdy pociąg mijał Czarny Dunajec, solidna żeliwna konstrukcja
mostu pamiętająca czasy cesarza Franciszka Józefa mignęła mu przed
oczami. "Tutaj nic się nie zmienia i pewnie prędko nie zmieni. Trzy lata
temu remontowali ten most, tylko jak był jeden tor, tak jest dalej..." -
Westchnął, patrząc przez przybrudzone okno w swoim przedziale. Spojrzał
obojętnie na oddalające się miasto. Dotarło do niego, że po śmierci
matki zupełnie nic już go tutaj nie trzyma. Jedyna bliska mu osoba nie
doczekała przydziału mieszkania, więc nawet nie będzie miał się gdzie
zatrzymać, jeśli tu przyjedzie. Nie ma już swojego miejsca na ziemi. W tym właśnie momencie znowu o niej pomyślał. Usiadł i dłońmi zaczął
masować skronie, jakby chciał przywołać te wszystkie wspomnienia, które
z czasem staną się coraz bardziej odległe i ulotne.
To, co zachował w pamięci z wczesnego dzieciństwa, to niewielka
drewniana chatka nad potokiem Jaszcze, w Ochotnicy Górnej - wsi
rozłożonej na stokach Gorców. Ojciec zginął przygnieciony drzewem
podczas wycinki, gdy Stefan miał dwa lata. Jak przez mgłę przypominał
sobie babcię. Jej przygarbioną sylwetkę i chropowate dłonie, którymi
często głaskała go po głowie. Ciągle miał przed oczami moment, gdy
pewnego ranka nie podniosła się już z łóżka. Jej zimne, bezwładne ciało
leżało w izbie na wąskim łóżku, przykryte białą pierzyną. Po śmierci
babci razem z matką wyjechali do Nowego Targu. Tam zamieszkali w niewielkim pokoiku w domu państwa Koprowskich. Matka rozpoczęła pracę
jako gosposia, a z czasem zaczęła pracować w Nowotarskich Zakładach
Przemysłu Skórzanego "Podhale". Od tego okresu jego wspomnienia z Ochotnicy Górnej przeplatają się z opowieściami matki.
Matka często wracała do czasów, kiedy mieszkała w Ochotnicy Górnej.
Prawdopodobnie chciała w ten sposób złagodzić traumę, jaka jej
towarzyszyła od tamtego czasu. Usprawiedliwić swoją bezsilność i dać
synowi do zrozumienia, by dzięki nauce i pracowitości odmienił swoje
życie. Jej marzeniem było, żeby zdobył wykształcenie, toteż pracowała
ponad siły, aby zapewnić środki na dodatkowe lekcje niemieckiego i francuskiego. Uważała, że znajomość języków obcych da mu możliwość
wyjazdu na Zachód, gdzie będzie mógł rozpocząć nowe, lepsze życie.
Dlatego najpierw skończył najstarszą szkołę średnią na Podhalu - liceum
imienia Seweryna Goszczyńskiego. Pamiętał później łzy radości matki, gdy
jej powiedział, że dostał się w Krakowie na studia. Potem przyszedł ten
najtrudniejszy moment. Jej choroba i śmierć, które zjawiły się tak
nagle. Zbyt późna diagnoza. Potem powolne dogorywanie. Dosięgały go
wtedy często myśli depresyjne i ogarniał wielki smutek, jakiego
wcześniej nie zaznał. Czuł się taki bezsilny. Od jej śmierci minęły już
dwa lata.
Pociąg powoli wspinał się na przełęcz w Sieniawie. Do uszu Stefana
dochodził głośny dźwięk miarowej pracy parowozu. Dym z jego komina co
chwila przelatywał za oknem. Mężczyzna przysnął oparty o zimną szybę, od
której oddzielił się swoją wysłużoną kurtką.
Nagle coś go obudziło. Do przedziału weszła młoda, piękna kobieta o kruczoczarnych włosach i piwnych oczach. Stefan, jakby wyrwany ze swoich
myśli, dopiero zauważył, że pociąg stoi na stacji Raba Wyżna.
- Do Suchej czy dalej, do Krakowa? - zapytała kobieta delikatnym głosem
w gwarze góralskiej.
- Do Krakowa... - odpowiedział trochę zmieszany i zaskoczony jej
bezpośredniością.
- A to pan z daleka? - Uśmiechnęła się, wykazując ciągłe zainteresowanie
towarzyszem podróży.
Zdjęła granatowy płaszcz. Biały, obcisły półgolf z rękawami do łokcia
podkreślał jej kobiece kształty. Stefan dyskretnie zaczął się przyglądać
współpasażerce. Utkwił wzrok na wysokości jej dużego biustu
podtrzymywanego sztywnym stanikiem. Poczuł przez chwilę jakby lekkie
podniecenie. Potem patrzył długo na nieco smagłą twarz dziewczyny i wydatne, pociągnięte czerwoną szminką usta. W pewnym momencie zdał sobie
sprawę, że przypomina mu kuzynkę matki, o której słyszał wiele
opowieści, lecz której nigdy nie widział. Jej obraz opisywany przez
matkę tak utkwił mu w pamięci, że teraz nie mógł oderwać wzroku od
młodej, czarnowłosej góralki. Miał wrażenie, jakby przed nim siedziała
nieżyjąca od wielu lat ciotka. Jednak to, co poczuł, było zupełnie inne,
niż mógłby poczuć, myśląc o ciotce.
- A pani dokąd się wybiera? - zapytał, ciągle wpatrując się w jędrny
biust pod białym półgolfem.
- Jaka tam pani? Kryśka jestem. - Wyciągnęła do niego swoją delikatną,
zadbaną dłoń.
W tym momencie wstali jednocześnie, niemal wpadając na siebie. Jej
piersi otarły się o jego ramię.
- Stefan - przedstawił się i poczuł, że całe jego ciało oblewa jakieś
ciepło.
- Jadę odwiedzić swoją mamę w Chabówce. Teraz mieszkam w Rabie Wyżnej,
bo znalazłam pracę w szkole - dodała.
- Ja do Krakowa jadę na studia... - powiedział, akcentując słowo "studia"
i licząc, że zrobi tym wrażenie na dziewczynie.
- Kraków jest naprawdę piękny. Miasto, dużo możliwości. Nie to co tutaj.
Byłam tam ostatnio parę razy na kursie pedagogicznym - odparła,
spoglądając na niego czarnymi, rozmarzonymi oczami.
- Przecież to niedaleko! Jakby co, to zapraszam do Krakowa. Może
zostawię ci w razie czego numer telefonu do mojego akademika? - rzekł z nadzieją w głosie.
- W razie czego? - Uśmiechnęła się zalotnie.
- No wiesz... - Trochę się zmieszał. - No, jakbyś przyjechała do Krakowa i miała ochotę na wspólny spacer.
- Jasne... Dawaj!
Wyciągnął z torby sfatygowany zeszyt i długopis. Wyrwał kartkę, złożył
na pół i napisał numer telefonu do akademika, a na samej górze swoje
imię i nazwisko.
- Mam nadzieję, że się odezwiesz. W recepcji zostaw wiadomość, kiedy
będziesz, a na pewno odbiorę cię z dworca. - Podniósł się lekko i pochylił nad nią, zerkając znowu na jej jędrne piersi.
- Dziękuję. Teraz muszę jeszcze coś zrobić, póki mam chwilę wolnego. -
Uśmiechnęła się i wyciągnęła stertę kartek. - Coś tu remontują przed
Chabówką. Wiesz, to jeszcze po tej dotkliwej lipcowej powodzi. Pewnie
tory podmyło. Zanim ruszymy ze stacji, to trochę czasu minie. Ostatnio
godzinę tutaj stał - wyjaśniła.
Stefan domyślił się, że są to zapewne sprawdziany jej uczniów. Dopiero
teraz się zorientował, że stoją od ponad dziesięciu minut na stacji.
- Czego uczysz?
- Geografii - odparła, nie odrywając oczu od kartki, którą właśnie
sprawdzała.
- To pewnie czytałaś w ostatniej "Panoramie" artykuły o dwóch wybitnych
przywódcach: Naserze z Egiptu i generale de Gaulle'u, którzy w tym roku
zmarli. No i o tym sukcesie naszego kraju - powiedział jakby
podekscytowany.
- Sukcesie? Jakim sukcesie? - zapytała zdziwiona dziewczyna.
- No co ty, nie śledzisz gazet?! Polska po latach negocjacji odniosła
sukces. Podpisano w końcu z Republiką Federalną Niemiec układ o normalizacji stosunków. Niemcy Zachodnie zaakceptowały trwałość i nieodwracalność zachodnich granic na Odrze i Nysie Łużyckiej - mówił,
jakby czytał nagłówki gazet.
- Aha, to! Coś było o tym w telewizji. Wiesz, ja bardziej interesuję się
Polską i tym, co się dzieje w naszym kraju. Takimi raczej przyziemnymi
sprawami, nie tak jak ty w wielkim mieście.
- A jakimi przyziemnymi sprawami się interesujesz, Krysiu? - zapytał z uśmiechem, a jego wzrok mimo woli skierował się na biust dziewczyny.
- A że jedzenie coraz droższe. Co z tego, że obniżyli ceny lodówek,
pralek i telewizorów. Ich do gara nikt nie wrzuci, żeby się najeść.
Dobrze, że dziadkowie mają gospodarkę, bo ciężko by było. No i rodzina w Nowym Jorku podeśle czasem parę dolców.
- A to fajnie masz. Nie próbowałaś do nich wyjechać?
- Dokąd?
- No do... Nowego Jorku.
- Paszportu nie dali. Wiesz, wujek z ciotką prowadzą na Greenpoincie
sklep spożywczy Podhale. Miałabym nawet gdzie pracować. Ale niestety.
Władza ludowa mnie kocha i nie chce się mnie pozbyć. No dobra, wracam do
moich sprawdzianów - rzekła z uśmiechem.
Stefan, nie chcąc jej przeszkadzać, odchylił się na oparcie swojego
siedzenia. Co jakiś czas dyskretnie na nią zerkał. Jakby chciał ją
dokładnie zapamiętać. Każdy szczegół jej ciała. Każdy fragment ubrania.
Obserwując dziewczynę, przypomniał sobie pewną rodzinną opowieść.
Usłyszał ją pierwszy raz, kiedy chodził do szkoły średniej. Ta historia
najbardziej utkwiła mu w pamięci ze wszystkich opowieści wujków, ciotek
i kuzynów. Znowu zamknął oczy i oddał się wspomnieniom. Tego dnia matka
miała więcej czasu niż zwykle. Wróciła z pracy w kombinacie po pierwszej
zmianie. Koprowscy gdzieś wyjechali, więc nie musiała im usługiwać przy
posiłku. Usiadła na starym zniszczonym fotelu i zaczęła opowiadać:
W sobotę rano 23 grudnia 1944 roku razem z Józką, moją kuzynką,
zabrałyśmy się saniami z jej szwagrem z Jamnego do Ochotnicy Dolnej.
Przy potoku Lubańskie miałyśmy wziąć mięso od naszej stryjenki.
Chciałyśmy ją odwiedzić tydzień wcześniej, ale nie było możliwości, by
się tam dostać. Pojutrze Boże Narodzenie, a my jeszcze nic nie
przygotowałyśmy. Józka zostawiła czwórkę swoich dzieci z teściową i mężem. Ciebie jeszcze nie było na świecie. Jej szwagier zostawił nas
przy potoku i miał po nas niedługo przyjechać. Kiedy szwagra nie było
już długi czas, pożegnałyśmy się ze stryjenką i pieszo ruszyłyśmy w drogę powrotną. Śnieg był duży. Było zimno. Jak przeszłyśmy kilometr od
kościoła w Ochotnicy Dolnej, usłyszałyśmy odgłosy jadących samochodów.
Po chwili rozległy się strzały. Zaczęłyśmy uciekać w stronę
zamarzniętego potoku. Gdy przeszłyśmy po lodzie i wdrapałyśmy się na
górę, stanęłyśmy za dużą jabłonią. Józka cały czas odmawiała różaniec.
Nie da się opisać odgłosów, jakie słyszałyśmy. Serie z broni maszynowej
cały czas dudnią mi w głowie. Wybuchy granatów. Pisk płaczących matek
błagających, by oszczędzono ich dzieci. To były odgłosy, których nie
umiem wymazać z pamięci. Po takim krzyku przerażonej kobiety następowała
seria z pistoletu maszynowego, a potem zapadała cisza. Po chwili znowu
to samo. Przerażający krzyk matek, płacz dzieci, męskie złowrogie głosy,
strzały i wybuchy - to wszystko mieszało się ze sobą.
Zapamiętał, że w tym momencie w jej oczach pojawiły się wielkie łzy,
które spłynęły po policzkach. Dopiero po dłuższej chwili się uspokoiła.
Potem wytarła łzy chusteczką. Po krótkiej przerwie, jakby chcąc nabrać
oddechu, zaczęła opowiadać dalej:
Nie pamiętam, jak długo stałyśmy oparte o pień jabłoni. Gdy zaległa
zupełna cisza, zauważyłam, że mam przemarznięte stopy i prawie ich nie
czuję. Józka cały czas się modliła, ale nie wiem, jaka to była modlitwa,
bo bardziej przypominało to jakiś niezrozumiały bełkot. Powoli
wychyliłyśmy się zza pnia. Nad wsią unosił się dym. Zaczęłyśmy schodzić
z góry, ucieczka na którą uratowała nam życie. Brnąc w śniegu,
podeszłyśmy do domów. Nie da się tego opisać. Nie da się tego
wytłumaczyć, czy jest się ateistą, czy gorliwie wierzącym. Nie da się
usprawiedliwić okrucieństwa, do jakiego zdolni są niektórzy ludzie.
Przy pierwszym gospodarstwie zauważyłyśmy leżące ciała kobiety,
mężczyzny i małego dziecka. Prawdopodobnie zginęło rzucone o ścianę
domu, bo miało roztrzaskaną główkę. Józka, widząc dziecko w podobnym
wieku jak jej własne, zaczęła głośno płakać. Podbiegła do leżącego
chłopczyka, ale zaraz odbiegła, jakby próbowała mu pomóc, choć było już
zbyt późno. W końcu obydwie zaczęłyśmy płakać z wielkiej bezsilności.
Poszłyśmy dalej, gdyż już nic nie dało się zrobić.
Przed kolejnym domem leżało ciało mężczyzny w średnim wieku. Zastygło w pozycji, jakby chciał otworzyć zabarykadowane drzwi, za którymi Niemcy
zamknęli jego żonę i dzieci, po czym wszystko podpalili. Pozostały
jedynie dym i swąd palącego się mięsa, który sprawił, że zaczęłam
wymiotować. Józka, gdy do niej dotarło, co oznacza ten zapach, również
nie wytrzymała.
Wtedy matka przerwała opowieść. Pamiętał do dziś, jak na niego
spojrzała. Z taką wielką dumą, nadzieją i miłością. Jakby chciała mu tym
spojrzeniem powiedzieć, że wszystko się ułoży. Kiedyś nie będą
rozmawiali o smutnych sprawach w niewielkim, wynajmowanym pokoju u państwa, dla których była jedynie gosposią. To jej spojrzenie, które
zapamięta do końca życia, było pełne nadziei i radości. Chyba już nigdy
nie patrzyła w taki sposób.
Później kontynuowała swoją opowieść:
Przemarznięte i jakby w amoku dotarłyśmy do domu, gdy było już ciemno.
Jak się później okazało, szwagier Józki nie przyjechał po nas o umówionej porze, bo oblewał zakup krowy. O tym, co się wydarzyło,
usłyszał później. To była wigilia Bożego Narodzenia, której nigdy nie
zapomnę. Pamiętam, jak Józka po powrocie rzuciła się do swoich dzieci i zaczęła je tulić. Jakby je straciła i dopiero co odzyskała. Podobno za
żadne skarby nie chciała ich wypuścić z objęć. Najbardziej tuliła
Władka, który był w wieku martwego chłopczyka widzianego we wsi. Józka
miała takie piękne czarne warkocze. Ciemne oczy. Była piękna, pobożna i bardzo pracowita. Swoje dzieci uczyła pacierzy, pracowitości i szacunku
do innych.
Stefan pamiętał, że w tym momencie matka wstała i spod łóżka wyciągnęła
butelkę. Widniał na niej napis "Wódka czysta". Nalała zawartość do
niewielkiej literatki. Wzięła kilka łyków, jakby chciała się znieczulić
przed dalszą opowieścią:
Po wojnie spokój nie wrócił. Z nieurodzajnej ziemi położonej na małych
pagórkach ciężko było zebrać plony. Każdy pracował od rana do wieczora,
a i tak starczało jedynie na przetrwanie. Wtedy urodziłeś się ty. W lecie, gdy miałeś pół roku, Józka powiedziała mi, że jest w ciąży. Tak
bardzo się cieszyła. W tym czasie w Jaszcze pojawiła się banda Ognia.
Jedynie ze słyszenia znałyśmy historie o tym, jak jego ludzie przychodzą
do domów. Próbują wymusić, by przepisać na nich prawa własności ziemi,
tartaków czy całych gospodarstw. Pewnego dnia Józka poszła do lasu
nazbierać ściółki do obory. Zupełnie przypadkowo trafiła na kilku
ogniowców. Początkowo minęli się bez słowa. Kiedy wracała do domu,
prawdopodobnie szli za nią. Wystraszyli się, że znalazła ich kryjówkę i może ich zdekonspirować. Kiedy dotarła do domu, wtargnęli do izby i na
oczach dzieci wyprowadzili ją siłą za stodołę, gdzie rozległo się kilka
strzałów. Nie wiem do dzisiaj, kto wydał rozkaz, aby ją zamordować, ani
ilu było oprawców. Pamiętam tylko dwa lub trzy strzały, które echo
poniosło po górach. Wtedy nie pomyślałam, że te dwa strzały pozbawiły
życia moją najbliższą kuzynkę, którą traktowałam jak własną siostrę. Po
jakimś czasie przybiegł mały Władek, krzycząc i płacząc wniebogłosy, że
jego mamusia nie żyje. Ta bezradność w oczach dziecka jest nie do
zniesienia. Ciebie zostawiłam w kołysce samego i wszyscy pobiegliśmy za
stodołę domu Józki. Jej bezwładne, pokrwawione ciało leżało otoczone
przez płaczące dzieci i bezradnego męża, który właśnie wrócił z pola.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiemy, kto to zrobił. Być może
ten ktoś żyje pośród nas. Ktoś, kto zabrał dzieciom dzieciństwo, a mężowi żonę.
Stefan otrząsnął się z zamyślenia. Zauważył, że pociąg jedzie do tyłu.
- Cholera, przespałem Chabówkę! - mruknął pod nosem.
Zauważył, że Krysi już nie ma. Był sam w przedziale. Zaczął żałować, że
nie powiedział jej nic na do widzenia. "A może ona już się nie odezwie?
Przecież wychodząc, mogła powiedzieć cokolwiek. Trącić mnie w ramię i się pożegnać". Posmutniał. Wstał i usiadł na przeciwległym siedzeniu,
aby nie jechać tyłem do kierunku jazdy. Czuł się jakoś dziwnie, bo
wspomnienia nieżyjącej matki i ciotki uderzyły w niego ze zdwojoną siłą.
"Dobrze, że temu Władkowi życie jakoś się ułożyło i został leśniczym" -
pomyślał z ulgą, choć od dłuższego czasu nie utrzymywał kontaktu z rodziną z Ochotnicy Górnej.
Zawsze się zastanawiał, jak to się stało, że jego matka, prosta kobieta
urodzona w biedzie, skończyła wieczorową szkołę średnią i znała się na
tak wielu rzeczach. Zawsze gdy przychodziło mu to na myśl, dochodził do
wniosku, że tylko determinacja i chęć polepszenia sobie bytu dodawały
matce energii i siły. "Ale już jej nie ma". Poczuł, jak łzy napływają mu
do oczu. Choć od pogrzebu minęły niemal dwa lata, ten ból nadal tkwił w nim bardzo głęboko.
Dalszą część drogi spędził na wpatrywaniu się w malownicze, jesienne,
beskidzkie krajobrazy. Obserwował, jak swoim tempem żyją mijane wiejskie
stacyjki i te większe stacje, jak w Jordanowie, Makowie Podhalańskim czy
Suchej Beskidzkiej. Tuż przed stacją Kraków Główny dotarło do niego, że
zgodnie z grafikiem jutro, czyli czternastego października, musi iść do
pracy. Od kilku lat był kelnerem w klubie Pod Jaszczurami, gdzie
zarabiał na podstawowe opłaty. Pomagało mu to przetrwać. Nic poza tym.
Tysiąc pięćset złotych miesięcznej wypłaty oraz zapomoga po matce to i tak było za mało, żeby zmienić coś w swoim życiu. Stefan doszedł do
takiego wniosku w dziwny sposób. Jakiś czas temu widział w gazecie
reklamę węgierskiej lodówki Lehel za siedem tysięcy czterysta złotych.
Szybko obliczył, że dopiero po wielu latach mógłby odłożyć na jej zakup.
Kiedy matka żyła, wiele razy chciał zrobić jej niespodziankę i kupić
jakiś drogi prezent, jednak nie zdążył. Głównie to ona wspierała go
finansowo, a gdy wyjeżdżał, niezauważenie wsuwała mu do kieszeni
pieniądze. Teraz było już za późno, by się jej odwdzięczyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki