Kiedy zaczęłam wspominać znajomym, że prawdopodobnie będę starała dostać się na pielęgniarstwo, pukali się w czoło, twierdząc, że jestem nienormalna. Wszyscy wybierali się na wydział lekarski. Uważali, że pielęgniarki to gorszy sort. Złożyłam papiery na oba kierunki - medycynę i właśnie pielęgniarstwo.
Dostałam się na pielęgniarstwo, na lekarski - nie. Uznałam, że poprawię maturę w następnym roku, i poszłam na studia. Zajęcia były codziennie od ósmej do dwudziestej, więc i tak nie miałam czasu na naukę do matury, ale już po pierwszych zajęciach z podstaw pielęgniarstwa poczułam, że to coś dla mnie. Z każdymi zajęciami byłam coraz bardziej podekscytowana. Wracałam do domu i mówiłam tylko o tym. Siedziałam w książkach z anatomii, biofizjologii, biochemii, żeby kiedyś nie odstawać wiedzą od lekarza czy farmaceuty.
Poprawa matury wypadła już po pierwszych praktykach, podczas których zakochałam się... w szpitalu. Znałam wszystkich pacjentów. Nigdy nie sprawdziłam wyników tej poprawy. I tak nie zmieniłabym kierunku.
Pielęgniarka pracująca ponad trzydzieści lat w zawodzie:
"Od zawsze wiedziałam, że chcę być instrumentariuszką. Babcia miała taki sterylizatorek ze strzykawkami i igłami. Wszystkie moje pluszaki były napompowane wodą, bo robiłam im zastrzyki, to była moja ulubiona zabawa. Zupełnie nie wiem, skąd się to wzięło. W szkole bez namysłu mówiłam nauczycielom, że pójdę do liceum medycznego. Rodzice byli przeciwko, szczególnie ojciec mówił, że na pewno boję się krwi, skoro on się boi. Rzeczywiście, mam bardzo dużo empatii i utożsamiam się z bólem, ale jakoś na sali operacyjnej i w szpitalu jestem w stanie wszystko znieść. Chociaż przyznam, że kilka lat w zespole transplantacyjnym psychicznie mnie wykończyło. Zwłaszcza te pobrania narządów po zgonach, które nikomu nie były potrzebne".
Czterdziestoletnia pielęgniarka na dwóch etatach:
"Zostałam pielęgniarką z całkowitego przypadku. Nigdy nie myślałam, że będę pielęgniarką, nigdy tego nie planowałam. Po liceum miałam półroczną przerwę i trzeba było coś ze sobą zrobić, a akurat był styczniowy nabór..."
Pielęgniarka epidemiologiczna, trzydzieści lat w zawodzie:
"Myślę, że jakoś mam to przekazane w genach. Moja mamusia zaczęła szkołę pielęgniarek, ale było nas sześcioro w domu i tej szkoły nie skończyła. Natomiast dla mnie ona była pielęgniarką. Może bez dyplomu, ale naprawdę świetnie sobie z nami radziła, opanowała naszą zgraję perfekcyjnie. Pamiętam, że jak w domu coś się komuś działo, to zawsze wszyscy do niej przychodzili. Ja też to miałam zakodowane - to zawsze ja wyciągałam jakieś drzazgi, palce zawijałam, na obozach harcerskich zajmowałam się medycznymi sprawami".
Pielęgniarka pracująca ponad dziesięć lat w zawodzie:
"Dostałam się na farmację, ale myślę sobie: stać w tej aptece, mieszać coś... Mówię: "Nie. Wybieram pielęgniarstwo, bo tam jest większy kontakt z ludźmi, a ten zawsze fajnie łapię". Bywało ciężko, ale już po pierwszych praktykach w szpitalu wiedziałam, że to jednak to, że chcę w nim zostać. Co prawda myślałam, że pójdę pracować na oddział dziecięcy, ale po pierwszym tygodniu praktyk okazało się, że nie ma takiej opcji. Nie mogłam patrzeć na cierpienie tych dzieci. To już było za dużo".
Młoda pielęgniarka wyjeżdżająca za granicę:
"Zawsze chciałam pojechać na misję do Afryki, więc myślałam o zawodzie, który pozwoli mi to zrealizować. Myślałam o pedagogice i innych zawodach nauczycielskich, wygrało jednak przekonanie, że po pielęgniarstwie na pewno będzie praca. Teraz wyjeżdżam do Irlandii, ale dalej mam z tyłu głowy, że w końcu pojadę na misję.
W trakcie studiów żałowałam kilka razy, ale teraz już nie. To było wtedy, kiedy wkurzali mnie wykładowcy, kiedy coś mi nie wychodziło, kiedy pierwszy raz zderzyłam się z pielęgniarskim życiem, czyli zmienianiem pampersów, z pracą od rana do wieczora. Pojawiało się uczucie: "Pięć lat studiów, żeby zmieniać pampersy, serio?"".
Trzydziestoletnia pielęgniarka:
"Nie zdawałam sobie dokładnie sprawy, na czym polega pielęgniarstwo, ale dużo czasu spędziłam w szpitalu z mamą, bo chorowała na raka. Gdy bardzo się załamała, jedna z pielęgniarek opowiedziała jej o swojej koleżance, która miała ten sam nowotwór, a teraz jest już w domu i tyle lat po chorobie dobrze się czuje. To tak mamę podniosło na duchu, że zaczęła pozytywnie myśleć. Nikt z nas nie umiał tak naprawdę przekonać mamy, że może być dobrze i że może wyzdrowieć. Ona potrafiła. Wtedy zdałam sobie sprawę, że można kogoś obcego w takich chwilach pocieszyć, nawet jak jest śmiertelnie chory. To mnie najbardziej zmobilizowało. Chociaż spodziewałam się czegoś innego: że pielęgniarka chodzi sobie elegancko w fartuszku i w drewniaczkach, robi zastrzyki i jest fajnie. Życie to zweryfikowało. Jak poszłam na praktyki na pierwszym roku, weszłam na oddział i poczułam te zmieszane zapachy kupy i moczu, to pomyślałam: "Co ja tutaj w ogóle robię?". Czułam, że nie dam rady. Ale potem jeden pan się wysmarował w kupie, umyłyśmy go i jakoś przeszło".
Oddziałowa na internie:
"Doskonale zdawałam sobie sprawę, jak ten zawód wygląda. Jak zaczynałam pracę, to pampersy może były, ale w Niemczech. Nie było wenflonów, były igły i podkłady gumowe na łóżkach. Na neurologii ludzie leżeli na korytarzach i mocz czułyśmy tak intensywnie jak zapach amoniaku".
Pielęgniarka onkologiczna pracująca w Irlandii:
"Zawsze chciałam być lekarzem, ale w Polsce na medycynę ciężko się dostać, więc po skończeniu liceum wybrałam coś zupełnie innego. Wtedy mama rzuciła, że skoro nie medycyna, to może studium medyczne i pielęgniarka. Zawsze mnie ciągnęło do pracy w szpitalu, ale przez sytuację życiową musiałam później zająć się czymś innym. Kiedy w końcu pojawiła się taka szansa w moim życiu, żeby odbyć praktyki i wrócić do zawodu, byłam przeszczęśliwa. Zawsze lubiłam pomagać ludziom, utrzymuję kontakt ze swoimi pacjentami. Angażowałam się na przykład w pomoc dla takiego chłopczyka z białaczką, był po przeszczepie, ale lekarze nie widzieli dla niego zbytnio szans. Ja zawsze w niego wierzyłam. Robiliśmy dla niego koncerty charytatywne, zbieraliśmy pieniądze na leczenie. Minęły już trzy lata, a on nadal żyje i ma się świetnie. To naprawdę fajne: móc pomagać ludziom, dawać im wiarę i nadzieję na to, że można wyjść nawet z największych chorób. Moim zdaniem to najfajniejszy zawód i nie wyobrażam sobie innego".
Pielęgniarka pracująca ponad dwadzieścia lat w zawodzie:
"Mam przyjaciółkę, która pracowała jako przedstawiciel medyczny, bardzo dużo zarabiała. W końcu stres ją tak zjadł, że zrezygnowała i wróciła do zawodu pielęgniarki. Zarobki spadły nagle o pięćset procent, ale i tak jest bardzo szczęśliwa. Żałuje, że nie zrobiła tego wcześniej, bo może nie ma kokosów, ale daje jej to satysfakcję".
Pielęgniarka na emeryturze:
"Zawsze chciałam być pielęgniarką, chociaż zupełnie nie wiem dlaczego, bo w mojej rodzinie nie było pielęgniarki. Mama opowiadała, że jako małe dziecko robiłam zabiegi na misiach, chciałam mieć strzykawki. Los rzucał mnie w różne miejsca. Pracowałam w lecznicy otwartej, żłobku, w punktach szczepień, ale najlepiej czuję się na oddziale. Jak to mówi mój mąż, jak pójdę do szpitala, to jestem w domu. W każdym szpitalu się odnajduję. Kiedy wróciłam do zawodu po chorobie, pracowałam jakiś czas na izbie przyjęć, więc dziewczyny uwielbiały ze mną dyżurować, bo jak podjeżdżały karetki, to pierwsza działałam.
Poszłam na emeryturę i byłam na tej emeryturze siedem dni. Uznałam, że czas podjąć jakieś wyzwanie. Przez boży przypadek trafiłam na wspaniały zespół. Przez czterdzieści lat nie miałam takiej oddziałowej, atmosfera tego oddziału mnie zafascynowała. Kiedy dobrze się pracuje w zespole i wszyscy się starają, jest czas na wszystko: obchody, zlecenia, zaopatrzenie".
Pielęgniarka pracująca w wojsku:
"Zawsze wiedziałam, że chcę robić coś medycznego, i zawsze mi się podobały mundury pielęgniarki i żołnierza. Był taki okres, że myślałam o medycynie i po liceum poszłam do pracy na oddział niemowlęcy, żeby dostać punkty do rekrutacji, bo tak było za moich czasów. To właśnie na tym oddziale stwierdziłam, że jednak nie chcę być lekarzem. Chcę być pielęgniarką".
Oddziałowy w dużym mieście:
"Gdy zdawałem maturę, był obowiązek służby wojskowej, więc żeby uniknąć wojska, wybrałem szkołę pielęgniarską. Nie było to moje marzenie, ale już na zajęciach poczułem, że się realizuję. Pewnie miałem jakieś predyspozycje, żeby ten zawód wykonywać, ale niekoniecznie ze strony opiekuńczo-pielęgnacyjnej wobec pacjenta, tylko raczej zabiegowej. Po szkole wybrałem więc anestezjologię. Akurat wszedłem w zespół, który właśnie się tworzył i połowę stanowili mężczyźni. Miałem swojego poprzednika-przewodnika i częściowo przejąłem schedę po nim. Teraz jestem oddziałowym i czuję, że się spełniam. Może to, co powiem, jest niepopularne, ale możliwości rozwoju w tej pracy są tak duże, jak wśród lekarzy, tylko czasami my sami nie umiemy tego dostrzec".
Moi dziadkowie bardzo długo nie mogli pogodzić się z tym, że będę pielęgniarką. Uważali, że powinnam była wybrać farmację albo wydział lekarski. "Pielęgniarka? Dziecko, jak ja byłem w szpitalu, to ta pielęgniarka po prostu na każde skinienie musiała przyjść. A jakie były niektóre niemiłe, jakie niekompetentne. Tylko siedzą i piją kawę" - mówił dziadek. Nie rozumiałam, jak może tak sądzić ojciec pielęgniarki. Kiedy odwiedzając dziadków, zawiozłam im moje zdjęcie w czepku razem z dyplomem, dziadziuś przytulił mnie mocno i płakał.
Wiele razy usłyszałam też od ludzi, że pielęgniarstwo jest "niedzisiejsze", bo pielęgniarka musi być dobrą osobą. Ktoś, kto ma dobre serce, nie jest dzisiejszy. Bo dzisiaj ludzie chcą zarobić, pojechać na superwczasy i rozpychać się łokciami, żeby dostać awans w korporacji. A pielęgniarstwo? Ani awansu, ani jakiejś porządnej wypłaty. Ciągle dostajesz w łeb od ludzi, chociaż dla nich tyle robisz.
Pamiętam, gdy jako nastolatka pojechałam na SOR ze złamaną nogą i przyjmowała mnie moja ciocia. Wszyscy ją znali, a jeden lekarz spytał: "Gosiu, co byś zrobiła w przypadku tego pacjenta?". Byłam pełna podziwu. Imponowało mi też to, jak pielęgniarki z mojej rodziny są ułożone, że mają mnóstwo zajęć i potrafią się z tego wszystkiego wywiązać. Zawsze im zazdrościłam tego, że gdy cokolwiek się działo w rodzinie, pierwszy telefon był do nich. Teraz sama dostaję takie telefony od przyjaciół. Społeczeństwo jest przekonane, że pielęgniarki to niewykształcone "baby", które nic nie potrafią poza parzeniem kawy, ale kiedy potrzebna jest pomoc - są zawsze na pierwszej linii frontu.
Pielęgniarz anestezjologiczny, trzydzieści lat w zawodzie:
"Nigdy nie miałem takiego poczucia, że jestem gorszy, bo wybrałem taki zawód, ale zdziwienie niektórych rzeczywiście było duże. W tym zawodzie mężczyźni stanowią jakieś sześć-siedem procent. W tej chwili chyba już się tego nie zauważa, ale na początku nawet w moim kręgu znajomych byłem ewenementem, bo to w powszechnym postrzeganiu zawód mało męski. Natomiast dla mnie nie była to nowość, bo zawsze istniały pewne specjalności pielęgniarskie, w których spotykało się mężczyzn, jak choćby psychiatria, gdzie czasem trzeba użyć siły przy agresywnych pacjentach. Z kolei na anestezjologii większość czynności to działania bardzo instrumentalne, wymagające zdolności technicznych, obsługi sprzętu, aparatury. Ponoć mamy do tego większe predyspozycje. Teraz mało kto się dziwi, bo wykonujemy tak wiele różnych zawodów bez względu na płeć. Z drugiej strony wyczytałem gdzieś opinię, że pielęgniarz na pediatrii może być postrzegany jako pedofil, bo to typowo opiekuńcza działalność..."
Pięćdziesięcioletnia pielęgniarka specjalistka:
"Nigdy nie żałowałam, że jestem pielęgniarką, natomiast jak skończyłam szkołę pielęgniarską i zaczęłam pracować, to wydawało mi się, że doczekam tych czasów, w których prestiż tego zawodu będzie wyższy, że praca pielęgniarki będzie doceniana. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że pielęgniarka będzie musiała na trzech etatach pracować. To w ogóle przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jest mi przykro właśnie dlatego, że nasz zawód jest tak marginalizowany. Zarobki nigdy nie były godziwe i adekwatne do wykonywanej pracy, ale to było chyba związane z tym, że brakowało miejsc pracy, było więcej pielęgniarek. Teraz jest jakaś dziura pokoleniowa, pielęgniarek nie ma i, obawiam się, nie będzie".
Pielęgniarka samotnie wychowująca dziecko:
"Nie żałuję. Lubię tę pracę, chociaż czasem nie mam już siły, zwłaszcza do personelu. Ale można się też rozwijać, pracować na oddziale, na jakim się tylko zamarzy, finansowo nie jest najgorzej. Jest możliwość dorobienia sobie w drugiej pracy. Chociaż sama wychowuję córkę, to miałam możliwość wzięcia kredytu i zamieszkania razem z nią.
Gdyby córka chciała iść na pielęgniarstwo, pozwoliłabym jej. Często słyszy się od pielęgniarek, że muszą to wybić dzieciom z głowy. Moim zdaniem to zaprzeczanie samej sobie".
Pielęgniarz wyjeżdżający za granicę:
"Zostałem pielęgniarzem, bo nie spełniłem marzenia o ratownictwie medycznym. Jakby mi wtedy powiedzieli, jaka to rzeczywiście jest praca to bym... to bym poszedł na ten kierunek jeszcze raz.
Nigdy nie czułem się niepotrzebny. Jak bym tym wszystkim nagle rzucił, to nie miałby się kto pacjentem zająć, chyba że koleżanka z zespołu, która wzięłaby kolejny dyżur. Wiem, że jestem tam po coś. Tylko potem kończy się to tak, że masz biegunkę, gorączkę, a chcesz iść do pracy, bo "kto przyjdzie", "co pomyślą", "nie poradzą sobie". Nie zliczę, ile razy byłem chory w pracy. Raz nawet poszedłem do doktorki, żeby mnie osłuchała i coś dała, bo już nie mogłem wytrzymać. Chętnie bym poszedł na L4, ale z drugiej strony myślę sobie, że oddziałowa musiałaby jednak znaleźć zastępstwo, kogoś ściągnąć, a ona tyle razy szła mi na rękę. Nie zrobiłbym jej tego".
Dwudziestoczteroletnia pielęgniarka:
"Pielęgniarstwo było na drugim miejscu, chciałam iść na inżynierię biomedyczną. Zabrakło mi jednego punktu. Mogłam poprawiać maturę, ale jednak szkoda mi było tego roku studiowania. Jednocześnie postanowiłam sobie, że na praktykach po pierwszym roku poczuję, czy pielęgniarstwo jest dla mnie, i zdecyduję. I spodobało mi się. Moja starsza siostra jest pielęgniarką i jak czasami mi źle, to pytam ją, dlaczego mnie nie uprzedziła, że jest tak chujowo. Mówi, że wtedy sama jeszcze nie wiedziała.
Przed złożeniem papierów jakoś nie czytałam forów internetowych na temat pielęgniarstwa. Słyszałam za to od siostry opowieści o tym, że idziesz na anatomię i możesz oglądać trupy. Poza tym wiedziałam, że to kierunek, po którym zawsze znajdziesz pracę, a nie że idziesz na inżynierię i kończysz potem w korporacji. Tylko że w takim "korpo" masz jednak szczeble kariery, a pielęgniarka robi specjalizacje, kursy, a tak naprawdę nic jej to nie daje. Dla jasności: ja tę pracę bardzo lubię, ale postawa społeczeństwa i płace są naprawdę dobijające".
Oddziałowy:
"Najtrudniejsze dla mnie jest to, że mamy ciągle mało czasu. Chroniczny brak czasu. Równie trudne jest też wypracowanie solidarności i jedności w zespole. Zazwyczaj nam się to udaje i całe szczęście, bo dobra współpraca i zgranie personelu to właściwie połowa sukcesu, by oddział prawidłowo funkcjonował. Tworzenie takich więzi i wzajemnej odpowiedzialności jest bardzo istotne, ale niełatwe w zespole, który liczy prawie sto trzydzieści osób. Uzyskanie efektów, o których mówię, zajmuje nam dużo czasu. Z czego to wynika? Może z ogólnej sytuacji - pielęgniarki są takie, jakie jest całe społeczeństwo. Polacy ciągle są przez coś podzieleni".
Instrumentariuszka:
"Po dwudziestu dwóch latach odeszłam w ogóle z bloku operacyjnego. Wypalenie zawodowe - przychodziłam do pracy i płakałam. Poszłam do prywatnego szpitala. Niestety kierowniczka przestraszyła się, że będę mądrzejsza od niej, bo zapisałam się na specjalizację. Zostałam zwolniona. W końcu trafiłam do szpitala ginekologiczno-położniczego, ale też na blok operacyjny, bo tylko to potrafię robić. Uwielbiam tam cięcia cesarskie. Jak jestem "na brudnym", to wreszcie mam kontakt z dziećmi i ich mamami. Bo są dwie instrumentariuszki na sali operacyjnej - tak zwana czysta, czyli ta, co instrumentuje, i tak zwana brudna, która pomaga. Jak jestem tą brudną, to zawsze biorę noworodka i gdy go umyją i ubiorą, pokazuję mamusi. Pojawiły się uwagi od koleżanek, że nie powinnam tego robić, ale oddziałowa mi pozwoliła. Ja jestem pielęgniarką, a położne uważają, że pielęgniarki nie powinny w ogóle pracować w szpitalu ginekologiczno-położniczym".
Ostatnio w urzędzie zapytałam pani w okienku, jaki charakter pracy mam wpisać: umysłowy czy fizyczny. Powiedziałam, że pracuję i tak, i tak, bo jestem pielęgniarką. "No to niech pani napisze "umysłowo"". Tłumaczyłam, że fizycznie też pracuję. "To niech pani wpisze "fizycznie"". Totalny rozdźwięk.
A co przede wszystkim robi pielęgniarka? Tak naprawdę jest to ogrom rzeczy, ale najważniejsze jest to, że jest z chorym i dla chorego. Cały czas.
Pielęgniarz na ostatnim roku studiów magisterskich:
"Na praktykach miałem wrażenie, że trochę gorzej być facetem, bo zawsze jak się chciałem urwać, to wiadomo było, kto wyszedł z sali. W pracy też się nasłuchałem od starszych pielęgniarek, ale jednak czuć było, że do mnie jest większy dystans, bo mogę coś powiedzieć, wyrazić swoje zdanie. Dziewczyny może więcej kryją w sobie, przeproszą, a ja w sumie rzeczywiście bym powiedział, co myślę, i miał to w dupie. Natomiast nigdy nie byłem faworyzowany. Z kolei pacjenci i tak nie wiedzą, że jestem pielęgniarzem. Dopóki się nie przedstawię, wszyscy myślą, że jestem lekarzem. Dopiero od jakiegoś roku mówię pacjentom od razu, że jestem pielęgniarzem, żeby nie myśleli, że lekarz jest przy nich całą dobę".
Trzydziestoletnia pielęgniarka:
"Myślę że to zawód bardzo niedoceniany, bo jak się czyta na różnych forach opinie zwykłych ludzi, to się okazuje, że pielęgniarka jest od mycia dupy. Nie widzą nic poza tym. Nawet wśród moich bliskich nikt sobie nie zdaje sprawy, na czym polega moja praca. I nawet kiedyś się pokłóciłam, bo ktoś mi powiedział, że on pracuje fizycznie, a ja tylko noszę leki. Wkurzyłam się, chociaż nie chciał mi zrobić przykrości. Po prostu społeczeństwo nie wie. Doceniają dopiero ludzie, którzy mieli albo chorą osobę w szpitalu, albo sami byli chorzy. I to też nie zawsze".
Pielęgniarka odznaczona prestiżowym wyróżnieniem:
"Co to znaczy być pielęgniarką? Trudne pytanie. Na pewno mieć tytuł, uprawnienia, czyli prawo wykonywania zawodu. To też na pewno osoba, która utożsamia się z tym zawodem, która wie, że jest odpowiedzialna za pacjenta, za zespół, umie pracować w zespole. To jest nie tylko pielęgnowanie pacjenta, ale odpowiada się za cały proces jego pobytu w szpitalu. To jest współdziałanie w leczeniu, ale też w diagnozowaniu".
Pielęgniarka pracująca w wojsku:
"Na pewno nie jest to zawód z kategorii atrakcyjnych. To zawód, który trzeba czuć. Myślę, że pielęgniarką nie może zostać dziewczyna, której się wydaje, że włoży czepek, fartuszek i pójdzie do szpitala. Trzeba mieć to coś. Jak żołnierz, lekarz, ksiądz czy właśnie pielęgniarka. Myślę, że można to nazwać powołaniem. Jeżeli pielęgniarka idzie do szpitala bez tego poczucia, zazwyczaj się nie sprawdza. Nie musisz tego wiedzieć od zawsze, często okazuje się w trakcie praktyk, czy sprawia ci to satysfakcję. Pamiętam, jak wracałam do domu i to czułam, myślałam o tych pacjentach, pytałam siebie, czy na pewno wszystko zrobiłam jak trzeba. Analizowałam, czy wszystko zostało podane, czy komuś przykrego coś nie powiedziałam, czy dobrze podbiłam, podpisałam... Do tej pory tak mam, ale już mniej.
W każdej mojej pracy tak było, w wojsku też. Pamiętam, jak ewakuowaliśmy pacjenta, to później cały czas jeszcze analizowałam, czy faktycznie dostał wszystko, jak powinien. I ta myśl cię cały czas prześladuje i chyba każda pielęgniarka tak ma".
Pielęgniarka pracująca od sześciu lat w zawodzie:
"Dla mnie bycie pielęgniarką to przede wszystkim praca. Powołanie to bardzo górnolotne słowo i ludzie odbierają je tak, że ty musisz coś robić, bo masz powołanie. Dla mnie powołanie polega na tym, że jesteś w stanie przełamać niektóre swoje bariery, jak kontakt z wydzielinami, wydalinami i tak dalej. Na tym, że masz empatię wobec człowieka i mimo tych trudnych rzeczy lubisz swój zawód. To jest powołanie, a nie oddawanie życia za pielęgniarstwo".
Pielęgniarka pracująca ponad czterdzieści lat w zawodzie:
"Pielęgniarka musi sobie radzić w tłumie. To jest praca z ludźmi chorymi, z bandą lekarzy, z całą chmarą różnych pacjentów i ich rodzinami. Ja nie mogłam pracować wyłącznie z jedną grupą: chorymi dziećmi. Nigdy w życiu. Szczepiłam dzieci do momentu, dopóki nie zmarło mi moje dziecko. Wtedy miałam kilkuletnią przerwę w zawodzie. Podziwiam te pielęgniarki, które pracują z dziećmi, bo to najbardziej niewinne istoty świata. Trzeba być wtedy tytanicznie odpornym na stres".
Pielęgniarka na ostatnim roku studiów magisterskich:
"Nie potrafiłabym pracować z dzieciakami. Co prawda zdarzają się oddziały, na które dzieci trafiają, wyleczą zapalenie płuc i wychodzą do domu. Ale ja zawsze mam w głowie te intensywne, te kardiologie z poważnymi wadami pacjentów, i tego psychicznie bym nie zniosła. Podobała mi się za to zawsze praca z chirurgami, ale od kiedy przeszłam na intensywną terapię, zdałam sobie sprawę, że nie wyobrażam sobie już innego oddziału, bo szczerze mówiąc, nie wiem, czy w ogóle dogadałabym się z przytomnym pacjentem".