W czasach szaleństwa Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke - Magdalena Grochowska


Reflow text when sidebars are open.
Swietłanie W.,
Rosjance w Warszawie
...pewnego razu ujrzałem przez szkło powiększające kawałek skóry mojego małego palca, która przypominała równinę pokrytą bruzdami i wgłębieniami, teraz przypatrywałem się tak ludziom i ich działaniom. Już nie potrafiłem patrzeć na nich zwykłym, powierzchownym spojrzeniem. Wszystko rozpadało mi się na części, owe części znów dzieliły się na części i nic już nie mieściło się w jakimś jednym określonym pojęciu
Hugo von Hofmannsthal, List,
przekład Paweł Hertz
Polityka jest naszym przeznaczeniem, cyklonem, w którego sercu tkwimy ciągle, choćbyśmy się chronili w łupinkach poezji
Aleksander Wat, Mój wiek
"Zeszytom Literackim" (Paryż 1982 - Warszawa 2018)
Tytuły jego książek brzmią jak równy krok wędrowca. Świat i dom, Ład i nieład, Miary i wagi... Jak rytm myśli człowieka, który ma rozeznanie, co słuszne i jak mierzyć racje.
Późny zbiór esejów i rozmów o życiu, Polsce i świecie nazwał Patrzę się inaczej. Za Wyspiańskim, który pisał w wierszu: "Mam ten dar jednak: patrzę się inaczej".
Inaczej to znaczy jak? Inaczej niż kto?
Dziennik prowadził nieregularnie, notatki dziergał luźno, więcej w nich prześwitów metafizycznych niż materii rzeczywistości. Na przykład rok 1980. Gdy historia zrywa się z łańcucha, on milknie - ostatni zapis, z czwartku 24 lipca, jest o Prouście. Trzy tygodnie wcześniej ceny mięsa poszybowały w górę i w kraju wrzało. Ale następna notatka pojawi się w zeszycie dopiero dwa lata później: "Moje dzienniki byłyby zajmujące jako obraz czasu, nie mnie, a czasu właśnie".
W worku czasu grzechocą kamyki drobnych zdarzeń. "Imieniny Władka" - jeśli śledzić dalej rok 1980 - to partner życiowy poety Władysław Prandota. "List od Henia Krzeczkowskiego" - przyjaciel był na pielgrzymce, w podzięce za udaną operację. Nieopodal domu błąka się wycieńczony pies, podobny do wilka, poeta dzwoni po pogotowie weterynaryjne. Przegląda włoskie wydanie listów Brunona Schulza. Czyta biografię Tomasza Manna... Żaden ostry dźwięk nie dobywa się z tych zapisków, jakby swe poddasze nad gwarnym salonem Warszawy - ulicą Nowy Świat - Paweł Hertz wytłumił korkiem filozofii rozsądku i strategii unikania konfrontacji ze światem.
Świat odpłaci mu podobnym désintéressement. "Po Twojej śmierci ani jednej wzmianki w polskiej telewizji, która doniosła o śmierci popularnej foki w helskim oceanarium - pisze Czesław Miłosz w maju 2001 roku. - Licznymi tomami Twoich dzieł nie zasłużyłeś nawet na tyle (...). Co prawda, to milczenie zgadzało się z Twoim powołaniem". Z dobrowolnym wyborem "miejsca na boku".
Zabiedzonego psa zabrały dziewczyny; "i lepiej - zauważył - bo w schronisku byłoby mu bardzo źle".
Od bramy idzie się na skos przez podwórko. Jest lato 2016. Trzeba zmrużyć oczy, bo białe ściany domów kłują odbitymi szpileczkami słońca. Gdy w styczniu 1957 roku Andrzej Kijowski, krytyk i przyszły pisarz, niósł tędy poecie materiały do "polskiego numeru jakiegoś pisma francuskiego", podwórko wydało mu się ciemne i obskurne. Co za kontrast między oficyną i wytworną postacią jej mieszkańca, "pięknisia i snoba", pomyślał. Hertz mieszkał tu już drugi rok i chwalił sobie to miejsce.
Na skos i w górę po wąskich schodach. Po paru latach zaczną mu ciążyć te wspinaczki. A "będzie jeszcze gorzej" - pisał do kuzyna w Paryżu, Zygmunta Hertza.
Długi korytarz, tunel z książek. Dziś te same regały dźwigają inną bibliotekę. Księgozbiór Hertza trafił po jego śmierci do Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu.
Salonik; w spadzistym suficie plaster nieba. Poeta zwierzał się Zygmuntowi Hertzowi, że najbardziej lubi siedzieć w domu i czytać "albo po prostu siedzieć w jednym z dwóch fotelów i słuchać muzyki". Te "dwa wspaniałe nabytki" - przykład mebli simmlerowskich - kupił niegdyś u stolarza, a pod koniec lat siedemdziesiątych zeszłego wieku kazał pokryć "bardzo pięknym lnianym materiałem w klasyczne kwiaty". Przyznawał, że w sprawach mieszkania zawsze bardzo się "kokosi". U rzemieślnika z pawilonów na tyłach Nowego Światu kupił "za ciężkie pieniądze" beżową lampę na biurko. Wspaniała! - cieszył się - "robiona tak jak dawne, z uszkiem, podciągana, także klasyczna", pamiętał takie z dzieciństwa. "Zawsze miałem na pięknym jesionowym stole z klapami, używanym jako biurko, coś ohydnego, jakieś lampy sprężynowe do maszyny, niewygodne i rażące w moim pokoju pracownianym, teraz jest jak być powinno - relacjonował Zygmuntowi. - Latem chcę oddać sekreterę do wielkiego remontu, jest doskonała, dworska, bardzo pakowna i prosta (...) kupiłem ją bardzo dawno, jeszcze w Łodzi...".
"Mieszkanko" jest schludne, ocenił Mieczysław Jastrun w lutym 1959 roku; "Paweł - elegancki, opanowany, dziewiętnastowieczny, taki jak w nowych wierszach i felietonach". W rozmowach z Barbarą N. Łopieńską, prowadzonych w połowie lat dziewięćdziesiątych, Hertz stwierdził: "Lubię, żeby wszystko było uładzone i ułożone, żeby nie było rozwichrzeń, wzlotów i upadków. Żeby było równo, a nie krzywo".
"Kokosił się" zwłaszcza nad trzema meblami, które łączyły go z krainą dzieciństwa. Stół na lirach, z opuszczanymi bokami, pochodził z wyprawy ślubnej jego matki, Hertz jako chłopiec bawił się pod nim. Jesionowy tapczan z jej pokoju. I komoda z domu dziadków. Ustawił na niej w sypialni zdjęcia rodziców i przyjaciół: Henryka Krzeczkowskiego i Zygmunta Mycielskiego, nazywanych przezeń dobroczyńcami. To znaczy ludźmi, tłumaczył Łopieńskiej, którzy uczynili mu dobro swym umysłem i sercem. Ludźmi - pisał w eseju - którzy podawali mu "jasną pochodnię życia". Lub jeszcze inaczej: ludźmi, którzy w "ekonomii miłości, wiary i nadziei" ofiarowali mu po trochu tych cnót i nakazywali, by czynił to samo. Zaliczał do tego grona Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów, Stefana Kisielewskiego, Juliusza Żuławskiego, Erwina Axera, Stefana Napierskiego.
Sekretera i fotel dla gościa stoją dziś na warszawskim Grochowie, w mieszkaniu Marka Zagańczyka, pisarza. Oprowadzając gościa w letni dzień po poddaszu Hertza, mówi: - Był dla mnie wzorem, na pewno ukształtował mój sposób myślenia.
Na fotografiach, które zrobił tuż po śmierci poety w jego nietkniętym jeszcze królestwie, przedmioty czekają na powrót gospodarza. Osierocona niebieska filiżanka. Flakonik wody kolońskiej. Ręcznik kąpielowy écru. Pismo Święte na niskim stoliku w sypialni. Budzik u wezgłowia wskazujący 17.20. I wierna, czuwająca przy tapczanie czarna skórzana walizka.
- Przyniosłem ją ze szpitala - mówi Zagańczyk - po jego śmierci.
Z kamienną twarzą rzucał w towarzystwie: - Tyle jest we mnie chrześcijańskiej krwi, ile zjadłem w macy.
Albo: wszyscy Niemcy to mordercy; w Polsce jest źle przez Żydów; Piłsudski bankrut, tylko Dmowski miał rację.
- To kawiarniany wariant światopoglądu Hertza - zauważa Adam Michnik, od lat sześćdziesiątych olśniony umysłowością poety.
A w wierszu: "Dzień mój, rok mój, wiek mój minie./ W całun czarny czas owinie./ Wiąż się moja pieśni!".
Mówił, że ożeni się z właścicielką sklepu z nabiałem, bo lubił camembert. Że do kina nie chodzi, bo obejrzał niegdyś w Paryżu wszystkie dobre filmy. Że rozum to zguba.
A w pieśni: "Niewiele po mnie tu zostanie/ I nawet krótki szloch kobiecy/ Nie zerwie ciszy. Cień na ścianie/ Zniknie, gdy zgaśnie płomień świecy".
Sam siebie rzeźbił i dotąd dłubał dłutem - opowiadał reżyser Erwin Axer - aż wzniósł posąg idealnie klasyczny.
Kto go znał, nie dał się zwieść autokreacjom.
Stefan Kisielewski zdzierał zeń "płaszcz z póz i fasonów" - z pomocą wódki. Bez powodzenia. Zygmunt Mycielski przyznał, że uwag Hertza nie traktuje poważnie, bo gdzie indziej jest jego "prawdziwy spód".
Powściągliwy, choć raz rzucił w rozmówcę popielniczką. Lekko znudzony i wyniosły. Pewnego razu pomylił daty wizyty u prezydenta RP na uchodźstwie Edwarda Raczyńskiego, usłyszał wyrzut: - Takich rzeczy się panu prezydentowi nie robi.
- A mnie się takich rzeczy nie mówi.
Usposobienie burżujskie i mieszczańskie - tak określił siebie pod koniec życia. Znów prowokacja? Zdaniem Zygmunta Hertza: godny i wygrymaszający, "egoistyczny do obrzydliwości", demonstracyjnie skąpy, z wyjątkiem wydatków na "ciałko". Popadł w samoubóstwienie.
- Mnie nie lubią, więc muszę sam siebie lubić... - odpowiadał rozbrajająco.
Jego strategię życiową - unikać zderzenia z historią - Kisiel nazwał "pawełkizmem". Jego "specjalną sytuację" przedstawił w dzienniku dosadnym skrótem: Żyd, pedał, literat, wojnę przeżył w Rosji.
Miłosz zwracał uwagę na kolejność wcieleń. Intelektualista zadomowiony w przedwojennym Paryżu. Drwal na Uralu. Konserwatywny Polak. Wreszcie "strażnik patriotycznych pamiątek, niemal ojciec narodu". Tę kreację Zygmunt Hertz uzupełniał uszczypliwie: szlachetczyzna i chałat.
Końcową stację jego drogi intelektualnej Adam Michnik lokuje w Okopach Świętej Trójcy: stanowisku aprobaty dla "polskości przaśnej" i "afirmacji katolicyzmu w nader dewocyjnym wariancie". A pod warstwą konserwatyzmu i lojalizmu kryją się powikłania tożsamości polsko-żydowskiej.
Jego przemiany można streścić również tak: od dandysa do moralisty. Od liberalnych "Wiadomości Literackich" - poprzez marksistowską "Kuźnicę" - do wywiadów dla maryjnego miesięcznika "Królowa Apostołów". Od ateizmu do wiary. Od przodków żydów do chrztu.
Od poezji chłodnej jak marmur, zakochanej w zgasłych oczach antyku - do czułości dla człowieka, jakby wiersz Hertza odzyskał źrenicę.
- Nade wszystko chciałem być sobą, a to - jak sądzę - mi się powiodło - podsumował życie.
Mapę jego biografii wyznaczają punkty, w których życie gęstniało w rozkosz i ból.
Warszawa, dom na Hipotecznej. W oknie zarys pałacu Radziwiłłów z białymi rzeźbami. Pierwsze zdanie Oziminy Wacława Berenta, z biblioteki rodziców - "Lodowy połysk czarnej tafli fortepianu..." - przeszywa wyobraźnię chłopca. Ułożył pierwsze własne strofy. Debiutuje, szesnastoletni, wierszem Popiół.
"I lękam się we mgle zmieniony,/ wieczoru smętny senny widz,/ że żarem ognia wreszcie spłonę/ i nie zostanie ze mnie nic".
Jest rok 1934. Przeżywa miłość i bunt: - Z opinią się nie liczę!
Pierwszy "dorosły" pobyt za granicą, sam oko w oko ze światem, Wiedeń 1936. Odprawia młodzieńcze rekolekcje przed płótnami Breughla, który będzie go zawsze przyzywał, ilekroć Hertz znajdzie się w tym mieście. "Zatrzymanemu przed Breughla obrazem/ cóż jeszcze powiedzieć mam?/ Świat doskonały widzieliśmy razem/ wśród czterech ram". Zyskuje poczucie, że malarstwo łączy się ściśle z literaturą, z muzyką... Że kultura jest jednością.
Włochy, jesienią 1937 i znów następnej wiosny. Gdy przekracza pasmo gór między Północą i Południem, uderza go inne światło i inne powietrze. Zanurza się w krajobrazy i barwy, architekturę i kulturę, jak w sam środek świata. Niespieszny przechodzień, od miasta do miasta, kropla po kropli wchłania esencję cywilizacji europejskiej. Trzydzieści pięć lat później wyda Obrazy Włoch rosyjskiego historyka sztuki Pawła Muratowa we własnym przekładzie. Taka podróż - napisze w posłowiu - należała do kanonu wykształcenia młodzieńca z wyższych warstw.
Jeszcze niezepsuty światem - odczuwa radość z oglądania świata. Jest "podróżnikiem ruin", który czyta "nieład kamieni jak znajome listy". Jak znaki cywilizacji, do której przynależy i wie, że ma prawo czerpać z dorobku pokoleń. Na fotografii z Taorminy siedzi na tarasie w lśniącej koronie włosów, zastygły w sytości. Garnitur nienaganny. W smukłych palcach papieros. Wzrok opuszczony, jakby widz był mu obojętny. Autorem zdjęcia jest Jarosław Iwaszkiewicz.
Paryż - "w blasku nadciągających, straszliwych dni". Przedsmak katastrofy Hertz łagodzi lekturą Baudelaire'a, Verlaine'a, Rimbauda, Apollinaire'a. Luwrem - w dawkach trzy przedpołudnia tygodniowo. I "grecką harmonią" wieczorami, "pod niebem słodkim jak cukier", aż do upojenia.
"Chciałbym wiedzieć, znużony, czy podasz mi jeszcze/ Twoje spokojne ciało, ostygłe z wieczora".
Teraz jego linia życia gwałtownie odbija na Wschód. Sowiecka bezpieka zabiera go z lwowskiej restauracji, znad sznycla, 12 stycznia 1940 roku. Luksusowy wagon pulmanowski przeistoczy się w bydlęcy.
Rok później, dłonią nawykłą do pióra i pieszczoty, rąbie las w obozie w Iwdielu, okręg swierdłowski na Syberii. Powie w starości, że doświadczenie dna przetrwało w nim i wzmacniało jego oddzielność, "ochotę do patrzenia inaczej".
U progu Polski Ludowej trop prowadzi zygzakiem na lewo. A jeszcze parę lat wcześniej Hertz potępiał "wschodnich kulturträgerów" za szerzenie barbarzyństwa!
Po 1945 roku szuka sposobu, jak zachować się "w warunkach przypominających upadek starożytnego Rzymu" - napisze Miłosz.
Znamienny jest tytuł autobiograficznych opowiadań, które wydał w 1948 roku: Sedan. Słowo - znak klęski. Miejsce kapitulacji Napoleona III Bonaparte przed feldmarszałkiem Helmuthem von Moltke. Stąd wojska niemieckie ruszyły na Paryż.
- To symbol końca Europy francuskiej - mówi Michnik. - Przychodzi Bismarck i nastają nowe czasy.
Tomasz Wołek, publicysta: - Francja straciła na pięćdziesiąt lat Alzację i Lotaryngię, mocarstwo upadło. Dla Hertza, wychowanego w kręgu kultury francuskiej, Sedan był synonimem najstraszliwszej klęski. Symbolika Sedanu doskonale oddawała dramat Hertza: przedwojennego Polaka z żydowskiej burżuazyjnej rodziny, który pławił się w zbytkach, zadebiutował... po czym jego świat zawalił się z hukiem. To niedoceniana i zapomniana książka, świetna literatura.
Bohater Hertza wędruje pośród klęsk starego świata, ku przemianie.
Znamienne jest też pierwsze zdanie: "Byłem wytrwałym turystą". Motyw podróżnego, który przypatruje się beznamiętnie, jak ginie epoka i "pęka płótno malowideł", pojawi się też w wierszach. "I tak niewiele pozostało:/ Uliczka, okno, twarz pobladła/ I pochylony u zwierciadła/ Turysta świata". Wędrowiec uznał u progu wojny, że tyle ocali, ile zdoła zamknąć pod powieką. Krążył między Rzymem, Taorminą i Paryżem, lecz z każdej podróży przywoził serce coraz bardziej oschłe. W powojennym Lamencie podróżnego wyzna, że pragnął nie podróży, lecz ucieczki "tam, gdzie czas nie zamienia się w szkło".
Zygmunt Kubiak: "Młody Hertz pisał piękne, klarowne wiersze klasyczne, którymi jak płaszczem okrywał narastającą w owym czasie trwogę".
Sedan to symbol stulecia "bez rąk, jak Venus z Milo", w którym przyszło mu żyć. Symbol upadku jego formacji. I kondycji człowieka, któremu życie pękło na dwoje. Niesie w neseserze "młodość z żałobą" i "smutek rozbitego szkła", i wciąż natyka się na sobowtóra, chłopca sprzed wojny "ufryzowanego jak posąg obcego bóstwa".
W klęsce kryje się jednak zapowiedź przeistoczenia i ocalenia.
W topografii życia człowieka po Sedanie - i po krótkotrwałym romansie z marksizmem - milczenie ścieli się jak bezbrzeżna dolina. Gdy inni przemawiają pod dyktando stalinizmu, Hertz kładzie palec na ustach. Będzie mówił inaczej: ukryty w poezji polskiej XIX wieku, którą zbierze w monumentalne siedem tomów; zza parawanu studiów nad Słowackim i Krasińskim; z głębi gęstych przypisów - jak książka w książce; jako łowca cytatów z literatury polskiej od XIV wieku; jako tłumacz de Custine'a i Bubera; jako wydawca, historyk literatury i komentator świata; interpretator związków kultury, historii i polityki. Głuchy na mody, wierny własnemu smakowi i określonej strategii, której celem jest przywracanie dziedzictwa kulturowego. Ocalanie polskiej przeszłości - wedle konserwatywnego klucza.
A jego wiersz zacichnie.
"Ten śpiewak bez głosu/ Biegle czyta nuty,/ Do ziemi i losu/ Wspólnego przykuty./ Próbuje zanucić,/ lecz nuta się rwie./ On umie się smucić./ Więc milczy. I wie".
Jego pejzaż, wypełniony niegdyś zgiełkiem zdarzeń i ludźmi jak przelotnym ptactwem, oczyści się i uspokoi. Przyjaciół Hertz dobierze sobie wąsko.
Zygmuntowi Mycielskiemu dedykuje Pieśni jesienne i zimowe, pisane w połowie lat pięćdziesiątych inną ręką. Są jak dziecięca piosenka.
"Im prościej, tym piękniej./ O słodka prostoto!/ O szczęście bogacza,/ co rzucił swe złoto!/ (...) A jest w tej prostocie/ Ukryta zawiłość./ Lecz miłość mi będzie/ Zwrócona za miłość".
Mycielski, kompozytor źle widziany przez władzę, jest bywalcem koncertów aranżowanych z bogatej płytoteki Hertza, na jego poddaszu. Łączy ich podobny stosunek do sztuki i opór wobec sowietyzacji kultury. I kwestia Boga. Hertz zwierzy się Mycielskiemu przed Wielkanocą 1982 roku, że zamierza przyjąć chrzest. Otrzyma od przyjaciela jego własny Mszał rzymski - egzemplarz, który matka wysłała synowi do stalagu na Boże Narodzenie 1940 roku.
Obaj przez lata spotykają się w Kameralnej ze Stefanem Kisielewskim. Publicysta ma Hertza za dziwaka, ale odpowiada mu jego pogląd na sytuację Polski, formułowany od lat sześćdziesiątych mniej więcej tak: do Wilna i Lwowa nie wrócimy; ziemie zachodnie gwarantuje nam Rosja; Zachód nigdy nic nam nie dał i nie da; istniejemy dzięki koncepcji Stalina i każda jej zmiana może być tylko zmianą na gorsze.
Przy ich stoliku neopozytywistów zasiada także Henryk Krzeczkowski, salonowiec intelektualista, jak go nazywa Kisiel. Po lekturze Sedanu napisał do autora list, dając do zrozumienia, że doświadczenie Hertza jest mu bliskie. Ich rozmowa potoczy się przez prawie czterdzieści lat, sycona słowem "naród" i palącą niechęcią do formacji lewicowo-liberalnej.
Hertz: "W tym domu może dwóch nas było,/ A może więcej. Ja nie powiem,/ Ilu nas śniło i marzyło,/ A świat dotykał naszych powiek./ W tym domu może dwóch nas było".
Duch krakowskich stańczyków unosił się nad tym domem. I duch narodowo-religijny, jak z kazań prymasa Wyszyńskiego. I demon Rosji, co do jej istoty rozumieli się doskonale. I demony tożsamości żydowsko-polskiej, i wgryzania się w polskość, i "nawrócenia" na polskość.
Miłosz o Hertzu: "Polska stanowiła dla niego pewien zespół wartości podtrzymywany przez kraj nieszczęśliwy, uciskany, ale żywy duchowo, i tym wartościom postanowił służyć. Konserwatysta z temperamentu, teraz wyznaczył sobie zadanie konserwatora i zanurzył się w polską przeszłość, tak zachowując się, jakby dalej trwała sytuacja XIX wieku...".
W latach siedemdziesiątych Hertz i Krzeczkowski będą patronować młodym konserwatystom z drugoobiegowej "Res Publiki" Marcina Króla. Krzeczkowski pomoże im - jak to ujął Król - "odsłonić prawą półkulę mózgu". U progu lat osiemdziesiątych stanie się mistrzem młodej prawicy - Ruchu Młodej Polski Aleksandra Halla i Tomasza Wołka, Hertz zaś - pośrednio - ich ojcem duchowym.
Specjalną linię żłobi w życiu poety więź z Iwaszkiewiczem. Ta przyjaźń, jak kapryśna rzeka, łączy późne wcielenie Hertza - obrońcę tradycji i ładu moralnego - ze światem sprzed Sedanu. Z bezwstydnym chłopcem "ufryzowanym jak posąg".
Być razem! Spędzić we dwóch lato w Zakopanem, choćby kłuło to w oczy mieszczucha!
"Jesteś pierwszym człowiekiem, którego naprawdę bardzo kocham - pisze chłopiec do poety w 1934 roku - i tu już nie myślę o sprawach erotycznych, ale o tym, że mam w Twojej osobie rozumiejącego i czującego moją samotność człowieka".
Hertz ma szesnaście lat. Iwaszkiewicz skończył czterdzieści. Ale to uczeń zdaje się być śmielszy od mistrza. Chce u niego terminować jako początkujący poeta. Chce mu pomagać w korektach. Chce formy "ty" w listach. Chce mieć jego fotografię. Chce spotkania. A po spotkaniu w hotelu Bristol chce, by Iwaszkiewicz nie miał wyrzutów sumienia. Od stosunku "oko w oko z posągiem" błyskawicznie przechodzi do "kochany mój Jarku".
Jest w swej fascynacji Iwaszkiewiczem nienasycony, silniejszy odeń młodością i egzotyczną urodą. Tamtego lata wybrał się do Kopenhagi, gdzie pisarz pełni funkcję sekretarza poselstwa.
"W obcej, chłodnej Danii/ Próżno nocy wołam./ Czuwam, zasłuchany,/ Gwiazdę mam u czoła".
Od mistrza przyjął trzy krawaty.
Potem napisze: "Czy pamiętasz tę bardzo dziwną i piękną noc w zaroślach, w samym środku Kopenhagi?".
Ten smarkacz - jak nazwie go Iwaszkiewicz w listach do żony - to "antypatyczne stworzenie" z repetą w szóstej klasie, na przyjęciu wydyma usta z pogardą. Nuda! Takiego życia - powiada obcesowo - nie zniósłby ani chwili.
Niedawno Hertz zachwycił się tomem mistrza Lato 1932. "Ja tylko tak udaję,/ Że się nocy nie boję,/ Kiedy w moim pokoju/ Przed ciemnym oknem stoję", pisał Iwaszkiewicz. Jak można łączyć metafizykę tej poezji z błyskotkami konwersacji przy obiedzie w kopenhaskim salonie? - zdumiewa się młodzieniec.
Iwaszkiewicz odpowie wierszem. "Powiedziałeś mi, Pawle, że takiego życia/ Nie zniósłbyś ani chwili. Ale ja mam inne...". Skryte, jak ciężka rzeka. "Z dna wstaje chłód najgłębszy i pełny znaczenia/ I pełznąc mi pod serce, serce mi kołysze".
Do żony, Anny Iwaszkiewicz, grudzień 1934: "Dlaczego Ty nie chcesz, abym z nim pojechał na dwa tygodnie do Zakopanego latem?".
Po sześćdziesięciu trzech latach od ich pierwszego spotkania w hotelu Bristol - w tym samym miejscu w marcu 1997 - Hertz, autor tomu poetyckiego Dwie podróże, udzieli wywiadu O podróży i wędrówce. Stary człowiek powie Katarzynie Janowskiej i Piotrowi Mucharskiemu, co jest w życiu ważne.
Wędrówka to droga od poczęcia do śmierci, mówi, od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. Busolą są w niej serce i umysł. Najważniejszą dla wędrowca sprawą jest to, z czym dojdzie do stacji końcowej. "Czy będziemy mieli ręce puste, czy coś przyniesiemy".
Nim wojna wyzuje młodzieńca ze wszystkiego, jest żydowskim książątkiem - powie Iwaszkiewicz - w welonach fochów. Zamożność wydaje mu się należna jak powietrze, tryska z naturalnych źródeł łódzkich fabryk rodziny i nie zaprząta uwagi dziedzica. W Sedanie Hertz włoży w usta stryja ironiczną uwagę: "Ktoś przecież musi na was pracować, żebyście mogli udawać, że brzydzicie się pieniędzmi i że zajmują was tylko książki i obrazy".
Dziadkowie mają dziesięciopokojowy apartament w Warszawie, rodzice - nieco skromniejszy. Jest w nim wielojęzyczna biblioteka. Na wieczór zaprasza się kwartet smyczkowy.
Ojciec, Michał, studiował chemię w Niemczech i Paryżu, reprezentuje niemiecki przemysł chemiczny. Matka, Paulina z domu Turower, po medycynie, prowadzi interesy z Anglikami. Szufladę w jej szafie wypełniają widokówki ze świata. Karmiły wyobraźnię chłopca.
"Jest to typ Wunderkind, który ma o sobie bardzo wysokie zdanie" - pisze Paulina do Iwaszkiewicza latem 1934 roku, w tajemnicy przed synem.
On napisze w Sedanie o swym alter ego Adamie Lambercie, że był smutnym dzieckiem swojego czasu, pełnym pogardy dla rodziców i rówieśników, którzy łatwowiernie przyjmowali obraz świata, nie widząc, że skrywa ruinę.
Paulina o synu: rozhukany, niechętny sprawom życiowym i obowiązkom społecznym. Wprawdzie dumna jest z tego, że potrafił wyjść poza przeciętność, ale teraz się zapędził: postanowił zerwać ze szkołą! Zmartwiona prosi Iwaszkiewicza o dyskretną interwencję.
Również wuj chłopca, Adam Galis, niepokoi się jego "prowadzeniem". Przychodzi do pisarza z polecenia matki. "Co miałem powiedzieć? Powiedziałem: dobra jest!" - wspomni Iwaszkiewicz po wojnie rozmowę z Galisem. Hertz - zdaniem nauczyciela najinteligentniejszy z uczniów - nie zda matury.
Swą sytuację rodzinną przedstawia mistrzowi ze zwięzłą brutalnością: w domu panuje mieszczański zaduch, od którego pragnie uciec choćby w "najdziksze pustkowie". Jego środowisko go tłamsi. Z rodzicami nie ma nic wspólnego. Matki nie kocha.
Wyprowadzi się. Zamieszka "bardzo demokratycznie": pośród paru sprzętów, wielu książek i bez porcelany. Na koszt, rzecz jasna, rodziców.
"Oprócz znużenia, oprócz pustych źrenic,/ serca, które nie kocha, co dałaś mu, matko?/ Rentier, posiadacz dwóch smutnych kamienic,/ żyje z cudzej miłości, a sam kocha rzadko" - to Portret z roku 1938. Surowy. Na innym portrecie - zdjęciu z 1923 roku - Paulina ogarnia kilkuletniego chłopca ramionami, twarz przy twarzy, w oczach obojga miłość.
Chciał się uwolnić od rodziców. Wkrótce niemiecki przemysł wojenny uwolni go od nich ostatecznie.
Żyje rytuałem kawiarnianym: Ziemiańska, Instytut Propagandy Sztuki, bar Hotelu Europejskiego... I restauracyjnym: Simon i Stecki, Wróbel... W niedzielę jada u rodziców, na Prusa. "Jakże ta Warszawa usypia" - sarka w liście do Iwaszkiewicza. A innego dnia stwierdza, że chłonie życie, dopóki trwa młodość, bo gdy minie, "nie odczuwa się już chyba nic". Wysoki; granatowe włosy; oczy gazeli. Gdy malarz Józef Czapski spotyka poetę na koncercie, czuje się "oślepiony jego pięknością". Jest połowa lat trzydziestych.
W dalekim Stanisławowie młodszy od Hertza o niespełna trzy lata Herman Gerner, rudowłosy uczeń gimnazjum żydowskiego, zwany Szilo, dobywa z paczki od księgarza nowość Iwaszkiewicza: Młyn nad Utratą. Opowiadanie go urzeka. W przyszłości Szilo, znany w Warszawie jako Henryk Krzeczkowski, chwyci za pióro. Będzie świetnym tłumaczem literatury angielskiej i niemieckiej, także włoskiej. I eseistą. "W opowiadaniu Iwaszkiewicza (...) rozpościerało się blue blue heaven - napisze w 1975 roku - ale wisiał też dark, dark shadow. Tak jak u nas".
Na południowo-wschodnich Kresach, pod niebem zaciągniętym cieniem niepokoju, Szilo chłonie Dąbrowską, gardzi Nałkowską i odkrywa eseistykę Bolesława Micińskiego.
Hertz, przyjmując zaproszenia na five'y, ubolewa, że trzeba się "ubierać, pindrzyć" i rozmawiać o literaturze, co go nudzi. Ubiera się staroświecko: marynarka rozcięta z tyłu, szarość lub granat bez deseni, koszula biała albo kremowa. Kupuje czarny wiązany krawat, bo takie nosi się na popołudnia "w tym strasznym mieście". Już wówczas miasto wydawało mu się "wzniesione na fundamentach klęski", napisze w Sedanie.
Gdy Hertz przebiera w rozrywkach stolicy jak w krawatach, Szilo po drodze z Gdyni zwiedza Warszawę. Odsłania mu się "brzydka i beztroska". Na rozrywki go nie stać. Jego ojciec - przedstawiciel Browarów Kałuskich - zarabia skromnie.
Tamtego lata 1936 roku żaden z młodzieńców nie wie o istnieniu drugiego. Dopiero po wojnie, stalinowską nocą, spotkają się przypadkowo w barze Paradis przy Nowym Świecie. Krzeczkowski będzie w mundurze majora.
Warszawa artystyczna lat trzydziestych wsysa Hertza. Bywa z wierszami u Stefana Napierskiego (Marka Eigera) z kręgu "Wiadomości Literackich", chwilowo - swego mentora. Gości w podwarszawskim Stawisku u Iwaszkiewiczów. W Zakopanem towarzyszy Karolowi Szymanowskiemu w codziennych przejażdżkach fiakrem do parku. W swym szykownym kapeluszu krąży po różnych orbitach, lecz nigdzie nie przynależy.
Szilo identyfikuje się ze światem starszej siostry, Klary. Komunistki.
Hertz wykpiwa lewicowych "domorosłych humanitarystów".
Wciąż jest "małym Hertzem", jak nazywa go Anna Iwaszkiewicz, ale już swobodnie porusza się w literaturze i ma skrystalizowane poglądy na sztukę. Wielbi Gide'a, Prousta, Suar?sa, Alaina. Tłumaczy poetów niemieckiego romantyzmu. Znajomość łaciny i greki daje mu obraz świata zróżnicowanego, zarazem pokrewnego. Kultura jawi mu się jako całość, Europa - jako kulturowa jedność. Iwaszkiewicz powie po latach, że rozmawiało się z nim jak z człowiekiem dojrzałym. Pod koniec lat trzydziestych "mały Hertz" będzie bez kompleksów recenzował tomy mistrza.
W jego debiucie na łamach "Wiadomości Literackich" w 1934 roku i w pierwszym tomiku Nocna muzyka, wydanym rok później, krytycy doceniają talent i klasycystyczny smak, ale widzą w autorze epigona Skamandra i Iwaszkiewicza. Kąśliwą recenzję w "Prosto z Mostu" Bolesław Miciński puentuje drwiną: Hertz posługuje się chłodną formą Iwaszkiewicza jak trzecioklasista, który goli się "pedantycznie ojcowską brzytwą dla dodania sobie powagi". Anna napisze po latach, że jako pisarz Hertz "wyhodował się na łonie" jej męża.
Miłosz: "Mówiono nawet, że to mój uczeń, a przynajmniej uczeń mojego katastrofizmu. (...) Widziałem w nim zbyt dużą łatwość pisania, jakąś wtórność". Dopiero dojrzały - zdaniem noblisty - zyskuje suwerenność.
Kazimierz Czachowski w książce krytycznoliterackiej wydanej tuż przed wojną tak charakteryzuje jego lirykę: filozoficzna, egotyczna, wroga pospolitości; jej chłodny arystokratyzm skrywa wewnętrzną walkę; to poezja dla "nielicznych czcicieli bezinteresownego piękna".
Po wojnie krytyk i historyk literatury Ryszard Matuszewski określi wczesną twórczość Hertza jako "dekoracyjnie upozowaną w zwierciadle modnego w tym czasie "katastrofizmu"".
Paweł i Szilo. Pierwszy - oderwany od ziemi kolekcjoner piękna; drugi - kolekcjoner książek o Rosji sowieckiej, z uchem przy ziemi. Sowieccy ludzie "zdawali się wiedzieć dokładnie, po co żyją i po co się męczą, a przy tym wszyscy byli piekielnie wyczuleni na krzywdę ludzką" - tak w 1956 roku Krzeczkowski zrekonstruuje w dzienniku swe wrażenia z ówczesnych lektur politycznych. Młody Hertz dystansuje się od pojęcia "lud" dopiskiem "tak zwany". Realizm proletariacki czasopisma "Lewar" kwituje pogardliwie: - Nieznośni marksiści...
Wczesne wcielenia obydwu są jak woda i ogień. O Gernerze mówi się w Stanisławowie, że na głowie jest czerwony - i w środku czerwony. Hertz uosabia wyrafinowanie prawicowo-estetyzujące.
W 1937 roku publikuje w "Polityce" Jerzego Giedroycia tekst Liryka proletariacka. Omawia ów gatunek z obrzydzeniem: twórczość dla półinteligenta; schematyzm i "zsymplifikowana opisowość"; wrzaskliwość i demagogia; apele "do brzucha"; szkodliwość społeczna. Nade wszystko razi go unieważnienie zasad sztuki prawdziwej - umiaru i dyskrecji, aluzyjności i bezinteresowności.
Popiera represje władz wobec niewinnych z pozoru tomików. Najwyższy czas - stwierdza - by agitację "osadzić na miejscu właściwym". Kwestia postawy tych, którzy pod pozorem obrony wolności kultury bronią owej tandety, dojrzewa "do ostatecznej rozprawy i rozwiązania".
Za te słowa trzy lata później zostanie skazany na osiem lat łagru.
Tymczasem siostra Szila odsiaduje wyrok za komunizm. Brat jest z niej dumny. Po jej powrocie do Stanisławowa powita ją jak bohaterkę.
Rosja przemieni obydwu i pchnie ich ku sobie.
Wspólne im będzie doświadczenie Zagłady przeżyte po powrocie do Polski jako zasysająca próżnia, skondensowana nieobecność, ucięcie linii losu. Każdy z nich zbuduje siebie od nowa.
Krzeczkowski w dzienniku, 1960: "Od zaprzyjaźnienia się z Pawłem matowa szyba oddzielająca mnie od rzeczywistości zaczęła się rozjaśniać".
Hertz w liście, 1983, dwa lata przed śmiercią Krzeczkowskiego: "Mnóstwo Ci zawdzięczam i nie wiem, jak to odpłacić".
Po jego śmierci: "Wielką poniosłem tu stratę".
Na zdjęciu z 1974 roku uchwyceni w warszawskim PEN Clubie: w półobrocie, we wzajemnym przyciąganiu, w pochyleniu głów jedna ku drugiej, w porozumieniu bez słów. Profil Hertza osadzony na pięknym krawacie. Profil Krzeczkowskiego śnieżnym rąbkiem koszuli odcięty od czarnych pleców marynarki. Diaboliczny.
Z Iwaszkiewiczem łączą młodego Hertza niechęć do awangardy i upodobania estetyczne. Mistrzowi zawdzięcza orientację w muzyce i malarstwie. Wyczuwa w nim europeizm inny niż lansowany w "Wiadomościach Literackich": poza modą, poczęty z widoków Ukrainy, z mitu Sycylii, z przepracowanej wewnętrznie syntezy Wschodu i Zachodu. Zazdrości mu "słowiańskiego sentymentalizmu", do jakiego - jak twierdzi - sam nie jest zdolny jako trzeźwy syn Europy.
Łączy ich też świadomość skrytego, "innego życia" w sobie. Przed poczuciem daremności obaj uciekają w sztukę.
"Ach, te nasze listy! Jeden drugiemu pisze o tym, że jest mu źle i samotnie". Hertz wyznaje, że kłamie, układając "spokojne, wymuskane wiersze". Pod spodem tkwi smutek. Skąd smutek?
W jego powojennych Notatkach z obu brzegów Wisły jest opis chwili, w której otworzył się przed nim - chłopcem - wielki świat poezji. "Jak gdyby cudzy człowiek przechodząc westchnął, jak gdyby zapadło w serce gorzkie ziarno wiedzy złego i dobrego. I tak już zostało we mnie, i trwa, i nie pozwala zapomnieć".
Nocami słyszy "wiatr wieczności" i szelest czasu, ciągłej przemiany ludzi i rzeczy, i przemijania. Czuje się opuszczony - zwierza się mistrzowi - a zarazem obojętnieje na wszystko prócz siebie. W obojętności chce odnaleźć spokój. To znów pragnie "dzikości, prymitywizmu i brutalności".
"Świadomość powolnego staczania się jest okropna, ale duchowy pejzaż człowieka jest wtedy o wiele ciekawszy" - przewrotnie pociesza Jarosława w jego smutku. Świat jest straszny; "tak samo nas nie rozumie - pisze - jak my jego".
Ich dialog to romans. "Nasza miłość" - pisze Hertz. "Myślę tylko o Tobie i o mnie". Nie liczy się z plotkami, nie żąda wyłączności. "Idzie tylko o to, czy jestem Ci potrzebny nie tylko w tym stopniu, w jakim Ci są potrzebni Twoi, jak ich sam nazywasz, przyjaciele od "czego innego"". Chce zajmować, obok żony Iwaszkiewicza, istotne miejsce w jego życiu.
Listy młodzieńca z późnej jesieni 1934 roku pisane są namiętnością - i rozgoryczeniem, gdy adresat zdaje się zachowywać dystans. W tym czasie Iwaszkiewicz opowiada Annie, że dostał "dość głupawy list od Pawełka", a inny "bardzo nastrojowy". Przekonuje żonę, że jej miłość do niego jest jedyną w jego życiu. "Bo przypuszczam, że nie myślisz, że uważam za miłość uczucie Pawła H.? Dziecinne i nieuświadomione, i w dodatku na próżności oparte".
Zraniony Hertz: "Wobec tego i ja rezygnuję z miłości...". Ale nie wyrzeka się spotkań, pragnie ich, "i to w dodatku na Kredytowej!", podkreśla, Iwaszkiewicz ma tam garsonierę. Przybiera jednak ton chłodnego intelektualisty.
Czyta właśnie Corydona, rzecz o związku starszego mężczyzny z młodszym. Ten uznany niegdyś za skandaliczny wywód André Gide'a o naturalnym charakterze homoseksualizmu powinno się przełożyć na polski, uważa Hertz - "nigdy bym nie wyrzekł się tzw. zboczenia. Pomyśl, ile to daje szlachetnych wrażeń, często głębokich bardzo wzruszeń i przeżyć. Zauważ, że ludzie pobłogosławieni przez naturę owym "przewrotnym pociągiem erotycznym" (...) są inni, bardziej subtelni i szlachetni (...), ciekawsi od zwykłych ludzi". Hertza bawi, że swą apologię homoseksualizmu kieruje do człowieka, który uchodzi za polskiego Wilde'a.
Iwaszkiewicz znajduje podobną głębię w miłości homoseksualnej - "kocha się (...) jakąś ludzką jednością, wspólnotą cierpienia i śmierci - napisze w dzienniku dwadzieścia lat później. - Myślę, że tak może kochać tylko mężczyzna mężczyznę i że w tym tai się nagroda dla nas - okaleczonych - za wszelkie rozpacze miłości jednopłciowej".
Rozmawiał zapewne z młodziutkim Hertzem o powieści Karola Szymanowskiego Efebos - znanej jego kręgowi z rękopisu - w której kompozytor wywyższa miłość homoseksualną i nadaje tej orientacji rangę religijnego wyznania. Po wojnie Hertz pół żartem, pół serio stwierdzi, że druk zachowanych fragmentów, w ramach "pięknej biblioteki obyczajowej", byłby rewelacją.
Warszawa lat trzydziestych plotkuje.
Na pytanie Iwaszkiewicza, w kim się teraz kocha, Hertz odpowiada, że nie jest ascetą, ale najgłębsze uczucia zachował dla Jarosława.
Lecz napięta dotąd struna jego miłości poluzowała się. Latem 1935 roku Hertz stwierdza, że mistrz zbyt późno odkrył w swoim życiu wagę istnienia ucznia i że ich drogi się rozchodzą.
Świadomy jest swej wady nieostrożnego obchodzenia się z przyjaźnią i łatwego porzucania ludzi. W Sedanie napisze, że Adam Lambert miał do ludzi stosunek taki sam jak do obrazów, książek czy widoków. "Odszukiwałem w nich tylko to, co było dobrze mi znaną częścią mnie samego, ale od strony ich życia czy potrzeb nie interesowałem się nimi zupełnie". Krócej wyrazi się Anna Iwaszkiewicz w 1947 roku: "drogi Pawełek" niczego i nikogo naprawdę nie kocha, o nic mu tak naprawdę nie chodzi.
Od połowy lat trzydziestych zagęszcza się życie Hertza. Ludzie przechodzą przez jego pokoje jak przez poczekalnię dworcową. Oto młody Niemiec spotkany w Tatrach - ciemny blondyn o niebieskich oczach, echt nordisch - recytuje Goethego. "Co było potem..." - Hertz zawiesza głos w listownym sprawozdaniu.
Iwaszkiewicz: "Za dużo mówiłeś o miłości, w którą zupełnie nie wierzyłem, i słusznie".
Z młodym i ładnym "szwoleżerem" na wódce w barze Mars. "Cenne jest to wszystko, co potwierdza nasze życie cielesne". Hertz wskazuje wódkę i chłopców, i spacery za miasto, kiedy naprawdę czuje się "niebo i ziemię".
A w wierszu: "Ręka trwa obojętna, nikogo nie kocha/ I gładząc czoło piękne dotyka się cienia".
Szuka "rozpaczliwie" człowieka prawdziwego. "To jest w Warszawie niemożliwe, wszystko tu jest już tak zdemoralizowane, uzawodowione...". Jest mu ciasno w mieście. "Trochę tzw. ciot, towarzystwo nudne i kompromitujące, jeżeli coś może bardziej zepsuć moją opinię!".
Rabka - w pokoju nowele Manna i bokser. Jeden i drugi spełniają należycie swoje zadania - donosi Iwaszkiewiczowi. Wiedeń - śliczni chłopcy w zielonych kapeluszach tyrolskich. Obiecuje opowiedzieć też o innych walorach młodych wiedeńczyków. Florencja - w dzień zwiedza kościoły, wieczorami - pisze wprost - "chędoży" na zmianę Duńczyka lub Włocha.
To życie. A to wiersz: "Samotność w wąskiej studni jakże gorzkie wody/ Spod złotego obłoku ku mym wargom leje,/ Zatapiając w goryczy wiarę i nadzieję,/ Abym obcej miłości nów oglądał młody".
W innym wierszu powie po wojnie, że była to pusta połowa życia. W Sedanie - że było to "duszne życie sodomskie". A w rozmowie z Barbarą Łopieńską w starości - że był niemądry, niepowściągliwy i niepokorny. Że "nieopanowana fizjologia młodych piesków" - która zmusza człowieka do zajmowania się sobą "ze szczególnego punktu widzenia" - zawęża ogląd świata.
Używkom i rozwiązłości przeciwstawi powściągliwość i cnotę jako wzorce.
Przed wojną drukował w "Skamandrze" własne tłumaczenia fragmentów Pokarmów ziemskich Gide'a - książki "gorszącej". Głosiła hedonizm i kult ciała, pochwałę biologizmu istnienia, pogardę dla norm społecznych i nawoływała do zerwania z konwenansami i religią.
Jeszcze tuż po wojnie marzyło mu się stworzenie "biblioteki obyczajowej" - z dziennikami Iwaszkiewicza, fragmentami Efebosa Szymanowskiego i własną powieścią "plotkarską i obrzydliwą" - jako dowód, że życie pełne sprzeczności jest "o wiele bardziej wspaniałe" od życia uregulowanego, które w istocie polega na ograniczeniu wyobraźni, popędów i fantazji. Łopieńskiej powie, że życie nauczyło go posłuszeństwa swoim regułom; tego, że "reguły są zbawienne".
Niegdyś libertyn, w drugim wcieleniu z zażenowaniem przyjmie zaproszenie na wieczór wspomnień po śmierci Jerzego Zawieyskiego od jego partnera; "jestem pruderyjny i triumfalizm w tych "rzeczach", nawet osłonięty, bardzo mnie męczy". Niegdyś areligijny, skłoni się nisko przed polskim papieżem, a fotografię z audiencji umieści nad sekretarzykiem.
Wytknie człowiekowi końca XX wieku, że zagubił świadomość własnej niedoskonałości moralnej i grzeszności. To język człowieka religijnego.
Na razie, w swym pierwszym wcieleniu, w maju 1936 roku bawi z Iwaszkiewiczem w Sandomierzu. Gide jest jego ewangelią.
Na spacerach układają poemat. "Na cmentarzu w Sandomierzu/ Leży żołnierz przy żołnierzu/ Nie umarli ale żywi/ I chędożą się w pokrzywi".
Był jeszcze uczniem, kiedy psychiatra stwierdził u niego neurozę. Latem 1936 roku Hertz znów cierpi na bezsenność i drobne fobie. Jesienią trafia do modnej wiedeńskiej kliniki psychoanalitycznej. Rodzice chcieli synowi zakupić równowagę ducha, jak płaszcz z najdroższego magazynu - pisze w Sedanie. Leczenie potraktuje z przymrużeniem oka, bo wie, że jego talent zrośnięty jest trwale z neurastenią.
"Wiedeń był tej zimy jak wielka, ciężka głowa osadzona na zbyt drobnym korpusie" - Adam Lambert ujrzy tej wiosny głowę i korpus Austrii pożarte w Anschlussie. Paweł Hertz bawi w Wiedniu rok przed aneksją kraju przez hitlerowców, lecz do okien kliniki dobiega zapewne ta sama muzyka, jaką posłyszy jego literacki sobowtór: dziarskie marsze wojskowe.
Lamberta oddziela od świata izolatka. Tak mogło być z Hertzem: odebrano mu zegarek, krawat, wieczne pióro i inne wykwintne przedmioty, których obecność w kieszeniach kamizelki dawała mu poczucie przynależności do swej sfery. W odosobnieniu i nagłym ogołoceniu odkrywa zdumiony, że świat nie zauważył jego zniknięcia ani on nie odczuł zerwania. Sądził dotąd, że jest w konflikcie ze światem, teraz uświadamia sobie, że nie ma z nim żadnej relacji. Doskonała wzajemna obojętność, poczucie zbędności ludzi - oto jego Sedan. Zna miasta i kraje, ale nie zna jego mieszkańców. Zmienia w podróży języki, lecz nie zmienia treści swych rozmów. Jeśli szuka czegoś w ludziach, to może tylko odbicia siebie samego. Jest zawsze cudzoziemcem, to znaczy za nic nie bierze odpowiedzialności. Adoruje sztukę, schowany "w martwej zonie domniemanej samotności". Jest ciekawy świata, lecz niezdolny do współczucia. Kocha pejzaże i muzea, ale nie kocha człowieka. W jego postawie bezwładu i bierności kryje się zalążek klęski.
Hertz przerywa leczenie - Lambert też. Opuszczając klinikę, bohater Sedanu zderza się w holu z nowym pacjentem, młodzieńcem o bliźniaczych dolegliwościach, proweniencji, gestach i drobiazgach w kieszeniach kamizelki. Traktuje go z ironiczną wzgardą. Zamyka drzwi z ulgą. Jakby wysunął się z formy i rozszedł ze sobą.
Czy to "tu się nuty jak palce rozbiegły"? Czy wtedy życie Hertza pękło i rozpoczął się jego marsz od siebie ku światu, jak ujął to w recenzji Sedanu autor paryskiej "Kultury" w 1949 roku? Bo Lambert nabiera w owej chwili mglistego podejrzenia, że "sprawy człowieka nie tkwią bynajmniej w nim samym, lecz poza nim, w ogromnym, otaczającym go splocie zdarzeń".
"Urodzony za późno/ umierasz za wcześnie,/ Zbyt nikły dla aniołów, zbyt pyszny dla ludzi./ Dłoń Twoja niespokojna daremnie się trudzi/ Uderzyć w złote struny, które widzisz we śnie". Tak przed wojną żegnał się ze sobą, ze swym bliźniakiem i ze swą lirą.
Scena, która w Sedanie rozgrywa się przed witryną biura podróży w Wiedniu, mogła być udziałem autora. Lambert przygląda się kolorowej mapie Niemiec w witrynie nieopodal Opery; miałby ochotę ruszyć w romantyczną podróż brzegiem Renu. Szukając wzrokiem rzeki, spostrzega na krawędzi mapy hufce chorągiewek ze swastyką. Są gotowe do marszu. Czuje, jakby historia poruszyła się nagle na jego oczach.
Nie zajmowała go dotąd polityka, choć widział faszystowskie napisy na murach włoskich miast. Teraz myśli o chorągiewkach z niechęcią, ale nie wie, dlaczego.
"- Czy ty w ogóle nie czytasz gazet? Choćby tylko po to, żeby wiedzieć, jak długo jeszcze będziesz mógł się wałęsać bez celu..." - pyta Lamberta stryj spotkany tego dnia w muzeum.
Krótko po Anschlussie Lambert opuszcza Austrię. Dopiero w pociągu do Szwajcarii poszuka źródeł swego niepokoju. Że naziści palili książki...? Że zakładali obozy koncentracyjne...? Może to kurs przejściowy... Przecież zlikwidowali bezrobocie... Czuje, jak przez jego zbroję, tak starannie skomponowaną z zapachów wody kolońskiej i doskonałego tytoniu, przenika woń prochu.
Gdy Lambert jest w drodze do Paryża, Hertz zwiedza Sycylię z Iwaszkiewiczem. Kwiecień 1938. W Taorminie oglądają z greckiego teatru ośnieżoną Etnę. Miasto obchodzi właśnie faszystowskie święto. Z honorami przyjmuje ministra III Rzeszy Hermanna Göringa, organizatora pierwszych w Niemczech obozów koncentracyjnych dla przeciwników politycznych i homoseksualistów. W Palermo stoi niemiecka flota, ulice w swastykach. Obaj poeci na każdym kroku muszą okazywać dokumenty; czują, że są niepożądani. Pierwszy wyjeżdża Hertz, dzień później Iwaszkiewicz.
"...podróż po faszystowskich Włoszech z książeczką czekową i Baedekerem - trzecia klęska" - to fragment konspektu Sedanu w powojennym liście do Iwaszkiewicza.
Lambert rozmyśla o nierównych losach: "jednym - zarośnięta różami willa Mills lub teatr grecki w Taorminie, innym - drut kolczasty...".
Jednym róża, innym odór piwniczny, zupełnie jak w wierszu Hugona von Hofmannsthala, w przekładzie Hertza: "Tak, niektórzy muszą umrzeć nisko,/ Pod pokładem, ciężkie wznosząc wiosła,/ Kiedy inni u steru, wysoko,/ Widzą ptaków lot i gwiezdne kraje".
Dopiero w starości Hertz ulegnie upartym namowom pisarza Wojciecha Karpińskiego, by przetłumaczył - raczej spolszczył - lirykę i eseistykę austriackiego twórcy. Jako młodzieniec Hertz ogłosił po polsku jedną z tercyn Hofmannsthala o przemijaniu; jego myśl o świecie była mu bliska; jego filozofia płynęła w nim skrytą rzeką.
"Jedni zawsze leżą ociężali/ U korzeni splątanego życia,/ Innym za to ustawiono krzesła".
Co młody Hertz wie o faszystach poza tym, że polepszyli warunki pracy i okiełznali wielki kapitał, jak naiwnie zauważa jego porte-parole?
Wystarczyło, że przerzucił stronicę "Wiadomości Literackich" z jego nagrodzonym w Turnieju Młodych Poetów wierszem, a napotykał reportaż specjalnego wysłannika do Berlina, Antoniego Sobańskiego, Żydzi i kultura. Tekst z cyklu o Niemczech hitlerowskich w numerze z 15 lipca 1934. Autor był świadkiem palenia książek i parteitagów. W tym odcinku przedstawia rasistowskie praktyki III Rzeszy.
Wyzbyto się żydowskich intelektualistów i artystów, finansjerze wytoczono procesy o rzekome nadużycia, relacjonuje. Żydzi nie mogą zakładać nowych sklepów i przedsiębiorstw, a do już istniejących wprowadzono mężów zaufania rządu. Teatr zakneblowany, idą tylko farsy. Zanika zainteresowanie sprawami ducha. W muzeach odsyła się dzieła "sztuki zwyrodniałej" do magazynów. Sprzedawane są kolorowane zdjęcia Hitlera. Nadciąga "czarna chmura ciemnoty".
Dalsza część artykułu przykuwa zapewne uwagę Hertza, gdyż wyniósł z domu zamiłowanie do muzyki niemieckiej: Bacha, Beethovena i Mozarta. Oto podczas koncertu bachowskiego w Beethovensaal wpada bojówka SA: - Precz z żydowską muzyką! Dyrygent tłumaczy, że Bach nie był Żydem.
Goebbels przyzwala Żydom na tworzenie własnej kultury, byleby odrębnej od aryjskiej. Powstał żydowski klub tenisowy, pisze Sobański. "Krzywda nabrała cech chronicznych, a jak wiadomo, chroniczność stępia współczucie". Bogaci Żydzi źle znoszą getto i walczą o aryjskie papiery, arystokraci dalej bywają u bogatych Żydów, tylko "ułamkowi inteligenci jedzą "jewreja" na surowo", podobnie jak w Polsce, dodaje.
Reportaże Sobańskiego, wydane jeszcze tego roku w zbiorze Cywil w Berlinie, wywołują jadowite komentarze. "Gazeta Polska", półoficjalny organ rządowy: przestylizował swoje wrażenia "na modłę warszawskiego pacyfizmu, dla którego wojna jest tylko czymś "wstrętnym" i bardzo "niesympatycznym", ale który nie fatyguje się jej zrozumieć". Autor, faszyzujący znany krytyk literacki Jan Emil Skiwski, szydzi dalej: to wieczna tragedia pacyfistów, którzy chcą wyleczyć ludzkość z wojny "ulepkiem sentymentu wyciśniętym z niebieskich migdałów prywatnych marzeń". Inne tytuły, z lewa i z prawa, oskarżają Sobańskiego o stronniczość i płytkość. Nawet zaprzyjaźniony z nim Iwaszkiewicz dzieli się z żoną podobną opinią.
Hertz nie mógł tych głosów nie dosłyszeć. Wszak spotyka Sobańskiego na przyjęciach i premierach, a niebawem otrzyma od niego zaproszenie do elitarnego Klubu Stu, róg Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, tylko dla wtajemniczonych artystów. Hertz zadedykuje mu swe tłumaczenie Pokarmów ziemskich Gide'a, będą się widywali w Paryżu. Jeśli nie poruszyło go reporterskie studium narodzin totalitaryzmu, to wstrząsnął nim obraz kultury w zaprzęgu mistyki wojny. Bo Hertz jest zanurzony w kulturze niemieckiej.
W "Kuźnicy" z 1949 roku przypomni kulturalne menu nazistów: Nietzsche przyrządzony na ich protoplastę, spreparowany Hölderlin, Wagner i nawet Eroica Beethovena użyci, by uskrzydlić armię... I zburzone pomniki Heinego, podpis pod jego wierszami: "autor nieznany".
Po "nocy długich noży", krwawej czystce dokonanej w czerwcu 1934 roku z rozkazu Hitlera, Hertz pisze z Zakopanego do Iwaszkiewicza: "Ja także pilnie obserwuję te wypadki. Czy wiesz, że ja mimo wszystko mam dla nich dużo szacunku, zawsze więcej niż dla Sowietów. Nie mówię (...) o ich wewnętrznej polityce, ale o samym założeniu. Myślę, że gdyby zrezygnowali z "nordyzmu", a wprowadzili pierwiastki romańskie, mogliby stworzyć potężną kulturę. No, ale to moja utopia!".
Dzieła Stefana Georgego krążą między Hertzem a Iwaszkiewiczem i Napierskim - "bardzo bym prosił o pożyczenie mi Jahr der Seele". Niech zresztą Jarosław sam wybierze tom, byleby charakterystyczny dla tego poety, pisze Hertz w 1934 roku.
Trzy lata wcześniej, w tomiku Powrót do Europy, Iwaszkiewicz ogłosił kilka wierszy Georgego we własnym przekładzie. Wprawdzie jego fascynacja kręgiem niemieckiego myśliciela zbladła po dojściu Hitlera do władzy i wezbrała krytycyzmem, wciąż jednak była żywa. Między Stawiskiem i uczniami Georgego nadal płynęły listy - bynajmniej nie zdawkowe. "Zazdroszczę ci bardzo tej korespondencji z młodymi niemieckimi poetami" - pisał Hertz pod koniec 1935 roku. Mijały właśnie dwa lata od śmierci bóstwa niemieckiej młodzieży.
Jako uczeń Hertz przekładał Trakla, Platena, Eichendorffa, Heyma... Poezja niemiecka jest tematem jego rozmów ze Stefanem Napierskim, tłumaczem i - wkrótce - wydawcą dwutomowego wyboru tej liryki z XIX i XX wieku. Obaj uważają, że nie docenia się jej nad Wisłą i że trzeba ją włączyć do polskiej świadomości kulturalnej.
W twórczości Iwaszkiewicza z tego okresu tropy prowadzą do George-Kreis. "Siedzimy dziś wspólnie przy stole/ Dzielimy się chlebem i winem/ i wielkie imiona mówimy/ Głosem ściszonym, wzruszonym". To obraz przeżycia z 1927 roku, objawienia "wielkiej i świętej wiary". Iwaszkiewicz zetknął się wówczas w Heidelbergu z ideą Georgego: powrotu do tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Zdradził zapewne Hertzowi okoliczności, jakie pchnęły jego myśl ku rozległym przestrzeniom, gdzie "Ludzie (...)/ Czekają na święte przemiany".
Słoneczny październik. Heidelberg. Trwa konferencja Unii Intelektualnej (Kulturbund), międzynarodowego ruchu intelektualistów i artystów. Debatują, jak pozszywać rozdartą w Wielkiej Wojnie kulturę europejską - w istocie chodzi o wydobycie Niemiec z izolacji. Roztaczają koncepcję wspólnoty, która różni się "polemicznie" - podkreśla szwajcarski literaturoznawca German Ritz - od pacyfistycznego projektu Paneuropy, tworzonego równolegle przez Richarda Coudenhove-Kalergiego, polityka austriackiego.
Polska przystąpiła niedawno do Unii, Iwaszkiewicz jest tej jesieni delegatem na zjazd. Temat obrad: historia w świadomości narodów.
Poetę uderza idealistyczny ton. Słowo "idea", wyświechtane "jak karta w ręku szulerów (...) nabrzmiewa krwią serdeczną" - napisze entuzjastycznie w sprawozdaniu dla "Wiadomości Literackich" w grudniu 1927 roku. W wystąpieniach skrzy się słowo "mit". Niektórym z mówców za parę lat ustawy norymberskie zakneblują usta i "noc kryształowa" pięściami zabębni w ich drzwi. Inni poprą faszyzm. Na razie są zgodni, że w mitologii narodów bije źródło ich życia - oto przesłanie kongresu.
Słuchając przemówień, Iwaszkiewicz szuka w myślach polskiego mitu. Piłsudski z jego ideą jagiellońską... Wskrzesiciel Polski wydaje mu się "olbrzymią, nadludzką postacią", reprezentantem "moralnego pierwiastka w historii". Być może nadciąga epoka - zastanawia się - w której pierwiastki irracjonalne odegrają decydującą rolę. Na mszy w tych dniach modli się za Niemców i Polaków, za "straszliwie ludzką - pisze żonie - i nieprzezwyciężoną tragedię nieporozumienia".
Oprowadza go po mieście Karl Schefold, "bardzo ładny studencik" archeologii - relacjonuje Annie - działacz Kulturbundu związany z kręgiem Georgego. Pogoda piękna; na fotografii Iwaszkiewicz, uchwycony na tle ulicy, nosi płaszcz i rękawiczki dla szyku, a Schefold spaceruje w garniturze. W urzekającej scenerii zamku, doliny Neckaru, czerwonych buków i żółtych klonów, leje się wino reńskie. I płynie poezja. Natchniony Schefold deklamuje Georgego jak ewangelię.
Iwaszkiewicz do żony: "Nagle obnażyły się przede mną nieznane prawie pokłady kultury (...). Odkrywam Niemcy (...) i jakoś inaczej zaczynam patrzeć na mnóstwo rzeczy".
W atmosferze miasta - i uniwersytetu - wyczuwa podskórne prądy i drgnienia, jakby zagęszczały się złoża "nowej mistyki". Studenci filozofii, archeologii, architektury tworzą zamknięte klany skupione wokół jakiegoś kultu. Schefold należy do kapliczki Georgego.
Wędrują pewnego dnia do niedalekiej Spiry, miejsca spoczynku wielkich cesarzy niemieckich. Ich grobowce opiewał w poematach przed trzydziestu laty George. Teraz młodzieniec mówi o nich z ogniem w oczach. Henryk II... Henryk IV, Fryderyk I Barbarossa i idol szkoły Georgego - Fryderyk II z "jego" Sycylią... Karl syci się wizją Europy pod jednym berłem.
A oto katedra. "Ta czarna sień i wąskie schody/ jak droga skryta i ostrożna,/ Niesiesz to słabe światło. Młody!" - napisze Iwaszkiewicz w wierszu dedykowanym Karlowi. Po wyjściu z podziemi siadają na kamiennej ławce i Schefold wykłada swoją wiarę - tak myśli wielu - że sny i mity, historia i poezja złączą się i zrodzą nowego wodza i nowe Niemcy. Wszak jeden z poematów Georgego nosi tytuł Das Neue Reich. Nowa Rzesza.
Po latach Iwaszkiewicz stwierdzi: "Hitler był w powietrzu, szukano go, pragnienie powszechne wzdychało do niego".
Ale tamtego wieczoru jest oczarowany. Czuje przypływ natchnienia. Pisze żonie, że przyjedzie do Warszawy jako inny człowiek. Po jego powrocie "Wiadomości Literackie" pytają go w ankiecie, co pisarze polscy zawdzięczają literaturom obcym. Odpowiada: "jednym z najbliższych w teraźniejszości [jest] Stefan George".
Paweł Hertz w rozmowie z historykiem literatury i wydawcą Piotrem Kłoczowskim, 1991: "George zajął mnie przez przekorę wobec tego, co wtedy było modne w Warszawie w kręgach literackich. George był jak gdyby wyróżnikiem. To pozwalało odróżnić się od jakichś takich radykalnie myślących socjalizantów czy lewicy".
Istotnie, był żaglem rewolucji konserwatywnej dokonującej się w Republice Weimarskiej. Jego filozofia poruszała wyobraźnię i dawała moc.
Hertz: "U Georgego opór przeciwko poniżeniu Niemiec przez traktat wersalski (...) jest bardzo silny. Nie wiem, czy można określić Georgego mianem konserwatysty, ale na pewno można cały ten ruch nazwać arystokratycznym, przeciwstawiającym się myśli radykalnej, demokratycznej, która królowała w (...) piśmiennictwie weimarskim".
Od końca XIX wieku do 1919 roku poeta wydawał pismo "Blätter für die Kunst", rozprowadzane w międzynarodowym, lecz zamkniętym, elitarnym kręgu. Było znaczone swastyką, tak jak wszystkie dzieła Georgego. Druk czcionką specjalnego kroju, dla podkreślenia nowej koncepcji odrodzonych Niemiec. Na tych łamach ukazał się w 1896 roku słynny wiersz Hofmannsthala Manche freilich..., Tak, niektórzy... Kto go przeczyta, zawsze będzie miał w ustach gorzki smak dwoistości losu: wyróżnionych, którym "ustawiono krzesła/ Przy sybillach, obok królowych", oraz zepchniętych "nisko", zapędzonych do wioseł pod pokładem życia.
To Hofmannsthal, jako jeden z pierwszych, nazywa niepokój intelektualny współczesnych mu młodych "rewolucją konserwatywną" - zauważa niemcoznawczyni profesor Anna Wolff-Powęska. Cytuje jego mowę, wygłoszoną 10 stycznia 1927 roku na Uniwersytecie Monachijskim, w której poeta przewiduje "powolny i wspaniały proces (...) o rozmiarach, jakich nie zna historia Europy". Celem tej rewolucji jest "nowa idea niemieckości, w której mógłby uczestniczyć cały naród".
"Nie wolność jest tym, czego poszukują, a raczej więź" - stwierdza Hofmannsthal. Wolff-Powęska opisuje ów rodzaj mobilizacji ideowej jako "ruch myślowy i artystyczno-literacki, usytuowany obok polityki", nacechowany wyrafinowaną erudycją, poetyckim uniesieniem, "wielością abstrakcyjnych konstrukcji filozoficznych", osadzeniem w historii i literaturze oraz ekstatycznym patriotyzmem.
Duch Nietzschego krąży nad George-Kreis. Głosi się ideę sakralizacji sztuki i kapłaństwa poety. Poeta jest twórcą mitu, a mit - czynnikiem bohaterstwa. Głosi się dogmat mistrza, przewodnika i wodza - Führera. I obowiązek bezwarunkowego posłuszeństwa. Uwzniośla się pierwiastek męski. Panuje atmosfera tajemniczości i wtajemniczenia duchowego, z podtekstem homoseksualnym. Wieszczy się nadejście królestwa ducha, nowego złotego wieku. A nade wszystko wierzy się w nadprzyrodzoną misję cesarstwa niemieckiego; w spełnienie mitu "Niemiec tajemnych", "Nowej Rzeszy".
Czy ta "religia" jest niewinna? Czy "Nowa Rzesza" oznacza tylko świetlaną przyszłość ludzkości i czy filozofię Georgego można rozpatrywać jedynie w kategoriach estetyczno-literackich? Jej mglistość i mętność, aluzyjność i metaforyczność, słowem brak dyscypliny intelektualnej uczynią ją podatną na przeróżne wykładnie, także w barwach narodowego socjalizmu.
Dopiero z perspektywy 1933 roku Iwaszkiewicz w pełni zrozumie gest, którym Karl Schefold spłoszył go podczas wycieczki do Spiry. Na widok żołnierzy francuskich, pilnujących granicy strefy zdemilitaryzowanej, młody humanista wycedził ze zmienioną twarzą: - Sieh da dort diese Schweine! Popatrz na te świnie.
W myśli Georgego nie było żadnego prostackiego szowinizmu, podkreśla Hertz w starości. George pisał po francusku, angielsku, włosku, przekładał z polskiego na niemiecki wiersze swego przyjaciela Wacława Rolicza-Liedera. O niczym takim jak nacjonalizm czy antysemityzm nie może być mowy, zapewnia Hertz.
"Był to nazizm arystokratyczny" - napisze w 1940 roku uczeń Heideggera, filozof Karl Löwith, którego wygnały z Niemiec ustawy rasowe.
Günther Eten, wyznawca "religii" Georgego i korespondent Iwaszkiewicza, którego "zazdrościł" mu Hertz, w 1935 roku zetknął się w Paryżu z Miłoszem. Przygotowywał rozprawę doktorską na temat Georgego jako wychowawcy; "młody nazi, recytował swoje wiersze, które brzmiały jak szczęk miecza o miecz - wspomina Miłosz w Rodzinnej Europie. - Sławił w nich wiek rycerski, ofiarę i krew". Gdy słuchali razem pacyfistycznych przemówień pisarzy na Kongresie w Obronie Kultury, "Günther zakrywał twarz dłonią i uśmiechał się brzydko". Rok później, w imię "tajemnego braterstwa" i "gwiezdnej wspólnoty" poetów - oraz w imię "wzajemnego dopełniania się Słowian i Germanów" - będzie zaklinał Iwaszkiewicza: "Moglibyśmy przecież zostać przyjaciółmi - moglibyśmy prawdziwym życiem wypełnić zapewnienia naszych mężów stanu".
Inny apostoł George-Kreis, Claus von Stauffenberg, w 1944 roku dokona - nieudanego - zamachu na Hitlera.
George nigdy nie poparł nazizmu. Ani go otwarcie nie potępił. Nie przyjął propozycji Goebbelsa, by objął kierownictwo Niemieckiej Akademii Literatury. Wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmarł w grudniu 1933 roku.
Tamtego roku Iwaszkiewicz przedstawia jego sylwetkę na łamach "Wiadomości Literackich". Jakby spadły mu z oczu łuski, oskarża go, iż dał "materiał ideologiczny, który dziś rzuca tłumom Hitler". Przedstawia dowody "łączności" między teorią poety i praktyką nazizmu: terminologia, symbolika i dogmaty. Treść tomu Das Neue Reich, zauważa, "nie tak bardzo odbiega od politycznego terminu dzisiejszych dni, jakby się po poecie-symboliście należało spodziewać".
Jeszcze niedawno fascynował go ów kult mężczyzny i czynu, który w Niemczech przejawiał się w krzewieniu tężyzny i patriotycznej turystyki. "I naprężyły muskuły czerwone zamków kamienie", pisał euforycznie. Marzyły mu się dla Polski "jare watahy półnagich chłopców i dziew", które wybuchną "pod niebo", aż zagrzmi "jagiellońskie powietrze". Odpowiadała mu swoista wizja postępu w kulturze opartego na męskich zespołach, wspólnotach moralno-politycznych, złączonych przyjaźnią i erotyzmem. Bliski był mu motyw mistrza i czeladnika. Sam chciał stworzyć taki krąg, "z bardzo wysokimi celami". Teraz dezawuuje grupkę "mocnych ludzi" Georgego. W jego "gminie poetyckiej" dostrzega zalążki "gmin nazistowskich", gdzie rząd dusz przechodzi w rząd ciał.
Hertz uważa, że zmyliła Iwaszkiewicza, jak "wszystkich później", propagowana przez Georgego zasada wodzostwa, którą Hitler uosobił "w sposób karykaturalny i błazeński".
Iwaszkiewicz: George jest jedną z najciekawszych kart historii Niemiec i Europy; nie tylko "wypowiedział Niemcy", także je ukształtował, patrząc proroczym okiem w ich przyszłość; "cóż za genialna intuicja człowieka, jakiż instynkt głęboko zapuszczony w ziemię - skoro przeczuł tak dosłownie, co czai się w możliwościach duszy i czynu niemieckiego". Epoka Hitlera jest jednocześnie epoką Georgego, stwierdza. W latach dwudziestych "posąg wodza stał od dawna wykuty" i tylko czekał na tego, kto weń wniknie i go ożywi. "Niezwykły to czyn tego poety estetyzującego, abstrakcyjnego, czystego, oderwanego, że był jednym z głównych twórców tego Golema, w którego ręku leżą dziś losy Niemiec".
Iwaszkiewicz zrewidował także swój sąd o Unii Intelektualnej. Uznaje ją za forpocztę niemieckiego imperializmu.
Hertz: "Miałem świadomość, że Niemcy, które są, i Niemcy, które były przedmiotem mego zainteresowania, to dwie różne rzeczy".
Świat, który go otacza, i świat, który go interesuje, to dwie różne przestrzenie, pozornie bez punktów stycznych. Adam Lambert przyznaje, że podróże na Lido wiodły inną trasą niż deportacje na Lipari. Że chodząc po Paryżu, można było nie wiedzieć o istnieniu podparyskiego więzienia we Fresnes. A chodząc po Wiedniu - o istnieniu Karl-Marx-Hof. I że plaże Riwiery kończyły się tam, gdzie zaczynały się obozy dla uchodźców z Hiszpanii generała Franco.
O wyspie Lipari prasa socjalistyczna w Polsce pisała w 1929 roku: "Sybir Mussoliniego", "Golgota więźniów politycznych". Włoscy faszyści zsyłali tam bez sądu swych przeciwników.
Karl-Marx-Hof i Goethehof to ikony "czerwonego Wiednia" przełomu lat dwudziestych i trzydziestych - kompleksy wzorcowych mieszkań robotniczych, zarazem symbole porządków socjaldemokratycznych w mieście. W lutym 1934 roku toczą się tu walki w obronie republiki między socjalistycznym Schutzbundem a siłami profaszystowskimi. W Polsce gazety PPS-u krzyczą: Komuna Wiedeńska padła... Rosną szubienice... Krwawy kanclerz uchyla konstytucję... Nastaje dyktatura... Może uwagę Hertza przykuje choć imię wielbionego przezeń Goethego, właśnie w Goethehof lała się krew. Sąd doraźny skazał schwytanego tam członka Schutzbundu na karę śmierci.
W wierszach z tego czasu Hertz sławi "zórz porannych karmin".
Niebawem w Wiedniu odbywa swój codzienny seans psychoanalizy. Mieszka wygodnie, wszędzie blisko, "ludzie czarujący". Na wieczorach pieśni słucha utworów Czajkowskiego i Schuberta w doskonałych interpretacjach. Pięć minut przed Anschlussem.
Piotr Kłoczowski: - Był zbyt inteligentny, żeby nie widzieć, co się dzieje z Europą. W tamtym czasie Hertz zamyka się w wieży z kości słoniowej estetyzmu.
Ale na eleganckich gości wiedeńskiego Liederabend, usadzonych wygodnie w lożach życia, już wpełza, jak spod ziemi, cień tamtych - członków Schutzbundu. Powieszonego Josefa "Seppa" Ahrera ze Steyr. Rudolfa Krbca - ten walczył w Goethehof. Cienie zabitych w Grazu, Bruck an der Mur, Wiener Neustadt. A także złowrogi cień bojówek faszystowskich. Hertz zdaje się ich wciąż nie dostrzegać, słucha koncertu "z lekkim czołem, z lekkimi dłońmi", jak napisał w wierszu Hofmannsthal. Tak, zna ów wiersz, od dawna próbuje wyrazić go po polsku, ale nie potrafi. Jeszcze go nie pojął. Dopiero w starości znajdzie odpowiednie słowa, a w glosie wyjaśni, że jest to rzecz o "współzależności ludzkich żywotów, o wspólnocie człowieczej", wiersz "polityczny, socjalny".
W spolszczeniu Hertza: "Ale życie tamtych pada cieniem/ Na żywoty siedzących wysoko,/ Lekkich w górze i ciężkich na dole/ Łączy więź jak z powietrzem i ziemią". I następna zwrotka: "Utrudzenia zapomnianych ludów/ Nie potrafię zetrzeć z moich powiek".
Z lekką powieką Hertz omija "utrudzonych". Gdzie w latach trzydziestych miałby z nimi obcować? Późne wstawanie chroni go przed widokiem ludzi spieszących do fabryk na dźwięk syren. Jest człowiekiem nocy. Nie zbliżał się do bezimiennego krawca, który przychodził z próbkami wełen do domu rodziców. Ani do woźnego, który nosił jego papiery paszportowe do urzędu. Ani do numerowych, którzy taszczyli po dworcach i hotelach Europy jego skórzane walizy z wytwornym szlafrokiem i pantoflami w dobrym gatunku. Do węglarza mówiło się "mój dobry człowieku" - wspomina Adam Lambert - a do praczki "moja dobra kobieto". Przymiotnik "dobry" miał wykluczać ich bunt - przyznaje Hertz w Sedanie.
Proletariat jest mu znany jedynie jako temat cudzych dzieł poetyckich. Ale takim gatunkiem liryki Hertz pogardza, wyklucza go z obszaru "prawdziwej kultury" i zsyła jako agitkę na wiec.
Skąd zatem w jego twórczości wiersz polityczny o rewolcie robotniczej w Asturii, w październiku 1934 roku krwawo stłumionej przez generała Franco? Pulsuje zaangażowaniem jak czerwona żyłka w bezkrwistym marmurze. Opublikowany 12 maja 1935 roku w komunistycznym, agitacyjnym piśmie "Lewar", które dwa miesiące wcześniej Hertz dyskwalifikował w liście do Iwaszkiewicza jako nieznośnie marksistowskie i wycofał z redakcji swe przekłady. Tego wiersza nigdy nie przedrukuje. Literaturoznawca profesor Piotr Mitzner odkryje go w "Lewarze" piętnaście lat po śmierci Hertza.
"Nadchodzą dni/ znaczone czerwonym kurzem/ już nie chcę sennych oklasków/ walczę jak ty/ niech głos mój dźwięczy w chórze/ Staszku!"
Dedykacja w tytule "Do Stanisława Wygodzkiego" też zadziwia. Czy pisarz, który odsiedział dwa lata za komunizm i żąda od poezji, by przestała babrać się w "błotku wzniosłych kontemplacji" i uprawiać "kuglarstwo metafizyczne", może być Hertzowi bliski? Wygodzki rozkazuje liryce, by zajęła się wreszcie człowiekiem "najpodlej traktowanym" i - jako poezja klasy robotniczej - podjęła walkę o nowy ład społeczny.
Hertz: "razem mówimy: Granados/ na dłoń mi kładziesz dłoń/ przyjacielu!".
Granados? Hiszpański kompozytor i pianista Enrique Granados wracał z Nowego Jorku, gdzie odbyło się prawykonanie opery Goyescas, opartej na jego muzyce, inspirowanej malarstwem Goi. Był rok 1916. Na kanale La Manche niemiecka łódź podwodna przywitała prom "Sussex" torpedą. Granados zginął wraz z żoną.
A teraz trafia do wiersza Hertza. Tak wyraża się "współzależność ludzkich żywotów".
Na artykuł Hertza o liryce proletariackiej z 1937 roku, utrzymany w stylu donosu, reaguje w "Wiadomościach Literackich" Antoni Słonimski. Przedstawia autora: "Sulamita najmłodszej liryki...". Zawiera się w tym zdaniu żydowskość i orientalne piękno, i figura Oblubienicy z Pieśni nad pieśniami, i figura z satyrycznego Jarmarku rymów Tuwima, symbol zmysłowości i rozwiązłości, Sodomy i Gomory.
"O jakiej poezji proletariackiej mówi p. Hertz (...)? Wychodzą w Polsce na rok może ze dwa tomiki poezji o lewicowym zabarwieniu społecznym, i te zwykle bywają konfiskowane. Nie znam stosunków domowych p. Pawła Hertza, ale mam wrażenie, że gdy przyszedł do domu po napisaniu o "wschodnich kulturträgerach", "mamusia przez dwa szkiełka spoglądała na Pawełka", dziwiąc się, jakie to mądre dziecko, co to już wszystko rozumie i wie, jak dzisiaj trzeba pisać". Słonimski posłużył się wierszem Pawełek wiercipięta z poetyckiego zbioru czarnej pedagogiki Heinricha Hoffmanna, w adaptacji Wacława Szymanowskiego. Efekt użądlenia utrzyma się w ich stosunkach przez długie lata.
Hertz powie Łopieńskiej, że rozdrażnił środowisko "Wiadomości...", gdyż w ich mniemaniu powinien być, ze względu na swe pochodzenie, "lewicowy, postępowy, awangardowy i tak dalej". Nie odpowiadała mu "frazeologia szklanych domów".
Niezmienny jest jego pogląd - i przed wojną, i w późnym wieku - że liberalizm środowiska "Wiadomości Literackich" był płytki i prymitywny, obcy i drażniący. Określenie "intelektualista lewicowy" Hertz poprzedza zwykle ironicznym wtrąceniem: "tak zwany". Do "lewicowej inteligencji" dodaje: "nazywająca siebie postępową", jakby chodziło o uzurpatorów. O wczesnych prądach feminizmu w Polsce, bliskich "Wiadomościom...", powie Łopieńskiej lekceważąco: "działalność takiej Krzywickiej". Słonimski uosabia jego zdaniem powierzchowny scjentyzm. Idee oświeceniowe, humanistyczne wartości lewicy laickiej pochodzą od... biesów. Tak będą mówić z Henrykiem Krzeczkowskim w latach siedemdziesiątych o młodych opozycjonistach, spadkobiercach formacji Słonimskiego. Nie jest to wyraz osobistej urazy Hertza sprzed lat, lecz przejaw jego głębokich przekonań.
Źle się czuje w literackiej Warszawie lat trzydziestych. Króluje tu "zastygła drabina talentów". Panuje "tuwimowładztwo", skarży się Iwaszkiewiczowi. Zwalczany jest przez "jarmark". "Nie lubią mnie - odczuwają jakąś różnicę". Jego poezję uważają za "przestarzałą"; jego pogląd na sztukę "par excellence estetyczny" - za anachronizm; jego "całkowita negacja spraw ekonomiczno-społecznych" razi ich. Sam siebie z sarkazmem nazywa niepopularnym młodym poetą wyznania mojżeszowego, który nie pisze ani humoresek, ani piosenek kabaretowych, ani nie pochodzi z Wilna... Twierdzi, że nie ma gdzie drukować. Gdyby miał napisać w przyszłości historię literatury polskiej, rozdział o latach trzydziestych zatytułowałby "Gówno". Z wyłączeniem twórczości Iwaszkiewicza - dodaje kurtuazyjnie - i własnej.
Ukazuje się w tym czasie jego drugi tom poetycki Szarfa ciemności.
Tuż po wojnie Hertz dokona Obrachunków skamandryckich, jak głosi tytuł jego tekstu w "Kuźnicy". Przypomni, że w dwudziestoleciu, w świetnie prosperującym "hotelu poezji polskiej apartamenty nie zawsze były przydzielone zgodnie z istotnymi zasługami". Porachuje się z dawnymi kolegami, patrząc na ich twórczość przez nowe szkiełko: zaangażowania społecznego i wrażliwości na "sprawę ludzką". Szkiełko kryteriów, które przed wojną odrzucał. Doceni "humanistyczną tematykę" Słonimskiego, wyodrębniającą go z jego "niefrasobliwej generacji". Jego społeczne wiersze były kontynuacją tradycji pozytywistycznych, podkreśli, "jedynym przejawem poezji zintelektualizowanej" i "analitycznego spojrzenia na świat". Hertz nic nie mówi jeszcze o płytkim scjentyzmie. Mówi, że w międzywojniu "Słonimski, poeta w gruncie rzeczy polityczny, utrzymał czystość i prawdę swojej poezji". I że może tylko on próbował stawić czoło nadciągającym niebezpieczeństwom.
Porachuje się także ze sobą. Oto tekst Snobizm i postęp z "Kuźnicy": "Woleliśmy mówić o rzeczach pięknych. Zapłaciliśmy zbyt wiele za niesłuchanie przestrogi tych, których nazywaliśmy wiecowymi krzykaczami. Dziś okazało się, że na nielegalnych wiecach i fabrycznych masówkach mówiono ważne dla nas prawdy o świecie".
Duch nowego czasu przemówi wtedy ustami Hertza. Dalszy ciąg obrachunków odbędzie się na kartach Sedanu.
W gęstej korespondencji z Iwaszkiewiczem z lat trzydziestych Hertz niezmiernie rzadko dotyka polityki. Nie używa słowa "faszyzm". Wyczulony na głos "radykalnie myślących socjalizantów" jakby nie dosłyszy wrzasku korporantów. Dopiero w "Kuźnicy" opowie o Warszawie "w dekoracjach pułkownikowskich mundurów".
Miłosz: "widok codziennych awantur antysemickich i kampania polskiej prasy przeciwko Żydom w literaturze nie mogły go zostawić obojętnym, choć udawał, że nic go to nie obchodzi".
Prasa skrajnej prawicy żąda odebrania praw "Żydom, przechrztom i ich potomkom". "Wiadomości Literackie" odpowiadają prześmiewczą prowokacją: badają "czystość" krwi narodowych krzykaczy, ci zaś kierują do sądu sprawę o znieważenie. Gdy w kwietniu 1937 roku żyje nią całe miasto, Hertz pisze do Iwaszkiewicza: "Narzeka się na antysemityzm, a żydy same prowokują. W wyniku tego wszystkiego wyrzucą wszystkich, nie rozróżniając, do Palestyny i pewnie będziemy się spotykali na Sycylii - Ty z Warszawy, ja z jakiejś żydowskiej dziury".
Faszyzujący tygodnik "Prosto z Mostu" rozpęta w styczniu 1939 roku nagonkę na homoseksualistów "ze sfer literackich". Hitlerowski wzorzec przeziera spomiędzy postulatów penalizacji, izolacji i społecznej likwidacji "degeneratów". Etiologię "wynaturzenia" Alfred Łaszowski wykłada na rasistowską nutę. Ten krytyk literacki, tropiciel "pierwiastków obcych" w polskiej kulturze i zwolennik ich "wyplenienia", zasłynął w 1937 roku wnioskiem o paragraf aryjski dla członków PEN Clubu w Warszawie. Przez jego usta "społeczeństwo" domaga się usunięcia "Żyda" Słonimskiego z zarządu tej organizacji. Błysnął również pryncypialną wiernością ideologii ONR-u, gdy w imię czystości rasowej zerwał zaręczyny z córką poety Bolesława Leśmiana, jednocześnie proponując jej romans.
Hertz zna Łaszowskiego, ich rozmowa o poezji awangardowej ukazała się kilka lat wcześniej w "Tygodniku Ilustrowanym". Jego atak na homoseksualistów poeta zbywa w liście do Iwaszkiewicza lakonicznym ubolewaniem. A czterdzieści dwa lata później ponownie udzieli wywiadu temu - skruszonemu już - pionierowi totalizmu w Polsce.
Jest w Sedanie mistrzowska scena konfrontacji Lamberta z brutalną gębą nadchodzącego czasu. Warszawa, 1936. Z wnętrza samochodu Adam z przyjacielem obserwują przemarsz dziarskich chłopców z mieczykami Chrobrego w klapie, to znak nacjonalistów. Na widok przywódcy z uniesioną ręką bojówki wydają okrzyk, za chwilę rozprysną się szyby sklepów, a wyciągnięty z dorożki człowiek "z długim, nieco zakrzywionym nosem" zaleje się krwią.
Tamtego popołudnia Lambert spostrzega, że linia dzieląca czoło przyjaciela od jego zaczesanej czupryny jest niewyraźna, bo kolory włosów i skóry nie kontrastują. Adam wie, że w jego przypadku tę linię rysują, jak pazurem, czerń i biel. Po Lambertach odziedziczył atramentowe włosy i rysy "zdradzające pochodzenie".
Człowiek wywleczony z dorożki szuka bezradnie okularów. Lambert chwyta za klamkę, chce wysiąść z samochodu, by mu pomóc, ale przyjaciel wstrzymuje go gestem. Zapewne przez wzgląd na tę ostrą linię włosów nad czołem, która może sprowadzić na Lamberta kłopoty.
Jest znacząca scena w Zdobyciu władzy Miłosza, książce napisanej w 1952 roku. Pierwowzorem Piotra Kwinto, oficera polityczno-wychowawczego I Dywizji, jest Paweł Hertz. Warszawa, 1945. Przyjaciel mówi do Piotra, wskazując ruiny getta: "Mój naród nie istnieje". Patrzą oniemiali na morze gruzów. "Piotr (...) czuł się winien. Wtedy, przed wojną, zapominał. Był antysemityzm, marsze Falangi, rozbijanie żydowskich sklepów. Czy robił coś, czy przeciwdziałał dostatecznie otwarcie? Nie. A przecież był człowiekiem nie najgorszej woli".
"Jestem pochodzenia obcego" - napisze w tekście Żal po Henryku Krzeczkowskim z 1986 roku.
Wywodzi swe istnienie z linii Żydów zamieszkujących tereny Prus i z linii Żydów polskich. Wynurzył się z rzeki długotrwałych procesów asymilacji i laicyzacji; polonizacji połączonej niekiedy z przyjęciem chrześcijaństwa, choć jego rodzina obrała agnostycyzm; procesów zmiany kultury i obyczajowości; utraty języka i zyskania języka; bogacenia się i kształcenia; budowania tożsamości mieszczańskiej.
"Wdzięczny jestem Leonii z Hertzów i innym moim starym żydowskim ciotkom i babkom oraz stryjom i dziadkom - napisze do Iwaszkiewicza w 1947 roku - że pozwolili, bym spadł z ich drzewa niby już dojrzały owoc".
Marek Zagańczyk: - Zapytałem go, czy przed wojną zachodził do dzielnicy żydowskiej w Warszawie. Nie, to nie był jego świat.
- Rodzice byli już Polakami - mówił w audycji radiowej. Łopieńskiej opowiadał, że kiedy nie potrafił przeczytać hebrajskich napisów na grobie dziada, ogarnął go wstyd.
Anatomię procesów asymilacji przedstawia Hannah Arendt w Korzeniach totalitaryzmu, w rozdziałach dotyczących kwestii: Żydzi a społeczeństwo w Europie Zachodniej od końca XVIII wieku. Bez tej lektury nie sposób zrozumieć, co to znaczy asymilacja, jakich przyczynia kłopotów psychologicznych i jakie wzbudza rozterki tożsamości.
To fenomenalny rozbiór kondycji "być i zarazem nie być Żydem", "być na wpół dumnym i na wpół zawstydzonym" swoją żydowskością. Subtelny opis sytuacji pariasa i parweniusza w społeczeństwie. Okoliczności, w których uchylają się "drzwi do towarzystwa" - i za jakim "biletem wstępu". Sposobów adaptacji. Drogi do konwersji. Mechanizmów kształtowania się wspólnych cech i reakcji psychologicznych, które "łącznie składają się na domniemaną "żydowskość"". Arendt: "Inaczej mówiąc, żydowskość stała się cechą psychiczną, kwestia żydowska zaś skomplikowanym problemem osobistym dla każdego pojedynczego Żyda".
Konstelacja tych uwarunkowań i zapętleń ma w wizji Arendt dwa bieguny: "Żyda w ogóle, Żyda wszędzie i nigdzie" oraz indywidualnego człowieka. Pomiędzy nimi wytwarza się napięcie dyskryminacji społecznej - "żydowskość, z której zrobiono cechę psychiczną, można było łatwo przeobrazić w występek".
Odwołując się do obrazów z cyklu W poszukiwaniu straconego czasu Prousta - i sytuacji samego pisarza oraz jego bohatera, Swanna - Arendt pokazuje, jak "występek" żydowskości i "występek" homoseksualizmu upodobniły się do siebie w świadomości społecznej. I oto narodziła się wielowarstwowa gra, "polegająca na demaskowaniu i ukrywaniu, na połowicznych wyznaniach i kłamliwych zarzutach, na przesadnej pokorze i przesadnej arogancji. (...) W tej dwuznacznej sytuacji żydowskość była dla pojedynczego Żyda zarazem fizyczną skazą i tajemniczym osobistym przywilejem, a oba te czynniki wynikały jakoby z "predestynacji rasowej"". Obraz odmalowany przez Prousta dowodzi, "że nigdzie fakt urodzenia się Żydem nie odgrywał w życiu prywatnym i codziennej egzystencji tak decydującej roli jak u zasymilowanych Żydów". Narodowość stała się ich sprawą osobistą, pisze Arendt, "ich życie prywatne, ich decyzje i uczucia stały się samym jądrem ich "żydowskości". Im bardziej zaś fakt urodzenia się Żydem tracił znaczenie religijne, narodowe i społeczno-ekonomiczne, tym bardziej obsesyjna stawała się żydowskość".
W listach do Iwaszkiewicza zdarza się Hertzowi traktować żydowskość w kategoriach "cnoty" lub "występku".
Przewrażliwienie - pisze w 1935 roku - "to jest cecha właściwa nam, Żydom, którzy zachłysnęli się polskością". Chciałby umieć odrzucić "przerafinowanie kulturalne i dekadencję" swej "rasy". Nie chce przez resztę życia wdzięczyć się do lustra "z orchideą w klapie".
Groza pogromów "nocy kryształowej" zmusi go do wyznania: "Cała ta sprawa dotyka mnie bardzo głęboko, wiesz, że nie sprzyjam specjalnie Żydom tam, gdzie są bezczelni, niekulturalni i wykorzystujący swoje położenie dla zysków takich czy innych, pierwszy zamknąłbym redakcję "Naszego Przeglądu" i w humanitarny sposób przesiedlił tych wszystkich, którzy z racji odwrotnego sposobu myślenia nigdy nie zasymilują się z europejską kulturą ani tym bardziej z żadną z jej narodowych części. Sprawy niemieckie przekraczają jednak wszystko, co można sobie wyobrazić".
W poświęconym mu wspomnieniu Rozumny obrońca klasycznego rymu Miłosz szkicuje tło młodości poety - różne warianty żydowsko-polskich zawęźleń oraz polaryzacje językowe w ponadtrzymilionowej społeczności Żydów polskich. Na jednym biegunie Tuwim i Słonimski, na drugim Singer. Asymilatorzy, syjoniści, kosmopolici o lewicowo-rewolucyjnej orientacji... "Jego koledzy poeci - pisze - Stanisław Jerzy Lec, Zuzanna Ginczanka, Jan Śpiewak, w komunizmie szukali nadziei na społeczeństwo bez rasowej dyskryminacji. Krzysztof Kamil Baczyński (...) rozwiązywał problem swojej żydowskości i polskiego języka, opowiadając się za trockizmem".
Mówi Marek Radziwon, autor biografii politycznej Iwaszkiewicza: - Fascynacja młodego Hertza wielką poezją klasyczną i wielką kulturą klasyczną mogła wynikać - choć to ryzykowne stwierdzenie - z potrzeby ucieczki w klasycyzm od swojego żydowskiego pochodzenia. Chciał wejść w kulturę europejską tak głęboko, żeby odbić się raz na zawsze od żydowskiego mieszczaństwa, z którego się wywodził.
"Chciał być paryżaninem i Europejczykiem - choćby po sezonie - pisze Miłosz. - Czytał Prousta, André Gide'a, Jeana Cocteau. Warto zauważyć, że wtedy istniało zjawisko zasługujące na analizę i osobną nazwę: "homoseksualizm kulturowy"".
Arendt: "I prawdą jest, że (...) w zachowaniu żydowskiej koterii ujawniała się taka sama obsesja jak we wzorcach zachowań charakterystycznych dla homoseksualistów. Obie grupy (...) usprawiedliwiały się nieustannie nie z tego, co czyniły, lecz z tego, czym były".
Trzy lata po swoim chrzcie, próbując wyjaśnić w bardzo osobistym liście motywy tej decyzji, Hertz dotknie wrażliwego węzła polsko-żydowskiego. Oto jak z perspektywy 1985 roku postrzega siebie młodego w endeckiej Polsce lat trzydziestych. Adresatem listu jest przyjaciel w Stanach Zjednoczonych Aleksander Leyfell, poznany w czasie wojny w Samarkandzie.
"Owa "przegroda", z której zawsze zdaję sobie sprawę, nigdy mi nie przeszkadzała, nie byłem przedmiotem dyskryminacji, nie doznawałem przykrości z jej powodu, tak się bowiem to w moim życiu ułożyło. Nigdy też nie zapierałem się swojego pochodzenia, przeciwnie, zajmowało mnie to bardzo i zdawałem sobie sprawę, że taki czy inny, choćby symboliczny związek z narodem Księgi jest moim wielkim dobrem, pomaga mi rozumieć wiele rzeczy w obrębie społeczności, w której moja rodzina przed przeszło stu laty się zasymilowała i z którą wszystko mnie wiąże poprzez język i historię. Względy więc zewnętrzne, cywilizacyjne nie odegrały tu żadnej roli. Od wczesnej młodości byłem przyzwyczajony do tego, że mnie akceptowano takiego, jakim byłem, nie musiałem z niczym się kryć ani niczego zapierać. Z pewnością był to przypadek szczęśliwy (?) i był w małej mierze moją zasługą. Od dzieciństwa byłem w szkole protestancko-katolickiej, narodowej w dawnym stylu, na zasadzie numerus clausus, z którego wtedy niezbyt zdawałem sobie sprawę. Potem bardzo szybko wszedłem w środowisko, gdzie te sprawy nie odgrywały roli, a w najostrzejszym zadrażnieniu owej sprawy byłem tu nieobecny".
Raz jednak, wspominając po wojnie swe gimnazjum imienia Mikołaja Reja, powiedział Marii Iwaszkiewicz, córce Jarosława: - Jeśli w klasie jest trzech prymusów i wszyscy trzej są Żydami, to reszta ich nienawidzi.
Ówczesna Warszawa w oczach Aleksandra Wata: "miałem to poczucie, które miał każdy Żyd, choćby najbardziej zasymilowany, tę absolutną pewność, że jak się odwrócisz, to tam, za plecami, przyjaciele mówią: "Ten Żyd!"".
Jesienią 1938 roku Hertz wyjeżdża do Paryża. Ma nadzieję, że będzie mógł doskonalić się duchowo, bo pośród "pokus łatwiej jest o czystość niż w warszawskim błotku". Mieszka przy rue Servandoni, nieopodal Pałacu i Ogrodu Luksemburskiego.
"luksemburski poranek i bulwar z opalu:/ znużenie po miłości i spokojna praca".
Rano spacer do Ogrodu Luksemburskiego, potem kąpiel, kawa, pisanie, tłumaczenie Cocteau, lektura. Tryb życia jak Sienkiewicza u szczytu sławy - relacjonuje Iwaszkiewiczowi. Zapisał się do École des Hautes Études Internationales, żeby uzyskać jakiś certyfikat. Mógłby zostać potem pierwszym sekretarzem ambasady palestyńskiej w Warszawie... Ale zaliczy nie więcej niż trzy wykłady.
Widoki, którymi niegdyś sycił oczy, przekładając pocztówki w szufladzie matki, stanowią teraz naturalną ramę jego życia. Już zadomowiony, grymasi, że na koncertach ciągle Liszt, którego nie znosi; w teatrze Čapek - coś w sam raz dla warszawskich intelektualistów; a Fidelio lepszy niż widziany w operze wiedeńskiej przed trzema laty.
Oto i matka. Rodzice odwiedzają go i prowadzą do miejsc, w których mieszkali przed I wojną światową. Pokazują bramy domów i okna... "Matka moja, oparta o okno wysokie,/ patrzy na dzień różowy i na młodość chmurną/ i odwraca się, goniąc za lekkim obłokiem;/ młodość mija i pamięć obłoku jest urną".
Rodzi mu się projekt powieści pokazującej proces przechodzenia od mieszczaństwa ku "klasie intelektualistycznej". Kiedy bohater - młodzieniec w aurze "specyficznego erotyzmu" - osiąga najwyższe kręgi wolności, zaczyna rozumieć, że "należy żyć w sposób najprostszy i pozbawiony ornamentów". Szkic brzmi jak antycypacja drogi duchowej Adama Lamberta - i własnego losu.
Tymczasem cieszy się "grecką harmonią". "Pod Paryżem, zbudzeni z ogromnego snu,/ patrzymy, nieruchomo zastygli w pościeli,/ jak się dwie chłodne zorze skradają ku tłu/ szafirowego nieba, które świt wybieli./ (...) Tu włosy kędzierzawe mówiły o bitwie,/ napięte łuki ramion śpiewały zwycięstwo" - pisze w jednym ze swoich wierszy. Do Iwaszkiewicza: "Kuszowałem z niejakim p. Dupas, potomkiem heroiny Twego dramatu, przez obrzydliwy snobizm oczywiście".
Nawet nie niepokoją go symptomy nawrotu dawnej choroby: bezsenność i lęk przed przestrzenią. W te same dolegliwości wyposaży Adama Lamberta z jego paryskiego okresu: bezsenną nocą rzeźba w jego pokoju schodzi z postumentu. Lambert słyszy też głosy i obawia się otrucia. Hertz uznaje swą neurastenię za błogosławieństwo - ułatwia mu odbiór sztuki; "zresztą jestem zupełnie szczęśliwy (...) - donosi Iwaszkiewiczowi - nie mam absolutnie żadnych pragnień poza spokojnym życiem w Paryżu".
Zgoła inaczej swój Paryż odczuje Adam Lambert. Sodoma próżniaczego życia. Sodoma mętnej konsystencji duszy i umarłej powłoki. Sodoma wytartych konwencji i błahości relacji międzyludzkich. Rozmowy jak kiepska literatura, "intelektualny barok". Milczenie o sprawach najważniejszych. Dzień - powie Lambert - "był już tylko poczekalnią nocy".
A noc "wiązała smukłe nogi i rozwinięte jak skrzydła ramiona". Poranek rozplątywał "gordyjski węzeł muskułów i śniadej skóry". Potem kawiarnie Saint-Germain, Luwr, biblioteki. Stan między jawą a snem.
"Rankiem wraca we fraku, krzywiąc smukły obcas,/ marzy o rąk spotkaniu, o uśmiechu tkliwym/ i w ogromnym Paryżu przypomina chłopca/ brodzącego w zetlałym popiele Niniwy".
- I tak mi się wydawało - powie Hertz Łopieńskiej - że ten mój sposób życia - czytanie, oglądanie, chodzenie, spotykanie ludzi - będzie trwał wiecznie.
Piotr Kłoczowski: - To jest emigrancki, kosmopolityczny Paryż, do którego po 1933 roku napływają uciekinierzy z Niemiec, z Austrii, Joseph Roth, Hannah Arendt, Walter Benjamin... Rozmawialiśmy o tym z Hertzem.
W jego hotelu Pod Zjednoczonymi Księstwami na ulicy Servandoniego mieszkała krótko przed nim Arendt.
Na wieść o rozbiorze Czechosłowacji Hertz pisze do Iwaszkiewicza w listopadzie 1938 roku: "to wszystko jest jak zły sen, z którego nie można się obudzić. (...) Spotykam tu masami emigrantów z Austrii, Czechosłowacji i Niemiec, ludzi zniszczonych, zaszczutych (...). Paryż uczy tolerancji i wielkiego współczucia".
Wreszcie dostrzega tych spod pokładu, "ciężkich na dole", u wioseł, "u korzeni splątanego życia", jakby pękła jego martwa powłoka. Już nie ściera z powiek ludzkiego utrudzenia ani nie usiłuje "ustrzec wylęknionej duszy/ Od milczenia spadających gwiazd". Powoli odsłania mu się sens słów Hofmannsthala: "Z moim losem wiele losów się splata,/ Wszystkie snuje w nieładzie istnienie".
Idzie przez Paryż, by "noc spotykać", ekscytującą i "powolną", lecz na placu Republiki, gdzie krzyżują się hasła "liberté egalité fraternité", spotyka "hiszpańskiego apollo" z gitarą. Zatrzymuje się i słucha gry, która - jak napisze w wierszu Przyjaciołom Hiszpanom - "łączy gorycz ze szczęściem ludowej muzyki". Wezwanie do wolności, równości i braterstwa obchodziło go dotąd o tyle, o ile bezpośrednio zagrażało jego sytuacji "między książeczką czekową a książką Prousta". Lewicę wyobrażał sobie jako formację z nożem w zębach. Demokrację liberalną miał za poczciwą i słabą, zagrażającą stabilności świata, a w każdym razie stabilności jego klasy. Popadał nawet - przyzna po wojnie - w bałamutne ideologie; "szukaliśmy ochrony w kruchtach kościelnych, w umacnianiu dyktatury mieszczaństwa, w faszyzmie!" - napisze w "Kuźnicy".
Teraz, w Paryżu, na widok wygnańca z faszystowskiej Hiszpanii przychodzi mu na myśl "jego" Hiszpania - doznania estety przed obrazami El Greca - oraz republikańskie, antyfaszystowskie zawołanie bojowe: nie przejdą! "no pasaran za murem radości jest prado/ jeśli miłości nie mam poję się nadzieją/ w szwajcarskim banku obrazy czernieją/ o greco twoja zieleń to jest moja radość".
W Sedanie przedstawi ówczesnego siebie w pozie Adama Lamberta: wciąż jeszcze trzyma się nogami solidnego mieszczańskiego gruntu, ale już wychyla się z okna historii. Pejzaż w dole tworzą dymiące tygle Hiszpanii i Czechosłowacji, w których jak wosk topią się liberalizm i demokracja. Młyńskie koła bolszewizmu i faszyzmu już się obracają.
W paryską noc wybuchają strofy jego wiersza Przyjaciołom Hiszpanom, gorące, zaangażowane, inne niż wszystko, co pisał dotychczas: "milczenie obłoki kusi jak leżąca ruda/ dziewczyna o fabryko kocham łono twoje/ w wąwozy pirenejskie wkraczam jak w twe uda/ śpiewam pokój pomiędzy zorzą wszystkich wojen/ (...) gitara to jest pokój wojna to jest ruda/ nafta węgiel i złoto szum motorów diesla".
Wreszcie puenta, w której Hertz każe takim jak on - zbyt szczęśliwym na paryskim bruku, zajętym smakowaniem sztuki El Greca - zamilknąć; "gdy wąska brama wolności zamknięta/ mała modystko sztuczny kwiat za centa/ złóż na chłodnym marmurze triumfalnego łuku".
Ów hołd hiszpańskim emigrantom opublikuje w lewicowych, lwowskich "Sygnałach" latem 1939 roku, wraz z wierszem Rue Daguerre, o podobnej temperaturze i kolorycie. Po wojnie utwory nie zostaną przedrukowane. Ich znalazca Piotr Mitzner uważa, że są ważnym gestem poety, znakiem jego reakcji etycznej i zwiastunem powojennych wyborów ideowych.
"o rue Daguerre tu ciemnym przechodząc pasażem/ zdarłem krawat jak wawrzyn krawat który zdradza/ że nie jestem szoferem woźnicą tragarzem/ lecz że jest we mnie pieniądz pycha złość i władza/ (...) uciekasz tędy pycho na szczudłach ze złota/ unosząc dumnie czoło jak władzy emblemat/ i srebrny pada pieniądz na pościele z błota".
W "Kuźnicy" napisze: "patrząc na tragedię tych ludzi (...), zacząłem trzeźwieć z uroków totalizmu i dyktatury". Tych ludzi, czyli sprawiedliwych w Sodomie, do których próbował się zbliżyć - zapewnia w Sedanie - "wśród tłumów w wielkich salach wiecowych, w rozmowach z dorożkarzami, w robotniczych dzielnicach paryskich".
Ale Iwaszkiewicz, tuż przed wojną, wątpi w jego otrzeźwienie. Ich relacje rozluźniają się z powodu - jak po latach ujmie to pisarz - "faszystowskich "manier" i popisów" Hertza.
Parę minut spacerem od rue Servandoni, w Hôtel d'Isly przy ulicy Jacob, mieszka Józef Rajnfeld. Spotykają się prawie codziennie. Artysta maluje temperą, na podłużnej desce, portret Hertza w stylu Modiglianiego. Chodzą do Café de Flore. Obiady jedzą w taniej restauracyjce Au Petit Saint-Beno?t - Rajnfeld zawsze jest bez grosza. Są stałymi gośćmi w Luwrze i galeriach sztuki nowoczesnej. "To Józef nauczył mnie patrzenia na obrazy", przyzna Hertz.
Rajnfeld jest jednym z tych młodzieńców, którzy już w pierwszych listach wyznawali Iwaszkiewiczowi uwielbienie, jak uczynią to później Miłosz i Hertz. Jego matka, Hela z Becherów Rajnfeldowa, podobnie jak Paulina Hertz, prosiła Iwaszkiewicza, by wpłynął dobroczynnie na syna: - Niech mi pan powie, co on z tego będzie miał? Załamywała ręce nad jego pasją malarską, która pchnęła go do Paryża. Dom był skromny, kupiecki; ojciec, Ignacy, miał skład koszul na Nalewkach. Młody artysta, który Rimbauda i Apollinaire'a przytaczał w nienagannym francuskim, a poezję Lechonia i Iwaszkiewicza omawiał z subtelnym znawstwem, zmagał się z "kompleksem "warszawskim"". Dusił się w swojej rodzinie i w Polsce. Nie znał ani jidysz, ani hebrajskiego, a atmosfera Warszawy lat trzydziestych brzydziła go.
Gdyby się tam znalazł, pisał do Iwaszkiewicza z Paryża w 1933 roku, jadłby śledzia z cebulą i macę z szynką, a od polskiego życia byłby "siłą stosunków" odcięty. "Chyba to rozumiesz".
Jednak przyjeżdża. I zaraz chce wracać "do wolności", bo tutaj ma poczucie jałowienia; "ani jednego pięknego człowieka", mężczyźni "tak przeraźliwie brzydko ubrani. (...) Może jest wieś piękna, ale Warszawa - bardzo, bardzo terne [blada]". W domu razi go "tonacja głosów, ciągnienie z żydowska" i rodzaj mierności, którą udźwignęłoby tylko pióro Balzaka. Mają tu dla niego życzliwą pogardę - żali się - jak dla garbatej córki, bo jest "nie zarabiający". Mówią nie słowami, lecz liczbami... Rajnfeld już przed laty określił swój stosunek do mentalności kupieckiej: "a co do przyszłości materialnej, to ją pierdolę, nie wiem, czy za rok będę żył".
Źle znosi siebie w Warszawie. Wyczuwa w sobie podejrzaną "limfatyczność", złe krążenie krwi, bezpłodny smutek. "Jestem prawie ładny, prawie brzydki, prawie mądry, prawie idiota, prawie zdrów...". Jeśli miałby tu zostać, wolałby samobójstwo.
Takiego - w wielkim podrażnieniu nerwów, w wiecznym rozdarciu i nędzy, mimo możnego protektora z włoskiej arystokracji - poznaje go Hertz w Paryżu. Uroda oryginalna, ni to Włoch, ni Grek, czarne kręcone włosy, okrągła, chłopięca twarz, długie rzęsy, strzelista szyja, wąskie biodra; "piękny i czarny jak Mulat" - napisze Iwaszkiewicz. Podczas pobytu obydwu w Norymberdze latem 1932 roku, gdy narodowi socjaliści parli do zwycięstwa w wyborach do Reichstagu, postać Rajnfelda wzbudzała nienawiść. W swych włóczęgach po Europie drugiej połowy lat trzydziestych - od faszystowskich Włoch, przez Niemcy, po Hiszpanię - artysta czuje narastające osamotnienie i grozę. "Nacjonalizm (który jest formą oficjalną i śmierdzącą patriotyzmu) - pisał do Iwaszkiewicza w listopadzie 1936 roku - przybiera dziś takie formy, że absolutnie odbiera ochotę "bycia" Polakiem, Francuzem, Włochem lub Żydem. Wiesz, jak bardzo kocham Słowackiego, ale równie z nim Baudelaire'a...". Z San Gimignano, wstrząśnięty: "nadeszła tu wiadomość o wzięciu Madrytu przez faszystów".
Jest starszy od Hertza o dekadę. Podsuwa mu lektury: dziennik Delacroix i pisma o sztuce Baudelaire'a. Uczy go szukać w obrazie nie tego, co namalowane, lecz tego, co w głębi, ukryte.
Czy to Rajnfeld składa się, po części, na postać malarza Stet. z Sedanu, z którym Adam Lambert spotyka się codziennie? Stet. mieszka nieopodal, na ulicy Princesse. W jego nędznej pracowni są tylko sztalugi, żelazne łóżko i przypięte na ścianach kopie szkiców Modiglianiego popstrzone przez muchy.
Utalentowany młody artysta Stet. oraz wybitny pisarz Jouh., z którymi Lambert obcuje w Paryżu, ukryci w Sedanie pod pierwszą sylabą nazwiska, istnieli naprawdę. W tekście Partia inteligencji francuskiej, drukowanym w "Kuźnicy" w lutym 1946 roku, Hertz przywołuje ich w scenie pożegnania, gdy tuż przed wojną odjeżdża z Gare de l'Est do Polski. Jacques St., malarz, syn znanego paryskiego antykwariusza, i Marcel Jouh., autor powieści, współpracownik "Nouvelle Revue Française", udzielają mu błogosławieństwa na drogę, on zaś wykłada im swoje credo. Wierzy, że Zachód jest opoką cywilizacji. Wierzy w prymat kultury francuskiej, której świadectwem jest Paryż.
Nietrudno rozszyfrować nazwiska: Stet. to Jacques Henri Stettiner, Marcel Jouh. to Marcel Jouhandeau.
Stettiner na portrecie pędzla Pavla Tchelitchewa (Pawła Czeliszczewa), swego kochanka, zatopiony jest w szarym smutku. Rysy twarzy dążą ku lewej stronie obrazu, jakby pociągane przez niewidzialne nitki. Jeśli wierzyć Adamowi Lambertowi, Jacques prowadzi się swobodnie, sypia do południa, poi cydrem uliczników, by służyli mu jako modele. I wyprawia się z Marcelem Jouhandeau do podejrzanych lokali koło Dworca Lyońskiego. Nie dostaje renty - jest skłócony z ojcem.
Ojciec, Oscar Stettiner, ma galerię przy reprezentacyjnej avenue Matignon, a wśród zbiorów cenny obraz Modiglianiego Siedzący mężczyzna z laską. Niebawem kolekcję skonfiskują Niemcy jako mienie żydowskie, podlegające "aryzacji" (Arisierung).
Na razie Jacques Stettiner, Marcel Jouhandeau i Paweł Hertz mają zaledwie mgliste przeczucie katastrofy. Wojna odmieni losy. Malarz zniknie z okupowanego Paryża. Powieściopisarza uwiodą nazistowskie Niemcy. Poetę wessie Rosja sowiecka. Marszand ukryje się w Dordonii. A jego obraz mężczyzny z laską osiągnie w XXI wieku wartość dwudziestu pięciu milionów dolarów i będzie przedmiotem ciągnących się latami procesów o prawa własności.
Sodoma jeszcze się bawi. W kawiarniach poeci wciąż budują "konstrukcje z łyżeczek i spodków", pisze Hertz w Sedanie. Jouhandeau - łysy, brzydki i źle ubrany zdaniem Lamberta - adoruje Stettinera, owładnięty gwałtownym uczuciem. Jest rozdarty: ma żonę, a do tego wykłada w katolickim liceum Saint-Jean-de-Passy w najbogatszej, XVI dzielnicy Paryża. Dba jeszcze o "opinię", ale w lipcu 1944 roku wyda Chronique d'une passion - zapis swej namiętności. Jego wcześniejszą książkę De l'abjection, w której kwestię homoseksualizmu rozważa z punktu widzenia moralisty, Lambert zabierze do Warszawy i przeczyta pod bombami.
Spacerując z Jouhandeau po Paryżu, Hertz ma zapewne świadomość, że obcuje z autorem książki Le péril juif. Ta niewielka publikacja w żółtej, miękkiej okładce, z 1937 roku, zawiera trzy artykuły, które Jouhandeau wydrukował w skrajnie prawicowych gazetach "L'Action Française" i "Je suis partout". Na trzydziestu stronach wyjaśnia, jak stał się antysemitą i na czym polega tytułowe żydowskie zagrożenie. Zagrożenie ze strony rasy najstraszniejszej: nieokrzesanej i chciwej; rasy lwa o sercu szakala; rasy, której Francja stała się łupem i ofiarą.
Charakteryzuje Żyda jako doskonałego pasożyta, nieśmiertelną wesz: biblioteczną i kurzą, wesz na jedwabiu, wełnie i w zbożu, wesz Francji i Anglii, wesz Europy i całej ziemi...
Nie jest w swych sądach odosobniony, antysemickie teksty publikuje w tamtym czasie sławny autor Podróży do kresu nocy - Céline. Takim powietrzem Hertz oddycha w kręgu Jouhandeau.
"Gdybym pozostał na Zachodzie, może współpracowałbym z faszystami, jak Jouh. - stwierdza Lambert - może popełniłbym samobójstwo, jak Stet., w małym studenckim hotelu przy ulicy Princesse, tuż koło kościoła świętego Sulpicjusza".
Jacques Stettiner nie popełnił samobójstwa. Zmarł w Bergerac, w Dordonii, w 1979 roku.
Kiedy na wiosnę 1940 roku Niemcy rozpoczną ofensywę na froncie zachodnim, Rajnfeld poczuje na szyi żelazny uścisk. "Przeczuwał nieszczęście, które miało go spotkać" - napisze po latach jego przyjaciel Doda Conrad (Konrad Freund), śpiewak. W ich ostatniej rozmowie Conrad poradzi artyście, by wstąpił do armii polskiej w Coëtquidan.
W dniu ewakuacji ambasady polskiej z Paryża Rajnfeld błaga Jana Lechonia, attaché kulturalnego, by umożliwił mu ucieczkę z personelem dyplomatycznym. Znają się, byli kochankami. Lechoń odmawia. Po wojnie napisze w dzienniku: "nie był mi tak bliski, abym miał robić dla niego to, czego nie mogłem zrobić i nie zrobiłem dla innych (...). Myślę ze wstydem, że jego chorobliwy strach - zamiast mnie przejąć współczuciem - zbrzydził mnie".
Rajnfeld zmiesza się z tłumem tysięcy uciekinierów zmierzających ku granicy z Hiszpanią. Po sześciuset kilometrach, wycieńczony, schroni się w Dordonii, niedaleko Bergerac, w Sainte-Foy-la-Grande. Siedemnaście kilometrów dalej, w La Force, ukrywa się Oscar Stettiner. Gdy 12 lipca Rajnfeld usłyszy wkraczających do wsi Niemców, popełni samobójstwo.
W tym czasie we Lwowie Hertz siedzi więzieniu zamarstynowskim.
Do granicy francusko-hiszpańskiej dotrze z grupą uchodźców Walter Benjamin. W pirenejskim Portbou zatrzyma ich straż, gotowa - jak się później okaże - za łapówkę puścić ich dalej. Ale Benjamin, przerażony wizją wydania go w ręce niemieckie, nocą 26 września 1940 roku zażyje środki nasenne, a wedle innej relacji wstrzyknie sobie śmiertelną dawkę morfiny.
Miesiąc później gotowy jest akt oskarżenia Hertza, oparty głównie na artykule Liryka proletariacka, opublikowanym w "faszystowskiej młodzieżowej gazecie" "Polityka" - "Bunt Młodych" - tak w wypisie z protokołu numer 146 OS NKWD ZSRR określa się pisma Giedroycia. Paragraf: propaganda antysowiecka; element społecznie niebezpieczny (socjalno-opasnyj elemient). Niebawem poeta dostanie do ręki siekierę, będzie rąbał las.
4 października 1941 roku wyruszy z Paryża pociąg hańby z grupą literatów zaproszonych przez Goebbelsa na kongres pisarzy europejskich w Weimarze. Pojadą Drieux la Rochelle, Robert Brasillach, Abel Bonnard, Ramon Fernandez, Jacques Chardonne i inni sympatycy III Rzeszy, a wśród nich Marcel Jouhandeau. Będą debatować o nowej Europie. W grudniowym numerze "Nouvelle Revue Française" ukaże się sprawozdanie Jouhandeau.
Mniej więcej wtedy Hertz, zwolniony z obozu we wrześniu 1941 roku na mocy układu Sikorski-Majski, dotrze do delegatury ambasady RP w Ałma-Acie. Na jej zlecenie będzie organizował szkoły polskie w Kirgizji.
Po wyzwoleniu Paryża, jesienią 1944, nazwisko Jouhandeau znajdzie się na liście stu kilkudziesięciu pisarzy i dziennikarzy kolaborantów. Ominie go czystka (épuration). Dożyje sędziwego wieku. Będzie udzielał wywiadów. Umrze w 1979 roku, pół roku przed Stettinerem.
Czy spotykali się z Hertzem po wojnie?
Kim jest mężczyzna, o którym poeta wspomina w marcu 1961 roku w liście do Zygmunta Hertza: "Mój Francuz pisał, dopytując się, kiedy przyjadę"? Kim jest "przyjaciel Francuz" z eseju Źródło Vaucluse'y, który "długim, pięknym samochodem" wiezie go doliną Rodanu do wsi prowansalskiej, na spotkanie "wspólnych starych znajomych"? Kim są owi znajomi, znudzeni nadmiarem pieniędzy i Paryżem, których zapamiętał z dawnych dni, gdy byli młodzi, weseli i beztroscy?
Broszura Jouhandeau Le péril juif żyje. Jej pierwsze wydanie papierowe dziś kosztuje w sieci 600 euro. Jest też dostępna za darmo w formie elektronicznej. Łatwo natknąć się na edycję z 1972 roku, z dopisanym przesłaniem autora. Jeśli nie jest to "fałszywka", Jouhandeau we wstępie zatytułowanym Ultima verba, ostatnie słowa, dowodzi, iż rację miał pod koniec lat trzydziestych, ostrzegając Francję przed żydostwem.
W La Force żyje siostrzeniec Jacques'a Stettinera Philippe Maestracci, rolnik. Jako jedyny wnuk Oscara i jego spadkobierca walczy o odzyskanie obrazu Modiglianiego. Urodzony pod koniec wojny. Bywał w Paryżu u wuja, w jego mieszkaniu przy ulicy Wiktora Hugo. - Nic mi nie wiadomo - mówi - by miał przyjaciela z Polski.
Wojciech Karpiński pozna Hertza w 1965 roku, zbliży ich stosunek do kultury, zaprzyjaźnią się: - Jestem prawie pewien, że po wojnie nie spotykał się z Jouhandeau ani ze Stettinerem. Mogę za to powiedzieć, kogo nazywał "mój Francuz". To określenie pojawiało się w naszych rozmowach w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jako paryski adres Pawła Hertza. To Pierre Latscha, rue du Val de Grâce.
Kwietniowy dzień 1939 roku. Przy kawiarnianym stoliku siedzą Juliusz Żuławski i Paweł Hertz. Poeta hamletyzuje: wracać czy nie? Urządził się już w Paryżu, ma trochę mebli i rysunków, ma swój księgozbiór - głównie poetów francuskich, i ma przyjaciół. Może do Warszawy pojedzie tylko na wakacje?
Ich następne spotkanie odbędzie się w powojennej Łodzi, w redakcji "Kuźnicy".
Tamtej wiosny układa ciemne wiersze, jakby jego poezja znała przyszłe wypadki. "Na morze niecierpliwe piękny spada Ikar,/ (...) Kwiecień/ kończył się, ciepłe zmieniano odzieże,/ mgieł szale i obłoków futra na lazury,/ (...) o Ikarze nie myślał nikt".
Poeta jest mniej przenikliwy od swej poezji. "Europa miała być porwana - powie Adam Lambert - a my nic o tym żeśmy nie wiedzieli, choć wisieliśmy nad nią jak te amorki na obrazie".
Hertz nie rozumie powagi sytuacji. "Bieżące sprawy niemieckie" stara się oceniać, "nie wpadając w ekstremy", jak to zazwyczaj czynią osoby jego pochodzenia - wyjaśnia Iwaszkiewiczowi. Jeśli odczuwa przykrość, to z powodu kultury niemieckiej, która jest w nim "silnie zaznaczona". Wyzbywa się zresztą tej jednostronnej skłonności i świadomie zanurza w kulturze francuskiej.
Stryj Hieronim ostrzega Lamberta: "- Cały ten kontynent niewart dziś funta kłaków. Zobaczysz, co się tu jeszcze będzie działo".
W Paryżu upał. "Pełne lato. Francja raj okradła/ z pąsowych róż,/ (...) Jak dziewczyna karminem wargi karmi/ i oszukuje czas./ Jaka groza! Miesza farby burza".
Pod koniec lipca Hertz wsiada do pociągu na Gare de l'Est. Wymienia ostatni uścisk dłoni z Jouhandeau i Stettinerem.
Adam Lambert daje się kołysać rytmowi pociągu. I nagle przeszywa go myśl, że jedzie w złym kierunku! W stronę klęski.
"Czas, aby puste miary starł/ i końców wierszy swych nie gładził,/ i poznał głód, i pot, i skwar,/ i nowe pieśni wyprowadził".
Warszawa dyszy w upale. Lato jest rozkoszne i Hertz pragnie się nim cieszyć. Jedzie do Gdyni. Rozmija się z Aleksandrem Watem, który z Jastarni wraca z rodziną do stolicy. W Juracie i Jastarni bawi właśnie kuzyn Hertza, Zygmunt, ze świeżo poślubioną żoną, Zofią, ale z Pawłem się jeszcze nie znają.
Wyprawia się do Wolnego Miasta Gdańska, a nad jego głową wściekle łopocą flagi ze swastyką. Noce są piękne, niebo gwiaździste.
Na południowo-wschodnim krańcu Polski, sto kilometrów od Stanisławowa, absolwent gimnazjum Herman Gerner szkoli się na obozie wojskowym w Worochcie. Ta miejscowość w Karpatach nazywana jest drugim Zakopanem.
W Zakopanem Iwaszkiewicz spotyka na Kalatówkach Tuwima, a na Krupówkach Witkacego. Groza wisi w powietrzu i popycha ludzi z miejsca na miejsce, jakby nieustanny ruch miał ich ocalić przed przeznaczeniem. Bawią się, ale wewnętrznie są strwożeni. W ostatnią niedzielę sierpnia w Stawisku trwa przyjęcie: Miłosz, Stanisław Baliński, Antoni Sobański, Wanda Telakowska... Od fortepianu Baliński śpiewa szlagiery dwudziestolecia: Co pani ma tam pod sukienką... Ja się boję sama spać... Panowie proszą panie do tanga...
Mobilizacja. Rekwirują konia w Stawisku. W pociągu do Warszawy Hertz całą noc stoi w tłoku na korytarzu. To nowe doświadczenie napawa go zdumieniem, bo bilet pierwszej klasy zawsze dotąd otwierał przed nim drzwi do komfortu. Wciąż jeszcze czuje się przeznaczony do "krzesła/ Przy sybillach...". Wreszcie hotel Victoria na Jasnej, jest poranek 28 sierpnia. Hertz nalewa sobie wody do wanny wpuszczonej w podłogę łazienki.
Rodzice nie dramatyzują. Obeznani z kulturą niemiecką, zaznajomieni z uprzejmymi dyrektorami i inżynierami niemieckich fabryk chemicznych, czekają na rozwój wypadków. Za parę dni ze zdziwieniem przyjmą decyzję syna o ucieczce na wschód.
Gdy Hertz zjada swój ostatni obiad u Simona i Steckiego na Krakowskim Przedmieściu, nad Warszawę nadlatują pierwsze bombowce. "Ta zwierzęcość naszych nieprzyjaciół" - notuje Iwaszkiewicz w dzienniku. Przewidział ją i opisał jeszcze w okresie zaślepienia kręgiem Georgego i w fazie własnego "lechickiego biologizmu", w wierszu Do przyjaciela wroga: "Lecz jeśli kiedy staniemy/ Naprzeciw siebie z orężem,/ Pamiętaj, że będziemy/ ja mężem i ty mężem./ (...) W zderzeniu piorunowym miłość się nasza ziści -/ Pamiętaj - większa siła/ Jest zawsze w nienawiści".
Po drugiej stronie frontu znajduje się jego przyjaciel Günther Eten, którego niedawne egzaltacje na temat duszy słowiańskiej unoszą się jeszcze w powietrzu. Że l'âme slave zachowuje zapach rozległych puszcz; że wiedzie przez tajemnice nieposkromionej natury wzdłuż Wisły, Donu i Wołgi; że Niemcy - ludzie jaśniejszych stref - zawsze będą kochać Wschód.
Hertz nigdy jeszcze nie przekroczył linii Wisły i kiedy 6 września posuwa się zatłoczoną drogą w kierunku Brześcia, znów jest "turystą świata". Czy zabrał swe wykwintne ubrania? Szlafrok z wielbłądziej wełny? Jeśli tak, porzuci je pod Terespolem, wraz z upodobaniem do mocnej, gorzkiej herbaty podawanej w cienkiej porcelanie. Będzie musiał porzucić też wiele innych zamiłowań. Na razie w przygodnym domu uczy się pić słabą herbatę, ze szklanki, z cukrem zamieszanym cynową łyżeczką.
Dociera do majątku kuzynów w Stradeczu (dziś na Białorusi). To własność rodziny ze strony matki Hertza. Jej wuj założył tu przed I wojną wielką hodowlę karpi.
Porośnięte trzciną stradeckie stawy i pełen uciekinierów dom z gankiem zagrają w Sedanie rolę gniazda rodziny Lambertów. Bez zbytniej charakteryzacji. Nazwa folwarku też pozostaje ta sama - Stradecz. I nazwa gminy - Miedna. W scenografii jelenich rogów na ścianach, rosyjskich dyplomów za szkłem i ciężkich mebli Hertz bez rodzinnych sentymentów, zimnym piórem, zbuduje sytuację kresu. Jeszcze rozbrzmiewa gong na obiad, jeszcze nabija się fajki holenderskim tytoniem, ale już cień zasnuwa stawy i dom... I gospodarzy wraz z gośćmi przemienia w upiory. Autor Sedanu nie okaże im litości. Małostkowi i źli, pretensjonalni i zakłamani, wciąż nie rozumieją, że to koniec epoki i ich własny. Z każdego kąta ciągnie zepsuciem, kompleksem i resentymentem. A kiedy białoruscy chłopi, ośmieleni wkroczeniem bolszewików, spuszczą wodę ze stawów w akcie sprawiedliwości dziejowej, na dnie ukażą się "pozieleniałe ze starości karpie" i rozejdzie się zapach zgnilizny. Koniec Lambertów.
Tak Hertz porachuje się ze swą sferą, lecz dopiero po wojnie. Na razie posila się gotowaną rybą - nic innego już nie ma - i prowadzi uprzejmą konwersację. Bo ceni sobie "politurę wychowania". Na jego oczach Stradecz, jak miniatura Polski - po trochu szlachecka, wojskowa i chłopska, mieszczańska i inteligencka, żydowska i klerykalno-narodowa - ginie.
Po latach Hertz powie żartobliwie, że znalazł się wówczas między Mołotowem i kowadłem. Mowa sowieckiego komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa zagrzmiała z głośników w pobliskim Brześciu, a 22 września odbyła się tam wspólna defilada Armii Czerwonej i Wehrmachtu.
Hertz skierował się do Lwowa. Czy wymknął się ze Stradecza tak jak jego bohater Adam Lambert, bez pożegnania i w przekonaniu, że opuszczać skazanych przez historię nie jest zdradą?
[...]
Redakcja: Jan Cywiński
Korekta: Danuta Sabała
Projekt okładki: MaKaKa
Ilustracja na okładce: Pavel Tchelitchew, Untitled (Seated Man, Multiple Images), 1927 - dzięki uprzejmości Michael Rosenfeld Gallery
Skład: Maciej Trzebiecki
Fotoedycja: Katarzyna Bułtowicz
Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała
Redaktor prowadzący: Karolina Mikulicz
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Copyright ? by Agora SA, 2019
Copyright ? by Magdalena Grochowska, 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2019
ISBN: 978-83-268-2988-8 (epub), 978-83-268-2989-5 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej