W cygańskim obozie - Maria Jadwiga Reut

Kup ebooka

7.90 zł
6.79 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II. U Cyganów.

 

A tymczasem znowu wóz jakiś skręcił do lasu. Właściwie była to buda płócienna, rozpięta ponad dużym wozem, w którym jak w arce Noego siedzieli ludzie dorośli, dzieci, ptaki i zwierzęta pospołu. Ogromny mężczyzna z czarną brodą i takąż czupryną powoził, a z budy coraz to wychylały się jakieś postacie, to młode, to stare, zgrzybiałe z rozczochranemi włosami i wyrzucając gwałtownie rękami, coś sobie opowiadały. Za tym pierwszym wozem jechał drugi i trzeci i czwarty. Przejeżdżali drogą koło lasu, pierwszy woźnica dojrzał leżących pod drzewem, wstrzymał konie i batem wskazał strasznej babie wychylającej się z budy Jurka i jego matkę. Stara chyżo jak kot wysunęła się z wozu i pobiegła we wskazanym kierunku.

Była nawpół naga, łachmany tylko pokrywały jej ramiona i boki, i strzępy jakiejś niby koszuli spadały jej na piersi i nogi. Na głowie miała zawiązaną chustkę, z pod której wysuwały się kosmyki włosów czarnych, twardych jak szczecina. W żółtej bezzębnej twarzy świeciły jak dwa węgle, czarne błyszczące oczy. Czarownica podeszła do pani Żurawskiej i do Jurka i obejrzała oboje, potem chichocząc zcicha wróciła do wozów.

Opowiadała coś w dziwnej mowie, wskazując wciąż w tamtą stronę, aż wkońcu poszło z nią kilku mężczyzn.

Starszy z nich widocznie, ten co prowadził pierwszy wóz, przyłożył rękę do czoła pani Żurawskiej, położył ją potem na sercu i strzepnął na znak, że już po niej. Naradzono się chwilkę, poczem znowu tamten pochylił się nad Jurkiem. Obejrzał mu ręce, nogi, wkońcu zawinął go w pled i poniósł śpiącego do wozu. Stara czarownica wsunęła rękę za suknię pani Żurawskiej i aż syknęła z radości, znalazłszy złoty zegarek i portmonetkę z pieniędzmi.

Za chwilę zaturkotały znowu wozy, na jednym z nich leżał uśpiony Jurek, a tam pod drzewami pozostała jego matka.

Pewno chcielibyście wiedzieć, kto jest ten chłopak porwany od matki i dlaczego oni oboje tacy opuszczeni. Jurek Żurawski doniedawna jeszcze był bardzo szczęśliwem dzieckiem: ojciec jego, inżynier w jednej z warszawskich fabryk, był człowiekiem zamożnym i Jerzykowi brakowało chyba gwiazdki z nieba.

W roku 1914 wyjechał z mamą na wieś do krewnych, mieszkających w Kaliskiem; pan Żurawski miał zamiar spędzić z żoną i synem jeden miesiąc na letnisku, lecz sprawy fabryki zmusiły go przedtem pojechać do Wiednia, wyjeżdżał wesół, nie przypuszczając, że żegna ukochaną żonę i syna na długi, długi czas.

Zaledwie bowiem stanął w Wiedniu, wybuchła straszna wojna. Do wojska austrjackiego powołano wszystkich byłych wojskowych, i pan Żurawski, jako oficer austrjacki, stanąć musiał w szeregu. Listownie tylko pożegnał żonę i syna, polecając ich opiece szwagra, brata żony. Ale i tej opieki zabrakło niedługo. Pan Skórski, człowiek starszy, wolny od wojska, był Wielkopolaninem, więc jako poddanego pruskiego wywieziono go do Tomska, żona pojechała z nim. W majątku gospodarzyli obcy. Pani Żurawska zabrała Jerzyka i wyjechała do Kalisza, gdzie zamieszkała w prywatnem mieszkaniu. Zaledwo jednak tam osiadła, gdy zmogła ją ciężka choroba, i przyszły straszne chwile. Wyjście Rosjan, wejście Niemców, bombardowanie miasta, przerażenie mieszkańców i ogólna ucieczka. Chorą, zgorączkowaną panią Żurawską podniosła z łóżka energja poczciwej Maciejowej, siły jednak rychło ją opuściły, a co dalej zaszło, to już wiecie. Została bezwładna i nieprzytomna pod drzewami, a Jerzyka uwieźli nieznajomi ludzie.

Byli to Cyganie, którzy wraz z innymi zmykali przed wojną. - Dlaczego zabrali Jerzyka, może narazie nie umieliby sami odpowiedzieć, ciągnęli za uciekającymi i brali wszystko co się dało wziąć, więc i chłopca zabrali. Prowadzący wozy Cygan nie pojechał śladem poprzednich uchodźców, t. j. gościńcem, lecz skręcił wbok i wozy potoczyły się boczną, pełną wyboi drogą.

Jerzyk otworzył oczy i ze zdumieniem spojrzał na otaczających go ludzi. Nie widział nigdy nic podobnego. Kilka starych okropnych kobiet siedziało koło niego. Obdarte, w płachtach na plecach, w jaskrawych chustkach na nieuczesanych szczeciniastych włosach, z błyszczącemi oczyma i wystającemi ze zeschniętych warg zębami, wyglądały jak czarownice z bajki. Oprócz tych kobiet było w budzie kilkoro prawie nagich dzieci o czarnych kędzierzawych włosach, dwie czy trzy kury ze skrępowanemi nogami i kudłaty mały piesek. Całe to towarzystwo zobaczył Jurek i z przestrachem podniósł głowę, szukając matki. Nie było jej.

- Mamo, mamo! - zawołał chłopczyk.

Stara Cyganka, ta sama, która odnalazła go pod drzewem, pochyliła się nad nim.

- Cichaj, cichaj, nie płacz, pojedziemy do mamy.

Ale Jerzyk już się podniósł i zaczął głośno wołać matki.

Cyganka powtarzała mu wciąż, iż jadą do matki i uspokajała jak mogła, ale bez skutku.

Chłopaka coraz większy ogarniał strach, próbował podnieść płótno okrywające budę i na głos wołał.

Inne Cyganki hałasowały również, cyganięta nie zwracając uwagi na nikogo porwały się za kędzierzawe czupryny i wodziły się ze sobą. Psiak warczał i wyszczerzał zęby, przestraszone kury gdakały.

Powożący Cygan, zaklął głośno; odezwanie się jego poskutkowało, baby uciszyły się, a cyganięta już bez krzyku darły się za włosy. Jeden Jerzyk nie stropił się.

- Ja chcę do mamy, proszę mnie puścić do mojej mamy - wołał.

Znowu Cygan zaklął, a starej czarownicy błysnęły oczy złością.

Klnąc po cygańsku, chwyciła jedną ręką Jerzyka, a drugą zamierzyła się, jakby chcąc go uderzyć.

W tejże chwili, ktoś, kogo Jerzyk jeszcze nie dojrzał, złapał ją za ramię.

- Ani mi się waż - zawołał głos młody - tknąć tego dziecka.

Stara puściła chłopca i bełkotała coś po swojemu, a Jerzyk obejrzał się i poza sobą w głębi wozu, zobaczył siedzącą na osobnem siedzeniu młodą dziewczynę.

Ubrana była bogato i ładnie, miała na sobie spódnicę czerwoną wełnianą, aksamitny szafirowy gorset, naszywany cekinami, szarą koszulkę, mnóstwo korali i świecideł na szyi, a na głowie ponsową jedwabną chusteczkę, zawiązaną w kształcie zawoju.

- Ani mi się waż - powtórzyła, patrząc surowo na starą, młoda Cyganka, - bić tego chłopca. On mój!

I mówiąc to położyła rękę na miękkich, jasnych włosach Jerzyka.

- Będę twoją mamą, maleńki - mówiła pieszczotliwie - dobrze, synku?

Ale mimo, że była ładna i miła, mimo że nie pozwoliła czarownicy tknąć go, chłopak zgodzić się nie chciał na to, by to była jego mama.

Wybuchnął znowu gwałtownym płaczem.

Cyganka posadziła go przy sobie, przytuliła i starała się uspokoić, im bardziej go jednak obsypywała pieszczotami, tem chłopca ogarniała większa żałość i strach.

Nie rozumiał gdzie jest, co się stało, to tylko wiedział, że stała się rzecz straszna, że rozdzielono go z matką. Płakał, wołając głośno, by go oddano matce.

- Cicho, maleńki, nie płacz - mówiła całując go młoda dziewczyna - ja będę twoją mamusią, zobaczysz, jak bardzo będę cię pieścić i kochać, dam ci dużo, dużo cukierków, jabłuszek, pojedziemy do wielkiego miasta, kupię ci tam śliczną zabawkę.

- Nie chcę cukierków ani zabawek - płakał Jerzyk - odwieź mię tylko do mamy.

- A kiedy mama twoja ciebie oddała - mówiła Cyganka - a sama pojechała w inną stronę.

- To nieprawda - zawołał chłopak - mamaby mnie nikomu nie oddała.

- A jednak oddała i prosiła, żeby synek był grzeczny i nie płakał po niej, bo ona musiała odjechać. Teraz będziesz moim synkiem i ja twoją mamą.

Jerzyk wybuchnął jeszcze większym płaczem, a Cyganka przerażona spojrzała pytająco na starsze kobiety.

- Jak go uspokoić, powiedzcie Aga - spytała w niezrozumiałej dla Jerzyka mowie.

- Uspokoi się sam - odrzekła Aga - dziecko, nic dziwnego, że płacze.

Stara czarownica błysnęła złemi oczyma.

- Uspokoiłabym go wnet - syknęła. - Ale cóż, albo Katra ma tu jakie prawa! Takiemu smykowi dać raz dobrze prętem, to się cichutki zrobi jak baranek.

- O! na to nie pozwolę - zawołała opiekunka Jerzyka - ja tego chłopca biorę pod swoją opiekę i kto go tknie palcem, ten ze mną będzie miał sprawę.

Czarownica spojrzała ze złością na młodą dziewczynę i na zanoszącego się od płaczu chłopca.

- A to zróbże co - rzekła - by ten bęben tak się nie darł, bo jeszcze nam jakie licho na kark sprowadzi. Zobaczymy, czy go obronisz od kozaków.

W tejże chwili powożący Cygan wsunął głowę do budy.

- Cicho mi tam zaraz! - zawołał - niech nikt głosu nie podnosi, bo batem wyćwiczę. I ty mały, cicho mi zaraz, żebym twego krzyku nie słyszał! - dodał po polsku zwracając się do Jerzyka.

- Dobrze, dobrze - zawołała młoda Cyganka, zakrywając sobą chłopca - on już cichutko będzie jechał; nie krzycz tak ojczulku, już my się nie odezwiemy.

I znowu wzięła w objęcia Jerzyka i tuliła go do siebie, prosząc, by nie krzyczał i nie płakał. Strasznie ciężki dzień przebył biedny Jerzyk, nie krzyczał wprawdzie wciąż, ale płakać nie przestał, nie tknął wcale jadła, chociaż Cyganka dawała mu i kurczę pieczone i suszone owoce i białą bułeczkę. Chłopak odpychał wszystko - wołając wciąż matki i zaledwo przełknął parę kropel wody.

W nocy stracił przytomność. Z szeroko otwartemi oczyma, z wypiekami na drobnej twarzyczce leżał bezwładny na kolanach Cyganki, szepcąc wciąż jedno:

- Do mamy, do mamy!

- Ratuj go, Katro - prosiła Cyganka starą czarownicę. - Rób co chcesz, byleś go uratowała.

- Przedewszystkiem ciebie trzeba ratować - syknęła Katra - bo ten jasnowłosy chłopak czar jakiś rzucił na ciebie. Skąd ci to przyszło, Azro?

Zagadnięta wzruszyła ramionami.

- Albo ja wiem - szepnęła - albo ja ci to wypowiedzieć mogę? - Ot, żal mi poprostu tego dziecka, pokochałam je od chwili, jakeś je tu do wozu przyniosła, i teraz chcę, by żyło i mnie kochało.

Katra zachichotała.

- Ty zawsze tylko chcesz - rzekła - i Katrę wtedy prosisz, gdy ci jest potrzebna, a potem kopiesz ją nogą jak psa, jak niepotrzebną szmatę.

- Słuchaj, Katro, dobrą będę dla ciebie - prosiła Azra - nigdy ci złego słowa nie powiem, dam ci zawsze to, co lubisz do zjedzenia, nigdy się nie poskarżę na ciebie Ratajowi, ale ty zrób, by on żył - prosiła dziewczyna.

Zaczęła więc czarownica swoje gusła i leki, naprzód ucięła trochę włosów Jerzykowi, spaliła je, a zabrawszy spopielone, rozrzuciła na cztery strony świata, wołając: "Sczeźnij, przepadnij, chorobo, na zawsze".

Potem postawiła kubek z wodą na ziemi i położywszy na kubku ręce, wymawiała po trzykroć jakieś niezrozumiale wyrazy: "Horum, porum, krum. Połataj tebedej uf!" Następnie wzięła chustkę i wywijając nią ponad leżącem dzieckiem, zdawała się kogoś odganiać. Wkońcu wysmarowała całe ciało Jerzyka jakiemiś maściami i okadzała go naparem z ziół zbieranych przy księżycu.

- Będzie żył - rzekła następnie do Azry - ale choroba nierychło go opuści.

Jakoż po paru tygodniach zaledwo Jerzyk po raz pierwszy otworzył oczy i przytomnie spojrzał. Leżał na wygodnem posłaniu pod namiotem. Zdala dochodziła go jakaś muzyka, a obok siedziała mała jasnowłosa dziewczynka, niewiele od niego starsza.

- Wody! - szepnął.

Dziewczynka skwapliwie podała mu kubek. Pił i patrzał na nią z ciekawością.

- Ktoś ty? - zapytał, słabym głosem.

- Zośka - odrzekła z uśmiechem - a ty?

- Nie wiem - szepnął - zapomniałem - i w tejże chwili ogarnęła go straszna senność, głowa upadła na poduszkę - usnął.

Spał długo, a gdy się obudził, był o wiele silniejszy. Patrzał na Zośkę i uśmiechał się do niej, i ona uśmiechała się do niego.

- No widzisz - mówiła stara czarownica do Azry - żyje i już za kilka dni chodzić będzie, stara Katra nie oszukała cię.

- Nie zapomnę ci tego nigdy - odrzekła młoda Cyganka - przysięgam.

Długo Jerzyk nie mógł zrozumieć, gdzie jest, kto są ci ludzie, którzy się wciąż koło niego kręcą.

Azra była dla niego dobra jak najczulsza matka, sama karmiła i sama mu posługiwała, ale chłopczyk wolał dziewczynkę w różowym kaftaniku i kraciastej spódniczce, uśmiechał się do niej i od niej najchętniej brał jedzenie i wodę.

Dotąd nikt w obozie cygańskim nie znał jego imienia. Azra zwała go synkiem, Katra bębnem, a stary Rataj, ojciec Azry, chłopcem.

Zośce to nie wystarczało.

- Jak się ty nazywasz? - zapytała, gdy na chwilę zostali sami.

Chłopak milczał, był jeszcze tak słaby, że sobie nic narazie przypomnieć nie mógł.

- Ty pewno jesteś Wojtek, albo Marcinek? - mówiła dziewczynka - prawda?

Pokręcił głową na znak, że nie.

- To może Szymek? No i to nie? to powiedzże, jak cię matusia zwali.

Jakby oprzytomniał, podniósł się, usiadł na posłaniu - i zawołał:

- Mamusiu, mamusiu, Jerzyk chce do mamy.

- O, to ty jesteś Jerzyk - zawołała dziewczynka - już wiem. A matusia poszła do lasu, niedługo wróci.

W parę dni potem chłopak był zdrów, a Cyganie, którzy tydzień spędzili w lesie, zabierali się w dalszą drogę.

W przededniu odjazdu urządzono zabawę. Stara Katra, Agar i inne Cyganichy gotowały w kotłach jakieś jadło, piekły kury i kaczki, które z pobliskiej wsi przyniosły, a gdy zmrok zapadł, rozpalono ognisko, rozpoczęta się uczta. Jedli starzy Cyganie, którym przodował Rataj, ojciec Azry, jadły Cyganichy, ale najlepsze kęski podawano Azrze, którą starzy i młodzi uważali za swą władczynię. Cała banda cygańska słuchała Rataja, jako swego przywódcę, a że Rataj nad życie kochał Azrę i że za najmniejszą przykrość, zrobioną córce mściłby się strasznie, więc słuchano słowa Azry jak największego nakazu. - Młoda Cyganka ładna była i dobra, i gdy nieraz ojciec wpadł w gniew i chciał kogo z towarzyszy obić, co się dość często zdarzało, prośby i przedstawienia Azry niejednokrotnie uchroniły winnych od kary. Rataj bowiem żelazną ręką trzymał swych towarzyszy i towarzyszki, i w gniewie bywał straszny. Otóż przy uczcie najsmaczniejsze kąski podawane były Azrze, która zkolei dawała je Jerzykowi i Zośce.

Po uczcie dwaj Cyganie dobyli skrzypce, trzeci bębna i zaczęli grać, a reszta towarzystwa rozbawiła się na dobre.

I starsi i mali tańczyli dokoła ogniska. Cyganięta napoły nagie skakały przez palące się ognisko. Katra, Agar i inne stare Cyganki, wszystkie podobne do czarownic, wzięły się za ręce i utworzyły jakiś korowód z krzykiem, piskiem, podnosząc bose nogi do góry, skakały jak która mogła najwyżej. Rataj i Azra siedzieli tylko przy ogniu, przyglądając się zabawie. Trochę opodal od nich Jerzyk i Zośka pod drzewem również przypatrywali się tańcom. Jerzykowi, któremu choroba osłabiła pamięć, coś się majaczyło. Jakieś niewyraźne wspomnienia przychodziły do głowy.

- To pewno Indjanie - rzekł wkońcu, pokazując Zośce tańczących.

Ale ona spojrzała na niego zdumiona, nie słyszała nigdy tego wyrazu "Indjanie".

- To "Cygany" - rzekła krótko.

Teraz zkolei Jerzy patrzał na nią zdziwiony.

- Cyganie - szepnął - jakto Cyganie?

- A tak - rzekła dziewczynka - ty tego nie wiesz, ciebie Cygany zabrały na drodze.

- Skąd ty wiesz - Zośka? - pytał Jerzyk i coraz lepiej przypominał sobie różne rzeczy. A Zośka przysunęła się do niego i szeptem opowiadała mu to, co wiedziała sama od dzieci cygańskich. Słuchając Jerzyk płakał cichutko, tak cichutko, że nikt płaczu jego nie słyszał.

- Tak - mówiła Zośka - mamusia twoja umarła, tak jak i moja babcia. Wioskę naszą spalili kozacy. Oj było, ich było, a takie straszne! Wszyscy ludzie pouciekali, tylko babcia leżeli chorzy i uciekać nie mogli. W lesie leżeli i tam umarli. Ja przy nich siedziałam i bałam się bardzo, ale gdzież pójdę, a głodna byłam, bo u nas nic nie było jeść. Aż przyszli Cyganie i mnie powiedzieli, żebym z nimi jechała.

- I ty pojechałaś? - pytał Jerzyk.

- A ino, bo w lesie nie mogłam siedzieć - odrzekła dziewczynka - a ty wtedy byłeś chory i Azra ciebie pilnowała. Ona bardzo dobra, ja myślałam, że to twoja mama, bo ona tak ciebie kocha, ona i mnie kazała ciebie pilnować. A cyganięta to mnie już wszystko opowiedziały, a ty nie mów nikomu, że ja tobie opowiadała, bo Azra będzie się gniewała, a Rataj jeszcze wybije, bo on wszystkich bije i ja jego bardzo się boję - kończyła Zośka swe opowiadanie. - Nazajutrz po tej nocnej zabawie, już o świcie Cyganie zapakowali swe manatki, złożyli je na wozy i ruszyli w dalszą drogę.

Jerzyk jechał na jednej furze z Azrą i Zośką, cyganięta wsadzono do drugiej budy, pod opiekę starej Katry. - Niebardzo im widać było dobrze z tą opiekunką, gdyż od czasu do czasu do uszu jadących przodem dolatywały przeraźliwe piski.

Jerzyk i Zośka siedzieli milczący. Zośka wogóle odzywała się rzadko w obecności Cyganów. Jerzyk po wczorajszej rozmowie i po tem, czego się dowiedział od Zośki, zaciął się i nie odzywał się do nikogo.

- Co mój synuś taki milczący? - odezwała się Azra, przesuwając rękę po jasnych włosach chłopca. Jerzyk odsunął się od niej i szepnął:

- Mamusia moja umarła - i z oczu jego popłynęły łzy.

- Ja będę twoją mamusią, dobrze? Będziesz mnie kochać synku - mówiła Cyganka tuląc dziecko.

- Nie, ja nie będę pani synkiem - rzekł Jerzyk - mamusia moja umarła i ja drugiej nie chcę.

- Powiedz, Jerzyku - mówiła Azra - czy ci źle ze mną? czy ja nie jestem dla ciebie dobra. I mamusia nie byłaby chyba lepszą, kocham cię bardzo.

- Pani bardzo dobra - rzekł chłopczyk - ale pani nie jest moją mamusią, a kiedy mnie pani kocha, to niech mnie pani odda tatusiowi.

- Dobrze - zawołała Cyganka - jak się dowiemy, gdzie jest twój tatuś, to cię tam odwieziemy, tymczasem trzeba być z Azrą i lubić ją trochę, bo widzisz, jakżebyś się tak sam pozostał, nie znasz nikogo, nie wiedziałbyś dokąd iść.

- Któżby ci dał jeść? - odezwała się Zośka.

- A widzisz, jak to Zośka rozumnie powiedziała - rzekła Azra.

Jerzyk nie zwracał jednak na to uwagi. W głowie jego zbudziła się świadomość o ojcu, myślał wciąż tylko o tem, czy go tatusiowi oddadzą.

- Mój tatuś jest oficerem i poszedł na wojnę - mówił Jerzyk - to niech mnie pani do wojska odeśle.

Azra tłumaczyła mu, że do wojska dzieci nie wezmą, ale jak się wojna skończy, to go tatusiowi odwiezie.

- Do Warszawy mnie pani odwiezie, ja tam już trafię do domu - mówił chłopczyk - pójdę na Jasną ulicę, tam w dużej takiej kamienicy nasze mieszkanie i tatuś tam będzie, prawda?

Azra zapewniła go, że z pewnością tak będzie, chłopak uspokoił się a nawet rozweselił się i zaraz zaczął opowiadać Zośce, jak to Warszawa wygląda, jakie tam szerokie ulice i wielkie domy.

Był już zupełnie zdrów i z każdym dniem wracała mu pamięć, więc coraz to nowe snuł wspomnienia i nowe opowiadania. Zośka słuchała ciekawie, ona biedaczka znała tylko swój jeden Majdan, w którym urodziła się, i tylko o zabawach w lesie, na pastwisku mogła mówić. Cyganie jechali wolno, odjechali już daleko od miejsc zajętych przez wojnę i teraz nieśpieszno im było. Jesień była pogodna, ciepła, nieraz więc zatrzymywano się gdzieś w lesie, rozbijano obóz i dzień, dwa przesiedziano.

Stare Cyganki chodziły wtedy po okolicy żebrząc, wróżąc, a nieraz i kradnąc różne rzeczy, to chleb, to drób, to jakąś odzież. Wracały bowiem zazwyczaj z tobołkami do obozu. Cyganięta włóczyły się z matkami. Cyganie chodzili również po wsiach, a w obozie zostawali Rataj, Azra, Zośka i Jerzyk.

Pewnego dnia zatrzymano się w lesie, nieopodal dużej wsi.

Cyganięta w jednej chwili wyskoczyły z wozu i rozbiegły się po lesie i Zośka z Jerzykiem radzi byli, że mogą trochę nogi rozprostować, i pobiegli swobodnie. Zaraz koło obozu czerwieniły się jagody.

- Borówki, borówki - zawołała Zośka z radością - Jerzyku, chodźmy na borówki! - I dalejże na czerwieniejące w zachodzącem słońcu wzgórze.

Przybiegły zaraz tamże i cyganięta i wszyscy razem zwijali się przy jagodach. Zośka szepnęła Jerzykowi, że należałoby nazbierać jagód dla Azry.

- Pewno je lubi, a ona dla nas taka dobra, zawsze jak ma co dobrego, to nam daje. Jerzyk zgodził się chętnie i oboje pilnie zbierali jagody do fartuszka Zośki.

- Uf, jak ja się tych jagód najadłem, - rzekł Mitro, dziesięcioletni cyganek - aż mi zęby ścierpły i język boli. Wiecie, dość już tego, chodźmy lepiej dalej w las, może co lepszego znajdziemy.

Zgodzono się jednogłośnie i zapuszczono się dalej w głąb lasu, nic jednak lepszego od borówek nie było.

Pomimo to Mitro obstawał, by iść dalej, a nikomu nie było pilno do powrotu.

- Aha! widzicie, mówiłem, że coś lepszego znajdziemy - zawołał mały cyganek, który się o parę kroków naprzód od reszty dzieci wysunął. - Chodźcie prędko.

Zbiegły się dzieci na skraju lasu i zobaczywszy przed sobą śliczną jabłoń, pokrytą ponsowemi jabłkami. Parkanu i ogrodzenia nie było żadnego, tylko rów głęboki oddzielał las od sadu, za którym znowu widniały mieszkania ludzkie.

- Ach, co za śliczne jabłka! - wołały dzieci.

- Widzicie, to ja wszystko odkryłem - mówił Mitro - ja was tu doprowadziłem i będę teraz waszym naczelnikiem. Dobrze?

- Dobrze, dobrze! - wołały cyganięta.

- Doskonale - mówił dalej Mitro - jabłka są śliczne i smaczne, trzeba je tylko dostać.

- O, wielka rzecz! - zawołał drugi cyganek - przejść przez rów nietrudno, a zerwać jabłka jeszcze łatwiej. Raz, dwa to się zrobi.

- Tak, ale wszyscy iść nie mogą. Jeden pójdzie, a reszta będzie pilnować, czy skąd stróż nie idzie - rzekł Mitro i wskazując palcem na Jerzyka rzekł: - Ty pójdziesz, a spraw się dobrze i dużo jabłek przynieś.

Jerzyk spokojnie spojrzał na mówiącego i cofając się od rowu rzekł:

- Ja tam nie pójdę, to są cudze jabłka i ja ich rwać nie będę.

- Jakto - zawołał Mitro - nie pójdziesz, kiedy ja ci każę. Idź mi zaraz! - i mówiąc to skoczył ku Jerzykowi.

- Nie pójdę do cudzego ogrodu - powtórzył chłopak - nie jestem złodziejem.

- A ty głupi myślisz - wołał Mitro - że ja jestem złodziejem. Biorę, bo mi wolno. Cygan wolny jak ptak, wszędzie jest, kędy mu się podoba, i wszystko jego. I woda i las i łąki i wszystko co na ziemi jest, Cygan brać może. No idźże już raz, niedołęgo.

Jerzyk zawrócił do obozu.

Cyganięta krzyczeć zaczęły.

- Coś ty za jeden, że Mitry słuchać nie chcesz, ty jasny paniczu, grafie jaśnie wielmożny!

- Jak nie chcesz iść z dobrej woli, to ja cię zmuszę - wołał Mitro i silnem uderzeniem pięści w kark, rzucił Jerzyka na brzeg rowu. Cyganięta zawyły z radości i wszystkie razem rzuciły się na leżącego na ziemi chłopca.

- O la Boga! ratunku, pomocy! - zawołała Zośka, chwytając wpół najbliżej stojące koło siebie Cyganię. - Jerzyka zabiją! Jerzyka!

- Rzućcie go do rowu - wołał tymczasem Mitro i razem z towarzyszami zepchnął biednego chłopaka do rowu.

W tej chwili rozległ się w lesie przeraźliwy gwizd, to Rataj zwoływał swą gromadę. Cyganięt.................

I. Ucieczka.

 

Od trzech dni biły działa w przerażone, zastygłe w niepojętym strachu miasto. - Skąd to przyszło? Skąd spadło na cichy, spokojny gród? Wprawdzie wojna już się rozszalała na dobre, krew lała się, ale tu nikt nie podniósł ręki do walki. Wojska rosyjskie odeszły, zanim ci przyszli. Mieszkańcy obojętnie przyjęli nowych najeźdźców. Wszystko jedno, odszedł jeden wróg, przyszedł drugi, z nami się oni nie biją. - Nasza rzecz cicho siedzieć. Tak orzekli starsi, ci wszyscy, którzy w mieście pozostali. A ludność ich usłuchała. Aż tu we dwa dni po przybyciu Niemców padł strzał. Kto strzelił, nikt nigdy nie wykrył. Może i byli tacy, którzy dobrze wiedzieli, kto i poco strzelał. W mieście jednak imię to pozostało nieznanem.

W odpowiedzi na jeden strzał posypały się tak liczne, że stare mury Kalisza oprzeć się im nie mogły. Niemcy stali w mieście i burzyli je swemi działami. Po pierwszej chwili odrętwienia przyszedł strach okropny. Lęk nieznany dotąd nikomu. Ludzie zapominali o wszystkiem. Rzucano dom, mienie i rozbiegano się w różne strony. Nikt nie wiedział, dokąd ma uciekać, gdzie się kryć, każdy tylko gnał co sił z miasta. Uciekali nietylko ci, których dzielnica była ostrzeliwana, ale i ci, którzy mieszkali w spokojnej części, nieruszonej przez wroga.

Nie było kolei, samochodów. Ratował się więc każdy jak mógł. Szczęśliwsi złapali jakieś nędzne, nie nadające się do wojska konie. Przeważnie wybiegano w popłochu pieszo. - Nie było chyba w te straszne dni jednego domu w mieście, z któregoby ludzie nie uciekali, a już co najmniej nie sposobili się do ucieczki.

Tylko w jednem niewielkiem mieszkaniu, na odległem przedmieściu nie myślano o ratowaniu życia.

Mały, siedmioletni chłopak i chora ciężko jego matka niewiele wiedzieli o tem, co się dzieje w mieście i o ucieczce nie myśleli. Matka była nieprzytomna od kilku dni, a chłopak od niej nie odchodził nigdzie. Byli obcymi w nieznajomem mieście. Służąca świeżo przyjęta, zaraz po przyjściu wojsk pruskich odeszła. Bała się Niemców. Chorą i dzieckiem zaopiekowała się poczciwa pani Maciejowa, żona dozorcy domu. Ona przynosiła im obiady, mleko i chleb, od chwili jednak jak zahuczały armaty, coraz rzadziej tu zaglądała. Jurek opiekował się matką. Kręcił się przy jej łóżku, opędzał muchy, podawał wodę, o którą co chwila prosiła i od czasu do czasu, gdy do uszu jego doszedł silniejszy huk dział, biegł do okna wyglądać.

Nic jednak dojrzeć nie mógł. Domek, w którym mieszkali, ukryty był w ogrodzie, wśród starych drzew i poza zielenią i kwiatami widniała tylko zdaleka srebrzysta woda Prosny. Żadnej bitwy ani śladu. Patrzał więc w okno Jurek, słuchał i naśladując huk armat, głośno wołał:

- Bum, bum, bum!

Wyjść z mieszkania nie mógł, bo drzwi były zamknięte a klucz od nich u Maciejowej. Czasem popłakiwał, patrząc na bezwładną matkę, tulił się wtedy do niej i zmożony łzami, samotnością i głodem usypiał. Mocniej znowu zahuczały armaty, miasto całe zatrzęsło się w posadach, chłopak zerwał się z łóżka i pobiegł do okna.

W tej chwili otworzyły się szeroko drzwi i wpadła przez nie, jak olbrzymia bomba, gruba pani Maciejowa.

- Rany Boskie - zawołała, biegnąc do łóżka - paniusia to tak ciągiem leży, a tu trzeba co tchu uciekać. Wstawać, wstawać paniusiu, bo nas te djabły pruskie zakatrupią.

I targała chorą za ramię, szarpała nią, aż ta wkońcu spojrzała na nią przytomnie.

- Trzeba wstawać, paniusiu, trzeba - mówiła uradowana kobieta. - Niech się pani ździebko podniesie. Pomogę, odzieję i w drogę.

- Co wy mówicie, Maciejowo? uciekać dokąd i poco - szepnęła chora.

- W świat! gdzie oczy poniosą - odpowiedziała szybko podnosząc chorą i narzucając jej odzież. - Tu w mieście, mówią, kamień na kamieniu nie zostanie, wymordują i starych i dzieci.

- Jurek - krzyknęła chora i w jednej chwili dźwignęła się z łóżka.

Szybko ubierała ją Maciejowa, wyciągnęła z szafy trochę bielizny, ubrała Jurka, potem zabrała poduszkę i zawiniątko i zbiegła nadół. Po chwili wróciła z mężem.

- Trzeba panią znieść - mówiła - bo słaba taka, że sama nie zejdzie.

- Wogóle nie wiem, czy nie lepiej będzie jak tu zostanie - rzekł chytrze chłop - słaba, a na wozie trzęsie się...

- Nie gadaj po próżnicy - zawołała żona - jużem ci powiedziała, że chrześcijańskiej duszy w tem mieście nieszczęsnem nie zostawią. Bierz i nieś. Ja chłopca wezmę.

Maciej nasunął czapkę na głowę i posłusznie wziął chorą w ramiona.

Za chwilę cała rodzina Macieja, składająca się z pięciorga dzieci, dwóch kur w klatce zamkniętych, kota w ramionach pyzatej Józki i Burka, którego ukrywał starannie Stefek, wyjeżdżała w świat małym drabiastym wózkiem. Na wozie wśród dziatwy leżała chora, a Jurek uszczęśliwiony nieznaną sobie podróżą usiadł na przedzie obok Stefka i pilnie wraz z nim zajęty był ukrywaniem psa.

Na wózku złożone było całe mienie rodziny, powiązane w węzły i tobołki. Właściciele szli oboje pieszo, bo już miejsca na wozie nie było i krzynki.

Maciej szedł markotny. Koń był słaby, rzeczy sporo, a tu mu baba wsadziła tę chorą i cudzego chłopaka.

Sprzeciwiać się jej jednak nie wiedział sposobu. Coby to pomogło? Ktoby ją przeparł? Zawdy na swojem postawi. A chora tymczasem zmęczona wysiłkiem i targana nielitośnem trzęsieniem skaczącego po kamieniach wózka, zesłabła zupełnie. Głowa bolała ją, powieki ciężyły. Traciła świadomość tego, co się z nią działo i co ją otaczało.

Po drodze spotykano uciekających, ale Maciej przezornie, jak tylko wyjechali za miasto, skręcił z gościńca, wjechał na jakąś polską drogę, a potem bokiem, bez drogi, jechał polami nie zwracając uwagi na rżysko lub zasiane pole. - Gnał naprawdę w świat. W ten sposób odbił się od tej ciżby ludzi, co waliła wszelkiemi możliwemi drogami i pewniejszy był, że mu nikt konia i wozu nie zabierze. Od samego wyjazdu z domu tyle pożądliwych, zazdrosnych spojrzeń widział zwróconych na swego ślepego kasztanka.

Jadąc tak naprzełaj, nagnali podróżnego. Chłop był duży, silny, dźwigał na plecach węzeł z odzieżą i dziecko na ręku.

Zobaczywszy jadących skoczył do Macieja i prosił, by mu aby dziecko podwieźli. Niesposób było odmówić. Siadła więc dziewczynina trzyletnia na wóz, złożyła jasną głowinę na nogach chorej i usnęła jak ptaszek mały.

- A żony to nie macie? - zagadnęła Maciejowa.

Ściągnęły się brwi obcego. Skurcz bolesny przebiegł po twarzy.

- A juści, że nie mam, - rzekł twardo. - Wczoraj wyszła po wodę i już nie wróciła.

- Co mówicie! - zawołała kobieta - zginęła?

- Niemcy zastrzelili, znalazłem ją nad rzeką. Piersi miała przebite kulą karabinową. Psiakrewy te, bodaj z piekła nie wyszli - zaklął i ryknął płaczem.

Popłakała się z nim i Maciejowa, a gdy się nieco uspokoił, zaczął opowiadać:

- Samochcąc na śmierć się wydała. Jakem tylko zasłyszał, że te potępieńcy tu idą, zaraz mówiłem: - Maryś uciekajmy. - Ani gadać nie dała. - Co ci w głowie, dom, ziemię rzucisz i pójdziesz na włóczęgę, na poniewierkę. Ani się ruszę. Jak mam umrzeć, to już tylko na swojej ziemi i w swoim kącie. - I tak się stało. Pochowałem ci ją dzisiaj raniutko, zabrałem Julkę i w świat, gdzie oczy poniosą. A ona tam została nieboga, na swojej ziemi.

Tak rozmawiając, dowlekli się ku zachodowi słońca do jakiejś bocznej drożyny. Opodal był niewielki lasek. Mężczyźni uradzili, że tu należy przenocować. Konia trzeba było nakarmić, a i sami zdrożeni się czuli.

Zawrócono pod drzewa i za chwilę dziatwa jak wróble skakała, świergocąc po lesie. Maciejowa chciała zostawić chorą na wozie, bała się dla niej nocnego chłodu.

Ale Maciej innego był zdania. Wyniósł przy pomocy nowego towarzysza podróży chorą i ułożono ją na pledzie pod drzewem.

Maciejowa podłożyła jej poduszkę pod głowę.

- Mnie się widzi - rzekł obcy chłop - że ta chudzina już jutra nie obaczy; i pocóżcie ją ze sobą brali w taką drogę?

- A no widzisz - odezwał się Maciej do żony - mówiłem ci przecie, ale jak się baba uprze...

- Cicho bądź, stary - krzyknęła kobieta - pamiętaj, że Bóg ma miłosierdzie tylko nad miłosiernymi.

Obaj mężczyźni wzruszyli ramionami i odeszli do wozu. Jerzyk usiadł przy matce, a Maciejowa zajęła się przyrządzeniem posiłku. Dziatwa uszczęśliwiona ze swobody rozbiegła się po polu, zbierano gałęzie i suche liście na ogień, bo matka zapowiedziała, że ugotuje wieczerzę, do której wszyscy wzdychali, bo od samego śniadania nikt nic nie jadł.

I Jerzyk był głodny, to też gdy go Maciejowa zawołała do ognia, poszedł chętnie i kwaśne mleko z kartoflami smakowało mu bardzo. Chleba zato nie tknął, choć go Maciejowa zachęcała. Bolała go głowa i senny był, to też za poradą swej opiekunki poszedł zaraz się położyć obok leżącej bez ruchu matki.

- Czemu mama tak nic się nie odzywa? - zapytał chłopczyk Maciejową. - Czemu ma tak zamknięte oczy?

- Nic jej nie będzie - uspokajała poczciwa kobieta. - Prześpi się spokojnie, wypocznie i będzie zdrowa.

Ale noc minęła, o świcie Maciej zaprzągł konia, trzeba było jechać dalej, a pani Żurawska leżała wciąż jak martwa, nie odzywała się wcale, nie jęczała, nie majaczyła, ale i oczu nie otwierała. Pani Maciejowa załamała ręce. A Maciej i ów obcy kiwali tylko głowami.

- Już jej nikt nic nie zrobi - rzekli obaj - ani Moskal ani Niemiec, może tu spokojnie ostać.

- A ja wam mówię - zawołała Maciejowa - że ona tylko naszczęt zesłabła. W drodze jej to minie.

- A cóż ty sobie myślisz - odezwał się mąż - że ja umarłych będę woził, czy co?

- Na mój rozum - odezwał się obcy - to tę panią należałoby tu ostawić. Jeśli jeszcze nie skonała, to już jej niewiele brak; lepiej jej tu będzie umierać, niż na trzęsącym wozie.

Maciejowa chciała jeszcze coś mówić, ale mąż nie dał jej przyjść do słowa.

- A co z chłopcem poczniemy? - spytała żona - przecie go tak nie rzucimy na drodze.

- Wozić go też po świecie nie myślę - odparł mąż. - Mało mam swoich do wykarmienia?

- Śpi mocno, to go zostawcie przy matce - odezwał się podróżny - niech śpią razem, lepiej im będzie ze sobą niż każdemu zosobna.

- Jakże tak te chudzięta rzucać... - odezwała się kobieta.

- Cicho tam - zawołał mąż - rób co ci każę i basta.

Ułożono więc śpiącego Jurka obok matki, litościwa kobieta otuliła ich pledem i nic nie mówiąc już nikomu, położyła przy śpiących kawał chleba i butelkę z mlekiem.

Gdy złote słońce sierpniowego dnia zajaśniało ponad ziemią, pierwsze jego promyki padły na leżącą nieruchomo kobietę i przytulonego do jej boku jasnowłosego chłopczyka.

Byli sami, zupełnie sami, szumiały tylko ponad nimi stare jodły, a wdali turkotał wózek Macieja.

Jurek nie wiedział, jak długo spał, obudziła go jakaś mała muszka, co mu na nosku usiadła i łaskotliwie zaczęła po nim w prawo i w lewo chodzić. Chłopczyk spędził ją raz i drugi, ale uparte stworzenie póty siadało mu to na czole, to na buzi, to znowu na nosku, aż się obudził i ze zdumieniem podniósł się z ziemi.

Jurek spojrzał dokoła. Nic nie rozumiał, leżał na ziemi w lesie, przy matce. Nikogo nie było tu więcej. A mama spała tak twardo. Skąd się oni tu wzięli oboje?

Nic sobie przypomnieć nie mógł, zaczął więc budzić mamę, targać ją za rękaw, wołać najczulszemi słowy. Nic nie pomagało. Nie otwierała oczu, nie odzywała się wcale. Próżno ją prosił i całował. Przerażony głośno płakać zaczął. Ale i tego płaczu nikt nie słyszał. Mama wciąż spała, a nad nimi tylko drzewa szumiały.

Wstał, obszedł naokoło, spojrzał i naraz przypomniał sobie, że to oni wczoraj jechali z Maciejem i jego żoną. I dzieci tam były, a potem to oni wszyscy siedzieli pod drzewem i Maciejowa im jeść dawała, a później poukładała ich do snu. A gdzież teraz Maciejowa i dzieci i Maciej i koń i wózek? Pewno wszyscy gdzieś śpią wśród drzew. Szukał pilnie, wołał Maciejową, lecz wszystko napróżno. Znalazł tylko butelkę z mlekiem i chleb zostawiony z miłosierdzia. Usiadł więc na ziemi, ułamał kawał chleba, odkorkował butelkę i pociągnął łyk mleka. Pijąc przypomniał, że możeby mamusia zechciała się napić. Wszak przedtem w Kaliszu i na wozie wciąż wołała wody. Poszedł więc do niej z butelką i znowu budził, wołał i prosił, by chociaż oczka otworzyła, wszystko napróżno. Wybuchnął tym razem gwałtownym płaczem i póty płakał, aż znowu zamknęły mu się oczy i spłakany, zmęczony usnął obok matki.