Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
"O, jakże zbrzydły mi te cienie!"
Wzdycha pani z Shalott1.
Lord Alfred Tennyson
Arystokracja żyła w zamkniętym świecie chronionym skorupą bogactw i tytułów, tak twardą i lśniącą jak jajo Fabergé. Ogromny świat zewnętrzny
Anglii, w którym ludzie mogli umrzeć z głodu, wywoływał na powierzchni
jej poczucia bezpieczeństwa ledwie zmarszczkę.
Wtedy, o zgrozo, wydarzyło się coś nie do pomyślenia. Wybrano rząd
liberalny, który zaproponował emerytury i ubezpieczenia zdrowotne oraz
inne świadczenia dla klas niższych. Potem zaplanował ośmiogodzinny dzień
pracy, odszkodowania dla pracowników, darmowe posiłki w szkołach i bezpłatne usługi medyczne. Nawet ten arystokrata, młody Churchill, stał
się liberałem i mówił: "Chcemy wyznaczyć granicę, poniżej której nie
pozwolimy ludziom żyć ani pracować".
Poza nielicznymi wyjątkami arystokracja zwarła szeregi jak nigdy
wcześniej. Stary pomysł mówiący, że Izba Gmin jest zgromadzeniem
dżentelmenów, przeminął.
Ów wiatr zmian był początkowo traktowany jak irytujący przeciąg, taki
jak ten wywołany przez leniwego lokaja, który zostawił otwarte drzwi do
salonu. Ale dzięki gazetom informującym każdego ranka o reformach przy
stołach śniadaniowych można było usłyszeć bardzo kulturalne głosy
pokrzykujące nad grillowanymi nerkami: "Kto za to wszystko zapłaci?
Oczywiście my!".
Wielu winiło za zaistniałą sytuację to, że w 1870 roku wprowadzono
bezpłatne nauczanie elementarne. Niższych klas nie powinno się uczyć
samodzielnego myślenia.
Arystokracja trzymała się więc kurczowo snobizmu i zasad społecznych,
które nie dopuszczały do niej plebsu.
Ale hrabia i hrabina Hadfield czuli, że wróg jest już u bram i przybrał
postać ich córki lady Rose Summer, która cieszyła się z wyników wyborów.
Na początku myśleli, że się nawróciła. Zaręczyła się z kapitanem Harrym
Cathcartem. Co prawda można by powiedzieć, że kapitan zajmował się
handlem, bo prowadził własną agencję detektywistyczną, ale pochodził z dobrej rodziny i miał dość pieniędzy, by zapewnić ich córce poziom
życia, do którego była przyzwyczajona.
Mimo to para nie wykazywała chęci ustalenia daty ślubu ani nawet zbyt
często się nie widywała.
Rodzice Rose nie wiedzieli, że jej zaręczyny były fikcyjne. Kapitan
wymyślił je, aby zapobiec wysłaniu Rose do Indii wraz z innymi
debiutantkami, które miały za sobą nieudany sezon.
Następnie Rose zbytnio spoufaliła się z Daisy Levine, byłą tancerką.
Najpierw wyniosła ją do stanowiska pokojówki, a potem - damy do
towarzystwa!
Rose - z gęstymi brązowymi włosami, delikatną cerą i dużymi niebieskimi
oczami - nadal była uważana za piękność, ale odpychała mężczyzn
encyklopedyczną wiedzą i radykalnymi poglądami.
Jej rodzice byliby jednak zdumieni, gdyby dowiedzieli się, że Rose
zadawała sobie wiele trudu, aby ich zadowolić. Cierpiała na
niekończących się przyjęciach, herbatkach i balach. Na wszystkich tych
spotkaniach bardzo się nudziła, czuła jednak, że jest winna rodzicom
pewne posłuszeństwo za to, że zawiodła w swoim pierwszym sezonie i musieli wydać na nią bardzo dużo pieniędzy.
Pewnego wieczoru późną wiosną Rose i Daisy szykowały się na kolejny bal.
Rose odetchnęła z ulgą, bo przy tej jednej, rzadkiej okazji kapitan
obiecał, że będzie jej towarzyszyć. Miał to być przynajmniej jeden
wieczór wolny od litościwych spojrzeń i parsknięć debiutantek, które
wciąż przebiegle pytały, gdzie jej narzeczony.
Jeszcze nudniejsze było życie jej damy do towarzystwa, Daisy. Podobnie
jak Rose miała zaledwie dwadzieścia lat, a jednak nie oczekiwano od niej
tańca - była skazana na siedzenie i obserwowanie przebiegu balu wraz z innymi damami do towarzystwa.
I wtedy, pół godziny przed tym, jak wszyscy mieli wyruszyć na bal u księcia Freemount, Harry Cathcart zadzwonił, by powiedzieć, że
zatrzymała go pilna sprawa i nie może przyjechać. Zaciskając usta w cienką linię, lady Polly, matka Rose, poprosiła sekretarza hrabiego o telefon do sir Petera Petreya z prośbą, żeby natychmiast przyjechał i dotrzymał Rose towarzystwa. Peter był smukłym niemrawym młodzieńcem,
który specjalizował się w wypełnianiu obowiązków na przyjęciach, gdy
ktoś w ostatniej chwili odwoływał swój udział, oraz towarzyszeniu na
balach paniom, których towarzysze zrezygnowali z udziału w nich. Ów
przystojny młody mężczyzna miał gęste jasne włosy i lekko opaloną twarz.
Na jego widok lady Polly stłumiła westchnienie. Dlaczego Rose nie mogła
wybrać kogoś takiego? Oderwana od życia lady Polly nie wiedziała, że
Peter w ogóle nie interesuje się kobietami, jej brak wiedzy w sprawach
seksualnych nie był niczym zaskakującym w tej edwardiańskiej epoce, w której pewien wybitny chirurg oświadczył, że żadna dama nie powinna
czerpać przyjemności z seksu - tak robiły tylko dziwki.
- Gdzie ten nędznik? - zapytał Peter, prowadząc Rose po wielkich
schodach w miejskiej kamienicy Freemountów.
- Jak mniemam, zajęty - odparła.
- Moja droga, taka piękność jak pani nigdy nie powinna była wiązać się z kimś trudniącym się handlem. O rety! To było zbyt niegodziwe z mojej
strony. Ale gdyby pani była moja, nigdy bym pani nie opuścił.
Dama do towarzystwa Rose poinformowała swoją panią o istnieniu Petera i teraz Rose uśmiechnęła się uprzejmie i przyjęła komplement. Często
myślała o wyjściu za niego za mąż. Byłoby to oczywiście małżeństwo
zaaranżowane, ale dzięki temu miałaby własny dom i nie musiałaby co roku
rodzić dzieci.
Rose ukłoniła się gospodarzom i weszła do sali balowej.
- Znowu z Peterem - usłyszała donośny głos księżnej. - Jakież to smutne.
Głos unosił się nad głowami obecnych. Ponieważ tak wielu arystokratów
miało problemy ze słuchem z powodu strzelania do zwierząt na
polowaniach, księżna, jak wiele innych osób, mówiła szorstkim
staccato, które niosło się teraz przez całą salę balową.
Rose zazwyczaj czerpała pewne pocieszenie z bycia najpiękniejszą damą w sali balowej. Tego wieczoru jednak jej radość została zepchnięta na
dalszy plan.
Jakaś nowo przybyła do towarzystwa kobieta robiła piruety na parkiecie u boku zadurzonego w niej gwardzisty. Miała masę gęstych blond włosów, w które wpleciono malutkie białe różyczki. Rose była szczupła, a ta
kobieta miała modną sylwetkę klepsydry, z bujnym biustem wyeksponowanym
w głębokim dekolcie sukni wieczorowej. Na twarzy o kształcie serca
widniały wielkie brązowe oczy, uwodzicielsko kontrastujące z jasnymi
włosami i nieskazitelną cerą.
Daisy, siedząca obok starszej wdowy hrabiny Slerely, spytała szeptem:
- Cóż to za piękność?
Hrabina podniosła lornetkę, a potem ją opuściła.
- A, ta. To jest panna Dolly Tremaine. Jej ojciec jest tylko
proboszczem. Jedyne, co ona ma, to wygląd. Obawiam się, że będzie
musiała poślubić kogoś bardzo starego. Wszyscy młodzi mężczyźni chcą
pieniędzy. Gdzie jest narzeczony lady Rose?
- Zjawi się później - skłamała Daisy.
- Szalenie dziwne. Zaprawdę, dla jej dobra powinien przestać trudnić się
handlem.
- Bycie detektywem to raczej nie handel - zaoponowała Daisy.
- Jedyny dopuszczalny handel - ogłosiła hrabina - to ten dotyczący
herbaty i piwa. Niczego więcej.
Daisy westchnęła. Gorset wbijał się jej w ciało, a w sali balowej było
zbyt gorąco.
Wstała więc i ukłoniła się hrabinie, po czym ruszyła w stronę długich
okien wychodzących na Green Park, stanęła za zasłoną, otworzyła okno i wyszła na taras, po czym nabrała głęboko czarnego od sadzy powietrza.
Zastanawiała się, czy ona i Rose będą miały jeszcze kiedyś jakieś
przygody.
***
Rose właśnie szła do szatni. Jeden z partnerów na parkiecie nadepnął na
jej tren i go rozerwał. Dyżurująca w szatni pokojówka zabrała się do
pracy, by naprawić szkodę. Nagle drzwi się otworzyły i do środka weszła
zalana łzami Dolly Tremaine.
- Moja droga! - wykrzyknęła Rose. - Jak mogę pani pomóc? Co się dzieje?
- Nic - szlochała Dolly i usiadła na krześle obok. - Jestem zmęczona, ot
co. Tyle balów i przyjęć. Mam wrażenie, że nigdy nie odpoczywam. A za
tydzień zaczyna się sezon i będzie jeszcze gorzej.
- Jeśli mogę jakoś pomóc...
- Potrzebuję przyjaciółki - powiedziała Dolly, wycierając oczy koronkową
chusteczką. Rose zauważyła ze zdziwieniem, że na pięknej twarzy młodej
kobiety nie było śladu łez.
- Może ja zostanę pani przyjaciółką. Jestem Rose Summer.
- Dolly Tremaine. Widzi pani, jestem dziewczyną ze wsi i wszystko w Londynie jest takie wielkie, głośne i przerażające.
- Uciekam od tego w godzinach porannych - powiedziała Rose. - Wychodzę
wcześniej i jeżdżę na rowerze po Hyde Parku.
- Bardzo bym chciała móc tak robić - powiedziała Dolly - nie sądzę
jednak, żeby moi rodzice...
Przerwała, gdy drzwi się otworzyły i do środka weszła przysadzista
kobieta. Miała na sobie fioletową jedwabną suknię obszytą fioletowymi
frędzlami. Rose pomyślała, że wygląda jak kanapa.
- Dolly, co ty tutaj robisz? - spytała ostro.
- Mój tren się rozerwał i ta pani przyszła tu za mną, żeby sprawdzić,
czy może pomóc - odparła natychmiast Rose.
- Po co? Od tego są służące. Kim pani jest?
- Jestem lady Rose Summer - odparła wyzywająco Rose.
W kobiecie zaszła absurdalna wręcz zmiana.
- Och, jak to miło, że zaopiekowała się pani moją małą Dolly - zaczęła
szczebiotać kobieta. - Jestem matką Dolly.
- Właśnie proponowałam pani córce, żeby jutro rano pojechała ze mną na
rowerze do Hyde Parku - powiedziała Rose.
- Och, z pewnością byłaby zachwycona, niestety, nie ma roweru.
- Na pewno jakiś załatwię - odrzekła Rose uroczystym tonem. - Proszę
podać mi adres, a ja wyślę powóz po pani córkę... Powiedzmy o dziewiątej?
- Jest pani szalenie miła. Oto mój bilet wizytowy. Chodź, Dolly. Lord
Berrow już na ciebie czeka.
Kobieta się odwróciła. A Dolly potulnie ruszyła za nią.
***
- Ale to przecież mój rower! - zaprotestowała Daisy, gdy szykowano ją i Rose do snu. - Dał mi go kapitan!
- To tylko jeden poranek, Daisy - powiedziała Rose. - Chciałabym zrobić
coś dla tej biednej dziewczyny. Sądzę, że jest zastraszana przez matkę.
- Jesteś diabelnie zazdrosna, bo ona jest ładniejsza od ciebie - odparła
Daisy - i próbujesz to ukryć pod płaszczykiem uprzejmości.
- Do łóżka, już! - nakazała jej Rose. - Nie chcę więcej o tym słyszeć.
***
Odkąd Rose wypadła z łask w towarzystwie, bo uczestniczyła w wiecu ruchu
sufrażystek, i dostała zakaz zbliżania się do tej organizacji,
zapragnęła zrobić dla kogoś coś dobrego. Następnego ranka pojechała więc
do Hyde Parku na rowerze, a za nią wyruszyło dwóch lokajów, z których
jeden prowadził rower Daisy. Rose bardzo chciała dowiedzieć się,
dlaczego piękna Dolly była tak smutna. W głębi duszy motywowała ją
również chęć udowodnienia społeczeństwu, że jest ponad zazdrością - ale
chęć ta nie docierała do jej mózgu.
Godzina dziewiąta była powszechnie uważana za wczesną porę dnia. Rose
jeździłaby do parku wcześniej, powiedzmy o szóstej, gdyby tylko jej na
to pozwolono. Było coś ekscytującego w przebywaniu o świcie w wielkim
mieście i obserwowaniu, jak ożywa wraz z niespokojnym łoskotem ruchu
ulicznego i rżeniem koni, a powietrze na krótko staje się świeższe,
zanim tysiące londyńskich kominów węglowych zakryją słońce cienkim
woalem nawet w piękny wiosenny dzień i spowiją budynki sadzą.
Gdy zbliżała się do jeziora Serpentine, podjechał do niej jeden z powozów hrabiego. Z tyłu zeskoczył lokaj i rozłożył schodki. Dolly
zeszła po nich, ładnie się potykając. Miała na sobie białą koronkową
suknię z wysokim kołnierzem i okrągły słomkowy kapelusz zdobiony białymi
kwiatami. Na suknię narzuciła obszyty futrem płaszcz. Na stopach miała
buciki z lakierowanej skóry.
- Och, moja droga panno Tremaine - wykrzyknęła Rose. - Powinna pani
założyć dzieloną spódnicę. W takim stroju nie może pani jeździć na
rowerze.
Dolly wybuchnęła płaczem.
- Ja... ja zawsze robię coś nie tak - szlochała.
- No już, już - Rose niezręcznie poklepała ją po plecach. - Proszę
osuszyć oczy. Zamiast tego pójdziemy na spacer - przekazała swój rower
jednemu z lokajów. - Niech pani spróbuje się rozchmurzyć. To zbyt piękny
poranek, by być smutną.
Dolly posłuchała i wzięła ją pod ramię, co Rose uznała za zbyt poufały
gest. Zabrała rękę. Dolly znów zaczęła płakać.
- Obraziłam panią!
- Nie, nie. Proszę usiąść na tej ławce i się opanować. Dlaczego jest
pani tak zdenerwowana?
- Bo nie znam zasad - zaszlochała Dolly. - Jest ich tak wiele. Wczoraj
byliśmy na herbatce u pani Barrington-Bruce w Kensington. Podano
wspaniały podwieczorek, a ja mam zdrowy apetyt. Gdy się już porządnie
najadłam, zauważyłam, że pozostałe panie patrzą na mnie z przerażeniem.
Co gorsza, zdjęłam rękawiczki. Nie wiedziałam, że powinnam jeść w rękawiczkach!
- Zazwyczaj je się tylko kawałeczek chleba z masłem - odparła Rose. - Na
talerzykach jest on już zwinięty, żeby nie ubrudzić masłem rękawiczek.
- Strasznie dużo opowiadam o wsi, bo tak mi jej brakuje - powiedziała
Dolly. - A mama mówi, że wszyscy się ze mnie śmieją i nazywają mnie
Mleczarką.
- Myślę, że dobrze by było, gdyby mówiła pani o wsi jak najmniej. Proszę
po prostu wyglądać enigmatycznie.
- Co to znaczy?
- Tajemniczo. Należy być skrytą.
- Ale panowie czasami rzucają bardzo ciepłe uwagi i boję się ich urazić.
- Wtedy robi się tak: należy uderzyć nikczemnika lekko swoim wachlarzem,
spuścić wzrok i powiedzieć coś w rodzaju: "Och, sir, obawiam się, że
jest pan dla mnie zbyt podły. Ale może jestem naiwna. Przekażę mamie
dokładnie to, co pan powiedział". Proszę mi wierzyć, to ostudzi zapał
takich mężczyzn.
- Jest pani taka mądra! Proszę powiedzieć mi coś więcej.
Rose zrobiło się miło i poczuła, że w końcu może się komuś na coś
przydać. Udzieliła więc swej uczennicy dalszych wskazówek.
Jednak jej poranek nie należał do zbyt miłych, ponieważ tuż przed końcem
spotkania Dolly powiedziała:
- Chciałabym poznać pani narzeczonego. Wygląda na to, że jest szalenie
fascynującym mężczyzną. Jednak ludzie gadają, że nigdy go przy pani nie
ma.
- Ludzie gadają różne bzdury - odparła gniewnie Rose.
***
Gdy Rose wróciła do domu, Daisy już na nią czekała.
- Źle wyglądasz - rzekła. - Czym cię zdenerwowała?
- Niczym. Jest przeuroczą i czarującą niewinną kobietą. Dałam jej kilka
wskazówek odnośnie do zachowywania się w społeczeństwie. Na pewno
jeszcze się spotkamy. Ona często płacze. Jest bardzo wrażliwa.
- Pewnie udaje - prychnęła zazdrosna Daisy. - No dobrze, skoro nie ona
cię zdenerwowała, to kto?
- Chodzi o to, że ludzie ciągle snują domysły na temat mojego rzekomego
narzeczonego i zastanawiają się, dlaczego nigdy go przy mnie nie ma.
Naprawdę sądziłam, że kapitan zachowa jakieś pozory.
- W takim razie chodźmy się z nim spotkać - powiedziała zniecierpliwiona
Daisy. - Przecież nie ma nic złego w odwiedzeniu narzeczonego w jego
biurze.
- Nie zniżę się do tego. Nie będę go błagać.
- Ale...
- Koniec tematu, Daisy.
Niby mam być jej towarzyszką i przyjaciółką, pomyślała nadąsana Daisy,
a ona wciąż traktuje mnie z góry. Potem jej twarz nagle się
rozpromieniła. Miała słabość do Becketa, służącego kapitana. Wpadnie do
niego z wizytą. On z pewnością będzie wiedział, co robić.
- Jestem ci teraz do czegoś potrzebna? - zapytała.
- Nie wiem. Mamy dzisiaj jakieś spotkania?
- Dziś po południu musisz zadzwonić do matki. Nie będę ci potrzebna.
- Chyba nie. Co masz zamiar robić?
- Nie wim. Pochodzę po sklepach.
- Nie mów "nie wim" - upomniała ją Rose, ale Daisy udała, że jej nie
słyszy, i szybko wyszła z pokoju.
***
Ponieważ dzień był piękny, Daisy przeszła z Belgravii do Chelsea i na
Water Street, gdzie mieszkał kapitan. Gdy skręcała za róg Water Street,
czuła, jak wali jej serce pod gorsetem. Wydawało się, że minęły wieki,
odkąd ostatni raz widziała Becketa. Wyobraziła sobie jego zdziwienie,
gdy otworzy drzwi i ją zobaczy.
Jednak ku jej zaskoczeniu drzwi otworzył sam kapitan Harry Cathcart.
Daisy zawsze uważała go za dość przerażającego. Był to wysoki mężczyzna
pod trzydziestkę z czarnymi, siwiejącymi już przy skroniach włosami i przystojną twarzą o ostrych rysach i czarnych oczach.
- Gdzie jest Becket? - zapytała Daisy.
- Obawiam się, że Becket źle się czuje. Jest poważnie przeziębiony i posłałem go do łóżka. Po co przyszłaś? Wejdź.
Daisy weszła za nim do pełnego książek salonu.
- Usiądź, Daisy.
- Powinien pan się do mnie zwracać: panno Levine - przypomniała odważnie
Daisy. - Teraz jestem damą do towarzystwa. Martwię się o Rose.
- Dlaczego? Co się dzieje?
- Niby jest pan jej narzeczonym, ale nigdy się pan z nią nie pokazuje, a ludzie zaczynają węszyć i gadać. Wszędzie chodzi z tym sir Peterem
Petreyem i ludzie podejrzewają, że może pana dla niego rzucić.
- Petreyem? Przecież on nie interesuje się kobietami.
- Pan to wie, ja to wiem, Rose też, ale trzeba spojrzeć na to z jej
punktu widzenia. Mogła wyjść za niego za mąż, mieć własny dom i nie
musieć przejmować się rodzeniem dzieci. Dlaczego miałaby się pana
trzymać?
- Daisy..., panno Levine, dobrze pani wie, że nasze zaręczyny to tylko
układ. Byłem bardzo zajęty. No dobrze, chyba ją zaniedbałem. Dokąd udaje
się dziś wieczór?
- Na kolejny bal. Do Barringtonów-Brucesów.
- Proszę jej powiedzieć, że będę jej towarzyszył na balu.
- Niech pan sam jej to powie. Ona nie wie, że tu jestem, a gdyby się
dowiedziała, porządnie by się wściekła. Czy mogę zobaczyć Becketa?
- Jest mocno przeziębiony, poza tym nie powinna pani odwiedzać mężczyzn
w ich pokojach.
- Tylko na słówko - zaczęła błagać.
Spodziewała się, że pokój służącego będzie znajdować się w piwnicy, ale
kapitan poprowadził ją po schodach do drzwi na drugim piętrze.
- Becket, masz gościa - rzekł i wprowadził Daisy do pokoju.
Służący z trudem oparł się o poduszki.
- Och, Daisy! Nie powinnaś oglądać mnie w takim stanie.
Harry wyszedł, ale zostawił otwarte drzwi. Brązowe włosy Becketa, które
normalnie były starannie ułożone na głowie nad jego szczupłą, bladą
twarzą, teraz sterczały na wszystkie strony. Daisy usiadła obok łóżka.
- Widział cię lekarz?
- Tak. I powiedział, że to po prostu przeziębienie z gorączką. Za kilka
dni będę zdrów jak ryba.
- Kapitan zapewnił ci królewskie warunki - powiedziała Daisy,
rozglądając się po słonecznym pomieszczeniu. Pod ścianami stały regały
pełne książek. Przed kominkiem znajdował się skórzany fotel, a przy
oknie porządne biurko.
- Dlaczego przyszłaś? - spytał Becket.
Daisy opowiedziała mu o zaniedbaniach kapitana i złości Rose.
- Myślę, że mój pan jest w niej naprawdę zakochany - zauważył Becket. -
I dlatego trzyma się z daleka, bo ona może go skrzywdzić, a on nie lubi
być krzywdzony.
- Sądzę, że oni oboje są w sobie zakochani - odparła Daisy. - I że
dlatego ona jest taka nieszczęśliwa. Jeszcze nigdy nie traktowała mnie
jak służącą tak bardzo, jak teraz. Ale powiedział, że zabierze ją dziś
na bal.
Becket westchnął.
- Miejmy tylko nadzieję, że będą zachowywać się rozsądnie.
***
Godzinę później Harry udał się do biura na Buckingham Palace Road. Jego
sekretarka Ailsa Bridge była zajęta pisaniem na maszynie. Miała za sobą
szeroko otwarte okno, ale w powietrzu nadal unosił się zapach miętówek.
Harry był pewien, że jego sekretarka przepada za miętówkami i nie zdawał
sobie sprawy z tego, że Ailsa przepadała za ginem, i by zabić jego
zapach, piła syrop miętowy.
- Jak tam? - spytał.
- Pojawiły się różne sprawy. Najpilniejsza jest od pani
Barrington-Bruce. Dziś wieczorem planuje założyć diamenty, obawia się
kradzieży i chce, by pełnił pan służbę na jej balu.
- Odwołam to. Idę tam z narzeczoną i nie sądzę, by była zadowolona,
gdybym pojawił się na balu w charakterze policjanta. Zaraz zadzwonię do
pani Barrington-Bruce. - Harry wszedł do swojego gabinetu i zadzwonił do
Rose, ale otrzymał informację, że właśnie jest na podwieczorku u pani
Barrington-Bruce. Zadzwonił zatem do rezydencji pani Barrington-Bruce i poprosił lokaja o wezwanie do telefonu lady Rose Summer.
Gdy Rose usłyszała w słuchawce jego głos, serce jej zadrżało.
- Chcę tylko dać pani znać, że dziś wieczorem pójdę z panią na bal -
powiedział.
Jej głos był zimny i zdystansowany.
- Niestety, spóźnił się pan. Poprosiłam już o towarzystwo sir Petera
Petreya. Skąd miałam wiedzieć, że w ostatniej chwili przypomni sobie pan
o dotrzymaniu warunków naszej umowy?
- Proszę posłuchać...
- Do widzenia.
Harry spojrzał wściekle na aparat telefoniczny. Jak ona śmiała?
Zadzwonił ponownie, tym razem poprosił o rozmowę z panią
Barrington-Bruce i powiedział, że przyjedzie pilnować jej diamentów.
***
Pani Barrington-Bruce była wspaniałą gospodynią. Ponieważ zawsze
organizowała wystawne przyjęcia, przyciągała śmietankę towarzyską,
ludzi, którzy normalnie nie zadawaliby sobie trudu, by jechać aż do
Kensington.
Daisy była coraz bardziej przygnębiona. Podczas podróży Rose zwierzyła
jej się ze swoich obaw o Dolly i powiedziała, że jej zdaniem w tej
dziewczynie jest jakiś smutek i że nie martwi się jedynie o panujące w społeczeństwie zasady. Peter, niepoprawny plotkarz, zachęcał Rose do
ciągłego opowiadania o Dolly. Daisy naprawdę zaczynała się obawiać, że
Rose rozważy Petera jako kandydata na męża, a poza tym była zazdrosna o Dolly. Odnosiła wrażenie, że granice klasowe są tak sztywne, iż nigdy
nie będzie mogła zostać prawdziwą przyjaciółką Rose, podczas gdy Dolly,
która w oczach społeczeństwa była akceptowalna, miała wszystkie
niezbędne cechy.
Rose, choć okrzyknięta pięknością, od czasu zaręczyn nie cieszyła się
już takim zainteresowaniem i musiała przesiedzieć wściekła trzy tańce,
obserwując, jak jej narzeczony krąży po pałacu. Nie miała pojęcia o jego
zleceniu i założyła, że celowo ją lekceważy. Jej złość była tak wielka,
że kiedy Peter tańczył z nią po raz drugi, wręcz skandalicznie z nim
flirtowała, a on, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co ona robi,
jeszcze jej się przymilał.
Harry był wściekły. Jak ona śmiała zrobić mu taki afront? Podeszła do
niego pani Barrington-Bruce.
- Uważam, że powinien pan zatańczyć z narzeczoną - rzekła z powagą. -
Ludzie nie wiedzą, że pan dla mnie pracuje, i wygląda to tak, jakby
celowo ją pan ignorował.
Nie patrzył na to pod tym kątem, ale kiedy podszedł do Rose, okazało
się, że jej flirty i zaloty zostały zauważone przez innych mężczyzn i jej karnet balowy był już zapełniony. Zamiast tego ukłonił się więc
Daisy.
- Panno Levine, czy uczyni mi pani ten zaszczyt?
Rose zaczęła protestować.
- Panna Levine nie tańczy... - ale jej nowy partner akurat w tej chwili po
nią przyszedł, a po krótkim czasie Harry już prowadził Daisy na parkiet.
Daisy zwróciła w stronę kapitana swą drobną twarz, na której wciąż było
widać odrobinę starej zadziorności, i spojrzała prosto w jego ponure
oczy.
- Sam się pan o to prosił - szepnęła, gdy zaczęli krążyć w walcu.
- Pracuję - syknął. - Przez cały czas mam pilnować pani
Barrington-Bruce, na wypadek gdyby ktoś zapragnął ukraść jej klejnoty.
- Ale przecież ona ma je na sobie. Wygląda jak choinka.
- Pani Barrington-Bruce obawia się, że jakiś złoczyńca przebiegnie przez
całą salę i ją zaatakuje.
- Założyła dzisiaj tyle fiszbin, że z pewnością zadziałają jak zbroja -
zaśmiała się Daisy. - Ale wywołuje pan wiele plotek, sir.
- Mam ochotę poprosić lady Rose, by zakończyła tę głupią farsę z zaręczynami.
- Nie może pan tego zrobić! - krzyknęła Daisy. - Zostanie wysłana do
Indii, a ja będę musiała pojechać z nią. Och, niech pan spróbuje
zachowywać się jak dżentelmen.
W jej dość dużych zielonych oczach pojawiło się zmartwienie. Kapitan
zaśmiał się niechętnie.
- Spróbuję.
Ale Rose wcale nie myślała już o Harrym. Dolly wsunęła jej do ręki
karteczkę. Rose przeczytała ją przy pierwszej nadarzającej się okazji:
Jest pani moją jedyną przyjaciółką. Uciekam. Spotkajmy się jutro na
moście Serpentine o szóstej, a ja wszystko opowiem. Niech pani przyjdzie
sama. Kochająca Dolly.
- Chyba tam pani nie pójdzie, prawda? - spytał Peter w drodze do domu. -
O szóstej rano! Jest już prawie druga w nocy.
- Dolly potrzebuje mojej pomocy - odparła stanowczo Rose. - Pójdę na to
spotkanie.
- Idę z tobą - rzekła Daisy.
- Nie, kazała mi przyjść samej i to właśnie zamierzam zrobić. Mama się
nie zorientuje. Spodziewa się, że wstaję dopiero o pierwszej po
południu.
***
Rose wyszła z rodzinnej kamienicy kwadrans przed szóstą rano i pospieszyła w kierunku Hyde Parku, nieświadoma, że Daisy podąża za nią w pewnej odległości.
Przypuszczała, że Dolly będzie na nią czekać na moście nad Serpentine,
gdzie spotkały się już wcześniej. Rose stanęła na moście i lekko
zadrżała. Zrobiło się chłodno. Na jeziorze poniżej zakwakała kaczka.
Rose przechyliła się przez barierkę i spojrzała w dół.
Wtedy wydała z siebie okrzyk przerażenia, a Daisy, która schowała się za
pobliskim drzewem, puściła się pędem w jej stronę. Zbyt zdenerwowana, by
zapytać towarzyszkę, dlaczego za nią poszła, Rose wskazała dół.
W wodzie przy moście zacumowana była łódź. Leżała w niej Dolly ubrana
jak Pani z Shalott na prerafaelickiej ilustracji do słynnego wiersza
Tennysona autorstwa Johna Atkinsona Grimshawa. Cienkie, niemal
przezroczyste draperie wypadły z łodzi i unosiły się na wodzie. We włosy
dziewczyny wplecione zostały kwiaty. Miała ręce skrzyżowane na piersi.
Jej piękna twarz była trupio blada.
- Czy to jakiś żart? - zapytała Daisy.
- Nie, spójrz, na jej sukience jest krew.
Daisy rozejrzała się przerażona po parku.
- Chodźmy stąd - zaczęła błagać. - Morderca wciąż może się ukrywać
gdzieś w pobliżu.
- Musimy powiadomić policję - odparła Rose.
I jakby jakimś cudem nagle pojawił się policjant na rowerze jadący przez
park.
- Pomocy! - zaczęła krzyczeć. - Tutaj!
Gdy policjant podjechał, Rose i Daisy obejmowały się ze strachu.
- Tam na dole jest panna Dolly Tremaine - szepnęła Rose. - Została
zamordowana.
Policjant szybko ruszył pod most i pochylił się nad ciałem. Potem
wyprostował się i wrócił biegiem. Wyjął notes i zapisał ich nazwiska. A potem powiedział:
- Proszę tutaj poczekać.
- Gdzie on się podział? - szepnęła Daisy pobielałymi ustami.
- Na Park Lane jest budka policyjna. Niedługo wróci.
Oświetlane lampami gazowymi żeliwne budki do użytku policji i społeczeństwa pojawiły się w Glasgow zaledwie cztery lata po
wynalezieniu telefonu. Z wyglądu przypominały męskie pisuary.
Nie musiały długo czekać. Policjant wrócił i znowu zaczął robić notatki.
- Kim jest ta martwa dziewczyna? Gdzie mieszkała?
Wkrótce przybyło więcej policji, a następnie dwóch detektywów, za
którymi pojawił się nadinspektor Kerridge w policyjnym samochodzie.
- Lady Rose! - wykrzyknął, ponieważ wcześniej zajmował się już dwiema
sprawami, w które zamieszana była Rose. - Co to znowu za heca, łaskawa
pani?
Tłumaczenie Anna Bańkowska. [wróć]
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Patrzył hipnotyzująco od stóp do głów
Kamiennym brytyjskim spojrzeniem.
Lord Alfred Tennyson
W kamienicy hrabiego zapanowała wrzawa. Lady Rose i Daisy zostały
odprowadzone do domu przez nadinspektora Kerridge'a i inspektora Judda.
Hrabia i hrabina zostali obudzeni i uraczeni tą fatalną wiadomością.
Powiedziano im, że nadinspektor wróci tak szybko, jak to możliwe, aby
przesłuchać Rose. Co u licha znowu zmalowała ich córka?
Kerridge domyślił się, że narazi się na ogromne kłopoty, jeśli będzie
kontynuował przesłuchanie Rose bez obecności jej rodziców. Po
niezamężnych dziewczętach nie oczekiwano żadnej wolności. Rodzice
rutynowo czytali wszystkie ich listy, zanim je im oddali. A już na pewno
nie wolno im było wychodzić z domu bez opieki. Kerridge był pewien, że
hrabia nie uznałby Daisy za odpowiednią przyzwoitkę bez dodatkowej
ochrony w postaci pokojówki i dwóch lokajów.
Choć przyjechał do nich od rodziców Dolly już po południu, musiał
jeszcze trochę poczekać, aż hrabia i hrabina się ubiorą.
- Znowu pan - rozległo się wreszcie pozdrowienie hrabiego. - Co znowu
zmalowała nasza Rose? To przez te sufrażystki, tak?
- Nie, wielmożny panie - odparł Kerridge. - Tym razem chodzi o morderstwo.
- Gdzie moja córka? - pisnęła lady Polly.
- Tu, mamo - rozległ się spokojny głos od strony drzwi. Rose poszła do
swoich pokoi, żeby jeszcze się przespać.
- Kto został zamordowany? - spytał hrabia. Szarpnął wściekle za linę
dzwonka i kazał lokajowi sprowadzić swojego sekretarza Matthew Jarvisa.
- Niejaka panna Dolly Tremaine.
- Ach, ta piękna dziewczyna - zaczęła biadolić lady Polly. - Ale co to
ma wspólnego z moją córką?
W tej chwili do pokoju wszedł Matthew i hrabia ryknął na niego:
- Sprowadź Cathcarta! Musi tu natychmiast przyjść.
- Oczywiście, wielmożny panie.
- Pańska córka, lady Rose Summer, była umówiona na spotkanie z panną
Tremaine na moście Serpentine o szóstej rano.
- Dlaczego u licha...?
- Na balu wczoraj wieczorem panna Tremaine dała mi liścik - wyjaśniła
Rose. - Napisała w nim, że chce uciec. Kiedy weszłam na most, spojrzałam
w dół i zobaczyłam ją martwą na łodzi, przebraną za Panią z Shalott.
- A kto to? - spytał ostro hrabia. - Nie jest z Debrett's, to wiem.
Jakaś obca, co?
- Pani z Shalott to tytuł wiersza lorda Tennysona, tato. Mam tu
wydanie jego wierszy. To jest ta słynna ilustracja, panie Kerridge.
- Jakieś pomysły odnośnie do tego, dlaczego została tak przebrana?
- Panna Tremaine mogła zlecić wykonanie kostiumu na bal kostiumowy w przyszłym tygodniu.
- A dlaczego miałaby chcieć uciec?
- Nie wiem. Wiem tylko, że była zagubiona i nieszczęśliwa w społeczeństwie. Jej ojciec jest proboszczem na wsi i rodzice oczekiwali,
że Dolly wyjdzie za mąż za kogoś bogatego, by zrekompensować koszty
sezonu.
- Nie ma w tym nic złego - mruknął hrabia.
- Zakładam, że przesłuchał pan już jej rodziców - rzekła Rose. - Czy oni
wiedzą, dlaczego miałaby chcieć uciec?
- Nie - odrzekł Kerridge. - Powiedzieli wręcz, że była bliska zaręczyn
jeszcze przed sezonem. Z niejakim lordem Berrowem.
- Lord Berrow jest stary - zauważyła Rose. - To pewnie dlatego chciała
uciec.
- Bzdury - wtrąciła lady Polly. - Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach dziewczęta czytają tanie romanse. Nie wychodzi się
za mąż z miłości.
- Hola, hola, staruszko, a my? - zaprotestował hrabia.
- My byliśmy wyjątkiem - odparła lady Polly. - Gdzie znajduje się
kościół tego proboszcza?
- Prawdopodobnie na jakimś Okropnym Bagnistym Odludziu - wtrącił hrabia.
- Ej, świetnie mi to wyszło, co?
To dość niesamowite, pomyślał Kerridge. Ich jedyne dziecko właśnie
odkryło morderstwo, a oni wcale nie przejmują się jej dobrem.
- Kapitan Cathcart - oznajmił lokaj.
- Jakim cudem przybył tu tak szybko? - spytał hrabia.
- Ma samochód - odparła Rose.
- To paskudne, śmierdzące urządzenia. Nigdy nie zastąpią konia. Siadaj
pan, panie Cathcart. - Hrabia wskazał palcem Rose. - Ona znów ma
kłopoty.
Kerridge przypomniał sobie, że jeden z wykładów jego matki brzmiał "Nie
pokazuj nikogo palcem. Ludzie z wyższych sfer nie wskazują palcem". Ta
cecha mogłaby otworzyć ludziom oczy, pomyślał kwaśno Kerridge.
- Wczesnym rankiem - zaczął - lady Rose znalazła ciało niejakiej panny
Dolly Tremaine. Została zamordowana - Harry słuchał uważnie, gdy
Kerridge przekazywał mu wszystko, co wiedział.
- Co mówi jej rodzina? - spytał Harry. - Czy ta dziewczyna miała jakichś
wrogów?
- Są pogrążeni w rozpaczy i oszołomieni. Nie wiedzą nic o żadnych
wrogach.
- Jacyś bracia lub siostry?
- Jeden syn, Jeremy, lat dwadzieścia siedem. Myślę, że jak otrząsną się
z szoku, to może podadzą jakieś kolejne informacje.
- Dziwne to - skomentował hrabia. - Tylko dwoje dzieci. Myślałem, że ci
ludzie z Kościoła Anglii rozmnażają się jak króliki.
- Nie przy Rose! - zganiła go lady Polly. Potem zdusiła westchnienie,
myśląc o wszystkich małych grobach na cmentarzu w Stacey Court, ich
wiejskiej posiadłości. Leżało tam ośmioro braci i sióstr Rose, którzy
zmarli tuż po porodzie.
- O której wyszła pani z balu? - spytał Harry Rose.
- Około drugiej w nocy.
- I panna Tremaine tam została?
- Nie przypominam sobie, żebym widziała ją po północy.
- Więc gdzieś między północą a szóstą rano ktoś ją zamordował, a potem
przebrał ciało. Trzeba będzie przeszukać dom proboszcza.
- Rodzice twierdzą, że tej nocy w jej łóżku nikt nie spał. Planowała
ucieczkę - powiedział Kerridge. - Być może przebrała się w ten kostium,
by zadowolić kochanka, który potem ją zamordował.
- Nie podoba mi się to - oznajmił Harry. - Myślę, że ten, kto ją
zamordował, wiedział, że panna Tremaine wczesnym rankiem uda się na
spotkanie z lady Rose. Lady Rose, czy ma pani jeszcze ten liścik?
- Musiałam zgubić go na balu. Pamiętam jednak, że schowałam go do
torebki, którą dałam Daisy, gdy poszłam tańczyć.
- Lepiej wezwijmy tu Daisy.
Lady Polly kazała pilnie sprowadzić Daisy do salonu.
Kiedy dziewczyna przyszła, Kerridge zapytał:
- Lady Rose mówi, że podczas tańca zostawiła ci swoją torebkę. Czy w którejkolwiek chwili zostawiłaś ją bez opieki?
- Na krześle, gdy poszłam tańczyć z kapitanem - odparła Daisy. -
Siedziałam obok hrabiny Slerely. Zwykle siadam obok niej. Zauważyłaby
każdego, kto próbowałby zabrać torebkę.
- Wydaje mi się, że tańczyłaś z kapitanem Cathcartem, zanim Dolly dała
mi ten liścik - zauważyła Rose. - Czy zostawiłaś torebkę jeszcze przy
jakiejś okazji?
- No cóż, raz musiałam pójść sami-wiecie-gdzie. To było tuż przed
północą.
- Lepiej zajrzę do Slerely - powiedział Kerridge. - Lady Rose, jeśli
przyjdzie pani do głowy coś jeszcze...
- Nie, nie przyjdzie jej - odparł hrabia. - Nie powinna była wychodzić o tej bezbożnej godzinie bez opieki.
- Ja z nią byłam - wtrąciła Daisy.
Hrabia ją zignorował.
- Koniec z przejażdżkami na rowerze, młoda damo. A teraz idź do swojego
pokoju.
- A co do pana - powiedział hrabia, zerkając na Harry'ego - ponieważ w ten incydent zamieszana jest moja córka, oczekuję, że jak najszybciej
wyjaśni pan sprawę. A skoro już pan tu jest... to co pan sobie myśli,
ignorując moją córkę w taki sposób?
- Przepraszam. Niezmiernie mi przykro, ale presja w pracy...
- Phi! Albo w przyszłości będzie się pan porządnie zachowywać, albo sam
odwołam te zaręczyny!
***
- Zastanawiam się - powiedział Harry później tego dnia do służącego -
skąd doktor Tremaine miał dość pieniędzy, by wynająć dom na sezon i sprawić córce kosztowną garderobę.
- Ma świetne kontakty - zauważył Becket. - Jego ciotką była lady
Tremaine, która wyszła dobrze za mąż i zostawiła mu całkiem spory
spadek.
- Gdzie o tym słyszałeś?
- Zawsze każe mi pan słuchać plotek od innych służących. Niesamowitym
źródłem informacji jest Pędzący Lokaj, gdzie pija wielu z nich.
- Proponuję, abyś udał się tam dziś wieczorem i spróbował dowiedzieć się
wszystkiego na temat tej rodziny.
- Czy mogę prosić o trochę pieniędzy na rozrywkę, sir?
- Oczywiście - odparł Harry i szybko wyjął portfel. Wyciągnął
pięciofuntowy banknot. - Tyle wystarczy?
- Bardziej niż wystarczy. Przyniosę resztę.
- Zachowaj ją, może przydać się do dalszego przekupstwa.
- Sir, czy myśli pan, że lady Rose i panna Levine będą bezpieczne?
- Dlaczego pytasz?
- Morderca może pomyśleć, że panna Tremaine powiedziała lady Rose
znacznie więcej niż w rzeczywistości.
Zaniepokojony Harry uniósł brwi.
- Jestem pewien, że nic im nie będzie. Ciekawi mnie ten lord Berrow.
Jest po pięćdziesiątce, prawda?
- Chyba tak. To wdowiec. Plotki głoszą, że uganiał się za spódniczkami
do tego stopnia, iż dość wcześnie wpędził żonę do grobu.
- W rzeczy samej! Dlaczego więc święty doktor Tremaine w ogóle rozważał
oddanie córki w ręce takiego człowieka?
- Bo lord Berrow jest bardzo bogaty.
- Ach, Becket, nie uważasz, że nasze społeczeństwo jest bardzo
niemoralne?
- Nie mnie o tym sądzić. Wychodzi pan dziś wieczorem?
- Tak, być może odwiedzę narzeczoną. Jej ojciec oskarżył mnie o zaniedbanie.
***
Harry musiał czekać dość długo, ponieważ hrabia i hrabina kłócili się o to, czy powinien zobaczyć ich córkę.
- Miałem nadzieję, że te diabelne zaręczyny po prostu zakończą się
fiaskiem - powiedział hrabia.
- Powinniśmy byli wysłać Rose do Indii. Córka pani Fanshawe, która jest
straszliwie zwyczajna, wyjechała i uczuciami obdarzył ją pułkownik
Brady. Niemniej gdy Rose będzie częściej widywać kapitana Cathcarta,
może zrozumie swoją głupotę. Wygląda na to, że ma skłonność do sir
Petera.
I tak dyskutowali, i kłócili się, podczas gdy Harry chodził po korytarzu
w tę i z powrotem.
W końcu go wezwano i powiedziano mu, że może spędzić piętnaście minut
sam na sam z Rose, pod warunkiem że drzwi do salonu pozostaną otwarte.
Zanim zostawiła ich samych, lady Polly patrzyła, jak Harry szybko ruszył
do przodu, ujął obie dłonie Rose i pocałował je. Po wyjściu matki
zarumieniona Rose wyrwała ręce i spytała ostro:
- Czego pan chce?
- Martwię się o pani bezpieczeństwo. Becket właśnie zwrócił mi uwagę na
to, że pani życie może być zagrożone. Proszę uważać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki