SPIS TREŚCI
Zacznijmy opowieść
Klejnot bezczasu
Cudowne krainy
Zaczynam myśleć o liniach
Jej kształt
Przypominam sobie pewną dziewczynę
Drzewo
Myję ręce po seansie, a potem zamarzam
Śnię koszmar o niej na łące
Podróż do domu przyjaciela
Rozmawiam o słońcu. I znowu pojawiają się linie
Czyjaś obecność i powrót do domu
Myślę o pierwszej karcie mojej talii
Piszę powieść
Rysuję portret Matki Granicy
Przybywam do miasta
Rozmawiam o sztuce i badam rzeźbę
Biorę udział w spotkaniu pewnych badaczy
Niespodziewanie dla samego siebie wygłaszam odczyt
Prowadzę dalsze rozmowy, które kończę wróżeniem
Teraz to ja słucham odczytu
Zadaję kilka pytań i rozmawiam o niezdecydowaniu
Śnię kolejny koszmar, w trakcie którego napotykam piękną kobietę
Opowieść kobiety
Wysłuchuję końca opowieści kobiety i wypowiadam jej imię
Jestem bardzo, bardzo namiętny, a w końcu odchodzę
Oglądam postać z drugiej karty mojej talii
Kilkudniowa wycieczka
Rysuję trzecią postać z mojej talii
Jak się okazuje, nadal wędruję we śnie, w którym maleję
Patrzę w twarz kobiety
Opuszczam budynek i wracam do domu w mieście
Poznaję przerażającą tajemnicę i namawiają mnie do kontaktu z kimś z tamtej strony
Zielone Pole
Pisząc powieść, rozważam siłę kształtów i jestem kuszony przez tajemnicę linii
W tym momencie przyszedł czas na wspominanie mojej wielkiej miłości
Co Dorota mówiła o mnie
Dorota: miłość i wojna. I jeszcze koszmary
I jeszcze ktoś, komu nadałem imię Irena
Dwie opowieści o Irenie
Pewien wędrowiec zabiera mnie w podróż
Znów jestem namiętny. I bardzo kochany
Odejście, węże i nagość, czyli trzecia opowieść o Irenie
Wyruszam na ostatnią wyprawę
Wędruję i nie napotykam granicy
Matka Granica po raz drugi!
Wracam do miasta, a tak naprawdę do wspomnień
Proszę o numer dwieście siedemnaście
Prowadzę rozmowę o bitwie na Zielonym Polu
Opisuję marsz wojska na Zielonym Polu
Rozmawiam z przyjacielem o archetypowym Ojcu i o archetypowej Matce
Odkrywam, że bitwa na Zielonym Polu toczy się w mojej talii kart!
Rozmawiam z kolejną postacią mojej talii
Już po bitwie...
I jeszcze jedna postać z mojej talii kart...
Ogarnia mnie wściekłość, którą spokojnie obserwuję
Po prześnieniu koszmarów obserwuję znów kształty
Wreszcie spędzam spokojnie noc, i to nie sam w moim śnie
Wpraszam się do domu przyjaciela i podsumowujemy całość opowieści
KLEJNOT BEZCZASU
Mój przyjaciel podejrzewa, że dzielę się na kawałki i wędruję jednocześnie po różnych miejscach. Może ma rację, choć trudno mi to jednoznacznie ocenić. Kiedy wróżę, myślę o rozmaitych sprawach, czasem tak intensywnie, że zapominam, gdzie jestem. Dotyczy to tylko momentu interpretacji, czyli chwili, gdy dostrzeżona wcześniej myśl zatrzymuje się, rozwija i przekształca. Wtedy nosi w sobie ziarenko pomysłu, które często można powiązać z pytaniem, na które wróżba ma odpowiedzieć. Tymczasem samo patrzenie to zupełne zapomnienie. Nie zastępuję jednej myśli drugą, lecz wpadam w szczelinę między nimi, zamarzając w dezorientacji. W przeżyciu mistycznym czas ma zawisnąć w miejscu, skrystalizować się w lód lub kamień i przeniknąć człowieka nieokreślonym uczuciem – wstrząsającym jak zetknięcie z jadem, kiedy podobno zalewa nas na przemian gorąco i zimno. Moje zamarznięcie jest inne. Jest chaosem – zatrzymaniem czasu między ostatnią chwilą przeszłości a pierwszą chwilą przyszłości. Wróżenie to poszukiwanie porządku, które, jak każde porządkowanie, wymaga treningu. A każdy trening pozostawia w nas ślady przeszłości. Gdy wypatruję nowej myśli, nie wiem, czy napotykam właśnie taki ślad, przemierzając drogę z przeszłości do chwili obecnej, czy może dopiero wtedy, gdy cofam się w czasie do wcześniejszych zdarzeń. Śledzę nurt spienionej wody – słodkiej i słonej, gorącej i zimnej, piętrzącej się i rozcinanej tamami – aż wyłoni się myśl. Dopiero wtedy dostrzegam, jak nieruchoma była ta szalejąca woda, jak nieuporządkowany – a więc nierealny – był jej przepływ od jednej chwili do drugiej. Póki jednak patrzę tylko na nią, trwam w chaosie, tracąc różnicę między dawnym a nowym, z wielką trudnością znosząc ból zamętu i rozdarcia.
Uważnie patrzę na swoje myśli. Na pulsowania wody. Moje ręce drżą, więc nadaję temu drżeniu pewien rytm, tak że zaczynają uderzać o stół, lecz lekko nieruchomieją po jednym subtelnym wysiłku, wsłuchując się już tylko w tętnienie krwi. A krew jest coraz łatwiej wyczuwalna. Rozgrzewa się twarz, zaczynają drgać powieki.
Zamykam oczy. Tak silnie i zdecydowanie, że po długiej chwili, rozluźniwszy mięśnie, nie przestaję patrzeć w ciemność. To zresztą zrodziło nastrój zniechęcenia. Nie chcę otworzyć oczu do końca, żeby nie patrzeć na własne dłonie czy na otaczających mnie ludzi. Chcę powtórnie znieruchomieć, nawet oślepnąć, ciemność i niechęć do wszelkiego ruchu są przecież tylko innymi stronami chaosu. A więc jeszcze nie wynurzyła się z niego myśl.
Jakieś słowo... Tak, myślę o słowie, które przemienia się w zdanie, a ja je powtarzam, wprawiając się w miłe odurzenie. To nie jest niechęć; chaos ustępuje, bo to odurzenie jest naprawdę przyjemne. Dzięki temu możemy je nazwać odurzeniem – inaczej pozostałoby niechęcią, pozbawioną wyrazu i uczuć, jedynie instynktowną ucieczką w głąb siebie. Teraz pozostało jedynie upodobanie do zimna abstrakcji, jakby moje myśli zatonęły w jakiejś grze z pojęciami: odurzenie – przyjemne odurzenie – miłość.
O ile czas jest wodą, o tyle skojarzenia są wiatrem. Gdy wiatr jest gwałtowny, budzi sprzeciw; opieram się pędowi myśli i staram się silnie koncentrować pamięć. Tymczasem nie pamiętam niczego. Miłość... Inne skojarzenia, może związane z uczuciem innym niż miłość, nieokreślonym jak w dawnych, dziecięcych snach. To była tęsknota.
Tęsknota jest wiatrem, lecz nie wiatrem wspomnień. Dziecięce sny są dla mnie bardzo odległe, zapadają się w głębiny tajemniczości, bo trudno je sobie przypomnieć, ale jeszcze trudniej zastosować sztuczkę polegającą na wyobrażaniu sobie rzeczy, które potem uchodzą za wspomnienia. Od dawna nie potrafię sobie wyobrazić tak intensywnych kolorów. Kiedyś czułem tęsknotę, gdy myślałem o jasnych barwach. Były książki, które, nawet opisując szare mury czy brązową korę drzew, nadawały każdemu przedmiotowi słoneczny blask. Wtedy wyobraźnia łączyła się z tęsknotą i marzyłem o tym, by na zawsze pozostać w takich oświetlonych słońcem miejscach. Nie lubiłem chwili, gdy kończyła się bajka. Czułem się odpowiedzialny za kraj, który dzięki niej powstawał, a więc i czułem, że niszczyłem go, wyrywając go z wyobraźni. Zwykły świat, który po nim następował, był przepełniony nie barwą, lecz gamą odczuć, które mieściły się gdzieś między odwagą a lękiem.
To także wspomnienie z dzieciństwa. Złożone nie z marzeń i snów, lecz z jawy. Byłem zwierzęciem. I jak każde małe zwierzę, lubiłem się bawić, a moją rozrywką była walka. Igrałem z lękiem. Na szczęście tylko z własnym; byłem złośliwy wobec samego siebie, bo dręczenie innych wydawało mi się naiwne i płytkie. Fascynowała mnie głębia i ciemność – na przykład ta ukryta na dnie beczki, do której uwielbiałem wpełzać i z której trudno było wyjść, a także ciemność nocy. Zwłaszcza wtedy, gdy wyobraźnia zaludniała pokój wykrzywionymi twarzami, a mimo to owijałem się w kołdrę i turlałem po podłodze, czując wyraźnie, że spadam na jakieś niebezpieczne ciało.
Gdy już spadłem, doznawałem wrażenia, że ludzkie twarze zamieniają się w zwierzęce pyski. Lęk dochodził do szczytu, ale potem nagle mijał, a ja bawiłem się, gryząc i drapiąc, bezpieczny, choć czynny, jak na łowach, z których zdobycz przynosiła potem matka. W marzeniach ona nie istniała; byłem zawsze sam. Samotne były też polowania, bezkrwawe i piękne, podobne do rycerskiej gonitwy po soczystej trawie, kończące się powrotem do zamku (a może odkryciem nowego królestwa?), gdzie czekała mnie figlarna, lecz serdeczna opieka dobrych wróżek.
Pochylam się nad kartami i szepczę jakieś słowa. To słowa miłości. Proszę nimi o coś, jakbym się modlił. Bo i teraz kocham. Kochałem te krainy, kochałem bajki, wróżki, a nawet jelonki, zajączki i łanie, biegające wraz ze mną po lesie. W lesie każdemu chce się wołać, krzyczeć, więc i teraz wołam – może wybiegnie mi na spotkanie dzisiejsza wróżba, bo nie będzie się wstydziła, wokół nie ma ludzi, tylko rzeka i wielki las. Wróżki krępują się obecnością ludzi, ale nie tych, którzy patrzą na mnie teraz w skupieniu, oczekując przepowiedni. Pora więc na ostateczną rozprawę z chaosem: spiętrzenie dwóch czasów, przyszłego i przeszłego, w jednej fali daje nie tylko myśl. Rodzi się tam coś jeszcze, czerwonego jak krew, co wzmoże skupienie i ożywi wyobraźnię. Zwę to coś "klejnotem bezczasu".
Mogę wreszcie powiedzieć coś wyraźniejszego. W tej właśnie chwili czuję, że mógłbym poznać mowę zwierząt, porozmawiać z zającem czy łanią. Wraz z nimi – prędkimi, nieustającymi w biegu – przemierzę nieznane kraje, które dadzą mi schronienie na czas podróży.
Mówię o lęku i kryjówkach, jakie niekiedy tworzy ciemność. A przede wszystkim o miłości:
– Jesteś jak jasny promień światła. Ciepły, ale bolesny. Masz poczucie winy, może z powodu nierozważnego słowa, ale z takim uczuciem trzeba walczyć. Nie dopuść, by on, jest przecież ktoś taki, dopatrzył się w twoim głosie tonu przeprosin, bo wtedy o wiele silniej skupi się na doznanej krzywdzie.
Widzę w oczach słuchaczki zrozumienie. Być może błysnęły w nich także podziw i trwoga. Kilka słów, nieistotnych objaśnień. Opieram ręce na stole, lekko pochylam się do przodu, wstaję. By stłumić rozmarzenie, żegnam się nieco zbyt szorstko. A szorstkość to dla mnie przeciwieństwo kobiecości, dziewczęcości, które ogarnia mnie w chwili rozstania z kimkolwiek, aż uginam nogi i dygam jak pensjonarka. Naprężając umyślnie mięśnie nóg, kiwam głową.
Po kilku minutach słyszę lekkie pukanie.
– Proszę!
Wraca ta sama słuchaczka wróżby. Witam ją zniecierpliwionym, nieprzyjaznym spojrzeniem, bo niepisane prawa domu zapewniały mi w tej chwili odrobinę samotności.
– Przepraszam – mówi. – Chciałabym o coś zapytać.
– Tak?
Patrzy na mnie niepewnie. To mnie rozczula, więc rozluźniam wargi. Milczy jeszcze przez moment, a następnie cicho pyta:
– Jak pan to robi?
Pyta pani, jak wróżę. Otóż... zwyczajnie. Przychodzą mi do głowy różne myśli, czasem wspomnienia, a czasem gra skojarzeń. "Wiatr skojarzeń" – ładna nazwa, nieprawdaż? Potem staram się je połączyć w całość. Oczywiście, w całość stosunkowo jednolitą, odnoszącą się do pytania, choć niekiedy bardziej interesuje mnie to pytanie, które dopiero się pojawia... Nie ma tu żadnych czarów. Tylko trochę wiary w to, że moje myśli mogą być podobne do myśli innych.
– To rzeczywiście zwyczajne. – W głosie kobiety wyczuwam lekkie speszenie. Podchodzi do krzesła, tym samym oddalając się od drzwi.
– Pani wybaczy, ale jestem zmęczony. Chciałbym odpocząć.
– Nie będę pana męczyć – pada odpowiedź.
Nie będę pana męczyć...
To nie była ani niegrzeczność, ani nieporozumienie. Kobieta wiedziała o mnie więcej, niż się spodziewałem. Po zakończeniu wróżenia odprężam się, pozwalając, by pędzące, wzmocnione po spotkaniu z "klejnotem bezczasu" myśli powoli uspokoiły się, spowolniły i wreszcie zanikły. Zanikanie myśli to dla mnie odpoczynek. Można je łatwo zakłócić, bo zanikające myśli trwają dłużej niż zwykłe, a więc można je przerwać, zmienić, oszukać... Ale skoro możliwa jest zmiana nieprzyjemna, to dlaczego nie miałaby pojawić się zmiana przyjemna? Tak właśnie stało się w tej chwili.
Twarz kobiety ma teraz miły, figlarny wyraz. Jak u wróżki z dziecięcych snów.
Myśli nie zanikały, ale ich intensywność była jakby nasycona kolorytem złamanych barw. Obiecywały, że znikną, że nie porażą jaskrawym blaskiem, lecz ukażą się w całej okazałości, nim przyjdzie chwila zwiędnięcia. To nie trening skupiania nauczył mnie takiego patrzenia na myśli. To działała jakaś siła z zewnątrz.
– Widzę, że pana zaniepokoiłam. Czy przestraszył się pan, że mogłabym... gdybym zechciała...
– Męczyć mnie? Ależ – uśmiechnąłem się – nie pomyślałem nawet o tym!
– Cieszę się. Ja...
– Także się cieszę! – Wróciłem do ostrego, rzeczowego tonu. – Jeśli ma pani inne pytania, proszę zadawać je szybko. Wkrótce znów będę zajęty.
– Tak, w porządku – odpowiedziała szybko. – Chcę spytać o coś bardzo intymnego.
– Proszę.
– Bez przerwy mam wrażenie, że patrzę na kogoś innego. Innego... w każdej chwili. Jest pan w ciągłym ruchu. To tak, jakby poruszał się pan w czasie. Starzał... może nie to, ale raz jest pan dzieckiem, raz dojrzewającym chłopcem, potem znów dzieckiem, ale zupełnie innym...
– Nie zastanawiałem się nad tym. A jak brzmi pani pytanie?
– Jeśli mam rację, jeśli tak jest rzeczywiście, to chciałabym wiedzieć, jak te pańskie przemiany pomagają we wróżbach. Czy zamienia się pan w tego, komu wróży? Może to naiwność z mojej strony, proszę się nie śmiać, tak właśnie pomyślałam: zamienił się pan we mnie. We mnie taką, jaka będę później.
– Nie, proszę pani. Chyba nie – odpowiedziałem wolno. – Jestem tak wielkim egoistą – tu się uśmiechnąłem – że utożsamienie się z kimś innym byłoby dla mnie zbyt pracochłonne.
– Powinien się pan zakochać!
Zdanie to było tak zaskakujące, że bardziej odruchowo niż rozumowo odpaliłem:
– Czy to wystarczy?
– Nie! – Kobieta nagle spoważniała, przez co zrobiła się jakby starsza. O wiele starsza. – Nie – powtórzyła. – Ale wtedy przynajmniej zrozumiałby pan, jak bardzo potrzebni są nam inni ludzie. I jak potrzebne są przeprosiny, nawet te niechciane, bolesne, ale przełamujące samotność.
– Nie zgadza się pani z moją wróżbą?
– Nieważne. I tak mi się podobała. Była może trochę za oschła, ale same słowa, sama melodia tych słów była czymś pięknym. To nie brzmiało jak przepowiednia, rada ani wyrok. Pan mówił do kogoś innego niż ja. I był tak szczęśliwy, tak rozmarzony, że chciałabym, aby pan do tego stanu powrócił. Dlatego przyszłam tu "przeszkadzać". – Spojrzała mi w oczy. – Może kiedyś ta wróżba okaże się inna?
Uśmiechnąłem się kolejny raz.
– Sądzę, że to raczej pani nastrój wpłynął na wyobraźnię. Na pani wyobraźnię, nie na moją!
– Ale co pan naprawdę czuł w czasie wróżenia?
Milczałem.
– A jednak ciągle się pan zmienia! – oświadczyła. – Może właśnie w ten sposób można zrozumieć tak wielu ludzi.
Mówiła chyba coś jeszcze, a ja odpoczywałem, marząc o spacerze po łąkach i wspinaczce na wzniesienia, a mój przyspieszony po wysiłku oddech pozwalał wyraźniej czuć zapach kwiatów i traw.
– Gniewa się pan, że przeszkadzam?
– Przestałem – odrzekłem, chyba tylko w myślach. W mojej wyobraźni dodałem:
"Pani obecność mnie uspokaja. Powiem więcej, nie tylko nie tracę możliwości marzeń, tego zwykłego odpoczynku po wróżeniu, ale czuję też, że pani... że pani sama jest takim marzeniem!"
"A jednak nie wszystko się panu podoba" – usłyszałem. "Pan nie lubi biegów, wspinaczek, w ogóle nienawidzi pan łąki".
Złudzenie? Zapewne. Kobieta nie poruszała ustami. Moje usta też były szczelnie zamknięte, gdy wyobraziłem sobie ich ruch. Usta odpowiedziały: "Skąd pani wie?".
"Wiem, mój drogi. Każdy ruch cię męczy. Boisz się zmęczenia, a więc nie patrzysz na innych ludzi. Nie chcesz towarzyszyć ich wysiłkom. I mnie zalecasz to samo! Czy nie lepiej po prostu kochać?"
"Kochać?"
"Tak. Samotność boli bardziej niż zbliżenie, nawet najbardziej raniące".
"Mówię to, co przychodzi do mnie podczas wróżb. Trafiam wówczas na jakąś głębię, na większą prawdę o rzeczach". Najwyraźniej uciekałem, zmieniałem temat rozmowy. Ale bezskutecznie.
"I chcesz wierzyć, że jesteś wtedy sam? A od kogo przychodzą takie myśli?"
Po chwili milczenia usłyszałem zwyczajny, niepewny głos:
– Zajęłam panu rzeczywiście zbyt dużo czasu. Pójdę już.
– Do widzenia. I proszę się nie gniewać. Wróżbiarz jest z reguły drażliwy, a poza tym ma wiele innych wad artystów.