W cieniu totalitaryzmu - Adam Michnik

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Przełomy:1942 - 1945 - 1956 - 1981
 
 
"Nowa Polska" 1942-1946Tradycje, Rewizje, Dylematy[1]

15 października 1941 roku Antoni Słonimski pisał z Anglii do przebywającego w Stanach Zjednoczonych Juliana Tuwima: "Niewesołe towarzystwo. Chcę Cię zawiadomić, że będzie tu wychodził miesięcznik lewicowy, poważny, poświęcony literaturze i kulturze. Robię to z Kuncewiczową, Balińskim, Lilką Pawlikowską, Zahorską, Pragierem. Mam obiecane artykuły do każdego numeru od Stempowskiego. Pisałem do Broniewskiego, Józia Wittlina, Kota. Nie ma to charakteru partyjnego, bo pracować będzie blisko z pismem związany zarówno Ciołkosz, jak Karol Estreicher. Proszę Cię, żebyś do nas przystał. Żebyś zaraz przysłał nam albo trochę Kwiatów albo coś innego"[2].

Miesięcznikiem, o którym mowa w liście, była "Nowa Polska". Utworzenie nowego pisma było wynikiem dekompozycji ideo­wej emigracji. Choć doszło do tego na tle opozycji wobec paktu Sikorski-Majski, to korzenie konfliktu tkwiły już we wcześniejszych sporach. Od samego początku publicystyka emigracyjna usiłowała odpowiedzieć na pytanie o przyczyny klęski wrześniowej. Pozornie spierano się tylko o rozłożenie akcentów. Nikt nie twierdził, że klęska była spowodowana wyłącznie przewagą militarną wrogów, i nikt nie głosił, że jedyną jej przyczyną była nieudolność sanacyjnej elity władzy. Jednak pomiędzy tymi - niewiele na pierwszy rzut oka różniącymi się - stanowiskami kryły się zasadniczo odmienne wizje Polski przeszłej i przyszłej, a także różne poglądy na bieżącą politykę rządu Władysława Sikorskiego.

Przeciwko temu rządowi występowały dwa ośrodki polityczne: sanacyjny, którego publicystycznym eksponentem był Ignacy Matuszewski (były redaktor "Gazety Polskiej"), oraz skrajnie prawicowy (młodzi endecy i ONR), reprezentowany przez pismo "Jestem Polakiem". Jeśli Matuszewski akcentował nieuchronność klęski, a błędy rządzących redukował do zaniedbań w uzbrojeniu, to socjalista Adam Pragier dostrzegał przyczyny katastrofy "w samym systemie rządzenia, w dyktaturze, w braku kontroli nad poczynaniami rządzących"[3]. Również wśród tradycyjnych przeciwników sanacji spór o przyszłość manifestował się nierzadko w kategoriach sporu o przeszłość: czy słabość Polski była wynikiem nadmiaru demokracji (co można było przeczytać w "Jestem Polakiem"), czy też była efektem dyktatury, co twierdził nie tylko Pragier, ale i cały obóz gen. Sikorskiego.

"Jestem Polakiem" było pismem prawicowym. Grupując skrajną prawicę endecji (Adam Doboszyński) i ONR-owców (Zygmunt Przetakiewicz), pismo - jak się zdaje - wyrażało pewną część emigracyjnej opinii publicznej[4]. W pierwszym numerze pisma w redakcyjnym artykule wstępnym czytamy:

"Największą słabością przeważnej ilości państw demokratycznych [...] było zwyrodnienie ustroju demokratycznego płynące z wygasającego tętna ideałów demokratycznych. Wstrząsem, który zadał decydujący cios sile haseł demokratycznych, była wojna światowa [...]. Nowy porządek [powersalski - A.M.] świata już w chwili jego ustalenia był anachronizmem wobec nowych prądów, które narastały w rowach strzeleckich. Żywioły bowiem, które przeszły twardą szkołę wojenną w okopach, zrozumiały, że istnieje coś silniejszego aniżeli ogólne frazesy o wolności, pokoju, cywilizacji i sprawiedliwości. Tą nową, silniejszą ideą było poczucie wspólnoty narodowej. Wtedy też narodził się kult dla dyscypliny i hierarchii"[5].

Dalej autorzy wyjaśniają, że Hitler zawdzięczał swe sukcesy likwidacji instytucji demokratycznych i wykorzystaniu siły zbiorowej narodu ogarniętego fanatyczną, choćby błędną, ideą. Ustrój totalny unieszkodliwia właściwe demokracji partyjnictwo.

Tak oto wyglądała osnowa ideologiczna "Jestem Polakiem". Lektura całości tego pisma sprawia wrażenie przygnębiające. Przy czytaniu kolejnych numerów organu ekstremistycznej prawicy nasuwa się refleksja, że ci ludzie nic nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli, żadnych poglądów nie zrewidowali. Deklarowanie miłości do Polski w każdym zdaniu, skrajny nacjonalizm manifestujący się w "odwiecznej nienawiści do germańskiego plemienia" i w antysemityzmie, sny mocarstwowo-kolonialne, zasłanianie się nieustannie autorytetem Kościoła katolickiego, wreszcie rzewne wspominki oenerowsko-kombatanckie - oto zawartość myślowa "Jestem Polakiem". Równie żenująca była stylistyka tych artykułów. W "Wiadomościach Polskich" z 14 lipca 1940 roku Maria Kuncewiczowa wydrukowała artykuł Mity, w którym pisała m.in.: "Nad Polską stały Matki Boże: Częstochowska, Ostrobramska, Swarzewska... Byli tacy, co je ubierali chabrami, i tacy, co jeździli na Jasną Górę ślubować, a potem bić kastetami Żydówki". Organ młodych "narodowców" replikował:

"Utwór histerycznej pisarki wydrukowały "W.P.", które podkreślają, że są kontynuacją "Wiadomości Literackich". Warszawskie "W.L.", redagowane przez Grydzewskiego i Bormana, pozostawiły w kulturze polskiej wybitnie oryginalną Kartę, albowiem na tej Karcie znalazły się i szkice Wołoszynowskiego o Chrystusie, i felietony Boya-Żeleńskiego o świadomym macierzyństwie, nadprodukcji dzieci i homoseksualizmie, tudzież homoseksualne reportaże i nowele Iwaszkiewicza, w uroczym sąsiedztwie erotycznych reportaży (dla pań) Wandy Melcer i Ireny Krzywickiej, nie przypominając szerzej rozlicznych, czerwonych wierszy, wierszy oraz kronik p. Słonimskiego, w których ten wielce dziś bojowy autor Alarmu zajmował się pacyfizmem, legalizacją partii komunistycznej w Polsce, antyklerykalizmem i filopiłsudczyzną"[6].

W tym samym piśmie ukazał się ciepły, pełen sympatii artykuł pośmiertny o Żabotyńskim (coś na kształt syjonisty-faszysty), ale też nie pomijano żadnej okazji, by demonstrować obsesyjny antysemityzm. Żabotyńskiego chwalono, bo chciał Żydów wywieźć do Palestyny, natomiast Tuwimowi, Grzegorzowi Fitelbergowi i innym wypominano pochodzenie żydowskie przy lada okazji. Każdy, kto usiłował brać tych ludzi w obronę (np. Antoni Słonimski, Ksawery Pruszyński czy Adam Romer), nazywany był ich pachołkiem, podawano w wątpliwość jego patriotyzm i przywiązanie do Polski.

Wrogiem numer jeden pisma był Antoni Słonimski. Bardziej niż jego nienawidzono tam chyba tylko gen. Sikorskiego i prof. Stanisława Kota, ale tych bano się z uwagi na ich funkcje państwowe. Kalumnie, którymi obrzucano związanego blisko z Sikorskim i Kotem Słonimskiego, grały więc rolę zastępczą, kompensacyjną. A było tych oszczerstw niemało: w każdym numerze, w każdym niemal felietonie obrzucano autora Alarmu wyzwiskami i wylewano nań kubły pomyj. "Żydowski pismak", "bolszewik", "zmotoryzowany emigrant" - oto niektóre z epitetów. Kiedy Karol Estreicher napisał w recenzji z Alarmu: "Mickiewicz był mu wzorem", radykalni narodowcy nie zawahali się przed oskarżeniem go o lżenie narodu polskiego. Na łamach "Jestem Polakiem" Adam Doboszyński zamieścił List otwarty do Antoniego Słonimskiego[7]. W tym przerażającym dokumencie jego autor zapewniał Słonimskiego[8]:

"My, panie Antoni, wiemy, że Polska na zawsze pozostanie warowna żelazem [...]. Przyjmujemy do wiadomości, że Panu życie w takich warunkach nie odpowiada i że Pan chce żyć życiem zwyczajniejszym od naszego. Proponujemy więc, by Pan się został tam, gdzie demokracja już jest, a nie wracał do nas [...], gdzie będziemy musieli dopiero żmudnie budować demokrację od podstaw i pogłębiać kulturę naszego nacjonalizmu w hazardzie wojen i trudnych misji dziejowych [...]. U nas stan potrzeby trwać będzie jeszcze bardzo długo i z nim konieczność silnej władzy [...]. Jeśli Pan chce demokracji w pełni i to zaraz po wojnie, jeśli Pan nie lubi ludzi silnej ręki, to niech Pan do Polski nie wraca. Może dopiero Pański wnuk, jako turysta".

Dalej Doboszyński wyjaśnia, że przyczyną nieszczęść Polski była tradycja tolerancji, zwłaszcza tolerancji dla Żydów. Żydzi byli także przyczyną klęski Francji w 1940 roku, dlatego też - wyjaśnia Doboszyński - po wojnie "zorganizujemy, w porozumieniu z wielkimi demokracjami Zachodu, masową emigrację Żydów z Polski [...]. Mamy nadzieję, Panie Antoni, że Pan nam w tej akcji dopomoże i że Pan odda swe cenne pióro na usługi wielkiej sprawy emigracji z Polski pańskich rodaków. [...] Co do Pana, to spodziewam się, że znajdzie Pan bez trudu gdzieś na kuli ziemskiej mniej hazardowe miasto, bez szańców i barbakanu, które Pan będzie mógł opiewać rymami mniej wymęczonymi, acz na równie wysokim poziomie"[9]. Doboszyński odwoływał się zarówno do publicystyki Słonimskiego, jak i do jego wierszy. Istotnie: wystarczy przypomnieć takie wiersze autora jak Czarnej wiosny, jak Ten jest z Ojczyzny mojej czy O Polsce słabej, by dostrzec dystans, jaki go dzielił od publicystyki z "Jestem Polakiem", jaki dzielił polskich totalistów od polskich demokratów, którzy nie chcieli na totalizm obcych odpowiadać totalizmem rodzimym.

Wydaje się, że zasadniczy antagonizm w życiu umysłowym Polski niepodległej polegał na opozycji pomiędzy zespołem wartości ideowych właściwych np. OWP a spadkobiercami tradycji liberalnej w rozmaitych odmianach: społecznie radykalnej, legionowej czy konserwatywno-stańczykowskiej. Był to w istocie spór o duchowy kształt polskości, o model wrażliwości moralnej i kulturowej Polaka; spór daleko bardziej trwały niż koniunkturalne podziały na partie czy koterie literackie. Ten konflikt znalazł przedłużenie na emigracji: nacjonaliści i totaliści byli od pierwszej chwili przeciw rządom gen. Sikorskiego. Obóz przeciwny uległ zasadniczej dekompozycji wskutek zawarcia przez rząd Polski porozumienia z rządem ZSRR w lipcu 1941 roku. "Wiadomości Polskie", które - redagowane przez Mieczysława Grydzewskiego i Zygmunta Nowakowskiego - dotąd popierały rząd, zaczęły drukować artykuły opozycyjne, zwalczające politykę gen. Sikorskiego[10]. W ten sposób wytworzyła się luka: zabrakło pisma grupującego zwolenników polityki rządowej. Tę lukę miała zapełnić "Nowa Polska".

I

Czytając kolejne tomy "Nowej Polski", łatwo dostrzec dwa etapy w ewolucji ideowej miesięcznika. Słupem granicznym był moment, w którym oczywisty stał się kształt finalny postanowień konferencji jałtańskiej. Ta przemiana wyraźnie zarysowała się w drugiej połowie 1944 roku. Zasadnicze pytanie - jak urządzimy wyzwoloną Polskę? - zostaje przeformułowane i brzmi: jak mamy się ustosunkować do Polski nie przez nas wyzwalanej i nie przez nas urządzanej? Wraz ze zmianą układu zewnętrznych determinant przeobrażeniu uległy dylematy myślowe, inne problemy stanęły w centrum uwagi. Nie wszystko wszelako się zmieniło - to, co pozostało wspólne dla wszystkich numerów pisma na przestrzeni pięciu lat, to wartości naczelne wyznaczające ideologię "Nowej Polski", to troska o "kształt polskości", dążenie do patriotyzmu otwartego i tolerancyjnego, niechęć do totalizmu, szowinizmu i ksenofobii.

Już pierwszy numer "Nowej Polski" - datowany na marzec-kwiecień 1942 - przyniósł teksty zarysowujące kierunek programowy pisma. Numer otwierał artykuł prof. Stanisława Kota Nauka polska w okresie rozbiorów, który miał symbolizować ścisły związek "Nowej Polski" z najzacieklej atakowanym przez znaczny odłam emigracji współtwórcą polityki gen. Sikorskiego, a także poparcie dla ducha tej polityki i jej tradycji - wspaniałej tradycji polskiej nauki, która w okresie niewoli ocaliła polską świadomość narodową. Ponadto numer zawierał m.in. fragment dramatu Antoniego Słonimskiego oraz szkic prof. Olgierda Górki. Dramat Słonimskiego, faktograficznie nawiązujący do sprawy aresztowania krakowskich profesorów, a literacko do tradycji romantycznej, kończył się następującym dialogiem gubernatora Hansa Franka z prof. Karolem Estreicherem:

 

"FRANK

Idzie ten gniew, ten grom z pokolenia w pokolenia.

Zdławiony raz, na nowo się odradza.

Ja nie śnię sam. Miliony śnią wraz ze mną:

Patrz w przyszłość.

 

ESTREICHER

Tam już nie sięga twoja władza.

Tam wolno patrzeć nam z krainy cienia.

Patrzę w twą przyszłość. Widzę drogę ciemną.

Bo są sny jak śmierć ciężkie, duszne i samotne.

I śmierci jak sen lekkie, jako sny powrotne.

Są sny i noce bardziej podobne do zgonu,

Niż śmierć, co sieje ziarno wieczystego plonu.

Pomnik na sercu wroga wydźwignięty męką

To ciężar, co się z żadną nie równa udręką.

Nieść go będziesz i dźwigać długie pokolenia,

Aż cię zmiażdży swą siłą nienawistny duchu.

Nawet tyle nie znajdziesz powietrza i ruchu,

Ile ma czasu żyjący w szczelinach kamienia.

Nie będzie już ten kamień z piersi ci zdjęty,

Bo ten, co na nim stoi, aniołom zabrania

Zmienić te bryły śpiewne w głaz zmartwychpowstania,

Bo on nad aniołami jest. Bo on jest święty"[11].

 

Bezpośrednio po tym Mickiewiczowskim z ducha przesłaniu pomieszczony był artykuł Karola Estreichera Walka klasyków z romantykami. W ostrożnych słowach rewidował Estreicher tradycyjny pogląd na istotę tej walki. Deklarując miłość do poezji Mickiewicza, uznając doniosłą rolę romantyzmu w rozbudzeniu patriotycznym młodzieży, podkreślał zarazem wielkie zasługi Śniadeckiego w walce o myśl wolną od przesądów, o racjonalizm. Konflikt klasyków z romantykami był - zdaniem uczonego - walką "racjonalizmu z irracjonalizmem, poznania z natchnieniem, rozumu z uczuciem".

Orientacja na racjonalizm, a także zerwanie z mistyką nacjonalizmu, żerującą nierzadko na uczuciowości wykształconej przez romantyzm, była treścią szkicu Olgierda Górki Historyczny rewizjonizm - przebudową polskiego myślenia. Nawiązując do swych prac przedwojennych i rozwijając koncepcje "szkoły krakowskiej", wskazywał Górka na cienie w naszej przeszłości, na tradycje nietolerancji wobec różnowierców (tak bardzo szkodziły Rzeczypospolitej w XVIII wieku), na powszechną nieznajomość podstawowych faktów historycznych, wreszcie na "edukację sienkiewiczowską", której efektem był kult krzepy, narodowa megalomania, umysłowa gnuśność i ksenofobia. Górka pisał o procederze "świadomego okłamywania ogółu dla celów polityczno-wychowawczych, oczywiście w duchu tragicznego deprawowania myślenia polskiej młodzieży wrogością wobec innych współobywateli. Dlatego też, by nie osłabiać efektu, nie pozwolono powiedzieć ani w szkole, ani w prasie, że oceny, konstrukcja i apoteozowanie Jaremy w Polsce wywodzi się genetycznie niewątpliwie tylko z jednego źródła, a mianowicie z kroniki hebrajskiej [...], wydanej w r. 1654, a to z wdzięczności za przeprowadzenie przez Jaremę Żydów z Ukrainy do Polski. Najważniejszym dla mnie momentem była możność jaskrawego sprezentowania tego celowego okłamywania, niedopuszczającego do mózgów polskich żadnych ocen i zdrowych tendencji politycznych. Walka nie była do wygrania, przynajmniej przed katastrofą 1939 r., ponieważ zorganizowany terror brukowej i najniższym instynktom nacjonalistycznym hołdującej prasy decydował niemal bezapelacyjnie w Polsce o tym, kogo należy uznawać, a kogo należy potępiać"[12].

Rewizjonizm ma być nie oczernianiem historii Polski, lecz jej przewartościowaniem. Jest on fragmentem "wielkiej walki duchów, jaka się toczy o duszę polską od zarania XII wieku". Po jednej stronie znajduje się Kadłubek, Długosz, Andrzej Maksymilian Fredro, Pasek, Rzewuski, "ewangeliczny snobizm Krasińskiego" i całe nasze "optymistyczne, historyczne i powieściowe pisarstwo". Druga zaś strona to: Ostroróg, Frycz-Modrzewski, Skarga, Leszczyński, Staszic, Kołłątaj, Słowacki ("paw i papuga"), Bobrzyński i Piłsudski ("z którego pod koniec nie zostało nic poza workiem uzasadnionej goryczy").

Kończąc swe rozważania, Górka konkludował:

"Jesteśmy narodem, który nie ma prawa wyznaczać sobie fikcyjnej roli jakiegoś wybrańca Opatrzności, losu czy zalet, gdyż [...] mamy najgorsze geopolityczne położenie na całej kuli ziemskiej. [...] Grzechem więc jest to pocieszanie się raz historyczne, a raz polityczne, że inni nie są lepsi od nas, że także popełniają błędy i wykazują wady [...]. Dla innych wady i grzechy są dzięki sytua­cji geopolitycznej tylko przejściowymi chorobami, dla nas stają się śmiercionośnymi ciosami. [...] Grzech więc wobec polskiego narodu popełniają ci wszyscy, którzy uzasadnionym nawet oskarżeniem i krytykowaniem innych próbują pomniejszać i wybielać nasze własne wady i błędy. W polskiej polityce mylić się nie wolno, ani też w polskim myśleniu uniewinniać winnych [...]. Od wieków bowiem dla dziejów Polski szkodliwszym, bo głębszym w skutkach wrogiem niż Zachód i Wschód był i jest gloryfikujący, płytki frazes, nacjonalistyczna tromtadracja i wojskowa megalomania"[13].

Pierwszy numer "Nowej Polski" przyniósł także esej Herberta George'a Wellsa Mózg świata. W obliczu zagrożenia ekologicznego i politycznego ludzkości Wells wzywał do utworzenia Mózgu Świata - systemu ponadnarodowych instytucji, które władne będą zapobiec katastrofie. Autor kończył swe uwagi apelem: "Musimy mówić jasno i zdecydowanie. My, pracownicy umysłowi, musimy zdecydować się, czy mamy zostać czymś w rodzaju niewolników greckich, wykonujących rozkazy naszych panów-gangsterów i paskarzy, czy też zajmiemy należne nam miejsce jako panowie - słudzy świata".

Tak więc już pierwszy numer przyniósł zarys idei, które odnajdujemy w kolejnych rocznikach pisma: związek Sikorskiego i Kota, realizm polityczny inspirowany myślą stańczyków, rewizjonizm historyczny, liryka patriotyczna Słonimskiego, koncepcje Well­sowskie. Sympatie polityczne pisma ilustruje także artykuł Ludwika Grosfelda (PPS) Kryzys socjalizmu czy kryzys partii socjalistycznych i pierwsza część ciągnących się przez kilka numerów rozważań Jerzego Kuncewicza (SL) O pełne wyzwolenie człowieka. Pełen autentyzmu opis katastrofy wrześniowej przynoszą zapiski Eugeniusza Cękalskiego, swoją podróż do Rosji opisuje Feliks Topolski (towarzyszą temu jego rysunki). Literaturę reprezentują: Maria Jasnorzewska-Pawlikowska, Stefania Zahorska, Maria Kuncewiczowa, Bolesław Soliński i Tymon Terlecki. Ten model pisma utrzymał się w przyszłości. Cechował go wysoki poziom materiałów literackich i publicystycznych, świetne pióra współpracowników, staranny dobór tekstów. Na łamach "Nowej Polski" drukowali m.in.: Stanisław Baliński, Władysław Broniewski, Adam Ciołkosz, Eugeniusz Czarnowski, Marian Czuchnowski, Józef Czapski, Maria Danilewiczowa, Kazimierz Dziewanowski, Izaak Deutscher, Karol Estreicher, Olgierd Górka, Wacław Grubiński, Zygmunt Haupt, Marian Hemar, Aleksander Hertz, Aleksander Janta-Połczyński, Oskar Lange, Józef Łobodowski, Czesław Miłosz, Herminia Naglerowa, Teodor Parnicki, Ksawery Pruszyński, Jerzy Stempowski, Stefan Themerson, Julian Tuwim.

Tak szeroki wachlarz współpracowników wskazuje na brak ducha sekty czy koterii, na tolerancję i otwartość polityki redakcyjnej. Wyjaśnienia domaga się sprawa tzw. orientacji antyromantycznej pisma. Żadnych elementów antyromantycznych nie odnajdziemy np. w twórczości redagującego "Nową Polskę" Antoniego Słonimskiego. Co więcej, wydaje się, że antyromantyzm Górki i Estreichera nie kłócił się zbytnio z romantyzmem autora Alarmu. Różnice były raczej genetyczne: dla spadkobierców "szkoły krakowskiej" tradycja romantyczna oznaczała megalomanię narodową i nacjonalistyczne pustosłowie, dla Słonimskiego, przywiązanego do tradycji PPS i Legionów, te cechy łączyły się z tradycją endecką, a kontynuatorami romantyków byli socjalistyczni radykałowie, społeczni reformatorzy, zwolennicy walki o Polskę niepodległą, demokratyczną i republikańską. Na tym polegała zresztą dwuznaczność romantyzmu. Żywili się tą tradycją zwolennicy totalistycznych "snów o potędze", czego świadom był Słonimski. Nie przeszkodziło mu to jednak wielbić poezji romantycznej, podobnie jak wielbił ją tak prominentny pisarz lewicy społecznej, jakim był Broniewski. Romantyczna tradycja nie występowała nigdy w stanie czystym. Bywała wzbogacana o rasistowską mistykę krwi, ksenofobię, ale mógł jej również towarzyszyć racjonalizm, empiryzm i liberalizm, jak to było w przypadku Antoniego Słonimskiego, wielbiciela Wellsa i surowego krytyka polskiej rzeczywistości.

Ostra krytyka polityki przedwrześniowej miała być szokiem niezbędnym do wyrwania emigracji z intelektualnej indolencji i moralnego samozadowolenia. O wstrząs duchowy apelowali: Aleksander Hertz, Pruszyński, Górka, Słonimski i Tuwim. Kiedy w 1942 roku ukazała się w Londynie zredagowana przez Mieczysława Grydzewskiego i Ksawerego Pruszyńskiego książka Kraj lat dziecinnych, na łamach "Nowej Polski" przeprowadził jej zasadniczą krytykę Adam Ordęga. Stosując do tej - bardzo zresztą pięknej - książki kryteria polityczne, oskarżył Ordęga autorów wspomnień o bezkrytycyzm, gloryfikację szlachetczyzny i niewrażliwość na krzywdę społeczną. Jeśli zważyć, że wśród krytykowanych za wstecznictwo znaleźli się m.in. Antoni Sobański i Ksawery Pruszyński, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż aktualia polityczne i pasja polemiczna wyostrzyły sądy Ordęgi. Wszelako artykuł Ordęgi nie był zwykłą recenzją literacką. Był to jeden z wielu tekstów zmierzających do przeorientowania polskiej opinii publicznej. Krytykowane przez recenzenta wspomnienia dotyczyły ziem przyłączonych po 17 września 1939 do ZSRR. Sprawa tych ziem była piętą achillesową polityki gen. Sikorskiego i rozjątrzenie tego tematu służyło jego politycznym przeciwnikom.

Nader trudno jest w krótkich słowach scharakteryzować linię polityczną gen. Sikorskiego. Problem nie traci kontrowersyjnego charakteru, wciąż ukazują się nowe dokumenty i wspomnienia. Wśród wielu punktów widzenia istnieje również następujący (zwolennikiem jego jest m.in. Karol Estreicher): Sikorski zdawał sobie sprawę, że klęska militarna ZSRR oznaczać może zwycięstwo hitleryzmu i realizację polityki eksterminacyjnej wobec Polaków; z kolei zwycięstwo ZSRR oznacza udział i zasadniczą rolę tego państwa w uporządkowaniu spraw Europy Środkowo-Wschodniej. Taki był również kierunek postępowania aliantów. W tej sytuacji prowadzenie polityki polskiej przeciw ZSRR było absurdem, który stawał się tym bardziej wyrazisty, im częściej brytyjscy politycy podkreślali swój brak zainteresowania wschodnimi granicami państwa polskiego. Nie chcąc dopuścić do powtórzenia sytuacji geopolitycznej sprzed września (Polska między dwoma kolosami), Sikorski próbował realizować koncepcję federacji z Czechosłowacją. Licząc oczywiście na udział Zachodu w politycznej rekonstrukcji wschodniej Europy, rozumiał, że wszelkie jego plany są nierealne bez ułożenia stosunków z ZSRR. Z tego względu nader niechętnie podnosił drażliwy problem granic.

Koncepcje federalistyczne Sikorskiego znajdowały żywy i życzliwy odgłos na łamach "Nowej Polski". Wydaje się, że ich polityczne walory zbiegły się ze wspomnianymi już Wellsowskimi pomysłami reorganizacji świata, których zwolennikiem był m.in. Antoni Słonimski. "Klimat sprzyjał utopiom" - napisała w tamtym czasie współpracująca z "Nową Polską" Maria Kuncewiczowa. Powszechna była wiara, że po wojnie stosunki między narodami i między ludźmi uporządkowane zostaną w nowy sposób, na modłę Wellsowską. W tym duchu wypowiadał się także prezydent USA Franklin Delano Roosevelt, którego przemówienia przedrukowywała "Nowa Polska". Można także odnaleźć na kartach "Nowej Polski" fragment książki Wellsa, gdzie sformułowane zostały jego podstawowe postulaty: "1) Ustalenie nadrzędnej, federalnej światowej kontroli transportu i komunikacji międzypaństwowej. 2) Federalna konserwacja (czyli ochrona) bogactw przyrodzonych naszej planety. 3) Podporządkowanie wszystkich sfederowanych państw świata wspólnemu podstawowemu prawu"[14]. Krąg "Nowej Polski" akceptował te idee, tak jak zaakceptował Wellsowską koncepcję Deklaracji Praw Człowieka.

Cała właściwie ideologiczna publicystyka "Nowej Polski" jest rozwinięciem i konkretyzacją Deklaracji. Nawiązując do idei Wellsowskich, wprowadzali intelektualiści polscy do nich rys szczególny. Konkretyzując zasady Deklaracji, dążyli do zespolenia radykalizmu społecznego o ostrzu antytotalitarnym z programem Realpolitik i pracy organicznej. Obok - pojawiających się często - postulatów reformy rolnej, nacjonalizacji kluczowych gałęzi przemysłu, planowania gospodarczego czy upowszechnienia oświaty podnosiła "Nowa Polska" problemy nowe i rzadko w owym czasie analizowane. Na przypomnienie zasługuje artykuł Czesława Poznańskiego Politique d'abord, w którym autor sformułował pogląd, że istotą totalitaryzmu "była rewolucja polityczna, to jest opanowanie aparatu państwowego i skonfiskowanie państwa przez grupę, która stała się klasą rządzącą i która dla umocnienia swej władzy zlikwidowała nie tylko system reprezentacyjny, który był formą rządów demokratycznych, ale i samą podstawą demokracji, to znaczy prawa polityczne i obywatelskie szarego człowieka. [...] I twierdzę, że istotne pokrewieństwo totalizmów większe jest od różnic między nimi, spowodowanymi odrębnymi systemami ekonomicznymi, i że to właśnie potwierdza tezę, że ustrój polityczny ma rolę decydującą"[15].

Ustosunkowując się do głośnej książki Jamesa Burnhama The Managerial Revolution, Poznański zauważał: "Zagadnienie, jak pogodzić demokrację z planowaniem gospodarczym, jest zresztą może najbardziej kluczowym zagadnieniem. Burnham bez wahania twierdzi, że to pogodzenie jest niemożliwe. Zastrzega się mocno, że odpowiedź jego nie oznacza bynajmniej, by uważał to za okoliczność szczęśliwą. [...] Uznając, że rozwój ten może być niepożądany, Burnham uważa go jednak za nieunikniony, bo tak dyktuje rozwój stosunków gospodarczych". Poznański replikował następująco:

"Politique d'abord [...] oznacza wiarę w to, że wola ludzka jest jednym z elementów kształtujących historię. I jeżeli wierzyć, że demokracja z jej hasłami wolności, równości i braterstwa nie jest tylko nadbudówką ustroju kapitalistycznego [...], że demokracja reprezentuje wartości istotne, polegające na tym, że dają możliwości rozwoju i dobrobytu najszerszym masom, to obowiązkiem naszym jest dążyć do ustroju, który by połączył demokrację polityczną z racjonalną gospodarką, który by zapewnił wszystkie cztery wolności Rooseveltowskie, a nie jedynie albo wolność sumienia i słowa, albo wolność od niedostatku. [...] Tam, gdzie cała potęga gospodarcza jest skoncentrowana w jednym ręku, tam nie ma i nie może być wolności. [...] Upaństwowienie finansów i przemysłów kluczowych, i [...] gospodarka planowa może być wielkim postępem społecznym, może wzmocnić demokrację. Na to jednak trzeba zachowania pewnych warunków: 1) zupełnie wyraźne podporządkowanie wszelkich instytucji planowania gospodarczego i w ogóle całej gospodarczej działalności państwa - władzy politycznej pochodzącej od ludu; 2) zachowanie, obok sektora gospodarki państwowej sektora gospodarki prywatnej; 3) jak najszerszy rozwój związków wolnych, w pierwszym rzędzie związków zawodowych i kooperatyw, które pod żadnym pozorem nie mogą stać się częścią machiny państwowej. Planowanie gospodarcze bowiem nie jest celem samo w sobie [...]. Państwo nie jest abstrakcją, państwem i aparatem państwowym rządzą żywi ludzie. I dlatego sam fakt upaństwowienia przemysłów kluczowych, sam fakt, że to aparat państwowy będzie planował sam przez się, jeszcze niczego nie rozstrzyga. Decydujące jest, kto w imieniu państwa będzie te czynności wykonywał. [...] Jedynie ustrój polityczno-demokratyczny dający pełnię władzy reprezentacji narodowej zagwarantować może, że ci, którzy będą mieli w ręku aparat gospodarczy i planowanie gospodarcze, nie staną się kastą rządzącą, nie będą mogli jako minute agissante wyzyskać swej pozycji gospodarczej dla skonfiskowania państwa na swą korzyść, a pozostaną sługami ogółu. Zachowanie sektora gospodarki prywatnej jest konieczne nie tylko dlatego, by państwo miało być niezdolne do objęcia całej gospodarki narodowej, ale dlatego, że z chwilą, gdy państwo stanie się jedynym pracodawcą, to będzie ono Lewiatanem, który siłą rzeczy będzie dążył do zglajchszaltowania wszystkich innych dziedzin. Władza absolutna korumpuje absolutnie"[16].

Artykuł Poznańskiego ilustruje ważny i mało znany aspekt ideologii "Nowej Polski": ostrą świadomość niebezpieczeństw związanych z centralizacją władzy. W tym kontekście bardziej zrozumiałe stają się koncepcje federalistyczne pisma. Rozwijali je m.in.: Ciołkosz, Pragier, Feliks Gross, Aleksander Hertz i Jan Stańczyk. Ogromna popularność tych idei nie przeszkadzała, że te same nazwy kryły nierzadko różne polityczne treści. W koncepcji Pragiera i Ciołkosza federacja miała być organizmem o ostrzu antyniemieckim, ale i antyrosyjskim - blok państw Europy Wschodniej miał uniemożliwić Rosji przewodnictwo w Europie. Aleksander Hertz stwierdzał zaś bez niedomówień, że Ukraina i Białoruś wykazały podczas wojny, jak silny jest ich związek z Sowietami. W języku ówczesnych aluzji oznaczało to potrzebę korektur granicy wschodniej. Stanowisko takie warunkowane było polityką rządów anglosaskich, które nader niechętnie przyjmowały do wiadomości informacje o rozbieżnościach polsko-radzieckich.

Również większość tzw. postępowych intelektualistów angielskich skłonna była minimalizować te konflikty, kładąc je na karb "polskiej drażliwości i reakcyjności" (sądzono, że zostaną one nolens volens załatwione poprzez globalne rozwiązanie). Przykład takich konceptów stanowi broszura znanego teoretyka Labour Party George'a Douglasa Howarda Cole'a, którą trudno dziś charakteryzować bez ironii. Cole wzywał do socjalistycznych reform w gospodarce i "ponadnarodowego" myślenia w polityce. W przekładzie na język instytucjonalnych konkretów oznaczało to projekt federacji socjalistycznej w Europie. Liderem takiej federacji państw Europy Zachodniej miała być Wielka Brytania lub Francja, gdzie socjalistycznym reformom miało towarzyszyć zachowanie systemu parlamentarnego, natomiast federacja narodów wschodnioeuropejskich (angielski myśliciel dopuszczał możliwość inkorporacji do ZSRR, co było zresztą sprzeczne z ówczesnymi deklaracjami przywódców ZSRR) miała być wolna od parlamentarnego garbu. Przyczyna tej różnicy tkwiła według Cole'a w zacofaniu feudalnym tych społeczeństw i w wyższości form tzw. demokracji bezpośredniej, w której rządzenie państwem staje się rzekomo udziałem kucharek.

Pomysły angielskiego laburzysty doczekały się ostrej krytyki na łamach "Nowej Polski". Publicysta podpisujący się cep. w polemicznym felietonie cytował z aprobatą krytyczną opinię Adama Ciołkosza, który pisał: "Mówiono, że pokój jest niepodzielny. Demokracja i swoboda są też niepodzielne. Podział Europy na dwie sfery demokracji, sferę zachodnią demokracji bezwzględnej i sferę wschodnią demokracji względnej, jest nonsensem i to nonsensem niebezpiecznym. Cała Europa jest spragniona swobody"[17]. Od siebie cep. dodaje: "Cole jest niewątpliwie człowiekiem wysoce inteligentnym i wykształconym, a nie jest jednak w stanie zrozumieć, że różnica między Polakiem a Rosjaninem czy Niemcem jest czymś zgoła innym niżeli Szkotem czy Walijczykiem a Anglikiem".

Konflikt wokół Cole'a pozwala dookreślić sytuację, w której znajdowała się "Nowa Polska": ostry spór z polską emigracją "niezłomną" i dwuznaczny stosunek do tzw. postępowych kół świata anglosaskiego. Nie mógł zresztą ten stosunek nie być dwuznaczny. Autorzy "Nowej Polski" reprezentowali analogiczny "postępowy" system. Nie przypadkiem na tych łamach pojawiły się projekty socjalistycznych reform gospodarczych, których autorami byli Joan Robinson, Oskar Lange czy Michał Kalecki; nieprzypadkowo przedrukowywano (opracowane przez socjalistę Malinowskiego) dokumenty polityczne Polski Podziemnej, które formułowały radykalny program przeobrażeń społecznych i ekonomicznych; nieprzypadkowo publikowano (opracowane przez socjalistę Ciołkosza) dokumenty programowe partii socjalistycznych Europy Zachodniej. Idei Polski, która miała realizować reformy społeczne i prawa człowieka, towarzyszyła ostra i pryncypialna polemika z rodzimym nacjonalizmem. Aleksander Hertz krytykował wielkomocarstwowe wizje Ignacego Matuszewskiego i idee Polski jagiellońskiej, Lucjan Michalczewski polemizował z endecką "Myślą Polską", oenerowskie artykuły w "Jestem Polakiem" atakował Feliks Bocheński, specjalną rolę w tej kampanii odegrał Ksawery Pruszyński, pisarz o skomplikowanej biografii intelektualnej i niepospolitym talencie publicystycznym.

Pruszyński przebył drogę duchową szczególną, pełną meandrów i przeobrażeń. W odróżnieniu od większości autorów "Nowej Polski" był wychowankiem koncepcji politycznej jagiellońskiej. Z czasem zrewidował tę tradycję i uznał jej nieprzydatność. Jakkolwiek w głośnym artykule Wobec Rosji opowiedział się za koncepcją Polski piastowskiej, to zostało w nim przywiązanie do idei "Rzeczypospolitej - ojczyzny wielu narodów". Przyszłość Polski widział w polityce zgody i tolerancji, a nie w afirmacji "żydowskich ławek" i pacyfikacji wsi ukraińskich. To jego przekonanie znalazło wyraz w takich opowiadaniach, jak Ksiądz Ułas (o sprawie ukraińskiej) i Karabela z Meschedu (o sprawie żydowskiej). Obydwa utwory były literacką odpowiedzią Pruszyńskiego na powtarzane przez publicystykę endecką tezy o antypolskiej postawie mniejszości narodowych po 17 września. Odpowiedź brzmiała: jeśli nawet część tych społeczności zachowała się nielojalnie, to były to wykroczenia części, a nie całych narodów; dla dobra sprawy polskiej winno się podkreślać lojalną postawę takich ludzi jak Lazar Gitman czy ksiądz Ułas, a nie podjudzać opinię przypadkami odwrotnymi.

Stosunek "Nowej Polski" do nacjonalizmu sformułował chłodno, lokując problem w nowym kontekście, Antoni Słonimski w pięknym eseju O nacjonalizmie:

"Nie można być dziś patriotą, nie będąc braterstwa ludów zwolennikiem. Miłość ojczyzny, patriotyzm, czyli troska o kraj, o ludzi, o kulturę, sztukę, bezpieczeństwo i sprawiedliwość społeczną w jawnym jest dziś konflikcie z nacjonalizmem, który siłę państwa na pierwszym stawia miejscu, który sile podporządkowuje wiarę, moralność i prawa jednostki, nacjonalizm konsekwentny musi bowiem doprowadzić do uznania hitleryzmu i faszyzmu, musi uznać totalizm jako środek celowy w budowaniu potęgi militarnej, musi wreszcie uznać prawo do podboju i co za tym idzie, rozszerzać, rozbudzać i sankcjonować okrucieństwo, bez którego budowanie agresywnej dynamiki wojennej niewiele jest przydatne [...]. Tych, którzy w naukowej organizacji świata widzą przyszłość jaśniejszą, określa się dziś mianem materialistów, a przecież to oni właśnie, ufni w dobroć ludziom przyrodzoną walczą zarówno o prawa jednostki, jak i o wolność wiary. Skrajnym materializmem jest dziś nie tylko totalizm, ale i nacjonalizm, zarówno bowiem etyka chrześcijańska, jak i wiara w człowieka przeszkodę stanowią w krzewieniu nienawiści plemiennej czy stanowej[18]. [...] Wśród naszej emigracji wielu istnieje ludzi, którzy tylko w powrocie do Polski mocarstwowej widzą interes własny czy interes swej grupy. Gdyby po tej wojnie świat miał się przeobrazić, gdyby zwyciężyła idea bezpieczeństwa zbiorowego, planowania w skali światowej, gdyby miejsce obozów warownych zastąpiła w Europie federacja czy stany zjednoczone, ludzie ci staliby się bezrobotnymi. Nie byłoby dla nich miejsca w tym świecie nowym, jakby nie było dla nich przywilejów w Polsce robotniczej i prawdziwie demokratycznej. Dlatego zwalczają oni dziś namiętnie wszystkie próby przebudowy życia politycznego i gospodarczego. Szerzą defetyzm i sceptycyzm dla idei ponadnarodowych i podniecają szowinizm i uczucia nienawiści plemiennej. Charakterystyczne jest, że w obozie tych nacjonalistów mniej się dba o nienawiść do Niemców - bo ta nienawiść nie będzie po zwycięskiej wojnie już przydatna - ale podsyca się nienawiść do Rosji - bo na tej nienawiści budować można nadzieję powrotu do państwa nacjonalistycznego, militarystycznego, a nawet totalistycznego. Wraz z krzewieniem tej nienawiści idzie wybielanie wszystkiego, co ostatnie lat dwadzieścia kierowało życiem polskim [...]. Mocarstwowość, nacjonalizm, supremacja siły nad prawem mogłyby mieć jeszcze pewne logiczne podstawy w polityce państw silnych. Trzeba walczyć z tą ideą, należy się jej przeciwstawiać, ale nie można jej odmówić pewnego drapieżnego sensu. Ale cóż powiedzieć o słabym, który domaga się usankcjonowania przemocy, który nie widzi, że w świecie rządzonym przez siły drapieżnych imperializmów nie ma dla nas miejsca? Kraj nasz zbyt mały i ubogi, aby się oprzeć przemocy wielkich potęg militarnych i gospodarczych, kraj nasz leżący na ścieżkach wojennych Europy czyż ma być znów deptany żelazną stopą wojny? [...] Czyż ma znów żołnierz polski z gołymi iść rękami na tanki ze Wchodu idące czy z Zachodu? [...] Zastanówmy się nad tym światem zmienionych warunków życia ludzkiego na ziemi. [...] Niedostatek - oto źródło konfliktów plemiennych - łatwiejszy jest dziś do przezwyciężenia. Aby ludzkość utrzymać w ubóstwie i nierówności, trzeba dziś sztucznych sposobów [...], bo nie ma przeszkód istotnych do zabezpieczenia człowiekowi pełni środków do życia. Dlatego w tym świecie zmienionym nowe nas muszą obowiązywać normy, inne wyrastają przed nami zagadnienia, i zarówno heglowskie świata widzenie, zarówno marksizm, jak i doktryny nacjonalizmu ulec muszą rewizji. Zarówno sorelowskie pojęcie nacjonalizmu, jak leninowska doktryna proletariatu wyrosły w czasach, gdy świat był ubogi, gdy niedostatek dóbr wszelkich był zagadnieniem naczelnym [...]. Ci sami, którzy karali chłostą krytykę tez arystotelesowskich, ci, którzy nie wierzyli w krążenie krwi i w system Kopernika, którzy walczyli zarówno z Pasteurem, jak i pierwszymi wynalazcami cięższych od powietrza machin latających, ci, którzy szydzili z Fultona, otruli Sokratesa, więzili Kolumba - i dziś walczą namiętnie z nowym, idącym obrazem świata zmienionego, uszlachetnionego, wolnego od nienawiści rasowej i klasowej, wolnego od strachu bardziej deprawującego niż głód i od głodu straszniejszego od wojen [...]. Rozum wskazuje nam, że my, Polacy, winniśmy się sprzymierzać z tym rodzącym się szlachetnym dążeniem do ustalenia nowych praw współżycia międzynarodowego [...]. W tym świecie nowym karty ksiąg naukowych, jak i karty Pisma Świętego przestaną być tasowane ręką szulerską, przestaną służyć grze oszukańczej. [...] Nie my i nie nasz naród decydować będzie o skutkach tej najstraszliwszej z wojen [...]. Jest naszą sprawą współdziałać w nowego świata budowie i do tej współpracy z wszystkimi ludźmi dobrej woli przyjść musimy wolni od przywar nacjonalizmu rodzącego nienawiść. [...] Zwalczając nacjonalizm niemiecki, baczmy, aby herezja, z którą walczymy, nie krzewiła się w naszych szeregach"[19].

 

Z eseju Słonimskiego wyłania się wizja Polski, o którą walczyła "Nowa Polska". Tekst ten, pisany z pasją, troską i nadzieją, syntetyzował publicystycznie to, co rozsiane było w najwspanialszych wierszach poety: O Polsce słabej, Ten jest z ojczyzny mojej, Krzak głogu, Sąd czy Popiół i wiatr. Te idee łączyły duchowo krąg "Nowej Polski" z anglosaskimi tzw. kołami postępowymi. Były wszelako i elementy dzielące. Tym, co dzieliło - często w sposób nader istotny - była szczególna wrażliwość polskiej lewicy (poza środowiskami związanymi z III Międzynarodówką) na sprawę suwerenności państwowej. Konsekwencją owej wrażliwości była daleko posunięta nieufność do takiej frazeologii pacyfistycznej i uniwersalistycznej (np. projekty Cole'a), która mogłaby stanowić - i stanowiła - zagrożenie dla bytu państwowego i integralności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej[20]. Dodatkowo nieufność powiększała pamięć sensu maskowanego przez panslawistyczne frazesy. Dla angielskiego intelektualisty sprawa była prosta. On, który z trudem odróżniał Ukraińców od Serbów, Polaków od Słowaków, a nie przyjmował zgoła już do wiadomości faktu istnienia "jakichś" Estończyków, łatwo mógł uznać, że ponadnarodowa wspólnota zagwarantuje ład i porządek w tej tajemniczej i kłopotliwej części europejskiego kontynentu. Z tej perspektywy nietrudno było wciąż oskarżać Polskę i Polaków o wstecznictwo, feudalną strukturę społeczną (mówiło się to o kraju, który w latach 1921-1935 posiadał najbardziej demokratyczną konstytucję w Europie) i antysemityzm. Oskarżenia te wytwarzały klimat uzasadniający późniejszą bierność rządu angielskiego i amerykańskiego wobec konfliktu polsko-rosyjskiego, aktualnie zaś bardzo utrudniały politykę polskiego rządu. Jakkolwiek były one mieszaniną niedoinformowania, "złej wiary" i otwartego cynizmu, to znajdowały pożywkę w publicystyce tej części opozycji antyrządowej, która rozwijała idee skrajnej prawicy (np. "Jestem Polakiem") bądź usiłowała rehabilitować praktyki Berezy, Brześcia i polityki wobec mniejszości narodowych, dostarczając tym samym moralnego alibi urzeczonym siłą liberalnym pięknoduchom. Na łamach "Nowej Polski" w porę dostrzeżono niebezpieczeństwo tego stanu rzeczy.

Gustaw Gazda pisał z goryczą:

"Kilka numerów pisemka "Jestem Polakiem" dążącego do "przestrzeżenia" kilku tysięcy czytelników przed niebezpieczeństwem żydowskim zdołało przestrzec miliony publiczności brytyjskiej przed niebezpieczeństwem nietolerancji polskiej; dostarczyło znakomitej sposobności, aby to wszystko, co przez lata całe na ten temat przeciwko Polsce napisano i powiedziano, a co przed majestatem wielkości i bohaterstwem cierpienia musiało umilknąć, wydobyć z zapomnienia, odświeżyć i zaprezentować publiczności w nowej szacie aktualności. Przez przeciąg szeregu miesięcy na szpaltach prasy tego kraju miejsce przeznaczone dotychczas dla wiadomości o osiągnięciach lotników polskich czy dla wiadomości z kraju zajęły informacje o poczynaniach grupy młodych polskich "żydożerców". O szkodliwości poczynań tego typu na terenie Stanów Zjednoczonych pisał Ksawery Pruszyński. Józef Wittlin opublikował na tychże łamach ustęp do antologii Polskiej myśli demokratycznej, w którym prostował opinie o Polsce wydobywające tylko cienie; protestował przeciw obejmowaniu całego narodu zarzutem antysemityzmu, co miało znaczenie tym większe, że sarkazm Wittlina wobec Polek pochodzenia żydowskiego bywał niejednokrotnie przedmiotem antysemickich ataków prasy prawicowej; przypomniał o wkładzie Polaków do ogólnoludzkiej skarbnicy tolerancji i humanizmu"[21].

Zajął się tym problemem również Ksawery Pruszyński, który w artykule Dwaj ludzie, poświęconym sprawie Erlicha i Altera, podkreślał, jak ogromne szkody "sprawie polskiej" przynosi antysemityzm czy też choćby jątrzenie starych konfliktów, które były nieodłączne od stosunków polsko-żydowskich. Pruszyński pisał:

"Szybko bardzo z Kujbyszewa docierały wiadomości o nieporozumieniach antysemickich w polskim wojsku. Echa wydarzeń wrześniowych, złe wspomnienia z łagrów musiały niejedno zadrażnić. Chodziło jednak o to, aby te zadrażnienia hamować, a nie podsycać, powściągać, a nie pozostawiać. Echa tego w sposób wyolbrzymiony dochodziły dziwnie sprawnie do uszu przedstawicieli Zachodu w Kujbyszewie, placówek obcych, prasy... Polacy wypuszczeni z łagrów, tak podziwiani, gdy wprost z więzienia szli pod broń, by bić się u boku tych, co ich więzili, teraz, przedstawiani jako niepoprawni antysemici, tracili na sympatiach [...]. Alter i Erlich wiedzieli o tym wszystkim i cierpieli nad tym. Byli zdania, że nasze czynniki nie robią wszystkiego, co trzeba, a także i można, aby to powściągnąć. Ale swym autorytetem, nabytym już wobec szczupłej grupy cudzoziemców w smutnym mieście nad Wołgą, czynili, co mogli, aby te spory przedstawić we właściwym świetle i, co nie mniej ważne, we właściwych rozmiarach. Nie wątpili także, że w tym wszystkim jest czyjaś obca ręka. Że ręce tej jest niewygodne owo tłumne garnięcie się mniejszości narodowych do polskiej armii. Przecież powiadano, że dwa lata temu, jesienią 1939, właśnie te mniejszości nie chciały Polski? A teraz, na oczach obcych, tłumy Żydów czy Ukraińców garnęły się właśnie do armii polskiej, nie do żadnej innej. A mogły... Czy nie był to najlepszy plebiscyt?"[22].

II

Dla zrozumienia sporów emigracyjnych problem stosunków polsko-rosyjskich miał charakter kluczowy. Duży odłam emigracji podjął krytykę paktu Sikorski-Majski, ściśle: krytykę niektórych fragmentów układu. Atakowano w szczególności niejasności w sprawie granic wschodnich, a także użycie sformułowania "amnestia" w tekście porozumienia. Do przeciwników porozumienia Sikorski-Majski należeli Ignacy Matuszewski (piłsudczyk), Stanisław Cat-Mackiewicz, Zygmunt Nowakowski (redaktor "Wiadomości Polskich"), pepeesowcy: Ciołkosz i Pragier, przedstawiciele skrajnej prawicy: Doboszyński i Przetakiewicz. Symbolem tej opozycji był lansowany na stanowisko naczelnego wodza gen. Sosnkowski.

Z kolei zwolenników tego porozumienia da się podzielić na dwie - zasadniczo rzecz biorąc - grupy; pierwszej typowym reprezentantem był gen. Władysław Anders, który stwierdził w rozmowie z gen. Bohuszem-Szyszką:

"Trudno mi w tej chwili ocenić, czy i ile słuszności ma opozycja. Gen. Sosnkowskiego znam jako człowieka poważnego i rozumnego. Nie sądzę, by jego wystąpienie nie było poprzedzone rzetelnym i gruntownym zbadaniem zagadnienia. Teoretycznie on i jego towarzysze może i mają rację, ale politycznie Sikorski jest bliższy prawdy. W więzieniach miałem możność zapoznać się z dziełami Lenina, Stalina i innych czołowych bolszewików. Poznałem gruntownie ich sposób myślenia [...]. Nie wierzę im. Mają teraz nóż na gardle, więc są układni i grzeczni. Ale to może szybko przeminąć. Bądź okrzepną, bądź też ulegną Niemcom. I w jednym, i w drugim przypadku sprawa znowu znajdzie się w impasie. Musimy bardzo się spieszyć. Musimy się zorganizować i stworzyć silne wojsko. Musimy ratować naszą ludność. Damy Sikorskiemu pełne i lojalne poparcie"[23].

Przedstawicielami drugiej grupy popierającej politykę rządu byli m.in.: Stanisław Kot, Pruszyński, Słonimski, Estreicher, Aleksander Hertz, Stanisław Grabski, Florian Sokołów. Stosunek tej części obozu londyńskiego do ZSRR bywał często uproszczony i to uproszczony w dwojakim sensie: zarówno przez antagonistów emigracyjnych, jak i przez protagonistów krajowych[24]. Jedni i drudzy ujednoznaczniali to, co było niejednoznaczne, upraszczali to, co było złożone, i określali ludzi łamiących się z własnymi biografiami, tradycjami i presją środowiska jako jasno zdeklarowanych przyjaciół ZSRR.

Przypomnijmy: Słonimski miał w dorobku Kontrmarsz, Rodzinę i bardzo krytyczne reportaże z ZSRR; Pruszyński związany był z konserwatywnym "Czasem", wileńskim "Słowem" i kultywującym idee jagiellońskie "Buntem Młodych" Jerzego Giedroycia; Estreicher był wychowankiem stańczyków, Grabski związany był z ND, a Kot z ruchem ludowym; wreszcie sam gen. Sikorski nigdy nie był zwolennikiem proradzieckiej orientacji. Droga ku zbliżeniu politycznemu z ZSRR, ku nowej orientacji polskiej polityki była dla tych ludzi walką z własną przeszłością, była "buntem kwiatu przeciw korzeniom", jak by to pewnie określił Stanisław Brzozowski. To kłębowisko sprzeczności, zmaganie się z niekonsekwencją własnego myślenia widać wyraźnie w głośnym artykule Ksawerego Pruszyńskiego Wobec Rosji pomieszczonym na łamach "Wiadomości Polskich".

Artykuł rozpoczyna się krótką charakterystyką czytelnika emigracyjnego, w którym nie brak takich słów, jak "getto emigracyjne", "łys" etc. Komu to miało służyć? Wydaje się, że rozumowanie autora biegło następującą koleiną: myśl polityczna polskiej emigracji uformowana była przez tradycyjny stereotyp antyrosyjski (piłsudczycy w rodzaju Matuszewskiego) lub przez skrajnie antykomunistyczną endecję. Polemika z tymi wyobrażeniami Rosji wymaga zakwestionowania intencji i kompetencji jej rzeczników w innych kwestiach. Taka dezawuacja ludzi mówiących o Rosji prawdy odbierane jako konwencjonalne banały pomagała Pruszyńskiemu formułować sądy niekonwencjonalne i szokujące. Emigrantowi londyńskiemu, zatroskanemu o los rodziny i przyjaciół, którzy po 17 września 1939 znaleźli się na terytorium ZSRR, Pruszyński wyjaśniał, że istotą doraźnej polityki polskiej ambasady w Kujbyszewie była akcja ratownicza. "Oto był - kontynuował wywód - prawdziwy sens posłowania do Moskwy. [...] W rezultacie, po roku, sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi znalazło się poza granicami Rosji, setki zaś tysięcy opuściło więzienia, łagry czy posiołki, albo też odzyskało swobodę ruchów. [...] W ilości owych ponad stu tysięcy znajduje się kilka dywizji, kilkadziesiąt tysięcy żołnierza, [...] dzięki temu na nowo mamy prawdziwą armię"[25]. Nie poprzestając na tym, Pruszyński usiłował nakreślić obraz całej złożoności sytuacji państwa radzieckiego i sytuacji polskiej polityki w Rosji. W niesłychanie pozytywnych słowach charakteryzował korpus oficerski rosyjskiej armii: "Niemal każda rozmowa z oficerem sowieckim uderza człowieka inteligencją rozmówcy, samodzielnością jego myślenia, solidnością rozumowania. Niewątpliwie w szeregach oficerskich skupiła Rosja sowiecka swój najlepszy, najbardziej wartościowy element ludzki, jakim rozporządza"[26]. Rosyjski oficer zachwycił Pruszyńskiego "prostotą swego zachowania, chwalebną powściągliwością manier, stosunkiem do żołnierza, skromnością [...] prawdziwie republikańską"[27]; przyrównuje tego oficera do dowódców rewolucyjnej armii francuskiej - grabarza feudalizmu na nizinie lombardzkiej. Rozważając perspektywy przyszłości, Pruszyński pisał, że przy wszystkich niejasnościach i zagadkach jedno wydaje mu się oczywiste: to, że ci oficerowie będą rządzili Rosją.

"Nie wiem, jak prędko się to stanie, nie wiem, pod czyją wodzą, nie wiem, czy wtedy będzie się wznosiło nowe cerkwie czy też ostatnie istniejące pozamienia się na składy i kluby; nie ma na świecie siły, która by mogła przekreślić w Rosji Rewolucję Październikową, ale jej ewolucja może pójść jeszcze bardzo różnymi szlakami, albowiem tylko rzeczy martwe nie znają metamorfoz i przemian. [...] Ludzie ci dojdą w Rosji do władzy, albowiem oni jedni w tym olbrzymim kraju mają wszystkie konieczne do tego walory, a poza nimi nie ma nikogo. [...] Partia Komunistyczna wie o tym doskonale - toteż wciąga tych ludzi setkami do swych szeregów"[28].

Dla Pruszyńskiego było oczywiste, że uwagi powyższe są skrajnie różne od opinii wielu ludzi przybywających do Londynu z ZSRR. Uprzedzając zarzuty, konstatował: "Więzienie na ogół jest raczej złą szkołą życia [...]. Jeśli chodzi o katedry wiedzoznawstwa o Rosji, obawiać się bardzo należy tego, czy Polacy, którzy przybyli teraz z Rosji, aby na pewno ją znają. [...] Ci ludzi znają Rosję od jednej strony, a mianowicie od strony więzienia. Więzienie zaś nigdy i nigdzie nie nastraja ludzi pozytywnie do kraju, z którego systemem penitencjarnym zapoznali się praktycznie"[29].

Rozważania o korpusie oficerskim Armii Czerwonej wpisane były w szerszą całość myślową i w przeświadczenie o ewolucji Rosji. Kontekst ten - zauważalny dla każdego czytelnika ówczesnych polemik - można tak oto scharakteryzować: radziecki system uformował się w izolacji od świata demokracji mieszczańskiej i w walce przeciw temu światu. Zarówno obiektywnie, jak i w świadomości własnych przywódców Związek Radziecki był "oblężoną twierdzą". Wszelako obecnie sytuacja się zmienia. Zbliżenie militarne i polityczne z demokratycznymi aliantami pociągnąć może za sobą wewnętrzne przeobrażenia w państwie radzieckim. Siłą motoryczną tych przeobrażeń będą ludzie, którzy bezpośrednio zetkną się z Europą jako sojusznikiem - głównie wojskowi. Na potwierdzenie tych tez przywoływano dwa fakty: mniemane rozszerzenie zakresu swobód Cerkwi prawosławnej i likwidację Kominternu. To drugie utożsamiano z rezygnacją państwa radzieckiego z rewolucyjnego zdominowania globu. Zarazem powszechnie zwracano uwagę na niedoktrynalny język propagandy rosyjskiej, udział w niej ludzi niezwiązanych z ruchem rewolucyjnym (Aleksiej Tołstoj) i nawiązywanie do tradycji niekomunistycznych (Aleksandr Suworow i Michaił Kutuzow). W środowiskach lewicowych akcentowano tezę o przejściowym charakterze terroru rewolucyjnego, a także koncepcję humanizacji systemu w wyniku zakończenia wojny z hitlerowskim totalitaryzmem. U źródeł wszystkich tych racjonalizacji tkwiła świadomość, że ZSRR jest sojusznikiem w wojnie z państwami Osi i że wszystko, co rozbija jedność aliantów, jest z perspektywy tej walki szkodliwe.

Pruszyński był świadom ambiwalencji własnej sytuacji. Jeżeli wystawiał tak pozytywne świadectwo Armii Czerwonej, a z rolą jej korpusu oficerskiego wiązał rozliczne plany na przyszłość, to widział przecież i drugą stronę medalu. W przytaczanym artykule Dwaj ludzie cytował opinię kogoś, kto był przeciwnikiem polityki Sikorskiego: "Niech pan tak się nie wzdraga na NKWD. NKWD to bardzo mądra, w swoim rodzaju, instytucja. Tylko użyta do właściwych celów...". Władysław Broniewski i Wiktor Alter skomentowali to następująco: "Ludzie, co wyszli z Rosji, nie będą już nigdy entuzjastami kołchozów, wielbicielami piatiletek, propagatorami Magnitogorska. Ale jak będzie z NKWD, to jeszcze nie wiadomo. System gospodarczy sowiecki nie wzbudzi w nich podziwu; ale czy pewnych rzeczy z systemu państwowego sowieckiego, z władzy nie zechcą niestety przenieść, to inna zupełnie rzecz..."[30].

Pruszyński był świadom różnorodnych przeobrażeń wewnętrznych państwa radzieckiego, a więc i tego, że starzy bolszewicy są już bardziej postaciami muzealnymi "niż potomek bojarskiego rodu piszący dla nowej Rosji". Jednak w przeciwieństwie do polityków anglosaskich ta perspektywa go nie zachwyca. Pełen urzeczenia, ale sarkastycznie i bez sympatii pisze o gen. Ignatiewie, ostatnim paziu carycy i carskim generale, który znakomicie prosperuje w rządzonej przez bolszewików Rosji. Oglądając "ekspazia carycy w mundurze sowieckiego generała", Pruszyński zauważył, że w rodzinie Ignatiewów umiano dosyć obrotnie przesiadać się na czas do właściwego autobusu. Dalej następuje porównanie Ignatiewa z Aleksiejem Tołstojem, który "[...] szukał w Rosji sowieckiej dawnej Rosji, w Stalinie chciał widzieć Piotra Wielkiego, w Timoszewie czy Woroszyłowie - Suworowych i Aleksandrów Newskich. Ignatiew szukał [...] odrodzenia atmosfery, która była mu potrzebna do życia, a na którą składał się maneż, święto pułkowe i pijatyka oficerska. Kiedy teraz powstają nowe "dymisje gwardyjskie", kiedy ustanawia się nowe ordery i odznaczenia, kiedy mundur sowiecki odchodzi od rewolucyjnej prostoty, serce hr. Ignatiewa cieszy się tak samo, jak cieszy się serce hr. Aleksieja Tołstoja, ile razy do historii Rosji za jego dni pisanej przybędzie nowy błysk wielkości, obojętnie czy grozą pisanej, czy krwią. Ignatiew jest pod tym względem nieporównanie płytszy. [...] Tamten przetrwał, ten tylko przeczekał"[31].

Pruszyński krytycznie zauważa, że Ignatiew odejdzie od nowej władzy nieporównanie łatwiej "niż jego dziad odszedł od dekabrystów". Pisze: "Wiem, że wszystko, co było nam nienawistne w ludziach carskich, pozostało u Ignatiewa niezmienione, nie uległo żadnej z tych wspaniałych metamorfoz, jakim ulegały jego kolejne mundury [...]. Muszę się przyznać, że jako człowiek, a trochę jako Polak, znacznie bardziej wolę starych bolszewików od neofitów z dawnego czasu"[32].

Przeobrażenia rosyjskie oceniał Pruszyński niejednoznacznie: obok tego, co jutrzejsze, dostrzegał przedwczorajsze. Taki ogląd rzeczywistości kazał mu zatytułować jeden z fragmentów artykułu Wobec Rosji - Wieczna Rosja. Nawiązał w ten sposób do kategorii myślenia o polityce, którymi posługiwał się Roman Dmowski. W eksplikacji Pruszyńskiego myśl Dmowskiego wyglądała następująco: "Rosja jest jedna. Może być "carska", prawosławna, półfeudalna" lub "komunistyczna, bezbożna, proletariacka", ale zawsze będzie "wiecznym sąsiadem Polski, obok którego żyć musimy... Wrogiem Polski są Niemcy, Polska na dwa fronty walczyć nie może. Polska powinna więc szukać porozumienia z Rosją. O, oczy Dmowskiego były naprawdę wpatrzone w niebieską Odrę i w szary, kaszubski Bałtyk, dzisiaj Dmowski byłby najlepszym naszym ambasadorem w Rosji"[33]. Koncepcjom Dmowskiego realny kształt nadała - zdaniem Pruszyńskiego - wojna niemiecko-rosyjska, w której Polacy wystąpili jako sojusznicy Rosjan, dzieląc z nimi nienawiść do Niemców. "Nienawiść do Niemców, potworna, o nieznanej nam potędze nienawiść, to uczucie, które użyźnia glebę pod porozumienie Polski i Rosji. [...] Pod jej działaniem nawet sprawa naszych ziem wschodnich przedstawiać się może lepiej"[34].

Na uwagę zasługuje ostatnie zdanie cytowanego artykułu. Dotknął tu Pruszyński mimochodem najbardziej drażliwego problemu polskiej polityki: wschodnich granic. Politykę Sikorskiego wobec Rosji opozycja oskarżała systematycznie o rezygnację z terenów znajdujących się za linią Curzona. W istocie rzeczy nikt z polityków emigracyjnych - ani Sikorski, ani Kot, ani Mikołajczyk - nie chciał z tych ziem rezygnować. Od opozycjonistów różnili się tym tylko, że przyjęli do wiadomości fakty i nie brali złudzeń za rzeczywistość. Złudzeniem bowiem było mniemać, że angielscy i amerykańscy sojusznicy udzielą rządowi polskiemu poparcia w sporze granicznym z ZSRR i że korektury granicy wschodniej nie są nieuchronne. Dla Pruszyńskiego było oczywiste, że optymalne granice na wschodzie Polacy mogą uzyskać w wyniku porozumienia z rządem radzieckim, a nie poprzez konflikt z nim. "Oczywiście można myśleć kategoriami doznanych krzywd. [...] Damy wtedy dowód czułego serca - co jest wiele. Ale nie będziemy składali dowodu politycznego myślenia. Albowiem [...] na to, co było, nic nie poradzimy, a jeśli chcemy szybko i najrealniej pomóc naszym rodakom w Rosji, możemy to zrobić tym łatwiej, im nasze stosunki z rządem sowieckim są lepsze, tym trudniej, im są gorsze. Możemy się targować, możemy się opierać, ale musimy łagodzić"[35].

Emigracyjna opinia publiczna - co było dla Pruszyńskiego oczywiste - nie była myślowo przygotowana na takie rozwiązanie. Stąd się brały próby wpisania nowych alternatyw w jakąś tradycję; stąd nawiązania do myśli politycznej Dmowskiego, a później Wielopolskiego. Nawiązywał Pruszyński do tej myśli contrec?ur, wbrew sobie. On, który był tradycyjnym przeciwnikiem endeków i entuzjastą idei Polski jagiellońskiej, zadeklarował się nagle jako zwolennik koncepcji Polski piastowskiej obejmującej nie tylko Prusy Wschodnie, ale też Szczecin i Wrocław. Wprawdzie pisał przezornie: "Politycznie w stosunku do Rosji staliśmy zawsze na sztywnym stanowisku pełnej nienaruszalności naszych granic według traktatu ryskiego". Ale zaraz później dodał:

"Wanda Wasilewska mówiła o "Polsce Bolesława Krzywoustego". Jeśli nie jest to tylko frazes, oznacza to jedno: Polskę, która na wschodzie sięga ledwo po Bug czy San, ale na zachodzie przesuwa się do Szczecina i obejmuje Wrocław. Przed oczami nas, Polaków z Anglii, poprzez czerwone sztandary rewolucji powiała jakby zachęta, jakby zaczepka, taka właśnie propozycja: "Przekreślcie pięćset lat historii, wyrzeczcie się wschodu, a otrzymacie Bałtyk, wrócicie nad Odrę, odzyskacie ziemie, o które ostatnimi słowami swych dziejów Polski modlił się Długosz". Ale aby odpowiedzieć w takiej sprawie, trzeba być czymś więcej niż ambasadorem, czymś więcej niż premierem. Trzeba być Chrobrym, Piotrem Wielkim, Kemalem Paszą. Trzeba brać na swe barki decyzję za cały naród i na całe stulecia; trzeba ciąć i trzeba łamać. Nie dziw, że trudno o barki dość mocne, by unieść ciężar decyzji tak olbrzymiej i tak straszliwej"[36].

Nazwisko Wandy Wasilewskiej pojawiło się w artykule Pruszyńskiego nieprzypadkowo. Przebywając w Kujbyszewie, utrzymywał on kontakt z grupą polskich komunistów, spośród których Wasilewska była osobą najważniejszą, jako że miała dostęp do samego Stalina. Kontaktował się także z Heleną Usijewicz, córką Feliksa Kona. Po powrocie do Londynu pochwalił ją ciepłym artykułem w "Wiadomościach Polskich" zatytułowanym Kobieta roku osiemnastego. Opisując dzieje tej rewolucjonistki, która kilkakrotnie otarła się o polityczny kontakt z radzieckim systemem penitencjarnym, Pruszyński charakteryzuje jej rolę we Lwowie 1939-1940, gdzie przybyła w "nieokreślonej misji": "Nawiązała kontakt z pisarzami polskimi, uchroniła Boya-Żeleńskiego od karnego wywiezienia w głąb Rosji, stworzyła polskie pismo literackie. [...] Natrafiła we Lwowie na środowisko kulturalne, gdzie ludzie myśleli nie wedle szablonów, gdzie wiele, wiele rzeczy musiało jej przypominać ów świat nocnych herbat przy papierosie w zadymionych studenckich stancjach. Kościuszko jest na pewno bliższy jej sercu niż Suworow, Marks bliższy niż Piotr Wielki"[37].

Dla emigranta londyńskiego nazwiska Wasilewskiej czy Usijewicz były, co zresztą zrozumiałe, prowokacją. Jednak Pruszyński zdecydował się przywołać opinię tych osób. Dlaczego? Otóż wydaje się, że jego przekonaniu o niezbędności reorientacji polskiej myśli politycznej ku porozumieniu z Rosją towarzyszyła świadomość konieczności porozumienia z tymi, do których Rosjanie mieli największe zaufanie - z polskimi komunistami. Artykuł Pruszyńskiego odegrał rolę kija włożonego w mrowisko. Autor spotkał się w Londynie z bojkotem i niemającą sobie równych nagonką prasową. Obok Zygmunta Nowakowskiego, Zbigniewa Grabowskiego czy Ryszarda Wragi niesłychanie ostro zaatakował go Stanisław Grabski, który rok później zajął tak bliskie mu stanowisko, a replikując na Wobec Rosji, stwierdził bez dwuznaczności: "Są sprawy, o których niedopuszczalna jest jakakolwiek dyskusja. Do nich w pierwszym rzędzie należy zachowanie całości naszego terytorium państwowego"[38]. Pod taką presją Pruszyński oświadczył: "Nigdy, a w szczególności pisząc mój artykuł Wobec Rosji, nie dopuszczałem myśli o jakichkolwiek ustępstwach terytorialnych na rzecz Rosji od granicy 1939 r., a nasze ziemie wschodnie są mi tak samo drogie, jak dla każdego Polaka i bez nich nie widzę Polski. Mój artykuł w "Wiadomościach" został wskutek pewnych niejasności w sformułowaniu zrozumiany sprzecznie z moimi intencjami i opinia publiczna słusznie się nim zaniepokoiła. Ubolewam więc nad szkodą, którą wyrządziło to sprawie publicznej"[39].

W ten sposób Pruszyńskiemu - i podobnie do niego myślącym - zakneblowano usta. A przecież tezy nakreślone w artykule Wobec Rosji zostały po dwóch latach podjęte i były rozwijane przez tę część obozu londyńskiego - m.in. przez Grabskiego - która zdecydowała się na akceptację postanowień konferencji jałtańskiej. Jedna wszelako była różnica: Pruszyński formułował swoje koncepcje w momencie, gdy stosunki między rządem gen. Sikorskiego a rządem ZSRR układały się stosunkowo dobrze; miał prawo sądzić, że istnieje możliwość jakiegoś manewru czy też godziwego kompromisu. Jego propozycje były programem określonej polityki. Później, po zerwaniu stosunków dyplomatycznych i uznaniu przez rząd ZSRR Związku Patriotów Polskich za reprezentację narodu polskiego, chodziło już tylko o program kapitulacji[40]. Wracając do Anglii po rocznym pobycie w Rosji, Pruszyński zanotował: "I naraz pomyślałem sobie, jak ten kraj, tak od nas daleki, jest mi bliższy od tamtych, do którego poznania i do współżycia z nim was namawiam. Jak nas zbliża to, że należeliśmy ongi do tej samej wspólnoty rzymskiej, a należymy tak samo do miłujących wolność ludzką narodów, że kapitele romańskie w Wąchocku mają kształt kapiteli w St. Andrews, a w Oxfordzie jest coś z uniwersyteckiego Krakowa"[41]. Była to ostatnia niekonsekwencja artykułu, w którym autor próbował zebrać wszystkie argumenty za nową polityką wobec Rosji i odwołać się do wszystkich stereotypów, które by taką politykę uzasadniały.

Artykuł ten ukazał się w "Wiadomościach Polskich", ale wyrażał - abstrahując od niuansów - punkt widzenia "Nowej Polski". Aleksander Hertz, Sokołów czy Górka głosili poglądy analogiczne, choć nie formułowali ich w sposób tak radykalny. Podobne myśli odczuć można w programowych artykułach pisma. Redaktor miesięcznika - Antoni Słonimski - podjął ten temat w dwóch wierszach, które ilustrują orientację ideową, nadzieje i niepokój poety. W wierszu Do Rosjanina, będącym odpowiedzią na wiersz Pawła Antokolskiego Do Polski, pisał m.in.:

 

Żal nie przeminął wraz z latami

I krwawych czas nie zatarł śladów,

Lecz całym sercem jestem z wami

Na barykadach Leningradu.

I dawny gniew, i gniew ostatni

Niech już w pamięci nie powstanie.

Ten wiersz, jak ciepły uścisk bratni,

Jak dłoń podaję wam - Rosjanie.

 

Poeta precyzował swoje przesłanie w wierszu Do Rosjan:

 

Cóż nam przyniesiesz dziś, sąsiedzie?

Czy znów zaświszcze carski knut,

Gdy twoje armie przejdą Prut,

Gdy w miasta pełne zgliszcz i gruzów

Kudłaty koń kozacki wjedzie?

Kto stanie pułkom tym na przedzie?

Suworow znów czy znów Kutuzow?

Patrzy Europa i świat czeka

Co przyniesiecie na sztandarach,

Czy wolność ludów i człowieka,

Czy nowy ukaz nowych carów?

[...]

Was wzywam - synów dekabrystów,

Więźniów cesarskich tiurm i twierdz,

Poetów, braci socjalistów

Krwi jednej, walki i cierpienia.

Rosjanie! Znów do waszych serc

Uderza skarga pokolenia.

Patrzcie, my słabi... My skrwawieni.

Cóż dla was jeden szczodry gest,

Co się wolnością naszą mieni?

Lecz jeśli krew się znów poleje,

Krwią dalej będą płynąć dzieje.

Czy źle czy dobrze, tak już jest.

 

Tę dwoistość widzenia Rosjan i Rosji oraz niepewność jutra dostrzec można także w publicystyce Słonimskiego. W artykule pt. 1944 pisał autor Alarmu:

"Minął piąty rok wojny. Był to rok Zła Ustępującego i Zła Narastającego. Był to rok [...], w którym ludzie dręczeni bali się oswobodzicieli, był to rok, w którym setkom tysięcy prostych ludzi wyrastały skrzydła u ramion, rok, w którym Gwiazda, w którą wierzono, stała się orderem, a prawda stała się kłopotliwa i usta zamykały się w pocałunku składanym na klindze miecza. Był to rok rozjaśnienia horyzontów wojennych i rok zaciemnienia horyzontów pokoju [...]. Dla nas Polaków był to rok wielkiej nadziei i wielkiej obawy. Oby rok, który przyjdzie, był nie tylko ostatnim rokiem wojny, ale ostatnim rokiem starego świata. Oby wstrząs padających Bastylij, więzień i murów wzniesionych przez tyranię był silny i głęboki. Niech nam dane będzie widzieć choć początek drogi, odczuć wielką Zmianę, która obejmie nas samych i tych, których się lękamy"[42].

Analogiczną nadzieję na wielką Zmianę wypowiedział także Tuwim w opublikowanych również w "Nowej Polsce" Modlitwie i prozie-wyznaniu My, Żydzi polscy. Pomiędzy stanowiskami poetów przyjaciół była - zdaje się - istotna różnica. Tuwim podzielił świat na faszystów i antyfaszystów, przy czym za faszystowskie uznał większość realiów politycznych Polski międzywojennej. Za pomocą tej klasyfikacji skonstruował busolę, która wskazywać miała drogę postępowania w skomplikowanym świecie polityki. Była to jednak pseudobusola, tak jak świat przezeń opisywany był pseudoświatem, światem urojonym, jak urojona była polityka polska utożsamiana z ONR-owskimi bojówkarzami czy nawet z szefami ich na Wilhelmstrasse. Rozumowanie, które pozwalało postawić znak równości pomiędzy hitlerowcami, polskimi faszystami z ONR-Falangi i rządem pułkowników doprowadziło Tuwima - zawdzięczamy to celne spostrzeżenie Konstantemu Jeleńskiemu - do utożsamienia pełnej hipokryzji polityki narodowego hegemonizmu z piękną ideą "nowego narodu stu narodów", a także do pomylenia Polski "szklanych domów" z Polską janczarów. Słonimski zaś - świadom niejednoznaczności sytuacji, pełen niepokojów o przyszłość - dawał wyraz trwałej idei praw człowieka i wzmagającej się nieufności do wszystkich aliantów. Cytowany wyżej wstępny artykuł pióra Słonimskiego był już artykułem z nowej epoki: postteherańskiej. Spekulacje polityczne ustąpiły miejsca refleksjom znamionującym dezorientację i niepokój.

III

Pisaliśmy uprzednio, że "Nowa Polska" mówiła dwoma głosami: romantyka niepodległościowego i realisty ugodowca. Aczkolwiek na łamach tego pisma nie były to głosy wykluczające się, trudno zaprzeczyć, że czasem reprezentowały odmienne punkty widzenia. Numer pierwszy z 1944 roku zawierał dwa artykuły wstępne. Pierwszy - cytowany wyżej - był pióra Antoniego Słonimskiego. Na drugim - niepodpisanym i zatytułowanym Nowe trudności i zadania - widać piętno stylu Karola Estreichera. W artykule tym znajdujemy polemikę z rozpowszechnionym - choć różnie argumentowanym - poglądem, "jakoby Niemcy przygotowały grunt pod jakąkolwiek reformę". Dla nacjonalistów polegać to miało na perspektywie ekspansji na Wschód i możliwości uczynienia Polski krajem jednonarodowym; militaryści liczyli na wzrost roli kraju w związku z restytucją Polski jako antyradzieckiego "przedmurza", romantycy w oporze narodu widzieli źródło moralnej odnowy, a radykałowie - sprzyjającą sytuację reform społecznych. Według autora jest to ułuda: "Głębokie rany, które społeczeństwo odniosło i jeszcze odniesie w tej wojnie, nie mogą być uważane za żadne stygmaty męczeństwa, lecz muszą być czym prędzej leczone i wygojone"[43]. Z pasją Stańczyka piętnującego liberum conspiro autor pisze:

"Konspiracja. Żaden naród w Europie nie ma takich jak my doświadczeń za sobą. Znamy wszystkie jej strony. Pełni jesteśmy podziwu dla wartości i bohaterstwa ruchu podziemnego w Polsce. [...] Ale nawet największy podziw dla ruchu podziemnego i zrozumienie jego konieczności nie oznacza, by zapomnieć o jego ujemnych stronach. Społeczeństwa naprawdę wolne, szczęśliwe, w prawnych żyjące stosunkach nie znają sprzysiężeń i spisków, które są przekleństwem niewoli. Najcięższą ofiarą, jaką Polska w tej wojnie ponosi, jest zejście jej życia politycznego w podziemie, bo walka prowadzona w tych warunkach niszczy charaktery i wypacza. Nie popełniajmy omyłki z czasów pierwszej wojny i nie przypuszczajmy, że z chwilą odzyskania wolności konspiracja przestanie istnieć. Konfederacja podziemna ujawni się w swej generalicji i będą to z pewnością ludzie najwyższych cnót moralnych, ale nie znaczy to, że tym samym odkryją się wszystkie korzenie konspiracji. Wyjęte spod wszelkiej kontroli, nauczone bezwzględności metod, fanatyzmu i nienawiści odrosnąć mogą łatwo i wtedy wpływać będą na nasze życie wyłącznie ujemnie"[44].

Z pasją konserwatysty wrażliwego na ciągłość tradycji zbiorowości historycznej autor artykułu dodaje: "Wprowadzenie po wojnie w stosunki polskie rewolucyjnej, permanentnej walki klas, z terrorem trybunałów i śledztw, korzystanie z chaosu, jaki pozostanie po ustąpieniu Niemców, dla wprowadzenia ustroju nam obcego, równa się pozbawieniu narodu wolności myśli na rzecz jednej doktryny. Rezultatem tego musi być zanik naszej kultury, zdziczenie Polaków, zepchnięcie ich do roli szczepu słowiańskiego, co przede wszystkim chcą widzieć Niemcy"[45]. Jaki z tego wniosek? "Upadek naszej kultury musi być następstwem tej wojny. [...] A jeśli w którym kierunku naszą myśl narodową zwrócić wypada, to właśnie w kierunku takiej odbudowy kultury, która jedynie daje możliwości racjonalnego wychowania"[46]. Ma to być wychowanie - poprzez szkołę, religię, pracę, sztukę - dla demokracji, dla nowej wizji Polski.

"Polska potrzebuje nowej idei. Trzeba zapomnieć o Jagiellonach i przedmurzu, bo inne to były czasy i inne stosunki i nie błyszczała wówczas tak wyraźnie jak obecnie idea zespolenia się ludzkości. Nie ma ta idea nic wspólnego z kosmopolityzmem. [...] Nie żąda, by proletariusze wszystkich krajów łączyli się tylko w imię walki o prawa społeczne i gospodarcze, ale żąda, by bogatsi i doświadczeńsi podzielili się z uboższymi. Patriotyzmu nie narusza, ale ogranicza go do samoobrony i pilnuje, by [...] nie wyrodził się w nacjonalizm [...]. Jeśli popierać będziemy stare doktryny i programy oparte na walce i gwałcie, [...] dawać będziemy do ręki broń tym, którzy zmazać nas chcą z karty Europy. Trwanie przy idei Polski mocarstwowej, wywoływanie widm i upiorów przeszłości musi być zaniechane w przyszłym życiu politycznym, a i tu, na emigracji, staje się palącym nakazem chwili. Ci, którzy chcą nas połknąć, będą się starali ten gwałt przed opinią świata ukryć. Muszą nas wprzód spreparować odpowiednio. Muszą Polsce przypiąć oznaki faszyzmu czy reakcjonizmu, uczynią wszystko, aby przekonać Zachód, że gwałt ten jest samoobroną, bo Polacy są militarystami, ukrytymi antysemitami, imperialistami. Ślepy jest ten, kto tej roboty nie widzi. Cóż więc mówić o tych, którzy nie zaprzestają słowem mówionym i drukowanym potwierdzać przed mało zorientowaną opinią to krzywdzące i fatalne o nas mniemanie? [...] żądają [...] stosowania przez nasz rząd polityki demonstracji w chwilach dla Polski najcięższych. Nie chcą widzieć, że woda to na młyn tych, którzy pragną obalić państwowe władze polskie"[47].

Dalej precyzuje się stosunek do rządu:

"Rząd polski popieramy nie dlatego tylko, że reprezentuje on dwa największe ruchy wśród naszych mas pracujących, ale także dlatego, że reprezentuje on prawdziwą Polskę, Polskę pokojową [...]. Ta Polska w roku 1939 nie wahała się ani przez chwilę, by podjąć walkę z Niemcami i prowadzić ją nieugięcie. Była to Polska wolna także od tej doktryny, która grupie Polaków ze Związku Patriotów nakazywała siedzieć bezczynnie, gdy lud i żołnierz polski bił się z Niemcami, gdy walczył w Kraju, gdy na żaden kompromis z Hitlerem nie poszedł, gdy ruszył za granicę, by walkę dalej prowadzić"[48].

Jest w tym artykule jeszcze jeden wątek istotny, choć przemilczany: sprawa granic wschodnich. W ówczesnym kontekście oznaczało to radykalne zdystansowanie się od linii "nieprzejednanych" i poparcie koncepcji Mikołajczyka (czyli Churchilla), która polegała na dążeniu do porozumienia z rządem ZSRR przy pominięciu środowiska ZPP. Romer pisał otwarcie: "Przeciwnikiem naszym nie jest Rosja, lecz obóz reprezentowany przez PPR"[49]. Rozumując analogicznie, redaktorzy "Nowej Polski" wzywali do wskrzeszenia dzieła gen. Sikorskiego, do wskrzeszenia ugody z Rosją. W pierwszą rocznicę śmierci Sikorskiego "Nowa Polska" obwieszczała w niepodpisanym artykule wstępnym:

"Zginął Władysław Sikorski, lecz nie zginęła jego myśl. Mimo wszystko żywimy nadzieję, że Rosja komunistyczna nauczona doświadczeniami Rosji carskiej nie będzie dążyć do pozbawienia Polski wolności lub do takiego rozwiązania sprawy polskiej, które będzie nową raną Europy. Tylko na porozumieniu sąsiedzka przyszłość ludowej Rosji i nowej Polski może być oparta, a nie na zwycięstwie którejkolwiek ze stron. Rok czasu, który upłynął od nieszczęsnego zerwania paktu i od śmierci Wł. Sikorskiego, nie pozbawił aktualności dzieła, jakie stworzył on wraz ze Stalinem. W stosunkach polsko-rosyjskich odrzucić trzeba pogląd militarny, wyznający dyktat siły, a przyjąć trzeba zasadniczy pogląd, że najbardziej nierozwiązalne spory są do rozwiązania, jeśli obie strony tego szczerze pragną".

W tym kontekście interesująco przedstawia się zróżnicowanie polskiej opinii wobec idei "humanitaryzmu" i praw człowieka, które poddane były wyjątkowo surowemu sprawdzianowi. Pod wpływem akceptacji Teheranu - później Jałty - przez opinię publiczną państw alianckich Kazimierz Wierzyński napisał wiersz Do sumienia świata, w którym czytamy m.in.:

 

Wirtuozowie od pióra, od fletni,

Mędrcy sławni, uczeni szlachetni,

Tak zawsze czuli na okrutny los,

Na wyrok sądów, na murzyńskie krzywdy,

Nawet na dolę psów - czemuż to nigdy

Wasz owej nocy nie podniósł się głos?!

[...]

Gdzie duch wasz, wiara, ta gwiazda pomocy,

Co w planetarium milczącej wciąż nocy

Miała nas święcić, pod klęską nas nieść?

Wy wolni z wolnych, gdzie sztandar wasz dumny?

Czy razem z nami kładzie się do trumny?

I czoło wasze? I słowo? I treść?

Gdzie jest ten upiór, co przez długie lata

Zwodził nas wojny? To sumienie świata,

Co tak niezłomną sprawuje tu straż?

Ten mądry sędzia, co wszystko rozsądzi

Kto jest bez winy, kto zbrodniarz, kto błądzi?

Pokażcie mi go - niech plunę mu w twarz.

 

Jakby replikując Wierzyńskiemu, "Nowa Polska" informowała: "Nie oskarżymy humanitaryzmu, że nas zdradził. Nie zdradził, bo nie doszedł jeszcze do siły i władania"[50]. Odrzucając tradycyjną koncepcję jednoliniowo pojmowanego postępu, "Nowa Polska" zauważa, że "postęp nie idzie drogą równomiernego wznoszenia się [...]. Postęp ludzkości jest postępem miłosierdzia. [...] Żyjemy nie tylko w dżungli kapitalizmu, żądzy władzy i okrucieństwa, ale w dżungli słów utrudniających porozumienie. Oddanie spraw organizacji życia w ręce nauki jest niemal niewykonalne bez upowszechnienia tej idei. [...] Wyzwolenie się spod "tyranii słów", poddanie ludzi zdrowej kuracji semantycznej jest pierwszym, nieodzownym krokiem. [...] słowo jako środek porozumienia musi być oczyszczone z pyłu i rdzy stuleci[51]. Zaklęcia szamanów, które się dziś nazywa wypowiedziami przywódców, muszą być poddawane surowej analizie logicznej. [...] Popatrzmy na polskie życie krytycznie, obiektywnie. Lata całe karmiono nas słowami, które nic nie znaczyły, które mocarność czy mocarstwowość miały oznaczać, a które w istocie kryły niemoc za sobą. Wciąż jeszcze wracają wśród Polaków niejasne, niewyraźne słowa, które upajają, upijają. Przetłumaczone na język dnia codziennego słowa owe oznaczają niewolę, krzywdę, nienawiść. Nie myślimy tylko o reakcjonistach [...]. Są również wśród lewicy ludzie, którzy używają nadmiaru słów ciemnych, wymierzanie sprawiedliwości z gwałtem utożsamiających, wolność państwa z niewolą jednostki"[52].

Uwagi o "kuracji semantycznej" i proroczy wiersz Słonimskiego zasługują na tym baczniejszą uwagę, że historia dopisała do nich ciąg dalszy. Nieczęsto się zdarza, by poeta tak trafnie antycypował przyszłość. Snując refleksje nad kryzysem języka, był Słonimski - zarówno jako poeta, jak i jako współautor cytowanego artykułu redakcyjnego - jednym z pierwszych, obok Chiaromontego, Klemperera i Orwella, którzy dostrzegli, jak groźnym instrumentem staje się język w dziele deprawowania i niewolenia umysłów ludzkich przez totalitarne reżimy.

IV

W sierpniu 1944 roku w "Nowej Polsce" pisano:

"Wyzwolenie Polski przez armię czerwoną spod opresji Niemiec nie powinno w żadnym wypadku otworzyć starych ran i konfliktów. [...] Nie myślimy zaprzeczać, by społeczne stosunki w Polsce nie wołały o reformy i o daleko idące zmiany, nieraz radykalne w posunięciach. Lecz przeprowadzone być muszą one bez tej sumy nienawiści, którą łatwo rozbudzić, pohamować zaś niepodobna, bez tej rzezi, którą grożą nam nierozważni fanatycy krwi. Oprzeć się muszą [...] na humanizmie naukowym i myśl polską wprowadzić na tę jedną zbawienną dla Polski drogę"[53].

Adresatem tych uwag były kręgi radykalnej lewicy, a metody, jakich trzeba użyć do przeprowadzenia reform społecznych, należały do najczęściej i najżywiej dyskutowanych w kręgach lewicy. Dla środowiska "Nowej Polski" było oczywiste, że cele społeczne, do których się dąży, są zawsze determinowane przez metody ich realizacji. Dlatego odrzucano stanowczo na łamach pisma wizję wędrówki do "ziemi obiecanej" przez morze czerwone od krwi przeciwników politycznych. Rozumiano jasno, że nadużywana przemoc łatwo może przeobrazić się w trwałe urządzenie społeczne. Lęk przed eliminacją z życia zbiorowego instytucji demokratycznych i kultury politycznej - jako zasady! - dyktował redaktorom "Nowej Polski" słowa przestrogi, która była rozpaczliwą próbą przepłynięcia pomiędzy Scyllą emigracyjnego wstecznictwa i pustosłowia a Charybdą rewolucyjnego maksymalizmu, który z sytuacji stanu wyjątkowego zwykł czynić prawo powszechnie obowiązujące.

W tymże artykule, precyzując pogląd na stosunki polsko-rosyjskie, redaktor "Nowej Polski" pisał:

"Konflikt graniczny Polski z Rosją, paraliżujący porozumienie pomiędzy obu narodami, wymaga ustępstw z obu stron, jeśli porozumienie ma być trwałe i rzetelne. Nie myślimy poddawać się demagogii emigracyjnych reakcjonistów, którzy krzykiem, wyzywaniem od zdrajców, szeptaną i jawną propagandą zaszkodzili tak wielce sprawie polskiej. Przyznajemy Rosji prawo domagania się reform w Europie w myśl bezpieczeństwa zbiorowego i społecznego. Ale tak samo mamy prawo domagać się reform społecznych w Sowietach w myśl praw człowieka, w myśl wolności słowa i życia jednostki. [...] miejmy nadzieję, że ludowa Rosja, [...] odbudowana olbrzymim wysiłkiem, uspokojona zwycięstwem nad Niemcami, nie popełni błędów"[54].

Podobny na wskroś pesymistyczny ton odnajdujemy w styczniowym numerze miesięcznika z 1945 roku. We wstępnym artykule czytamy:

"Chmury ciężko kłębią się nad kontynentem i ciemność panuje nad narodami. [...] Ludzie Europy po pięciu latach wojny i niewoli podnoszą głowy ku niebu już nie światła oczekując, ale gromów nowych. Na światło idące od Wschodu, na owe Lux ex Oriente patrzą nieufnie, wiedzą bowiem, że z daleka podobne jest do różowości jutrzenki, ale z bliska bije łuną pożarów i kurzawą krwi. Cóż się w Europie przeciwstawia tej sile idącej od Wschodu? Idealizm angloamerykański nie wyszedł na Europę, którą podzielono na sfery wpływów, nie zdobył się na śmiałe postanowienia, nie narzucił światu wizji lepszego jutra, cofa się z wypowiedzi ręką chwiejną na wodzie pisanych. Pogłębiają się antagonizmy i nacjonalizmy, rośnie groza nowej wojny, która potwornością swoją zaćmi ognie Apokalipsy. [...] Idea międzynarodowości, kosmopolityzmu, braterstwa ludów porzucona się być wydaje w czasach, gdy przestrzeń pokonała, świat zmniejszyła, i ta idea współdziałania ogólnoludzkiego traci na znaczeniu dziś właśnie, gdy bez niej grozi nam chaos i zagłada. Porzucił ideę międzynarodowości Związek Radziecki i porzuciły ją hasła kapitalistycznych demokracji. [...] Czy idea oparta na prawach człowieka nie jest dość silna, aby poruszyć masy ludzkie, natchnąć je wiarą i pchnąć do działania? [...] Aby idea stała się żywą, trzeba wstrząsu rewolucyjnego w umysłach i w sercach ludzi, trzeba nowego prądu religijnego, wiary silnej, śmiałej i żarliwej. Dwa tylko istniały w dziejach ludzkości takie prądy twórcze. Było nim chrześcijaństwo i był nim socjalizm. Chrześcijaństwo zwyrodniało, gdy osiadło w Rzymie i przejęło tradycje Cezarów. Socjalizm zwyrodniał, gdy osiadł na Kremlu i przejął tradycje Carów"[55].

Po tak pesymistycznej diagnozie następuje strzelisty akt wiary:

"Podnosimy z uporem i wiarą hasła międzynarodowości i wbrew fali wydarzeń powtarzamy je w "Nowej Polsce". Przyszłość Polski widzimy nie w powrocie do brutalnych, domorosłych nacjonalizmów i niemoralnych, politycznych sojuszów, nie w modlitwach o nową wojnę, nie w powrocie do świata samowoli, bo w takim świecie nie ma dla nas miejsca. Najszczytniejszy idealizm stał się znów, jak w czasach "Trybuny Ludów", jedyną polską racją stanu. Chrześcijaństwo było religią słabych i pokrzywdzonych, socjalizm międzynarodowy był nadzieją wydziedziczonych. Sprawą wszystkich wydziedziczonych i pokrzywdzonych jest dziś przywrócenie tym dwu ideom ich prawdy i piękna"[56].

Tym ogólnym deklaracjom nie towarzyszyły już żadne konkretyzacje. Najszczytniejszy idealizm, strzelisty akt narodowy - nawet piękny i patetyczny - nie mogą zastąpić jednak politycznych programów. Reduta Ordona jest pięknym wierszem i wstrząsającym przesłaniem ideowym, ale brana dosłownie jako program politycznej edukacji narodu prowadzi do groźnych i tragicznych mistyfikacji. Za takie mistyfikacje naród płacił krwią. Świadomi tego stanu rzeczy byli redaktorzy "Nowej Polski", którzy - choć wielbiciele wieszcza - nigdy nie rezygnowali z politycznej trzeźwości. Nieprzypadkowo zatem właśnie na tych łamach opublikował Ksawery Pruszyński swoją książkę Margrabia Wielopolski.

V

Opowieść o Aleksandrze Wielopolskim była kolejną - po Wobec Rosji - podjętą przez Pruszyńskiego próbą przebudowy koncepcji politycznej obozu emigracyjnego; próbą dostarczenia nowych uzasadnień poprzez nową konstrukcję historycznych tradycji. Dziwna to książka. Pisana według wszelkich reguł pamfletu, jest opowieścią nie tyle o Wielopolskim i jego dylematach, ile o dylematach Pruszyńskiego. Tak też należy ją czytać. Margrabiego Wielopolskiego interpretowano wielokrotnie jako powrót Pruszyńskiego do wyznawanych w młodości ideałów konserwatywnych. Chyba niesłusznie. Autor Czerwonej Hiszpanii nie gloryfikował autentycznego Wielopolskiego i jego rzeczywistych dokonań. Bohater tego pamfletu jest w gruncie rzeczy konstruktem jego myśli, kostiumem historycznym dla pewnego wariantu orientacji prorosyjskiej. We wstępie do krajowego wydania autor wyjaśniał: "Dla współczesnej londyńskiej opozycji margrabia przedstawiał nader twardy orzech do zgryzienia. Opozycja ta składała się z prawicowych narodowców; ich właśni rodzeni dziadowie wyrośli w dobie popowstaniowej na kulcie Wielopolskiego, tak samo ich wódz Dmowski. Istotnie, przypomnienie Wielopolskiego było dla tych kół wielce niewygodne"[57]. Przywołanie postaci Wielopolskiego było tarczą ochronną przed zarzutami o komunizm.

Z jakich elementów skonstruował Pruszyński sylwetkę margrabiego? Był tu zdecydowanie negatywny stosunek do polityki na emigracji, "sejmu na wygnaniu i króla in partibus infidelium", które same się wyjaławiały i wyjaławiały kraj; przekonanie, że Polska skazana jest na współżycie z Rosją, czego konsekwencją musi być rezygnacja z Kresów Wschodnich, samo ograniczenie suwerenności i dążenie do zdobycia inkorporacji państwowej ziem na wschód od Odry położonych; teza, że alternatywą dla ugodowca Wielopolskiego nie był patriota Zamoyski, ale carski stupajka; niechęć do podatnej na patriotyczne frazesy i kierującej się wyłącznie emocjami opinii publicznej. Solidarność wrogiej Wielopolskiemu opinii publicznej charakteryzuje Pruszyński jako "solidarność stada baranów", z którego to stwierdzenia wynikać ma wniosek, jakoby jedyną możliwą drogą do reform były działania odgórne; jedynym inicjatorem reform - z uwagi na ich niepopularność - może być dalekowzroczna władza.

Społecznie progresywny charakter reform Wielopolskiego jest silnie (chyba przesadnie) przez Pruszyńskiego uwydatniony. Sposób, w jaki pisarz rozkłada akcenty, o tyle zasługuje na uwagę, o ile pozwala dostrzec, że apologia odnosi się nie do konserwatysty, lecz do reformatora; reformatora realizującego program mądry i społecznie wartościowy, działającego wbrew polskiej opinii publicznej, a w porozumieniu z Rosją i - co więcej - z "polskimi biurokratami w rosyjskiej służbie". "Zapewne - powiada Pruszyński - byli to ludzie o zgoła podejrzanym patriotyzmie, wątpliwych charakterach, lecz o niewątpliwej wiedzy i doświadczeniu państwowym. [...] Dorównywali Moskalom w wiernopoddaństwie, przewyższali ich w wiedzy, rutynie, znawstwie terenu. [...] Ta wpływowa klika, czcząc cesarza - Rosjanina, czołgając się przed namiestnikiem - Rosjaninem, nienawidziła Rosjanina - kolegi, Rosjanina - urzędnika. W stosunku do tej czeredy rosyjskich urzędników, jacy mimo heroicznego oporu Polaków wlewali się coraz liczniej w kadry administracji Królestwa, panowała święta nienawiść ich polskich kolegów. Może dla nich w stosunku do zaborcy twierdzą nie był każdy próg, ale na pewno była im twierdzą każda posada"[58].

Przeciwnikami ugody polsko-rosyjskiej byli polscy irredentyści, ale nie tylko oni. Byli nimi także ci Rosjanie, których interesy tożsame były z istnieniem rosyjskiej administracji w Warszawie. Oni to - kontynuuje wywód Pruszyński - prowokowali Polaków do demonstracji po to, by te demonstracje przedstawić w Petersburgu jako efekt liberalnej polityki margrabiego i skłaniać władców Rosji do rezygnacji z ugodowego wobec Polaków kursu. W ten sposób patriotyczni konspiratorzy - Pruszyński nie kwestionuje patriotyzmu i odwagi konspiratorów, ale podważa ich polityczny rozum - stawali się nieświadomie narzędziem w rękach wrogów polskości. Wielopolski - zdaniem Pruszyńskiego - miał do Zachodu stosunek głęboko przemyślany.

Podczas wypełniania w 1830 roku misji dyplomatycznej w Londynie przekonał się, że Anglicy nie ruszą palcem w obronie Polski. Ale ufał deklaracjom Francji Drugiego Cesarstwa, stosunek do Austrii sformułował w głośnym liście do Metternicha; słowem, był absolutnie pewien, że Polska na pomoc Zachodu nie może liczyć. Rozumiał wszelako, iż właśnie nieczyste sumienie rządów europejskich nakazywać będzie głośne deklarowanie sympatii propolskich politykom francuskim i angielskim; że właśnie désintéressement powodować będzie ujmowanie się werbalne za krzywdzonymi przez Rosjan Polakami. Petersburgowi były te kampanie prasowe bardzo nie na rękę, utrudniały bowiem grę dyplomatyczną na arenie międzynarodowej i komplikowały propagandę idei panslawistycznych. Z tego względu kłopotu przysparzały kierownikom rosyjskiej nawy państwowej opozycyjne demonstracje w Warszawie, które prowokowały nieprzychylne Rosji komentarze w europejskich stolicach.

Po klęsce krymskiej na tronie Rosji zasiadł monarcha, który miał ambicje unowocześniania imperium. W polityce zagranicznej dążył do zastąpienia polityki konfrontacji militarnej polityką rokowań; w polityce wewnętrznej wszczął liberalne reformy; mianował wielkiego księcia Konstantego namiestnikiem Królestwa, przez co uczynił go żywotnie zainteresowanym w realizacji polityki Wielopolskiego. Taki zespół czynników stworzył pozytywną koniunkturę dla ugody polsko-rosyjskiej. Mianowanie Konstantego namiestnikiem Królestwa - tłumaczył Pruszyński - podnosiło rangę Polaków, było krokiem ku uczynieniu stosunków polsko-rosyjskich partnerskimi.

Polityka Wielopolskiego skończyła się krachem w postaci wybuchu powstania styczniowego. Wielki książę Konstanty i margrabia wyjechali z Królestwa.

"Obie postaci polsko-rosyjskiego porozumienia schodziły tak ze sceny dziejowej i Austria oraz Niemcy mogły odetchnąć, że po hecach kaszubskich, po słowackich i starych czeskich miastach, a nawet gdzieś w dalekiej, ale słowiańskiej Chorwacji, przestaną się budzić ciągoty na wieść niejasną o wykluwaniu się tam nad Wisłą, z porozumienia dwóch głównych słowiańskich narodów, jakiegoś wyzwolenia ziem nad Wełtawą, Odrą i sinym Wagiem. [...] Nad ciemnym niebem Królestwa wschodziła złowróżbna, przeklęta dla Rosji i dla Polski, gwiazda Berga. [...] U jego boku [...] ulokował się Milutin z całym programem wyniszczania polskości w urzędach, w prasie, na wsi, w szkole, w pacierzu nawet. Był to "lewicowiec biurokratyczny" [...] pełen miłości dla polskiego chłopa. On wyzwalał go spod niedoli szlacheckiej. Wyzwalał tak pięknie, że kiedy w kilkadziesiąt lat potem armie rosyjskie opuszczały Królestwo, był to kraj liczący więcej analfabetów niż cała reszta Europy, posiadający najgorsze w Europie drogi, najsilniejsze wrzenie socjalne i utajoną, trzaskającą jednak strzałami rewolwerów i bombami zamachów nienawiść do Rosji. [...] Jeśli Rosja w umysłach polskich nie miała się łączyć z Tołstojem i Turgieniewem, ale z nahajem i kibitką, [...] to wszystko było produktem tego, co Królestwu przyniosły rządy obcej generalicji i obcej biurokracji, utworzone tu nazwiskami Milutina i Berga"[59].

Tak brzmi przesłanie Pruszyńskiego. Przesłanie będące przestrogą dla Polaków i dla Rosjan. Polakom autor mówi: bądźcie realistami; bierzcie, co można brać, bo wszystko inne będzie gorsze; przeprowadźcie reformy społeczne, gdyż inaczej zrobią to obcy wbrew wam i na waszą szkodę; wykorzystujcie sytuację bieżącą, bo jutro będziecie żebrać o rzeczy bez porównania bardziej błahe, ale już i na to będzie za późno. Rosjanom natomiast Pruszyński zdaje się komunikować: nie tylko Polska jest skazana na Rosję, ale i Rosja na Polskę. Jeśli nie chcecie mieć w Warszawie ogniska buntu; nie chcecie działać na korzyść Niemiec; nie chcecie stracić autorytetu u tych narodów, które z rosyjską polityką łączą rozliczne nadzieje i plany - to idźcie na rozumną ugodę z Polakami.

VI

Książka Pruszyńskiego okazała się bardzo aktualna. W wyniku konferencji jałtańskiej część "polskiego Londynu" uformowała nowy rząd (zwany rządem oporu) na czele z wybitnym działaczem PPS Tomaszem Arciszewskim; mniejszość, związana z obozem mikołajczykowskim, zdecydowała się na współpracę z PKWN i powrót do kraju. Podejmując próbę uschematyzowania motywów warunkujących poczynania "ugodowej" części "londyńskich" polityków i intelektualistów, poczynić można następującą obserwację: podstawowym elementem ważącym na takich decyzjach było przekonanie, że jest to jedyne sensowne rozwiązanie w sytuacji postjałtańskiej. Przesądzono tam kształt polityczny i terytorialny Polski. Nie Polacy podejmowali jałtańskie postanowienia i nie w ich mocy było te postanowienia odmienić. Pozostawała alternatywa: emigracja lub totalna reorientacja linii politycznej. Racjonalizacje drugiego członu tej alternatywy szły dwiema drogami, z których jedną określić można umownie jako "geopolityczny realizm", a drugą jako "społeczny progresizm".

Pruszyński próbował w swej historiozoficznej wizji Wielopolskiego oba te wątki zespolić. Punktem wyjścia do prezentacji "realizmu geopolitycznego" musi być stosunek do ZSRR. Przekonanie, że Polska znajduje się w radzieckiej strefie wpływów, określało w sposób zasadniczy kształt tej myśli. Karol Popiel, przywódca polskiej chadecji, zanotował w swoim dzienniku pod datą 25 VI 1945: "W przerwach między naradami odbyłem serdeczne rozmowy z prof. Stanisławem Grabskim, który dowodził, że polski wóz państwowy ugrzązł w konstelacji wschodniej co najmniej na 50 lat. Politycy, którzy chcą odegrać aktywną rolę w sprawach bieżących, muszą zejść na ten grząski grunt"[60]. Nie było to u Grabskiego sformułowanie przypadkowe. W tymże roku opublikował broszurę Nil desperandum, gdzie zaakceptował nowy kształt terytorialny Polski. Możliwość ewentualnych korektur granicy wschodniej na korzyść Polski (chodziło o Lwów i naftowe zagłębie borysławskie) widział w porozumieniu z rządem ZSRR, a nie w zaostrzeniu konfliktu. Wychodząc z założenia, że nie deklaracje o "natchnieniu świata", ale realny układ sił decydują o rezultacie wojny, sugerował: "By skutecznie bronić naszych praw, trzeba umieć je łączyć z interesami decydujących w danym układzie sił"[61]. Nawiązując do rosyjskiej koncepcji panslawistycznej, przewidywał dominującą rolę Rosjan wśród narodów słowiańskich, dla Polaków zaś rezerwował drugie miejsce. W tym kontekście obawiał się zresztą rosyjskiej polityki aneksjonistycznej, wszelako wierzył, że "realizm polityczny Sowietów skłoni je do uznania, iż w ich interesie leżą nie hegemonie narzucone przemocą innym narodom, ale zharmonizowana współpraca narodów słowiańskich"[62]. Zarazem widział jasno granicę kompromisu: "Możemy chcieć uzgadniać z Rosją i innymi państwami słowiańskimi naszą politykę zagraniczną, możemy przyznać Rosji w tym uzgadnianiu pierwszy głos, ale nie możemy przyjąć jej dyktanda w zakresie naszych międzynarodowych stosunków, a tym mniej dotyczącego naszych spraw wewnętrznych"[63].

Była to więc - obwarowana zastrzeżeniami - koncepcja kompromisu z Rosją. W liście do Stanisława Kirkora[64] przywoływał Grabski tradycję polityki Lubeckiego: ugoda z Rosją i praca organiczna. Konsekwencją takiego rozumowania był zdecydowanie krytyczny stosunek do jakiegokolwiek szafowania krwią Polaków, do powstania warszawskiego i do zbrojnego podziemia. Z artykułów Grabskiego wynikało, że Polacy winni zwalczyć w sobie predylekcję do czynów zbrojnych, skupić się na odbudowie kraju i rozbudowie mocy produkcyjnych. Postawa taka warunkowana była szczególnym rozumieniem kwestii niemieckiej. Niemcy były wrogiem numer jeden. Klęska militarna tylko na pewien czas osłabiła tego wroga, ale stwarzała przesłanki do unieszkodliwienia go w przyszłości. Instrumentem, który unieszkodliwiał Niemcy, a wzmacniał siłę Polski, była rewizja granicy polsko-niemieckiej. W tym punkcie notabene koncepcje PPR i ZPP spotykały się z tradycyjną orientacją dużej części obozu prawicy społecznej. Dla Grabskiego czy też dla poznańskiej endecji skupionej wokół prof. Zygmunta Wojciechowskiego i Instytutu Zachodniego antygermanizm był drogą porozumienia się z naszą rzeczywistością. Antyniemiecka i prorosyjska tradycja polityki Wielopolskiego, Dmowskiego czy Jana Ludwika Popławskiego wyznaczała horyzont myśli politycznej tych ludzi i pozwalała im uzasadnić porozumienie - choćby czasowe - z PKWN w imię walki o przyłączenie do Polski "kresów zachodnich". Panowała opinia, zanotowana przez Józefa Winiewicza w marcu 1945 roku, że "Polska skomunizowana nie ma żadnych większych szans na uznanie przez Wielką Brytanię szerokiego przybytku terytorium na Zachodzie"[65].

Decyzje konferencji poczdamskiej w tej sprawie miały sens dwojaki: po pierwsze, wpływ Stanisława Mikołajczyka na stanowisko Churchilla i Trumana podczas rokowań poczdamskich pozwolił Stanisławowi Kotowi napisać:

"Gdyby w dniu 21 VI nie dokonało się porozumienie moskiewskie co do utworzenia rządu polskiego, gdyby nie tzw. ryzyko Mikołajczyka, nie mielibyśmy tych szans w Poczdamie, jakie obecnie dały nam wielkie wyniki. [...] Zaufanie do znanego z dawna i wysoko cenionego wicepremiera Mikołajczyka, który polski punkt widzenia wyjaśnił delegacji Stanów Zjednoczonych, [...] przyczyniło się do przekonania prezydenta Trumana. Również rozmowy jego z ministrem Bevinem i ambasadorem Clark Kerrem wpłynęły na stanowisko delegacji brytyjskiej. [...] Niewątpliwie Stalin jest zarówno co do koncepcji, jak i realizacji magnus artifex nowej Polski"[66].

Jest w tej deklaracji zawarta znana koncepcja porozumienia z Rosją, ale jest w niej także próba zdyskontowania stanowiska Stalina w sprawie ziem wschodnich dla uzasadnienia, wobec emigracji, prorosyjskiej polityki obozu Mikołajczyka. Uzasadniono w ten sposób pogląd głoszący, że dla sprawy polskiej decydujące znaczenie ma kraj, w którym są możliwości działania politycznego i dla którego można pracować tylko tam, nad Wisłą. Emigracja jest "martwym biegiem" - powtarzali publicyści mikołajczykowskiego "Jutra Polski".

Ideologia "realizmu geopolitycznego" częściowo tylko mogła być przekonująca dla inteligencji związanej przed wojną - tak czy inaczej - z lewicą społeczną. Proces akceptowania lubelskiej Polski przez komunistyczną inteligencję to temat zasługujący na odrębną pracę. Tu ograniczyć się trzeba do paru stwierdzeń tyleż ogólnych, co słabo udokumentowanych. Tzw. postępowy inteligent miał świadomość, że obserwuje koniec pewnego świata; świata swojej młodości i dojrzałości - jedynego, który nie był mu obcy, którego agonia rozpoczęła się 1 września 1939 roku, a zakończyła się postanowieniami jałtańskimi. Antoni Słonimski w wierszu Toast pisał:

 

Przekręciła się z hukiem scena obrotowa,

Już nową grają sztukę, a oto wśród tłumu

Błąka się aktor, który nie zmienił kostiumu

I z dawnej sztuki stare przypomina słowa.

 

Głuchy, ślepy, nie bacząc, że wszystko się zmienia,

Samotny i w scenicznym potrącany tłumie,

Tragiczne jakieś gesty czyni bez znaczenia

I rzuca słowa, których już nikt nie rozumie.

 

Ja znam obie te sztuki, na pamięć je umiem,

Znam aktorów, kostiumy, światła, dekoracje.

Wiem, o co ci chodziło, ja ciebie rozumiem,

Ale głupio zagrałeś. Oni mają rację.

 

Śmieją się. Słyszysz? Gwiżdżą. Zdejmij z twarzy szminki

Chodź do domu, mój stary, bo już późna pora.

Wypijemy po drodze, zanim zamkną szynki,

Zdrowie wygwizdanego, starego aktora.

 

Wypijemy za zdrowie wszystkich wygwizdanych,

Samotnych, opuszczonych, starości niepewnych,

Przegranych, oszukanych, wszystkich zapomnianych,

Goryczą napojonych braci naszych rzewnych.

 

Świadomość przegranej i braku alternatywy skorelowana była ściśle z niechęcią do "niezłomnej emigracji". Nie dysponując żadnymi realnymi atutami, pozbawieni władzy "niezłomni" - jak nigdy dotąd - ujawniali swój beznadziejny anachronizm i społeczne wstecznictwo. Ich wizja niepodległości była wizją restauracji Polski przedwrześniowej, do której postępowy inteligent nie mógł być nastawiony bezkrytycznie. Piętnując - zwykle przesadnie zresztą - bolączki niepodległej przez dwadzieścia lat Polski, rehabilitował zarazem niektóre przynajmniej elementy tradycji skrajnej lewicy. Akcentował epokę Frontu Ludowego, walk z gettem ławkowym, publicystykę antyfaszystowską pism kryptokomunistycznych.

Taki sens miało opowiadanie Ksawerego Pruszyńskiego Różaniec z granatów, w którym autor próbował w stosunku do republikańskiej Hiszpanii zobaczyć dwie Polski, zrekonstruował w nowych realiach odmienny dylemat Kordiana i chama. Polski robociarz, żołnierz Brygad Międzynarodowych, pozbawiony obywatelstwa polskiego przez sanacyjnych bonzów za demokratyczne przekonania polityczne, a umierający od kuli hitlerowca w walce o niepodległą Polskę, recytuje wiersz rosyjskiego poety Swietłowa Grenada. Dzięki tej scenerii łatwiej przyszło Pruszyńskiemu zapomnieć (czy też nie dowiadywać się?), że nie był to jedyny wiersz tego poety; że Swietłow pisał w tym samym czasie wiersze o tym, jak polscy robotnicy i chłopi marzą, by przybyła Armia Czerwona i uczyniła ich kraj kolejną republiką radziecką.

Postępowy inteligent kroczył we mgle. Z cytowanych uprzednio artykułów politycznych "Nowej Polski" wynika, że nie był bynajmniej zdezorientowany co do istoty sytuacji. Cóż jednak dawać mogło takie poinformowanie, którego efektem miała być emigracja czy rachuba na trzecią wojnę światową? Metoda "brania a la lettre" deklaracji PKWN, rozwijania ich w określony sposób i nadawania im nowych znaczeń miała dwojaki sens: pokazywano londyńskim emigrantom, że oficjalna propaganda ich okłamuje, że PKWN ma inna cele programowe niż te, o których pisał "Orzeł Biały". Komunistom pokazywano, w którą stronę muszą ewoluować, by mogli się stać immanentnym fragmentem tradycji narodowej. Sobie samym - na koniec - udowadniali, że ich wybór był słuszny, że "nie taki diabeł straszny", że są szanse, nadzieja, możliwości. Stosunek postępowego inteligenta do PKWN był ambiwalentny i pociągał go program reform, odpychał ścisły związek z ZSRR i przekreślenie tego kształtu idei suwerenności, który zdominował polską świadomość historyczną w ciągu ostatnich 170 lat. Postępowy inteligent w deklaracjach Lublina dostrzegał wszelako - czy też chciał dostrzegać - wielką szansę dla siebie i sobie podobnych: reforma rolna, nacjonalizacja, rewolucja oświatowa i demokratyzacja kultury prowadzić mogły do sy­tuacji, w której głos intelektualisty nabierał nieznanej dotąd słyszalności; z głosu środowiska marginalnego miał się przeobrazić w rzeczywisty głos narodu. Nieliczni tylko - wśród nich Stefan Kisielewski - zrozumieli wtedy, że słyszalny dla milionów głos intelektualisty przestanie być jego głosem, że poprzez jego usta przemówi kapłan nowomowy.

W złudzeniu tym manifestował się tradycyjny kompleks polskiego inteligenta skazanego na elitarność, wyobcowanego, przeświadczonego o grzeszności swej społecznej kondycji wobec nędzy świata pracy. Nie bez znaczenia była także opisywana uprzednio wiara w ideały postępu spod znaku Wellsa. Postępowy inteligent sądził, że zmiany na lepsze są nieuchronne, że są tylko kwestią czasu. Wiarę w naturalny - przyrodniczy niemal - kierunek postępu ludzkości usiłował ocalić z pożogi ideałów mieszczańskiego humanizmu, wpisując ją nierzadko w specyficznie rozumianą koncepcję materializmu historycznego. Ci, którzy odstępowali od tego zabiegu, dostrzegali klęskę nadziei racjonalistycznych. Stanisław Ossowski pisał w 1943 roku w okupowanej Warszawie:

"To, co widzimy naokoło siebie, wystarcza raczej, aby rozbić doszczętnie wiarę, którą karmiły się przed nami trzy czy cztery pokolenia: wiarę w postęp dokonujący się samorzutnie pod działaniem praw dziejowych. Z wiary tej pozostało nam tylko przeświadczenie o postępie technicznym, którego zawrotne tempo nie może budzić niejasnych wątpliwości; ale ojcowie nasi, którzy wierzyli w postęp moralny, w ciągłe doskonalenie się obyczajów i sumień, dzisiaj wydają się naiwnymi optymistami. Maksymalista, który chce żyć bez złudzeń, ma zatem dzisiaj trudne zadanie. Musi wytrwać na posterunku, nie podniecając się narkotykiem wiary w postęp, nie podniecając się narkotykiem wiary w człowieka"[67].

Inną nieco koleiną biegnie myśl Antoniego Słonimskiego. W eseju Golem, napisanym po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę, Słonimski pisał:

"Pokolenie ludzi wychowanych na Spencerze i teorii ewolucji marzyło kiedyś o tej chwili, gdy ludzkość pokona siły natury, gdy walka z przyrodą stanie się anachronizmem, gdy nauka usunie nędzę, głód, lęk istnienia; uskrzydli człowieka, ustokrotni jego siły, rozszerzy jego pole widzenia. Jakże obraz dzisiejszy daleki jest od marzeń pozytywistów wieku dziewiętnastego, jakże daleki od marzeń mego pokolenia wychowanego na wielkich pisarzach socjalistycznych, na humanitaryzmie naukowym G.H. Wellsa. [...] Nie radujemy się pokojem. Gdy otacza nas gwarny tłum świąteczny na Piccadilly, gdy idziemy w złotym słońcu zachodu po okwieconych drogach Kornwalii, wszędzie towarzyszy nam przybysz nowy, cień nieodłącznej zadumy. Dobre duchy naszej młodości przeobraziły się w groźne demony. Golem, ten olbrzym gliniany, ożywiony tajemną wiedzą rabiniczną, który stworzył ghetto Pragi, rozrósł się i ramionami ze stali sięgnął nieba. Jak w złym śnie szukamy zapomnianego słowa zaklęcia, które odbierze siły temu goniącemu nas potworowi. Gdzież znaleźć to słowo? [...] Nie znajdziemy tych zbawczych słów zaklęcia w przemówieniach zawodowych polityków na konferencjach międzynarodowych, bo przedstawicielami tych państw są urzędnicy dbający o doraźny interes swego rządu lub własną karierę. Nie znajdziemy tych słów zaklęcia w stolicy apostolskiej, która błogosławiła falangi faszystów idące na podbój świata. Szukać tych słów musimy w wypowiedziach poetów, filozofów i uczonych. [...] Nauka wyzwolona z rąk kapitału i nacjonalizmu stanąć musi do służby Zjednoczonych Mas Pracujących Świata. [...] Nie ma już dziś krajów, narodów i klas. Wszyscy jesteśmy równi wobec bogactw tej ziemi i wszyscy zrównani w śmiertelnym niebezpieczeństwie"[68].

Swoje credo na ten temat sformułował poeta w wierszu Słowa.

 

Jak ksiądz, co wiarę stracił, a jeszcze powtarza

Słowa niegdyś mu święte, klęcząc u ołtarza,

I panuje nad wiernych rozmodlonych tłumem

Już nie łaską radosną, lecz smutnym rozumem,

Tak ja te słowa składam, powtarzam nieszczerze,

Święte słowa młodości, w które już nie wierzę.

 

Piszę: wiara, i z świętych ksiąg, praw i kodeksów

Czytam własną świadomość jak sumę refleksów.

Piszę: postęp, i widzę, jak wciąż zmienny płynie

Strumień zdarzeń i w pustce nienazwanej ginie.

I piszę słowo: życie, i widzę, jak fala

Drgań materii nadbiega i jak się oddala.

Piszę: rozum i miłość, i w tle za słowami

Światła szukam, a tylko mrok mam przed oczami.

I na próżno tę ciemność chcę wygnać sprzed powiek,

I nie mam innej broni, jak to słowo: człowiek.

 

Zarówno w tekście Ossowskiego, jak i w wierszu Słonimskiego dostrzec można radykalne odrzucenie wiary w przyrodniczo pojętą ewolucję rozumianą jako postęp. Jednak wiarę tę odnajdujemy w pismach, także na łamach "Nowej Polski". Niektórzy z intelektualistów po latach usiłowali opisać swój ówczesny stan ducha. Jan Kott - wówczas fellow traveller - w 1955 roku napisał, że w noc okupacyjną konieczność historyczną dojrzał w ofensywie Armii Czerwonej (Hegel - przypomnijmy - nazwał Napoleona "rozumem na koniu").

Obserwacja wędrówki idei postępu jest nader pouczająca. Mogła ta idea pełnić - i pełniła - różnorodne funkcje. Dla "niezłomnych", rozumiejących postęp jako powrót do potocznie rozumianej niepodległości, bywała wiarą w przetrwanie na emigracji; dla fellow travellers - metodą afirmacji Nowej Wiary; dla kapłanów Nowej Wiary - mistyfikacją stosowanej przez siebie przemocy. Dla postępowego inteligenta pisującego do "Nowej Polski" i aprobującego linię tego pisma idea postępu była uzasadnieniem własnych wyrzeczeń, kompromisów, nierzadko wciskanego sobie w usta knebla i założonych na oczy różowych okularów. Knebel i różowe okulary niezbędne były tym ludziom dla dojrzenia w rządzonej przez PKWN Polsce realizacji dość małej cząstki własnych ideałów i dla utrwalenia w sobie przekonania, że jutro własnym głosem będzie im dane przyświadczać wartościom dziś poniewieranym w kraju. "Czy można żyć bez mrzonki?" - zapytał po latach Antoni Słonimski.

Odróżniliśmy krąg "Nowej Polski" od fellow travellers. Wymaga to komentarza. Niewątpliwie w opinii "niezłomnych" "Nowa Polska" funkcjonowała jako organ fellow travellers. Tak też scharakteryzowano to pismo w zbiorowym opracowaniu Literatura polska na obczyźnie. Przy całym szacunku dla wysiłku poznawczego autorów tego monumentalnego, dwutomowego dzieła i podziwie dla ich iście benedyktyńskiej pracy, trudno tę opinię przyjąć bezkrytycznie. Wydaje się bowiem, że słuszniej jest zarezerwować miano fellow travellers dla intelektualistów ściślej współpracujących z ośrodkami komunistycznymi. Tytułem przykładu wymieńmy kilka nazwisk: Mieczysław Jastrun, Jan Kott, Adolf Rudnicki, Leon Chwistek, Tadeusz Peiper, Julian Tuwim, Oskar Lange. "Nowej Polski" nie można uznać za organ fellow travellers nie tylko dlatego, że pisywali tam również ludzie dalecy od lewicy społecznej, ale i dlatego, że lewicowość piszących tam lewicowców nie miała zabarwienia kominternowskiego. Byli to raczej duchowi spadkobiercy "czerwonych" z powstania styczniowego czy bojowców z PPS niż salonowi sympatycy radzieckiego eksperymentu; zwolennicy Żeromskiego jako autora Przedwiośnia, a nie jego komunistycznego krytyka Juliana Bruna. Ich sytuacja, emigrantów-intelektualistów, którzy dystansowali się od londyńsko-polskiego establishmentu, była wyjątkowo trudna, rodziła rozdarcia i dramatyczne dylematy. Dylemat Józefa Czapskiego opisał Adolf Rudnicki w opowiadaniu Major Hubert z armii Andersa. Mimo wielu fałszerstw - dziś utrudniających lekturę tego opowiadania - opisał przecież Rudnicki tragedię intelektualisty, którego zasady moralne i polityczne oddzielały od krańców endecko-sanacyjnej emigracji i te zasady nie pozwalały mu na kapitulację i powrót do kraju. Antoni Słonimski opisał własne rozdarcie w wierszu Granica:

 

Granica leży między nami,

Krzywda ją kreśli opłotkami

I tak się Polska nam przedarła:

Po jednej stronie w Salomei

Śnie srebrnym śpiąca czy umarła,

W zieleń księżyca roztopiona,

Cieniem błądząca po alei -

Po drugiej stronie, gdzieś z ugorów,

Jak wilk, co kłami sięga gardła,

Czai się krzywda rozwścieczona,

I w księżycową zieleń dworów

Pochodnie krwawe gniewnie ciska.

Która ci droższa, która bliska?

[...]

To nic, że w żalu i rozterce,

Wciąż dalej będę bez nadziei

Samotnie błądził po alei,

Czekając, aż się świat przejawi.

Granica przeszła przez me serce,

A że rozdarte, więc się krwawi[69].

 

Ten wstrząsający rozziew, atmosfera przegranej, niepewne poszukiwanie nowych dróg odnaleźć można w każdym numerze "Nowej Polski" z okresu 1944-1945. O ostatecznym wyborze drogi postępowania zadecydował głos Kraju. "Nowa Polska" publikuje coraz więcej materiałów nadsyłanych znad Wisły: wiersze, opowiadania, artykuły publicystyczne. Spośród tych materiałów szczególnie doniosły był tekst Marii Dąbrowskiej Rozmowa oniemiałych. Pisarka skonstruowała swoje rozważania w formie dyskusji kilku osób ("rozprawka jest reminiscencją rzeczywistej rozmowy, jaka miała miejsce w gronie przyjaciół po jednym z moich odczytów"). Uczestnicy dyskusji podejmowali najistotniejsze pytania ideowe tego czasu: opozycję między organizacją a spontanicznością, między omnipotencją państwa a inicjatywą oddolną uspołecznionych mas, między totalizmem a demokracją. Rozpisana na głosy konkluzja wywodów brzmi:

Anna: Trzeba wychować całe narody takich ludzi, którzy trafnie rozpoznają, kiedy w wyjątkowych momentach zagarnianie, skupienie i natężenie władzy jest konieczne, ale dla których ani dążenie ciągle i we wszystkim do zagarniania władzy, ani potrzeba ciągle i we wszystkim podlegania władzy - nie będą główną i najbardziej przejmującą sprawą życia. [...] Trzeba do tego zmienić nie tylko nasze poglądy, ale i nasze gusty. Oczywiście łączy się to też z ograniczeniem i przeobrażeniem instynktu posiadania, który jest bliźnim bratem instynktu władzy i z reguły występuje z nim razem. Nie trzeba się bać tego trudnego siewu. [...] Ale żeby dobrze siać, musimy siać nie w odczłowieczone stado ludzkie, ale w uspołecznionego, konkretnego, żywego człowieka. Musimy wrócić do człowieka i nie czyniąc go żadną wartością absolutną, zdjąć z niego w każdym razie tę wielką konfiskatę osobowości, którą tu i ówdzie zarządziły nasze okropne, niepoczytalne czasy. [...] Jednostronność prowadzi do ekstremów, których chyba ma na razie dosyć.

Eugeniusz: To się w najlepszym razie może udać na jakiś czas tylko.

Anna: Choćby na jakiś czas. Warto się potrudzić. Niechby choć nasze najbliższe pokolenie żyło szczęśliwiej i mądrzej. Świat ma już dosyć tego budowania na wyrost, z którego bodaj czy potomność będzie zadowolona[70].

 

"Choćby na jakiś czas", "bez ekstremów" - takie było również credo ideowe "Nowej Polski" A.D. 1946. Opublikowanie utworu Dąbrowskiej w tym właśnie momencie oznaczało określoną opcję ideową pisma: powrót do Kraju i akceptację realiów. Należy tylko wątpić, czy orientowano się w tych realiach; warto się zastanowić, czy nie brano złudzeń za rzeczywistość. Dwie były zasadnicze przesłanki takiej orientacji politycznej: wizja Kraju i wizja Zachodu. Krytykując tradycyjny punkt widzenia Polaków, Marek Żuławski pisał w "Nowej Polsce":

"Zginąć w boju - to brzmi dla polskiego ucha dźwięcznie, to wzbudza dreszcz. Niektórzy rzecznicy szlacheckich tradycji widzą w tym właśnie istotę polskości, naszą odrębność, naszą wielkość. Myślę jednak, że wielkości należy szukać gdzie indziej: w humanitaryzmie, tolerancji, w sprawiedliwości społecznej, w miłosierdziu, umiejętności życia raczej, niż w umiejętności umierania. [...] Musimy wyrobić w sobie jakiś zdrowy instynkt samozachowawczy. [...] Musimy ochronić nasze hasła, skontrolować tkwiące w nas głęboko kłamstwa, które wydają się nam od całych pokoleń prawdą. Musimy zrozumieć, że dobrą politykę prowadzi się głową, a nie sercem, zimną kalkulacją, a nie odruchami temperamentu, choćby najpiękniejszymi. Że wreszcie, skoro już trzeba - krew należy przelewać tam, gdzie się to opłaca. [...] Przestańmy nasze wady uważać za cnoty. Przestańmy uznawać Trylogię Sienkiewicza za Biblię narodową. Przestańmy zachłystywać się romantycznymi słowami, które sprowadzone na realny grunt oznaczają po prostu - łzy, cierpienia, śmierć. Zdobądźmy się na inne słowa, na słowa z innego słownika. Nauczmy się na przyszłość, że słowo "kompromis" nie jest słowem obelżywym. Anglicy mogą nam powiedzieć, że the compromise oznacza rozum polityczny"[71].

 

Wizja kraju wykrwawionego, zniszczonego, bezsilnego dyktowała Żuławskiemu te gorzkie słowa; kraju zdanego na siebie, opuszczonego przez Zachód. Rozczarowanie Zachodem właściwe było całej emigracji. Dla "niezłomnych" oznaczało potężnego kaca moralnego, dla Pruszyńskiego i innych było impulsem do rewizji politycznego myślenia. Najbardziej sugestywnie sformułował to Pruszyński w opowiadaniu Cień Gruzji. Opisany jest w tym utworze los gruzińskich emigrantów, którzy w latach międzywojennych usiłowali kontynuować w Paryżu "niepodległe państwo gruzińskie na wygnaniu". Wizerunek tego "państwa" nakreślony przez Pruszyńskiego jest przerażający: kłótnie, intrygi, kompletne oderwanie od rzeczywistości, jałowość. Pruszyński zdaje się mówić polskim politykom emigracyjnym: oto los, który was czeka. Straszny los. Rząd gruziński w Paryżu wegetował w zapomnieniu, nie interesowały się nim nie tylko gabinety państw europejskich, ale nawet redakcje dzienników i agencji prasowych. Biuletyny informacyjne rządu gruzińskiego wyrzucane były do kosza, spory wewnątrz emigracji budziły śmiech i politowanie. W usta ekspremiera rządu emigracyjnego włożył Ksawery Pruszyński własne przesłanie ideowe; w jego losie zobaczył los własny w czasie przyszłym niedokonanym:

"Gruzja była, Gruzja jest i będzie, a tylko rozwój Gruzji może być lepszy albo gorszy, pełniejszy czy mniej pełny..., a nawet i to jest zależne, skąd i jak my na to patrzymy. Pewno nigdy już nie zobaczę Gruzji i może inni służyli lepiej wiecznej Gruzji niż ja, ale nic nie mogło [...] podważyć mej wiary w Gruzję. Ale ja nie tylko wierzyłem w Gruzję. [...] Ja jeszcze wierzyłem w Zachód. [...] Ten świat zachodni, który zagarniał nas wszystkich prawie w kołysce, nie opuszczał nas przez całe życie. [...] Myśmy w Tyflisie przeżywali aferę Dreyfusa. [...] Ów Tyflis, gdzie były trzy francuskie księgarnie i przychodziły wszystkie francuskie nowości, był jednak wtłoczony w Turcję Abdul Hamida i Rosję Mikołaja II. W jakieś dwie zachodnie despocje może tym bardziej odrażające, że zropiałe już do cna. Z jednej strony rzezie Ormian - z drugiej kiszyniowskie pogromy. I wtedy ten Zachód, gdzie o jednego niewinnie skazanego oficera cała opinia stawała do walki, wydawał mi się czymś - nie, pan nie zrozumie, czym dla mojej generacji był Zachód. Tym bardziej, żeśmy Zachodu nie znali. Nie znali inaczej niż z książek. Wychowałem się na Chacie wuja Toma, dojrzałem pod wpływam Zoli: jakże piękny, szlachetny, wielki był ten Zachód [...] Zawsze dotrzymywał raz danego słowa, [...] walczył o sprawiedliwość, ujmował się za jednostką nawet, miał tyle współczucia dla nieszczęsnych Ormian i wyrzynanych Kurdów, dla mordowanych w pogromach. [...] Zawierzyliśmy Zachodowi. [...] Jakże nie mieliśmy zawierzyć. Mówił nam to tyle razy. Składali tyle zapewnień i obietnic. Ludzie najpoważniejsi, ludzie sterujący losami narodów popierali nas. Wtedy, w chwilach gorących, nie pytali, czyśmy bardzo wielcy demokraci, czy zupełnie nie, czyśmy dobrzy dla naszych Ormian, czy tacy jak Abdul Hamid, czy opieramy się na formalnie przeprowadzonej konstytucji, czy - i kogo - reprezentujemy. O tym nie było mowy. O tym zaczęło się mówić później, kiedy już nie mogliśmy być pomocni, my mali - im wielkim, a byliśmy tylko niewygodni [...]. Wielka wiara mojej generacji. Wiara w Zachód. Wiara, którą wszczepialiśmy, ja i tacy jak ja, w mój naród. Wszczepialiśmy ją wtedy, za dni carskich i... i potem, za rewolucyjnych dni, wtedy, kiedy światy były tam jeszcze jak niewystygła lawa [...]. I wszczepialiśmy tę wiarę także potem, stąd. Z daleka. Z Zachodu. Setki tysięcy ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Zoli, którzy nie znają słów Marsylianki, [...] walczyli, marli i cierpieli w dalekiej Gruzji, za tę wiarę, która przez nas do nich przeciekała. [...] I to właśnie jest straszliwa odpowiedzialność. I kiedy nie mogłem wierzyć dalej, wtedy właśnie... odszedłem. [...] Bo naród jest jednak czymś większym niż jedno pokolenie. Aktywny żywot pszczoły to kilka tygodni niekiedy. Ale żywot roju - to czasami lata i lata. Otóż obawiam się, że moja generacja pszczelna wniesie do gruzińskiego ula ten jeden gorzki miód, że nigdy już więcej na tych tu liczyć nie można. Dla mnie, wychowanego w ich kulcie, będzie to ciężka decyzja, dla młodszych tam - może nie. Ale drugi raz nigdy już nie będzie możliwe, aby ci, co zostali zawiedzeni tak straszliwie, zawierzyli tak pełnie. Pan wzruszy ramionami i powie: co Wielkiemu Zachodowi po biednej, małej Gruzji? A ja jednak panu odpowiem starym przysłowiem francuskim, że nawet najsilniejszy potrzebuje kiedyś kogoś słabszego od siebie. To większa prawda, niż pan przypuszcza. I ta prawda musi mieć zastosowanie właśnie dla niejednej Gruzji. Nas mogą jeszcze kiedyś potrzebować, ale nas wtedy nie będą mieli. Można nas było oszukać, kondotierów się z nas nie zrobi"[72].

Nikt z polskich emigrantów nie chciał być kondotierem. Krach wiary w Zachód ożywił wśród "niezłomnych" tradycję Wielkiej Emigracji, która - opuszczona przez rządy mocarstw europejskich - potrafiła ocalić ideologię niepodległościową. Każdy, kto zdecydował się pozostać na obczyźnie, przywoływał cienie wieszczów, Chopina i Hotelu Lambert. Polemikę z aktualizowaniem mitu Wielkiej Emigracji podjęli na łamach "Nowej Polski" Ksawery Pruszyński i Olgierd Górka. Dla Pruszyńskiego był to spór z sobą samym, z własnym wcieleniem sprzed kilku lat, z własnym artykułem Oni i my pomieszczonym w 1940 roku w "Wiadomościach Polskich". W tym artykule niesłychanie pozytywnie ocenił dorobek emigracji i wzywał do kontynuacji dzieła XIX-wiecznych poprzedników. Pięć lat później podjął próbę autorewizji, pisząc nowy artykuł, który już samym tytułem nawiązywał do tamtego dawnego zapisu myśli. Artykuł nazywał się Oni i wy i nazwa sugerowała całkowite przeobrażenie perspektywy autora - o ile przedtem utożsamiał się Pruszyński z emigracją, o tyle teraz stawiał się poza jej nawiasem. Choć dużo bardziej sceptyczny wobec zasług polistopadowych emigrantów przyznawał im przecież, że sporo zrobili dla popularyzacji "sprawy polskiej" na Zachodzie. Dzięki czemu było to możliwe? "Oto tamta emigracja - odpowiada Pruszyński - szła z wielkimi prądami Zachodu. Bo Polska i emigracja były wtedy zachodnimi nie tylko ze względu na swe stare kulturalne podłoże: były nimi ze względu na cele walki. [...] Jeśli ówczesny Francuz, Belg czy Anglik szukał w swej własnej gazecie wyjaśnienia, o co biją się Polacy, to znajdywał, że walczą o to, by władza stanowiła kontynuację, żeby nie było cenzury, aby była wolność prasy, aby była wolność słowa. Wiedział, że poza walką o niepodległość, poza walką o mało go obchodzący Mińsk czy Berdyczów jest jeszcze walka o wszystko, co już zwyciężało na Zachodzie [...], że przeciwko powstaniu polskiemu mobilizują się siły europejskiej reakcji, [...] że przeciw sobie ma Polska to wszystko, co w Europie jest przeciwko wolności. W ten sposób sprawa polska była dla ludzi wolności w Europie częścią ich własnej sprawy, przedłużeniem ich własnych walk". I Pruszyński dobitnie precyzuje różnicę między tamtą starą emigracją a dzisiejszą:

"Tamta emigracja nie miała antysemitów, nie miała zwolenników mocnej ręki, nie szła w świat z gadaniem, że demokracja jest skończona albo zgniła, albo że zeszła na psy, nie mówiła nawet, że wszystko co było, było dobre, ani że wszystko co polskie, było najlepsze. Tamta emigracja miała pisarzy ostrych i walczących: ale przecież nie słychać o nagonkach organizowanych na Mochnackiego czy Zaleskiego, nie słychać o cenzurze. Powstanie listopadowe wybuchło między innymi także o wolność słowa i druku, a ci, co znaleźli się wtedy na emigracji, nie poświęcili tyle, ile my, czasu, aby pisarzy poddać kontroli. Tak, tak. W tamtej emigracji hrabia Worcell szedł w rzesze robotnicze - w tej możemy oglądać eksrobotniczych leaderów na pobieguszkach junty. W tamtej emigracji młodzi ludzie z Polski mówili tym samym ideowym językiem, jakim mówili młodzi ludzie Francji i Anglii, ludzie postępu; w naszej jakże często u naszych młodzieńców odnajdywano te same myśli, jakie nurtowały świat Corneliu Codreanu i José Antonio Primo de Rivery i belgijskiego pana Degrelle'a - i może wielu, wielu innych. [...] Wszystko to było tylko na lep naszym wrogom, wszystko to im tylko pomogło, każdy z owych narodowców, antysemitów, krytyków demokracji, zwolenników silnej ręki, wielbicieli zamordyzmu, przeciwników wolności słowa był tylko nieświadomym może, ale na pewno walnym szkodnikiem sprawy polskiej. Sprawy, która po to, aby zwyciężyć, i właśnie wtedy, gdy ponosi klęski, musi mieć, jak miała przed wiekiem, szerokie sympatie Zachodu"[73].

Nawet biorąc poprawkę na pamfletowy styl rozważań Pruszyńskiego, nie sposób oprzeć się przekonaniu, że przekroczone tu zostały granice swady polemicznej. Autor Karabeli z Meschedu świetnie wiedział, że Léon Degrelle był politycznym kuzynem niewielkiego tylko odłamu emigracji, że redagowana przez Doboszyńskiego i Przetakiewicza "Walka" nie wyrażała opinii całości uchodźstwa. Wiedział, że gdyby się uważnie przyjrzeć "cenzurze emigracyjnej", to dostrzec można bez trudu, iż ograniczenia dotyczyły bądź skrajnej prawicy (likwidacja "Jestem Polakiem"), bądź innych przeciwników polityki Sikorskiego (konflikty wokół "Wiadomości Polskich") i nie wywoływały jego protestów. Wreszcie Pruszyński świetnie wiedział, jak droga emigrantom była wolność słowa i druku.

Tajemnicę zapiekłej tendencyjności publicysty wyjawia ostatnie z cytowanych zdań. Wbrew deklaracjom gruzińskiego ekspremiera Pruszyński był nadal "chory na Zachód" i z tej perspektywy nie dziwi bynajmniej jego troska o sympatie europejskich stolic dla sprawy polskiej. Ale, sam "chory na Zachód", obrzydzając rodakom "emigracyjne rozwiązanie", obrzydzał je też sobie; i sobie perswadował, i siebie utwierdzał w decyzji. Podobnie wyglądał tok rozumowania Olgierda Górki w artykule Psychoza Wielkiej Emigracji. Jak przystało na ucznia Michała Bobrzyńskiego i Waleriana Kalinki, Górka zbilansował dorobek Wielkiej Emigracji zdecydowanie ujemnie. Analogicznie do Pruszyńskiego za jedyną jej zasługę poczytywał zdobycie dla sprawy polskiej sympatii europejskiej opinii publicznej i - również analogicznie - negatywnie ocenił rolę emigracji powrześniowej w tej materii. Górka negował istnienie analogii pomiędzy Wielką Emigracją a emigracją współczesną, natomiast dostrzegał podobieństwo tej ostatniej do emigracji rosyjskiej, ukraińskiej czy gruzińskiej[74]. W konkluzji swych wywodów postawił sprawę na ostrzu noża:

"Zagadnienie: kraj czy emigracja, służba tam pod groźbą zsyłki czy walka tutaj pod względnym niebezpieczeństwem braku pieniędzy to dzisiaj już nie jest tylko problemem politycznym czy narodowym, ale zagadnieniem życiowym każdego poszczególnego Polaka. [...] Jest to zresztą zagadnienie tak dla każdego poszczególnego człowieka skomplikowane, tak bezlitośnie zakute w okowy przymusu emigracji przy chęci powrotu, a możliwości powrotu przy chęci pozostania w tych wolnych i cywilizowanych warunkach krajów anglosaskich, że naprawdę zuchwalstwem byłoby porywanie się na dawanie jakichś szczegółowych wskazań. Pozostaje jednak pewna ogólna norma patriotyczno-polityczna, która winna obowiązywać myśli i serca tych, którzy przed tym problemem stają, a więc w tym wypadku przed całą obecną naszą emigracją. Są dwie drogi, dwie możliwości rozbieżne przed całym Narodem i przed każdym poszczególnym Polakiem dnia dzisiejszego. Jest to zagadnienie z jednej strony heroizmu własnego i heroizmu całego narodu obok zagadnienia oportunizmu narodowego i indywidualnego z drugiej strony. Wątpię, czy ktoś z pełnym poczuciem prawa ku temu i słuszności na przyszłość będzie mógł wskazywać Narodowi Polskiemu drogę nieprzejednanego heroizmu, skoro to jest naród, który stracił miliony dusz. [...] Dlatego wydaje mi się jedynie słusznym, by wskazywać temu narodowi, który przeszedł takie piekło i który dzisiaj przez taką próbę przechodzi, nie drogę hipertrofii heroizmu, ale realistyczną linię dostosowania swego życia do tego tak ciężkiego układu rzeczywistości. [...] Wręcz odwrotnie jednak ujmuję to zagadnienie indywidualnie, czyli dla poszczególnych ludzi, a zwłaszcza naszych emigrantów. Jeśli narodowi należy wskazywać drogę realizmu, to Polak emigracyjny powinien sobie jako jednostce [...] postawić postulat heroizmu i ofiarnej służby dla sprawy narodowej, ofiarnej z siebie osobiście, a nie z Narodu. Ujmijmy zagadnienia obecnej naszej emigracji w pewne równanie, czy jak kto woli slogan: realizm i oportunizm jako wskazanie drogi dla umęczonej masy narodowej, a heroizm dla siebie jako jednostki. Patriotyzmem bowiem nie jest nacjonalizm ani śluby jasnogórskie "O Polsce dla Polaków", ani stwierdzenie, że mi się to i owo, jako Polakowi, właśnie należy, ale wręcz odwrotnie, patriotyzm to świadczenie na rzecz państwa i narodu, świadczenie, które w takich chwilach i w takich sytuacjach musi być ofiarnością nie tylko życia, o co łatwiej, ale żywota, co o wiele trudniej"[75].

 

Podobną myśl w artykule Potrzeba decyzji sformułował Stanisław Grabski: "Kto jednak mimo wszystko boi się, że Polskę czeka tylko niedola, niech rozstrzygnie w swym sumieniu pytanie, czy lepiej dzielić choćby tylko niedolę ze swym narodem, czy też biadać nad nią na emigracyjnym zaciszu"[76]. Poza tymi ostrymi sformułowaniami w artykułach Pruszyńskiego, Grabskiego i Górki kryła się sprawa powrotu do kraju wielu tysięcy żołnierzy polskich przebywających na obczyźnie. Na zwolenników powrotu żołnierzy do Polski posypały się oskarżenia. Na próżno tłumaczył Stanisław Mikołajczyk, replikując "niezłomnemu" Pragierowi na posiedzeniu Rady Narodowej:

"Na emigracji są tacy, co będą mieli możność urządzenia się, ale masy wojska będą chciały wrócić do domu. Ja nie wiem, może być, że dziś podjudzeni agitacją żołnierze będą do mnie strzelali, ale możliwe jest, że będą strzelali do swoich dowódców. Łatwo jest szermować argumentami, że chcą wojsko polskie przyprowadzić Osóbce-Morawskiemu, ale przecie idzie o przyprowadzenie go Polsce, krajowi, domowi [...]. W tej wojnie Rosja jest zwycięska i z tym faktem nie tylko my, Polacy, musimy się liczyć, ale liczą się z tym także rządy angielski i amerykański. Jeżeli ktoś nazywa to kapitulacją, to jednak trzeba brać pod uwagę, że z Rosją sowiecką, jako narodem, wypada nam współżyć i współpracować"[77].

Nawet wśród "niezłomnych" nie była to sprawa jednoznaczna. Jeśli Cat-Mackiewicz pisał, że "Mikołajczyk sprzedaje Polskę", i agitował za pozostaniem na emigracji, to Zygmunt Nowakowski i Zygmunt Zaremba dalecy byli od takich uogólnień. Uważali oni rozumnie, że tylko aktywna mniejszość ma sens na emigracji. Wątek ten - znów w kostiumie historycznym - podjął Pruszyński w artykule Z bronią i sztandarami[78]. Analizując powrót wojska polskiego do kraju w 1814 roku po klęsce Napoleona dowodził, że nigdy żaden historyk nie ocenił tej decyzji jako błędnej czy szkodliwej. Różne były koleje losu tych, co powrócili, natomiast ci, co wybrali obczyznę, skazali się na ekspatriację i byli dla "sprawy polskiej" straceni.

Realizując taką właśnie - ilustrowaną wyżej cytatami z artykułów Słonimskiego, Pruszyńskiego i Górki - linię polityczną, "Nowa Polska" znalazła się w konflikcie z rządem RP w Londynie, na którego czele stanął - po dymisji Mikołajczyka - Arciszewski. Nowy gabinet usztywnił politykę. Ministrem informacji został "niezłomny" Adam Pragier, który w pamiętniku Czas przeszły dokonany opisał konflikt wokół "Nowej Polski" i cofnięcie subwencji rządowej dla pisma. Po tym przerwaniu oficjalnego związku z "emigracją instytucjonalną" "Nowa Polska" zmieniła charakter - zniknęły artykuły będące politycznymi deklaracjami, w piśmie zaczynają publikować autorzy krajowi (Paweł Hertz, Jarosław Iwaszkiewicz, Czesław Miłosz, Mieczysław Jastrun, Stanisław Ossowski, Jan Parandowski). W ten sposób pismo stało się terenem spotkania pisarzy krajowych i emigracyjnych. Ostatnich kilkanaście numerów, z których ostatni nosi datę grudzień 1946, ma już charakter wyłącznie literacki. Była to konsekwencja włączenia się w krajową rzeczywistość.

VII

W tekście Jana Kowalika na temat emigracyjnego czasopiśmiennictwa znajdujemy uwagę, że z perspektywy przyszłości myśl programowo-polityczna "Nowej Polski" okazała się "bolesnym nieporozumieniem"[79]. Należałoby zapytać przeto, które z prognoz czy koncepcji programowych sformułowanych w tamtych latach nie okazały się bolesnym nieporozumieniem. Obawiać się należy, że ze wskazaniem takich byłyby kłopoty. Przegrały wszystkie koncepcje i orientacje polityczne, których składnikiem była idea kontynuowania II Rzeczypospolitej. Jedynym partnerem, z którym włodarze ZSRR chcieli rozmawiać, byli polscy komuniści. Roosevelt i Churchill zaakceptowali w Jałcie ten stan rzeczy.

Historia dopisała epilog do emigracyjnych sporów, których ewentualne aktualizowanie pozostawić należy czytelnikowi. Chciałoby się jednak, choćby pokrótce, podjąć polemikę z tymi historycznymi ustaleniami, które stanowią kontekst dla poglądów takich publicystów jak Ksawery Pruszyński czy Olgierd Górka. O Margrabim Wielopolskim Pruszyńskiego i esejach Górki pisałem obszernie wyżej. Tu wypada dodać, że analogiczne poglądy odnaleźć można m.in. w książce Aleksandra Bocheńskiego Dzieje głupoty w Polsce i w tużpowojennej publicystyce Stefana Kisielewskiego. Bocheński i Kisielewski spędzili okupację w kraju, dysponowali inną sumą doświadczeń, nie byli uwikłani w spory emigracyjne. A mimo to Bocheński pisał m.in.:

"Naród nasz, ogłupiany konsekwentnie, z jednej strony - apologią ruchów powstańczych i potępieniem myśli politycznej przez piłsudczyków, z drugiej - gołosłowną tezą o wyłączności "winy" masonów i Żydów przez dmowszczyków - po dwudziestu latach tego makabrycznego kontredansa runął podczas drugiej wojny światowej w przepaść nowych spisków, mesjanizmu. [...] To, co Polsce przez 200 lat groziło i co ją zabijało, to nie nadmiar oportunizmu, ale jego niedostatek. Polską polityką kierowali przywódcy, których warunkował honor, a nie rozum. Przywódcom nie wolno żywić takich uczuć, a jeśli je żywią, jeśli uczucia te są w nich mocniejsze od rozumu, winni złożyć przodujące stanowisko na tak długo, póki nie będą znowu w stanie obiektywnie i chłodno obejrzeć sytuacji. Naród bowiem, prowadzony uczuciem niekontrolowanym rozsądkiem, może łatwo popaść w najgorsze klęski"[80].

Przed polską polityką stały dwie pary dylematów: nie poniżać Rosji lub zwalczać Rosję; przejść pod jarzmo Rosji lub rzucić się do samobójczej walki. Polacy wybierali zawsze - nierozumnie - ostatnie rozwiązanie. Zdaniem Bocheńskiego warunkiem koniecznym uniknięcia kolejnej katastrofy jest opracowanie takiej strategii politycznej, która romantyczny gest zastąpi realistyczną kalkulacją i pozwoli na porozumienie z silniejszym. Prowadząc tę myśl do skrajnych konsekwencji, posunął się autor Dziejów głupoty w Polsce do postulatu rehabilitacji Szczęsnego Potockiego[81].

Stefan Kisielewski z kolei nawiązywał do usiłowań wielkich polskich patriotów realistów - takich jak Świętochowski, Szczepanowski, Koźmian, Bobrzyński - i zatytułował swój artykuł: O ideologię polityczną nowoczesnego Polaka. Postulując połączenie romantyzmu Traugutta z realizmem Wielopolskiego, stawiał Kisielewski za wzór "na dziś" cnoty Wielopolskiego: umiarkowanie, cierpliwość, rozsądek, ostrożność[82].

Zarówno Pruszyński, Bocheński, jak i Kisielewski pisywali przed wojną w "Buncie Młodych". Czy to przypadek, że ten geopolityczno-realistyczny historycyzm znalazł wyraz najbardziej konsekwentny właśnie u nich? Podobne myśli można sporadycznie odnaleźć także u innych publicystów tamtego czasu, nie tylko w "Tygodniku Powszechnym", "Tygodniku Warszawskim" czy "Gazecie Ludowej", ale i u Juliana Hochfelda, który książkowy zbiór swoich artykułów opatrzył podtytułem Ze stanowiska socjalistycznego realizmu[83]. Najistotniejszym elementem tego nurtu publicystycznego - przy wszystkich jego wewnętrznych zróżnicowaniach - zdaje się świadomość olbrzymiej doniosłości tradycji w życiu narodu. Albowiem właśnie tradycja historyczna pozwala ocalić rdzeń moralny narodu, uzasadnić kompromis, który na pierwszy rzut oka wydaje się apostazją. Ugoda - mówili przywołani autorzy - jest świadectwem rozumu, gdyż pozwala przechować idee dziś nierealizowane do czasu lepszej koniunktury; analogiczna praktyka, pozbawiona takiego uzasadnienia, jest kolaboracją prowadzącą do duchowego wynarodowienia. Lubecki, Wielopolski czy Dmowski dają niejako zza grobu przyzwolenie na swoją obecność w nowej scenerii historycznej, co więcej, zdają się tę obecność przekazywać, mówiąc, że "nieobecni nie mają racji". "Nieobecni" to - wewnętrzni i zewnętrzni - emigranci. Otóż, analizując zaplecze historyczne tych poglądów, trudno oprzeć się wrażeniu, że wizerunek "sprawy polskiej" w XIX wieku przedstawiony został nader jednostronnie. Trudno, rzecz prosta, negować, że Kraj był najważniejszy, bo w Kraju kształtował się naród, trudno też negować, że kondotierzy nie służyli sprawie niepodległości Polski; nie sposób też przeczyć, że konsekwencją wygnańczego losu masy żołnierskiej była jej ekspatriacja. Nie zapominamy też o wielkich zasługach, jakie położyli dla Kraju polscy "organicznicy", budując fabryki, unowocześniając rolnictwo, "niosąc oświaty kaganiec". Trzeba wszelako wiedzieć, że w tym samym czasie ucisk zaborców zagrażał rozwojowi kultury narodowej i wyjaławiał myśl polską z tego, co najcenniejsze: z refleksji nad zasadniczymi problemami narodu. W takiej sytuacji emigracja stała się niezbędnym fragmentem walki o "sprawę polską". Oczywiście, nie emigracja kontynuująca "państwo na wygnaniu", bo ta prowadzić musi zawsze do groteski, lecz emigracja myśląca bez wewnętrznej cenzury i publikująca bez cenzury prewencyjnej; słowem - emigracja nie ministrów, lecz intelektualistów.

Powyższy pogląd nie jest bynajmniej wyrazem romantyzmu politycznego, ale wynika właśnie z realistycznego oglądu rzeczy. Zważmy: skoro Kraj jest w niewoli, a naród pozbawiony jest państwowości i skazany na "pracę organiczną", "organicznicy" zaś, chcąc pracować, zmuszeni są do zawierania kompromisów, to właśnie w takiej sytuacji społeczeństwo potrzebuje myśli wolnej i niepodległej, która nie pozwoli mu duchowo zwyrodnieć - prawdę nazwie prawdą, fałsz fałszem, kompromis kompromisem, a apostazję apostazją. Naród pozbawiony całkowicie możności mówienia pełnym głosem karleje i duchowo umiera. Dzięki emigracji właśnie Polacy ocalili swą duchowość kulturową; dzięki emigracji Polska była krajem, który - według określenia Pruszyńskiego - "można pokonać fizycznie, ujarzmić koniem kozackim i czołgiem stalowym, ale nad którym nie można zapanować moralnie, psychicznie, myślowo, który w swej głębi pozostanie sobą, odetnie się wewnętrznie od najeźdźcy i będzie myślami swymi ciążył ku owym dalekim krajom na Zachodzie, gdzie garść emigrantów przegranych politycznie [...] potrafi przecież zachować sobie rząd umysłów"[84].

Działo się tak dlatego, że dla Polaków Polska - jak mówił największy z polskich emigrantów - "nie kończyła się nad Wisłą". Świadczy o tym zresztą również dorobek kulturalny emigracji wojennej, na który w wielkiej mierze składa się sześć opasłych roczników "Nowej Polski". W tych tomach znaleźć można nie tylko zapis dylematów polskiej polityki (bezcenne źródło dla historyka), ale i znakomite utwory literackie, częściowo tylko pomieszczone w powojennej antologii[85]. O ileż uboższa byłaby polska kultura, gdyby pozbawić ją prac powstałych na emigracji: wierszy Słonimskiego, Lechonia, Łobodowskiego, Wierzyńskiego, Tuwima czy Balińskiego; prozy Haupta, Parnickiego, Themersona, Janty-Połczyńskiego, Naglerowej, Zahorskiej; malarstwa Topolskiego i Czapskiego, eseistyki Stempowskiego i Estreichera; publicystyki Zygmunta Nowakowskiego, Górki, Pruszyńskiego czy Pragiera. Wreszcie: o ile trudniej byłoby żyć Polakom w kraju, gdyby w okupacyjną noc nie mogli słuchać audycji radiowych w języku polskim nadawanych z Londynu.

Spośród pism emigracyjnych czasu wojny "Nowa Polska" wyróżnia się nie tylko bardzo wysokim poziomem, starannym doborem tekstów i doskonałą stroną graficzną. Wyróżnia się tym również, że na jej łamach podjęto próbę zespolenia tradycji romantycznej z geopolitycznym realizmem, "czucia i wiary" ze "szkiełkiem i okiem"; tego, co narodowe, z tym, co uniwersalne. Był to patriotyzm bez nacjonalizmu, kompromis bez serwilizmu, radykalizm społeczny bez doktrynerskiego fanatyzmu, była tolerancja i pluralizm postaw. Jakkolwiek by oceniać konkretne diagnozy polityczne stawiane przez redaktorów "Nowej Polski", to krąg wartości na jej łamach postulowanych nie stracił i nie straci na aktualności.

 

[...]

Przypisy
[1] ?Tekst pisany był w 1975 roku, a więc w epoce dzisiaj już prehistorycznej. Choć niecenzurowany (publikowany był tylko fragment), widać w nim jednak wyraźne ślady cenzury. Zdecydowałem ich nie usuwać, dzięki czemu widać - być może - w tym tekście również fragmenty pewnej drogi myślowej i ewolucji ideowej [przyp. - A.M.].
[2] ?Cyt. za: A. Kowalczykowa, Słonimski, Warszawa 1973, s. 39.
[3] ?A. Pragier, Wina i odpowiedzialność, "Robotnik" 1940, nr 1, cyt. za: Lidia Ciołkoszowa, Publicystyka [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960, red. T. Terlecki, t. II, Londyn 1965.
[4] ?Wniosek taki sugeruje pamflet Stanisława Cata-Mackiewicza Lata nadziei (17 września 1939 - 5 lipca 1945), Londyn 1946, oraz dziennik Tadeusza Katelbacha opublikowany pod tytułem Rok złych wróżb (1943), Paryż 1959.
[5] ?"Jestem Polakiem" 1940, nr 1.
[6] ?Ibidem.
[7] Ibidem.
[8] Trudno jest mi pisać o tych faktach z uwagi na późniejszy los Doboszyńskiego, który został po latach oskarżony fałszywie o szpiegostwo na rzecz Niemiec hitlerowskich i skazany na najwyższy wymiar kary; wyrok wykonano. Czytelnik stenogramu procesu sądowego widzi, jak z absurdalnością oskarżeń kontrastuje piękna i godna postawa oskarżonego.
[9] Na uwagę i namysł zasługuje fakt, że w tym samym czasie ukazała się w okupowanej Warszawie książka Stanisława Brochwicza Bohaterowie czy zdrajcy? Wspomnienia więźnia politycznego, w której czytamy: "Moje artykuły w prasie polskiej wywołały duży rezonans. Kilku żydowskich publicystów spod znaku "Wiadomości Literackich" na czele ze Słonimskim, najohydniejszym Żydem, jaki kiedykolwiek zohydzał polską kulturę, skwapliwie zajęło się moją osobą". Brochwicz - kolaborant, który przed wojną łączył publicystykę w ONR-owskich pismach ze szpiegostwem na rzecz Niemiec, został wyrokiem podziemia skazany na karę śmierci. Taką samą karę poniósł inny obrońca narodu polskiego przed Słonimskim - Zygmunt Ipohorski.
[10] Według opinii Stefanii Zahorskiej na łamach "Wiadomości Polskich" "zarzucano rządowi zbytnią potulność wobec przyjacielskich nacisków angielskich". Zob. S. Zahorska, O "Wiadomościach Polskich" [w:] XXX-lecie "Wiadomości", red. T. Terlecki, "Wiadomości", Londyn 1957.
[11] "Nowa Polska" 1942, nr 1, s. 21.
[12] Ibidem, s. 30.
[13] Ibidem, s. 54-58.
[14] "Nowa Polska" 1943, nr 6, s. 474.
[15] "Nowa Polska" 1943, nr 5, s. 393.
[16] Ibidem, s. 396-397.
[17] "Nowa Polska" 1942, nr 3, s. 318.
[18] Stwierdzenie to trafnie - jak się zdaje - ilustruje stosunek Antoniego Słonimskiego do religii. Na łamach "Nowej Polski" publikowali chrześcijanie, również biskupi. Słonimski nie był antyreligijny (o co go oskarżano), był areligijny - nie był wojującym ateistą, lecz wojującym humanistą. Zawsze uważał chrześcijaństwo za doniosły składnik kultury europejskiej i nigdy nie stawiał znaku równości między religią chrześcijańską a ciemnogrodem.
[19] "Nowa Polska" 1942, nr 7, s. 537-542.
[20] Sprawa ta miała swoją historię: w "Kwartalniku Historycznym" 1968, nr 1 Antoni Czubiński w artykule Ruch socjalistyczny w Europie wobec odbudowy państwa polskiego przypomina spory polskich socjalistów z zachodnioeuropejskimi, którzy jednocześnie negatywnie oceniali politykę młodej państwowości polskiej, widząc w niej wyłącznie imperialistyczne tendencje. Zdaniem Czubińskiego - i naszym - "oceny te były [...] niesprawiedliwe".
[21] G. Gazda, Próba bilansu, "Nowa Polska" 1942, nr 4-5, s. 429.
[22] "Nowa Polska" 1943, nr 4, s. 306.
[23] W. Anders, Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946, Londyn 1959, s. 73.
[24] Zob. Z. Ziątek, Ksawery Pruszyński, Warszawa 1972, s. 118-123.
[25] K. Pruszyński, Wobec Rosji, cyt. za: K. Pruszyński, Wybór pism publicystycznych, t. II, Kraków 1966, s. 310.
[26] Ibidem, s. 307-308.
[27] Ibidem, s. 309.
[28] Ibidem, s. 308.
[29] Ibidem, s. 309-310.
[30] "Nowa Polska" 1943, nr 4, s. 505.
[31] "Nowa Polska" 1942, nr 48.
[32] Ibidem.
[33] K. Pruszyński, Wybór pism publicystycznych, t. II, Kraków 1966, s. 303.
[34] Ibidem, s. 314-315.
[35] Ibidem, s. 313.
[36] Ibidem, s. 311-312.
[37] Ibidem, s. 320.
[38] Cyt. za: L. Ciołkoszowa, Publicystyka, op. cit., s. 782-783.
[39] Ibidem, s. 18.
[40] Jest to oczywiście spekulacja post factum. W ówczesnej sytuacji żaden rząd Polski nie mógł przystać na korektury graniczne, których dokonano w Jałcie. Byłoby to psychologicznie niepojęte i na tym może polegała tragiczna kwadratura koła polskiej polityki.
[41] K. Pruszyński, Wybór pism..., t. II, op. cit., s. 585.
[42] "Nowa Polska" 1945, nr 7, s. 4.
[43] Ibidem, s. 2.
[44] Ibidem, s. 4.
[45] Ibidem, s. 5.
[46] Ibidem.
[47] Ibidem.
[48] Ibidem.
[49] A. Romer, Dwie orientacje, "Jutro Polski" z 24 XI 1945, cyt. za: S. Dąbrowski, Koncepcje powojennych granic Polski w programach i działalności polskiego ruchu ludowego w latach 1939-1945, Wrocław 1971, s. 37.
[50] "Nowa Polska" 1944, nr 1, s. 8.
[51] Rozwijając tę myśl, pisał Antoni Słonimski w wierszu Modlitwa o słowo: "Zmiłuj się, Panie, nad nami,/ Nie karz surowo./ Uskrzydlij nas, podnieś słowami,/ Przywróć nam słowo.// Jedna niech będzie miara,/ Jak sylab jednaki rząd./ Niech wiara znaczy znów - wiara,/ A błąd niech oznacza błąd".
[52] "Nowa Polska" 1944, nr 8, s. 484.
[53] Ibidem, s. 485.
[54] Ibidem.
[55] "Nowa Polska" 1945, nr 1, s. 2.
[56] Ibidem.
[57] K. Pruszyński, Margrabia Wielopolski, Warszawa 1946, s. 8.
[58] Ibidem, s. 88-89.
[59] Ibidem.
[60] K.M. Popiel, Od Brześcia do "Polonii", Londyn 1967, s. 54.
[61] Cyt. za: L. Ciołkoszowa, Publicystyka, op. cit., s. 203.
[62] Ibidem, s. 208.
[63] Ibidem, s. 203.
[64] S. Kirkor, Listy Stanisława Grabskiego (1941-1949), "Zeszyty Historyczne" 1971, nr 19.
[65] Cyt. za: S. Dąbrowski, Koncepcje powojennych granic Polski w programach i działalności polskiego ruchu ludowego w latach 1939-1945, op. cit., s. 74.
[66] Ibidem, s. 71-72.
[67] S. Ossowski, Z zagadnień psychologii społecznej, Warszawa 1967.
[68] "Nowa Polska" 1945, nr 3, s. 130-132.
[69] "Nowa Polska" 1943, nr 1, s. 15.
[70] "Nowa Polska" 1945, nr 1, s. 6-7.
[71] Ibidem, s. 60-61.
[72] "Nowa Polska" 1945, nr 2, s. 119-128.
[73] "Nowa Polska" 1945, nr 6, s. 158.
[74] Jak żywo funkcjonowała legenda przegranej emigracji rosyjskiej, świadczy m.in. wiersz Zbigniewa Herberta Przypowieść o emigrantach rosyjskich. W odczuciu poety legenda ta była instrumentem perswazji, czyli zastraszania.
[75] "Nowa Polska" 1945, nr 6, s. 393-396.
[76] "Nowa Polska" 1945, nr 8, cyt. za: L. Ciołkoszowa, Publicystyka, op. cit., s. 208.
[77] Cyt. za: A. Pragier, Czas przeszły dokonany, B. Świderski, Londyn 1966, s. 755.
[78] "Nowa Polska" 1945, nr 10.
[79] J. Kowalik, Czasopiśmiennictwo [w:] Literatura polska na obczyźnie 1940-1960, Londyn 1964, s. 521.
[80] A. Bocheński, Dzieje głupoty w Polsce, Warszawa 1947, s. 121, 161, 265.
[81] Ibidem, s. 74.
[82] S. Kisielewski, Polityka i sztuka, Warszawa 1949, s. 13, 17, 44.
[83] J. Hochfeld, My socjaliści (ze stanowiska socjalistycznego realizmu), Warszawa 1946.
[84] K. Pruszyński, Oni i wy, "Nowa Polska" 1945, nr 6, s. 556.
[85] ?Literatura na emigracji. Antologia "Nowej Polski", red. A. Słonimski, Łódź 1946.