1
Mężczyzna szedł coraz wolniej. Opuszczały go siły.
Ciężko stawiał kolejne kroki, a omijając krzewy rozrośniętych jałowców, potykał się o nierówności wrzosowiska. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie, a rozgrzana ziemia promieniowała bezlitosnym żarem. Całe połacie roślin były wysuszone i spopielałe.
Każde stąpnięcie wzbijało tuman drobnego pyłu, który z wolna osiadał na spłowiałych włosach, poszarzałym ubraniu, który gryzł mężczyznę w oczy, a w zbolałym i wyschniętym gardle wzbudzał kaszel. Wstrząsany spazmem mocniejszym niż inne, mężczyzna przystawał, pochylał się i do spierzchniętych ust bezwiednie przykładał dłonie. Gdy kaszel ustawał, powoli i w zapamiętaniu ruszał dalej. Okolica stopniowo się zmieniała. Dotarł do wydm.
Poprzez słoneczny żar wysycony zapachem soli i zwały drobin piasku osypujących się ze stromizn, poprzez kępy ostrych, nadmorskich traw brnął ku monotonnemu szumowi spokojnego teraz morza.
Przystanął koło zbielałego, samotnego i martwego drzewa bez kory, którego pochyły pień i gałęzie poskręcane były boleśnie przez porywy dawno ucichłych sztormów.
Długo łapał oddech. Zmęczony, ciężko osunął się na kolana.
Rękawem przetarł spoconą twarz, zakurzoną i ściągniętą cierpieniem. Zmrużył oczy, wolno uniósł głowę i uważnie się rozejrzał. Dotarł do miejsca, skąd nie ma już drogi.
2
Łukasza obudziło szczekanie psów.
Głośne, narastające, rozlegające się w coraz innych miejscach wsi. Denerwowało.
Nie otwierając oczu, ziewnął i leniwie potarł dłońmi twarz.
– Cicho, gamonie... – chciał powiedzieć, ale słowa uwięzły mu, wysuszonym gardle.
Mdliło go trochę po wczorajszej imprezie, a w skroniach boleśnie pulsowało. Tego w Purim nie lubił: świadomości, że nazajutrz jest poranek i że żołądek da o sobie znać, a potem zacznie funkcjonować własnym życiem. Wyszedł na taras.
Słoneczny świt. Bielone słupy okazałej, kamiennej altany od wschodu wciąż jeszcze się złociły i pomarańczowiały. Okalała je ciemna zieleń cisów, a wraz z błękitem nieba w tle wyglądały niczym zwiewne kobiece haori.
Łukasz wciąż czuł zmęczenie kilkukilometrowym nocnym marszem pełnymi kolein polnymi dróżkami z domu letniskowego przyjaciół w sąsiedniej wsi. Stał na miękkich nogach i jak co roku skruszony powtarzał w duchu, że nigdy więcej i że trzy godziny snu to za mało.
"Gorący prysznic" – pomyślał. Poświąteczny rytuał powitania słońca wymagał wody.
Mrużąc oczy i lekko się zataczając, wszedł do łazienki. W domu pachniało lawendą.
***
Z ludźmi, u których spędził poprzedni wieczór, łączyła go przyjaźń, a rodziny szczyciły się swoistym pokrewieństwem, na które złożyło się wiele pokoleń kontaktów i przedziwnie splatających się życiorysów. Przodkowie z jednej i z drugiej strony ze ślepym uporem bronili tej zażyłości przed niepokojem swoich naturalnych środowisk. Najczęściej przecież sobie niechętnych, zwykle nieufnych. Często wrogich. W najlepszym przypadku obojętnych.
Ani Dekalog i ani jeden z dwustu czterdziestu ośmiu nakazów "Będziesz...", i żaden z trzystu sześćdziesięciu pięciu zakazów "Nie będziesz..." zawartych w Nauce, o tym nie wspominają. Ktoś kiedyś zwyczajnie zapomniał o złotej regule.
Ktoś kiedyś zapomniał, by nie czynić drugiemu. Tak niewiele.
Dziwili ludzi. Jedni i drudzy obcy wśród swoich, jedni i drudzy obcy wśród tutejszych.
Czasami należało to uczcić, a święto Purim nadawało się do tego szczególnie. Pamięć, żart, kolacja i wymykający się czasem spod kontroli purimowy nadmiar wina.
***
Chociaż Łukasz urodził się i przez trzydzieści lat żył w Gdańsku, od kilkunastu już lat zamieszkiwał w kamienicy na Bydgoskim Przedmieściu w Toruniu, kilka minut spaceru przez nieduży, ale stary park od starówki. Na toruńskim Starym Mieście sporo jest gotyku, spotyka się renesans i barok, ale Bydgoskie z Moniuszki, Słowackiego i Mickiewicza przypomina Josefov w Pradze. Sporo kamienic z Bydgoskiego po solidnym remoncie śmiało mogłoby stać ściana w ścianę obok tych z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku na Širokej, Maiselovej i Pařižskej. Zadrzewione, zielone Bydgoskie miało i klimat, i prawdziwy skarb: fachwerkowe wille.
W Gdańsku dorastał w miejscu wyjątkowo mocno naznaczonym przeszłością. Z okien od południa widział ujście Raduni do Motławy, resztki krzyżackiego zamku i starą miejską elektrociepłownię obok spichlerzy na Ołowiance. Za kalenicami dachów kamieniczek przy Wartkiej kołysały się maszty żaglowców, które cumowały na Motławie koło Kubickiego.
Baszta Łabędź za tło miała nieodległy Żuraw, a okoliczne domy nie przysłaniały smukłej wieży Ratusza Głównego Miasta oraz dzwonnic kościołów Mariackiego, św. Jana i dominikańskiego św. Mikołaja. Wiele, wiele lat później nieczynna elektrociepłownia na Ołowiance stała się filharmonią, a jej widok zaczął częściowo przysłaniać wybudowany jeszcze później nadmotławski, kamieniczkowy Hilton. Za oknami od północy również żyło sporo historii: wykonany jeszcze w czasach krzyżackich kanał Raduni, kościoły św. Brygidy i św. Katarzyny oraz dawny sierociniec, a potem napoleoński lazaret, który funkcjonował w białym jednopiętrowym budynku. W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym ostrzeliwano zza niego Pocztę.
Z tej samej strony, kilka kroków dalej, na Sierocej, stały małe, przebudowane potem na przytulny hotelik domki Osieka. W najbliższej okolicy były też widoczne obiekty znacznie późniejsze, równie wyraziście, choć raczej ponuro, wpisane w historię miasta. Obok, z lewej, naprzeciw dawnego sierocińca i późniejszej napoleońskiej lecznicy, stoi budynek Poczty Polskiej i pomnik jej poległych obrońców, na wprost zaś, od północy, ponad dachami sterczą ramiona stoczniowych dźwigów i szczyty trzech krzyży pomnika Poległych Stoczniowców.
Wokół domu, w którym mieszkał, wiele skryła ziemia, a każda warstwa osadnicza co innego. W latach sześćdziesiątych, tuż pod oknami i balkonem, archeolodzy rozkopali spory jej kawał i z niepamięci wyłonił się zarys drewnianego, zbutwiałego miasta, z uporczywie snującymi się po nim, dawno już temu wyblakłymi cieniami żyjących tu niegdyś ludzi.
Spod wielometrowej warstwy ziemi odkopano regularną szachownicę drewnianych fundamentów domów z wysokimi progami, które zakładzinowe ofiary ze srebra lub bursztynu miały zawsze we wschodnim narożniku. Odkryto też ulice wykładane drewnianymi dylami, a pośród nich i pod nimi to wszystko, czego dawni mieszkańcy podgrodzia przy zamkowej fosie używali, co zgubili bądź zniszczyli i wyrzucili. Łukasz widział odnaleziony naszyjnik z pięknie obrobionych bryłek rzadkiego, czerwonego bursztynu. Wyobraził sobie rozpacz i łzy kobiety, której przepadł. Dotykał fundamentów tego, co widział na starych niemieckich rycinach i co dziesięć wieków wcześniej w spisanym po łacinie żywocie świętego Wojciecha zapisano fonetycznie, ale bardzo dokładnie i bez miejsca na dowolność interpretacji jako urbs Gyddanyzc. Zaczął pasjonować się historią i już jako młodemu człowiekowi przychodziło mu do głowy, by studiować historię sztuki lub archeologię.
Został konserwatorem zabytków.
– Trudne dzieciństwo – wyjaśniał. – Kościelnych wież widziałem z okien sztuk pięć. Codziennie. To musiało się źle skończyć.
Zżył się z kamieniem i chronił go. Zrozumiał jednak, że to, co tak naprawdę przetrwa, nie ma miary, stanu skupienia i żyje poza słowem, oraz że konserwując kamień, elementy i detale architektoniczne, dba przede wszystkim o owo nienazwane.
Mieszkał teraz na pierwszym piętrze kamienicy z końca lat trzydziestych, w samym centrum modernistycznej architektury Torunia, tak bardzo podobnej do tego, co znał z Gdyni.
Przestronne, jasne mieszkanie przepełnione było delikatną wonią kilku tysięcy książek, korzennych przypraw i lawendy. Należało niegdyś do dyrektora banku, potem do pewnego Obergruppenführera, jeszcze później do powojennego zarządcy miasta i wielu innych, a o pobytach wszystkich tych ludzi w mieszkaniu świadczyły ślady mniejszych i większych tabliczek na pociemniałym brązie politury oryginalnych dębowych drzwi. Miały przyjemną w dotyku, mosiężną klamkę oraz podobnie jak ona mosiężny, budzący szacunek wizjer.
Na framudze drzwi, z prawej strony, na wysokości twarzy dorosłego człowieka, widać było dwa małe wgłębienia. Zdawały się sugerować, że skrywają otwory po dawno wyjętych wkrętach, które przytwierdzały mały pionowy przedmiot. Nie do końca rozumiał, dlaczego to robi, ale wracając po dłuższej nieobecności, przed włożeniem kluczy do zamka, zwyczajowo, z przyjemnością dotykał tego śladu, wiedząc, że tu zaczyna się dom, miejsce, do którego dążył.
Domyślał się wiszącej tu dawno temu mezuzy i ludzi, którzy ją w tym miejscu kiedyś przytwierdzili. Dla nich też stanowiła ona granicę dwóch przestrzeni i czuł, że w tę wewnątrz mieszkania wsłuchiwali się, jeżeli nie bardziej, to przynajmniej równie uważnie jak on.
3
Kilka dni wiosennego urlopu, który Łukasz zrobił sobie na wsi, uświadomiły mu, że jesienią za bardzo ogrodowi pofolgował. Musiał chwycić teraz za lekkie grabie i wyczesać z zakamarków terenu resztę liści oraz klonowe noski, które pozostawione samym sobie w krótkim czasie byłyby prawie nie do pokonania jako młode sadzonki. Półhektarowy trawnik domagał się usunięcia roślinnego filcu i jak zwykle złośliwie rozpanoszonego mchu. Na ogół pomagał mu w tym sąsiad, rolnik, ale teraz akurat się rozchorował. Łukasz nie czuł niechęci do tej roboty. Męczyła fizycznie, ale odświeżała pamięć.
Wzmagał się wiatr, a niebo stopniowo zaciągało się chmurami frontu atmosferycznego, którego ciemną, kłębiącą się krawędź zaobserwował jeszcze poprzedniego wieczoru.
Napływały teraz szeroką ławą od zachodu, ale raczej nie zanosiło się na deszcz. Mimo chłodu spocił się jednak. Kilka godzin nużącego chodzenia za wertykulatorem i intensywnego grabienia zrobiło swoje. Zamiast przerwać na kilka chwil i odsapnąć, pracował jednak dalej.
Chciał skończyć robotę do obiadu, by resztę soboty spędzić tak, jak lubił najbardziej: czytając i chłonąc snującą się w tle muzykę Abu Khalila albo śpiew Loreeny McKennitt.
W kieszeni zadzwonił telefon. Wyświelił się Ettore Bartoli, ale po połączeniu się w słuchawce usłyszał głos Mariko.
– Mariko? Skąd dzwonisz? – zapytał zdziwiony.
– I just call to say... – zaimprowizowała śpiew ze śmiechem w głosie i dodała: – ...że mocno się jeszcze zastanowię. Jestem w Sorrento. Rozładował mi się telefon i signor Ettore pożyczył mi swój. Macha właśnie ręką i śle pozdrowienia. Musimy się spotkać. – Angielski Mariko był doskonały, choć śpiewny i pobrzmiewał czasami inną intonacją. Prawdziwą rewelacją było to, że umiała wymawiać głoskę "l", której przeciętny Japończyk nie jest w stanie powtórzyć i przyswoić. W języku japońskim litera "l" nie istnieje. – Ściągnęła mnie tu Marcella. Trochę poplotkowałyśmy. Poprosiła mnie, by osobiście coś ci przekazać – zawiesiła na chwilę głos. Szumy w słuchawce zniekształcały jej słowa i domyślił się, że rozmawiając, chodziła. Czuł, że jest zmieszana. – Mam jeszcze list, w którym wszystko tłumaczy – dodała. – Sama nie może się z tobą spotkać, coś pilnego w Omanie, a rozmowa telefoniczna czy mail to podobno zły pomysł. Nie wiem, o co chodzi. Gdy będziesz miał już tę przesyłkę, ustalicie, co dalej. Słowem, wpadnij do mnie. No i niekoniecznie ze względu na ten list. W domu będę w poniedziałek po południu.
– A poza tym wszystko dobrze? – zapytał ostrożnie. Starał się ukryć zdziwienie.
– W poniedziałek, koło siódmej – powtórzyła skrupulatnie. – Tęsknię, wiesz?
Zastanowiło go Sorrento. Mieszkała w Pradze, a dwa dni wcześniej zadzwonił do niej na numer stacjonarny. Zaciekawił się tym. Marcella mogła nawiązać kontakt pod hasłem: "wpadnij do mnie do Paryża, mam coś ciekawego". Czuł jednak, że nie powinien pytać. Pomyślał, że ściągając Mariko do Sorrento, Marcella szukała dyskrecji.
Zaproszenie do Pragi oznaczało, że czekała go prawie siedmiusetkilometrowa podróż. Ucieszył się jednak. Czasami dobrze jest zmienić codzienność najbliższej okolicy i kolor nieba nad nią, niekoniecznie na lepszy, wystarczy, że zwyczajnie na inny. Chociaż było to ulubione miejsce Łukasza i wyjeżdżał stąd niechętnie, to jednak teraz potrzebował tej drogi.
***
Długo szukał miejsca tylko dla siebie, które stworzyłby od początku według własnych snów, pomysłów i marzeń. Studiował ogłoszenia, rozpytywał znajomych. Bez rezultatu.
Znalazło się jednak. Dziewięćdziesiąt kilometrów od Torunia, nad jeziorem. Uczciwie przyznał potem Marcie, że w znalezieniu tego miejsca miała swój udział.
– Jest tu takie fajne coś, zobacz. – Marta wskazała palcem punkt na mapie.
Psychiatra. Z nikim niezwiązana. Szczupła, wysoka, z przyjemnymi dla oka piersiami, których kształt był niestety jedynie domysłem. Nosiła się z nadzwyczaj subtelną elegancją we własnym stylu, skromnie, chociaż po materiałach i wzornictwie sądząc, każda część jej odzieży pochodziła z domów mody dobrych projektantów. Sposób jej ubierania nie przewidywał ani centymetra dekoltu i żadnych spodni. Zdystansowana. Gdy przez krótką chwilę była gdzieś w pobliżu, nazywał ją w myślach Ważką. Przypominała mu właśnie ważkę, żagnicę, która żyła pod drzewami przy altanie, nad kamiennym stawem z wodną kaskadą.
Gracja w sposobie poruszania się i absolutne zero tolerancji dla przedstawicielek swojego gatunku w pobliżu. "No jak tu być na co dzień z dziewczyną, o której nie wiesz, czy jesteś dla niej jeszcze interesującym facetem, czy już tylko ciekawym przypadkiem?" – zauważył Łukasz w dniu rozstania. Dosyć szybko odkryli, że z tego związku nic nie będzie, pożegnali się miło i rozstali przyjaźnie. Pozostała jednak życzliwa zażyłość.
Owo miejsce, porośnięte wysokimi chwastami i sięgającymi do kolan samosiejkami brzóz, czekało na niego na obrzeżu Mazur. Okolica przypominała Prowansję, Toskanię oraz Bieszczady razem wzięte, lecz jednak była inna. Od pierwszego spojrzenia i pierwszego z namysłem zamknięcia oczu na dłużej poczuł, że z pewnością ma do czynienia z dawnym uroczyskiem. Archeolodzy odkryli, że w tej okolicy żyła kiedyś nieduża celtycka społeczność, krewniacy tych spod Wawelu i Ślęży.
Drzewa i kamienie naznaczone były poświatą księżyca. Wśród liści kwitnącej lipy słychać było odgłos frasobliwej krzątaniny pszczół. Pachniało lipowym miodem.
Dobrze pamiętał tę chwilę, gdy po raz pierwszy stał w mrocznym cieniu bardzo starej, tanecznie pochylonej lipy, licznych klonów i równie starego, rozłożystego kasztanowca o grubym pniu. Kilkanaście metrów dalej coś zakotłowało się za kępą rozrośniętych, bez mała dwumetrowych pokrzyw i ku niebu wystrzeliło spore kłębowisko szarych, szerokich skrzydeł, ciemnych, długich dziobów i patykowatych nóg. Stadko żurawi.
Wiedziony nagłym impulsem, na wymiętej kartce, długopisem wykonał wtedy szkic owych wzlatujących ptaków. Kilka lat potem stał się on podstawą projektu własnoręcznie wykonanej rzeźby. Stała na półtorametrowym kamiennym postumencie, który wzniósł na lewo od tarasu, na obramowanym kamiennym murkiem wzniesieniu terenu. Ze względu na kilka rosnących tam niskopiennych owocowych drzewek nazywał to miejsce sadem. Rzeźbę posadowił bliżej drogi, więc była zewsząd dobrze widoczna. Odmaterializował ptaki. Były ażurowe i zwiewne, a kompozycja lekka.
Wprawdzie wśród drzew, krzewów i bylin już wcześniej ustawił kilka kamiennych kompozycji, które wzbogacały pejzaż, jednak dopiero teraz zarówno mieszkańcy najbliższej, jak i dalszej okolicy, nawet ci z sąsiednich wsi, zaczęli nazywać to miejsce parkiem. Nowożeńcy zaczęli się wpraszać na pamiątkowe sesje zdjęciowe. Dom zewsząd otaczał kamień. Mury, schody, stumetrowa, szeroka droga wykonane były z łamanego kamienia polnego. Kamienne były ścieżki. Z kamienia altana i drewutnia. Na prawo od domu ułożył kamienny krąg z głazów narzutowych z oczywistym, dobrze wyprofilowanym głazem-siedziskiem Strażnika Czasu, a przy murze koło ulicy ustawił duży kamienny kurhan. Polodowcowego kamienia było tu więcej niż gdzie indziej, zwłaszcza czerwonego granitu, który lubił najbardziej.
Wszystko osłaniał od słońca przewiewny, cienisty starodrzew. Sporo było wśród niego nasadzeń zrobionych już przez Łukasza, które przez lata solidnie się rozrosły.
4
Do Pragi dotarł zgodnie z planem w poniedziałek po południu. Samochód jak zwykle pozostawił na strzeżonym parkingu koło końcowej stacji metra linii B, Černý Most.
Patrolowy objazd praskiej Maléj Strany w poszukiwaniu kawałka wolnego krawężnika, przy którym mógłby zaparkować samochód, nie wchodził w rachubę. Mariko Ikeda mieszkała w okolicy, która do parkowania nieprzystosowana była pod żadnym względem, a na strzeżone parkingi w pobliżu nie mógł liczyć. Jedną stronę jej kamienicy otaczały wąskie, kręte uliczki tej części Maléj Strany, która przylega do wieży Mostowej mostu Karola, druga strona domu fundamenty miała wparte prosto w Čertovkę, Czarci Potok, odnogę Wełtawy. Z tego powodu za oknami domu Mariko widziało się głównie odległą o kilkanaście metrów wyspę Kampa.
Zakamarek przypominał Wenecję, taką niespieszną, a jednak praską, bo z kajakami i łódkami zamiast gondoli oraz z samochodem jako czymś równie kłopotliwym, bo tak naprawdę tutaj bardziej niż niepotrzebnym. Sklepiki na rogu, a kawiarnie i gospody pod ręką.
Wysiadał na Nowym Mieście, na stacji Můstek. By po podróży napić się dobrej kawy, wstępował zawsze do przytulnej kawiarni przy Jungmannowym nám?stí, tuż koło przejścia na Václavák oraz naprzeciw kościoła Matki Boskiej Śnieżnej. Tłum turystów i wielojęzyczny rozgwar drążył Václavské nám?stí, a tutaj było ciszej i wśród mocno nieśmiałej jeszcze, pierwszej wiosennej zieleni nielicznych drzew słychać było nawet ptaki.
***
Nie mieli prawa się poznać, a jednak od prawie czterech lat wiele ich łączyło. Księga Estery podpowiadała Łukaszowi ukryty wpływ przeznaczenia i splot wielu okoliczności z pogranicza czasu, kultur, przestrzeni i międzyludzkich relacji. Nie wątpił, że jest w losie człowieka logika, więź i następstwo wydarzeń, wydawałoby się, odległych, niepowiązanych ani czasem, ani miejscem, a szczególnie drogami, które nie istnieją. W przypadek nie wierzył.
Korzystając ze swoich arystokratyczno-towarzyskich koneksji, Marcella zaaranżowała Łukaszowi pracę w Ferrarze przy konserwacji przepięknej kartuzji z końca piętnastego wieku. Ocenił, że zrobiła to bardziej ze względu na pamięć zawartej przed wielu laty w Bagdadzie bliskiej znajomości niż z wiedzy lub przekonania o jego umiejętnościach jako konserwatora kamienia.
Było to miłe z jej strony, zwłaszcza że nigdy nie stworzył choćby cienia oczekiwań w tym względzie. Nie było takiej możliwości, ponieważ o swojej pracy nie rozmawiał. Przyznał jej potem jednak, że rozegrała to sprytnie. Poprosiła o przysługę, a tego odmówić nie mógł.
Poszczególne elementy zbudowanego z cegły klasztoru, wraz z kościołem Świętego Krzysztofa i wieżą, zgrupowane są w interesującą, ciekawie narastającą bryłę, w której widoku, o czym się przekonał, najpełniej można się rozsmakować z pewnego oddalenia. Ktoś kiedyś, znacznie później niż powstał klasztor i kościół, do wieży nadbudował całe kilkunastometrowe górne piętro i chwała mu za to. Wtedy dopiero całość nabrała cech kompozycji przemyślanej i skończonej. Klasztor opasany jest dookoła arkadowymi krużgankami, z których najpiękniejszy jest ten od frontu, półkolisty, lekki optycznie, z delikatnymi kolumnami, na których rozpinają się koliście niezbyt szerokie archiwolty z terakoty. Przestrzenie pomiędzy łukami wypełniają medaliony. To właśnie była jego robota, te archiwolty i medaliony. Na podstawie dokonanych wcześniej ekspertyz i szczegółowo określonego zakresu robót konserwatorskich wraz z innymi specjalistami, Włochami, miał oczyścić, odsolić, uzupełnić ubytki w archiwoltach, kapitelach kolumn i wypełnić drobne uszkodzenia twarzy na medalionach. Dochodziło też zabezpieczenie obiektów przed wchłanianiem brudu i renowacja polichromii na kamieniu.
Nic wielkiego i trudnego. Terakotowe elementy były w raczej dobrym stanie, tyle że konserwacja wymagała jednak czasu i mógł sobie pomieszkać w Ferrarze nieco dłużej, a na rusztowaniach wygrzać się w niezbyt gorącym jeszcze słońcu i trochę zarobić. Mógł również zaoszczędzić. Uczynni zakonnicy zaproponowali mu kwaterę w wolnej klasztornej celi i posiłki we własnym refektarzu. W kontaktach z zakonnikami przydała mu się znajomość lubianej przez niego łaciny. Niezbędny sprzęt miał własny. Wolał pracować narzędziami dobrze dobranymi, sprawdzonymi przy różnych realizacjach. Cieszył się, że nie było tu niczego z piaskowca, zwłaszcza tak zwanego pseudomorficznego, który zawiera w sobie cząsteczki rozpuszczalne. Często się zdarza, że wskutek działania wody lub wilgoci kruszeje i paskudnie się sypie jak zwykły piasek. Utwardzenie draństwa bywa mocno czasochłonne, bo niezależnie od tego, jak się go opracowuje, robota przy nim nie należy do przyjemnych.
Po zakończeniu pracy w certosie dostał propozycję, aby w zastępstwie odrestaurować kilka drobiazgów w Palazzo dei Diamanti, nazywanego tak ze względu na nader ciekawe boniowanie. Diamentami nazwano dekorujące całą elewację bloki z jasnobeżowego marmuru, których krawędzie wyprofilowano skośnie w czworoboczne ostrosłupy ścięte. Włoch, konserwator, który otrzymał to zlecenie, w przedostatnim dniu pracy w Ferrarze, schodząc z rusztowania, spadł na ziemię z wysokości ponad dwóch metrów i uszkodził sobie obojczyk. Nic większego się nie stało, ale musiał na pewien czas spasować, a zlecenie jednak było terminowe i nie mogło czekać. Praca we Włoszech zaczęła się w połowie lutego i trwała bez mała do końca kwietnia.
Między innymi także i z tego powodu niezbyt lubił o niej opowiadać. Chemia, żmudna robota i nazwy architektonicznych detali. Najtwardsi słuchacze popadali w rozpacz przy metopach i plintach, przy alkilokrzemianach mdleli bez mała, sądząc, że gada od rzeczy.
Wolał mówić, że robi korekty nosów, uszu i tego wszystkiego, co wskutek upływu czasu ludziom wrażliwym na piękno psuje humor. Było to zresztą całkiem zgodne z prawdą, tyle że kobiety brały go za chirurga plastycznego.
Pałac dei Diamanti należał niegdyś do księcia Sigismondo d'Este, a teraz pełnił rolę Pinakoteki Narodowej. W pełnym słońcu południa Europy, dzięki głębokiemu cięciu bloków kamienia, którym wyłożone były ściany zewnętrzne, światłocień mógł wyczyniać ze zmysłem wzroku widza, co tylko zechciał. Optyczne cuda stwarzały wrażenia szczególnie bogate.
Był i mały feler. Dobremu w proporcji budynkowi z doskonale proporcjonalnymi i w szlachetnym rytmie rozstawionymi oknami architekt wcisnął w naroża pilastry. Co gorsza, przebogato ozdobiono je faunami i skrzydlatymi puttami. Ponieważ jednak to ich renowacja miała być jego zadaniem i całkiem nieźle zaprojektowanym zarobkiem, nie wydziwiał. Uznał, że wystarczająco w tej sprawie kręcą nosem podręczniki i monografie z zakresu historii sztuki.
To nie było duże zadanie, ale po jego zakończeniu postanowił wpaść na kilka dni do Sorrento, leniwie się poobijać, biesiadować z frutti di mare, a na deser popijać zmrożone limoncello. Naprowadził go na to Tasso. Urodził się w Sorrento, a potem, jeszcze zanim solidnie sfiksował, w Ferrarze brylował na dworze książąt d'Este.
***
Do Neapolu wybrać się mógł pociągiem Intercity, który kursuje na linii z Wenecji, ale skorzystał z okazji, jaka nadarzyła się, gdy przy katedrze w Ferrarze natknął się na autobus z grupą polskich turystów. Zmierzali do Rzymu. Przypomniało mu to jego pierwszy pobyt w tym mieście. Dawno temu, na początku lat osiemdziesiątych, z długiego konserwatorskiego kontraktu w Bagdadzie postanowił wrócić do domu z tygodniowym "międzylądowaniem" w Rzymie i krótką wizytą w Pompejach. Przenocował, podobnie jak i w trakcie ówczesnego powrotu, w tanim hoteliku przy via delle Quattro Fontane, skąd via Sistina wiedzie do placu przed kościołem Santa Trinita dei Monti, tego na szczycie Schodów Hiszpańskich.
Na dworcu Termini był sporo za wcześnie. Usiadł na peronie, z którego miał odjechać pociąg do Neapolu i obserwując tłumy podróżnych, czekał.
Ona i on. Japończycy. Milczący. Chmurnie nastroszeni. Walizki obowiązkowo Vuittona. Papierowe torby z dobrymi nazwiskami: Prada, Hermes, Chanel, Brioni.
Głos z megafonu. Nie całkiem zrozumiał. Po kilku chwilach na sąsiedni peron wjechał pociąg. Venezia–Napoli. Jego pociąg. Zmienili peron. Zrywa się, bieg do tunelu, schody.
Konduktor. Pokazuje mu bilet, pyta: "Treno per Napoli?". Kaleczy język włoski, ale kolejarz zrozumiał. Kiwa potwierdzająco głową. Ulga.
Jest gorąco. Wchodząc do swojego wagonu, ociera strugi potu, który zalewa mu oczy. Kątem oka widzi pospiesznie wyłaniającą się z tunelu obładowaną parę Japończyków.
Neapol. Z dworca kolei państwowych na perony prywatnej linii Circumvesuviana prowadzi labirynt tuneli. Nawet nie pobłądził za bardzo, tyle że po kupieniu biletu, schodząc już na peron, zobaczył ostatni wagon odjeżdżającej właśnie kolejki do Sorrento. Następna za pół godziny. Po chwili, niepewnie się rozglądając, pojawiła się para z Japonii.
On władczy i gniewny. Ona zniecierpliwiona i starająca się ukryć zmieszanie. Trochę wyższa od niego. Ich rozmowa nie wyglądała na dzielenie się wrażeniami z podróży, ale mógł się mylić.
***
Z hotelem zaszalał. Przy jego nazwie od gwiazdek aż się roiło, bo nie wiadomo, czego było w nim więcej: historii, dzieł sztuki czy widoków. Pierwsza linia brzegowa nad Zatoką Neapolitańską. Z loggii miał widok na całą, niczym nieprzesłoniętą zatokę, od ciemniejącej na horyzoncie na lewo wyspy Ischia, którą początkowo wziął za Capri, po masyw Wezuwiusza z prawej. Musiało kosztować. Już za sam widok. Trudno właściwie nazwać to linią brzegową.
Balkonik jego pokoju, jak i wszystkie inne z widokiem na morze, wisiał nad bez mała osiemdziesięciometrową pionową skałą, która wyłaniała się z krystalicznie czystego tu morza, właściwie z tej jego części, która wygrodzona była czterema falochronami z potężnych głazów i nazywała się Marina San Francesco.
Według Homera na okolicznych skałach żyły tu syreny, które wabiły żeglarzy swym nieziemskim kunsztem muzycznym i śpiewem. Strabon twierdził wprawdzie, że Partenope zabiła się honorowo z rozpaczy na jednej z wysp Li Galli, po drugiej stronie półwyspu, ale śpiewu syreny Odys mógł wysłuchać i nie ulec mu tutaj.
W recepcji wręczono Łukaszowi zarys historii hotelu. Gdy w trakcie lektury wyczytał potem, ilu ludziom służył i komu, zrozumiał, że niewiele innych może mu dorównać trwaniem.
W miejscu, gdzie od tysiąc osiemset dwudziestego roku funkcjonuje hotel, już w drugim wieku przed naszą erą, w czasach rzymskiej republiki jeszcze, istniała willa bogatego patrycjusza. Wyczytana przez Łukasza informacja, że dokładnie tu zamieszkał Oktawian po powrocie z Grecji, rzucała na kolana. Towarzyszył mu wtedy Wergiliusz, autor "Eneidy", opisu wędrówek Eneasza w poszukiwaniu nowej ojczyzny po ucieczce z Troi. Jeden z opisanych przez niego punktów podróży Trojan znajdował się w mitycznym Kume, które wraz z zejściem do Hadesu historycy umiejscawiają gdzieś w najbliższej okolicy. Tutaj także wygnany został z Rzymu Agryppa Postumus, nazywany Neptunem siostrzeniec Cezara. Ten, którego adoptował potem cesarz Oktawian August. Polityczna zsyłka w tak przyjemne miejsce Postumusowi dokuczać chyba nie mogła. Lubił przecież wędkować. Sporo czasu rezydował w tym miejscu Trazyllus, nadworny astrolog cesarza Tyberiusza, który z kolei ostatnich dziesięć lat swojego życia spędził na rozpuście kawałek dalej – na Capri.
Do tej pory zachowały się relikty wieków świetności: zabezpieczone szkłem, pieczołowicie odrestaurowane malowidła ścienne podobne do tych, które można zobaczyć w Pompejach, podłogowe mozaiki, rzeźby, fragmenty kolumn z głowicami w stylu korynckim. Obecnego kształtu budynek zaczął nabierać dopiero w połowie osiemnastego wieku. Przez pokoje i apartamenty hotelu przewinął się kawał historii całkiem współczesnej. W dziewiętnastym wieku często bywał tu Ludwik II Bawarski, który budował baśniowe zamki w Alpach, równie zwariowane jak on sam, i Eugenia, gdy była cesarzową Francji oraz potem, gdy już nią być przestała. Przerwę w podróży zrobiła tu sobie śmietanka europejskiej arystokracji, która w listopadzie tysiąc osiemset sześćdziesiątego dziewiątego roku jechała na otwarcie Kanału Sueskiego. Gościł tu także grecki król Paweł oraz włoski Wiktor Emanuel III.
Hotel był klasą sam dla siebie i Łukasza szybko przestało dziwić, że przyjęty został nie jak klient hotelu, ale jak gość rodziny. Szef hotelowego personelu z zachowania i ubioru przypominał Łukaszowi Anthony'ego Hopkinsa, który w "Okruchach dnia" grał zarządcę posiadłości. Choć brakowało tu uroku oraz ciepła Emmy Thompson, to i tak w myślach Łukasz zaczął nazywać tego człowieka majordomusem.
Na teren hotelu wchodziło się przez bramę w okalającym go żółtym murze. Z lewej był niewielki trawnik z pięknym i rzadkim, dziewiętnastowiecznym okazem ławki z oparciem, którą wyłożono majolikowymi płytkami. Zdobiły je pastelowe motywy roślinne.
Po prawej stronie mijało się ukwieconą glicyniami pergolę nad tarasem jednej z restauracji i rzeźbę zwróconego ku morzu fauna, który grał na syrinksie. Dalej droga wiodła prosto ku patio, z którego wchodziło się do usytuowanej z prawej strony recepcji. Funkcję lobby desk pełnił tam wtedy masywny, marmurowy postument z drewnianym blatem. Stał na nim duży, przeźroczysty szklany wazon z pływającym w nim samotnie, ciemnokarminowym bojownikiem. Na ścianie za plecami recepcjonistek wisiało potężne lustro ujęte w szeroką ramę, wymyślnie rzeźbioną w kwiaty i złoconą. Hotel nie był duży, miał najwyżej trzydzieści pokoi i kilka apartamentów. Od strony morza liczył pięć jego pięter, ale poziom ulicy oraz recepcji odpowiadał środkowemu. Numer pokoju Łukasza, tak samo jak i innych w tym korytarzu, zaczynał się od czwórki i mogłoby się wydawać, że zamieszkał na czwartym piętrze, ale licząc od poziomu ulicy znajdował się na pierwszym. Trzy poziomy niżej i trochę z lewej, na większym skalnym występie, funkcjonowała kolejna restauracja, której wykafelkowany płaski dach tworzył spory taras dla gości z piętra powyżej. Każdy apartament miał swoją przestrzeń wygrodzoną po części wysokim murkiem, a częściowo płotami z metalu.
***
Trzy dni potem na części tarasu, która należała do środkowego apartamentu, zobaczył na leżakach dwoje ludzi w białych hotelowych szlafrokach. Japońska para. Zainteresował się: to była ewidentnie kłótnia. Głos podnosiła nawet ona. Nie widzieli go. Łukasz szybko rozejrzał się wokół. Reszta balkoników była pusta. Mężczyzna zerwał się z leżaka. Wstała i ona. Podniesione głosy, mężczyzna mocno gestykuluje. Uderzył ją? Łukasz pewności nie miał, ale dyskretnie cofnął się do pokoju. Życie. Takiego wolał nie oglądać.
Obiad postanowił zjeść na tarasie hotelowej restauracji. Wszędzie na stołach żółciły się kompozycje z gromadek cytryn i cytrynowych liści, a głęboki cień dawała rosnąca na tarasie poniżej wiekowa, powyginana pinia oraz pergola, którą porastały stare wisterie. Nad stołami zwisały długie, fioletowo-niebieskie grona ich kwiatostanów. Pachniały odurzająco.
Łukasz kończył już, wolno dopijał wino i przyglądał się śpiącemu na krześle obok, zwiniętemu w kłębek kotu. Zza pleców Łukasza, przy sąsiednim stoliku, który wcześniej był wolny, rozległa się głośna rozmowa. Japończycy. Był zamyślony, nie słyszał ich nadejścia.
Odwrócił się, by uśmiechem rozbroić napięcie, i uciszająco przyłożyć do ust uniesiony palec wskazujący, ale nie przewidział tego, co zobaczył.
Japończyk, z wściekłością na twarzy, przyłożył do jej twarzy swoją dłoń i odepchnął. Nawet niezbyt mocno.
Odruch. Łukasz błyskawicznie złapał zawieszony jeszcze w powietrzu nadgarstek Japończyka, przyciągnął go do siebie i wykręcił mu rękę. Lewą dłoń z całej siły oparł na jego prawym barku i przygniótł tym samym twarz mężczyzny do kamiennego blatu stołu.
Właściwie nie wiedział, co robić dalej, wycedził tylko po angielsku do próbującego się szarpać Japończyka idiotyczne: "Cicho, uspokój się, chłopie". Na szczęście widzieli to także kelnerzy i majordomus hotelu. Nadbiegali już. Wokół zrobiło się cicho.
– Wezwijcie policję – powiedział Łukasz, trochę rozluźniając uchwyt. Majordomus przecząco pomachał dłonią.
– Żadnej policji. To nieporozumienie z pewnością da się wyjaśnić bez udziału policji. Proszę – odparł zaniepokojony hotelarz. Zwrócił się do Japończyka: – Teraz zapanuje pan już nad emocjami, prawda?
Japończyk ze skwaszoną miną milczał, ale kiwnął twierdząco głową. Łukasz czujnie opuścił dłonie. Azjata wykonał nagły ruch w jego kierunku, ale kelnerzy stanowczo zagrodzili mu sobą drogę, a majordomus ujął go pod rękę i coś szepcząc, wyprowadził. Nie zapomniał o dyskretnym sygnale dla kelnerów. Po chwili, przepraszając gości za zajście, pojawili się przy stolikach z butelkami Rosso di Montalcino.
Rozpamiętując całą tę sytuację raz jeszcze przed snem, Łukasz odniósł wrażenie, że obsługa wiedziała o czymś wcześniej. Że była zwyczajnie przygotowana. Nikt przecież nie domagał się od niego żadnych wyjaśnień. Co takiego tkwiło w przeszłości i wzajemnych relacjach tych dwojga, że Japończyk publicznie nie zapanował nad emocjami i nie schował ich za maską uśmiechu, tego Łukasz nie umiał dociec. Japończycy unikają zdecydowanego wyrażania swoich poglądów, bo jest to sprzeczne z ich obyczajami. Zachował się agresywnie, bo mu najpewniej psychicznie odbiło albo zaszkodziła mieszanka upału i alkoholu.
Japonka na palcu serdecznym miała olśniewający pierścionek z dużym diamentem. Siedziała przy stoliku z opuszczoną głową, skulona i bezgłośnie szlochała.
Ludzie przy innych stołach starali się już tego nie widzieć, ale pochylone głowy oraz rozmowy cichsze niż zazwyczaj świadczyły raczej o zainteresowaniu i komentarzach.
Łukasz dosiadł się bez słowa do zajmowanego przez nią stolika i podał jej chusteczki. Przyjęła je bez słowa. Nie uniosła twarzy. Skrywały ją opadające włosy. W końcu jednak spojrzała. Jej wzrok złagodniał, a przez twarz przemknął cień niemej wdzięczności. Wyczuł, że jest zmieszana.
– Proszę zaczekać, zaraz wrócę. Porozmawiam w recepcji – powiedział, wstając.
Widząc zbliżającego się do kontuaru Łukasza, nienagannie ubrany majordomus także podszedł i nie czekając na pytania, spokojnie oznajmił:
– Stan zdrowia tego pana nie uległ pogorszeniu. Bardzo ubolewa z powodu swojego pochopnego zachowania. Właśnie się pakuje i niebawem opuści Sorrento. Apartament jest opłacony z góry przez biuro podróży, zatem pani... może oczywiście tu pozostać i nieco się zrelaksować. Sytuacja, która miała miejsce, jak myślę, mogła ją nieco wyczerpać. Jest mi też bardzo przykro, że stał się pan mimowolnie uczestnikiem tego zajścia. Jeżeli będzie miał pan jakieś oczekiwania wobec hotelu, proszę o sygnał. Będzie nam bardzo miło je spełnić.
– Myślę, że pani nie powinna być teraz sama – zauważył Łukasz.
– I ja tak myślę – odparł z szacunkiem majordomus i przyjrzał mu się z życzliwym zaciekawieniem. – Pozwolę sobie coś zadysponować. Kelnerzy niebawem to przyniosą.
Gdy Łukasz wrócił do stolika, Japonka nie płakała. Pochylona do przodu, opierała na blacie szerzej rozstawione łokcie, brodę podtrzymywały zaś jej splecione dłonie, z których wystawała chusteczka.
– Pozwoli pani, że się przysiądę? – zapytał na wszelki wypadek.
Nie odwróciła głowy i nie przerwała milczenia. Kiwnęła głową, co miało znaczyć: "Tak".
Pewnie było jej wszystko jedno. Wsłuchana w siebie, zatopiona w myślach, martwym wzrokiem wpatrywała się ponuro w wodę zatoki.
– Delfiny! Tam! – Nagle się ożywiła i wskazała dłonią kierunek. Trzysta-czterysta metrów od brzegu, przy małej łodzi rybackiej, której załoga codziennie wybierała w tym rejonie kraby i homary, baraszkowało stadko delfinów. Gdy wynurzały się z morskiej piany, ich ciemne grzbiety oraz jasne, sprężyste brzuchy błyszczały perliście i odbijały słoneczne promienie. – Dobrze, że nie rekiny – zauważyła po chwili.
– Bez obaw. Ostatniego rekina turyści zagryźli tu więcej niż dziesięć lat temu – lekko zażartował. Liczył, że Japonka się rozchmurzy.
Mimo ciężkich chwil, które miała za sobą, i tych, które pewnie ją czekały, parsknęła śmiechem. Po chwili ukradkiem zerknęła na Łukasza i natychmiast skromnie opuściła wzrok.
Uśmiechnął się. Tradycyjne japońskie wychowanie. Tyle razy to widział i zawsze mu się podobało. Nadeszło dwóch kelnerów z wózkiem. "Jeszcze jeden obiad" – pomyślał ze strachem Łukasz. Sprawnie wszystko rozstawili, nalali mu odrobinę wina. Zaaprobował.
Na szczęście był to tylko deser, lecz tak piękny, że aż żal było go ruszać. Jakieś kruche ciasto, krem, lody, fantazyjnie, w esy-floresy ciągnięta czekolada, scukrzone płatki kwiatów, rzeźbione i kandyzowanymi owocami faszerowane owoce, słodki sos. Sterczała przed nimi na stole rozpusta, jakich pewnie niewiele. Kusiła zmysły kształtem, kolorem i zapachem. Trudno się było jej oprzeć. Ulegli. Przy podwójnym espresso Japonka wyszła do toalety i zadzwonić.
Po dłuższym czasie wróciła odświeżona, z poprawionym dyskretnym makijażem, spowita w obłok zmysłowych perfum. Z okolic oczu zniknęły zaczerwienienia wywołane emocjami i płaczem. Jak na Japonkę była wysoka. Mierzyła około metra siedemdziesięciu, miała zgrabne nogi. Nie potrafił określić jej wieku. Miała może trzydzieści pięć, może czterdzieści lat, a może o wiele mniej lub znacznie więcej.
Pociągły owal twarzy, regularne i delikatne rysy, niezbyt długie, jedwabiście lśniące, kruczoczarne włosy. W kącikach ust błąkał się jej uśmiech, a oczy, skośne oczywiście, wraz z pięknymi łukami brwi wyglądały jakby wyjęte z gotyckich miniatur, szczególnie wtedy, gdy nie odwracając głowy, spoglądała w bok.
Dostrzegł, że na kaflach tarasu, przy prawej stopie Japonki leży spora, opalizująca śnieżną bielą kulka. Łukasz pochylił się i podniósł ją. W dłoni poczuł chłód. Była zimna.
"Perła?"
– To pani? – zapytał i podsunął ku Japonce otwartą dłoń, na której leżała perła. Była naprawdę spora. Mogła mieć nawet dwa centymetry średnicy.
Japonka zerknęła na dłoń Łukasza i błyskawicznie omiotła go ostrym spojrzeniem.
– Skąd... pan to ma?
– Musiała pani wypaść. Leżała na ziemi koło buta.
– Proszę... Proszę mi to oddać. Nalegam.
– Jest przecież pani. Proszę. Podniosłem tylko – odparł. Uśmiechem starał się pokryć zmieszanie. Delikatnie, dwoma palcami wzięła perłę z dłoni Łukasza i zacisnęła w swojej.
– Mają tu doskonałą obsługę i kucharzy – powiedział i choć było to zgodne z prawdą, to jednak wspomniał o tym głównie dlatego, by nie dopuścić do wśliźnięcia się pomiędzy nich bodaj skrawka milczenia – ale za to śniadaniowa kawa w termosach to uroczysta klęska tego miejsca. Ktoś absolutnie nie umie parzyć kawy i jest w tym dobry. Robi najprawdziwsze paskudztwo.
Rozbawiona, kilkakrotnie pokiwała głową. Nie mogła się nie zgodzić. Nabierali się na ten płyn tylko nowo przybyli. Raz wystarczał, by przy śniadaniu termos z kawą omijać z daleka. Po zakończeniu pory śniadaniowej draństwo znikało i do następnego poranka nie pojawiało się w żadnej z hotelowych kawiarni lub restauracji.
– W recepcji słyszałem, że... torby od Brioniego wyjeżdżają. – Mówiąc to, świadomie zaryzykował.
Milczenie. Opuściła głowę. Milczenie.
Nagle zaczerpnęła głęboko powietrza, wyprostowała się i westchnęła, jakby zrzuciła z siebie jakiś ciężar.
– Ja zostaję – powiedziała. Wpatrywał się w nią, ale nawet nie zerknęła. – Nie wrócę już do Japonii. Zostanę w Europie i zażądam rozwodu. Właściwie po tym, co się stało, nie muszę się już więcej wahać. Jestem wolna. Wolna. To będzie formalność.
Jej mocno zaskakująca wypowiedź do obcego przecież człowieka sprawiała wrażenie od dawna już gotowej, wiele razy wypowiedzianej, może nawet wykrzyczanej. W myślach. Uzupełniona o nowe fakty i wypowiedziana na głos brzmiała pewnie.
***
Łukasz przedłużył swój pobyt w Sorrento o kilka dni. Do końcowego dnia jej pobytu. Na szczęście na pokój, który zajmował, nie było jeszcze żadnej innej rezerwacji.
***
Mariko Ikeda. Urodziła się i mieszkała w Kioto, wykładała na uniwersytecie jeden z rodzajów literatury japońskiej okresu kinsei. Łukasz nie bardzo mógł się w tym połapać, ale cierpliwie słuchał. Pewien czas pracowała też na Uniwersytecie Tokijskim. Opowiadała prosto i tak ciekawie, że aż począł żałować, że w tej sytuacji raczej nie wypada mu ciągnąć rozmowy, podpytując o szczegóły. Uwielbiała poezję renga i haiku Matsuo Bash?, a także ekspresyjną zagadkowość teatru kabuki. W młodości interesowała się tradycyjnym lalkowym teatrem bunraku, który pomimo używania w nim lalek nie był i nie jest teatrem dla dzieci. "Zakręciło ją" to na tyle poważnie, że będąc zbuntowaną nastolatką, "obciążoną genetycznie" tradycjami japońskich gatunków teatralnych n?, kabuki i bunraku, jako wykonawczyni brała nawet udział w przedstawieniach studenckiej grupy teatralnej, które wystawiali w Kioto i Nara.
Co to za miasta, to akurat Łukasz wiedział. Oba znajdują się w zachodniej prowincji Kansai i uważane są za kolebkę japońskiej cywilizacji. Planowała nawet wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Chciała zostać aktorką zaangażowanego społecznie i politycznie The Bread and Puppet Theatre, Teatru Chleba i Lalki, by dzielić się z widzami metafizycznym uczestnictwem w sztuce i całkiem dosłownie – wypieczonym przez siebie chlebem. Łukasza zdziwiło, że sporo wiedziała o teatrze Grotowskiego. Rozmowa meandrowała wokół teatru i zeszła na relacje widz–aktor, widz–spektakl w inscenizacjach Petera Brooka. Także i ją udało się zaciekawić. Łukasz też miał za sobą pewne doświadczenia parateatralne. Dawno temu pewien rzeźbiarz zainteresowany teatrem w Sopocie, nieopodal wejścia na molo, w sali nazywanej Rotundą, stworzył spektakl poświęcony źródłom teatru. Rotunda była częścią dawnego Domu Zdrojowego, który zmieniony został w galerię sztuki współczesnej. W półmrocznym wnętrzu Rotundy "widzów" było zawsze tyle samo ilu "aktorów". Spektakl szedł kompletami przez dobry rok i dla Łukasza-"aktora" stało się to przeżyciem niezwykłym, podobnie jak dla reszty zespołu i widzów. Jako młody człowiek nie do końca uświadamiał sobie, czym jest ów pokaz, inni pewnie także nie, lecz wszyscy czuli to samo: przebywając w tajemniczej, zwężającej się, ograniczonej białymi ścianami przestrzeni, wśród wciąż nowych konstelacji ruchu, gestu, dźwięku, wolno narastającego i niknącego światła, doświadczali nienazwanego. Odkrywali pokryte niepamięcią rytualne, być może nawet pierwotne źródła przekazu w sztuce.
Gadali z Mariko Ikeda prawie do północy i nie przeszkadzał im brak stosownego słownictwa z dziedziny teatru eksperymentalnego ani to, że są bacznie obserwowani przez hotelową obsługę, która nie pytając, serwowała co pewien czas wino, jakieś przekąski, kawę.
Nie zwrócili uwagi, że na restauracyjnym tarasie spędzili tak wiele czasu jako jedyni. Zajęci rozmową nie zauważyli, że najpierw zapalono świece, potem dyskretne światła i włączono nastrojową muzykę. Nie dostrzegli, że w końcu inni restauracyjni goście odeszli, a oni pod wisteriami pozostali sami. Odprężyła się trochę. Zaciekawił ją, czuł to, a jedwab rękawa jej bluzki wydał mu się niepokojąco interesujący. Bardzo bliski nawet. Zerknął na zegarek.
– Czas kończyć nasz "piknik nad wiszącą skałą". Jeżeli zostaniemy tu z minutę dłużej, kelnerzy spróbują nas pewnie udusić – powiedział.
Uniosła brwi i bezgłośnie się zaśmiała. Skłoniła się i wykonała lekki gest, jakby chciała dotknąć dłonią jego przedramienia.
– Dziękuję – powiedziała cicho. Nie dotknęła go jednak. Może zresztą jej gest wcale nie był tym, na co mógł wyglądać. W Japonii kontakt fizyczny mocno narusza konwenanse.
Gdy próbował zapłacić, znużeni, lecz służbowo uśmiechający się jeszcze kelnerzy pomachali przecząco dłońmi, co miało oznaczać: "Wszystko okej". Porozumiewawczo kiwnął głową i każdemu z nich włożył do górnej kieszeni białej koszuli solidny napiwek.
Pożegnali się w recepcji. Jej winda jechała w dół, jego schody wiodły na piętro. Niepewnie zaproponował wspólny wyjazd do Pompejów. Także się zawahała.
Przyjrzała się mu. Badawczo spoglądała mu w oczy, jakby ważąc decyzję, ale po chwili milczenia aprobująco kiwnęła głową: tak. Uzgodnili szczegóły.
5
Łukasz wstał wcześniej. Zapewne mógłby wszystko zamówić w hotelowej kuchni, ale nie wpadł na to. W pobliskim sklepiku kupił kilka małych podłużnych bułeczek, trochę sera i parmeńskiej prosciutto w plastrach, oliwki, czereśniowe pomidory, brzoskwinie, butelkę lekkiego wina. Schłodzone jeszcze wino włożył do grubego, termoizolacyjnego pokrowca.
Z zamrażalnika swojej hotelowej lodówki wyjął butelki z wodą, bryłami lodu właściwie. Zwyczaj mrożenia wody przyswoił sobie jeszcze w Bagdadzie. Rozmrażając się stopniowo, przez wiele godzin była potem przyjemnie zimna. Wszystko spakował do plecaka.
W głębi za recepcją znajdowała się amfilada pomieszczeń z impluvium, zbiornikami na wodę w posadzce. W czasach rzymskich przez otwór w dachu, który nazywano compluvium, spływała do nich woda deszczowa. Atrium, w którym czekał na Mariko, miało osobne, przeszklone wyjście na hotelowy dziedziniec.
Usiadł w głębokim klubowym fotelu przy białym marmurowym kominku. Wisiało nad nim duże lustro w przebogato zdobionej, złotej barokowej ramie z mocno rozbudowaną ku górze koroną. Lustra w tak wymyślnych ramach były w tym budynku porozwieszane wszędzie: w pokojach, na korytarzach, w salach restauracji, w salonach wypoczynkowych.
Zdobiły, ale sprawiały też, że wnętrza wydawały się optycznie lżejsze i większe. Na rozstawionych w wielu miejscach małych stolikach stały wazony ze świeżymi kwiatami. Floryści zwyczajnie szaleli. Niezliczone tu o tej porze roku strelicje utykali wszędzie. Sporo było też wymienianych codziennie orchidei. Łukasz miał niejasne wrażenie, że były tylko przestawiane. Bladoróżowy storczyk stoi dzisiaj w zielonym szklanym wazoniku na stole przy lustrze w atrium z parkietem, następnego dnia w wazoniku niebieskim ozdabia korytarzyk przy wejściu do hotelowego patio. Wzrok przyciągały intarsjowane i bogato inkrustowane meble. Załomy i wnęki salonu zastawiono regałami, które szczelnie wypełniały książki. Wcześniej, zanim poznał Mariko, wieczorami przeglądał je czasem: trochę malarstwa, trochę bogato ilustrowanych pozycji promujących różne regiony Włoch.
Zauważył także albumy poświęcone wykopaliskom Schliemanna i powieści. Zbiory opowiadań Turgieniewa w kilku językach wyeksponowano szczególnie. Wszystkie zawierały opowiadanie "Noc w Sorrento". Wypadało uhonorować byłych hotelowych gości.
Od ułożonej w biało-szary wzór marmurowej posadzki wyczuwał przyjemny chłód. Klimatu dodawała także ustawiona w impluvium nieduża fontanna. Marmurowy nagi chłopiec trzymał ułożoną na lewym ramieniu amforę. Niedużym strumieniem ciurkała z niej woda. Widział w tym wnętrzu pomieszanie stylów. Na suficie dopatrzył się fresku ewidentnie secesyjnego, ale co dziwne, nie czuł tu żadnej dysharmonii. Albo była to ręka i wyczucie smaku zdolnego architekta wnętrz, albo było to zbiorowe poczucie estetyki kolejnych pokoleń: tyle dodać jeszcze można, to lustro, ten fresk, ten dzban, a tego nie – bo wszystkiego będzie za dużo.
***
Gdy nadeszła, zauważył w jej twarzy zmianę. W pierwszej chwili nie był pewien nawet, czy rzeczywiście była to ona. Z jej rysów zniknęło napięcie. Wrażenie myliło jednak. Napięcie było, jednak mniej jednoznaczne niż poprzedniego dnia i wieczoru.
Z przyjemnością odkrył, że jest więcej niż urodziwa. Doszedł do wniosku, że jej pociągła twarz diametralnie odmieniła się wskutek zmiany nastroju. Była wyluzowana. Nawet uśmiechnięta. Co ciekawe, wyglądała też na nieco wyższą niż poprzedniego wieczoru. Szła dumnie wyprostowana, jakby opadłe z niej złe emocje przestały przyduszać ją do ziemi.
Wyglądała świeżo. Subtelnie. Jak bladoróżowy płatek kwiatu wiśni. I jak klasyczna turystka z Japonii, z nieodłącznym, bawełnianym kapelusikiem.
Spora ilość podróżnych w pociągu była im na rękę. Łukasz zajął dla Mariko miejsce siedzące, sam stanął nieopodal. Mogli mniej lub bardziej ukradkowo na siebie zerkać i się do siebie uśmiechać, ale bez konieczności prowadzenia konwersacji, która mogła mieć przebieg mniej otwarty niż wczoraj wieczorem.
Mariko miała wyjątkowo przenikliwe spojrzenie. Nie zauważył tego wcześniej. Gdy spoglądała na mijane cytrynowe sady, w źrenicach ciemnobrązowych, prawie czarnych oczu aż iskrzyło.
Z pociągu wysiedli na przystanku Pompei Scavi i udali się w prawo, ku antycznej Bramie Portowej, która zamykała miasto od strony morza i pompejańskiego portu rzecznego u ujścia rzeki Sarno. Pompeje były oblężone. Ani Łukasz, ani Mariko nie mieli pojęcia, że w poniedziałek wstęp jest wolny i jakie są tego konsekwencje. Zakłopotane uśmiechy. Gdy przy kolacji i butelce Amarone w sorrentyńskiej restauracji La Lanterna wspominali wieczorem przeżycia minionego dnia, oboje uświadomili sobie, że rano, w tej samej chwili, w niedający się wytłumaczyć sposób, przestali zauważać innych ludzi, że stali się oni dla nich odlegli, nawet nieobecni. Słoneczny żar bezlitośnie oplatał ruiny i spoglądające na siebie ukradkiem oczy: jedne ciemnobrązowe, prawie czarne, drugie jasnoniebieskie, z ciemniejszą obwódką wokół tęczówek. I dwa niespiesznie wędrujące cienie. Słowa. Gesty. I jeszcze coś nieuchwytnego.
***
Łukasz przygotował się. Miał szczegółowy plan miasta, dobrze ilustrowany bedeker oraz album ze zdjęciami ruin, na które można było nałożyć przeźroczyste folie z barwnymi rekonstrukcjami budynków, świątyń i placów sprzed katastrofy. Wspólnie doszli do wniosku, że nie chcą zwiedzać wszystkiego ani też zaglądać w każdy zakamarek.
Od pierwszych chwil poczuli atmosferę nagle umarłego miasta. Po ulicach wciąż jeszcze błąkały się osierocone emocje: strach i przerażenie. W ruinach świątyń ukrywał się żal, w zakamarkach domów publicznych czaiła się niemoc, a na cmentarzysku usytuowanym od południa za bramą Nuceriańską – zduszona wyziewami siarki, wciąż i wciąż dogorywała nadzieja tych, którym udało się dobiec aż tam. I tylko w koszarach gladiatorów było inaczej.
W chłodnym cieniu portyków i opustoszałych cel, wybawiona, głęboko oddychając, wypoczywała ulga: dla cudzej uciechy więcej już nigdy nikogo nie będzie bolało.
Usiedli na kamiennej bazie kolumny w obrębie dawnej bazyliki. Kiedyś zasiadali w niej sędziowie i roztrząsano sprawy handlowe. Na szczęście nie musieli niczego rozsądzać ani między sobą negocjować, bo zgodnie postanowili, by odbyć jedynie długi spacer i poznać pompejańskie malarstwo. Raczej pobieżnie jednak. Wyznaczyli sobie trasę w taki sposób, by przejść Pompeje wzdłuż i wszerz.
Pierwsze kroki skierowali ku willi z Misteriami, kawał drogi już poza obrębem murów miasta. W jednym miejscu, w różnych częściach budowli, znajdowały się wszystkie cztery rodzaje występującego w Pompejach malarstwa, którego rozkwit przypadł na czasy panowania Klaudiusza i Nerona. Bez cienia wahania czy niepewności oboje uznali, że malowidła przedstawiające rytuał wtajemniczenia w misteria dionizyjskie, któremu przygląda się właścicielka domu, wyszły spod pędzla jeżeli nie geniusza, to z pewnością prawdziwego mistrza.
– Nagasaki – powiedziała zamyślona Mariko, która przyglądała się ścianom ruin z resztkami antycznej farby i fresków.
– Nagasaki? – zapytał zaskoczony Łukasz, ale zreflektował się. – Tak, też umarło nagle.
– Zginęła tam prawie cała rodzina mojej matki, a ona sama ocalała, bo poprzedniego dnia przed nalotem dziadkowie wysłali ją do ciotki w Kioto. Długo po tym cierpiała i nie mogła dojść do siebie. Oglądałam zdjęcia z Nagasaki zrobione kilka dni po tym, co się stało, i to wszystko tutaj mi je przypomina. Puste warsztaty i sklepy, małe uliczne restauracje. I taka sama pustka. Przygnębiające. To dobry pomysł, żeby nie oglądać wszystkiego.
Oboje rozbawił przewodnik pokazujący coś grupie Japończyków. Kciuk postawiony pionowo, a palec wskazujący ustawiony poziomo oznaczały Włochów kiedyś: byli niscy, lecz szczodrze wyposażeni przez naturę. Palec wskazujący pionowo, a kciuk poziomo pokazywały Włochów dzisiejszych: proporcje się odwróciły.
***
Odważył się. Przepuszczając Mariko w przejściu, delikatnie, przez krótką chwilę dotknął jej ramienia. Chwilę na tyle krótką, by mogła to uznać za nic nieznaczący przypadek. I na tyle długą, by mogła poczuć ciepło jego dłoni.
Poczuła. Na mgnienie oka usztywniła się. Postarał się odwrócić jej uwagę. Prawą ręką wskazał ruiny Domu Wettiuszów po drugiej stronie ulicy, za skrzyżowaniem. Tam zmierzali. Po kilku krokach spojrzała na Łukasza. Z namysłem.
***
W Domu Wettiuszów przeżyli déja vu. W oczy rzucały się im cynobrowe ściany przedzielone czarnymi pasami z fryzem przedstawiającym skrzydlate amorki. Z fryzem, który był opowiadaniem. Amorki zbierające dla Psyche kwiaty i wykonujące różne zwykłe prace domowe. Amorki wytwarzające pachnące olejki, amorki-folusznicy, amorki wyrabiające biżuterię, rzemieślnicy piekący chleb i amorek, który sprzedaje uplecione z róż wieńce. Były też wyścigi amorków powożących zaprzęgami ciągniętymi przez antylopy. Powyżej, na ścianach, obfitość bogatych fresków na dowolny temat. Rozpustne nagie kobiety. Radośnie sterczące męskie przyrodzenia. Sceny mitologiczne. Bogowie. Pejzaże. Maski teatralne. Scenki rodzajowe. Wiele przypominało hotel. Bez całej tej erotycznej galanterii w pokojach, lecz jednak.
Zmęczyli się. Palące słońce, wilgotny upał. Krople potu na czołach. Milczeli. Po wyjściu z amfiteatru przysiedli w przewiewnym cieniu, na leżącym przy murze grubym pniu ściętej pinii. Wciąż jeszcze bardzo zimna woda przygotowana przez Łukasza przyniosła ulgę i Mariko zerkała na niego z wdzięcznością. Jej woda stała się nieprzyjemnie ciepła. W poruszanych wiatrem, jedwabistych włosach Mariko zaświeciła pojedyncza siwa nitka, przedwczesna raczej, a przy oczach, gdy się uśmiechała, delikatnie ożywały mimiczne kurze łapki. Poprzedniego dnia nie zauważył ich.
W miejscu nazywanym też skrzyżowaniem Holkoniusza skręcili w lewo, ku pompejańskim teatrom.
Piknik urządzili sobie na widowni ruin teatru nazywanego odeonem. Z prawej strony za sąsiada mieli klęczącego kamiennego atlanta, który podtrzymywał kraniec muru zamykającego widownię tuż przy scenie. Na kamiennych siedziskach Łukasz rozłożył mały kocyk. Gdy wyjmował jedzenie i przygotowywał posiłek, Japonka patrzyła na to więcej niż zaskoczona.
Dziwiło to Łukasza. Zaproponował wspólną wycieczkę i piknik, przygotował je zatem. Nie myślał o kulturowych różnicach, społecznych rolach płci ani o tym, że troska o wygodę partnerki nie dla wszystkich jest oczywista wszędzie tam, gdzie kwitnie egoizm, a ludzie nie odczuwają wobec siebie zwykłego szacunku. I że nie jest to oczywiste dla Japonki.
***
Powrócili do hotelu koło czwartej. Choć był to dopiero początek maja, z nieba lał się żar i wszystko domagało się sjesty. Umówili się na kolację, po czym rozstali się w recepcji.
Po prysznicu w chłodzie klimatyzacji i z kubkiem chłodnej, niedopitej rano kawy powrócił do niedokończonej lektury, pierwszego tomu starego wydania "Obrazów Włoch" Muratowa "Rzym". Autor był historykiem sztuki, dla którego po ucieczce z bolszewickiej Rosji na początku lat dwudziestych nową ojczyzną stała się kultura Włoch. Łukaszowi zapadło w pamięć wyznanie Muratowa, że trudno jest opisać istotę Rzymu, gdyż splata zbyt wiele ulotnych wrażeń, które wypełniają każdy dzień pobytu w tamtym mieście, i chociaż pamięta się tylko niektóre, to jednak są one istotą pozasłownego uroku tego miasta.
***
Swoim zwyczajem przyszedł trochę wcześniej. W recepcji, przy kontuarze, stał majordomus i uważnie przeglądał jakieś dokumenty. Gdy zobaczył Łukasza, rozpromienił się.
– Mam nadzieję, że pobyt w naszym hotelu odpowiada pana oczekiwaniom? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. Z pewnym wahaniem zadał kolejne pytanie: – Pani, która zajmuje apartament na drugim piętrze, także jest zadowolona, jak sądzę?
– Tak, tak, pani z apartamentu na drugim piętrze także cieszy się z pobytu w Sorrento. Myślę... – Łukasz chciał dodać coś jeszcze, ale zauważył nadchodzącą Mariko. W zwiewnych jedwabiach, z subtelnie przydymionymi, kocimi oczami i w delikatnych sandałach na niewysokim obcasie wyglądała olśniewająco. Miała lekki, dziewczęcy chód.
Zmieszali się. Piękna, powabna? Seksowna? Jej uroda nie dawała się łatwo opisać.
By Japonka nie domyśliła się, że rozmawiali o niej, Łukasz zadał majordomusowi pytanie, którego nawet nie musiał "zagrać". Zabrzmiało naturalnie.
– Byliśmy dzisiaj w Pompejach. Jest tam taki dom, w którym rzuciło się nam w oczy to, że hotelowe atria, rzeźby i freski są podobne.
– Willa braci Wettiuszów. Dorobili się już jako wyzwoleńcy. Przez trzy lata, od tysiąc dziewięćset piątego roku, rezydował u nas lord Astor. Tak bardzo spodobał mu się tamten dom, że na własny koszt dobudował do hotelu "pompejańską willę", prawie dokładną kopię tamtego. Przesiadywał na tarasie, o tam, pod pergolą z glicyniami. Już wtedy tam rosły. – Uniósł brwi i wskazał głową kierunek. – Lubił słuchać ekstatycznego śpiewu syren, jak mawiał.
– Ale litografie Salvadora Dalego i ceramiki Picassa w korytarzu prowadzącym do tej restauracji to raczej nie są kopie? – zaciekawił się Łukasz.
– Nie, rzeczywiście nie. Dalí i Picasso też bywali tu gośćmi. Ofiarowali je na pamiątkę. Interesujące, prawda? Bywają tu i pisarze, i poeci. Niektórzy goście są bardzo zadomowieni.
6
Następny dzień zaplanowali już wspólnie. Przejażdżka samochodem wzdłuż całego półwyspu Costiera Amalfitana od Positano, Praiano, poprzez przyklejone do skalnych zboczy Amalfi i Ravello, aż do Salerno i antycznej kolonii greckiej Posejdonii, późniejszego Paestum włącznie. Samochód wynajęli w firmie, którą polecił majordomus. Gwarantował, że pojazdy stamtąd nie miały brzydkiego zwyczaju psucia się po kilku kilometrach, zwłaszcza w okolicy, gdzie na wszelki wypadek ze strachu nie kręci się nawet diabeł.
W Ravello zatrzymali się przy via Santa Chiara. Nie mogli sobie odmówić łyka kawy w małym, bardziej niż luksusowym hoteliku Villa Cimbrone i spaceru po jego nastrojowym, pełnym aromatów cienistym ogrodzie, które człowiek widuje tylko w kolorowych snach.
Był to dzień kulinarnej rozpusty. Zaglądali tylko do małych, pustawych restauracyjek na uboczu, z kilkoma stolikami ledwie, w których spotkać można jedynie jedzących Włochów i gdzie byli przyjmowani wprawdzie gościnnie i ciepło, ale jednak ze zdziwieniem. Zaciekawione spojrzenia zdawały się pytać: "Czego tu szukają? Pobłądzili czy jak? Tu nie ma frytek".
Zamawiali proste przekąski i lekkostrawne miejscowe dania, a chociaż na stołach nie było grubych warstw obrusów, nie mogli się nachwalić serwowanych tu potraw. Zupa rybna z barweny z ogonami homarów i małżami serwowana była z zielonym pieczywem w postaci bagietek. Ich kolor, jak wyjaśnił kelner, uzyskuje się poprzez wypiek z dodatkiem młodych pokrzyw. "Wodne szaleństwo", czyli pikantna i zawiesista aquapazza z okonia morskiego z papryką i bakłażanami nie mogła się zdecydować, czy jest zupą, sosem czy drugim daniem.
Autentycznie miejscowe okazało się rago?t ze skorpeny brązowej z pasta paccheri z niedalekiego Gragnano i karczochy w sosie z pora oraz krewetkowego masła. Nieznana im wcześniej ryba z delikatnym mięsem, która nazywała się kurek, była cała czerwona. Podano ją w przesmażonych warzywach, które rozłożono na szynce ze świń karmionych żołędziami.
Wybierali różne potrawy i częstowali się nawzajem.
Syci i – o dziwo – nieprzejedzeni, wrócili po południu. Klimat wymagał zwyczajowej już sjesty i odświeżenia się. Na rzadki o tej porze roku upał kręcili nosem nawet Włosi.
Wieczorem, gdy rozgrzani grappą wracali z kolacji, w recepcji oprócz recepcjonistki natknęli się także na zamyślonego majordomusa. Stał zwrócony do dużego okna z widokiem na niknącą w półmroku zatokę i popijał kawę. Gdy usłyszał odgłosy kroków przy wejściu odwrócił się, podszedł do kontuaru i odstawił filiżankę. Nagle ożywił się wewnętrznie.
– Prosimy o klucze do naszych pokoi. Numery... – Łukasz nie dokończył. Zaskoczył go majordomus. Zrobił minę człowieka, który niczego nie rozumie i wzruszając ramionami, bezradnie rozłożył ręce. Łukasz i Mariko spojrzeli na siebie zdumieni. Łukasz domyślił się jedynie, że to, co majordomus mówi do nich szybko po włosku, oznacza, że nie zna żadnych języków i w ogóle nie rozumie, czego chcą. Zapachniało psikusem. Zdawała się to potwierdzać rozbawiona mina dziewczyny z recepcji. Pierwszy zreflektował się Łukasz.
Na każdy wyjazd zagraniczny zabierał miejscowe rozmówki i słowniki. Zwykle uczył się kilku codziennych zwrotów grzecznościowych, turystyczno-zakupowych i hotelowych.
Przeoczył lub zapomniał prośbę o klucz do pokoju. Nic. Pustka. Zmieszał się. Rozpoczęta gra wymagała jednak improwizowanego zakończenia, szybkiej reakcji.
Łukasz milcząco wskazał swoje uszy i usta. "Nie słyszę", "nie mówię".
Zaciekawieni tym majordomus i recepcjonistka podchwycili grę, znacząco kiwając głowami na znak: "rozumiemy". Łukasz wyjął z plecaka szkicownik.
Narysował figurkę kobiety i wskazał Mariko: "ona".
"Rozumiemy".
Figurka mężczyzny. Wskazał na siebie: "ja".
"Rozumiemy".
Wykonał szkic hotelu od strony morza. Wskazał palcem Mariko, jej figurkę i okno z tarasem. Wskazał na siebie, figurkę i swój balkon.
"Rozumiemy".
Strzałkami połączył figurki, okna i dorysował dwa klucze, które połączył z figurkami. Niespodziewany rozwój sytuacji zainteresował majordomusa i dziewczynę, choć pewnie żart ten robili nie pierwszy raz.
– Przy wyborze hotelu zdałem się na intuicję, ale warto było – powiedział Łukasz, by rozmową pokryć jakoś swoje zmieszanie, i dodał: – Przed przyjazdem tutaj rozmawiałem telefonicznie z matką. Przypomniała sobie, że moja babka w trakcie podróży poślubnej przez pewien czas przebywała w Sorrento. Chciałem to sprawdzić. Niestety mama nie znała zbyt wielu szczegółów. Istotne było to, że hotel "wisiał" nad urwiskiem i że gdy stali na balkonie, z prawej strony widzieli port, do którego zawijały statki i łodzie rybackie. Żaden inny nie ma Marina Piccola z tej strony. Czyli chodzi o ten hotel albo o sąsiedni.
– To pewnie zdarzyło się w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym albo czterdziestym szóstym roku, prawda? – zapytał majordomus, poważniejąc.
– A skąd takie przypuszczenie? – zdziwił się Łukasz.
– W okolicy stacjonowało wtedy wielu Polaków, żołnierzy z armii generała Andersa. Potem nie nocował tu już żaden – odparł majordomus. Usta rozciągnął mu szeroki uśmiech. Najwyraźniej spodobał mu się widok zaskoczonej twarzy Łukasza.
– To robi wrażenie. Ci Polacy. I jeszcze nazwisko dowódcy?
– Wychowywałem się tu i interesuję się przeszłością. To ja napisałem historię hotelu.
Mariko wzięła z ekspozycji odpowiedni folder i podsunęła mu do podpisania. Jej prośba najwyraźniej sprawiła mu przyjemność.
– Bardzo mi przykro, ale niestety myli się pan – zauważył Łukasz. – Moi dziadkowie podróż poślubną odbyli rok czy dwa przed pierwszą wojną.
Włoch zmarszczył brwi. Zapadło milczenie. Łukasz pomyślał, że go obraził. Było to całkiem prawdopodobne.
– Proszę usiąść i chwilę zaczekać. – Majordomus zapraszająco wskazał na stojące w holu foteliki, szepnął coś recepcjonistce i zniknął w korytarzu prowadzącym na zaplecze, do znajdującego się tam biura. Dziewczyna zaserwowała w szklankach zimne soki. Raczej nie wyglądała na Włoszkę. Jasna karnacja skóry, naturalnie jasne włosy i niebieskie oczy. Mogła jednak pochodzić z północy, z Alp.
– Czy pochodzi pani z Veneto albo Górnej Adygi? – zapytał, by przerwać milczenie.
– Nie, jestem z Oslo. Przyjechałam na praktykę. Wymiana studencka – wyjaśniła.
Łukasz roześmiał się i przeprosił. Zrobiło mu się głupio. Norweżka.
– Jest tu na praktyce jeszcze dziewczyna z Irlandii i Hiszpanka. Uczymy się w szkole hotelarskiej w Londynie.
Rozmowę przerwał powrót majordomusa, który trzymał w rękach dwie grube księgi formatu trochę większego niż A4. Oprawione były w grube okładki z klasycznie weneckim, marmurkowym wzorem. Wyzłocone grzbiety kartek poszarzały, a w najczęściej dotykanych miejscach starły się trochę i wybrudziły, ale mimo to nie utraciły zbyt wiele ze swojej dawnej świetności. Księgi meldunkowe z roku tysiąc dziewięćset dwunastego i tysiąc dziewięćset trzynastego.
Złośliwość mająca udowodnić nieprawdę czy zainteresowanie miłośnika historii?
Mariko znacząco spojrzała na Łukasza. Pewnie pomyślała to samo. Wypielęgnowany palec majordomusa prześlizgiwał się po rubrykach. Wolno. Strona po stronie.
Czasami przystawał. Natykał się na nazwiska znane mu nie tylko z tej księgi.
Z niepozbawioną wyższości dystynkcją przewracał karty, ale w pierwszej księdze nie znalazł, czego szukał. Gdy zamykał ją, zza wakatu przed tylną okładką wysunęła się i upadła na posadzkę wyblakła, spora jasnokremowa koperta. Schował ją z powrotem i odłożył księgę na stolik. Zajął się przeglądaniem drugiej. Wolno. Strona po stronie. Na jego twarzy narastało rozbawienie. Sardonicznie uniósł brew.
– Bardzo mi przykro, nie znalazłem – powiedział, gdy skończył.
– A czego pan szukał? – zapytała z zainteresowaniem Mariko.
– Pewnego nazwiska. Obawiam się, że pana babka raczej nie przebywała w naszym hotelu. – Mówiąc to, zwrócił się do Łukasza, który nie zmieszał się jednak i na kartce napisał nazwisko rodowe swojej matki. Już wcześniej domyślił się błędu majordomusa i teraz tylko czekał.
– Proszę sprawdzić to nazwisko. Tak nazywali się rodzice mojej matki. Jeżeli szukał pan mojego nazwiska, popełnił pan błąd, bo mam je po ojcu.
Tylko po oczach można było poznać, że majordomus uświadomił sobie faux pas.
– Tak, oczywiście – powiedział bez cienia emocji, zabierając się do ponownej lektury rubryk. Wolno. Strona po stronie. Napięcie udzieliło się również Mariko. Wpatrywała się w nazwiska pieczołowicie wpisywane do księgi przez dawnych recepcjonistów i porównywała z tym, które drukowanymi literami napisane było na kartce.
Znalazło się. Matylda i Szczepan.
– Poddani cesarza niemieckiego? Co to znaczy? – zapytała Mariko.
Odpowiedział majordomus. Uprzedzając Łukasza, najwidoczniej starał się za wszelką cenę zatrzeć niezbyt miłe wrażenie po sprowokowanej przez siebie sytuacji.
– Polski nie było wtedy na mapie. Prusy, Austria i Rosja wspólnie najechały na Polskę, podzieliły jej terytorium na trzy części i zaanektowały te ziemie. Koniec osiemnastego wieku, prawda? – wyjaśnił. Łukasz skinieniem głowy potwierdził.
– Byli tu prawie sto lat temu – zauważył i zamknął księgę, którą w trakcie wyjaśnień Włocha bezwiednie położył sobie na kolana. Księga była przechylona i wyblakła koperta raz jeszcze upadła na podłogę. Majordomus podniósł ją i wykonał gest, jakby chciał ją włożyć z powrotem do księgi. Cofnął jednak rękę i zaciekawiony zajrzał do środka.
W kopercie znajdowała się złożona kartka papieru, która zapisana była gęsto równym pismem, i dwie nieduże akwarelki wielkości kartki z zeszytu.
Przeczytał i spojrzał na Łukasza. Z uwagą.
Bez słowa podał mu akwarele. Kartoniki, na których były namalowane, zżółkły, kolory akwarel trochę wyblakły. Jedna przedstawiała bukiet kwitnących strelicji, na drugiej widniał pejzaż Zatoki Neapolitańskiej widziany najpewniej z okna hotelu. Nastrojowe, pełne subtelnego uroku. Lekkie pociągnięcia pędzli, miękki modelunek. Kompozycyjnie nienaganne, technicznie bez zarzutu.
Majordomus wskazał pięknie wykaligrafowane dedykacje. Łukasz nie znał francuskiego, raptem kilkadziesiąt słów, ale to zrozumiał.
"Dla drogich przyjaciół". I podpis: "Mathilde".
– Pozwoli pan, że się przedstawię – powiedział Włoch, wstając. Wstał i Łukasz.
Mariko oniemiała.
– Nazywam się Ettore Bartoli. Moja rodzina pracuje w tym hotelu od kilku pokoleń. Obrazki, które pan widzi, namalowała pana babka, a w liście, który przeczytałem... – Ettore Bartoli zamyślił się, ciężko westchnął i sprawiało to wrażenie, że szuka właściwych słów. – Ktoś chyba o nim dawno temu zapomniał. To jest list od mojego pradziadka do tego z naszej rodziny, który będzie miał okazję poznać panią Mathilde. Obawiam się, że do takiego spotkania jednak raczej już nie dojdzie, prawda? – zapytał.
Łukasz uniósł brwi i kiwnął głową.
– Wygląda na to, że dług wdzięczności, jaki zaciągnął u pana babki mój pradziadek, będę mógł spłacić ja. Panu. To dług honorowy i muszę.
Zapadła cisza.
– Dług honorowy? – wyrwało się Łukaszowi.
– To jakaś akcja? Ukryta kamera? – spytała jeszcze bardziej zdumiona Mariko.
– Chyba jednak nie wszystko rozumiem – zauważył zaskoczony Łukasz.
Pamiętał, że dawno temu, gdy był mały, na temat babki usłyszał od swojej matki coś dziwnego. Nie pamiętał, co to było. Nie znał jej, zmarła, opiekując się nim, gdy miał pół roku.
Włoch, w dalszym ciągu nieco zmieszany, zwrócił się do Mariko:
– Proszę wybaczyć, ale zmuszony jestem porozmawiać z panem Łukaszem – zawiesił głos. – Tylko my dwaj. To nie potrwa długo.
Nie czekając na Łukasza, Bartoli odwrócił się i skierował do pustego hotelowego patio.
Szli do bramy w murze otaczającym hotel, po czym robili zwrot i zmierzali ku schodom wejściowym do Villa Pompeiana. Czasami przystawali, jakby w tych właśnie chwilach była mowa o czymś istotniejszym. Włoch wyglądał na człowieka, który musi coś dokładnie wyjaśnić. Łukasz głównie słuchał, czasami wtrącał pytanie. W pewnym momencie przystanęli. Patrząc sobie w oczy, po wyraźnej chwili wahania podali sobie ręce jak ludzie, których sporo dzieli, ale którzy doszli do jakiegoś porozumienia. Potrząsali dłońmi dłużej, niż wymagał tego zwykły objaw szacunku. Wprawdzie Mariko wychowała się w innej kulturze, ale zrozumiała, że obaj zatopieni byli w świecie własnych myśli.
– Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśniło? – zapytała.
– No, nie do końca – odpowiedział Łukasz z zakłopotanym uśmiechem.
– Ale przynajmniej wiemy, co trzeba zrobić – dodał Majordomus. – Zwłaszcza ja.
– Tajemnice sprzed lat? Jakieś nieślubne dziecko, ukryte skarby? – ironizowała.
– Nie, nic aż tak dramatycznego. Muszę odnaleźć parę dokumentów, a potem wspólnie z panem Łukaszem się zastanowimy – wyjaśnił Ettore Bartoli.
Przy windzie Mariko spoważniała. Łukasz zwykle nie odprowadzał jej dalej, tu się rozstawali. Badawczo na niego spojrzała. Odniósł wrażenie, że chce o coś zapytać.
– Tak? – zagadnął, by jej to ułatwić.
– Uświadomiłam sobie, że nic o tobie nie wiem. Miło się z tobą przebywa, rozmawia i zwiedza. Po tym, co przeszłam, czuję się teraz, jakbym dzięki nieznanej mi magii trafiła do zupełnie innego świata. Kim jesteś i jak to się dzieje, że przy tobie wszystko wydaje mi się prostsze? Trzy dni temu rozstałam się z mężem, a mam wrażenie, że minęły lata. Nie czuję z tego powodu żadnych... No po prostu: było i nie ma. Żadnego smutku czy zmartwień. Do tej pory w moim życiu wszystko miało swoją kolej i swój porządek. Wiedziałam, co robię i co będzie jutro. I czego się ode mnie oczekuje. I jak powinnam się zachowywać, żeby nie naruszyć żadnej z zasad. A dzisiaj nie wiem, co będzie jutro, i wcale mnie to nie zastanawia. Jak nastolatkę na wakacjach. Amnezja? Jakaś choroba? Dlaczego jest mi z tym dobrze, a przy tobie czuję się bezpiecznie? – Oczy Mariko iskrzyły. Nie znał odpowiedzi. – Czy wiesz, Lukas, że w języku japońskim znak kanji, który oznacza bezpieczeństwo, składa się z dwóch innych znaków? Ze znaku "kobieta" i "dom"? – zapytała.
"Mądre" – pomyślał. Kobieta. Dom. Bezpieczeństwo. "A zdrada?" Nie był naiwny. Milczał. Z przyjemnością i uwagą przyglądał się jej twarzy. Pierwszy raz jawnie.
Mariko pierwszy raz zwróciła się do niego po imieniu.
– Tyle pytań. Może Mariko, która sporo przeszła, spotkała tamtą Mariko, pełną intuicji marzycielkę. Może ta starsza nie pozwoli młodszej robić głupot, a młodsza starszej na nowo ugrzęznąć w przewidywalnej codzienności. Może obie wolne były od dawna, a ja... O czym tu gadać. Krzyżówki Matki Teresy ze Świętym Mikołajem nie trzeba się obawiać.
Uśmiechnęła się, ale nie wiedział, że skryła tym zakłopotanie. Zetknęła się ze światem pojęć i metafor, których nie znała. Czuła, że ma do czynienia z człowiekiem zamkniętym w sobie, którego niełatwo wciągnąć w rozmowę o życiu, o partnerskich emocjach i namówić na wspólne przegryzanie się przez istotę i źródła międzyludzkich relacji.
– Co do jutra, wspólnego być może... – zawiesił głos, a Mariko wytężyła słuch, sądząc, że jednak otworzy się choć trochę i spod grubych ochronnych skorup usłyszy coś intymnego. – Jutro... proponuję wyskoczyć na Capri.
– Wariat – oświadczyła odważnie. Rozbrojona jego propozycją pokręciła głową.
Pożegnali się jak starzy przyjaciele.
7
Rejs statkiem na Capri przypominał jazdę zatłoczonym metrem w godzinach szczytu.
Dalszy plan zakładał przejażdżkę po morzu motorówką z Marina Grande w kierunku La Grotta Azzurra. Dopiero kolejna przesiadka spowodowała, że wpół leżąc, wpłynęli chybotliwą łupiną do Lazurowej Groty, dawnego rzymskiego miejsca kultu nimf. Łukasz nie bardzo wiedział, dlaczego tak postąpił. Podczas gdy rzesza turystów wysypała się ze statku i zmierzała do szynowej kolejki linowej, która kursuje z portu do położonego na górze miasta, on pociągnął Mariko na nieduże betonowe molo, skąd odpływały motorówki do Lazurowej Groty. Nigdy nie słyszał, z pewnością nie pamiętał, by czytał, o jakiej porze najlepiej znaleźć się w grocie. Nie wiedział też, że tłumy na motorówkach, a potem w łódkach, które czekały na możliwość wpłynięcia do groty, bywają nie mniejsze niż ciżba u wejścia do watykańskich muzeów czy Koloseum w Rzymie. Na szczęście przed Lazurową Grotą czekały tylko dwie łodzie motorowe. Gdy wracali, na kotwicy stała już cała flotylla, a nadpływały następne.
Był poranek, jak się okazało, pora wręcz idealna. Słońce świeciło prosto w otwór groty, a odbite od dna rozproszone światło powodowało, że woda grała wszystkimi swymi odcieniami. Nieskazitelny lazur współistniał z nieskazitelnym szafirem i niezliczoną ilością innych, równie nieskazitelnych odcieni błękitu.
Dłonie zanurzone w wodzie stawały się świetliście srebrzyste, a wrażenia, już całkiem nie do opisania, zaczęły się wymykać słowom, gdy za dłonią, która wzburzała wodę, ciągnęły się warkocze jaśniejących nieziemskim światłem i unoszących się do góry pęcherzyków powietrza.
By wpłynąć do groty, należało ułożyć się w łódce częściowo na wznak. Prześwit między skałą a nieznośnie falującą wodą, na której unosiła się łódka, miał nie więcej niż sześćdziesiąt centymetrów. Włoch przewoźnik, wielkie i silne chłopidło, od którego czuć było tanim winem, zajmował miejsce z przodu. Sękatymi dłońmi łapał podczepiony do skalnego sklepienia łańcuch i siłą swych mięśni przeciągał łódkę do środka. Wyprostowanymi sztywno i uniesionymi rękoma zmniejszał też chybotanie i wznoszenie łódki.
Pytany po powrocie, Łukasz nie umiałby odpowiedzieć, jak długa jest gardziel groty.
Do łódki wsiadł jako pierwszy i asekurował przesiadkę Mariko z kilkunastosobowej motorówki. Z racji ciasnoty usiadł z podkurczonymi kończynami, a przy wsiadaniu oparł się o konstrukcję rufy i zwiększył przestrzeń dna, która przypadała Mariko. Rozchylił swoje nogi i przycisnął do burt. Przed wpłynięciem do groty, przewoźnik wytłumaczył, jak się zachować podczas pokonywania niskiego przesmyku. Mariko, która siedziała przed Łukaszem, oparła się dłońmi o krawędzie łódki, nieznacznie uniosła i cofnęła w jego kierunku.
Miękkim ruchem odchyliła się do tyłu, oparła plecy o tors Łukasza, a głowę delikatnie ułożyła mu na barku. Wokół pachniało morską wodą. Wodorostami. I przestało.
Poczuł mgławicę zapachów Mariko. Dyskretnych, przedpołudniowych letnich perfum, woń szamponu z mirrą, która delikatnie otulała jej włosy, i podniecającą, zmysłową nutę rozgrzanego słońcem kobiecego ciała, które skropiły drobiny słonej morskiej piany. W grocie, mimo kilku metrów wolnej przestrzeni nad głową, Mariko nie wyprostowała się i nie zmieniła pozycji. Na szczęście nurtujące Łukasza pytanie, co w takiej sytuacji ma zrobić z dłońmi, rozwiązała przyroda. Należało trzymać je w wodzie. W dużej ilości chłodnej wody, nawet gdyby nie opalizowała odbitym światłem słońca. Czas krążenia we wnętrzu groty to było kilka najdłuższych minut w dotychczasowym życiu Łukasza.
Po wypłynięciu i wejściu z powrotem na pokład motorówki Mariko skromnie usiadła na ławeczce obok i na ile to było możliwe, zachowała sporą przestrzeń prywatną.
Wpłynąwszy do portu, skierowali się do kolejki, która teraz nie była przepełniona.
Zbocza góry porastały niezliczone drzewka cytrynowe. Wprawdzie rejs do groty nie zmęczył ich, ale postanowili wpaść gdzieś na kawę. Nie okazało się to łatwe, ale wolny stolik znaleźli na samym La Piazetta, głównym placu Capri, w kawiarni przy schodach wiodących do kościoła. Cień parasola sprzyjał rozleniwieniu. Przyglądali się mijającym ich przybyszom z różnych stron świata. W Mariko odezwała się stereotypowa turystka z Japonii.
Dziwnym wzrokiem odprowadzała swoich rodaków, a zwłaszcza trzymane przez nich torby z nazwiskami projektantów mody. Łukasz pomyślał, że lepiej nie proponować jej teraz oglądania żadnych ruin ani nie wychylać się ze znajomością historii.
– Pospacerujmy – zaproponował ostrożnie. – Obejrzymy miasto...
– Świetnie! – przytaknęła skwapliwie i wstała. Nie dopiła nawet kawy i Łukasz nabrał złych przeczuć. Nie pozostawało nic innego, jak ruszyć. Spojrzał na plan miasta. Zauważył, że podążając większymi ulicami, przy których – jak się słusznie spodziewał – będą jasne witryny sklepowe, a na każdej znane nazwisko, dotrą do położonych nieopodal centrum Ogrodów Augusta, a potem zawrócą na sklepowy szlak i ku centrum wrócą innymi ulicami.
Zaciekawiony zerkał na to, co oglądała, i odkrył, że miała gust. Nie zwracała uwagi na to, co akurat modne. Przypomniał sobie wypowiedziane dawno temu słowa na temat poczucia stylu i dobrego smaku. Jako projektantka Marcella dobrze wiedziała, co mówi: "Nie masz gustu, bądź modna. Gustu nie będziesz miała w dalszym ciągu, ale mało kto to zauważy".
Nie było tak źle. Nie wszędzie wchodzili i nie wszystko z tego, co oglądali, kupowała. Czasami spoglądała na niego, szukając aprobaty. Kiwał wtedy z uznaniem głową albo śmiesznie się marszczył i wyginając usta w podkowę, przeczył. Przyglądał się jej uważnie.
Szczupła, zgrabna, przewspaniałe jędrne pośladki. Przewspaniałe piersi. Podniecała. "Małe trzydzieści osiem" – pomyślał. Zachowanie dyskrecji przychodziło mu z trudem.
"W tym wyglądasz rewelacyjnie". "Zapomnij". "Dobrze leży, ale może inny kolor".
Było gorąco i pewnie dlatego nie zainteresowała się niczym poważnym, na przykład garsonkami, ale po pewnym czasie ilość niesionych przez niego toreb urosła i tak.
Apaszki Herrery i Hermesa. Płytkie czółenka i sandały od Prady. Bluzki Chanel. Romantyczna, fantazyjna w kroju, bo z dolnym brzegiem o nierównej długości, na niezbyt szerokich ramiączkach, bogato umarszczona i rozkloszowana, biała letnia sukienka od Vivienne Westwood. Cała w kiściach winogron. Mariko szła rozpromieniona, jakby wracała z wyprawy po złote runo. Jako ostatnia przybyła spora, matowozłota torba z firmowego sklepu Bilancioniego. Łukasz niósł w niej dwa mięsiste męskie swetry z wyjątkowo delikatnego kaszmiru. Kupił je sobie za namową Mariko. Zauważył, że na Capri nie jest wcale taniej niż przy rzymskiej via Condotti czy w mediolańskim Quadrilatero della moda.
Usytuowane w południowej części wyspy Ogrody Augusta sprawdziły się jako punkt docelowy przechadzki. Głęboki cień rzucany przez rozłożyste pinie i różne gatunki palm pozwolił trochę odetchnąć. Wszędzie kwitły rozrośnięte oleandry. Ich zapach działał na oboje jak pierwsza połowa rekompensaty za upał, bo za drugą, z wysokości ukwieconego tarasu widokowego nad skalnym urwiskiem, uznali widok wyłaniających się z morza, wyniosłych skał Faraglioni.
Znalezienie o tej porze stolika w restauracji graniczyło z cudem. Trochę zrezygnowani dochodzili już z powrotem do Piazetty, gdy odkryli nieduży stolik zwalniający się akurat u Isidoro. Restauracja była oblężona przez wygłodniałe tłumy, a kelnerzy i kelnerki biegali jak w ukropie. Nie ryzykowali i zamówili to, co wszyscy. Pizza, woda i małe karafki stołowego wina.
– Nie rozczarowałaś się spacerem? – zapytał, patrząc na torby.
– Zrobił się nawet przyjemny. Nie sądziłam, że zakupy mogą intrygować – odparła. Miał wrażenie, że czegoś nie dopowiedziała. – Nie wyglądałeś na takiego, który traci czas – dodała. – Mogłam liczyć na pomoc i nie musiałam się spieszyć, ale to, że zacząłeś wybierać za mnie, zburzyło mi światopogląd. Zapamiętam to sobie, bo to było fajne. Zakupy dla mnie to relaks. A dzisiaj... – zawahała się.
– A dzisiaj były potrzebne. Terapia – wszedł jej w słowo. Wolał nie ciągnąć tego tematu. – Ale w oczach nie miałaś zakupowego amoku. To już coś.
Roześmiała się i kpiarsko mrużąc oczy, dodała:
– Nic wielkiego. Lata praktyki i doświadczenie. Skrywam to nawet przed sobą.
Gdy jedli, z przyjemnością zauważył, że wyciszyła się wewnętrznie. Nagle coś sobie uświadomił. Krótka decyzja. Sytuacja wymagała improwizacji.
– Wiesz? – zwrócił się do jedzącej wciąż jeszcze Mariko. – Pozwól, że na kilka minut cię opuszczę. Znajomy prosił mnie, bym kupił mu coś, co można dostać tylko tu, na Capri. To niedaleko. Zaraz wrócę.
Skłamał. Zaskoczona, kiwnęła głową. Miała pełne usta, o nic nie zapytała. Zapamiętał, że kilkadziesiąt metrów dalej, za zakrętem ulicy, był sklep jubilera. Gdy przechodzili, zerknął na wystawę. Teraz, w restauracji, podczas rozmowy uzmysłowił sobie, że zauważył tam coś, co pasowałoby do Mariko.
Na przykład do sukienki, którą zresztą sam jej wskazał. U jubilera wycelował palcem w szeroką, zdecydowaną kolorystycznie bransoletkę. Złoto oprawy, emaliowana secesyjna kompozycja z linii Libusza projektu Frey Wille według Alfonsa Muchy. Niecierpliwie spoglądał na zegar, ale chociaż atmosfera pośpiechu udzieliła się obsłudze, to jednak przytomnie domyślili się sytuacji.
– Zapakujemy jako prezent – powiedział starszy sprzedawca, może właściciel.
Ozdobną torebkę z nazwą i adresem sklepu Łukasz włożył do większej, bez nadruków. Nie trwało to długo. Gdy wrócił, kelnerka właśnie zabierała talerze. Zamówił jeszcze espresso doppio i po kieliszku piemonckiego barolo, wina spełnienia.
***
Wyluzowana Mariko opowiedziała o sobie trochę więcej. Z mężem poznali się na studenckiej imprezie u wspólnych znajomych. Łóżko, ślub, obie rodziny sfinansowały im mieszkanie. Praca. Coraz więcej pracy. W jej wypadku – spokojnej naukowej. Często wyjeżdżała na zagraniczne sympozja i wykłady do innych ośrodków uniwersyteckich w Japonii. On zasiadał w zarządzie potężnej korporacji. Praca stresująca, odpowiedzialna, czasochłonna. Awanse: ona z czasem została wykładowcą, on – dyrektorem całego sektora produkcji. Dalej typowo: żona daleko, koleżanka z pracy blisko. I jeszcze: wczesny kryzys wieku średniego.
Układ, który pod każdą szerokością geograficzną wygląda zawsze tak samo.
On – pewnie ani gorszy, ani lepszy od innych mężczyzn.
Ona – pewnie ani gorsza, ani lepsza od innych partnerek.
Ot, dawna pomyłka młodych ludzi, do której z latami przylgnęły niedomówienia, próby odnajdywania świętego spokoju i która grzęzła w niechcianych codziennościach.
Aż dotarła do kulminacji. I pękła.
***
Za rattanowym fotelem Łukasza stała duża drewniana donica z ciemnopomarańczowo kwitnącym hibiskusem. Gdy w pewnym momencie Mariko obróciła się, oderwał jeden kwiat i manipulując pod stołem podczepił do kokardy na pudełeczku.
Na kolejną chwilę nieuwagi nie musiał nawet czekać.
– Zamówię jeszcze lody – zaproponowała i odwróciła się, szukając wzrokiem obsługi.
To wystarczyło. Mariko zaniemówiła. Nie wierzyła własnym oczom. Na stoliku przed sobą miała satynowe, ciemnoniebieskie pudełko z karminową kokardą oraz pomarańczowym hibiskusem. Szybkie spojrzenie na Łukasza.
– Tego tu nie było – oświadczyła.
– Magia – odpowiedział wprawdzie z uśmiechem, ale zmieszany i niepewny dalszych reakcji Japonki. Były wyraziste. Zaskoczenie. Radość. Popłoch. Ciekawość.
– Mogę? – zapytała. Potwierdzająco kiwnął głową. Delikatnie zsunęła wstążkę, nie niszcząc kokardy. Otworzyła. Takiego zdumienia na twarzy kobiety dawno nie widział. Pojaśniała radością. Głęboko westchnęła. – Cudowne – wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy. Opuściła głowę. – Dziękuję. Dziękuję, panie czarodzieju – dodała cicho.
8
Być może sprawił to słony morski wiatr podczas rejsu, a może wyszło z nich zmęczenie ostatnich, intensywnie spędzonych dni. Po wieczornym powrocie z Capri i miłej, chociaż szybkiej kolacji z białym orvieto classico pożegnali się dosyć wcześnie. Być może w zbyt krótkim czasie napłynęło za wiele emocji i nie umieli sobie jeszcze z tym poradzić.
Nie mógł zasnąć. Gonitwa myśli. "Mariko".
"Co ty, chłopie, wyrabiasz?" – pomyślał, zaciskając oczy i marsząc brwi.
Pokój miał około pięciu, nawet pięciu i pół metra wysokości. Sypialnię umieszczono na wysokiej antresoli. Zszedł po schodach z ozdobną poręczą i wyjął z lodówki wodę mineralną. Otworzył na oścież trzymetrowej wysokości drzwi balkonu i usiadł na jego progu.
Mimo nocnej pory powietrze w dalszym ciągu było gorące i parne. Wpatrywał się w światła miast i wsi rozsianych wzdłuż całego wybrzeża. Na wprost, po przeciwnej stronie zatoki, jaśniał odległy Neapol. W jego kierunku co kilkanaście minut nadlatywały oświetlone samoloty pasażerskie.
Nieco z prawej z poświaty wyłaniał się mroczny stożek Wezuwiusza. Na jego południowym stoku codziennie około dziesiątej wieczorem wystrzeliwano widoczne zewsząd wspaniałe sztuczne ognie. Kilkaset kroków na prawo w dół błyszczały światła Sorrento. Rzęsiście oświetlony port nazywał się Marina Piccola i mimo nazwy był głównym portem miasta, w odróżnieniu od Marina Grande, który do tego stopnia nie był grande, że wyglądał na całkiem małą przystań. Za falochronem, na redzie, cumował olbrzymi, wielopokładowy statek wycieczkowy, który przyozdobiono wielką galą flagową i oświetlono niczym bożonarodzeniową choinkę. Przypłynął tutaj poprzedniego dnia późno po południu. Zbliżając się powoli do portu i wykonując stosowne manewry, gromko buczał już z oddali. Obserwującemu to Łukaszowi przemknęła wtedy myśl, że ten wielki pasażer chce, żeby zabrać mu sprzed dzioba całe to kamieniste wybrzeże, bo nie wyrabia zakrętu i zaraz pewnie walnie "w pejzaż".
Wstał i przeciągnął się. Sen nie nadchodził, a na lekturę nie miał już ochoty.
Postanowił skorzystać z hotelowej sauny i kąpieli w basenie, który wykuto w głębi skały i naprawdę pochodził z czasów rzymskich. Była noc, a ponieważ nie chciał hałasować windą, zszedł schodami. Miejsce na basen wybrane zostało i przemyślane przez antycznego projektanta w sposób idealny. W największe upały panował tu chłód skalnej groty. Posadzkę wyłożono w jodełkę prostokątnymi marmurowymi płytkami. Świeże powietrze napływało przez nieduże, wybite w skale okna. Basen był typowo rzymski. Nie służył do pływania. Przesiadywało się w nim i dyskutowało, popijając wino. W grocie oprócz basenu znajdowało się trochę sprzętu do ćwiczeń. Były też i luksusowe, wolno stojące kabiny prysznicowe z funkcją hydromasażu oraz sauny. Kilka kroków dalej, w skalnym wgłębieniu, za antycznym oryginałem stojącego telamona, który trzymanymi nad głową przedramionami dźwigał sufit, stała odwrócona tyłem kobieta bez stanika. Mokre ślady na marmurze posadzki wiodły z basenu. Przebierała się.
Obustronna konsternacja. Odwracając się szybko, Łukasz zauważył kątem oka łapanie przewieszonego przez fotel ręcznika.
– Przepraszam! Nie sądziłem, że o tej porze ktoś tu będzie – powiedział.
Całą niezręczność sytuacji wziął na siebie, choć nie doszłoby do niej, gdyby kobieta zmieniała garderobę w szatni. "Czarne włosy? Mariko?"
Wolno się odwrócił. Mariko.
Zwrócona była teraz do niego twarzą. Nagie piersi skrywała ręcznikiem.
– Jeszcze raz przepraszam – powiedział, opuszczając głowę.
Nie zauważył żadnego ruchu. Nie usłyszał żadnego odgłosu. Półmrok i cisza nabierały znaczeń. Rozgrzeszały fantazje. Poczuł apetyt na sok z dojrzałej brzoskwini na kobiecej szyi. Powoli uniósł wzrok. Napotkał palące spojrzenie czarnych oczu. I wystraszone sobą uczucia. Pierwsze, bez wad. Wszystkiego niepewne. Zachłanne.
Wolno, prawie niedostrzeżenie, miękki ręcznik i przytrzymujące go dłonie zaczęły przesuwać się w dół, ku opalonym, bursztynowym udom. Ręcznik opadł na posadzkę.
Stała ubrana w smukłe nogi i wygłodniałe dłonie, a piersi obiecywały sen.
Ze znajdującego się przy nim stojaka zdjął biały płaszcz kąpielowy Mariko i podszedł bliżej, na odległość ciepła oddechu i skrawka leżącego u jej stóp, upuszczonego ręcznika. Pomógł założyć szlafrok i sam zawiązał pasek. W oczach Mariko kłębiła się zamieć.
Opuszkami palców dotknął jej szyi.
***
Otwarte na oścież drzwi, które prowadziły na taras apartamentu, przysłaniały delikatne, leniwie falujące firany. Poruszały nimi prawie niewyczuwalne podmuchy wiatru znad zatoki. Zapachowy kominek przestał być prezentem dla przyjaciół i zasnuł wnętrze zmysłową, balsamiczną wonią olibanu, mirry, sandałowca i cedru. Była ciepła i subtelna. Ekstatyczna.
Chybotliwe płomyki świec zwielokrotniały splecione cienie, które zatracały oczywistą realność, i wtedy, gdy siedząca mu na udach i pochylona nad nim muskała włosami jego plecy, i wtedy, gdy on, który siedział za nią, leżącą na wznak, delikatnie masował jej głowę. Krąg świec rozbłyskiwał wieczorem, migotał w nocy i gasł nad ranem.
O świcie, obejmując się, wychodzili z hotelu na brzeg morza u podnóża klifu i boso, z lubością spacerowali po smoliście czarnych drobinach delikatnego piasku. Powstawał on przez tysiące lat z rozbijanego oraz gładzonego przez fale wulkanicznego tufu, który pochodził z cyklicznych erupcji Wezuwiusza. Jego dotyk sprawiał stopom przyjemność niczym aksamit.
9
– Myślałaś o tym, co dalej? – zapytał. Obejmowali się. Stali oparci o reling portowego falochronu i wpatrywali się w ledwie jaśniejące nad horyzontem niebo. Do końca pobytu obojga zostały już tylko dwa dni. – Jeżeli nie, to chętnie nauczę się robić ci do pracy onigiri na drugie śniadanie – dodał. Liczył, że zrozumie, co miał na myśli. Zwłaszcza jeżeli nie była to dla niej tylko przygoda. Milczała. – Czytałem, że w Japonii powierzchnię mieszkania podaje się w matach, to prawda?
– Czasami tak – odparła.
– No to przeliczyłem już swoje na wasze tatami i wyszło mi, że tam, gdzie mieszkam, dysponuję lotniskiem na siedemdziesiąt trzy maty. Poza tym trwa budowa drugiego na sto dwanaście mat plus drugie tyle na strychu i pod ziemią, ale to poza miastem i na razie głównie trwa. Pewna znajoma Włoszka, po mężu księżna zresztą, a i bez niego wielka pani, twierdzi, i raczej dobrze wie, co mówi, że w mieście mieszka się w kamienicy, ba, nawet w palazzo, a dom ma się na wsi.
– I? – zapytała lakonicznie. Domyśliła się, że słowami Łukasz stara się coś zagadać.
– Wyjaśniłaś, że w twoim języku bezpieczeństwo składa się ze znaków "kobieta" i "dom". Dom jest, dla bezpieczeństwa, na wszelki wypadek, potrzebna jest tam kobieta. Prawda, jest i mały haczyk. Musiałabyś od czasu do czasu przygotować ceremonię parzenia herbaty.
Gdy usłyszała o parzeniu herbaty, zamyślona Mariko uśmiechnęła się.
– Słyszałam o czymś takim. Nawet potrafię. Cała tajemnica i filozofia polega na tym, żeby się nie sparzyć. Zalewanie wrzątkiem torebki z herbatą nie jest bezpieczne – powiedziała i popatrzyła niewinnie na Łukasza. Bezgłośnie się zaśmiał. – Mam plany. Miałam od dawna. Ale teraz sama już nie wiem. – Mówiąc to, ciężko westchnęła. – Chciałabym mieszkać w Paryżu, ale na razie zatrzymam się u koleżanki w Londynie. Będę miała swój kąt, mam oszczędności, znajdę pracę – powiedziała i zajrzała Łukaszowi głęboko w oczy. Przenosiła na zmianę wzrok z jednego oka na drugie. Ważyła coś w myślach, ale on nie naglił. To, co mówiła, było mało konkretne, więc nabrał obaw. Poprawił kosmyk włosów, który niesfornie opadł jej na oczy. – Wyjechałabym z tobą choćby na koniec świata... – zaczęła ponownie, ale Łukasz przerwał:
– Podobno właśnie tam mieszkam, jednak to nieprawda. Koniec świata jest dwa kilometry dalej i bardziej na prawo – zażartował.
Uważał, by emocje nie wzięły góry, a zwłaszcza by nie padły słowa, których usłyszeć nie chciał. Takie rozmowy zawsze pojawiają się o kawał życia za wcześnie.
Wiedział z grubsza, co mu powie. Wiedział też, że nie chce, by z jego życia zniknęła. Domyśliła się, że spróbuje odsunąć od siebie i od niej to, co ma mu do powiedzenia.
– Tak będzie lepiej – odparła po prostu, jakby nie chciała dłuższych uzasadnień. – Do czasu rozwodu – dodała. – Nie wiem, co może się wydarzyć, może nic, ale ktoś dla zachowania twarzy może zlecić śledzenie mnie albo szukać zemsty. Nie chcę, żeby moje dotychczasowe życie coś zepsuło – popatrzyła na Łukasza ze smutnym uśmiechem.
Odetchnął. Wiedział już, co ma zrobić. Proste. Powinien rozdrapać starą, przyschniętą ranę i we wspomnieniach przypłacić bólem całkiem nową przeszłość, a potem zwyczajowo poutykać życie w nieodwołalności czasu, który nadejdzie. Na szczęście mózg ludzki nie odtwarza bólu, człowiek jedynie go pamięta.
– Nie mówmy o tym teraz. Przed południem będę musiał skontaktować się z osobą, która recytuje Saadiego i Hafiza w farsi, to znaczy po persku. Jeżeli ktoś może tu coś zaradzić i pomóc, to mam taki stary telefon, który bez cienia wątpliwości wie, gdzie zadzwonić, bo jest w nim zapisany tylko jeden numer. Tam, gdzie zadzwonię, odezwie się drugi taki sam, trochę wygięty stary telefon i też wyświetli się jedyny numer, który ma w pamięci.
– Kobieta? – rzeczowo zapytała Mariko.
– Kobieta.
***
– Spałeś z nią? – rzeczowo zapytała Marcella, gdy telefonicznie wyjaśnił sytuację Mariko i poprosił o pomoc.
– Tak – odpowiedział bez namysłu i chwili wahania. Nie chciał i nie mógł jej skłamać. Nie Marcelli. Kiedyś składał się cały z jej nieobecności, choć wszystkiego było tylko kilka muśnięć policzka na do widzenia. – Pewnie już tego nie pamiętasz, ale gdy się żegnaliśmy na ulicy przy hotelu Al Sadeer, gdzie mieszkałaś z Yvette, powiedziałaś: "Do widzenia, zobaczymy się jutro", a to jutro nastąpiło dopiero po ponad szesnastu latach. Gdy kilka lat temu cię odnalazłem. Był kiedyś taki stary, czarno-biały jeszcze film, którego akcja rozgrywała się tam, gdzie się urodziłem...
– Też się spotkali po kilkunastu latach? – wtrąciła pytanie.
– Nie. Coś się wydarzyło i ktoś powiedział to samo, co ty. Było "do widzenia", a jutra już nie. Splątało się to nasze życie, a noce zagmatwały. Masz męża.
– Dobrze. Zadzwoń, kiedy przyleci. Kogoś przyślę. – W słuchawce ucichło. – Albo nie. Sama ją odbiorę z lotniska. Mam jedno wolne mieszkanie w Dzielnicy Łacińskiej, może tam mieszkać, ile zechce. Powiedz też jej, że ma pracę. Może jej się spodoba – dodała Marcella.
Jak pamiętał, zawsze była konkretna.
***
– Musisz wymienić bilet – powiedział Łukasz. – Mam wrażenie, że lot do Londynu jest nieaktualny – zauważył. Delikatnie przygarnął zdziwioną Mariko. – Paryż. To o tym marzyłaś, prawda? Pojutrze ktoś tam będzie na ciebie czekał. Masz mieszkanie i pracę – wyjaśnił. Mariko osłupiała. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, a gdy wreszcie dotarło do niej, co znaczyły jego słowa, oczy zaszły jej łzami.
Cierpliwie je scałowywał. Z bezradną wdzięcznością dotknęła jego policzka.
Bolało. Jak to rozstanie.
Łukasz miał wrażenie, że ten jeden tylko krok, który Mariko po odprawie wykonała na lotnisku w Neapolu, przekraczając bramkę do strefy dla odlatujących, nie tylko wymknął się z przeszłości, ale też zamknął przyszłość. Marzenia i słowa obumarły.
Codzienność jest zazdrosna o przeszłość. Nigdzie nie ma w niej miejsca na sytuacje niedopełnione. W pamięci pozostał mu tylko klimat chwil, które były piękne, bardzo piękne, ale niczego nie wyjaśniły i nie doprowadziły niczego do końca, do żadnego "żyli długo i szczęśliwie". To, co się wydarzyło pomiędzy Mariko i nim, ocenić mógł jedynie jako temat na bardzo krótkie opowiadanie o miłości, czechowowskie z ducha i bez zakończenia.
Czuł też, że długo nie zechce od niego odejść niezaspokojone oddanie ciału Mariko, prężnemu niczym brzuch młodego delfina. Musiało boleć, ale miał wprawę.
Żal zawsze piecze jak rana.
10
Odkąd pamiętał, sterczała tu zawsze. Mostowa, bo chyba raczej nie uliczna, odwieczna kapela na moście Karola koło staromiejskiej wieży Mostowej w Pradze, jak zwykle "leciała" dixielandem. Niedaleko, o całą długość mostu i fragmenty dwóch uliczek, znajdowało się praskie mieszkanie Mariko. Zmierzając tam, zwykle zatrzymywał się przy kamiennej barierze na wysokości figury świętego Wojciecha i wyszukiwał widoczne stąd okna Mariko. Był to już drugi rok tego zatrzymywania się na moście Karola od czasu, gdy sprowadziła się tu z Paryża.
W oknach największego pokoju paliło się światło.
Mieszkanie Mariko znajdowało się na drugim piętrze niedawno wyremontowanej, barokowej kamienicy. Bez mała dwustumetrowe, dla jednej osoby bardziej niż przestronne.
Pięć dużych, wysokich pokoi i dwie łazienki, z których większą przerobiono na salon kąpielowy. Tuż przy samym wejściu, z lewej strony, usytuowano obszerną garderobę, która kiedyś była najpewniej pokojem służącej, bo przylegała do pokaźnej kuchni ze spiżarnią.
Przedpokój, duży hol właściwie, był wyjątkowo długi i szeroki. Niezależnie od tego, że każdy pokój miał osobne wejście z korytarza, trzy pokoje z prawej połączono w amfiladę, a ich wysokie drzwi o dwóch skrzydłach podzielone były na kwatery eleganckimi szprosami. Przeszklone zostały mlecznym, matowym szkłem już od samego dołu i dzięki temu, pomimo wielkości, sprawiały wrażenie lekkich.
***
"Gejsza" – pomyślał, gdy zobaczył czekającą przy otwartych drzwiach Mariko.
W wytwornym, olśniewającym kolorami, jedwabnym kimonie furisode z dłuższymi rękawami kobiety wolnej, dziewczyny na wydaniu właściwie, Mariko wyglądała jak motyl.
W upięte włosy wetknięte miała długie, nefrytowe szpile i zwisające ozdoby kanzashi, których kształt przywodził na myśl grona kwitnącej glicynii. Za skojarzenie z gejszą ochrzaniłaby go.
Gejsza miałaby charakterystyczny makijaż z nienaturalną bielą twarzy i zmniejszone do wymiaru pączka róży, wymodelowane krwistą szminką usta. Oczy, zwłaszcza zewnętrzne kąciki, byłyby podkreślone jaskrawoczerwonym konturem. Miałaby też odkryte nadgarstki i szyję, jako symbol zmysłowego przyzwolenia. Nie znał się na symbolice japońskich ubiorów kobiecych i zastanowiło go, czy Mariko nie jest jednak ubrana w kimono h?mongi, które noszą stateczne mężatki. Zakłada się je w sytuacjach oficjalnych i mocno uroczystych.
Wprawdzie do h?mongi nie pasowała mu długość rękawów, ale jednak wyhaftowane wzory już tak. Kimono Mariko miało przebogaty haft, z przeplatającym się motywem ptaków oshidori. Symbol miłości małżeńskiej u gejszy byłby zabawny, z pewnością mało taktowny.
Bawiąc się przeznaczeniem kimona i swoim wiekiem, Mariko najwyraźniej starała się coś Łukaszowi przekazać. Wyglądała zjawiskowo. W takim stroju widział ją po raz pierwszy.
Zwykle ubierała się na sposób zachodni. Czasami jednak, w lato, zakładała zwykłą, lekką bawełnianą yukatę w kwiaty lub nosiła po domu jednokolorowe, skromne i stonowane kimono iromuji, które pasowałoby do ceremonii parzenia herbaty. Ubierała także bardziej dystyngowane kimono komon-edo, które służyło jej podczas pisania i kaligrafowania wierszy lub układania ikebany, ale stój, w którym zobaczył ją teraz w drzwiach, zwyczajnie olśniewał.
– Po prostu: Ono-no Komachi – powiedział, odkłaniając się głęboko, z szacunkiem i uznaniem niczym przed daimy?. Starał się oddać radość, jaką sprawiła mu swoim widokiem. – Kaimon! – dodał po japońsku. Próba samurajskiej ogłady nie zrobiła na niej wrażenia, ale przywołanie Ono-no Komachi najwyraźniej sprawiło Mariko przyjemność.
– Wejdź, proszę – powiedziała spłoniona z powodu niespodziewanego komplementu. – Wciąż i wciąż mnie zadziwiasz. Za każdym razem, już od początku. Popatrz. – Mariko wdzięcznym, miękkim ruchem otwartej dłoni wskazała na odległą ścianę z niezbyt głębokim wgłębieniem.
Wnęka urządzona została przez nią jak tokonoma, najważniejsze z zasady miejsce tradycyjnego japońskiego pokoju. Nad wysmakowaną ikebaną zwisał pionowy zwój kaligrafii, z pochyłymi, cienko napisanymi znakami kanji. Za każdym razem wisiało tu coś innego, zwykle sentencja zen związana z porą roku. To, co widział tym razem, przypominało zapis pięciowersowego wiersza tanka, ale i tego tak do końca nie był pewien. Jak i wszystkiego, co związane było z kulturą Japonii. Poznawał ją powoli i nie wszystko wprawiało go w zachwyt.
Z całą pewnością znał jednak motyw w tle. Teraz zadziwiła go Mariko: delikatnymi pociągnięciami pędzla wymalowała małą grupę zrywających się do lotu żurawi. Sprawiały wrażenie srebrzystoszarej mgły, a ich kontury delikatnie obwiodła złotem.
– To wiersz mądrej Ono-no Komachi – wyjaśniła. – Napisała w nim, że gdyby we śnie ujrzała swojego oblubieńca, nie chciałaby się z niego w ogóle wybudzić. Wykaligrafowałam to kilka dni temu, w dworskim stylu okresu Heian. Wtedy właśnie żyła, w dziewiątym wieku.
– Czytałem o niej właśnie. Że jest Rokkasen, jednym z Sześciu Mistrzów Poezji. No a przy okazji dowiedziałem się wreszcie, co to takiego kinsei i czemu nazywany był także okresem Edo. Panowanie szogunów Tokugawa.
Twarz Mariko pojaśniała, ale zrobiła kwaśną minę znudzonego sesją egzaminatora.
– Zaliczam tę męczącą recytację – odparła z przekąsem. – Proszę o indeks.
***
Świąteczny tydzień zrównania dnia z nocą właśnie się zaczął, a mieszkanie Mariko było przygotowane do Święta Wiosennej Równonocy, Shunbun no hi, które przypadało już za dwa dni, w środę. Przygotowując kolację, w kuchni krzątali się wspólnie. Od dawna już Mariko nie dziwiło, że w kuchni Łukasz nie tylko jej pomaga, ale że po prostu robi wszystko.
Nawet najbardziej czasochłonne i wymyślne potrawy. Nie wierzyła mu początkowo, gdy twierdził, że może coś przygotować, aż któregoś dnia z braku czasu i dla świętego spokoju się zgodziła. Przygotowywała coś pilnego na zajęcia ze studentami, materiał rósł, a końca nie było widać. Przyszło jej do głowy, by zamówić pizzę. Gdy podzieliła się z nim swoim pomysłem, krytycznie pokręcił głową i bez słowa zajrzał do szafek i lodówki.
– Niedługo wrócę – powiedział i wyszedł z domu. Po niecałej godzinie pojawił się z powrotem z dwiema dużymi torbami zakupów. Słysząc dochodzące z kuchni przestawianie naczyń i garnków, niespokojna, na wszelki wypadek zajrzała tam pod pretekstem nalania sobie czegoś do picia. Jak na razie wszystko wskazywało na to, że jeszcze panował nad sytuacją. Zaskakujące było to, że solidnie płukał ryż. Dobry gatunkowo, krótki, zaokrąglony, więcej niż jasny: koshihikari. "Pewnie przypadek" – pomyślała. "Taki był, taki kupił. Co może wiedzieć o ryżu?"
– Żyjesz? – zawołała jakiś czas potem znad komputera w odległym pokoju, gdy zbyt długo nie słyszała żadnej krzątaniny i w kuchni zrobiło się podejrzanie cicho.
– Żyję! – odkrzyknął.
I znowu ucichło.
Gdy skończyła, najciszej, jak mogła, zbliżyła się do kuchni. Pachniało z daleka. Owoce morza, bazylia, czosnek, oregano, imbir, dymka, tymianek i koper. Zioła francuskie, zioła włoskie. "Zepsuł ryż na sushi. Pewnie za krótko moczył albo co chwila podnosił pokrywkę i zaglądał do garnka. Zamiast całkowicie się wchłonąć, woda wyparowała i ryż się nie kleił, bo stwardniał. Będzie coś innego. Przynajmniej się stara" – myślała, podążając za zapachem.
W drzwiach kuchni stanęła jak wryta. Przełożony z garnka do drewnianej płaskiej miski ryż parował, a Łukasz, mieszając od dna drewnianą łyżką, delikatnie go rozluźniał. Stała, milcząc, by nie zepsuć sceny. Wyglądał, jakby robił to od zawsze. Nie przerywając mieszania, polewał ryż przyprawami z winem mirin i lekkim octem ryżowym, aż zrobił się gąbczasty.
Sprawdzał przy tym, czy ryż w dalszym ciągu się lepi, a gdy skończył, przykrył miskę czystą ściereczką i odstawił do ostygnięcia. Pocięte ogórki, pokrojony marynowany imbir, poszatkowany koperek, narzucone na talerze sterty ręcznie rozdrobnionych liści lodowej sałaty, dziwny gęsty sos, który przypominał winegret, jasna oliwka light. Krewetki. Kwadraty alg nori. Ugotował też zupę miso, w której zauważyła kombu, zieloną fasolkę szparagową i skrawki wędzonego łososia posypane lekko prażonymi i trochę skruszonymi orzeszkami pinii.
Butelka delikatnego chablis, kieliszki. I ani śladu książki kucharskiej czy dyskretnej karteczki z przepisem.
– Dobrze. Poddaję się – powiedziała do niego zza pleców. – Gdy zamykam oczy, czuję zapachy Costiera Amalfitana. Gdy patrzę na to, co przygotowałeś, widzę potrawy, które w odległy sposób przypominają mi dania japońskie.
– Posmakuj tego – powiedział i nabrał na łyżeczkę jakiegoś jasnego kremu, który włożył jej do ust.
– Myślałam w pierwszej chwili, że to kamaboko, pasta z gotowanej ryby. To jest... Nie wiem, co to jest. Ale smaczne.
– To mój wynalazek. Nie pali ust ani jak wasabi, ani jak chrzan, ani jak chili. Powąchaj. – Na przepłukanej łyżeczce podsunął jej pod nos trochę dziwnego, zielonkawego sosu. – Czujesz czosnek? Wycisnąłem. – Łukasz włożył sobie sos do ust. – A teraz proszę... – Nabrał powietrza i bezceremonialnie dmuchnął jej prosto w nos.
Zaskoczona, nie zdążyła zareagować. Spodziewała się wszystkiego najgorszego, czym może obdarzyć człowieka czosnek, ale nie poczuła niczego.
– Zrób to jeszcze raz – poprosiła z niedowierzaniem.
Potem, na jej oczach, nie używając bambusowej maty, zrobił wprawnymi ruchami sushi. Zwinięte wałeczki były cieńsze, a pocięte roladki znacznie mniejsze od tego, co znała.
– Nie wiem, co tu robisz, nie umiem sobie tego wytłumaczyć, ale gdy skończysz, będę miała do ciebie, panie czarodzieju, kilka pytań. Jak to się stało, że tak długo się uchowałeś jako człowiek wolny, dlaczego taki jesteś, czemu mnie wybrałeś, gdzie się nauczyłeś gotować i po co, głupia, zostawiłam cię samego i poleciałam na półtora roku do Paryża?
W trakcie pobytu w Paryżu Marcella była wobec Mariko serdeczna i opiekuńcza, ale pytania o przeszłość zbywała milczeniem lub zagadywała czymś aktualnym: pokazami mody, premierami w teatrze i kinie, ploteczkami. Tego mógł być pewien. Naprawdę milczała.
To było prawie dwa lata temu, tuż po sprowadzeniu się Mariko do Pragi.
Teraz wystarczyło tylko oznajmić: "Coś bym zjadła". Za każdym razem przygotowywał co innego. Zwykle zaskakiwał ją smak. Kto widział tłustego węgorza po tokijsku w mleczku waniliowym? W kuchni Mariko działy się rzeczy zdecydowanie umykające tradycji. Mimo to lubiła przygotowywać posiłki wspólnie. Z Łukaszem sprawiało jej to sporą przyjemność. Bez słów wiedzieli, co mają robić, w jakiej kolejności i jak się poruszać przy blacie roboczym, by sobie wzajemnie nie przeszkadzać, a czasami móc się nawet przytulić.
***
Wiadomości od Marcelli musiały poczekać. Nie naglił o nie. Wieczorem, po kolacji, gdy w blasku świec siedzieli przy płonącym kominku, wręczył jej starannie zapakowany miyag?, gościniec, prezent z dalekiego Gdańska. Łączony złotem naszyjnik z rzadko spotykanego czerwonego bursztynu.
Zrewanżowała się świątecznym ryżowym ciasteczkiem.
Cała w swoim ciele, myślach i wspólnym pocie.
11
Wcześnie rano Mariko pojechała na Jinonice, tam gdzie jest Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Karola i skąd mimo odległości, szczególnie zimą lub wczesną wiosną, w dobrą pogodę widać masyw Karkonoszy. Ich szczyty na tle błękitu nieba bieleją mieniącym się w słońcu śniegiem. Do południa Łukasz miał sporo czasu.
Biała koperta była wielkości zeszytu i widniało na niej tylko jedno słowo: "Łukasz".
Marcella napisała je odręcznie piórem, zapewne po to, by Łukasz nie miał żadnych wątpliwości co do jej autorstwa i autentyczności listu. Tak pisanego dużego "Ł", które traciło swoją formę na rzecz krągłej, lecz zdecydowanej, kapryśnej i abstrakcyjnej wręcz kreski, nie powstydziliby się w swoich obrazach ani Miró, ani Hans Arp. I niełatwo byłoby je podrobić.
***
Drogi Łukaszu,
Mariko, to dobra dziewczyna i miałeś rację, że zwróciłeś się wtedy do mnie.
Przyznaję. Poczułam się wściekła i zazdrosna. Gdyby była młodsza, pewnie by mnie popamiętała. Czy zauważyłeś, że za każdym razem, gdy pojawiałeś się w Paryżu, zawsze wyjeżdżałam gdzieś daleko? Nie chciałam dopuścić do żadnej niezręcznej sytuacji. Spotkanie z Tobą byłoby krępujące także dla mnie.
Niestety powodem, który zmusił mnie do napisania tego listu, jest coś zupełnie innego.
Kilka miesięcy po tym, jak Mariko wylądowała w Paryżu, mój szef ochrony, Eug?ne, powiedział, że ktoś za nią węszy. Młody Japończyk. Należało się temu trochę przyjrzeć. Do Rzymu przyleciał z Tokio. Potem Sorrento, Neapol i Paryż. Doszliśmy do tego oczywiście od tyłu. W hotelu w Sorrento niczego się nie dowiedział, praktykantek z Londynu już nie było, a miejscowi, uprzedzeni przez signora Ettore, milczeli. Musiał coś znaleźć w liniach lotniczych. W Paryżu poszło mu już łatwo, bo podłubał pewnie trochę w internecie i tyle. Wisiała gdzieś w sieci na stronach uczelni. Oprócz tego, co robiła u mnie, miała drobne zajęcia i zastępstwa na Sorbonie, co zaproponowałam jej zresztą i sama zorganizowałam. Nie sprawiała wrażenia, by marzyła o zgiełku, wybiegach, imprezach z klientami i prasą, o organizacji pokazów. Coś tknęło mnie jednak już wtedy, dlatego od początku jej zajęć na uczelni dyskretnie miała na nią oko Genevi?ve, córka Eug?ne'a. Wypatrzyła intruza pod uniwersytetem. Czekał tam na Mariko. Zdecydowanie nie wyglądał na profesjonalistę.
Nie sprawiał nawet wrażenia, że jest amatorem wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Wyglądał raczej jak turysta, którego poproszono, by się rozejrzał. Do Mariko nie udało mu się zbliżyć, a ludzie Eug?ne'a ze śmiechem przygotowali mu drobne złośliwości. Ktoś spuścił z koła powietrze i nie mógł ruszyć za Mariko. Któregoś dnia zablokowali mu nawet samochód. W końcu zagadały go podstawione, kuso ubrane dziewczyny z nogami do szyi i zapomniał o bożym świecie. Nie trwało to długo, w końcu odleciał. Jeżeli wynajęte dziewczyny obdarzyły go tym, co tam akurat która miała, to pewnie leczy się jeszcze do tej pory.
Po czterech miesiącach pojawiło się dwóch następnych. Wypchane pod lewą pachą marynarki. Wyglądali na takich, którzy mają coś do załatwienia i żarty poszły na bok, bo nikt początkowo nie miał pojęcia, co to za jedni i co mają w zanadrzu. Dobrzy byli. Pierwszego dnia zablokowano im auto. Drugi raz już by to nie przeszło. Tatuaże i czarne, błyszczące garnitury z jedwabiu. Yakuza.
***
Łukasz przerwał czytanie. Zrobiło mu się nieswojo. Poczuł niepokój. "Yakuza?"
***
Po dwóch dniach sytuacja się powtórzyła. Nie odstępowali jej. Zadziałała dopiero jedna ze sztuczek Eug?ne'a z niepełnosprawną staruszką, a byli już blisko. Nie udało im się jej nie potrącić i dzięki temu "przypadkowi" policjanci obejrzeli ich papiery. Mariko, która o niczym nie wiedziała, i do tej pory nie wie, włączyła się do sceny i zajęła się tłumaczeniem.
Grali takich, którzy w zachodnim języku nie mówią ani słowa. Przepraszali i gięli się przed wszystkimi w pas. "Policjanci" grzecznie, lecz stanowczo poprosili niechętną Mariko, by pomogła starej kobiecie w powrocie do domu. Odjechała. Chłopaki strzelali oczami, ale musieli wysłuchać pogadankę o tym, że rozglądając się za atrakcjami, turyści powinni jednak uważać i tak dalej. Wieczorem obaj trochę się zabawili, a w nocy jeden miał pecha. Sporo wypił, a usiadł za kierownicą. O świcie w wykopie remontowanego wodociągu ktoś natknął się na samochód, a wewnątrz znaleziono martwego Japończyka.
***
Łukasz nie wierzył własnym oczom. Odłożył list i niespokojnie przeszedł się po mieszkaniu. Napił się kawy. Chciał się uspokoić, ale gdy zaczął czytać dalej, wszystko wróciło.
***
Wiemy jednak, że Mariko powinna oddać coś, czego mieć nie powinna. Mieli także nalegać, by o czymś zapomniała. Co oddać, o czym zapomnieć i kto ich wysłał – nie wiadomo.
Ludzie Eug?ne'a są wszechstronni i to mogło oznaczać, że nie był poinformowany.
Dwa dni później przyleciało kilku innych, ale się spóźnili. Wywiozłam już Mariko do Antibes. Na szczęście również byłeś zajęty i wszystko wypadło naturalnie. Nie musiałam wymyślać, że konserwujesz coś w Hindukuszu albo jeszcze dalej. Czekała, aż wrócisz.
Mariko zniknęła, po kilku dniach wyjechali.
***
Kolejny raz przerwał czytanie listu i zastanowił się nad wydarzeniami z przeszłości.
"To było dwa lata temu. Kilka miesięcy po powodzi w Pradze" – przypomniał sobie.
***
Na wymyślenie czegoś sensownego miałam niewiele czasu. Udało się przypadkiem i dzięki Tobie. Piękna ta Libusza. Gdy któregoś dnia zobaczyłam tę bransoletkę u niej na ręku, poczułam, domyśliłam się, że to od Ciebie. I nagle zobaczyłam w tym znak. Alfons Mucha. Libusza. Praga. Miasto, w którym żyje się wolniej, a obcego widać z daleka. Mariko w dalszym ciągu ma coś za uszami. Ktoś znowu zaczął tu węszyć. Pewnie nie wiesz, że posługuje się teraz trochę innym nazwiskiem? Nie wiesz.
W załączeniu jest kilka zdjęć ludzi, którzy kręcili się tu wcześniej, i tych, którzy kręcą się obecnie. Ciekawe. Ci teraz to Arabowie. Zapamiętaj te twarze. Przesyłam Ci jeszcze numer konta i kartę, bo mogą się niestety przydać.
Od kilku dni w Pradze jest też Genevi?ve. Pojawi się, gdy zajdzie potrzeba. Jest precyzyjna i zawsze będzie dyskretnie w pobliżu.
To musisz wiedzieć: tu i tam Mariko ma w mieszkaniu poutykaną elektronikę. Nie stresuj się niepotrzebnie. Nic w sypialni i bez dźwięku. Przekaz dźwięku włączyć możecie tylko wy, to będzie sygnał dla Genevi?ve. Pamiętasz, czym zaskoczyłeś chłopaków z Tikritu?
Tylko powiedz to ładnie, jak wtedy, po arabsku i pełną frazą. Wymyśl, jak nauczyć tego Mariko. Czujniki głosu zareagują nawet na szept. W załączeniu masz także na wszelki wypadek pewne numery telefonów. Te kontakty to jednak ostateczność.
W zasadzie nikt nie powinien na to wpaść, że Mariko jest w Pradze, ale widzisz. Ktoś skojarzył datę przyjazdu kilku naukowców z Czech na wykłady do Sorbony z datą zniknięcia z uczelni Twojej uroczej poetki. Odkryli to jedni, mogą i inni.
Zakładam, że nawet w Pradze jest tłum obrotnych Japończyków, który ma przytomne oczy i głowę na karku. Z niczym się nie spiesz, ale nadstawiaj uszu, zanim wydarzy się to, czego nikt nie chce. Raczej nie wysyła się twardych chłopaków, by sprowadzili z powrotem czyjąś żonę, bo mężowi się odmieniło. Mariko nie jest skora do zwierzeń, ale na wierzchu zawsze coś zostaje. Ktoś przyjrzy się jej mężowi. Niebawem przekażę Ci jakoś sposób bezpiecznego kontaktowania się ze mną, numer telefonu i tak dalej. Wpadniesz na coś, zadzwoń.
Marcella
PS No i co by nie mówić i jak by tu tego nie zagadywać – tęsknię. Ten list jest tak długi. Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, a pisać nie umiem. Tę osobną kopertkę otwórz dopiero wtedy, gdy będziesz miał okazję się zamyślić.
***
"Czemu wtedy uciekłaś?" – pomyślał Łukasz, gdy skończył czytać. "Wiele mogło wyglądać inaczej". To, że starała się teraz ze wszystkich sił ochronić Mariko, było z jej strony solidnym poświęceniem, chociaż miał wrażenie, że nieszczególnie uciążliwym. Wystraszył się jednak, że mogła tylko nieźle grać rolę starej dobrej przyjaciółki. Nie mógł też wykluczyć, że robiła tym sobie swoiste wagary od rzeczywistości, sprawiając prezent Marcelli, którą była kiedyś i którą być może jest nadal, choć z dala od ludzi.
W dalszym ciągu bliska. "Co by nie mówić i jak tego nie zagadywać".
Imię "Marcella" w jej wykonaniu wyglądało jak zapis z sejsmografu w okolicy, gdzie trzęsienia ziemi są na porządku dziennym, a jedno z nich właśnie miało apogeum. Energiczne, zamaszyste, kanciaste. Wzruszała się kiedyś, recytując w perskim oryginale Saadiego i Hafiza. Wiele przeszła, by się przebić i utrzymać w branży. Nie zdziwiło Łukasza, że szefem ochrony jej firmy był stary, pedantyczny Eug?ne.
Dawny przyjaciel ojca Marcelli, z Libanu jeszcze, a może i wcześniej, z Brazzaville. Chociaż on sam uważał się za Francuza, jego rodzina wywodziła się ze społeczności belgijskich Walonów. Urodził się w Maroko, gdzie osiedlili się jego rodzice w okresie, gdy wciąż jeszcze było protektoratem Francji. Jako młody człowiek został spadochroniarzem. Był jednym z tych nielicznych straceńców, którzy w maju tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku w Indochinach, pod komendą Marcela Bigearda, trzymali do końca swoje pozycje w kotlinie Di?n Bi?n Ph?, a potem, po masakrze wystrzelanych jak kaczki Francuzów, nie poszli do niewoli, tylko przedarli się na południe, do swoich, przez przemieszczające się w dżungli masy wojsk Viet Minhu generała Giápa.
Nie odszedł z armii, awansował. Potem, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, była wojna i pacyfikacje w Algierii. Marcella twierdziła, że stał się pierwowzorem jednej z postaci, także spadochroniarza, w autobiograficznej powieści Leulliette'a "Święty Michał i smok".
Eug?ne oraz jego kompani niewątpliwie przeszli wyjątkowo twardą szkołę. Zabić i przetrwać. Przetrwać i zabić, a wszystko to, zanim ktokolwiek wymyślił "Mad Maxa" i "Rambo".
Po demobilizacji, wraz z kumplami jeszcze z Indochin, słynnymi później "psami wojny", dwa razy zaciągnął się w Nigerii na najemnika u Czombego. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym roku Commando 4, bo tak nazywał się ich oddział, walczył z separatystami w kongijskiej Katandze, a w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym, już jako trzystuosobowe Commando 5, uczestniczył w operacji o kryptonimie Dragon Rouge. Uzbrojeni po zęby przy dyskretnej pomocy CIA weterani, głównie z Indochin, Legii Cudzoziemskiej i byli żołnierze 32. batalionu piechoty RPA, urządzili w Kongo armagedon rebelianckim oddziałom Simbas. Uratowali przy tym prawie dwa tysiące uwięzionych białych i kilkuset Kongijczyków. Wspierało ich trzy i pół setki komandosów z belgijskiej jednostki dalekiego zwiadu.
Eug?ne mieszkał potem jeszcze przez pewien czas w Kinszasie, gdzie pracował na spokojnym etacie "instruktora" tamtejszej armii. Jako najemnik walczył potem w Liberii, Sierra Leone, "wyzwalał" Komory i Seszele. W końcu miał dość i osiadł w Bejrucie, który był wtedy jeszcze perłą Lewantu i oazą spokoju. A także dobrych bliskowschodnich interesów.
Podobno przez pewien czas na początku lat sześćdziesiątych współpracował z Elim Cohenem. Musiało być coś na rzeczy, bo gdy z kolei w Libanie wybuchła wojna domowa, za pieniądze Mossadu pomagał w szkoleniu ludzi z chrześcijańskich milicji majora Haddada.
Jakiś czas był znowu w swoim żywiole, ale szybko mu zbrzydło. Tak jak i inni wyniósł się z Bejrutu. Na szlaku zaliczył Kuwejt, Bagdad, Abu Dhabi. Czasami tam wracał.
Marcella twierdziła, że w styczniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego pomógł dopaść w Bejrucie Hassana Salameha, który był mózgiem morderczej akcji terrorystów z Czarnego Września podczas Olimpiady w Monachium. Choć był to jedynie jej domysł, nie miała najmniejszych wątpliwości, że współpracował z funkcjonującą w ramach Mossadu jednostką Kidon.
Łukasz miał okazję zetknąć się z Eug?ne'em jeszcze w Bagdadzie. Już wtedy był ochroniarzem Marcelli. I to od dobrych dziesięciu lat. Surowa twarz. Wysoki, żylasty.
Sprawiał wrażenie człowieka zgaszonego, zmęczonego życiem, a tylko nagłe, ostre i taksujące otoczenie oraz ludzi spojrzenia zimnych, jakby wyblakłych oczu świadczyły o tym, że lepiej trzymać się od niego z daleka. No i że nie wolno wykonywać przy Marcelli żadnych gwałtownych ruchów. Dawno temu Marcella niejasno napomknęła, że Eug?ne ma wiele pożytecznych znajomości. Najpewniej dlatego Mariko mogła poruszać się po świecie z inną tożsamością. Łukasz pomyślał, że list od Marcelli rzeczywiście nie powinien wędrować drogą elektroniczną, a i po przeczytaniu – nie miał prawa być odłożony na pamiątkę. Spalił go.
Czuł się nieswojo. Działo się coś, czego nie rozumiał. Był świadkiem sytuacji, która realnie istniała wokół niego, a on nie miał na nią wpływu. Chociaż Marcella wyposażyła go w całkiem konkretne środki ułatwiające działanie i wiedzę, która zdecydowanie odbiegała od tego, z czym stykał się w życiu, nie umiał się w tym odnaleźć. Do tej pory programowo unikał nawet oglądania sensacyjno-kryminalnych seriali z wątkami szpiegowskimi i tajnymi służbami w roli głównej. Niby wszystko działo się teraz na wszelki wypadek, ale też z drugiej strony nie wysyła się do Pragi "anioła stróża", bo nie jest wykluczone, że...
"Nie napisała chyba wszystkiego. To jakiś obłęd" – pomyślał.
12
– Pachnie nieźle. Czułam już na klatce schodowej. Co to? – Mariko zdjęła płaszcz, odwiesiła w przedpokoju i zaciekawiona zajrzała do kuchni. Łukasz kończył przygotowywać akurat obiad z dwiema małymi golonkami jako centrum wszechświata.
– Taka mała improwizacja na tematy geograficzne. Czeskie knedle i wyluzowane z kości golonki przygotowane na sposób z mojego miasta. Nafaszerowałem je rodzynkami i upiekłem w korzennym sosie z miodu, imbiru, cynamonu, gałki muszkatołowej i czego tam jeszcze. Szpinak podgotowałem na maśle z czosnkiem i prażonym sezamem. Wziąłem to i na swój przerobiłem z przepisu francuskiego, ale nadałem mu wygląd sushi. Pasował delikatny, łotewski kwas chlebowy zrobiony na porter, ale sake jest tu ciekawsza.
Tknęło ją coś. Zmarszczyła brwi.
– Niezwykle śmiało sobie poczynasz. Fundujesz mi cztery miliony kalorii i bez cienia wstydu ani żadnych skrupułów stoisz tu cały szczęśliwy, zaglądając mi w oczy. Chcesz, żebym wyglądała jak zawodnik sumo i miała tyłek jak Wenus z Willendorfu? – zapytała. – Smaczne pewnie, co? I będę chciała więcej, tak?
Przywarła Łukaszowi do pleców, objęła go rękoma i przyłożyła otwarte dłonie do klatki piersiowej. Dokończył kroić knedle i odłożył nóż. Obrócił się do niej twarzą, pochylił się, by ją pocałować, a gdy objęła go za szyję, ujął ją mocno i podniósł. Była w spodniach, oplecenie go udami nie sprawiło jej kłopotu, zwłaszcza że podłożył dłonie pod jej pośladki.
Ogarniała ich fala wzajemnego ciepła. Przybywało dotyku i pretekstów do pieszczot.
– Nie trzeba Moliera, żeby gadać prozą. Poetycką zwłaszcza, o co przy tobie łatwo. Teraz pomówimy o najprawdziwszej czystej poezji. O twoich pośladkach. Zapewniam: każdy nieautoryzowany przez ciebie gram smalcu na twojej pupie sprawi mi wielką przykrość i będzie moim osobistym wrogiem. Życzę ci, żeby twoje pośladki jak najdłużej nie siadły na laurach, a z mojego gotowania przyswajały sobie tylko apetyt na moje spojrzenia.
– W tym, co mówisz, gaduło, jest wiele... herbaty – wyszeptała.
Przytuliła się mocniej, przywarła mu policzkiem do ramienia i nadstawiła szyję.
***
Łukasz leżał na wznak i ręką obejmował leżącą na prawym boku Mariko, która opierała głowę na jego piersi. Półsenni milczeli, ale dla niego nie były to chwile ciszy.
Natrętnie powracały kłębiące się pytania i obawy wywołane listem Marcelli. Nie mógł ich zignorować, a musiał od czegoś jednak zacząć. Zaimprowizował.
– Przypomniało mi się. Przed południem zadzwoniła jakaś kobieta. Pytała o kogoś, ale nie zrozumiałem nazwiska. Mówiła za szybko. Brzmiało... No, nie było twoje. Powiedziałem, że to pomyłka, ale teraz sam nie wiem.
– Może Mitsuko Isobe? – zapytała Mariko.
– Może... Nie wiem. Szkoda, że nie zapisałem. A kto to jest Mitsuko Isobe?
– Ja – odparła po prostu. – Używam teraz tego nazwiska. To mój pseudonim literacki. Stary jeszcze. A dlaczego taki, niech pozostanie tajemnicą brzegu morza i dziecka światła.
– Tajemnica brzegu morza. Dobre – powiedział głośno. "Drugie nazwisko. Jednak" – pomyślał.
– Taka doktor Jekyll i pani Hyde? – zapytał.
– Gorzej. Ikeda wykłada literaturę. Isobe po zapadnięciu zmroku pisze.
– Jakoś się tolerują czy może pani Isobe, wskutek krytycznych recenzji doktor Ikedy poprzysięgła jej dozgonną zemstę i wypatruje okazji, by kopnąć ją w piszczel?
– Jakoś się tolerują. Ciekawe, kto to był – wyraźnie zainteresowała się Mariko.
– Co tam. Najwyżej zadzwoni jeszcze raz. Małe, niedyskretne pytanie: poezja, proza?
– Wszystko, co można zrobić ze słowem, ale też nie jest to całkiem tak, jak myślisz.
– Aha. Opowieść na tysiąc i jedną noc, tak?
– Prawda, to długa historia. Kiedyś opowiem.
– Nie nalegam. Naprawdę nikt nie wie, że piszesz? – zaciekawił się Łukasz.
– Nie każdy jest jak kiedyś Penn Warren czy teraz ten twój ulubiony Włoch, Eco. Wykładać, uprawiać krytykę i nie narazić się na utratę twarzy pisaniem... To niełatwe.
– Ciekawe porównanie – zauważył.
– Głupi. Nie uważam się za kogoś z ich szeregu. To przykład. Sam zauważyłeś, że są ludzie, którzy wykładają i recenzują, a publikują poprawne nudziarstwa. Lepiej to rozdzielić.
– Poezja?
Nawet się nie zastanowiła.
– Tak – odparła pewnie. – Jest jedno "ale". Nie interesują mnie ludzkie zwątpienia, tęsknoty i niepokój. Ani rozgryzanie spraw zdezintegrowanej tożsamości i melancholia. Ani bunt, ani sprzeciw wobec czegokolwiek. Nie pociąga mnie kryzys wartości. Nie znajdziesz w moich tekstach erupcji metafor, brzydoty i niczego, co naruszy harmonię. Warta namysłu jest droga ciszy, zen. Nie szukam zaszczytów, Nagrody Akutagawy nie zdobędę.
"Marcella sporo wie" – pomyślał.
– W takim razie jeszcze tylko jedno pytanie. – Łukasz palcem wskazującym dotknął klatki piersiowej Mariko. – A teraz którą panią jesteś?
Przez twarz Mariko przemknął cień autentycznego wahania.
– Ikeda, Isobe. Chyba obiema – odparła, po czym zamyśliła się, unosząc brwi.
– Interesujący trójkącik z tajemniczym dzieckiem światła w tle. Została kwestia formalna: w sypialni obie lubicie to samo?
Rozluźniony, potarł czoło. Roześmiała się perliście. Zawtórował śmiechem.
To było proste. Uspokajało. Prowokowało, by zapomnieć.