W cieniu starych cyprysów - Mara Carollo

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Część pierwsza. Rzeczy, od których się umiera (1918-1925) Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Tylna okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32

Rozdział 1

Wojna była dla niej czymś oczywistym, jak Bóg, koza, dni słoneczne i te deszczowe. W końcu ledwie co się urodziła, i już była wojna.

W dniu, w którym Mario praktycznie mimochodem oznajmił jej, że wojna dobiegła końca, Caterina po raz pierwszy poczuła, jakby zamiast żołądka w brzuchu ciążył jej pokaźny kamień.

Tamtego poranka niebo było szare i wisiały na nim wielkie białe chmurzyska; zdołały przesłonić już szczyty otaczających ich gór i teraz przycupnęły groźnie nad dachami domów we wsi niczym duchy. Wilgoć skraplała się z dachówek, z nagich gałęzi drzew i blachy, którą przykryte były drewutnie. Osiadała na kamiennych fasadach budynków mieszkalnych, przyklejonych jeden do drugiego, i na przegniłych liściach na podwórzu, których nikt nie kwapił się zgrabić. Rytmiczne uderzenia kropli o ziemię przerywało wyłącznie skrzeczenie wron krążących wokół domów i unoszących się ponad górskimi tarasami. W listopadzie niewiele było roboty w polu, a obory, po długich latach wojny, stały puste. Większość ludzi tamtego poranka siedziała w domu przy kuchni.

Większość, ale nie Caterina i Mario.

Tych dwoje nigdy nie miało ochoty siedzieć w izbie z matkami - woleli zrywać liście wawrzynu rosnącego obok drzwi domu Maria i wsadzać je sobie po kawałku do nosa, żeby przekonać się, kto dłużej wytrzyma.

To właśnie wtedy on powiedział jej, że wojna się skończyła, nie przerywając zabawy, swoim zwykłym spokojnym tonem, jakby chodziło o niewiele wnoszące wieści.

- Co takiego? - zdziwiła się, przerywając wyzwanie i rzucając na ziemię liście, które dotąd ściskała w dłoni.

- Tak, właśnie tak. Dziś rano powiedział mi o tym brat - odparł.

- Który? Fortunato?

- Nie, Felice.

- A skąd on niby wie?

- Ksiądz mu mówił.

Mario, w odróżnieniu od niej, skończył już pięć lat, ale Caterina nie zamierzała dawać wiary jego słowom wyłącznie ze względu na wiek.

Przeszła kawałek dzielący ją od drzwi jej domu, żeby potwierdzić informację u dziadka Bortola. Po chwili przypomniała sobie, że przecież z samego rana wyszedł na wyrąb i że pewnie nie wróci przed zachodem słońca.

Przepędziła tylko kury, które leniwie grzebały w opadłych liściach wielkiego orzecha rosnącego po drugiej stronie podwórka, i podeszła na skraj placyku, żeby zerknąć na to, co się działo w dole.

Z kominów domów położonych w niższej części wsi wznosiły się długie pióropusze gęstego dymu. Na wojskowej drodze nie było żywej duszy, z wyjątkiem jej babki Neny schodzącej do studni z tobołkami brudnych szmat do prania. Kiedy staruszka minęła psa myśliwskiego zamkniętego w jednej z wielu zagród, ten zaszczekał wściekle, ale pieklił się tak od zawsze i nikt już nie zwracał na to uwagi.

Jeszcze niżej, za masywami wzgórz, rozciągała się nizina, tak nieruchoma i szara, że z trudem dało się odróżnić, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna się niebo.

Mario, który tymczasem zasiadł na ławeczce przy frontowej ścianie domu Cateriny, teraz budował z liści wawrzynu małą piramidę na drewnianych deskach siedziska.

Caterina wróciła do niego w podskokach.

- Wydaje mi się, że to nieprawda. Wszystko wygląda zupełnie normalnie.

Podniósł głowę.

- Mówię ci, że wojna się skończyła - powtórzył. - Wiem to na pewno.

Caterina wspięła się na ławkę i stanęła na palcach, żeby dojrzeć żołnierzy w swojej kuchni.

Wojskowy kucharz, jak codziennie rano, obierał ziemniaki przed paleniskiem, siedząc na stołku, na którym zawsze siadywał - z szeroko rozstawionymi nogami, żeby zrobić miejsce na wielgachny brzuch. Drugi żołnierz, znacznie szczuplejszy, krzątał się po okopconej izbie; ustawiał miedziane garnki jeden na drugim na wielkim stole, na którym zazwyczaj rozdzielali jedzenie na racje. Jeden blaszak spadł mu na podłogę, a soczyste przekleństwo, które rozległo się tuż po huku, doszło wyraźnie ich uszu.

- Widzisz? - Caterina wycelowała palcem wskazującym w zakurzoną szybę okienka i narysowała na niej linię. - Oni dalej tam są, jak każdego ranka.

- Nie wiem. Może za kilka dni wyjadą - odparł Mario, rozkładając ręce.

Kamień w brzuchu Cateriny stwardniał i rozrósł się na moment tak bardzo, że zabrakło jej tchu.

- Chodź ze mną - zwróciła się do przyjaciela i zeskoczyła z ławki.

Złapała go za rękę i zanim zdążył zaprotestować, pociągnęła go za sobą w dół zbocza. Wybiegli poza granicę domów i zagród z grządkami, tam gdzie łąki pokryte zeschłą trawą ciągnęły się jak okiem sięgnąć i nic nie przesłaniało widoku.

- Dziadek mówi, że front jest tam. Że Austriacy są od nas rzut beretem! - krzyknęła, wyciągając palec w stronę przypadkowego odcinka trawiastego grzbietu Monte Serony. Łagodny masyw wznosił się na prawo od wsi, z drugiej strony doliny.

Mario nic nie odpowiedział.

Wrona przeleciała, kracząc nad ich głowami.

Caterina opadła tyłkiem na kupkę zimnej ziemi, jeden z wielu śladów bytowania kretów.

Westchnęła, a następnie wyrwała kępkę pożółkłej trawy i rzuciła ją w dół zbocza.

Oboje wpatrywali się w bryłkę ziemi toczącą się tam, gdzie zaczynały się grządki.

- Dlaczego jesteś taka smutna? Ja się cieszę, że wojna się skończyła. Wszyscy się cieszą - powiedział, siadając obok niej.

Caterina spoglądała na niego z niedowierzaniem.

- No ale co my teraz zrobimy, jeśli już nie będzie wojny?

Tak jak przewidział to Mario, jako pierwsi wynieśli się żołnierze, którzy zajmowali kuchnię w domu rodzinnym Cateriny. Nieoczekiwanie w chałupie przybyło pomieszczeń, do tego stopnia, że zdarzało się, iż dzieci i dorośli spędzali nawet i po pół dnia w dwóch różnych miejscach: dziadkowie pracowali w oborze, matka robiła na drutach przed kuchnią, a ona i Linda, o rok młodsza, przesiadywały na piętrze, same. Chuchały na szyby i odbijały na nich usta i dłonie albo robiły miny do wielkiego lustra w szafie.

Czasem, zamiast kręcić się po domu, w którym teraz zdaniem Cateriny można było się zgubić, siadywała na skraju wojskowej drogi i obserwowała stamtąd korowód żołnierzy schodzących z gór w niziny.

Kiedy ją mijali, próbowała ich pozdrawiać, ale oni szli ze wzrokiem wbitym w ziemię. Jakby tylko pragnęli zostawić to miejsce za plecami, jakby góry nagle stały się odrażające. Nie zatrzymywali się nawet przy drzwiach Marii, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej piechurzy przepychali się między sobą, byleby tylko zechciała ich przyjąć.

Co jakiś czas rozlegało się ryczenie osła. Żołnierz wzywał swojego kamrata maszerującego nieopodal. Sokół przemykał jak strzała po szarym niebie ze świstem, który zdawał się rozbrzmiewać tuż nad ich głowami. Później długo nic, tylko postukiwanie kopyt i skrzypienie butów po żwirowej drodze. Nieco dalej w dole cała ta procesja wchodziła w zakręt i znikała pochłonięta przez leśną gęstwinę.

Z podwórza domu Caterina mogła śledzić ruch wojsk na przestrzeni kilku kilometrów. Obserwowała, jak długie kolumny maszerujących docierają do cmentarza w Calvene i omijają strome wzgórza Bregonze. Zdarzało im się z Mariem spędzać całe popołudnia, siedząc pod orzechem i czekając na moment, w którym poruszające się kolumny wsiąkały w jednolity krajobraz niziny i ostatecznie przestawały istnieć. Czasem zdawało jej się, że dochodzi do tego na wysokości Zugliano. W inne dni, te bardziej przejrzyste - trochę dalej, w miasteczkach, o których dziadek mówił, że to Thiene i Villaverla. Któregoś razu Mario uparcie zapewniał, że śledził wojska aż do Vicenzy.

Niedługo później rozmontowano również kolejkę linową, w którą dzieci długo wpatrywały się z zachwytem: pakunki wielkie jak krowy leciały pod nią wzdłuż grzbietu góry, jakby dostały skrzydeł. W miejscu jej niekończących się linii, pośrodku zbocza, pozostała tylko długa blizna wyrąbanych drzew. Zostawili wyłącznie grube cementowe filary u podnóża. Kiedy Caterina schodziła z matką do studni, łamała sobie paznokcie, zdrapując mech, który szybko porósł ich zimną i szorstką powierzchnię.

Mario nie chciał już dłużej kryć się wraz z nią w skalistych rozpadlinach Val Scury, gdzie zwykli się chować, kiedy w oddali słychać było eksplozje. Teraz, odkąd żołnierze się wynieśli i wybuchy ucichły na dobre, tysiącem dolin i dolinek, którymi wyżłobione było przedgórze, niosło się z frontu wyłącznie niewinne szemranie wiatru unoszącego sterty suchych liści.

Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginałuPromettimi che non moriremo

Projekt okładkiNATALIA TWARDY

Fotografia na okładceMediaStock/Adobe Stock

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA

RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

KorektaANNA KURZYCA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM - RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright 2025 ? Mara Carollo

Published in agreement with Laura Ceccacci Agency Srl, Italy, and Book/lab Literary Agency, Poland.

Polish edition ? Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7114-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.