ROZDZIAŁ IV
Erik zatrzymał się przed drzwiami czteroosobowej sypialni, czekając na dziewczynę, z którą wcześniej zszedł na dół. W drodze powrotnej wdała się w długą dyskusję z kilkoma podkuchennymi i wszystko wskazywało na to, że dywagacje potrwają jeszcze jakiś czas. Mimo to Landecki postanowił wytrwać.
W końcu Anika pożegnała się z pozostałymi służącymi i ruszyła korytarzem w kierunku Polaka. Dostrzegła go po chwili, nieco skonsternowana tym, że najwyraźniej to właśnie na nią czeka.
- Późna pora - powiedziała.
- Nie zabiorę ci dużo czasu.
- Naprawdę powinnam...
- Chciałem tylko zapytać, czy wiadomo coś więcej.
Zatrzymała się obok niego, a potem oparła o ścianę. On zrobił to samo. Korytarz był wąski, dzieliły ich raptem dwa, może trzy metry. Popatrzył jej prosto w oczy, ale Anika odwróciła wzrok.
- Niestety, wiadomo - odezwała się.
Landecki zmrużył oczy.
- Ci, którzy stali najbliżej, mówią, że widok był upiorny. Ciało panicza okaleczone, całe prześcieradło we krwi...
Erik nie słyszał, by w okolicy kiedykolwiek doszło do brutalnego morderstwa. Owszem, zdarzały się tragiczne nieporozumienia, wypadki czy nawet niewyjaśnione zgony, ale nic takiego. W całej monarchii rzadko dochodziło do podobnych rzeczy. Każdy słyszał o Johannie Ottonie Kochu, powieszonym trzy lata temu za jedno z zabójstw. Koch popełnił ich około pięćdziesięciu, zawsze w ten sam sposób - podszywał się pod kogoś, uwodził samotne kobiety, a potem je truł. Ale tacy ludzie stanowili wyjątek, grasowali może w Wiedniu czy Budapeszcie, nie na prowincji. Tutaj było spokojnie. Powinno być.
- Nocą nikt z zewnątrz tutaj nie wejdzie, prawda? - zapytał Erik.
- Nie. Drzwi są zamykane.
- Więc kto mógł coś takiego zrobić?
Anika nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż z pokoju obok rozległ się męski głos:
- Cisza tam! Starczy tych ekscesów!
Dwoje młodych ludzi przeszło do szeptu.
- Nikt z nas - powiedziała Eller.
- Jesteś pewna?
- Żaden służący nie podniósłby ręki na członka rodziny. Nie mówiąc już o takiej brutalności...
- A Reignerowie? Różne rzeczy o nich mówią we wsi.
- To chyba tylko o Juliusie.
Właściwie miała rację. Renoma pozostałych mieszkańców Raisentalu była nieskazitelna. W przeciwieństwie do dziedzica rodu, żaden z nich nie splamił się pijaństwem, cudzołóstwem ani innymi przewinami, które z jakiegoś powodu stanowiły ujmę dla wyższych warstw społecznych.
- Panicz nie był specjalnie lubiany - podjęła po chwili Anika. - Ani przez rodzinę, ani przez służbę, ale to nie ma żadnego znaczenia. To żadne z nas.
Erik przypuszczał, że nie ona jedna wyrazi dziś takie przekonanie. Ci ludzie żyli ze sobą na co dzień od wielu lat, członkowie służby znali się od podszewki i będą gotowi zaręczyć za siebie własnym życiem.
- Zamknąć się! - krzyknął ponownie mężczyzna.
Landeckiemu wydawało się, że głos należy do jednego z trzech lokajów, którzy wczoraj próbowali wytłumaczyć mu, gdzie jest miejsce czyścibuta. Dopadli go tuż po tym, jak opuścił klitkę, w której szorował obuwie. Zanim zdążył się zorientować w sytuacji, wepchnęli go do środka i zatrzasnęli drzwi. Erik przypuszczał, że czeka go mordobicie, i właściwie nie miał nic przeciwko. Od kiedy zmarła matka, coraz częściej wdawał się w bijatyki, w pewnym sensie działały na niego oczyszczająco. Tym razem jednak skończyło się jedynie na przepychankach. Lokaje mieli zamiar go poniżyć, a nie ryzykować zarobienie siniaków. Zapewne jeden wystarczyłby do otrzymania reprymendy od zasadniczego majordoma lub któregoś z kamerdynerów.
Splunęli na kilka par butów, które później musiał od nowa szorować, rzucili pod adresem Landeckiego parę obelg związanych z jego pochodzeniem, a potem zapewnili go, że to jedynie skromny początek tego, co go czeka. Na nic więcej nie było ich stać. Przynajmniej tego dnia.
- Erik?
- Zamyśliłem się - odparł, patrząc na drzwi, zza których dobiegały protesty.
- Nad czym?
Wzruszył ramionami.
- Sądzisz, że urządzą polowanie na czarownice? - podsunęła. - A ty będziesz jedynym kandydatem do roli wiedźmy?
- Jestem tego pewien.
- I słusznie. Tak właśnie będzie.
Landecki uniósł brwi, zaskoczony jej bezpośredniością.
- Widzę, że potrafisz podnieść na duchu.
- Mówię tylko, co sądzę. I na twoim miejscu opuściłabym rezydencję jeszcze przed pierwszym brzaskiem.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Już by mnie tu nie było, gdyby nie to, że szepczę po kątach z pewną...
- Cisza! - ryknął ktoś.
Anika podniosła oczy i na moment na niego spojrzała. Potem przeniosła wzrok na niewielkie okno dachowe na końcu korytarza.
- Mówię poważnie - zastrzegła. - Kiedy zjawi się tu policja, to ciebie będą podejrzewać. Nikt za ciebie nie poręczy.
- Nie, przypuszczam, że nie.
Gdyby znała jego przeszłość, mogłaby być tego jeszcze bardziej pewna. Popatrzył na okno i przekonał się, że nie jest zamknięte. Zapewne służący palili przy nim, nie mogąc kopcić w pokojach. Nie było wysoko, mógłby bezpiecznie wydostać się na gzyms i z pewnością znalazłby jakąś drogę na dół. Potem popędziłby w siną dal. Przy odrobinie szczęścia nigdy by go nie odnaleźli.
Gorzej byłoby, gdyby tej odrobiny szczęścia zabrakło. Nikt nie potrzebowałby żadnych dowodów, zostałby szybko osądzony i skazany. Nie, gra była niewarta świeczki. Jedynym racjonalnym wyjściem było zmierzenie się z oskarżeniami, które powinno udać mu się obalić bez trudu. Owszem, może spędzi kilka nocy w areszcie, ale ostatecznie wróci do Raisentalu, może nawet usłyszy przeprosiny od samego majordoma.
Przez chwilę się zastanawiał.
- Naprawdę nie ma innych kandydatów? - zapytał.
- Obawiam się, że nie. Reszta służby pracuje tu od lat.
- Nie szkodzi - zawyrokował Landecki. - Ci trzej, z którymi dzielę izbę, potwierdzą, że nie wychodziłem w nocy z pokoju. Tyle powinno wystarczyć, żeby oczyścili mnie z podejrzeń.
- Może.
- Jeśli nie, to nic mnie nie uratuje.
Anika pokiwała głową, podpierając się nogą o ścianę. Jej podomka podwinęła się nieco na udzie, co przykuło uwagę Erika. Dziewczyna natychmiast jednak spojrzała na niego spode łba, a on podniósł wzrok.
- Czas chyba się zdrzemnąć - powiedział.
Uśmiechnęła się, a następnie powoli skierowała kroki w stronę swojej sypialni. Na odchodnym obejrzała się jeszcze przez ramię.
- Korzystaj, póki możesz - rzuciła. - Jeśli mam rację, z samego rana zjawią się tu po ciebie policjanci z Olenfeldu.
Odprowadził ją wzrokiem, myśląc o tym, że najpewniej właśnie tak będzie. Spędzi kilka godzin na tłumaczeniach, a w najgorszym wypadku zabiorą go na komisariat. I rzeczywiście dobrze byłoby się wyspać, by mieć siły na przepychanki z nimi od bladego świtu.
Erik westchnął i już chciał wejść do sypialni, kiedy usłyszał kroki na schodach. Popatrzył w stronę klatki i zobaczył, jak majordom pokonuje ostatni stopień. Spojrzeli na siebie, jakby widzieli się po raz pierwszy.
Może jednak funkcjonariusze nie mieli zamiaru czekać do brzasku?
- Landecki.
- Tak, herr Gröger?
- Odziej się przyzwoicie.
- Słucham?
- Włóż jakąś porządną koszulę. Na przykład tę, w której pracowałeś.
Erik miał wrażenie, że może i jest porządna, ale przez cały wczorajszy dzień zdążyła przesiąknąć zapachami wypełniającymi jego klitkę. Poza tym wydawała się nieco przyduża, szczególnie jeśli chodziło o rękawy.
- Ruszże się, chłopcze.
- Czy mogę zapytać...
- Nie możesz - uciął majordom. - Ubierz się, a potem czekaj na mnie przed swoim pokojem.
Nie czekając na odpowiedź, Gröger skierował się do swojej izby na końcu korytarza. Erik przypuszczał, że nie ma sensu polemizować. Wszystko, co teraz się działo, było zupełnie niezależne od niego.
Wszedł do sypialni i szybko narzucił na siebie wcześniej wyprasowaną koszulę. Przydałby się frak, by prezentować się jak porządny poddany cesarza, ale... cóż, właściwie nawet gdyby Landecki miał na podorędziu taki ubiór, jako czyścibut raczej wywołałby salwy śmiechu, niż wzbudził szacunek. Po raz pierwszy upomniał się w duchu, że musi pamiętać o swojej nowej roli społecznej i miejscu w hierarchii Raisentalu.
Szczególnie kiedy będzie rozmawiał ze stróżami prawa. Jedno niefortunne słowo może sprawić, że uznają go za zwolennika francuskiej demokracji czy nawet bolszewika. A od tego do zamachu na dziedzica rodu była już krótka droga.
A może wyolbrzymiał problem? Może to, że był najświeższym narybkiem von Reignerów, wcale nie było równoznaczne z tym, że stanie się głównym podejrzanym?
Na jego niekorzyść z pewnością przemawiał fakt, że jest Polakiem - czy, jak matka kazała mu sądzić, Ślązakiem - ale przecież skończyły się już czasy, kiedy takimi jak on można było bezkarnie pomiatać. Wciąż był traktowany jako przedstawiciel gorszej warstwy społecznej, ale przed reformami zapoczątkowanymi przez Gołuchowskiego było znacznie gorzej. Przynajmniej tak wynikało z tego, co mówiła mu niegdyś matka.
Sąd będzie potrzebował dowodów, uznał w końcu Erik. Nie ma takich, które by go obciążały, więc wszystko będzie w jak najlepszym porządku.
Landecki przegładził wysoki kołnierz koszuli, a potem wyszedł na korytarz. Gröger już na niego czekał, niecierpliwie cmokając. Otaksował Erika, niespecjalnie zadowolony z tego, co widzi, po czym wskazał w stronę klatki schodowej.
Idąc na dół, Landecki miał wrażenie, że wraz ze skrzypnięciem każdego kolejnego schodka serce bije mu coraz szybciej. Kiedy dotarli do przestronnej palarni, wydawało mu się, że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. Na wygodnym fotelu czekał na niego pan domu.
Hendrik von Reigner był postawny, miał szeroką twarz i mocno zakręcone do góry wąsy. Wdział strój wieczorowy, jakby spodziewał się wyjątkowo szacownych gości. Kiedy wbił wzrok w Erika, ten poczuł, że blednie. Nie spodziewał się po sobie takiej reakcji. Dane mu było mierzyć się już z ludźmi znacznie potężniejszymi, choć jedynie pod względem fizjonomii. Żaden zakapior nie spowodował takiej reakcji, tymczasem w spojrzeniu barona było coś, co kazało obawiać się o własny los.
Tym bardziej że Reigner z pewnością nie posłał po Landeckiego, by uciąć sobie przyjacielską pogawędkę.