Tarnowola, czerwiec 1943 roku
Żar lał się z nieba, sprawiając, że ściółka w lesie skrzypiała nieprzyjemnie. Leżące gałązki z trzaskiem pękały pod stopami, wbijając się ostrymi końcami w skórę. Krew spływała drobnymi kroplami, wsiąkając w pożółkły mech.
Dzieci jednak nie mogły zawracać sobie głowy takimi drobiazgami. Miały zadanie do wykonania. Pod okiem Gieni zbierali jagody. Franka, Władek, a nawet czteroletnia Zosia. Choć ta ostatnia zamiast do dzbanuszka, wrzucała wszystko do ust. Gienia przymykała na to oko, bo i sama wiele kulek zjadała szybciutko, odwróciwszy się do reszty plecami.
Ważne mieli zadanie. Zapasy na zimę trzeba było zrobić, tym bardziej że wojna szalała już kolejny rok i głód nie raz zajrzał im w oczy. Większość oddawali na kontyngenty, a to niewiele, co im zostało, najczęściej padało łupem bandytów, którzy co rusz wpadali do wsi, podszywając się pod partyzantów, i kradli wszystko, co znalazło się w zasięgu ich rąk.
Te napady nieco się uspokoiły, gdy ich starszy brat, Staszek, dołączył do partyzantów. Matka piekła dla nich chleb, dzieląc się skromnymi zapasami, ale otoczyli rodzinę opieką i mieli spokój. I oni, i inni we wsi. W okolicznych miejscowościach tak bezpiecznie nie było. Bandyci kradli, nie myśląc o tym, że pozbawiają pożywienia całe rodziny, dorosłych, starców i dzieci. Znaleźli sobie łatwy, pozbawiony honoru sposób na przetrwanie. Swoich okradali, unikając pracy i walki o wolność.
- Gryzą! - zapłakała Zosia i zaczęła się drapać po szyi. - Swędzi.
Gienia pogładziła dziewczynkę po policzku i wyiskała z jej włosów kilka latających robali. Strzyżaki sarnie strasznie im dokuczały, ale nie było na ich odstraszenie skutecznego sposobu. Nie pomagały żadne zioła. Nacierali się wrotyczem, ale o ile chronił ich przed komarami, to na te paskudy w ogóle nie działał.
- Wiem, Zosieńko. Nic nie poradzimy - odparła współczująco, ignorując nieprzyjemne uczucie pełzania po ciele. Te owady nie tylko gryzły, ale tak sprytnie wbijały się w ubrania, że trudno było się ich później pozbyć. - Popada, chłodniej się zrobi, to ich nie będzie. A póki co, po prostu nie drap, bo to jeszcze gorzej wtedy swędzi.
- Nie da się nie drapać! - odparła, pocierając szyję. - Mnie to boli. Chodźmy już stąd.
- Do domu chcę - zawtórował sześcioletni Władek. - Głodny jestem.
- To jagód trochę zjedz. Dzbanki jeszcze nie są pełne, więc nie ma co wracać, bo mamusia nas skrzyczy. Zbieraj.
- Zbieraj i zbieraj, codziennie zbieraj - powiedział bliski łez. - Stopy mnie pieką. Zobacz, mam pełno ran.
Usiadł na jagodzinach i podniósł nogę do góry, żeby dokładnie zobaczyła wszystkie zadrapania. Te stare i te nowe. Gienia miała podobne. Jak oni wszyscy. Latem butów się nie nosiło, a i zimą chodzili w butach na zmianę, bo nie było skąd brać tyle obuwia dla takiej czeredy dzieciaków.
- Podmucham i przestanie boleć - odparła, ocierając widoczne kropelki krwi. - Jak wrócimy, to wymoczymy sobie w wodzie i wszystko przestanie boleć i swędzieć.
Chłopiec westchnął głęboko. Broda drżała mu od powstrzymywanego płaczu, ale skinął siostrze głową i wrócił do zbierania jagód, które z powodu suszy były drobne i trochę zmarniałe, więc sporo musieli się naskubać, żeby napełnić dzbanki.
- Zobacz, Franiu, tam są żółte kapelusze. Widocznie w cieniu mokrzej, to i kurki urosły - powiedziała zadowolona Gienia. - Podejdź tam i je zbierz.
Śliczna dziewczynka o dużych szklistych oczach wstała i z zaciętą miną podeszła we wskazane miejsce.
- Nienawidzę lasu - wyszeptała, ale na tyle głośno, że wszyscy wokół słyszeli. - Jak dorosnę, to nie będę mieszkała w lesie, tylko tam, gdzie widać domy. I ludzi. I pola. A nie tylko drzewa i drzewa. Wszędzie drzewa.
- Wiem, Franiu, że nie lubisz lasu, ale ten las nas żywi. Dzięki niemu mamy co jeść.
- Mam dość jagód, i czarnych, i czerwonych. Grzybów też już nie chcę - odparła dziewczyna i nerwowymi gestami zaczęła wyrywać kurki z mchu.
Gienia puściła jej uwagi mimo uszu i skupiła się na zbieraniu. Wiedziała, że im szybciej zapełnią dzbanki, tym szybciej wrócą do domu. Mama się ucieszy, że gdzieniegdzie są już grzyby, wszyscy się bowiem martwili, że jest zbyt sucho i na te dary lasu przyjdzie poczekać do jesieni. A przecież i w czerwcu las grzyby rodził, oni zaś, całe życie tu mieszkając, znali doskonale i miejsca, i gatunki, które można było zbierać. Tylko co zbierać, jak od tygodni z nieba nie spadła ani kropla deszczu...
Udało im się wreszcie zebrać odpowiednią ilość jagód i zadowoleni wrócili do domu. Na szczęście mieli blisko. Wieś leżała pośród lasów Puszczy Solskiej. Przywykli do tego otoczenia, ale nie każde z nich je lubiło. A nawet można zaryzykować stwierdzenie, że większość dzieci bała się nieprzebranych połaci porośniętych drzewami, wśród których i zwierzyna się chowała, i żołnierze, i partyzanci. Wszyscy rodzice nieustannie przestrzegali swoje potomstwo, żeby zbyt daleko się nie oddalać, więc dzieciaki, idąc na zbiory, tak chodziły, żeby mieć chałupy w zasięgu wzroku. Na dalsze wędrówki mogli iść tylko większą grupą, w towarzystwie dorosłych. Wtedy organizowano wspólne grzybobranie albo zbierano chrust lub szyszki na zimę.
Gienia z ulgą postawiła dzbanki z jagodami na ławie. Władek i Zosia byli zbyt mali, żeby nieść. Nawet gdyby dźwignęli, to ryzyko, iż wszystko im się wysypie, było zbyt duże, więc we dwie z Franką musiały uporać się z niesieniem zbiorów. Teraz mogły wreszcie odetchnąć.
Zaraz też podbiegła do nich Kazia, starsza siostra, która została w domu, żeby popilnować najmłodszego rodzeństwa, Józi i Józia mających zaledwie cztery miesiące. Sprawnie chwytała po kolei za dzbanki i cienką warstwą rozsypywała owoce na płachcie, żeby słońce porządnie je wysuszyło.
- Widzę, że i grzybów parę wam wpadło - pochwaliła, spoglądając na Franciszkę, która w podwiniętym dole sukienki niosła zebrane kurki i teraz zaczęła je rozkładać na dużym, płaskim kamieniu, który służył im za ogrodowy stół. - Dobrze się spisałaś.
Dziewczynka, dotychczas pełna niechęci, pokraśniała z dumy i odzyskała dobry humor.
- Gdzie mama? - zapytała Gienia, rozglądając się po podwórku. - I tata?
- Tata w polu, a mama chleb piecze. Wiesz - mrugnęła okiem - dla sąsiadów z lasu. Jutro ojciec zawiezie.
- A obiad jest? - wtrącił Władek, wybierając z włosów strzyżaki sarnie, które nawet po opuszczeniu lasu pełzały po ciele, wplątywały się we włosy i gryzły boleśnie, zostawiając swędzące bąble.
- Umyjcie się i idźcie do domu. Zupy szczawiowej trochę zjecie, a może i mama chlebka wam kawałek ukroi.
Nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Szybko nalali wody do balii i zaczęli myć ręce, twarze, a na końcu poranione stopy. Chwilowo zapomnieli o zmęczeniu, bólu i pogryzieniach. Wizja jedzenia zepchnęła wszelkie dolegliwości na dalszy plan.
W domu pachniało zupą i świeżym chlebem. I wodą z mydlinami, którą Kazimiera po skończonym praniu przyniosła do domu, żeby nią później podłogi przed niedzielą zmyć. Oprócz pilnowania bliźniaków zrobiła też bowiem pranie i teraz na lince wisiał rząd białych ubrań. Lśniły w słońcu niczym śnieg.
Marianna, która co rusz na ten sznur zerkała, była szalenie dumna z odziewku swoich dzieci. Marcin, jej mąż, podczas jednej z wypraw z chlebem natrafił w polu na spadochron. Nikogo w pobliżu nie było, to zabrał go i wrzucił na wóz. Tak mówił. Jak było, nie chciała wnikać. Znalazł, to znalazł, a ona dzięki temu mogła uszyć ubrania dla całej gromady.
Franciszce uszyła piękną, długą sukienkę, bo Pierwszą Komunię Świętą w tym roku przyjmowała. Kazi bluzkę odświętną, Gieni i Zosi sukieneczki na lato, Władziowi zaś koszulinę i krótkie spodenki. Jej też się marzyła odświętna bluzka albo chociaż ładna zapaska, którą zakryłaby znoszoną spódnicę. Musiała jednak odepchnąć tę myśl od siebie, bo bliźniaki też potrzebowały ubrań. Póki lato gorące, leżały w pieluszkach, ale ciepłe miesiące szybko miną i na jesień i zimę trzeba ich zabezpieczyć.
Stroskanym wzrokiem spojrzała na swoje pociechy i mocniej zaczęła wyrabiać ciasto, z którego miał powstać chleb. Nie dla nich niestety przeznaczony. Stłumiła westchnienie i zaczęła formować bochny. Jednak widok dzieci miała tak mocno zakodowany w głowie, że bez patrzenia każdą twarz mogłaby wyrysować z najdrobniejszymi szczegółami.
Chude strasznie były, wymizerowane takie, że tylko oczy im w wymęczonych twarzach błyskały, gdy zajadały ze smakiem cienką zupę. Słyszała ich pełne zadowolenia mlaśnięcia, siorbanie i wyskrobywanie zupy z misek. Każde stuknięcie łyżką o puste dno uświadamiało jej, że dolewki nie dostaną, bo i dla Marcina porcję musiała zostawić. Samotna łza potoczyła się po policzku i skapnęła na wyrabiany chleb, doprawiając go matczyną troską.
W lesie chodziło coraz mniej zwierzyny, partyzanci i bandyci skutecznie wszystko przetrzebili, więc Marcinowi rzadko udawało się coś upolować, a z jednej krasuli za wiele mleka nie mieli. Nieustannie się zamartwiała, co da dzieciom do jedzenia.
Z każdej strony szło zagrożenie. Niemcy. Ukraińcy. Złoczyńcy podszywający się pod działaczy Związku Walki Zbrojnej. Głód. Wszystko to sprawiało, że ze łzami w oczach przywitała narodziny bliźniaków. Póki co karmiła ich piersią, ale jak mleko jej się skończy, to dwie osoby do wykarmienia przybędą. Czym? Jak? Nie miała pojęcia.
Całą nadzieję pokładała w Panu Bogu, wierząc, że skoro do tej pory ich chronił i nie dał zginąć, to i dalej będzie się nimi opiekował. O to właśnie prosili każdego wieczora, gdy wspólnie klękali do modlitwy inicjowanej przez Marcina.
- Mamo - zawołała Kazimiera, wbiegając do domu. - Duszno się zrobiło i wiatr się zerwał, chyba burza idzie.
Marianna pobladła. Deszcz był potrzebny. Bardzo potrzebny, ale burza stanowiła zagrożenie. Niosła ze sobą zniszczenie i pożary, których nikt nie był w stanie okiełznać.
- Zamknij szybko obórkę i zbierz pranie. Może ojciec zdąży wrócić - powiedziała z nadzieją, odmawiając w myślach szybką modlitwę.
- Będą grzmoty? - zapytał trwożliwie Władek. - I pioruny?
- Miejmy nadzieję, że nie, ale na wszelki wypadek się pomodlimy - zarządziła, kończąc formować ostatni bochen chleba. - Gienia, przygotuj gromnicę, żeby była pod ręką w razie czego. Franka, Władzio, Zosia, szybko klęknijcie pod świętym obrazem. Zaraz zaniesiemy nasze prośby do mateczki i może nam oszczędzi tragedii.
Dzieci bez szemrania wykonały polecenie matki. Wiedziały, że zawsze, gdy działo się coś złego, wszyscy się modlili. Wszędzie. W każdej chałupie w Tarnowoli tak robiono. Rytuał ten sprawiał, że byli spokojniejsi. Wierzyli, podobnie jak ich matka i ojciec, że Maryja nie pozwoli, by spotkała ich krzywda. Mimo wojny. Mimo Niemców. Mimo Ukraińców. I mimo głodu.