Łopienka,
sierpień 1944 roku
Maria stała przy oknie, zapatrzona na góry. Jej ukochane góry. Chciała zatrzymać ten obraz w pamięci. Zielone łąki i szumiące drzewa, które niedługo zaczną przybierać barwy złota czy czerwieni.
Jak tu pięknie, przemknęło jej przez myśl, ale wkrótce wróciła do rzeczywistości.
W oddali, za wzgórzem ukazała się smużka dymu, żeby za chwilę buchnąć czarnymi kłębami. Znowu jakaś wieś się pali. Już nie drżała na ten widok, nie odwracała głowy. Patrzyła w otępieniu.
Mikołaj ma rację, trzeba uciekać. Tylko dlaczego tak daleko? Ciekawe, jak tam jest. I gór tam nie ma. Próbowała sobie wyobrazić tę wieś pod Lublinem, której nawet nazwy nie mogła zapamiętać. Jakaś samotna, daleka krewna jej męża tam mieszkała.
Przytuliła mocniej dziecko. To był jej najmłodszy, piąty syn, a tak chciała córeczkę.
Jak to może być bez gór? A gdzie się pasą owce?
Usiadła na malowanej skrzyni, rozpięła koszulę i zaczęła karmić niemowlę.
- Jedz, syneczku, jedz. Musisz się najeść przed podróżą. Jutro pojedziemy daleko. -Westchnęła. - Przed tobą, Jasieńku, nowe życie. Zupełnie inne.
Tej malowanej skrzyni, co ją dostała, jak szła za mąż, też nie wezmą. Nie zmieściła się na wóz. Większość tobołków była już zapakowana. Rano tylko konia zaprzęgnąć i w drogę. Potem koleją dalej. Boże! Przeżegnała się. Widziała kiedyś pociąg, jak była w mieście. A teraz mają jechać tym pociągiem. Jak to wszystko pomieścić w wagonie?
Skrzynia stała pod oknem, więc Maria nadal mogła patrzeć na zielone łąki i czarne kłęby dymu. Zaczęła się lekko kołysać. Najedzone dziecko spokojnie zasnęło. Położyła je na poduszce w koszu pod ścianą, bo i kołyska była już na wozie. Ze ściany spoglądała Matka Boska Łopieńska. Duża ikona wisząca według zwyczaju w świętym kącie, czyli we wschodnim rogu izby.
- Widzisz, Jasieńku, Matka Boska nad tobą się pochyla, będzie cię strzec.
Wasyl Kawułycz wyszedł z chałupy, jak już szarzało. Nie chciał, żeby sąsiedzi widzieli, że idzie w stronę gospodarstwa położonego na skraju lasu. Stary Abramow jeszcze przed wojną pojechał do Ameryki. Za przywiezione pieniądze postawił sobie okazałe domostwo, a dla zwierząt osobne pomieszczenia. Takie chałupy w Łopience były cztery.
- Boh w pomoszcz'3.
- Czego chcesz?
- Ja do waszego dowódcy.
Młody, postawny mężczyzna założył ręce na piersi, stanął w rozkroku i zatarasował sobą wejście.
- Jakiego dowódcy?
- Nie udawaj, Nikita. Wszyscy wiedzą, że u was nocuje komandir. A ja mam ważną sprawę.
- Co się tam dzieje?
- Kawułycz chce z wami gadać.
- Dawaj go!
Mężczyzna wzruszył ramionami i zrobił wąskie przejście, Wasyl z trudem się przecisnął. Łypnął tylko na młodego spod oka, ale się nie odezwał.
Lepiej z nim żyć w zgodzie, pomyślał. Wiadomo, że to pierwszy zabijaka we wsi.
Wszedł do ciasnej, słabo oświetlonej izby. Zmrużył oczy, żeby dojrzeć siedzącego w kącie. Mężczyzna miał nie więcej niż trzydzieści lat. Broda zasłaniała mu pół twarzy. W migocącym blasku świecy błyszczały tylko czarne oczy.
- Chaj żywe Bandera!
Siedzący spojrzał z ironią na gościa. Pogardzał tym szczurkiem, jak zawsze o nim mówił, ale informacje od niego mu się przydawały.
- No co tam, Wasyl? Co we wsi? Dawno cię nie było.
- Ano, pane komandir, te polaczki jutro wyjeżdżają. Ludzie gadają, że to przed wami chcą uciekać. Ponoć donieśli na milicję, gdzie przebywacie. Teraz mają stracha.
Paweł odgarnął kosmyk włosów z czoła i bacznie przyjrzał się przybyłemu, aż temu ciarki przeszły po plecach.
- Donieśli... - powiedział cicho, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Rano byli w Baligrodzie. Ludzie mówią, że na milicji.
- Donieśli... - powtórzył powoli. - No i więcej Lachy nie doniosą.
* * *
W nocy lunął rzęsisty deszcz. Ksenia szturchnęła swego męża.
- Obudź się, okno zamknij.
Jedynie głośniej chrapnął i odwrócił się na drugi bok. Szturchnęła go jeszcze raz, ale bez skutku, więc sama wygrzebała się spod pierzyny i podeszła do okna.
- Matko Przenajświętsza! - krzyknęła. - Chałupa Drozdów się pali!
Przeraźliwy wrzask żony obudził Marcina. Jeszcze zaspany podszedł do okna. Pomimo ulewnego deszczu drewniane zabudowy gospodarstwa sąsiadów płonęły. Przerażony koń jakimś sposobem wydostał się ze stajni i jak oszalały popędził w stronę lasu.
- Wołaj chłopów!
Wybiegł z domu. Z innych chałup też zaczęli wybiegać ludzie, nie tylko, by ratować sąsiadów, ale i ze strachu o własne domostwa. W ruch poszły wiadra z wodą. Wiatru nie było, a ulewa sprzyjała gaszeniu. Widłami i grabiami zwalili przednią ścianę. Pożar przygasał. Wreszcie udało się go całkiem opanować i zrobiło się zupełnie ciemno. Deszcz powoli ustawał.
Krztusząc się od dymu, weszli do izby. Ktoś przyświecił rozżarzonym polanem. Na środku leżeli gospodarze i ich dzieci. W zapadłej nagle ciszy usłyszeli zachrypły głos Marcina:
- Nie od pożaru zginęli.
Przeżegnał się i otarł pot z czoła. Inni także żegnali się nabożnie. Ktoś szepnął:
- Zarąbani siekierami.
- Wczoraj znowu spalili jakąś wieś. Teraz Drozdów zamordowali. Dlaczego?
Pytanie zawisło w powietrzu jak groźna gradowa chmura. Każdemu przeszła przez głowę myśl "a kiedy moja kolej?".
Mieli już wychodzić, gdy coś pod ścianą pisnęło.
Zdawało mi się, pomyślał Marcin.
Pisnęło znowu.
- Myszy?
Odwrócił się. Pod ścianą leżała ikona oparta o duży wiklinowy kosz.
- Matka Boska nie spłonęła. Zabierzcie ją, Marcinie. Przecież nie może zostać w tych zgliszczach.
Marcin Małyniak uniósł deskę z należnym świętemu obrazowi szacunkiem.
- Jasiek! Patrzcie, chłopy, to najmłodszy Maryśki! Żyje!
Wziął delikatnie niemowlę na ręce.
- Cud! Matka Boska go uchroniła.
Przytulił dziecko i nawet nie starał się obetrzeć dwóch grubych łez spływających po pooranej zmarszczkami twarzy.
- Cud. Matka Boska go uratowała - powtarzali wszyscy szeptem i robili na piersiach po trzykroć znak krzyża.
Stojące przed chałupą kobiety przekazywały sobie z ust do ust wiadomość o cudzie.
Ksenia energicznym ruchem wzięła od męża niemowlę. Owinęła chustą zdjętą z głowy, bo noc była chłodna.
- Co zrobicie z Jaśkiem?
- Ano wezmę do siebie. Mamy czwórkę swoich, to i piąte się wyżywi.
- Dobra z was kobieta, Marcinowa - komentowały baby. - I odważna - dodawały.