Terroryści i szpiedzy
Zacznijmy od podróży w czasie. Od 20 listopada 2015 roku. Dzień
wcześniej otrzymał pan zadanie kierowania Agencją Wywiadu.
Zgadza się, w czwartek 19 listopada w godzinach popołudniowych
otrzymałem akt powierzenia obowiązków szefa Agencji i zostałem
oficjalnie do niej wprowadzony przez ministra koordynatora.
Co się wydarzyło następnego dnia? Przyjechał pan na Miłobędzką, wszedł
na siódme piętro do swojego gabinetu i znalazł depeszę o porwaniu u wybrzeży Nigerii statku "Szafir" z pięcioma polskimi marynarzami.
Dokładnie tak to wyglądało. Natychmiast poprosiłem do siebie dyrektora
kierunkowego pionu.
O czym się wtedy myśli?
Ja pomyślałem, że nie najgorzej się zaczyna, że to niezłe wyzwanie jak
na pierwszy dzień.
Akurat... Nie pojawiło się staropolskie: "O kurwa"?
Przyznam, że trochę mnie zmroziło, ale nie zmartwiłem się i nie
przejąłem. Lubię wyzwania. Dla mnie to był moment, w którym mogłem z marszu zabrać się do konkretnej roboty. A z drugiej strony trzeba
pamiętać, że ja tę instytucję przejąłem dopiero poprzedniego wieczora.
Większość ludzi, z którymi miałem pracować, znałem, ale spotkałem ich po
czasie, nazwijmy to, przerwy.
Ciężko?
Otrzymałem do zarządzania Agencję, w tym jej kierownictwo, w kształcie
uformowanym przez mojego poprzednika, i uświadomiłem sobie w tym
momencie, że najpierw będę się musiał skupić na bieżących sprawach,
które się właśnie toczą, a czynności, które jeszcze dzień wcześniej
zaplanowałem, związane z przejęciem instytucji, dokonaniem diagnozy jej
stanu i wdrażaniem pierwszych zmian w ramach planu naprawczego muszą
chwilę zaczekać.
Sprawa się, łagodnie mówiąc, skomplikowała.
Delikatnie mówiąc. Plany, dotyczące reform czy najpilniejszych zmian w moim bezpośrednim zapleczu, czyli w kierownictwie, trzeba było nieco
odłożyć w czasie. I niektórych, niestety, później już nie udało się
zrobić, co się miało na mnie zemścić.
Fotel po generale Huni był jeszcze ciepły, a tu trzeba pracować. Były
krzywe spojrzenia czy raczej hasło: "Panowie, wszystkie ręce na
pokład"?
To drugie. Poprzedniego wieczora miałem jeszcze na biurku stos papierów
wymagających mojego podpisu. Protokoły przekazania, dosyć istotne, które
trzeba przeczytać. Siedziałem do późna, wiele spraw zostawiłem sobie na
następny dzień, a tu następnego dnia od rana trzeba było gasić pożar,
który wybuchł. Znaliśmy się z większością kierownictwa (odszedłem z Agencji dwa i pół roku wcześniej), wiedziałem, czego mniej więcej można
się po kim spodziewać. Z większością tych ludzi w jakiś sposób
pracowałem; w czasach UOP, potem w ABW i przez tych kilka lat przed
odejściem z Agencji Wywiadu. Nie było tu jakiegoś wielkiego napięcia. Ja
też nie należę do ludzi gwałtownych, wybuchowych.
Słucham pana i trudno mi sobie wyobrazić wybuch w pana wykonaniu.
Bo jestem osobą spokojną. Dla wszystkich było jasne, że mam precyzyjne
wyobrażenie, mam pomysł na Agencję i że będą zmiany, ale odbędą się w sposób pokojowy i cywilizowany. Moje koncepcje i zamierzenia były znane,
bo je przedstawiałem publicznie przed wyborami w różnego rodzaju
wystąpieniach w mediach. Oczekiwałem od początku wspólnej pracy dla
państwa. Myślę, że to podejście zaowocowało i mogłem liczyć ze strony
tych, których zastałem w Agencji, na zaangażowanie.
Nie było niechęci?
Nie miałem powodu do narzekania na jakieś formy sabotażu. Każdy chciał w jakiś sposób zafunkcjonować, zaistnieć, pokazać się od najlepszej strony
w nowych realiach. Choć dziś, z perspektywy minionych pięciu lat, wyda
się to dziwne i nieprawdopodobne, wówczas spora część środowiska
patrzyła na zmiany w służbach wprowadzane przez nowo powołany rząd z przychylnością i nadzieją. Jeśli nawet wprost nie popierała, to dawała
duży kredyt zaufania nowej władzy, licząc, że zakończy ona okres
stagnacji w tej branży.
Pan chce mnie zabić śmiechem. Generał Hunia, przez prawie osiem lat
kierujący Agencją, jego zastępcy - nikt z nich nawet się nie skrzywił?
Ze strony ustępującego kierownictwa w żaden sposób nie odczułem jakiejś
obstrukcji czy oporu. Wręcz przeciwnie, spotkałem się z wyrazami
wsparcia. Nawet niektórzy członkowie najwyższej kadry kierowniczej, choć
wiedzieli, że nie będę korzystał z ich usług, gratulowali mi i wyrażali
satysfakcję z nominacji oraz przekonanie, że to dla Agencji bardzo dobra
decyzja.
Kiedy przejmował pan stery Agencji, rzeczywiście byli w niej jeszcze
ci mityczni esbecy?
Odsetek funkcjonariuszy rozpoczynających służbę przed 1990 rokiem był
śladowy, na poziomie kilku procent. Zdecydowana większość z nich to były
osoby, których staż w Departamencie I MSW liczony był w miesiącach lub
nawet tygodniach.
No dobrze, to wróćmy do "Szafira". Kiedy machina państwa zaczęła
działać?
Natychmiast w MSZ został powołany zespół kryzysowy, który ma wszystkie
podstawowe instrumenty do zdobywania bieżącej wiedzy z zagranicy. To MSZ
dysponuje infrastrukturą informacyjną zapewniającą dopływ podstawowych
informacji.
Z naszych placówek dyplomatycznych, jak rozumiem?
Tak.
A jeśli tych podstawowych informacji nie ma - to co?
To i tak musi to robić MSZ. Niezależnie od tego, czy w danym miejscu
jest placówka, czy nie. To jest pewien fundament instytucjonalny: na
platformie MSZ-u dokonuje się styku wszystkich innych instytucji. MSZ
zarządza tą sytuacją od strony państwa.
A nad tym wszystkim dyskretnie czuwa Agencja. I w odpowiednim momencie
wkracza.
Ten wspomniany zespół kryzysowy składa się z przedstawicieli instytucji,
które zwyczajowo, tradycyjnie biorą udział w tego rodzaju sytuacjach.
Jedną z tych instytucji jest Agencja Wywiadu. Tam zapadają decyzje, tam
następuje podział zadań: kto co robi, jakie zadania mają instytucje
państwa w zależności od sytuacji. Wiadomo, że pierwszą podstawową rolą
Agencji jest zdobycie jak największej liczby danych uzupełniających i weryfikujących wiedzę, którą ma MSZ.
Hollywood pokazuje nam taki obraz: gdy następuje porwanie i przetrzymywani są zakładnicy, natychmiast zbiega się gromada ludzi z CIA
z teczkami wydruków i po dziesięciu minutach wszyscy wiedzą, co porywacz
lubi jeść na śniadanie.
Tak, to bardzo budujący obraz, tylko szkoda, że daleki od
rzeczywistości. Oczywiście w ostatnich latach, dzięki postępowi
technologicznemu, zwłaszcza w sferze cyfryzacji, wywiad dysponuje
nieporównanie lepszymi możliwościami niż w przeszłości. Bardzo ważnym
atutem jest także zacieśniająca się w ostatnich latach współpraca
międzynarodowa.
W Agencji Wywiadu też są takie teczki i zaraz wiadomo, co to za zły
chłopiec podniósł rękę na Najjaśniejszą Rzeczpospolitą? Oczywiście
trywializuję, ale w owym czasie nawet z naszymi ambasadami było w regionie różnie. A wiedzę trzeba pozyskiwać.
No cóż, u nas rzeczywiście do dyspozycji mamy raczej wspomniane przez
pana teczki, których użyteczność jest nieporównanie mniejsza niż
narzędzi oferowanych przez technologie cyfrowe. W tej sferze pozostaje
zatem bardzo wiele do zrobienia, aby chociaż nieco przybliżyć się do
owego hollywoodzkiego wyobrażenia.
Jest natomiast wypracowany pewien, nazwijmy to algorytm, postępowania.
Najpierw rzeczy podstawowe: kto został wzięty do niewoli, jak to się
stało. Kontakt z armatorem, z rodzinami tych osób itd. Tę wiedzę
pozyskuje się wszelkimi dostępnymi kanałami, zarówno oficjalnymi, jak
półoficjalnymi, także dyskrecjonalnymi. Następnie porządkujemy wiedzę
operacyjną o samym zdarzeniu: gdzie zaszło, obywatele jakich krajów
zostali jeszcze porwani, w jaki sposób to się stało. I wtedy też
nawiązuje się kontakty z instytucjami z tych krajów, których obywatele
też w tym tkwią. Być może mają one lepsze możliwości niż my. Najpierw
trzeba ustalić, że porwani żyją, nawiązać z nimi kontakt albo uzyskać
wiarygodny dowód świadczący o ich kondycji, tak zwany dowód życia.
A z państwem, z którego pochodzili porywacze, też?
Oczywiście też, żeby wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Musimy się także
zorientować, na wodach terytorialnych jakiego kraju to się zdarzyło.
Sytuacja z "Szafirem" działa się na wodach Nigerii.
Pukamy do służb partnerskich?
Oczywiście. Są państwa dużo bardziej doświadczone w tego rodzaju
porwaniach i z nimi też trzeba się skontaktować, żeby otrzymać pomoc,
wsparcie - informacyjne czy operacyjne. Bo na przykład mogą mieć na
terytorium danego państwa swoich ludzi, którzy są wyznaczeni do
obsługiwania tego rodzaju sytuacji, którzy mają kontakty, wiedzą, z kim
w tym kraju rozmawiać - z jaką służbą, z jakim politykiem czy
urzędnikiem, kto jest najbardziej decyzyjny w tych sprawach.
Albo z którym gangsterem.
Bywa i tak. Także tu my jesteśmy od tego, żeby otwierać wszystkie
możliwe furtki i wszędzie poszukiwać możliwości, bo taka jest właśnie
rola wywiadu, żeby prowadzić działania tego rodzaju. Największa
odpowiedzialność spoczywa jednak na armatorze. On jest właścicielem
statku, zatrudnia marynarzy, a porwanie dotyczy i statku, i osób, które
się na nim znajdują. Porwanie pojedynczych osób wygląda inaczej niż
porwanie statku, a jeszcze inna jest sytuacja zakładnicza, kiedy
nastąpiła napaść na jakiś obiekt należący do państwa, na przykład na
placówkę dyplomatyczną. Albo gdy mamy do czynienia z wdarciem się na
terytorium i opanowaniem jakiegoś obiektu - ambasady, konsulatu czy
rezydencji ambasadora.
Zakładam - może błędnie - że pewnie trudniej negocjuje się z ludźmi
działającymi z pobudek politycznych niż z rabusiami, którzy szukają po
prostu pieniędzy.
Inaczej. Pamiętajmy, że ci, którzy porywają dla pieniędzy, też mają
wypracowany swój algorytm. To jest zorganizowana grupa przestępcza
działająca w określony sposób według takich, a nie innych, dość
schematycznych zachowań.
Kiedy przychodzi ten moment, w którym pojawiają się mityczni "ludzie
służb"? Bo skoro są armator i MSZ, to może was już nie potrzeba? Kiedy
wkraczają? Co robią?
O tym wszystkim już mówiłem. Spotykają się na miejscu z tymi, którzy
mogą pomóc w jakikolwiek sposób w uwolnieniu porwanego. Oczywiście
zależy od tego, gdzie to się dzieje, bo wiadomo, że porwani często są z uprowadzonego statku przewożeni na ląd i ukrywani. Porwani mogą być
zmuszeni opuścić statek. Bo dla porywaczy najcenniejszym dobrem i najłatwiejszym do opanowania są ci ludzie.
Ile polskie państwo płaci za obywatela?
Polskie państwo nie płaci za obywatela.
Nie? Nawet porwanego z kałasznikowem przy głowie?
Raczej to się nie zdarza, ale każdy przypadek jest inny. Wiadomo, że
decyzję o ewentualnym okupie podejmują politycy, rządzący. Mówiąc
wprost, premier. Każdy premier jest inny i każdy ma swoją politykę.
Jeśli podejmie decyzję, żeby okup zapłacić, to do jego dostarczenia jest
wywiad. Mówimy oczywiście teoretycznie. Są państwa, które nigdy pod
żadnym warunkiem nie płacą, na przykład Francja, i wówczas, jeśli
zapłaty nie wezmą na siebie inni - rząd innego państwa, armator, rodzina
czy jakaś organizacja - los zakładników bywa tragiczny. Są także
państwa, które mówią oficjalnie i publicznie, że nie płacą, ale robią to
w absolutnej dyskrecji, co jest obciążone ryzykiem, bo może się wydać i zostać wykorzystane na przykład do rozgrywek politycznych.
Mówimy o dużych sumach?
To zależy od indywidualnych przypadków i te kwoty mogą być bardzo różne.
Z mojej wiedzy wynika, że są to duże pieniądze - kilka milionów dolarów.
Od głowy?
Bardzo różnie. Bywa, że tak. Generalnie ostateczna kwota zależy od
splotu okoliczności, przyjętej taktyki negocjacyjnej.
Marynarze z "Szafira" wrócili.
Polscy marynarze wrócili, i to bardzo szybko. Wszyscy inni, o ile
pamiętam, też. Nikomu nie zależy na tym, żeby nie wrócili.
Żeby zabijać towar?
Tak. Bo to może spowodować problem dla takich pirackich szajek.
Działania tego rodzaju są kłopotem dla państwa, na terytorium którego
takie zjawisko funkcjonuje. Swego czasu, w latach 2010-2012, było bardzo
niebezpiecznie u wybrzeży Somalii. Jeśli chodzi o porwanie "Szafira",
stało się to na wodach terytorialnych Nigerii. To państwo jest dosyć
stabilne, ma określoną pozycję. W jego interesie nie leży, żeby
rozwijało się tam piractwo. Inna rzecz, że piractwo może być
konsekwencją wewnętrznych konfliktów. W Nigerii toczy się wojna domowa.
Taka działalność jak porwania jest konsekwencją, funkcją tej wojny.
Niektóre siły wykorzystują je jako element zdobywania przewagi nad
rywalami.
Kiedy w 2009 roku porwano Amerykanina, Richarda Phillipsa, ruszył po
niego potężny zespół ludzi. Pięć dni później dwóch z trzech porywaczy
nie żyło. Tak działa silne państwo. Słabe państwo płaci?
Nie, tak powiedzieć nie można. Kraje, które nie mają tradycji tego
rodzaju działań - nie wysyłają takich ekip. To nie znaczy, że one są
słabe.
Państwo, które nie jest w stanie zadziałać i wysłać przeszkolonej
grupy operatorów wojsk specjalnych, nie jest w stanie ich tam dostarczyć
i odbić porwanego obywatela, jest słabe.
Powtórzę, to nie jest słabe państwo. To jest państwo, które nie prowadzi
polityki globalnej. To jest państwo mające po prostu inną kulturę, inną
koncepcję zapewnienia bezpieczeństwa i które z tego powodu nie dysponuje
takim rodzajem sił. Powołuje się pan na przykład USA, które jest
globalnym mocarstwem, to nie jest reprezentatywny przykład.
Nie chcę sięgać po demagogiczne argumenty, ale czuję się zmuszony.
Porwany we wrześniu 2008 roku przez talibów Piotr Stańczak pewnie
cieszył się, że "mamy inną kulturę bezpieczeństwa"... do lutego 2009,
kiedy obcięto mu głowę.
To było tragiczne wydarzenie, którego można było uniknąć, nawet nie
mając specjalnych jednostek, o których pan wspominał. Pamiętajmy, że
zawsze istnieje także możliwość skorzystania ze wsparcia sojuszników,
jeśli zapadnie decyzja o siłowym rozwiązaniu sytuacji zakładniczej.
Mieliśmy tam wtedy całkiem poważne siły. Mieliśmy rozpoznanie. W Afganistanie działały wtedy SKW i SWW. Przypuszczam, że AW też. Czego
zabrakło, żeby on przeżył?
Bardzo wielu rzeczy zabrakło. Przede wszystkim koordynacji działań
pomiędzy poszczególnymi elementami systemu zarządzania takimi
sytuacjami. Wówczas nie mieliśmy jeszcze wyćwiczonego tego systemu. Nie
dysponowaliśmy adekwatnymi strukturami i mechanizmami zarządzania tego
typu sytuacjami na poziomie państwowym. One powstały później, w ramach
wyciągania wniosków z tego dramatu. Jednak ówczesna odpowiedź naszego
państwa nosiła znamiona spontanicznej improwizacji.
A może komuś zwyczajnie zabrakło, przepraszam za określenie, "jaj",
żeby podjąć decyzję: "Tak, to nasz człowiek, nasz obywatel. No one left
behind!".
Nie szarżujmy. Wysyłanie GROM-u nic w tej sytuacji by nie dało. To
absolutnie nie ten przypadek, nasze siły w tym rejonie były jednak
skromne i bardzo oddalone od terytorium, na którym wszystko się działo.
I było to terytorium Pakistanu. Zabrakło oczywiście decyzji, zabrakło
rozwagi, odpowiedzialności na szczeblu politycznym państwa, rządu. To z całą pewnością. Zabrakło determinacji i woli walki na szczeblu
politycznym.
Do kogo należała ostateczna decyzja?
Z mojej wiedzy wynika, że największą winę ponosi szczebel strategiczny.
Ładne, bardzo eleganckie określenie premiera.
Inna rzecz, że te instytucje, które zostały wymienione: i dyplomacja, i wywiad, i inne służby państwowe nie wykazały tutaj maksimum staranności.
Absolutnie nie wykorzystano bardzo dobrych relacji z Amerykanami, którzy
byli tam wyjątkowo mocni i dysponowali instrumentami nacisku na służby
pakistańskie. Tutaj ewidentnie mieliśmy do czynienia z brakiem
współpracy struktur państwa odpowiedzialnych za takie sytuacje, ale
również była to konsekwencja braku doświadczenia.
Po prostu splot nieszczęść.
Do tego specyficzna sytuacja polityczna wewnątrz kraju, manifestacyjne
dystansowanie się premiera od spraw służb. Na to nałożyły się również
typowy polski bałagan i niechęć do angażowania się w tak skomplikowane
sytuacje, wbrew pozorom my nie jesteśmy tam obecni jako państwo. W Pakistanie - w ogóle. Nasza obecność tam jest symboliczna.
Czy był jakiś tajemniczy oferent, który zgłosił się z wiedzą na temat
miejsca przetrzymywania Stańczaka?
Postępowanie Agencji w sprawie porwania Piotra Stańczka było przedmiotem
drobiazgowej analizy w ramach zarządzonego przeze mnie audytu otwarcia.
Podobnie zresztą jak w przypadku kilkudziesięciu innych operacji,
zwłaszcza tych, które zakończyły się niepowodzeniem. Wyniki tych analiz
zostały szczegółowo opisane w raporcie z audytu. W sprawie Stańczaka
zabrakło tego, co w kierownictwie każdej służby wywiadowczej jest
konieczne, czyli odwagi w planowaniu i podejmowaniu decyzji. Skoro
najwyższe władze polityczne nie były w stanie podjąć jakiejkolwiek
sensownej decyzji, to wywiad (choć zwykle czeka na zadania) tym razem
powinien wykazać inicjatywę i na własne ryzyko uruchomić działania.
Determinacja i zdecydowanie wywiadu mogło skłonić decydentów
politycznych do ich zatwierdzenia post factum. Niestety, tak się nie
stało, nic nie zaproponowano, w AW wówczas zapanował dziwny marazm. Rząd
pozostawił sprawy swojemu biegowi, licząc na łut szczęścia. Efekt znamy.
Złe języki powiadają, że kilka lat po porwaniu i śmierci Stańczaka
Agencja jednak wpadła na trop porywaczy. Nie będę cytował, bo się to do
cytowania nie nadaje, ale mówią, że działania po znalezieniu tropu były,
nazwijmy to eufemistycznie, baaaardzo... ograniczone.
Unikam komentowania plotek, jednak pańskie słowa potwierdzają wprost
moją ocenę sytuacji, to znaczy brak odwagi i zdecydowania w reagowaniu
na sytuację.
Kto siedem lat później miał najwięcej do powiedzenia w Nigerii? Do
kogo zwróciliśmy się z prośbą?
Do wszystkich, którzy wtedy byli tam obecni. Nie mogę dzielić się
precyzyjną wiedzą na ten temat ze względu na wymogi tajności. Przykro
mi.
To inaczej: kto odpowiedział pozytywnie?
Wszystkie państwa, które są obecne w tym rejonie, i to mnie bardzo
ucieszyło. Spotkaliśmy się z dużym wsparciem naszych partnerów. Ale w gruncie rzeczy to i tak się oparło w największym stopniu na ścisłej,
bliskiej współpracy z miejscowymi władzami.
Koniec końców, poleciał tam ktoś na paszporcie dyplomatycznym z walizeczką, przekazał ją i powiedział: "Tu jest kasa, oddajcie naszych
marynarzy"?
Polecieli nasi ludzie z paszportami dyplomatycznymi. Na miejscu
doprowadzili do uwolnienia naszych obywateli i razem z nimi wrócili.
Działali w realnym zagrożeniu życia, a mimo to ich inteligencja i zimna
krew sprawiły, że wszystko zakończyło się inaczej niż w sprawie Piotra
Stańczaka. Po powrocie do kraju zespół został przeze mnie wynagrodzony.
Hojnie. To wszystko. Więcej opowiem może za dwadzieścia albo trzydzieści
lat.
Czyli nie "siła razy ramię", ale rozum, godność i inteligencja
oficera? Nawiasem mówiąc, udział w uwolnieniu Polaków miał mieć także
generał Gromosław Czempiński, o czym powiedział w jednym z wywiadów
prasowych. Miał?
No nie pojechali tam z karabinami i ich nie odbijali jak SAS w Sierra
Leone, tylko doprowadzili do tego, stosując cały zespół środków
perswazyjno-negocjacyjno-operacyjnych. Wypowiedzi o zaangażowaniu
generała Czempińskiego ze zrozumiałych względów nie będę komentował. Nie
mogę jej ani potwierdzić, ani zaprzeczyć.
Kwiecień 2016, uroczystość z okazji Święta 3 Maja połączona z wręczaniem
odznaczeń i awansów w stopniu, Muzeum Powstania Warszawskiego (od lewej:
minister Mariusz Kamiński, premier Beata Szydło, płk Grzegorz Małecki)
"Zespół środków perswazyjno-negocjacyjno-operacyjnych". Brzmi to
prawie tak seksownie jak numer 007.
Ale intrygująco (śmiech). Na miejscu, przy współpracy i pomocy władz
lokalnych, doszło do uwolnienia. Trzeba było rzeczywiście nawiązać
kontakt i wynegocjować odpowiednie warunki uwolnienia. Już na tym
zamknijmy temat.
A właśnie, rozstrzygnijmy to w końcu: oficer polskiego wywiadu ma
licence to kill?
Niemądry i szkodliwy mit. Każdy, kto by coś takiego autoryzował, dawał
na to zgodę, według polskiego prawa popełniałby przestępstwo.
Mamy to za sobą, wróćmy więc do porwań. Na przykład polskich
dziennikarzy na Bliskim Wschodzie. To chyba trochę bardziej
skomplikowane niż w przypadku "Szafira"?
W Syrii. To była dużo trudniejsza sytuacja, dlatego że oni również mieli
w tym swój udział.
No chyba nie powie pan, że sami się porwali.
Powiem tak: mieli bardzo dużo szczęścia. Również w kontekście sytuacji,
jaka istniała w tamtym regionie. Po prostu dostali się w ręce ludzi,
którym się wydawało, że rybki, które wpadły w sieć, są wysłannikami
znienawidzonego Zachodu. A prawda jest taka, że wyjechali na własną
rękę, lekceważąc bardzo poważne, właściwie ekstremalne, ryzyko.
W przypadku porwań na przykład w Rogu Afryki porwanemu raczej nie
spadnie - do czasu - włos z głowy. Bo jest, brzydko mówiąc, towarem. A w Syrii?
W Syrii dziennikarzom realnie groziła utrata życia. Sytuacja była
wyjątkowo skomplikowana. Istniały tam podziały rodzinne, plemienne,
organizacyjne. Cały konglomerat niesprzyjających okoliczności, który w pierwszych dniach obrócił się przeciwko nim.
Lipiec 2016, siedziba AW, wizyta dyrektora generalnego MUST
(szwedzka agencja odpowiedzialna za wywiad i kontrwywiad, ulokowana w strukturach armii) generała-majora Gunnara Karlsona
Mamoń i Głowacki mieli szczęście. Porwanie w 2015 roku w Syrii przez
bojowników islamskich - choć nie z ISIS - nie jest wygraną na loterii.
Wpadli w ręce ludzi, którzy nie wierzyli, że oni są dziennikarzami, i byli bardzo negatywnie nastawieni wobec ludzi z Zachodu. Krótko mówiąc,
byli przekonani, że trafili na prawdziwych zachodnich szpiegów.
A ile prawdy jest w tym, że porwani wręcz chełpili się "wsparciem
polskich instytucji", co dotarło do uszu porywaczy, którzy głośno
powiedzieli: "No to karty na stół, panowie"?
Nic mi o tym nie wiadomo.
Ktoś się szeroko uśmiechnął i zaczął ostrzyć nóż?
Na ich korzyść zadziałało to, że trafili przed lokalny sąd - nie w rozumieniu zachodnim, raczej plemienną szurę (radę), co akurat
zakończyło się dla nich pozytywnie. A później, dzięki staraniom... hm...
różnych zaangażowanych w to osób i instytucji.
Agencji Wywiadu też?
No oczywiście. To był splot okoliczności, który doprowadził do tego, że
po zastosowaniu wypracowanych środków i skorzystaniu z pewnych kontaktów
towarzyskich udało się przekonać porywaczy, że podejrzenia, jakie mają w stosunku do Polaków, są nieprawdziwe.
Szczęśliwy splot okoliczności i kontakty towarzyskie były, jak
słyszałem, wsparte sumą z sześcioma zerami.
Bezpodstawne opowieści. Sprzyjającą okolicznością dla porwanych były ich
związki w przeszłości z diasporą czeczeńską w Polsce. Wśród bojowników
ISIS na tamtym terytorium było wielu Czeczenów. To była ta okoliczność,
która pozwoliła na szczęśliwy finał.
Aż się chce zapytać, czy pewna kobieta, bliska ważnemu w tych sprawach
ministrowi, tutaj zadziałała?
Nie, to jest bez związku. Ale warto o tym powiedzieć, że ich wydobycie i powrót do Polski bardzo podniosły nasz prestiż w międzynarodowym
środowisku służb wywiadowczych. Wrócili chyba w Wigilię albo w pierwszy
dzień świąt Bożego Narodzenia. W tym czasie byłem na krótkim łączu z ministrem i relacjonowałem mu wydarzenia na bieżąco. Ucieszył się, bo
porwani byli jego kolegami. Wieść o tym naszym sukcesie rozeszła się w środowisku służb wywiadowczych, budząc duże uznanie.
I pewnie zaraz usłyszę, że inni przyszli po radę, pomoc...
Oczywiście! Zaczęli się ustawiać w kolejce koledzy z innych służb,
którzy mieli w Syrii porwanych dziennikarzy, i od wielu miesięcy nie
mogli skutecznie zamknąć tych sytuacji zakładniczych, czyli, mówiąc
wprost, doprowadzić do uwolnienia swoich obywateli. Prosili o pomoc,
radę.
Pomogliśmy?
Staraliśmy się jak najbardziej pomóc. Podzielić się przede wszystkim
pomysłem i sposobem wykonania.
A komu przypięto medale?
Tym, którzy to robili. To już była moja w tym głowa. Zaprosiłem ministra
na małą uroczystość odczytania listów pochwalnych włączonych do akt,
wręczania im nagród - pieniężnych i innych. Mam zasadę, że zarówno
nagroda, jak i kara muszą pojawić się prawie natychmiast po zdarzeniu.
Żeby miała walor motywacyjny albo, nazwijmy to, wychowawczy.
Osiem długich lat
Przejmował pan Agencję po nie byle kim - generale Macieju Huni, który
kierował nią przez prawie osiem lat. Jaki był Hunia? Co zbudowało jego
pozycję?
Nie jestem biografem generała Huni, a tym bardziej hagiografem (śmiech),
i wolałbym unikać wątków personalnych. Moje oceny stanu Agencji, sposobu
kierowania nią itd. opieram wyłącznie na kwestiach merytorycznych, nie
mają one podłoża personalnego. Dla jasności sprawy: moje relacje z Maciejem Hunią, którego znałem od wielu lat, były bardzo poprawne i nigdy nie miałem z nim osobistego konfliktu.
Czyli nie gilotynowano seriami?
Zmiany na stanowiskach kierowniczych były umiarkowane, odbywały się w bardzo spokojny sposób i motywowane były względami wyłącznie
merytorycznymi. Niektórzy dyrektorzy złożyli raporty o zwolnienie
jeszcze na ręce mojego poprzednika. Dla niektórych z nich miałem nawet
pewne propozycje, ale oni twardo chcieli odchodzić. Trudno, ich sprawa.
Żadnych czystek tego rodzaju, jak później pisały niektóre media,
odwoływania stu ludzi gdzieś tam z zagranicy nie było. Nic podobnego się
nie wydarzyło. Zresztą, to nie miałoby najmniejszego sensu, przecież
miałem świadomość i wiedzę, że to są procesy, które nie zachodzą z dnia
na dzień. Niejedna osoba spośród moich znajomych i kolegów dziwiła się
wówczas, że nie zrobiłem pokazowego ukarania poprzedników za jakieś
ewidentne patologie. Tymczasem moim celem było zmodernizowanie służby, a nie robienie czystek personalnych; stworzenie nowoczesnego wywiadu na
miarę naszych czasów i nadchodzących wyzwań, w miejsce skansenu
nastawionego na celebrowanie minionej chwały. To była niezwykła szansa
na gruntowną modernizację, jaka zdarza się raz na dwadzieścia lat,
niestety, została zmarnowana po moim odejściu. Wprowadzone przeze mnie
głębokie zmiany systemowe zostały przez mojego następcę odwrócone.
Przykład afery z oskarżeniem byłego wiceszefa z czasów generała Huni,
Pawła W., o pedofilię pokazuje, że jednak było za co.
Gdy wnioskowałem o jego odwołanie z funkcji zastępcy szefa, a było to w pierwszych dniach po przejęciu Agencji, nie dysponowałem wiedzą na ten
temat. Były jednak wystarczające podstawy do usunięcia go ze stanowiska
i ze służby. Zwróciłem się z wnioskiem do premiera o odwołanie z powodu
jego działalności jako członka kierownictwa, która w moim przekonaniu
była jednoznacznie szkodliwa
Generał Hunia powinien ponieść odpowiedzialność prawną za swoje
działania?
Za to, w jaki sposób kierował Agencją? Nie znalazłem podstaw, aby
sformułować tego typu wnioski. Z drugiej strony nie zdążyłem dokończyć
wielu zaplanowanych czynności pokontrolnych, których celem były
zweryfikowanie i neutralizacja nadużyć i zaniedbań zidentyfikowanych
podczas audytu i opisanych szczegółowo w raporcie, którego jeden
egzemplarz został przekazany ministrowi koordynatorowi.
Jakie to były zaniedbania i nadużycia?
Przede wszystkim w dziedzinie organizacji działalności Agencji, w zakresie tworzenia właściwych mechanizmów współpracy między pionami,
planowania i zadaniowania oraz monitorowania wykonania zadań,
rozliczania z efektów. Osobna kwestia to nieprawidłowości w gospodarce
finansowej, poważne zaniedbania w zakresie budowy i funkcjonowania
systemu kontroli wewnętrznej, który istniał w postaci szczątkowej.
Bardzo poważne zaniedbania i błędy stwierdzono w zarządzaniu personelem,
w tym w polityce kadrowej i systemie szkoleń. Ich efektem był masowy
exodus wybitnych oficerów do innych służb (głównie SWW) oraz poza
administrację państwową. A jednocześnie zapaść w rekrutacji nowych
funkcjonariuszy, która nie była w stanie uzupełniać powstałych w wyniku
odejść braków.
A ja znam takich złośliwych, którzy twierdzą, że wywiad wojskowy po
prostu odebrał co swoje. Po utworzeniu ABW i AW był "zielony desant" na
nowo utworzone służby cywilne.
Desant to za duże słowo, choć rzeczywiście były transfery z WSI do ABW i AW na kierownicze stanowiska. Z mojej wiedzy wynika, że nie miały jednak
charakteru masowego i nie wywarły istotnego wpływu na funkcjonowanie obu
służb. W kilku przypadkach odcisnęły natomiast poważne piętno na
działalności jednostek organizacyjnych, na których czele stanęli ci
oficerowie. O ile dobrze pamiętam, niektórzy oficerowie WSI, którzy
objęli kierownictwo delegatur ABW, byli uwikłani w tak zwaną mafię
paliwową, którą w późniejszych latach badała sejmowa komisja śledcza.
Agencja Wywiadu nie była magnesem dla młodych ludzi?
W latach 2007-2015 z AW odeszło ponad trzystu pięćdziesięciu
funkcjonariuszy, z tego aż jedna czwarta ze stażem krótszym niż
piętnaście lat.
Brzmi poważnie.
To bardzo negatywny trend, skutkujący znaczącym obniżeniem efektywności
służby.
Wracamy do audytu. Chce pan wyliczać dalej?
Najgorzej było w kwestiach organizacji i zarządzania operacyjną
działalnością zagraniczną oraz funkcjonowania pionu informacyjnego.
Konkrety?
A ma pan poświadczenie bezpieczeństwa do klauzuli "Ściśle tajne"? Bo
jeśli nie, to powiem tylko, że bez racjonalnego uzasadnienia, a raczej
wbrew logice i potrzebom państwa, znacząco zredukowano infrastrukturę
zagraniczną. Zredukowano o jedną trzecią liczbę zagranicznych ogniw
wywiadowczych usytuowanych w placówkach dyplomatycznych! Zlikwidowano
podobny odsetek misji łącznikowych, odpowiedzialnych za kontakty i realizację zadań służących organizacji współpracy ze służbami
partnerskimi. Drastycznie ograniczono aktywność informacyjną.
Zlikwidowano struktury terenowe w kraju. Można powiedzieć, że
wprowadzony de facto model opierał się na prowadzeniu działalności
wywiadu zagranicznego z pozycji Centrali zamiast z pozycji
zagranicznych. To dość osobliwy model, raczej niespotykany w wiodących
służbach (śmiech).
Może prościej byłoby powiedzieć, że Agencję oślepiono?
I ogłuszono. Bo audyt zidentyfikował dramatyczne rzeczy w działalności
uważanej przez mojego poprzednika za oczko w głowie, czyli pionie
wywiadu elektronicznego, SIGINT. Z powodu braku przepisów i norm
prawnych rozwinęły się nielegalne praktyki w stosowaniu SIGINT oraz
postępowaniu z uzyskiwanymi w jego efekcie danymi.
Bywali tacy politycy z Polski, którzy - wyjeżdżając poza jej granice -
zyskiwali zaskakująco dużą pewność, że są bezpieczni i wolni od
inwigilacji. I wtedy wkraczała Agencja, udowadniając im, jak bardzo się
mylą. Nie do końca zgodnie z prawem, a w zasadzie całkowicie
niezgodnie.
Takie przypadki rzeczywiście się zdarzały, jednak w moim przekonaniu nie
jest rolą wywiadu wychowywanie polityków i udowadnianie im czegokolwiek.
To są zaszłości, z którymi należy zrobić porządek. Jednak
odpowiedzialność za naganne zachowania polityków za granicą ponoszą
partie, które ich tam wysłały, i to one powinny robić z nimi porządek.
A jeśli tym razem powiem, że mam poświadczenie z niezbędną klauzulą?
To i tak nie podam więcej szczegółów.
Z tego wyłania się trochę obraz ruin.
Agencję pozostawiono samą sobie. Morale leżało. Nasileniu ulegały takie
patologiczne zjawiska jak upadek dyscypliny i nadużywanie alkoholu.
No chyba nie chce pan powiedzieć, że oficerowie wywiadu pili w pracy?
Zjawisko nadużywania alkoholu w służbach nasilało się zawsze w momentach
zapaści w tych formacjach. Miało ono różnorodne źródła i formy. Mam tu
na myśli sytuacje, w których kierownictwo tolerowało, a niekiedy wręcz
promowało zwyczaje spożywania dużych ilości alkoholu przy niemal każdej
okazji służbowej albo pozasłużbowej, w godzinach pracy i w pomieszczeniach służbowych. W święta Bożego Narodzenia czy Wielkanocy
przez tydzień było "kolędowanie" po biurach i imprezy do upadłego. To
samo przy okazji imienin, urodzin, narodzin dziecka, świąt państwowych,
awansów itd. Ukróciłem to pierwszego dnia. To była jedna z tych spraw,
na które kładłem też duży nacisk.
To nie jest praca, niczego nikomu nie ujmując, za sklepową ladą. Stres
i obciążenie robiły swoje?
Zgadzam się, jednak to nie może służyć za usprawiedliwienie do
promowania praktyk, które prowadzą do demoralizacji kadry i upadku
dyscypliny. A tak się właśnie w ostatnich latach działo. Sprzyjającą
okolicznością były apatia i zwykła nuda, wynikająca z braku sensownego
zajęcia i stymulujących zadań, pozwalających osiągnąć satysfakcję
zawodową. Do tego pogarszająca się sytuacja finansowa i brak perspektyw
rozwoju zawodowego. Przez osiem lat nie było podwyżek. Żadnych! Dzięki
zrozumieniu ze strony rządu udało mi się dokonać znaczących podwyżek w pierwszym kwartale 2016 roku oraz przeprowadzić gruntowną, historyczną
wręcz zmianę zasad wynagradzania funkcjonariuszy za granicą. Na
szczęście te zmiany, które wprowadziłem, z tego, co wiem, nie zostały
wycofane.
Może trzeba było im zostawić możliwość, żeby w piątek o 17.00, po
robocie, walnęli sobie kielicha?
Co kto robi w piątek po pracy, to jest jego sprawa. Natomiast na pewno
nie może tego robić w biurze ani w żadnych innych obiektach należących
do Agencji i przeznaczonych do prowadzenia działalności operacyjnej, a było tak wcześniej praktykowane. Zresztą nie tylko w tej służbie.
Chwila. Oficerowie pili w lokalach kontaktowych?
Tego typu sytuacje zdarzały się w różnych służbach. Na przykład
"Polityka" chyba w 2019 roku pisała, że jest to bardzo poważna
przypadłość w CBA. Oczywiście ludzie muszą się zrelaksować, muszą się
spotykać, integrować i dobrze, jeśli dzieje się to w warunkach
gwarantujących bezpieczeństwo, zwłaszcza treści rozmów, bo prawie zawsze
podczas takich rozmów porusza się tematy zawodowe... Wszystko jest dla
ludzi, tylko chodzi o to, że to musi się odbywać w granicach rozsądku, w warunkach, które nie wiążą się ze złamaniem reguł. A tu mieliśmy do
czynienia z takimi sytuacjami, które stanowiły złamanie wszelkich zasad,
z nadużywaniem statusu służby. Mało tego, odbywały się za przyzwoleniem,
a nierzadko z udziałem kierownictwa, w tym najwyższego. A kiedy
dochodziło do jakichś nieszczęść, na przykład wypadków samochodowych
spowodowanych po pijanemu, wszystko było zamiatane pod dywan.
Poprzednie kierownictwo miało tendencję do takich działań?
Niestety, miało bardzo tolerancyjny stosunek do tego typu zjawisk, po
prostu przymykając na nie oczy, a nierzadko, jak wspomniałem, biorąc w nich udział.
A co zamieciono pod dywan?
Przede wszystkim te wspomniane libacje i spowodowane w ich wyniku
kolizje z prawem. Inny przykład to stwierdzone w toku prowadzonych
działań kontrolno-audytorskich przypadki, że funkcjonariusz nie dopełnił
ustawowego obowiązku uzyskania zgody na podjęcie określonych czynności
lub nie zgłosił przełożonym, że prowadzi działalność gospodarczą.
Działalność gospodarcza?
Prowadzenie działalności gospodarczej bez wiedzy i zgody właściwego
przełożonego jest przestępstwem. Takie rygorystyczne zasady mają
zapobiec nadużywaniu władzy przez funkcjonariuszy, przede wszystkim
ingerencjom w życie polityczne i gospodarcze. Funkcjonariusz powinien
przekazać informacje, zameldować w określony sposób na stosownym druku
po to, żeby tego rodzaju czynność czy też aktywność otrzymała
odpowiednią autoryzację, a tego nie zrobił.
A to jest artykuł 231 kodeksu karnego.
Otóż nie tylko, w ustawie o ABW i AW jest bowiem cały rozdział 10a pod
tytułem "Przepisy karne", który przewiduje bardzo drakońskie kary za
uchybienie obowiązkom, o których wspomniałem. Dlatego przełożony takiego
funkcjonariusza powinien wyciągnąć konsekwencje zgodnie z przepisami,
zameldować swojemu przełożonemu o niedopełnieniu obowiązków przez jego
podwładnego. W przeciwnym razie staje się współwinnym nadużycia. I w tych przypadkach, które stwierdził audyt, tego nie zrobiono. Przełożony,
zobowiązany do zameldowania o stwierdzonym uchybieniu lub nadużyciu,
udawał, że nie ma problemu i milczał. Nie zameldował wyżej. A ktoś
wyżej, jeśli się już ostatecznie dowiedział po przeprowadzeniu audytu,
udawał, że o niczym nie wiedział. Potem się okazywało, że wiedział, ale
milczał, bo nie chciał martwić szefa. Później zaczynało się
kombinowanie: co zrobić, żeby nie ukarać tego człowieka? I co? I fałszowano dokumentację. Wstecznie produkowano dokumenty albo wkładano
je na dno szafy i udawano, że nikt nic nie wie.
Fałszowano kwity?
Stwierdzono takie praktyki. Albo inna sytuacja. Była afera w mieszkaniu,
już nieważne, czyim, bo oficerowie zwyczajnie się popili i zrobili
burdę. Przyjeżdża policja, zawiadomiona przez sąsiadów, a oni wyciągają
legitymacje służbowe, starają się wywierać presję. Ale ostatecznie
policja sporządza odpowiednią dokumentację i zawiadamia Agencję.
Dowiaduje się o tym szef biura, w którym ci funkcjonariusze służą, i zamiast zameldować o zdarzeniu przełożonemu, wszcząć postępowanie
dyscyplinarne i ukarać za to odpowiedzialnych, nic nie robi.
I znowu artykuł 231, czyli niedopełnienie obowiązków służbowych.
Tak. Bo "nie będziemy chłopakowi łamać kariery". I zamiast ukarać, nie
dawano winnemu premii albo dawano, ale mniejszą.
Zdarzało się branie przez funkcjonariuszy kredytów na dokumenty
legalizacyjne, zamiast na prawdziwe?
Owszem, tego typu patologie zdarzają się w każdej służbie. Ważne jednak,
aby takie zachowania były w porę identyfikowane i skutecznie
neutralizowane, a osoby, które się ich dopuszczają, usuwane ze służby.
A może w ostatecznym rozrachunku nie warto za jeden wybryk karać
człowieka, choćby dlatego że jest wartościowym pracownikiem?
Każdy przypadek jest inny i oczywiście zdarzają się też takie, gdy dla
dobra sprawy można wykazać się wyrozumiałością i na zasadzie wyjątku
odpuścić karanie. Jednak musi być dla wszystkich oczywiste, że jest to
odstępstwo od reguły. Zasada musi być jasna, nie ma zamiatania pod dywan
przypadków łamania prawa. Tu nie chodzi o tego jednego człowieka. Każdy
przykład tolerowania odstępstwa od reguł widzą wszyscy inni i to
powoduje, że obniżają się standardy i postępuje demoralizacja. W efekcie
ludzie nabywają przekonania, że nieważne, co głupiego zrobią, to i tak
będą uratowani. Na początku to będą drobnostki, głupoty, a potem będą
oczekiwać bezkarności za poważne sprawy.
Czyli zaczyna się od tego, że ktoś próbuje nie dostać mandatu, a kończy się na tym, że przewala kasę z funduszu operacyjnego.
Albo na przykład kłamie w dokumentach. Pisze, że kogoś zwerbował, a go
nie zwerbował, i bierze pieniądze na wynagrodzenie dla takiego
nieistniejącego agenta do kieszeni.
Bywało i tak?
To są pewne standardowe nadużycia, które się pojawiają nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Oczywiście nasilają się w służbie
zdemoralizowanej, pozbawionej silnego przywództwa, etosu, kręgosłupa
moralnego i profesjonalizmu, w której nie ma efektywnego systemu
kontroli.
Miał pan do czynienia z takim przewalaniem służbowych pieniędzy?
Były takie przypadki czy poważne podejrzenia, które później były
weryfikowane w toku postępowań dyscyplinarnych i karnych. To jest tak,
że warunki tajności tworzą glebę do różnego rodzaju nadużyć. One są
stare jak świat. A mechanizmy zapobiegające temu i neutralizujące też są
stare, tylko trzeba je konsekwentnie i bezwzględnie stosować. Nie można
ustępować na zasadzie, że wszyscy jesteśmy kolegami, że esprit de
corps, że my będziemy w tym środowisku, musimy na siebie liczyć również
wtedy, kiedy ktoś nawali - bo to jest fałszywe rozumienie przyjaźni czy
też źle pojęta solidarność zespołowa.
To teraz zapytam wprost: a co z handlem lewymi wizami w placówkach na
Bliskim Wschodzie? Przecież pan wie, o które kraje pytam. Nie będę
wskazywał ich palcem, bo to niczemu dobremu nie służy, ale zdarzali się
mistrzowie, którzy pod przykrywką walki z terroryzmem i wykorzystując
kreatywną ewidencję, po prostu dorabiali na boku, sprzedając trefne
wizy.
Takie sprawy objęte są najwyższą klauzulą tajności i z tego powodu w żaden sposób nie mogę się odnieść do pańskiego pytania.
A prawdą jest, że to właśnie za pańskich czasów proceder ten został
odkryty i zlecił pan wszczęcie wewnętrznego śledztwa, które potwierdziło
podejrzenia, w tym odpowiedzialność osób z kręgu bliskich
współpracowników obecnego szefa. Dlatego też zaraz po pana odejściu
sprawa została zamieciona pod dywan. Co pan na to?
To samo co wcześniej, nie mogę komentować tych rewelacji. Mogę natomiast
potwierdzić, że zleciłem kilka różnych postępowań wyjaśniających
dotyczących stwierdzonych nieprawidłowości i docierały do mnie sygnały,
że po moim odejściu zostały one umorzone.
Każdy ma prawo do błędów.
Owszem, każdy ma prawo popełnić błąd, jesteśmy tylko ludźmi. Każdy ma
prawo się potknąć, każdemu może się coś nie udać, pod warunkiem że
wykona wszystko, co miał zrobić, tak jak to zostało założone, że nie
zaniedbał, nie zlekceważył czegoś celowo i świadomie. Oficer prowadzący
niebezpieczne i skomplikowane operacje za granicą musi mieć pewność, że
w razie wpadki Agencja się za nim ujmie i wyciągnie go z tarapatów, nie
złamie mu kariery, gdy coś pójdzie nie tak. Tylko wtedy będzie się
angażował. Z drugiej jednak strony musi mieć świadomość, że pomoc
Agencji nie obejmuje zachowań wykraczających poza przyjęte normy,
zwłaszcza takich, które wiążą się z łamaniem zasad sztuki wywiadowczej.
Zwalniał pan kolegów?
Nigdy nie traktuję kierowania ludźmi w kategoriach towarzyskich. Nie
mianuję ani nie odwołuję kogoś, dlatego że jest lub nie jest moim
kolegą. Prywatne sprawy są poza służbą. W służbie, w pracy kierujemy się
wyłącznie meritum, czyli kompetencjami zawodowymi. Oczywiście, jeżeli z kimś się dłużej pracuje i ma się, powiedzmy, wspólne sukcesy, łączą nas
wspólnota myślenia i wiele podobieństw, to wiadomo, że się te więzi w jakiś sposób zacieśniają, ale to nie może zajść zbyt daleko. Nie można
dopuścić do utraty dystansu, zakłócenia oceny pracy danej osoby.
To współczuję pana dzieciom.
Niektórzy w Agencji twierdzili, że zbytnio trzymam dystans, nie
fraternizuję się, nie uczestniczę w imprezach, nie koleguję się za
bardzo.
Że jest pan sztywniakiem?
Że jestem kostyczny. Ale to było świadome i celowe zachowanie, żeby nie
zaburzać relacji. Należy oddzielać służbę od życia towarzyskiego. A fraternizowanie się, zwłaszcza z niższą kadrą, jest według mnie poważnym
błędem, nie wolno czegoś takiego robić. Po prostu zakłóca się zdolność
do realnej oceny i skutecznego zarządzania instytucją.
A czy w tej sytuacji nie rodzi się niechęć? Wewnętrzna opozycja
nawet?
Wszędzie jakaś opozycja wewnętrzna się rodzi. Zwłaszcza gdy ma się
zastępcę, który poszukuje wszystkich, którzy są niezadowoleni albo się
boją. Prawda jest taka, że część ludzi, zwłaszcza z kadry kierowniczej,
która z różnych powodów odrzucała mój model funkcjonowania Agencji, nie
chciała współpracować; bardzo szybko, w kontakcie z poprzednim
kierownictwem, zaczęła budować jakąś frondę i poszukiwać swojego
patrona.
Znaleźli go?
Błyskawicznie. Okazał się nim mój zastępca, który postanowił budować
swoją niezależną pozycję, dyskontując lęki i obawy tych członków
kierownictwa, którzy dystansowali się wobec mnie. Generalnie były to
osoby przeciwne mojej koncepcji modernizacji Agencji, zainteresowane
zachowaniem status quo.
Nie czuł pan, że taki człowiek kopie pod panem dołki?
W pewnym momencie stało się to oczywiste nie tylko dla mnie, ale nawet
dla osób poza służbą.
I co?
Podjąłem próbę przeciwdziałania temu, informując ministra koordynatora i zwracając uwagę na poważne negatywne tego konsekwencje dla służby.
Chyba nie pomógł.
Czułem z jego strony brak zrozumienia i ewidentne uleganie manipulacjom
i intrygom mojego zastępcy, będącego jego protegowanym. To doprowadziło
ostatecznie do mojego odejścia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki