W cieniu drzewa granatu - Tariq Ali

-
Proszę czekać

1

- Wszyst­ko zmie­rza ku temu, byśmy sta­li się je­dy­nie won­nym wspo­mnie­niem - oświad­czyła ama5. Mówiła nie­wy­raźnie z po­wo­du licz­nych braków w uzębie­niu.

Słowa ko­bie­ty ode­rwały Ja­zi­da od sza­chow­ni­cy. Zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na sta­ruszkę. Sie­dział po dru­giej stro­nie dzie­dzińca, za­pal­czy­wie próbując obmyślić for­tel. Chciał za­sko­czyć swo­je sio­stry, Hind i Kul­sum, które były do­sko­nałymi gra­cza­mi. Właśnie wy­je­chały do Ghar­na­ty z resztą ro­dzi­ny i miał czas zająć się stra­te­gią otwar­cia par­tii.

Próbował za­in­te­re­so­wać sza­cha­mi amę, ale sta­ra ko­bie­ta za­wsze za­no­siła się chra­pli­wym śmie­chem, gdy pro­po­no­wał jej wspólną grę. Nie ro­zu­miał jej. Czyż sza­chy nie prze­wyższały pod każdym względem tych pa­ciorków, które wciąż prze­su­wała w pal­cach? Dla­cze­go nie umiała tego pojąć?

Ja­zid zaczął zbie­rać fi­gu­ry, z których każda miała na pod­sta­wie wy­ry­te jego imię, ale robił to z ociąga­niem. Były na­prawdę nie­zwykłe. Sto­larz Juan do­sko­na­le po­ra­dził so­bie z uro­dzi­no­wym pre­zen­tem, którego wy­ko­na­nie zle­cił mu oj­ciec chłopca. Przed mie­siącem, w 1500 roku chrześcijańskie­go ka­len­da­rza, Ja­zid skończył dzie­sięć lat.

Ro­dzi­na Ju­ana służyła banu Hu­dajl od wieków. W roku 932 przywódca tego kla­nu, Ham­za Ibn Hu­dajl, uciekł z ro­dziną i swo­imi po­plecz­ni­ka­mi z Di­ma­szqu i po­pro­wa­dził ich na za­chod­nie ru­bieże is­la­mu. Wy­so­ko na zbo­czach wzgórz, ja­kieś dwa­dzieścia mil od Ghar­na­ty, założył wioskę, która wnet zy­skała nazwę Al-Hu­dajl. Nie bra­ko­wało w niej górskich stru­mie­ni wzbie­rających na wiosnę mętną wodą z top­niejącego na szczy­tach śnie­gu. Wokół wio­ski po­tom­ko­wie Ham­zy sia­li zboże na ol­brzy­mich połaciach i sa­dzi­li drze­wa owo­co­we. A w pięćdzie­siąt lat po śmier­ci przywódcy kla­nu zbu­do­wa­li dla sie­bie re­zy­dencję. Pysz­niła się w oto­cze­niu pól, win­nic i sadów pełnych mig­dałowców, po­ma­rańczy, gra­natów i morw. Drze­wa przy­wo­dziły na myśl dzie­ci cisnące się do mat­ki.

Me­ble w re­zy­den­cji albo były łupem wo­jen­nym Ibn Fa­ri­da, albo zo­stały wy­ko­na­ne rękami przodków Ju­ana. Sto­larz, jak wszy­scy miesz­kańcy wio­ski, był od­da­ny ro­dzi­nie Ja­zi­da. A chłopca wprost uwiel­bia­no, dla­te­go też Juan po­sta­no­wił wy­rzeźbić mu sza­chy, ja­kich dotąd nikt nie wi­dział. Nie szczędził na to dzieło sił ani umiejętności.

Białe fi­gu­ry przed­sta­wiały Maurów. Królową wyróżniały szla­chet­ne piękno ob­li­cza i uro­kli­wa man­ty­la, król miał rudą brodę i błękit­ne oczy, a odzia­ny był w po­wiewną arabską szatę przy­ozdo­bioną cen­ny­mi klej­no­ta­mi. Wieże ni­czym, poza wiel­kością, nie różniły się od tej, która do­mi­no­wała nad bramą. Koni do­sia­da­li ry­ce­rze mający rysy i syl­wetkę pra­dziad­ka Ja­zi­da, wo­jow­ni­cze­go Ibn Fa­ri­da, o którego le­gen­dar­nych po­tycz­kach miłosnych i wo­jen­nych roz­pra­wia­no w ro­dzi­nie bez ustan­ku. Gońcami byli ima­mo­wie w tur­ba­nach, w pio­nach zaś dało się zna­leźć po­do­bieństwo do sa­me­go mal­ca.

Ry­wa­la­mi tej oso­bli­wej mau­re­tańskiej ar­mii zo­sta­li chrześci­ja­nie. Nie wy­star­czyło sto­la­rzo­wi, że prze­zna­czył im ko­lor czar­ny, do­dat­ko­wo nadał im wygląd po­tworów. Zło bijące z oczu czar­nej królo­wej sta­no­wiło moc­ny kon­trast z mi­nia­tu­rową ma­donną za­wie­szoną na jej szyi. Usta mo­nar­chi­ni po­ma­lo­wa­ne zo­stały na ko­lor krwi, a na jej pierście­niu wid­niała tru­pia czasz­ka. Król miał zdej­mo­waną ko­ronę, a na wy­pa­dek gdy­by ta alu­zja nie oka­zała się dość czy­tel­na, śmiały sto­larz za­opa­trzył go w parę maleńkich rogów. Tak spo­twa­rzo­nym Fer­dy­nan­do­wi i Iza­be­li to­wa­rzy­szył or­szak równie gro­te­sko­wych fi­gur. Ry­ce­rze na ko­niach mie­li ręce unu­rza­ne we krwi. Gońce zo­stały przed­sta­wio­ne jako ogo­nia­ste diabły ze szty­le­ta­mi w dłoniach. Pio­ny były mni­cha­mi w kap­tu­rach - pa­chołkami in­kwi­zy­cji szu­kającymi ko­lej­nych ofiar. Mie­li chci­wy wzrok i wiel­kie brzu­chy. Gdy­by Juan miał okazję wi­dzieć kie­dyś Jiméneza de Ci­sne­ro­sa, z pew­nością i jego ka­ry­ka­tu­ra zna­lazłaby się na sza­chow­ni­cy.

Wszy­scy, którym dane było zo­ba­czyć sza­chy Ja­zi­da, zga­dza­li się, że Juan wy­rzeźbił ar­cy­dzieło. Dla 'Uma­ra, ojca chłopca, był to jed­nak powód do nie­po­ko­ju. Wie­dział, że jeśli sza­chy zo­ba­czy któryś ze szpiegów in­kwi­zy­cji, sto­la­rza cze­ka śmierć w męczar­niach. Ale Juan nie chciał na­wet słyszeć o tym, by dziec­ko nie do­stało swe­go pre­zen­tu. Sześć lat wcześniej oj­ciec Ju­ana, oskarżony pod­czas wi­zy­ty u krew­nych w Ta­laj­tu­li o apo­stazję, zmarł w więzie­niu na sku­tek tor­tur, których nie szczędzi­li mu mni­si. Zresztą po tym, jak połama­li mu pal­ce, i tak stra­cił chęć do życia. Młody sto­larz po­przy­siągł wówczas zemstę. Sza­chy to był za­le­d­wie jej początek.

Chłopiec przy­wiązał się do tych fi­gur, jak­by to były żywe stwo­rze­nia. Jego ulu­bie­nicą zo­stała Iza­be­la, czar­na królowa. Bu­dziła w nim równo­cześnie fa­scy­nację i prze­rażenie. Po pew­nym cza­sie zaczął ją trak­to­wać jak po­wier­nicę. Gdy nikt nie wi­dział, zwie­rzał jej się ze swo­ich zmar­twień.

Spa­ko­waw­szy obie ar­mie, Ja­zid znów skie­ro­wał wzrok na starą pia­stunkę. Z jego pier­si wy­do­stało się wes­tchnie­nie za­du­my. Miał się nad czym za­sta­na­wiać.

Ama ostat­ni­mi cza­sy często mówiła do sie­bie. Nie­raz był tego świad­kiem. Czy rze­czy­wiście tra­ciła ro­zum, jak twier­dziła Hind? Nie mógł wie­rzyć sio­strze bez­kry­tycz­nie, bo w złości zda­rzało się jej mówić różne rze­czy. Gdy­by ama fak­tycz­nie zaczęła tra­cić ro­zum, oj­ciec z pew­nością umieściłby ją w ma­ri­sta­nie6 w Ghar­na­cie, gdzie prze­by­wała stry­jecz­na bab­ka Za­hra. Chłopiec uznał, że Hind była zła na opie­kunkę, która wciąż po­wta­rzała, że już czas, by ro­dzi­ce zna­leźli dziew­czy­nie męża, i dla­te­go tak po­wie­działa.

Na­braw­szy tej pew­ności, Ja­zid pod­niósł się wresz­cie, prze­szedł przez dzie­dzi­niec i usiadł sta­rusz­ce na ko­la­nach. Sia­tecz­ka zmarsz­czek na twa­rzy amy zgęstniała, gdy uśmiechnęła się do nie­go. Odłożyła różaniec i pogładziła Ja­zi­da po twa­rzy, a po­tem jesz­cze złożyła na jego głowie de­li­kat­ny pocałunek.

- Niech Al­lah ci błogosławi - po­wie­działa uro­czyście. I dodała za­raz: - Czy je­steś głodny?

- Nie. Amo, z kim roz­ma­wiałaś przed chwilą?

- A któż chciałby dziś słuchać słów sta­rej ko­bie­ty, Ibn 'Uma­rze? Znaczę nie więcej niż umar­li.

Ama nig­dy nie zwra­cała się do Ja­zi­da po imie­niu. Czyż bo­wiem nie było to imię ka­li­fa, który po­ko­nał i zabił wnuków Pro­ro­ka pod Kar­balą? Człowie­ka, który kazał swo­im żołnie­rzom wpro­wa­dzić ko­nie do me­cze­tu w Al-Ma­di­nie, gdzie mo­dlił się kie­dyś sam Pro­rok, i który trak­to­wał z po­gardą jego to­wa­rzy­szy? Wy­ma­wiać jego imię zna­czyło zda­niem amy kalać pamięć ro­dzi­ny Pro­ro­ka. Nie mogła wyjaśnić tego chłopcu, ale właśnie z tego po­wo­du na­zy­wała go za­wsze Ibn 'Uma­rem, sy­nem 'Uma­ra. Gdy kie­dyś Ja­zid za­py­tał przy całej ro­dzi­nie, dla­cze­go tak do nie­go mówi, ama rzu­ciła tyl­ko nie­na­wist­ne spoj­rze­nie Zu­baj­dzie, jego mat­ce. Jak­by chciała po­wie­dzieć: "To wszyst­ko jej wina, dla­te­go ją po­wi­nie­neś spy­tać". To spo­wo­do­wało jed­nak po­wszech­ny wy­buch śmie­chu i ama wyszła obrażona. A Ja­zid wciąż nie znał od­po­wie­dzi.

- Ja cię słuchałem. Słyszałem, co mówisz, i mogę powtórzyć - za­pew­nił te­raz gorąco. - Chcesz, żebym powtórzył?

- Och, mój synu - wes­tchnęła ama. - Mówiłam do cie­nia rzu­ca­ne­go przez drze­wo gra­na­tu. Przy­najm­niej ono tu zo­sta­nie, gdy my już odej­dzie­my.

- Odej­dzie­my? Dokąd?

- Do nie­ba, moje dziec­ko. Do nie­ba.

- Czy wszy­scy pójdzie­my do nie­ba? - za­in­te­re­so­wał się.

- Ty pójdziesz do siódme­go nie­ba, mój prze­czy­sty kawałku księżyca, niech Al­lah ci błogosławi. O in­nych nie umiem po­wie­dzieć nic pew­ne­go. Two­ja sio­stra Hind Bint 'Umar, jeśli nie wy­dadzą jej wkrótce za mąż, nie do­sta­nie się na­wet do pierw­sze­go nie­ba. Prze­ko­nasz się. Ja­kieś zło opęta to dziec­ko. Oba­wiam się, że odda się dzi­kim namiętnościom i tyl­ko przy­nie­sie wstyd twe­mu ojcu, oby Al­lah miał go w swo­jej opie­ce.

Ja­zi­da roz­ba­wiła myśl o tym, że Hind nie zdoła się do­stać na­wet do pierw­sze­go nie­ba, i chi­cho­tał co­raz głośniej. Ama nie zdołała się po­wstrzy­mać i wnet też zaczęła się śmiać, po­ka­zując przy tym wszyst­kie osiem zębów, które jej zo­stały.

Z całego swo­je­go ro­dzeństwa to Hind Ja­zid ko­chał naj­bar­dziej. Przez to, że ona jed­na nie trak­to­wała go jak dziec­ka. Po­zo­sta­li dzi­wi­li się nie tyl­ko temu, że ma coś do po­wie­dze­nia, ale na­wet że w ogóle po­tra­fi mówić, ciągle bra­li go na ręce i całowa­li, jak­by był roz­kosz­nym zwierzątkiem. Uwiel­bia­li go i on o tym wie­dział, ale i tak miał im za złe, że ignorowa­li jego py­ta­nia. Dla­te­go oka­zy­wał im lek­ce­ważenie.

Z Hind było in­a­czej. Star­sza od małego bra­cisz­ka o sześć lat, nie dawała mu od­czuć wie­ko­wej prze­wa­gi. Sprze­cza­li się bez prze­rwy, ale nie mo­gli bez sie­bie wy­trzy­mać. Ja­zid ko­chał ją tak bar­dzo, że nie przejął się ani trochę pro­roc­twa­mi amy.

Gdy­by nie Hind, nie wie­działby, czym rozzłościł ich ro­dziców dzia­dek Mi­gu­el pod­czas zeszłoty­go­dnio­wej wi­zy­ty. Ona mu wszyst­ko wytłuma­czyła. Zde­ner­wo­wał się, kie­dy powie­działa, że Mi­gu­el, który był bi­sku­pem Qur­tu­by, zażądał, by cała ro­dzi­na tam przy­je­chała i przeszła na ka­to­li­cyzm. "To przez Mi­gu­ela wszy­scy są te­raz w Ghar­na­cie, on ich tam zaciągnął" - myślał ma­lec ze złością. Po­sta­no­wił o nim po­roz­ma­wiać z opie­kunką.

- Dla­cze­go stry­jecz­ny dzia­dek Mi­gu­el nie roz­ma­wia z nami po arab­sku? - za­py­tał na początek.

Za­sko­czył tym sta­ruszkę. Nim się zmi­ty­go­wała, splunęła na zie­mię i zaczęła na powrót prze­su­wać w pal­cach pa­cior­ki różańca, mrucząc raz po raz pod no­sem:

- La ila­ha illa Al­lah wa Mu­ham­mad ra­sul Al­lah!

- Od­po­wiedz mi, amo. Od­po­wiedz mi! - Ja­zid nie za­mie­rzał re­zy­gno­wać.

Ama zwróciła twarz ku chłopcu. W jego oczach w ko­lo­rze mig­dałów do­strzegła iskier­ki gnie­wu. Przy­po­mi­nał jej w tej chwi­li swe­go pra­dziad­ka. To spra­wiło, że zaczęła mówić o Mi­gu­elu, nie ta­mując złości.

- Twój stry­jecz­ny dzia­dek Mi­gu­el mówi, czy­ta i pi­sze po arab­sku, ale... - jej głos załamał się - odwrócił się od nas. Od wszyst­kie­go. On na­wet śmier­dzi tak jak oni!

Ja­zid znów zaczął się śmiać. Stry­jecz­ny dzia­dek Mi­gu­el nie był poważany w ro­dzi­nie, ale nikt dotąd nie wy­po­wia­dał się o nim z taką po­gardą. Przy­najm­niej nie przy chłopcu. Ja­zid wie­dział jed­nak, co ama miała na myśli, mówiąc o za­pa­chu. Na­wet jego oj­ciec nie umiał za­cho­wać po­wa­gi, gdy ummi7 Zu­baj­da stwier­dziła, że stryj zo­sta­wia po so­bie taką woń jak wielbłąd, który zjadł zbyt wie­le dak­ty­li.

- Czy za­wsze tak śmier­dział? - spy­tał wresz­cie pia­stun­ki.

- Oczy­wiście, że nie! - Amę zde­ner­wo­wało to py­ta­nie. - Daw­niej, nim sprze­dał swoją duszę i zaczął czcić ob­ra­zy krwa­wiących lu­dzi przy­bi­tych do drew­nia­nych krzyży, był naj­czystszą osobą na świe­cie. La­tem kąpał się pięć razy dzien­nie i pięć razy zmie­niał sza­ty. Pamiętam do­brze te cza­sy. A te­raz śmier­dzi, jak­by nie wy­cho­dził ze staj­ni. Czy wiesz dla­cze­go?

Ja­zid przy­znał, że nie ma pojęcia.

- Żeby nikt nie mógł mu za­rzu­cić, że pod su­tanną nadal jest muzułma­ni­nem. Śmierdzący ka­to­li­cy! Chrześci­ja­nie w Zie­mi Świętej ce­ni­li so­bie czy­stość, a tu­tej­si księża boją się wody. Tak jak­by kąpiel miała być zdradą ich świętego, którego na­zy­wają Sy­nem Boga. - Ama kończyła zda­nie ogrom­nie rozeźlona. Ale na­gle się uspo­koiła i rzu­ciła do Ja­zi­da: - A te­raz wsta­waj, idzie­my coś zjeść. Słońce już za­cho­dzi, nie możemy dłużej cze­kać na powrót two­ich bli­skich z Ghar­na­ty. Właśnie, czy ty już jadłeś dziś miód?

Ja­zid po­spiesz­nie po­ki­wał głową. Odkąd pamiętał, ama co rano wmu­szała w nie­go łyżkę dzi­kie­go mio­du. Jego brat i sio­stry również mu­sie­li przez to prze­cho­dzić w dzie­ciństwie.

- Ale prze­cież nie odmówiłaś jesz­cze wie­czor­nej mo­dli­twy - przy­po­mniał Ja­zid.

Sta­rusz­ka skar­ciła go wzro­kiem. Jak w ogóle śmiał pomyśleć, że za­po­mniała o świętym obo­wiązku? Ale Ja­zid uśmiechnął się sze­ro­ko i ama od razu za­po­mniała o ura­zie. Wstała po­wo­li i ru­szyła do łaźni, żeby się obmyć.

OD AU­TO­RA

KWIN­TET MUZUŁMAŃSKI - GARŚĆ NO­TA­TEK

La­haur: lata pięćdzie­siąte

W dzie­ciństwie i młodości w ogóle nie in­te­re­so­wała mnie hi­sto­ria is­la­mu. Ani trochę. To było coś dla tępaków, dla fa­na­tycz­nych pa­triotów, dla chłopców z re­li­gij­nych ro­dzin, posłusznych we wszyst­kim mułłom.

Je­den z mo­ich młodych wujków za­pusz­cza brodę. Po­trze­bu­je re­li­gii, bo chce od­po­ku­to­wać swoją winę, którą - być może - so­bie wymyślił. Kie­dy nas od­wie­dza, moi ro­dzi­ce od razu na­bie­rają ocho­ty na grę w te­ni­sa. Całymi go­dzi­na­mi, a dłużą mi się nie­miłosier­nie, spa­ce­ruję koło wuja po ogro­dzie, a on z błyskiem w oku opo­wia­da mi o początkach is­la­mu i o szla­chet­ności pierw­szych ka­lifów. Ani słowa o licz­nych mor­der­stwach czy krnąbrnej najmłod­szej żonie Ma­ho­me­ta. Według tra­dy­cji jed­na Aisza po­kpi­wała so­bie cza­sa­mi z Pro­ro­ka, nikt inny się nie odważył. Tego wszyst­kie­go miałem się do­wie­dzieć później, hi­sto­ria w ustach mego wuja jest równie nud­na jak chrześcijańskie żywo­ty świętych. Wyłączam się zupełnie i roz­myślam o przy­jem­niej­szych spra­wach.

Myślę, że sku­tecz­nie mnie do tych te­matów zniechęcił. Nie było zresztą trud­no. Ro­dzi­ce byli ko­mu­ni­sta­mi, w domu pełno było poetów, ar­tystów, kry­tyków li­te­rac­kich, przywódców ruchów lu­do­wych i związkowców. Kogo ob­cho­dziła re­li­gia?

Oxford/Lon­dyn: lata sześćdzie­siąte i siedemdzie­siąte

Re­wo­lu­cja wisi w po­wie­trzu. Będzie­my wal­czyć i wy­gra­my - w Paryżu, Lon­dy­nie, Rzy­mie, Ber­li­nie. Tym­cza­sem zwy­cięstwa mają miej­sce w Azji: w Wiet­na­mie i Pa­ki­sta­nie. Ame­ry­ka­nie po­noszą klęskę, wszy­scy ob­ser­wu­je­my ich ha­nieb­ny odwrót. Pamiętam radość na wi­dok ame­ry­kańskich he­li­kop­terów ewa­ku­ujących żołnie­rzy. Jakże cu­dow­nie jest żyć.

W Pa­ki­sta­nie stu­den­ci walczą z dyk­ta­turą woj­skową. Skan­dują so­cja­li­stycz­ne i an­ty­re­li­gij­ne slo­ga­ny i zdo­by­wają po­par­cie ro­bot­ników, praw­ników, urzędników, skle­pi­ka­rzy, le­ka­rzy, a na­wet pro­sty­tu­tek. Roz­ru­chy trwają trzy mie­siące, walczący za nic mają śmierć, nie boją się jej. W końcu dają so­bie radę z juntą.

Nadal nie myślę o hi­sto­rii re­li­gii, czy to is­la­mu, czy chrześcijaństwa. Kto w ogóle się tym in­te­re­su­je?

1990-1992: Pierw­sza woj­na w Za­to­ce

W te­le­wi­zji pe­wien pro­fe­sor, nie­gdyś le­wi­co­wiec, oka­zu­je po­par­cie walczącym i do­ma­ga się oba­le­nia Sad­da­ma Hu­saj­na. Kie­dy py­tają go o po­li­tykę w tym re­jo­nie świa­ta, od­po­wia­da: "Is­lam i kul­tu­ra po­li­tycz­na się wy­klu­czają".

Ci­skam książką w ekran te­le­wi­zo­ra, prze­kli­nając cho­ler­ne­go re­ne­ga­ta. Muszę mu od­po­wie­dzieć. Za­czy­nają się ro­dzić py­ta­nia o po­wsta­nie i upa­dek cy­wi­li­za­cji is­lam­skiej. Czy­tam Al­ber­ta Ho­ura­nie­go i po­now­nie Ma­xi­me'a Ro­din­so­na, po­wo­li za­tra­cam się w hi­sto­rii is­la­mu w Eu­ro­pie. Tej pi­sa­nej przez na­ukowców, i tej po­pu­lar­nej, z po­ry­wających fabuł. Po­sta­na­wiam, że po­jadę do Hisz­pa­nii. Po­roz­ma­wiać z ludźmi, obej­rzeć za­byt­ki i na­pi­sać długi ar­ty­kuł o tym, co jest te­raz i z cze­go to wy­ni­ka.

Jadę, i to nie tyl­ko do An­da­lu­zji. Wdy­cham za­pach zie­mi, oglądam za­cho­dy słońca, zwie­dzam reszt­ki Wiel­kie­go Me­cze­tu w Kor­do­bie, roz­po­znaję arab­skie słowa w wy­po­wie­dziach mo­ich rozmówców i w na­zwach miej­sco­wości. Szu­kam wszyst­kie­go na­raz. Jak to wte­dy było? Co się zda­rzyło u schyłku tej cy­wi­li­za­cji? Wciąż wra­cam do przeszłości i wresz­cie nie mogę się uwol­nić od myśli o po­wieści. Mu­siałem ją na­pi­sać.

Wie­le lat później w La­haur przeglądam li­sty, które wysyłałem do ro­dzi­ny z Oxfor­du. W jed­nym z nich, ad­re­so­wa­nym do mat­ki, jest taka wzmian­ka: "Na­piszę po­wieść, ale te­raz mam tyle do zro­bie­nia. Może później, nie­mniej na­piszę...". Był rok 1967. Całkiem za­po­mniałem o tam­tych de­kla­ra­cjach.

W cie­niu drze­wa gra­na­tu zo­sta­je do­brze przyjęte, szczególnie w Hisz­pa­nii (co bar­dzo mnie cie­szy). Naj­większy suk­ces han­dlo­wy od­no­si w Niem­czech (co nie­zwy­kle cie­szy mo­je­go do­radcę fi­nan­so­we­go). Ale to właśnie tam omal nie doszło do skan­da­lu. Do­praw­dy.

Wówczas wy­daw­cy wysyłali jesz­cze eg­zem­pla­rze re­cen­zenc­kie kie­row­ni­kom księgar­ni, a ci często na­prawdę je czy­ta­li, nim podjęli de­cyzję o zamówie­niu. Je­den z nich, ze Stut­t­gar­tu, za­dzwo­nił do nie­miec­kie­go wy­daw­cy. Po­do­bała mu się książka, ale zna­lazł w niej błąd hi­sto­rycz­ny, który ko­niecz­nie należało po­pra­wić. Otóż w jed­nym z prze­pisów ku­li­nar­nych po­ja­wiły się ziem­nia­ki, a prze­cież wte­dy ich jesz­cze w Eu­ro­pie nie było! Po­ru­sze­nie. Za­dzwo­ni­li do mnie, nie wie­dzie­li, co robić. Za­pro­po­no­wałem, żeby się tym za bar­dzo nie przej­mo­wać, a w następnym wy­da­niu zmie­nić ziem­nia­ki na ja­kieś inne bul­wy. Pro­blem zo­stał roz­wiązany.

1993: Nowy Jork

Jem lunch z Edwar­dem Sa­idem we włoskiej re­stau­ra­cji, nie­da­le­ko Cen­tral Par­ku. Jest nie­na­gan­nie ubra­ny, jak za­wsze. Mam wrażenie, że jego re­li­gią jest dan­dyzm.

- Nig­dy nie no­sisz gar­ni­turów? - dzi­wi się.

- Bar­dzo rzad­ko. Ale już kra­wa­ta wca­le nie zakładam.

- Dla­cze­go? Nie poj­muję tego.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

- A tak przy oka­zji, bar­dzo mi się po­do­bała two­ja książka.

- Cieszę się. Ale skończyłem już z po­wieścia­mi. Wra­cam do swo­ich stałych zajęć.

- Tak?

- A co jesz­cze można w tej spra­wie dodać?

- Nie możesz na tym po­prze­stać. Opo­wiedz całą krwawą hi­sto­rię.

Ma na myśli hi­sto­rię starć za­chod­nie­go chrześcijaństwa z cy­wi­li­zacją is­lamską. Jęczę, wy­mi­guję się, a on na­le­ga. Uważa, że trze­ba to zro­bić. Myślę i myślę i po­wo­li kla­ru­je mi się po­mysł Kwin­te­tu. Właści­wie cze­mu nie?

2000: Tar­gi książki w Stam­bu­le

Przy­jeżdżam do Stam­bułu, będę pre­zen­to­wał Księgę Sa­la­dy­na. Ko­cham to mia­sto ze względu na jego hi­sto­rię i położenie, i różno­rodną ar­chi­tek­turę, i lu­dzi, i cu­dow­ne re­stau­ra­cje ryb­ne nad Bos­fo­rem, i gorące kur­dyj­skie ke­ba­by, i piękne ko­bie­ty (piękniej­sze niż w Izmi­rze)... Mam tu wie­lu przy­ja­ciół.

Wy­daw­ca jest zde­ner­wo­wa­ny.

- Przyj­dzie wie­lu muzułmańskich in­te­lek­tu­alistów. Mogą za­da­wać bar­dzo trud­ne py­ta­nia, musi się pan li­czyć z wro­gim przyjęciem. Proszę, niech pan będzie tak­tow­ny.

Ależ oczy­wiście! Takt i uprzej­mość leżą w mo­jej na­tu­rze, lu­dzie zwy­kle do­stają ode mnie to, cze­go chcą.

Od początku spo­tka­nia wy­daw­ca zer­ka ner­wo­wo w moją stronę. Czy­tam frag­ment książki, a po­tem prze­cho­dzi­my do pytań. Wsta­je jakiś młody człowiek. Jest śred­nie­go wzro­stu, ma de­li­kat­ne rysy twa­rzy i ele­gancką brodę.

- W pana książce ko­bie­ty nawiązują ro­man­se z in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Is­lam ab­so­lut­nie tego za­bra­nia, to hi­sto­rycz­ne przekłama­nie. Dla­cze­go pan tak na­pi­sał?

- O ile mi wia­do­mo, is­lam, po­dob­nie jak Sta­ry Te­sta­ment, potępia i żąda ka­ra­nia tyl­ko mężczyzn ho­mo­sek­su­alistów. Nie wspo­mi­na się na­wet o ak­tach sek­su­al­nych między ko­bie­ta­mi. Poza tym to po­wieść, mogę pisać, co mi się po­do­ba.

- Ale to jest po­wieść hi­sto­rycz­na - nie ustępuje - a pan twier­dzi, że dwie żony Sa­la­dy­na miały ro­mans. To jest nie­mo­ral­ne!

Chcę go prze­ko­nać.

- Niech pan so­bie wy­obra­zi taką sy­tu­ację - proszę uprzej­mie. - Ma pan czte­ry żony i pięćdzie­siąt kon­ku­bin. Dzie­ci są dzie­siątki. Proszę mi po­wie­dzieć, tyl­ko szcze­rze, czy jest pan w sta­nie za­spo­koić fi­zycz­ne i emo­cjo­nal­ne po­trze­by wszyst­kich ko­biet w swo­im ha­re­mie?

Żeńska część au­dy­to­rium wy­bu­cha śmie­chem i dys­ku­sja scho­dzi na inne wątki po­ja­wiające się w książce, mniej kon­tro­wer­syj­ne. Zważyw­szy na to, co jesz­cze w niej na­pi­sałem, można po­wie­dzieć, że mi się upiekło.

Mie­siąc później wra­cam do Stam­bułu. Spa­ce­ruję sa­mot­nie po uli­cach, na­pa­wam się at­mos­ferą, od­wie­dzam pałace i sta­re wil­le nad Bos­fo­rem. Wy­naj­muję na­wet łódź, żeby spraw­dzić, czy wy­god­nie się w niej ko­chać. Wy­god­nie, pod wa­run­kiem, że są po­dusz­ki.

Wie­czo­rem za­czy­nam robić no­tat­ki do Ko­bie­ty z ka­mie­nia, po­wieści, której ak­cja roz­gry­wać się ma w oko­li­cach mia­sta.

Kry­tyk z "The Eco­no­mist" nie zo­sta­wia na niej su­chej nit­ki. Muzułma­nie nie czczą wi­ze­runków, jak za­tem bo­ha­te­ro­wie mo­jej książki mogą roz­ma­wiać z posągiem ko­bie­ty? Uzna­je to za czy­sty non­sens.

Kil­ka ty­go­dni później do­staję list od Se­na­dy Kre­so, mo­jej cu­dow­nej bośniac­kiej tłumacz­ki. "Wiel­ka szko­da, że nie umieścił Pan ak­cji w Bośni - pi­sze. - Mamy długą tra­dycję rozmów z ka­mie­nia­mi. W niektórych re­gio­nach wciąż trwa".

Ko­bie­ta z ka­mie­nia, za­wsze milcząca, w roli te­ra­peu­ty. Taka była moja kon­cep­cja.

2001-2003

Nad­cho­dzi 11 września. Bush idzie na wojnę. Naj­pierw Afga­ni­stan, po­tem Irak. To jego należy winić za moją długą przerwę w pi­sa­niu. Bied­ny Kwin­tet - ni­czym żona po­li­ty­ka - zo­sta­je poważnie za­nie­dba­ny, po­nie­waż poświęcam czas ana­li­zom po­li­tycz­nym i walczę ze ste­reo­ty­pa­mi, przez które Eu­ro­pa i Ame­ry­ka widzą nie­wy­raźnie świat arab­ski i nie ro­zu­mieją za­cho­wa­nia tam­tej­szych społecz­ności.

2004

List od przy­ja­ciółki z Włoch. "Czy­tam two­je po­wieści. To praw­dzi­wa nie­spo­dzian­ka. Ale dla­cze­go po­minąłeś Sy­cy­lię? Zakładam, że następna po­wieść będzie się roz­gry­wać właśnie tam". Źle zakładała, ale po­mysł jest do­bry. Od razu jed­nak po­ja­wia się poważny pro­blem. Nie ma żad­nych pu­bli­ka­cji na te­mat pa­no­wa­nia Arabów na Sy­cy­lii.

Jadę na wyspę. In­a­czej niż w Hisz­pa­nii, tu nie ma za bar­dzo cze­go oglądać, zo­stały ja­kieś reszt­ki. Trzęsie­nia zie­mi znisz­czyły arab­skie Noto - od­bu­do­wa­no je jako mia­sto ba­ro­ko­we. W Pa­ler­mo jest trochę pamiątek, ale nie­wie­le, wszędzie jed­nak widzę arab­skie twa­rze. W księgar­ni w tym mieście tra­fiam na sześcio­to­mową hi­sto­rię arab­skiego pa­no­wa­nia nad wyspą au­tor­stwa Mi­che­le'a Ama­rie­go. Czy­tam frag­men­ty z po­mocą słowni­ka, aż kil­ka mie­sięcy później Bóg zsyła mi na po­moc pewną egipską ba­daczkę. Spo­ty­ka­my się na kon­fe­ren­cji. Zna świet­nie włoski i - jak się oka­zu­je - po­ma­ga właśnie egip­skie­mu mi­ni­ster­stwu kul­tu­ry przetłuma­czyć Ama­rie­go na arab­ski.

- Cze­go panu po­trze­ba? - pyta.

- Po­traw, strojów, ulic, mu­zy­ki - od­po­wia­dam.

Ofia­ro­wuję jej w pre­zen­cie moje sześć tomów, a ona prze­syła mi przetłuma­czo­ne uryw­ki.

Kie­dy wy­da­nie Sułtana z Pa­ler­mo uka­zu­je się we Włoszech, wra­cam na wyspę. Bar­dzo mnie wzru­sza ciepłe przyjęcie. Wie­lu lu­dzi mi dziękuje. Kie­dy pod­pi­suję książkę w księgar­ni w Pa­ler­mo, w pew­nej chwi­li pod­cho­dzi dwo­je młodych lu­dzi. Są piękni. Ona mogłaby być da­ma­scenką, on wygląda jak nor­mański wo­jow­nik: wy­so­ki blon­dyn, nie­bie­skie oczy. Nie mogę się po­wstrzy­mać i py­tam o to. Ona się uśmie­cha.

- Po­chodzę z arab­skiej ro­dzi­ny. Moi przod­ko­wie przy­by­li tu set­ki lat temu.

A on? Śmie­je się.

- Po­chodzę od nor­mańskich bar­ba­rzyńców.

2008: Bied­na oj­czy­zna

Jak zakończyć Kwin­tet? Musi być współcześnie, musi być o oj­czyźnie. Przez ostat­nie dwa­dzieścia lat do­stałem tyle listów i ma­ili w tej spra­wie. Cze­mu nig­dy nie pi­szesz o swo­im mieście? - py­ta­no mnie oskarżyciel­sko. Ależ piszę, tyl­ko nie w po­wieściach. Na­pi­sałem trzy książki o moim cho­ler­nym kra­ju! Hi­sto­ria mo­jej oj­czyzny jest bar­dziej nie­zwykła niż naj­lep­sza fik­cja. Co robić?

Po­wo­li za­czy­na wyłaniać się kształt fi­nal­nej opo­wieści, ale uwa­gi wciąż do­ma­gają się inne hi­sto­rie. Jak choćby is­lam­ski bunt w Chi­nach, w pro­win­cji Jun­nan. Mógłbym na­pi­sać osobną książkę o tym nie­zwykłym wy­da­rze­niu, ale z po­czu­cia obo­wiązku zde­cy­do­wałem, że Noc Złote­go Mo­ty­la od­nie­sie się także do mo­jej oj­czy­zny. Leży bli­sko Chin, w po­wieści wie­le z tego wy­nik­nie.

Kie­dy piszę, wywołuję daw­no za­po­mnia­ne du­chy. "Dla­cze­go zabił pan Nie­grzeczną La­tif? - pyta czy­tel­nicz­ka. - Była naj­lep­sza z całej książki". Czy to ja ją zabiłem, czy oj­czy­zna?

Ta­riq Ali

PRO­LOG

Pięciu chrześcijańskich ry­ce­rzy nie było za­chwy­co­nych noc­nym we­zwa­niem Jiméneza de Ci­sne­ro­sa. Ich re­ak­cja nie­wie­le miała wspólne­go z fak­tem, że pa­no­wała właśnie zima, ja­kiej nie pamiętali naj­star­si miesz­kańcy tych ziem.

Wszy­scy byli zasłużony­mi we­te­ra­na­mi re­kon­kwi­sty. Sie­dem lat wcześniej od­działy pod ich dowództwem trium­fal­nie wma­sze­ro­wały do Gre­na­dy i zajęły mia­sto w imie­niu Fer­dy­nan­da i Iza­be­li. Żaden nie po­cho­dził z tej części Półwy­spu. Naj­star­szy był sy­nem mni­cha z To­le­do, resz­ta wy­wo­dziła się z Ka­sty­lii. Ich naj­większym pra­gnie­niem było wrócić jak naj­szyb­ciej w ro­dzin­ne stro­ny. Byli od­da­ny­mi sy­na­mi Kościoła, nie chcie­li jed­nak, by ich lo­jal­ność zo­stała wy­ko­rzy­sta­na. To, że miał z nimi roz­ma­wiać spo­wied­nik królo­wej, nie sta­no­wiło tu żad­nej gwa­ran­cji. Wie­dzie­li do­brze, dla­cze­go ar­cy­bi­skup To­le­do zo­stał prze­nie­sio­ny tak da­le­ko od swo­je­go mia­sta. Nie było też dla nich ta­jem­nicą, że Ci­sne­ros był narzędziem w rękach królo­wej Iza­be­li i jego władza nie do­ty­czyła tyl­ko spraw du­cha. Ich opór mógłby się nie spodo­bać na dwo­rze.

Ry­ce­rze mie­li na so­bie gru­be płasz­cze, ale gdy wpro­wa­dzo­no ich do sy­pial­ni Ci­sne­ro­sa, drżeli z zim­na. Stojąc obok sie­bie, wy­mie­nia­li zdzi­wio­ne spoj­rze­nia. Asce­tycz­ność tego miej­sca była ude­rzająca. Po­ko­je księcia Kościoła wyglądały jak cela fa­na­tycz­ne­go mni­cha. Nie wi­dzie­li jesz­cze prałata, który żyłby w zgo­dzie z własny­mi na­uka­mi.

Jiménez po­wi­tał ich z uśmie­chem. Wy­da­wał im roz­ka­zy, ale w jego głosie nie usłysze­li zaciętości. To również ich za­sko­czyło. Ry­cerz z To­le­do szepnął, ale na tyle głośno, by usłysze­li go wszy­scy to­wa­rzy­sze:

- Iza­be­la po­wie­rzyła kotu klu­cze do gołębni­ka.

Ci­sne­ros zi­gno­ro­wał tę bez­czelną uwagę, od tego mo­men­tu jed­nak mówił bar­dziej sta­now­czo.

- Niech będzie dla wszyst­kich ja­sne, że nie za­mie­rza­my się mścić. Re­pre­zen­tuję wo­bec was zarówno Kościół, jak i Ko­ronę.

Mo­gli wy­ka­zać co naj­mniej nieścisłości w tych stwier­dze­niach, ale żołnie­rze nie są od tego, by kwe­stio­no­wać praw­dzi­wość słów zwierzch­ników.

Ar­cy­bi­skup upew­nił się na ko­niec, że ry­ce­rze w pełni pojęli jego roz­ka­zy, a po­tem po­zwo­lił im odejść. Nie chciał po­zo­sta­wić żad­nych wątpli­wości, że to kap­tur dzierży miecz.

Ty­dzień później, pierw­sze­go grud­nia 1499 roku, chrześcijańscy żołnie­rze pod dowództwem wy­bra­nych przez Ci­sne­ro­sa pięciu ry­ce­rzy wkro­czy­li do stu dzie­więćdzie­sięciu pięciu bi­blio­tek mia­sta, a także do tu­zi­na pry­wat­nych re­zy­den­cji, w których znaj­do­wały się księgo­zbio­ry. Skon­fi­sko­wa­li wszyst­ko, co na­pi­sa­no po arab­sku.

Dnia po­prze­dzającego to spek­ta­ku­lar­ne wy­da­rze­nie uczo­nym związa­nym z Kościołem udało się prze­ko­nać Ci­sne­ro­sa, by po­zwo­lił za­cho­wać trzy­sta ma­nu­skryptów. Ar­cy­bi­skup zgo­dził się, pod wa­run­kiem że zo­staną one złożone w bi­blio­te­ce, którą za­mie­rzał ufun­do­wać w Al­ca­li. Były to przede wszyst­kim arab­skie podręczni­ki me­dy­cy­ny i astro­no­mii. Za­war­ta w nich wie­dza miała z cza­sem prze­niknąć z An­da­lu­zji i Sy­cy­lii w głąb Eu­ro­py i przy­go­to­wać grunt dla re­ne­san­su.

Żołnie­rze na własnych ple­cach wy­nieśli z bi­blio­tek kil­ka tysięcy tomów Ko­ra­nu, uczo­ne ko­men­ta­rze oraz roz­ważania teo­lo­gicz­ne i fi­lo­zo­ficz­ne. Za­pi­sa­ne kunsz­towną ka­li­gra­fią ma­nu­skryp­ty, wiązane w tobołki, dołączały do in­nych leżących na bru­ku sta­re­go tar­gu je­dwa­biu u stóp Bab3 ar-Ram­li, tworząc wciąż powiększający się stos. Al-An­da­lus ob­ser­wo­wało bez­rad­nie, jak nisz­cze­je in­te­lek­tu­al­ny do­ro­bek wie­lu po­ko­leń.

W daw­nych cza­sach w miej­scu, w którym te­raz mar­niały ma­nu­skryp­ty, mau­re­tańscy ry­ce­rze po­ty­ka­li się na tur­nie­jach, przy­ciągając spoj­rze­nia dam i wywołując żywiołowe re­ak­cje zbie­rających się licz­nie miesz­kańców mia­sta. Każdy z uczest­ników tur­nie­ju miał swo­ich zwo­len­ników. Tu­taj ga­pie, dźwi­gający na ra­mio­nach dzie­ci, po­zdra­wia­li swo­ich fa­wo­rytów, tu­taj wi­ta­li gwiz­da­mi pa­ra­dujących w zbro­jach pa­chołków sułtana. Jeśli jakiś poważany ry­cerz po­zwo­lił wy­grać ta­kie­mu dwo­ra­ko­wi, by oka­zać swą uległość wo­bec władcy czy dla­te­go, że obie­ca­no mu sa­kiewkę pełną złotych di­narów, miesz­kańcy Gre­na­dy nie wstrzy­my­wa­li się od szy­derstw. Słynęli z nie­za­leżności, ostre­go dow­ci­pu i niechęci do władzy. A dziś mie­li oglądać po­kaz fa­jer­werków, który przy­go­to­wał Ci­sne­ros.

Wspa­nia­le zdo­bio­ne tomy, dowód ar­ty­stycz­ne­go wy­ro­bie­nia Arabów z Półwy­spu, prze­wyższały po wie­lo­kroć osiągnięcia ko­pistów z chrześcijańskich klasz­torów. Ich za­war­tość była przed­mio­tem za­zdrości uczo­nych z całej Eu­ro­py. Te­raz two­rzyły jed­nak je­dy­nie stos, który zasłaniał zbie­rającym się miesz­kańcom wi­dok na ich mia­sto.

Żołnie­rze, wciąż do­star­czający no­we­go bu­dul­ca, sta­ra­li się nie pa­trzeć lu­dziom w oczy. Mo­gli­by w nich do­strzec zarówno smu­tek, jak i wzbu­rze­nie, bunt i gniew, ale i spokój. Ze­bra­ni pa­trzy­li w jed­nym kie­run­ku, kołysząc się lek­ko z boku na bok. Jakiś sta­rzec po­wta­rzał wciąż je­dy­ne zda­nie, ja­kie przy­cho­dziło mu do głowy w ob­li­czu ta­kiej ka­ta­stro­fy:

- Utonęliśmy w mo­rzu bez­rad­ności.

Byli wśród żołnie­rzy i tacy, którzy ro­zu­mie­li, jak wielką zbrod­nię po­ma­gają prze­pro­wa­dzić. Być może dla­te­go, że po­cho­dzi­li ze wsi i nig­dy nie na­uczo­no ich pisać i czy­tać. Nie­po­koiła ich własna rola w tym przed­sięwzięciu. Pamiętali do­brze opo­wieści swych dziadków o okru­cieństwie Maurów, ale także o ich nie­zwykłej kul­tu­rze i uczo­ności. Próbo­wa­li oni zmie­nić bieg prze­zna­cze­nia. Dźwi­gając księgi wąski­mi ulicz­ka­mi mia­sta, ce­lo­wo upusz­cza­li po­je­dyn­cze ma­nu­skryp­ty przed za­mkniętymi na głucho drzwia­mi domów. Zwy­kle te naj­cięższe, jako że w swej igno­ran­cji sądzi­li, że te właśnie są naj­cen­niej­sze. Ich szla­chet­ność nie poszła na mar­ne. Kie­dy tyl­ko zni­ka­li za załomem uli­cy, drzwi się otwie­rały, a oku­ta­ne w długie sza­ty po­sta­ci po­spiesz­nie zbie­rały księgi i równie szyb­ko zni­kały w dających na­miastkę po­czu­cia bez­pie­czeństwa wnętrzach. O ich czy­nie jesz­cze przez chwilę zaświad­czał zgrzyt zamków i sztab. W ten sposób, dzięki in­stynk­tow­nej uczci­wości garst­ki chrześcijańskich żołnie­rzy, prze­trwało kil­ka­set ważnych dzieł. Później prze­trans­por­to­wa­no je za mo­rze, do bez­piecz­ne­go schro­nie­nia w pry­wat­nych bi­blio­te­kach Fezu.

Na pla­cu zaczął za­pa­dać zmierzch, ale tłum nie rzed­niał. Prze­ciw­nie na­wet - żołnie­rze spędza­li co­raz to no­wych miesz­kańców mia­sta. Muzułmańscy gran­do­wie sta­li obok skle­pi­ka­rzy, kupców, wieśniaków czy rze­mieślników, stręczy­cie­le, pro­sty­tut­ki i wa­ria­ci dosta­li za sąsiadów du­chow­nych w tur­ba­nach. Cała ludz­kość zna­lazłaby tu­taj swych re­pre­zen­tantów.

Do­ce­nia­ny przez Rzym obrońca Kościoła ob­ser­wo­wał z okna rosnący wał z książek. Prze­pełniała go sa­tys­fak­cja. Jiménez de Ci­sne­ros za­wsze wie­rzył, że po­gan można znisz­czyć tyl­ko w je­den sposób, a mia­no­wi­cie całko­wi­cie niszcząc ich kul­turę. Należało zacząć od pa­le­nia ma­nu­skryptów. Ust­na tra­dy­cja mogła prze­trwać jesz­cze jakiś czas, póki in­kwi­zy­cja nie wy­rwie bluźnie­rczych języków. Jiménez czuł się po­plecz­ni­kiem hi­sto­rii. Gdy­by on nie do­ko­nał tego dzieła, mu­siałby się go podjąć ktoś inny, kto ro­zu­miałby, że przyszłość za­bez­pie­czać należy za po­mocą sta­now­czości i dys­cy­pli­ny, a nie po­przez miłość i edu­kację, jak głosi­li bez końca ci niemądrzy do­mi­ni­ka­nie. "Czy co­kol­wiek w ten sposób osiągnęliście?" - zadał im w myślach py­ta­nie.

Jiménez cie­szył się jed­nak, że to jego wy­bra­no na narzędzie w rękach Wszech­mogącego i po­czy­ty­wał to so­bie za za­szczyt. Owszem, inni mo­gli­by zro­bić to samo, ale nikt nie byłby równie gor­li­wy. Gry­mas niechęci wy­krzy­wił mu usta, gdy pomyślał o opa­tach, których przod­ko­wie za­le­d­wie przed kil­ku­set laty no­si­li ta­kie imio­na jak Mu­ham­mad, 'Umar czy 'Usman. On mógł być dum­ny z czy­stości własne­go rodu. Wie­dział, że kpi­ny, ja­kie mu­siał zno­sić w dzie­ciństwie, nie miały w so­bie ani źdźbła praw­dy. Z pew­nością wśród jego przodków nie było Żydów i nie płynęła w nim choćby kro­pla skun­dlo­nej krwi.

Należało działać. Jiménez po­szu­kał wzro­ku war­tującego pod oknem żołnie­rza, a kie­dy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, kiwnął głową. Sy­gnał zo­stał na­tych­miast prze­ka­za­ny lu­dziom z po­chod­nia­mi. Podłożono ogień. Przez chwilę pa­no­wała zupełna ci­sza, a po­tem gru­dniową noc roz­darło głośne za­wo­dze­nie, które przeszło w okrzy­ki:

- La ila­ha illa Al­lah wa Mu­ham­mad ra­sul Al­lah!4

Lu­dzi na pla­cu połączyły pieśni, ale Ci­sne­ros nie słyszał słów. Zresztą na­wet gdy­by usłyszał i tak by ich nie zro­zu­miał, śpie­wa­no bo­wiem po arab­sku. Ogień wzbi­jał się co­raz wyżej i zda­wało się, że samo nie­bo stało się płonącą otchłanią. W po­wie­trze strze­lały iskry, ni­czym ro­nio­ne przez gwiaz­dy łzy, gdy prze­pięknie bar­wio­ne stro­ni­ce ob­ra­cały się w popiół.

Plac pu­sto­szał. Lu­dzie, oszołomie­ni i zroz­pa­cze­ni, od­cho­dzi­li do swo­ich domów. Przy­stanęli jed­nak i obrócili się na powrót ku ścia­nie ognia, gdy jakiś żebrak, ro­ze­braw­szy się do naga, wspiął się na płonący stos i wy­krzyknął po­pa­rzo­ny­mi usta­mi:

- Jaki sens ma życie bez na­szych uczo­nych ksiąg? Muszą zapłacić za to, co dziś nam uczy­ni­li!

W końcu ze­mdlał i dał się pochłonąć płomie­niom. Mil­cze­nie stało się jesz­cze po­twor­niej­sze, a nie­na­wiść zgro­ma­dzo­nych muzułmanów wypełniła wszyst­kie za­ka­mar­ki pla­cu. Ro­ni­li łzy, ale one nie mogły uga­sić stosów.

Plac pogrążony jest w ci­szy. W kil­ku miej­scach wciąż tli się ogień. Jiménez idzie przez mo­rze po­piołu, na twa­rzy ma krzy­wy uśmiech. Obmyśla swe dal­sze po­czy­na­nia.

"Ze­msta, jaką pla­nują w otchłani swe­go smut­ku, nie zdoła obrócić bie­gu wy­da­rzeń. Wy­gra­liśmy. Dzi­siej­sza noc stała się na­szym osta­tecz­nym trium­fem".

Le­piej niż kto­kol­wiek w An­da­lu­zji, le­piej na­wet niż strasz­li­wa Iza­be­la, ar­cy­bi­skup ro­zu­mie siłę idei. Ko­pie stos spo­pie­lo­nych per­ga­minów, a one roz­pa­dają się na proch.

Po po­go­rze­li­sku błąka się już cień następnej tra­ge­dii.