W cieniu drzewa granatu - Tariq Ali

Reflow text when sidebars are open.
- Wszystko zmierza ku temu, byśmy stali się jedynie wonnym wspomnieniem - oświadczyła ama5. Mówiła niewyraźnie z powodu licznych braków w uzębieniu.
Słowa kobiety oderwały Jazida od szachownicy. Zmarszczył brwi i spojrzał na staruszkę. Siedział po drugiej stronie dziedzińca, zapalczywie próbując obmyślić fortel. Chciał zaskoczyć swoje siostry, Hind i Kulsum, które były doskonałymi graczami. Właśnie wyjechały do Gharnaty z resztą rodziny i miał czas zająć się strategią otwarcia partii.
Próbował zainteresować szachami amę, ale stara kobieta zawsze zanosiła się chrapliwym śmiechem, gdy proponował jej wspólną grę. Nie rozumiał jej. Czyż szachy nie przewyższały pod każdym względem tych paciorków, które wciąż przesuwała w palcach? Dlaczego nie umiała tego pojąć?
Jazid zaczął zbierać figury, z których każda miała na podstawie wyryte jego imię, ale robił to z ociąganiem. Były naprawdę niezwykłe. Stolarz Juan doskonale poradził sobie z urodzinowym prezentem, którego wykonanie zlecił mu ojciec chłopca. Przed miesiącem, w 1500 roku chrześcijańskiego kalendarza, Jazid skończył dziesięć lat.
Rodzina Juana służyła banu Hudajl od wieków. W roku 932 przywódca tego klanu, Hamza Ibn Hudajl, uciekł z rodziną i swoimi poplecznikami z Dimaszqu i poprowadził ich na zachodnie rubieże islamu. Wysoko na zboczach wzgórz, jakieś dwadzieścia mil od Gharnaty, założył wioskę, która wnet zyskała nazwę Al-Hudajl. Nie brakowało w niej górskich strumieni wzbierających na wiosnę mętną wodą z topniejącego na szczytach śniegu. Wokół wioski potomkowie Hamzy siali zboże na olbrzymich połaciach i sadzili drzewa owocowe. A w pięćdziesiąt lat po śmierci przywódcy klanu zbudowali dla siebie rezydencję. Pyszniła się w otoczeniu pól, winnic i sadów pełnych migdałowców, pomarańczy, granatów i morw. Drzewa przywodziły na myśl dzieci cisnące się do matki.
Meble w rezydencji albo były łupem wojennym Ibn Farida, albo zostały wykonane rękami przodków Juana. Stolarz, jak wszyscy mieszkańcy wioski, był oddany rodzinie Jazida. A chłopca wprost uwielbiano, dlatego też Juan postanowił wyrzeźbić mu szachy, jakich dotąd nikt nie widział. Nie szczędził na to dzieło sił ani umiejętności.
Białe figury przedstawiały Maurów. Królową wyróżniały szlachetne piękno oblicza i urokliwa mantyla, król miał rudą brodę i błękitne oczy, a odziany był w powiewną arabską szatę przyozdobioną cennymi klejnotami. Wieże niczym, poza wielkością, nie różniły się od tej, która dominowała nad bramą. Koni dosiadali rycerze mający rysy i sylwetkę pradziadka Jazida, wojowniczego Ibn Farida, o którego legendarnych potyczkach miłosnych i wojennych rozprawiano w rodzinie bez ustanku. Gońcami byli imamowie w turbanach, w pionach zaś dało się znaleźć podobieństwo do samego malca.
Rywalami tej osobliwej mauretańskiej armii zostali chrześcijanie. Nie wystarczyło stolarzowi, że przeznaczył im kolor czarny, dodatkowo nadał im wygląd potworów. Zło bijące z oczu czarnej królowej stanowiło mocny kontrast z miniaturową madonną zawieszoną na jej szyi. Usta monarchini pomalowane zostały na kolor krwi, a na jej pierścieniu widniała trupia czaszka. Król miał zdejmowaną koronę, a na wypadek gdyby ta aluzja nie okazała się dość czytelna, śmiały stolarz zaopatrzył go w parę maleńkich rogów. Tak spotwarzonym Ferdynandowi i Izabeli towarzyszył orszak równie groteskowych figur. Rycerze na koniach mieli ręce unurzane we krwi. Gońce zostały przedstawione jako ogoniaste diabły ze sztyletami w dłoniach. Piony były mnichami w kapturach - pachołkami inkwizycji szukającymi kolejnych ofiar. Mieli chciwy wzrok i wielkie brzuchy. Gdyby Juan miał okazję widzieć kiedyś Jiméneza de Cisnerosa, z pewnością i jego karykatura znalazłaby się na szachownicy.
Wszyscy, którym dane było zobaczyć szachy Jazida, zgadzali się, że Juan wyrzeźbił arcydzieło. Dla 'Umara, ojca chłopca, był to jednak powód do niepokoju. Wiedział, że jeśli szachy zobaczy któryś ze szpiegów inkwizycji, stolarza czeka śmierć w męczarniach. Ale Juan nie chciał nawet słyszeć o tym, by dziecko nie dostało swego prezentu. Sześć lat wcześniej ojciec Juana, oskarżony podczas wizyty u krewnych w Talajtuli o apostazję, zmarł w więzieniu na skutek tortur, których nie szczędzili mu mnisi. Zresztą po tym, jak połamali mu palce, i tak stracił chęć do życia. Młody stolarz poprzysiągł wówczas zemstę. Szachy to był zaledwie jej początek.
Chłopiec przywiązał się do tych figur, jakby to były żywe stworzenia. Jego ulubienicą została Izabela, czarna królowa. Budziła w nim równocześnie fascynację i przerażenie. Po pewnym czasie zaczął ją traktować jak powiernicę. Gdy nikt nie widział, zwierzał jej się ze swoich zmartwień.
Spakowawszy obie armie, Jazid znów skierował wzrok na starą piastunkę. Z jego piersi wydostało się westchnienie zadumy. Miał się nad czym zastanawiać.
Ama ostatnimi czasy często mówiła do siebie. Nieraz był tego świadkiem. Czy rzeczywiście traciła rozum, jak twierdziła Hind? Nie mógł wierzyć siostrze bezkrytycznie, bo w złości zdarzało się jej mówić różne rzeczy. Gdyby ama faktycznie zaczęła tracić rozum, ojciec z pewnością umieściłby ją w maristanie6 w Gharnacie, gdzie przebywała stryjeczna babka Zahra. Chłopiec uznał, że Hind była zła na opiekunkę, która wciąż powtarzała, że już czas, by rodzice znaleźli dziewczynie męża, i dlatego tak powiedziała.
Nabrawszy tej pewności, Jazid podniósł się wreszcie, przeszedł przez dziedziniec i usiadł staruszce na kolanach. Siateczka zmarszczek na twarzy amy zgęstniała, gdy uśmiechnęła się do niego. Odłożyła różaniec i pogładziła Jazida po twarzy, a potem jeszcze złożyła na jego głowie delikatny pocałunek.
- Niech Allah ci błogosławi - powiedziała uroczyście. I dodała zaraz: - Czy jesteś głodny?
- Nie. Amo, z kim rozmawiałaś przed chwilą?
- A któż chciałby dziś słuchać słów starej kobiety, Ibn 'Umarze? Znaczę nie więcej niż umarli.
Ama nigdy nie zwracała się do Jazida po imieniu. Czyż bowiem nie było to imię kalifa, który pokonał i zabił wnuków Proroka pod Karbalą? Człowieka, który kazał swoim żołnierzom wprowadzić konie do meczetu w Al-Madinie, gdzie modlił się kiedyś sam Prorok, i który traktował z pogardą jego towarzyszy? Wymawiać jego imię znaczyło zdaniem amy kalać pamięć rodziny Proroka. Nie mogła wyjaśnić tego chłopcu, ale właśnie z tego powodu nazywała go zawsze Ibn 'Umarem, synem 'Umara. Gdy kiedyś Jazid zapytał przy całej rodzinie, dlaczego tak do niego mówi, ama rzuciła tylko nienawistne spojrzenie Zubajdzie, jego matce. Jakby chciała powiedzieć: "To wszystko jej wina, dlatego ją powinieneś spytać". To spowodowało jednak powszechny wybuch śmiechu i ama wyszła obrażona. A Jazid wciąż nie znał odpowiedzi.
- Ja cię słuchałem. Słyszałem, co mówisz, i mogę powtórzyć - zapewnił teraz gorąco. - Chcesz, żebym powtórzył?
- Och, mój synu - westchnęła ama. - Mówiłam do cienia rzucanego przez drzewo granatu. Przynajmniej ono tu zostanie, gdy my już odejdziemy.
- Odejdziemy? Dokąd?
- Do nieba, moje dziecko. Do nieba.
- Czy wszyscy pójdziemy do nieba? - zainteresował się.
- Ty pójdziesz do siódmego nieba, mój przeczysty kawałku księżyca, niech Allah ci błogosławi. O innych nie umiem powiedzieć nic pewnego. Twoja siostra Hind Bint 'Umar, jeśli nie wydadzą jej wkrótce za mąż, nie dostanie się nawet do pierwszego nieba. Przekonasz się. Jakieś zło opęta to dziecko. Obawiam się, że odda się dzikim namiętnościom i tylko przyniesie wstyd twemu ojcu, oby Allah miał go w swojej opiece.
Jazida rozbawiła myśl o tym, że Hind nie zdoła się dostać nawet do pierwszego nieba, i chichotał coraz głośniej. Ama nie zdołała się powstrzymać i wnet też zaczęła się śmiać, pokazując przy tym wszystkie osiem zębów, które jej zostały.
Z całego swojego rodzeństwa to Hind Jazid kochał najbardziej. Przez to, że ona jedna nie traktowała go jak dziecka. Pozostali dziwili się nie tylko temu, że ma coś do powiedzenia, ale nawet że w ogóle potrafi mówić, ciągle brali go na ręce i całowali, jakby był rozkosznym zwierzątkiem. Uwielbiali go i on o tym wiedział, ale i tak miał im za złe, że ignorowali jego pytania. Dlatego okazywał im lekceważenie.
Z Hind było inaczej. Starsza od małego braciszka o sześć lat, nie dawała mu odczuć wiekowej przewagi. Sprzeczali się bez przerwy, ale nie mogli bez siebie wytrzymać. Jazid kochał ją tak bardzo, że nie przejął się ani trochę proroctwami amy.
Gdyby nie Hind, nie wiedziałby, czym rozzłościł ich rodziców dziadek Miguel podczas zeszłotygodniowej wizyty. Ona mu wszystko wytłumaczyła. Zdenerwował się, kiedy powiedziała, że Miguel, który był biskupem Qurtuby, zażądał, by cała rodzina tam przyjechała i przeszła na katolicyzm. "To przez Miguela wszyscy są teraz w Gharnacie, on ich tam zaciągnął" - myślał malec ze złością. Postanowił o nim porozmawiać z opiekunką.
- Dlaczego stryjeczny dziadek Miguel nie rozmawia z nami po arabsku? - zapytał na początek.
Zaskoczył tym staruszkę. Nim się zmitygowała, splunęła na ziemię i zaczęła na powrót przesuwać w palcach paciorki różańca, mrucząc raz po raz pod nosem:
- La ilaha illa Allah wa Muhammad rasul Allah!
- Odpowiedz mi, amo. Odpowiedz mi! - Jazid nie zamierzał rezygnować.
Ama zwróciła twarz ku chłopcu. W jego oczach w kolorze migdałów dostrzegła iskierki gniewu. Przypominał jej w tej chwili swego pradziadka. To sprawiło, że zaczęła mówić o Miguelu, nie tamując złości.
- Twój stryjeczny dziadek Miguel mówi, czyta i pisze po arabsku, ale... - jej głos załamał się - odwrócił się od nas. Od wszystkiego. On nawet śmierdzi tak jak oni!
Jazid znów zaczął się śmiać. Stryjeczny dziadek Miguel nie był poważany w rodzinie, ale nikt dotąd nie wypowiadał się o nim z taką pogardą. Przynajmniej nie przy chłopcu. Jazid wiedział jednak, co ama miała na myśli, mówiąc o zapachu. Nawet jego ojciec nie umiał zachować powagi, gdy ummi7 Zubajda stwierdziła, że stryj zostawia po sobie taką woń jak wielbłąd, który zjadł zbyt wiele daktyli.
- Czy zawsze tak śmierdział? - spytał wreszcie piastunki.
- Oczywiście, że nie! - Amę zdenerwowało to pytanie. - Dawniej, nim sprzedał swoją duszę i zaczął czcić obrazy krwawiących ludzi przybitych do drewnianych krzyży, był najczystszą osobą na świecie. Latem kąpał się pięć razy dziennie i pięć razy zmieniał szaty. Pamiętam dobrze te czasy. A teraz śmierdzi, jakby nie wychodził ze stajni. Czy wiesz dlaczego?
Jazid przyznał, że nie ma pojęcia.
- Żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że pod sutanną nadal jest muzułmaninem. Śmierdzący katolicy! Chrześcijanie w Ziemi Świętej cenili sobie czystość, a tutejsi księża boją się wody. Tak jakby kąpiel miała być zdradą ich świętego, którego nazywają Synem Boga. - Ama kończyła zdanie ogromnie rozeźlona. Ale nagle się uspokoiła i rzuciła do Jazida: - A teraz wstawaj, idziemy coś zjeść. Słońce już zachodzi, nie możemy dłużej czekać na powrót twoich bliskich z Gharnaty. Właśnie, czy ty już jadłeś dziś miód?
Jazid pospiesznie pokiwał głową. Odkąd pamiętał, ama co rano wmuszała w niego łyżkę dzikiego miodu. Jego brat i siostry również musieli przez to przechodzić w dzieciństwie.
- Ale przecież nie odmówiłaś jeszcze wieczornej modlitwy - przypomniał Jazid.
Staruszka skarciła go wzrokiem. Jak w ogóle śmiał pomyśleć, że zapomniała o świętym obowiązku? Ale Jazid uśmiechnął się szeroko i ama od razu zapomniała o urazie. Wstała powoli i ruszyła do łaźni, żeby się obmyć.
KWINTET MUZUŁMAŃSKI - GARŚĆ NOTATEK
Lahaur: lata pięćdziesiąte
W dzieciństwie i młodości w ogóle nie interesowała mnie historia islamu. Ani trochę. To było coś dla tępaków, dla fanatycznych patriotów, dla chłopców z religijnych rodzin, posłusznych we wszystkim mułłom.
Jeden z moich młodych wujków zapuszcza brodę. Potrzebuje religii, bo chce odpokutować swoją winę, którą - być może - sobie wymyślił. Kiedy nas odwiedza, moi rodzice od razu nabierają ochoty na grę w tenisa. Całymi godzinami, a dłużą mi się niemiłosiernie, spaceruję koło wuja po ogrodzie, a on z błyskiem w oku opowiada mi o początkach islamu i o szlachetności pierwszych kalifów. Ani słowa o licznych morderstwach czy krnąbrnej najmłodszej żonie Mahometa. Według tradycji jedna Aisza pokpiwała sobie czasami z Proroka, nikt inny się nie odważył. Tego wszystkiego miałem się dowiedzieć później, historia w ustach mego wuja jest równie nudna jak chrześcijańskie żywoty świętych. Wyłączam się zupełnie i rozmyślam o przyjemniejszych sprawach.
Myślę, że skutecznie mnie do tych tematów zniechęcił. Nie było zresztą trudno. Rodzice byli komunistami, w domu pełno było poetów, artystów, krytyków literackich, przywódców ruchów ludowych i związkowców. Kogo obchodziła religia?
Oxford/Londyn: lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte
Rewolucja wisi w powietrzu. Będziemy walczyć i wygramy - w Paryżu, Londynie, Rzymie, Berlinie. Tymczasem zwycięstwa mają miejsce w Azji: w Wietnamie i Pakistanie. Amerykanie ponoszą klęskę, wszyscy obserwujemy ich haniebny odwrót. Pamiętam radość na widok amerykańskich helikopterów ewakuujących żołnierzy. Jakże cudownie jest żyć.
W Pakistanie studenci walczą z dyktaturą wojskową. Skandują socjalistyczne i antyreligijne slogany i zdobywają poparcie robotników, prawników, urzędników, sklepikarzy, lekarzy, a nawet prostytutek. Rozruchy trwają trzy miesiące, walczący za nic mają śmierć, nie boją się jej. W końcu dają sobie radę z juntą.
Nadal nie myślę o historii religii, czy to islamu, czy chrześcijaństwa. Kto w ogóle się tym interesuje?
1990-1992: Pierwsza wojna w Zatoce
W telewizji pewien profesor, niegdyś lewicowiec, okazuje poparcie walczącym i domaga się obalenia Saddama Husajna. Kiedy pytają go o politykę w tym rejonie świata, odpowiada: "Islam i kultura polityczna się wykluczają".
Ciskam książką w ekran telewizora, przeklinając cholernego renegata. Muszę mu odpowiedzieć. Zaczynają się rodzić pytania o powstanie i upadek cywilizacji islamskiej. Czytam Alberta Houraniego i ponownie Maxime'a Rodinsona, powoli zatracam się w historii islamu w Europie. Tej pisanej przez naukowców, i tej popularnej, z porywających fabuł. Postanawiam, że pojadę do Hiszpanii. Porozmawiać z ludźmi, obejrzeć zabytki i napisać długi artykuł o tym, co jest teraz i z czego to wynika.
Jadę, i to nie tylko do Andaluzji. Wdycham zapach ziemi, oglądam zachody słońca, zwiedzam resztki Wielkiego Meczetu w Kordobie, rozpoznaję arabskie słowa w wypowiedziach moich rozmówców i w nazwach miejscowości. Szukam wszystkiego naraz. Jak to wtedy było? Co się zdarzyło u schyłku tej cywilizacji? Wciąż wracam do przeszłości i wreszcie nie mogę się uwolnić od myśli o powieści. Musiałem ją napisać.
Wiele lat później w Lahaur przeglądam listy, które wysyłałem do rodziny z Oxfordu. W jednym z nich, adresowanym do matki, jest taka wzmianka: "Napiszę powieść, ale teraz mam tyle do zrobienia. Może później, niemniej napiszę...". Był rok 1967. Całkiem zapomniałem o tamtych deklaracjach.
W cieniu drzewa granatu zostaje dobrze przyjęte, szczególnie w Hiszpanii (co bardzo mnie cieszy). Największy sukces handlowy odnosi w Niemczech (co niezwykle cieszy mojego doradcę finansowego). Ale to właśnie tam omal nie doszło do skandalu. Doprawdy.
Wówczas wydawcy wysyłali jeszcze egzemplarze recenzenckie kierownikom księgarni, a ci często naprawdę je czytali, nim podjęli decyzję o zamówieniu. Jeden z nich, ze Stuttgartu, zadzwonił do niemieckiego wydawcy. Podobała mu się książka, ale znalazł w niej błąd historyczny, który koniecznie należało poprawić. Otóż w jednym z przepisów kulinarnych pojawiły się ziemniaki, a przecież wtedy ich jeszcze w Europie nie było! Poruszenie. Zadzwonili do mnie, nie wiedzieli, co robić. Zaproponowałem, żeby się tym za bardzo nie przejmować, a w następnym wydaniu zmienić ziemniaki na jakieś inne bulwy. Problem został rozwiązany.
1993: Nowy Jork
Jem lunch z Edwardem Saidem we włoskiej restauracji, niedaleko Central Parku. Jest nienagannie ubrany, jak zawsze. Mam wrażenie, że jego religią jest dandyzm.
- Nigdy nie nosisz garniturów? - dziwi się.
- Bardzo rzadko. Ale już krawata wcale nie zakładam.
- Dlaczego? Nie pojmuję tego.
Wzruszam ramionami.
- A tak przy okazji, bardzo mi się podobała twoja książka.
- Cieszę się. Ale skończyłem już z powieściami. Wracam do swoich stałych zajęć.
- Tak?
- A co jeszcze można w tej sprawie dodać?
- Nie możesz na tym poprzestać. Opowiedz całą krwawą historię.
Ma na myśli historię starć zachodniego chrześcijaństwa z cywilizacją islamską. Jęczę, wymiguję się, a on nalega. Uważa, że trzeba to zrobić. Myślę i myślę i powoli klaruje mi się pomysł Kwintetu. Właściwie czemu nie?
2000: Targi książki w Stambule
Przyjeżdżam do Stambułu, będę prezentował Księgę Saladyna. Kocham to miasto ze względu na jego historię i położenie, i różnorodną architekturę, i ludzi, i cudowne restauracje rybne nad Bosforem, i gorące kurdyjskie kebaby, i piękne kobiety (piękniejsze niż w Izmirze)... Mam tu wielu przyjaciół.
Wydawca jest zdenerwowany.
- Przyjdzie wielu muzułmańskich intelektualistów. Mogą zadawać bardzo trudne pytania, musi się pan liczyć z wrogim przyjęciem. Proszę, niech pan będzie taktowny.
Ależ oczywiście! Takt i uprzejmość leżą w mojej naturze, ludzie zwykle dostają ode mnie to, czego chcą.
Od początku spotkania wydawca zerka nerwowo w moją stronę. Czytam fragment książki, a potem przechodzimy do pytań. Wstaje jakiś młody człowiek. Jest średniego wzrostu, ma delikatne rysy twarzy i elegancką brodę.
- W pana książce kobiety nawiązują romanse z innymi kobietami. Islam absolutnie tego zabrania, to historyczne przekłamanie. Dlaczego pan tak napisał?
- O ile mi wiadomo, islam, podobnie jak Stary Testament, potępia i żąda karania tylko mężczyzn homoseksualistów. Nie wspomina się nawet o aktach seksualnych między kobietami. Poza tym to powieść, mogę pisać, co mi się podoba.
- Ale to jest powieść historyczna - nie ustępuje - a pan twierdzi, że dwie żony Saladyna miały romans. To jest niemoralne!
Chcę go przekonać.
- Niech pan sobie wyobrazi taką sytuację - proszę uprzejmie. - Ma pan cztery żony i pięćdziesiąt konkubin. Dzieci są dziesiątki. Proszę mi powiedzieć, tylko szczerze, czy jest pan w stanie zaspokoić fizyczne i emocjonalne potrzeby wszystkich kobiet w swoim haremie?
Żeńska część audytorium wybucha śmiechem i dyskusja schodzi na inne wątki pojawiające się w książce, mniej kontrowersyjne. Zważywszy na to, co jeszcze w niej napisałem, można powiedzieć, że mi się upiekło.
Miesiąc później wracam do Stambułu. Spaceruję samotnie po ulicach, napawam się atmosferą, odwiedzam pałace i stare wille nad Bosforem. Wynajmuję nawet łódź, żeby sprawdzić, czy wygodnie się w niej kochać. Wygodnie, pod warunkiem, że są poduszki.
Wieczorem zaczynam robić notatki do Kobiety z kamienia, powieści, której akcja rozgrywać się ma w okolicach miasta.
Krytyk z "The Economist" nie zostawia na niej suchej nitki. Muzułmanie nie czczą wizerunków, jak zatem bohaterowie mojej książki mogą rozmawiać z posągiem kobiety? Uznaje to za czysty nonsens.
Kilka tygodni później dostaję list od Senady Kreso, mojej cudownej bośniackiej tłumaczki. "Wielka szkoda, że nie umieścił Pan akcji w Bośni - pisze. - Mamy długą tradycję rozmów z kamieniami. W niektórych regionach wciąż trwa".
Kobieta z kamienia, zawsze milcząca, w roli terapeuty. Taka była moja koncepcja.
2001-2003
Nadchodzi 11 września. Bush idzie na wojnę. Najpierw Afganistan, potem Irak. To jego należy winić za moją długą przerwę w pisaniu. Biedny Kwintet - niczym żona polityka - zostaje poważnie zaniedbany, ponieważ poświęcam czas analizom politycznym i walczę ze stereotypami, przez które Europa i Ameryka widzą niewyraźnie świat arabski i nie rozumieją zachowania tamtejszych społeczności.
2004
List od przyjaciółki z Włoch. "Czytam twoje powieści. To prawdziwa niespodzianka. Ale dlaczego pominąłeś Sycylię? Zakładam, że następna powieść będzie się rozgrywać właśnie tam". Źle zakładała, ale pomysł jest dobry. Od razu jednak pojawia się poważny problem. Nie ma żadnych publikacji na temat panowania Arabów na Sycylii.
Jadę na wyspę. Inaczej niż w Hiszpanii, tu nie ma za bardzo czego oglądać, zostały jakieś resztki. Trzęsienia ziemi zniszczyły arabskie Noto - odbudowano je jako miasto barokowe. W Palermo jest trochę pamiątek, ale niewiele, wszędzie jednak widzę arabskie twarze. W księgarni w tym mieście trafiam na sześciotomową historię arabskiego panowania nad wyspą autorstwa Michele'a Amariego. Czytam fragmenty z pomocą słownika, aż kilka miesięcy później Bóg zsyła mi na pomoc pewną egipską badaczkę. Spotykamy się na konferencji. Zna świetnie włoski i - jak się okazuje - pomaga właśnie egipskiemu ministerstwu kultury przetłumaczyć Amariego na arabski.
- Czego panu potrzeba? - pyta.
- Potraw, strojów, ulic, muzyki - odpowiadam.
Ofiarowuję jej w prezencie moje sześć tomów, a ona przesyła mi przetłumaczone urywki.
Kiedy wydanie Sułtana z Palermo ukazuje się we Włoszech, wracam na wyspę. Bardzo mnie wzrusza ciepłe przyjęcie. Wielu ludzi mi dziękuje. Kiedy podpisuję książkę w księgarni w Palermo, w pewnej chwili podchodzi dwoje młodych ludzi. Są piękni. Ona mogłaby być damascenką, on wygląda jak normański wojownik: wysoki blondyn, niebieskie oczy. Nie mogę się powstrzymać i pytam o to. Ona się uśmiecha.
- Pochodzę z arabskiej rodziny. Moi przodkowie przybyli tu setki lat temu.
A on? Śmieje się.
- Pochodzę od normańskich barbarzyńców.
2008: Biedna ojczyzna
Jak zakończyć Kwintet? Musi być współcześnie, musi być o ojczyźnie. Przez ostatnie dwadzieścia lat dostałem tyle listów i maili w tej sprawie. Czemu nigdy nie piszesz o swoim mieście? - pytano mnie oskarżycielsko. Ależ piszę, tylko nie w powieściach. Napisałem trzy książki o moim cholernym kraju! Historia mojej ojczyzny jest bardziej niezwykła niż najlepsza fikcja. Co robić?
Powoli zaczyna wyłaniać się kształt finalnej opowieści, ale uwagi wciąż domagają się inne historie. Jak choćby islamski bunt w Chinach, w prowincji Junnan. Mógłbym napisać osobną książkę o tym niezwykłym wydarzeniu, ale z poczucia obowiązku zdecydowałem, że Noc Złotego Motyla odniesie się także do mojej ojczyzny. Leży blisko Chin, w powieści wiele z tego wyniknie.
Kiedy piszę, wywołuję dawno zapomniane duchy. "Dlaczego zabił pan Niegrzeczną Latif? - pyta czytelniczka. - Była najlepsza z całej książki". Czy to ja ją zabiłem, czy ojczyzna?
Tariq Ali
Pięciu chrześcijańskich rycerzy nie było zachwyconych nocnym wezwaniem Jiméneza de Cisnerosa. Ich reakcja niewiele miała wspólnego z faktem, że panowała właśnie zima, jakiej nie pamiętali najstarsi mieszkańcy tych ziem.
Wszyscy byli zasłużonymi weteranami rekonkwisty. Siedem lat wcześniej oddziały pod ich dowództwem triumfalnie wmaszerowały do Grenady i zajęły miasto w imieniu Ferdynanda i Izabeli. Żaden nie pochodził z tej części Półwyspu. Najstarszy był synem mnicha z Toledo, reszta wywodziła się z Kastylii. Ich największym pragnieniem było wrócić jak najszybciej w rodzinne strony. Byli oddanymi synami Kościoła, nie chcieli jednak, by ich lojalność została wykorzystana. To, że miał z nimi rozmawiać spowiednik królowej, nie stanowiło tu żadnej gwarancji. Wiedzieli dobrze, dlaczego arcybiskup Toledo został przeniesiony tak daleko od swojego miasta. Nie było też dla nich tajemnicą, że Cisneros był narzędziem w rękach królowej Izabeli i jego władza nie dotyczyła tylko spraw ducha. Ich opór mógłby się nie spodobać na dworze.
Rycerze mieli na sobie grube płaszcze, ale gdy wprowadzono ich do sypialni Cisnerosa, drżeli z zimna. Stojąc obok siebie, wymieniali zdziwione spojrzenia. Ascetyczność tego miejsca była uderzająca. Pokoje księcia Kościoła wyglądały jak cela fanatycznego mnicha. Nie widzieli jeszcze prałata, który żyłby w zgodzie z własnymi naukami.
Jiménez powitał ich z uśmiechem. Wydawał im rozkazy, ale w jego głosie nie usłyszeli zaciętości. To również ich zaskoczyło. Rycerz z Toledo szepnął, ale na tyle głośno, by usłyszeli go wszyscy towarzysze:
- Izabela powierzyła kotu klucze do gołębnika.
Cisneros zignorował tę bezczelną uwagę, od tego momentu jednak mówił bardziej stanowczo.
- Niech będzie dla wszystkich jasne, że nie zamierzamy się mścić. Reprezentuję wobec was zarówno Kościół, jak i Koronę.
Mogli wykazać co najmniej nieścisłości w tych stwierdzeniach, ale żołnierze nie są od tego, by kwestionować prawdziwość słów zwierzchników.
Arcybiskup upewnił się na koniec, że rycerze w pełni pojęli jego rozkazy, a potem pozwolił im odejść. Nie chciał pozostawić żadnych wątpliwości, że to kaptur dzierży miecz.
Tydzień później, pierwszego grudnia 1499 roku, chrześcijańscy żołnierze pod dowództwem wybranych przez Cisnerosa pięciu rycerzy wkroczyli do stu dziewięćdziesięciu pięciu bibliotek miasta, a także do tuzina prywatnych rezydencji, w których znajdowały się księgozbiory. Skonfiskowali wszystko, co napisano po arabsku.
Dnia poprzedzającego to spektakularne wydarzenie uczonym związanym z Kościołem udało się przekonać Cisnerosa, by pozwolił zachować trzysta manuskryptów. Arcybiskup zgodził się, pod warunkiem że zostaną one złożone w bibliotece, którą zamierzał ufundować w Alcali. Były to przede wszystkim arabskie podręczniki medycyny i astronomii. Zawarta w nich wiedza miała z czasem przeniknąć z Andaluzji i Sycylii w głąb Europy i przygotować grunt dla renesansu.
Żołnierze na własnych plecach wynieśli z bibliotek kilka tysięcy tomów Koranu, uczone komentarze oraz rozważania teologiczne i filozoficzne. Zapisane kunsztowną kaligrafią manuskrypty, wiązane w tobołki, dołączały do innych leżących na bruku starego targu jedwabiu u stóp Bab3 ar-Ramli, tworząc wciąż powiększający się stos. Al-Andalus obserwowało bezradnie, jak niszczeje intelektualny dorobek wielu pokoleń.
W dawnych czasach w miejscu, w którym teraz marniały manuskrypty, mauretańscy rycerze potykali się na turniejach, przyciągając spojrzenia dam i wywołując żywiołowe reakcje zbierających się licznie mieszkańców miasta. Każdy z uczestników turnieju miał swoich zwolenników. Tutaj gapie, dźwigający na ramionach dzieci, pozdrawiali swoich faworytów, tutaj witali gwizdami paradujących w zbrojach pachołków sułtana. Jeśli jakiś poważany rycerz pozwolił wygrać takiemu dworakowi, by okazać swą uległość wobec władcy czy dlatego, że obiecano mu sakiewkę pełną złotych dinarów, mieszkańcy Grenady nie wstrzymywali się od szyderstw. Słynęli z niezależności, ostrego dowcipu i niechęci do władzy. A dziś mieli oglądać pokaz fajerwerków, który przygotował Cisneros.
Wspaniale zdobione tomy, dowód artystycznego wyrobienia Arabów z Półwyspu, przewyższały po wielokroć osiągnięcia kopistów z chrześcijańskich klasztorów. Ich zawartość była przedmiotem zazdrości uczonych z całej Europy. Teraz tworzyły jednak jedynie stos, który zasłaniał zbierającym się mieszkańcom widok na ich miasto.
Żołnierze, wciąż dostarczający nowego budulca, starali się nie patrzeć ludziom w oczy. Mogliby w nich dostrzec zarówno smutek, jak i wzburzenie, bunt i gniew, ale i spokój. Zebrani patrzyli w jednym kierunku, kołysząc się lekko z boku na bok. Jakiś starzec powtarzał wciąż jedyne zdanie, jakie przychodziło mu do głowy w obliczu takiej katastrofy:
- Utonęliśmy w morzu bezradności.
Byli wśród żołnierzy i tacy, którzy rozumieli, jak wielką zbrodnię pomagają przeprowadzić. Być może dlatego, że pochodzili ze wsi i nigdy nie nauczono ich pisać i czytać. Niepokoiła ich własna rola w tym przedsięwzięciu. Pamiętali dobrze opowieści swych dziadków o okrucieństwie Maurów, ale także o ich niezwykłej kulturze i uczoności. Próbowali oni zmienić bieg przeznaczenia. Dźwigając księgi wąskimi uliczkami miasta, celowo upuszczali pojedyncze manuskrypty przed zamkniętymi na głucho drzwiami domów. Zwykle te najcięższe, jako że w swej ignorancji sądzili, że te właśnie są najcenniejsze. Ich szlachetność nie poszła na marne. Kiedy tylko znikali za załomem ulicy, drzwi się otwierały, a okutane w długie szaty postaci pospiesznie zbierały księgi i równie szybko znikały w dających namiastkę poczucia bezpieczeństwa wnętrzach. O ich czynie jeszcze przez chwilę zaświadczał zgrzyt zamków i sztab. W ten sposób, dzięki instynktownej uczciwości garstki chrześcijańskich żołnierzy, przetrwało kilkaset ważnych dzieł. Później przetransportowano je za morze, do bezpiecznego schronienia w prywatnych bibliotekach Fezu.
Na placu zaczął zapadać zmierzch, ale tłum nie rzedniał. Przeciwnie nawet - żołnierze spędzali coraz to nowych mieszkańców miasta. Muzułmańscy grandowie stali obok sklepikarzy, kupców, wieśniaków czy rzemieślników, stręczyciele, prostytutki i wariaci dostali za sąsiadów duchownych w turbanach. Cała ludzkość znalazłaby tutaj swych reprezentantów.
Doceniany przez Rzym obrońca Kościoła obserwował z okna rosnący wał z książek. Przepełniała go satysfakcja. Jiménez de Cisneros zawsze wierzył, że pogan można zniszczyć tylko w jeden sposób, a mianowicie całkowicie niszcząc ich kulturę. Należało zacząć od palenia manuskryptów. Ustna tradycja mogła przetrwać jeszcze jakiś czas, póki inkwizycja nie wyrwie bluźnierczych języków. Jiménez czuł się poplecznikiem historii. Gdyby on nie dokonał tego dzieła, musiałby się go podjąć ktoś inny, kto rozumiałby, że przyszłość zabezpieczać należy za pomocą stanowczości i dyscypliny, a nie poprzez miłość i edukację, jak głosili bez końca ci niemądrzy dominikanie. "Czy cokolwiek w ten sposób osiągnęliście?" - zadał im w myślach pytanie.
Jiménez cieszył się jednak, że to jego wybrano na narzędzie w rękach Wszechmogącego i poczytywał to sobie za zaszczyt. Owszem, inni mogliby zrobić to samo, ale nikt nie byłby równie gorliwy. Grymas niechęci wykrzywił mu usta, gdy pomyślał o opatach, których przodkowie zaledwie przed kilkuset laty nosili takie imiona jak Muhammad, 'Umar czy 'Usman. On mógł być dumny z czystości własnego rodu. Wiedział, że kpiny, jakie musiał znosić w dzieciństwie, nie miały w sobie ani źdźbła prawdy. Z pewnością wśród jego przodków nie było Żydów i nie płynęła w nim choćby kropla skundlonej krwi.
Należało działać. Jiménez poszukał wzroku wartującego pod oknem żołnierza, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, kiwnął głową. Sygnał został natychmiast przekazany ludziom z pochodniami. Podłożono ogień. Przez chwilę panowała zupełna cisza, a potem grudniową noc rozdarło głośne zawodzenie, które przeszło w okrzyki:
- La ilaha illa Allah wa Muhammad rasul Allah!4
Ludzi na placu połączyły pieśni, ale Cisneros nie słyszał słów. Zresztą nawet gdyby usłyszał i tak by ich nie zrozumiał, śpiewano bowiem po arabsku. Ogień wzbijał się coraz wyżej i zdawało się, że samo niebo stało się płonącą otchłanią. W powietrze strzelały iskry, niczym ronione przez gwiazdy łzy, gdy przepięknie barwione stronice obracały się w popiół.
Plac pustoszał. Ludzie, oszołomieni i zrozpaczeni, odchodzili do swoich domów. Przystanęli jednak i obrócili się na powrót ku ścianie ognia, gdy jakiś żebrak, rozebrawszy się do naga, wspiął się na płonący stos i wykrzyknął poparzonymi ustami:
- Jaki sens ma życie bez naszych uczonych ksiąg? Muszą zapłacić za to, co dziś nam uczynili!
W końcu zemdlał i dał się pochłonąć płomieniom. Milczenie stało się jeszcze potworniejsze, a nienawiść zgromadzonych muzułmanów wypełniła wszystkie zakamarki placu. Ronili łzy, ale one nie mogły ugasić stosów.
Plac pogrążony jest w ciszy. W kilku miejscach wciąż tli się ogień. Jiménez idzie przez morze popiołu, na twarzy ma krzywy uśmiech. Obmyśla swe dalsze poczynania.
"Zemsta, jaką planują w otchłani swego smutku, nie zdoła obrócić biegu wydarzeń. Wygraliśmy. Dzisiejsza noc stała się naszym ostatecznym triumfem".
Lepiej niż ktokolwiek w Andaluzji, lepiej nawet niż straszliwa Izabela, arcybiskup rozumie siłę idei. Kopie stos spopielonych pergaminów, a one rozpadają się na proch.
Po pogorzelisku błąka się już cień następnej tragedii.