W cieniu dnia jutrzejszego - Aniela Olbrych

Kup ebooka

25.10 zł
20.83 zł (21,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

 

Wszystko zaczęło się kilkadziesiąt lat temu. Na początku roku, kiedy to jeszcze trwała III wojna światowa, a w Afryce przez długie miesiące prowadzono walki o uwolnienie przetrzymywanych tam jeńców z Europy. W jednym ze szpitali, pełnym rannych żołnierzy, urodził się w nocy mały chłopiec, który dla wszystkich pracowników był czymś w rodzaju zbawienia. Myśleli, że jego narodziny dadzą początek długo wyczekiwanemu pokojowi, w którym będzie on mógł dorastać ale przyszłość okazała się dla niego zbyt okrutna.

Dwie pielęgniarki umyły go jak każde niemowlę, co trwało nie więcej niż pięć minut, ale jak się później okazało, dla dziecka było to stanowczo za długo. Nikt nie wiedział, jak delikatne jest jego ciało. Przez myśl im nie przeszło co się stanie, jeśli dziecko będzie miało kontakt z wodą przez te parę minut. Po pewnym czasie na jego ciele zaczęły pojawiać się liczne oparzenia, a w niektórych miejscach skóra zaczęła odpadać - próbowano go ratować, ale wszystko na próżno. Na początku myślano, że to jakaś nowa broń chemiczna od Rosjan, która wymordowałaby wszystkie małe dzieci, a nawet dorosłych ludzi, ale rzeczywistość była zupełnie inna.

Zaraz po śmierci niemowlęcia przeprowadzono na jego ciele dokładne badania i wtedy odkryto coś, czego nikt się nie spodziewał. Coś, co zupełnie zmieniło ich życie i życie każdej osoby zamieszkującej Ziemię, już na zawsze. Otóż w dziecku, które urodziło się tamtego dnia doszło do zaskakujących mutacji w kodzie genetycznym i to w tak zdumiewający sposób, że najlepsi naukowcy byli zaskoczeni jego wynikami. Do tej pory spotykano się jedynie z ludźmi rodzącymi się jako telekinetycy, czy telepaci. Jednak tym razem w organizmie zmarłego dziecka odkryto ogromną ilość energii, która, jak się okazało po paru miesiącach, mogła dostarczyć prąd całemu dużemu budynkowi, a nawet małemu miastu.

Wieczorem, już cały świat wiedział o tym zdarzeniu.

Od tamtego dnia sprawdzano wszystkie dzieci tuż po urodzeniu. Badania wykazały, że ciała mutantów ulegały zniszczeniu w kontakcie z wodą. Takie dzieci rodziły się coraz częściej, jednak wiele z nich nie przeżywało nawet dwóch lat.

Niektórzy, zanim jeszcze wojna się skończyła, używali ich energii do swoich planów. Dzięki niej powstało wiele nowej i niebezpiecznej broni, natomiast po drugiej stronie tworzyły one pola siłowe, chroniące najważniejsze budynki i znajdujące się w środku osoby. Ale przez to do końca wojny zginęło tysiące małych dzieci, których organizm nie mógł przeżyć bez odpowiedniej ilości energii, z którą się urodzili.

I nawet po latach, kiedy w wielu państwach nastał pokój, wielu ze strachu zabijało te dzieci, dokładnie wiedząc, jakie ich energia miała zastosowanie w przeszłości. Ze strachu o to, co mogło się stać, jeśli dotknęliby jakiejś części ciała normalnego człowieka. Poraziłby ich prąd - oto, co by się stało.

To wszystko doprowadziło do zamieszek na całym świecie, a władze państw zaczęły się zastanawiać nad tym, czy faktycznie nie powinno się ich zabijać, bo w pewien sposób zagrażali społeczeństwu.

I wtedy odezwała się inna grupa ludzi, dużo większa, która uważała, że nie powinno się robić czegoś takiego. "To byli normalni ludzie, tylko z innym wnętrzem" - mówili.

W końcu znalazła się osoba, która potrafiła wszystkich przekonać, że tacy mutanci byli zupełnie jak inni i pokazać jakie piękno kryje w sobie energia ich ciała.

Dwudziestoczteroletnia Katarzyna Perk, będąca na piątym roku studiów psychologii, często spotykała się z małymi dziećmi takimi jak oni i wiedziała, co potrafią, do czego są zdolne. Tworząc film, pokazała całemu światu, że nie byli oni w stanie nikogo skrzywdzić, jeśli tego nie chcieli. Pokazała im, jakie piękno kryła ta energia i jak bardzo mogli oni wszyscy pomóc w budowaniu nowego, lepszego świata.

Później powstało pytanie: co oni będą w stanie zrobić, kiedy dorosną? Wkradać się do najlepiej strzeżonych budynków - gdyż sami będą mogli kontrolować wszystkie urządzenia? Ale większość naukowców i lekarzy broniła ich słowami, że zapewne nie dożyją dwudziestego roku życia w tak niebezpiecznym świecie, w którym przyszło im żyć.

Czy to ich przekonało? O dziwo tak. Nastał spokój, zaczęto chronić mutantów i zwracać na nich większą uwagę. Niektórzy jednak wciąż się ich bali, dlatego też mutanci próbowali zachować w tajemnicy to, kim naprawdę byli, choć momentami nie było to łatwe, ponieważ ludzie dobrze wiedzieli jak ich rozpoznać.

Katarzyna Perk została bohaterką. W miejscu jej urodzenia postawiono pomnik, przedstawiający ją samą w towarzystwie małych dzieci, trzymających w rękach pioruny - symbolizujące ich energię.

Bardzo często spotykała się z tymi wszystkimi osobami, próbując je zrozumieć, jednak od 4 stycznia 2109 roku stało się to dla niej prostsze, ponieważ właśnie tego dnia, narodziła się jej córka.

Ariadna Perk okazała się być mutantem...

Tą dziewczyną byłam ja.

1

 

"Życie pisze najbardziej oryginalne, najbardziej komiczne,

a jednocześnie najbardziej dra­matyczne scenariusze." -

Wisława Szymborska

 

Dla rodziców

 

Położyłam rękę na swojej szafce obok łóżka i myślami wyłączyłam budzik, który dzisiejszego dnia musiał mnie obudzić już o siódmej rano, choć była sobota, przedostatni dzień wolnego. Czułam złość - miałam do tego prawo - i nie uspokoiła mnie nawet piosenka Miracle - jednego z moich ulubionych zespołów XXI wieku - Hurts, bo to właśnie ona wyrwała mnie ze snu, w którym latałam pomiędzy pułkami w sklepie ze słodyczami i niech nikt się nie dziwi - bardzo mi się to podobało.

Powodem dla którego musiałam wstać o tej porze w weekend był wczorajszy telefon z Częstochowskiego Ośrodka Dla Mutantów, którym to poinformowali mnie, że następnego dnia (czyli dzisiaj) muszę się u nich stawić na badania. I właściwie nie tylko ja byłam nieszczęśliwa z tego powodu, ale też moja mama, bo jej też nie chciało się nigdzie wychodzić. A jeszcze mój brat miał tego dnia urodziny, to już w ogóle ta informacja zniszczyła cały plan dnia...

Tak dla jasności - ja skończyłam wczoraj siedemnaście lat, dzisiaj on kończył dwadzieścia (pokaźna liczba, wiem).

Kiedy w końcu uczyniłam ten, kosztujący mnie bardzo dużo wysiłku, ruch, czyli odgarnięcie ręką kołdry ze swojego ciała, usłyszałam jak z głośników w moim pokoju zaczyna wydobywać się piosenka zespołu Imagine Dragons - It's Time. Jej tekst był trochę smutny, jak na ten ciężko zaczynający się dzień, ale jej podkład muzyczny sprawił, że podniosłam się z łóżka i podeszłam do szafy, gdzie sprawdziłam temperaturę (dziewięć stopni poniżej zera).

Po paru sekundach z jednej z półek wysunęły się ubrania, odpowiednie na taką pogodę, czyli granatowe spodnie, czerwona bluzka z długim rękawem i sweter. Założyłam wszystko w bardzo szybkim tempie, po czym weszłam do dołączonej do mojego pokoju łazienki i tam umyłam twarz ciepłą wodą, rozczesałam swoje czarne włosy i związałam w wysokiego kucyka.

Jeśli chodzi o włosy, to ich kolor był wynikiem mutacji - tak samo, jak fiołkowe oczy. Reszta mojej rodziny posiadała włosy o barwie ciemnego blondu, dlatego w całej rodzinie ja byłam najbardziej wyróżniającą się osobą. W swoim całym, siedemnastoletnim życiu miałam z tym parę kłopotów i nie tylko takich jak ciągłe pytania, czy jestem może adoptowana, albo wytykanie mnie palcem, bo jestem inna niż cała reszta. Nawet nasza rodzina miała z tym problem, bo według nich, ani trochę nie przypominałam swoich rodziców, dlatego wiele razy chcieli, aby zmieniono mi wygląd. Ale moi rodzice się nie dali. "To jej człowieczeństwo" - mówili. Bo w końcu wygląd także wpływał na to, kim byłam, a byłam mutantem. Nie wszyscy muszą wiedzieć jakim dokładnie, ale przynajmniej po części znali prawdę na mój temat.

Kiedy wyszłam z pokoju, zeszłam po jasnych, drewnianych schodach na sam dół i skierowałam się w stronę kuchni, w której dominowały barwy - pomarańczowa i biała. Mama je uwielbiała, dlatego urządziła ją w ten właśnie sposób.

Na środku stała duża, kuchenna wyspa, a obok stół z postawionymi wokół niego czterema krzesłami. Po prawej ściana, na której powieszone były zdjęcia całej naszej rodziny. Zawsze uwielbiałam na nie patrzeć, a ponieważ dzięki specjalnemu programowi zmieniały się co parę dni, nigdy mi się jeszcze nie znudziły i mogłam na nie spoglądać tysiące razy, dzięki czemu na mojej twarzy za każdym razem pojawiał się miły uśmiech. Po lewej stronie znajdowały się szafki, a na wprost szeroka lodówka, zmywarka, kuchenka i zaraz obok niej wyjście na znajdujący się na tyle domu taras. Drzwi, choć wyglądały jak zrobione ze szkła, były tak naprawdę stworzone ze specjalnego materiału - pilemu - bardzo giętkiego i odpornego na wszelkie zabrudzenia. I właściwie to każde okno w naszym domu było z niego, głównie dlatego, bo był tak wytrzymały, ale i dźwiękoszczelny i... kuloodporny. Jak moi rodzice zawsze mówili: kiedy ma się taką córkę jak ja, trzeba być pewnym, że ich dziecko jest bezpieczne w swoim własnym domu.

Zanim usiadłam, podeszłam do okna i wyjrzałam na sypiący śnieg oraz pokryte nim drzewa i ławkę, na której przysiadywałam zawsze, gdy było ciepło, robiąc na niej chociażby pracę domową. Ileż to razy przemierzałam swój ogród od domu do końca siatki, ścigając się z moim bratem - Marcinem, lub z tatą, grając w berka, lub odbijając piłkę od siatkówki, a czasem nożnej. Ten ogród wywoływał tak wiele wspomnień, że za każdym razem, gdy patrzyłam na niego z tej pozycji, uśmiechałam się sama do siebie, ciesząc się, że urodziłam się w tym, a nie innym, miejscu.

Kierując się w stronę stołu, umysłem zamówiłam sobie placki z jabłkami, które po krótkiej chwili wysunęły się na małej windzie w jej wnętrzu. Chwyciłam jeszcze widelec - ten wystrzelił jak rakieta z szuflady przy szafce nr 3, czyli stojącej zaraz obok lodówki i usiadłam na krześle zakładając nogę na nogę.

W wieku czterech lat odkryłam, że mogę kontrolować komputery, co było mi teraz bardzo przydatne.

Po chwili usłyszałam jak ktoś odbija czymś o podłogę, więc odwróciłam się do tyłu i zobaczyłam idącego do kuchni swojego brata. Jak zawsze pochylił głowę przechodząc pod, i tak wysoko zawieszonym, żyrandolem w przedpokoju i podniósł swoją lewą rękę, jakby z jednej strony machając mi, a z drugiej popisując się, jak dobrze wpłynęła na niego częsta siłownia, szczególnie na ręce i klatę. To fakt, miałam wrażenie, że opinająca go koszulka wygląda na nim lepiej niż gdy nosił ją nasz tato (a on miał jeszcze bardziej zarysowane mięśnie), ale to w końcu mój brat, który - jak to zawsze powtarzała mama - był najprzystojniejszym chłopakiem w okolicy (nie licząc taty oczywiście).

Marcin był bardzo zadowolony ze swoich urodzin - w końcu to już 20 lat, a to oznaczało, że był już pełnoprawnym obywatelem Polski i wszedł w nowy rozdział swojego życia. Ale to nie były wszystkie powody. Chyba najbardziej cieszył się z piłki do ręcznej z podpisem znanego amerykańskiego piłkarza Mike'a Qualeta, którą miał dostać od swojego wujka. A do tego niezłej sumki od cioci, która przez pół roku zastanawiała się, co kupić swojemu chrześniakowi na urodziny. W końcu podsunęłam jej pomysł, aby podarowała mu po prostu pieniądze i w tamtym momencie zaczęłam bardzo żałować, że zaproponowałam jej coś takiego. Bo w końcu, jaka młodsza siostra, która sama chciałaby dostać tyle pieniędzy na urodziny, zrobiłaby coś takiego?

Zanim zdążyłam się zorientować Marcin rzucił do mnie niebiesko-żółtą piłkę do ręcznej, a ja, w ostatniej chwili, w obronie swojego talerza ze śniadaniem złapałam ją i obróciłam w palcach szukając podpisu Qualeta. Był tam, jednak spodziewałam się, że będzie większy, a tymczasem prawie nie było go widać.

- Przyszła dwie minuty po północy - powiedział podchodząc do mnie, po czym popatrzył na mnie z wyższością. - Tak samo, jak kieszonkowe od ciotki z Jasła.

- No, fajnie, fajnie - powiedziałam, specjalnie udając, że bardzo się cieszę z jego szczęścia i rzuciłam piłką w okno, która odbiła się od niego i wylądowała z powrotem w rękach mojego brata.

Marcin zamówił sobie na śniadanie omleta z trzech jajek z dodatkiem dżemu truskawkowego (jak zawsze), po czym usiadł naprzeciw mnie i zaczął jeść, ziewając przy tym setki razy. Spojrzałam na niego w momencie, kiedy dochodziło do 101 i zmrużyłam oczy, aby ten poczuł się obserwowany. Zadziałało, bo gdy tylko uchylił swoją buzię popatrzył na mnie na dwie sekundy, po czym odwrócił się, zrobił to, co chciał i zwrócił się do mnie z powrotem.

- Nic na to nie poradzę. Jak ci to przeszkadza, masz problem.

Czasem mój brat był tak zabawny, że aż nienormalny. Kiedyś zdarzało mu się być takim częściej, teraz był coraz starszy i coraz rzadziej mu się to przytrafiało.

Wciąż martwił się egzaminem po studiach, który miał pisać w przyszłym roku, a także swoją karierą sportową. Dotychczas trenował piłkę ręczną i siatkówkę, i uwielbiał robić i to, i to. Ale któregoś dnia jeden ze sportowych nauczycieli powiedział mu, że musi się w końcu zdecydować, co chce robić i czym się zajmować, bo nie może robić dwóch rzeczy naraz. Mama też ciągle mu to powtarzała, że nie może należeć do dwóch drużyn sportowych po studiach, a już teraz było mu ciężko, bo treningi odbywały się codziennie.

- Mogę cię kopnąć prądem, to na pewno cię wybudzi - zaproponowałam mu z morderczym uśmiechem.

Czasem ściągałam rękawiczki, które ochraniały innych przed niechcianym kopnięciem prądu i przykładałam rękę do jego skóry. Zazwyczaj zdarzało się to tylko wtedy, kiedy byłam na niego okropnie wkurzona, ale tym razem chciałam się pośmiać z jego straszliwego krzyku, jaki zawsze z siebie wydobywał.

- Nie, dziękuję, nie potrzebuję twojej pomocy. Wystarczy mi omlecik z dżemem i jogging z Watsonem do łazienki.

- Taaa... - mruknęłam.

Watson był naszym psem - owczarkiem niemieckim i właściwie, można powiedzieć, że należał do mnie, bo dostałam go na urodziny zaledwie dwa lata temu, kiedy był jeszcze małym, ślicznym szczeniaczkiem.

- Wiesz w ogóle gdzie jest mama? - spytałam go po chwili ciszy, denerwując się, że może zapomniała o wizycie w szpitalu.

- Nie wiem, przecież dopiero co wstałem, powiedzmy. Najpierw jeszcze zrobiłem parę pompków i brzuchów - dodał jak często z błędami w mowie, ale on o tym doskonale wiedział - robił to dla "fanu", jak to mówił.

Nagle usłyszeliśmy jak ktoś z pośpiechem wchodzi do domu i tupie butami o podłogę, żeby strzepnąć śnieg. To mama - czym prędzej weszła do kuchni, nawet nie ściągając swojego czerwonego płaszcza.

- Hej, jak wam się spało? - przywitała nas ściągając rękawiczki i położyła na kuchence warzywa, przyciskiem otwierając lodówkę, z której wysunęły się specjalne przegródki. Po chwili odwróciła się twarzą do nas, a kosmyk jej jasnych włosów spadł jej na twarz, odłączając się od reszty, elegancko spiętych w koka.

- Pomimo tego, że o północy obudził mnie dźwięk przychodzącej poczty, to nieźle - przyznał Marcin, znów ziewając, a kiedy na niego popatrzyłam, zasłonił się ręką, udając, że go nie ma.

- Właśnie mnie też obudził - stwierdziła mama. - Ta twoja piłka musiała poturlać się od wewnętrznej skrzynki przez cały parter. A jeszcze jak Watson ją zauważył to już w ogóle.

- To nie Watson, tylko ja mamo, musiałem przecież wypróbować twardość prezentu, nie? Watson spał cały czas w pokoju Ariadny - zaśmiał się.

- No właśnie - potwierdziłam. - Ale, czy tylko ja spokojne spałam dzisiejszej nocy? Mnie tam nic nie obudziło.

- Może pies spał ci na głowie i nawet o tym nie wiedziałaś? - zaśmiał się Marcin.

- Ha ha, bardzo śmieszne... - mruknęłam.

- Tak w ogóle Marcin - zmieniła nagle temat mama - to wszystkiego najlepszego z okazji dwudziestych urodzin - powiedziała z uśmiechem i obejmując go rękami ucałowała w policzek, na co on, lekko skrzywiony uśmiechnął się do niej i podziękował. - Powinieneś się cieszyć, jesteś już prawie dorosły - dodała i zmierzwiła jego ciemne włosy, jak zwykle przez niego nieuczesane.

Oboje popatrzyliśmy na nią, nie rozumiejąc jej słów.

- Dlaczego prawie? - spytałam ją.

- Dorosłym zostaniesz wtedy, kiedy sam będziesz zarabiał na utrzymanie, choć wszyscy wiedzą, że ty i tak nigdy nie staniesz się do końca dorosły... - stwierdziła z uśmiechem na twarzy.

- No tak, wiesz, kłóciłbym się z tym ostatnim - zawołał Marcin, a ja zaśmiałam się pod nosem i wróciłam do jedzenia.

- Zobaczymy - szepnęła mu do ucha.

- A no, żebyś wiedziała, że zobaczymy, mamo.

- Ale! - wykrzyknęła nagle, znów się do nas odwracając. - Kto wie, może w tym tygodniu wróci wasz tato i też wam przywiezie jakieś super prezenty z morza Andirian lub jakąś niebezpieczną broń Iritosów. Oczywiście żartuję z tym ostatnim, ale nigdy nie wiadomo.

Bo nasz tato - czego jeszcze nie mówiłam - był pułkownikiem w Polskich Siłach Powietrznych i dwa lata temu otrzymał za zadanie dowodzenie statkiem kosmicznym. Ten zaś miał lecieć do innego układu słonecznego, który my, Ziemianie, nazwaliśmy Galaktyką Endagor, a przez odkryty w atmosferze Marsa portal, mieli się tam dostać w niecałe trzy dni, mimo że normalnie zajęłoby im to ponad miesiąc czasu.

Ich misją było zapoznanie się z innymi gatunkami, ale jak się dowiedzieliśmy po paru tygodniach, większość z nich nie była zbyt przyjaźnie nastawiona do obcych. Szczególnie istoty podobne do ludzi, zwane Iritosami, zamieszkujące planetę Iritos. Kiedy nasi żołnierze chcieli się z nimi porozumieć, ci ostrzelali ich ze swoich dział, ustawionych w przestrzeni wokół swojej planety. Mieli skłonność do wrogiego zachowania od czasów wojny, którą od siedmiu lat toczyli z Andirianami.

Ich planeta - Andir - cała była pokryta wodą, a pod jej powierzchnią wybudowane były miasta, jednak większość z nich została już niestety zajęta przez Iritosów.

A dlaczego prowadzili wojnę? Właśnie przez wodę. Iritos - przez swój bardzo surowy klimat, a także obecność na sąsiadującej orbicie dwóch gwiazd słonecznych, nie miała dostatecznej jej ilości, by zaspokoić potrzeby nawet jednego, małego miasteczka. Stąd, któregoś dnia zaatakowali Andir i plądrując większą część ich miast, osiedlili się na nich, prowadząc życie z wodą pod dostatkiem.

Mój tato opowiadał o pogłoskach, zgodnie z którymi Iritosi porywali niektórych Andirian spod powierzchni wody i kazali im pracować w wytwórni statków i broni. Nie wiadomo, czy to prawda, ale Andirianie prowadzą z nimi wciąż nowe walki, aby odzyskać swoje miasta i ludzi, którzy zniknęli z domów w tajemniczy sposób. Nie chcą się z nimi dzielić zasobami wody, zbyt rozwścieczyło ich to, że Iritosi tak brutalnie ich zaatakowali i pozbawili życia wielu mieszkańców tej planety.

I tym właściwie zajmował się mój tata i jego ludzie - dwustu pięćdziesięciu najlepszych żołnierzy z całej Ziemi. Od dwóch lat szukali przyjaciół na planecie Andir, gdzie lud okazał się milszy, niż Iritosi. Pomagali im odbudować miasta, tworzyć broń, w zamian za to otrzymywaliśmy od nich wiedzę i nowe technologie.

Nie była to oczywiście łatwa decyzja dla taty - opuszczać nas na dwa lata. Spotkała się nawet z ogromną falą sprzeciwu ze strony całej rodziny, ale wiedział, że jeśli odmówi, nikt inny nie zgodzi się na tak szaleńczą misję. I choć zajęło nam to dużo czasu - pogodziliśmy się z jego decyzją i byliśmy wręcz dumni, że właśnie nasz tato dowodził tą misją, przeskakując dzięki temu o jeden stopień wyżej w wojsku.

Oczywiście mieliśmy z nim kontakt.dzięki komunikatorom, które pozwalały nam rozmawiać z nim, pomimo tak wielkiej odległości i dzięki temu wiedzieliśmy też tak dużo na temat wojny Andirian z Iritosami.

I to tyle na temat mojego taty. Dodam tylko, że jego misja skończyła się oficjalnie w styczniu i powinien być już w drodze do domu.

I chyba dopiero w tym momencie mama zauważyła, że ja wciąż jem śniadanie.

- Ty jeszcze tutaj Ariadna? - spytała mnie zdziwiona i zaniepokojona równocześnie. - Powinnaś się już ubierać, jest za dwadzieścia ósma - po tych słowach zaczęła wyciągać marchewki z reklamówki.

- Już? - spytałam z pełną buzią, jeszcze bardziej zdziwiona niż ona, a Marcin udając, że też poczuł to samo, przyłożył rękę do ust i wydał z siebie jakiś niezidentyfikowany dźwięk.

- Tak, już, Ariadna. Idź przepłukać buzię, tylko szybko - powiedziała, a ja odłożyłam widelec z nałożonym na nim ostatnim plackiem i pobiegłam do łazienki na parterze. - O której ty wstałaś?! - usłyszałam za sobą.

- O siódmej!

- O matko... Zazwyczaj, jak idziemy na ósmą wstajesz o szóstej, co ci się stało?

- Stwierdziłam, że wstanę później, skoro poszłam do łóżka tak późno - odkrzyknęłam wypluwając niebieski płyn do płukania buzi, po czym przetarłam twarz ręcznikiem, spojrzałam do lustra sprawdzając swój wygląd i weszłam z powrotem do kuchni.

- Jedenasta to dla ciebie późna godzina? Ho ho, kobieto, powinnaś wiedzieć o której się kładą niektóre osoby z mojej klasy... Ich godziny możesz uznać za późne! - usłyszałam głos Marcina i wychyliłam głowę zza szafki z piciem, gdzie napiłam się parę łyków zimnego soku. Potem chciałam jeszcze dokończyć śniadanie, ale właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że mój brat właśnie był w trakcie jego konsumpcji.

- Wszystko masz gotowe Marcin? - spytała go mama, a on pokiwał głową na tak. - Tylko ubierz się ciepło, błagam cię, nie chcę żebyś się rozchorował. A, i schowaj resztę rzeczy, które kupiłam, teraz nie mam na to czasu.

- A gdzie on idzie? - spytałam mamę.

- Ignorujesz mnie? - zapytał Marcin zdziwiony, dlaczego nie zapytałam o to jego samego. W końcu zjadł mojego ostatniego placka! Choć na talerzu miał jeszcze pół swojego omleta...

- Idzie na wypad z kolegami na zamek w Olsztynie, w ramach swoich urodzin - powiedziała mama.

- Aha... Fajnie, że mi wcześniej powiedziałeś... Kiedy wrócisz? - chciałam wiedzieć.

- Po południu, zresztą wiesz, nie mówiłem ci, bo to męski wypad, a ty jesteś dziewczyną, tak dla przypomnienia - burknął z pełną buzią.

- Marcin... - zdenerwowała się tym mama. - Dobra, ubieraj się Ariadna, trzeba wychodzić. I tak się spóźnimy.

- A dla twojej wiadomości, Marcin, jestem bardzo kobieca! - wykrzyknęłam. - Pamiętam więc o tym, że jestem dziewczyną, nie musisz mi o tym przypominać!

- No tak, wiesz, kłóciłbym się z tym tak trochę - zawołał, więc pokazałam mu język i poszłam do przedpokoju.

Otwierając szafkę specjalnie przeznaczonym do tego guzikiem wyciągnęłam ze środka swoje długie, czarne buty, po czym włożyłam je na nogi. A zanim zdążyłam się w ogóle zorientować, mama wyjęła mi z szafy granatowy płaszcz z kapturem, który nałożyła mi na ramiona.

- Nie zapomnij zamknąć za sobą domu, Marcin! - krzyknęła jeszcze mama, po czym otworzyła drzwi za pomocą białego przycisku na ścianie i wyszła na zewnątrz, a ja zaraz za nią. Pociągając sznurek zapięłam wszystkie moje guziki od góry do dołu i otuliłam się jeszcze szalikiem, który okazał się bardzo pomocny, bo na zewnątrz było zimno.

 

Zeszłyśmy z czterech białych schodków, które o szóstej wyczyścił robot sprzątający cały nasz ogród. Przeszłyśmy kilkanaście metrów, po czym wyszłyśmy przez bramkę na ulicę. Bramkę, którą dawno temu kupił razem z tatą Marcin. Poprzednia się zniszczyła, a i tak potrzebowaliśmy nowej i bardziej nowoczesnej, z lepszym systemem bezpieczeństwa. Głównie ze względu na mnie. Właściwie cały nasz dom miał chyba najlepsze zabezpieczenia w całym mieście, bo podarowane także przez wojsko. Nikt więc nie mógł się dostać do środka, choćby nie wiem co. Nie dało się nic zniszczyć, ani "zhakować", więc było to idealne miejsce dla kogoś takiego jak ja.

Przeszłyśmy przez fragment głównej ulicy Garibaldiego, mijając obok dawną drukarnię i stare kamienice, które dopiero kilkanaście lat temu zostały porządnie odrestaurowane; weszłyśmy w Warszawską i już całkowicie prostą drogą skierowałyśmy się nad Wartę.

Było zimno, choć i tak nie odczuwałam tego aż tak bardzo, a to wszystko dzięki mojemu płaszczowi, który był ze specjalnie ocieplanego materiału. Mama też taki miała, ale ona była zazwyczaj zmarznięta nawet w domu, więc jak jej mogło być przy takiej pogodzie? Sypał śnieg, a zaspy na naszym chodniku nie ułatwiały chodzenia podczas naszego szybkiego tempa.

W mieście mieliśmy specjalne maszyny do oczyszczania ulic i chodników, ale sypało tak mocno, że nawet one niewiele nam dawały. A nasza dzielnica nie miała specjalnie przystosowanych jezdni, tak jak w innych - tamte ocieplały się co jakiś czas i rozpuszczały śnieg, po czym zlewały wodę do kanałów, gdzie była ona później transportowana do oczyszczalni.

Kiedy doszłyśmy do mostu nad Wartą od razu wyjrzałam w dół, by sprawdzić, czy woda była zamrożona, ale ta jak zwykle płynęła.

Gdy tak na nią patrzyłam ciarki przeszły mi po plecach i zrobiło mi się słabo. Wiedziałam, że woda nic złego nie mogła mi zrobić, jeśli nie będę w niej długo przebywała, ale czułam do niej wewnętrzny strach, szczególnie, gdy widziałam jej tak dużą ilość. Dlatego też odwróciłam się od niej najszybciej jak potrafiłam i pobiegłam za mamą.

Przeszłyśmy przez biały od śniegu park, po którym biegało już parę dzieci, jakby w ogóle nie przejętych tym, że było tak wcześnie, po czym w końcu doszłyśmy do ośrodka. Znajdował się on zaraz przy głównej drodze i kiedy tylko zobaczyłam prowadzące do niego wejście, drugi raz w ciągu trzech minut poczułam jak po całym ciele przechodzą mi ciarki. Czasem spędzałam w tym miejscu naprawdę dużo czasu, ale nigdy nie przestałam się denerwować na sam jego widok. Zawsze czułam przed nim strach. Przed tym, że sama mogłam kiedyś tam umrzeć, jak te wszystkie chore osoby, będące w tym budynku.

Kiedyś był to zwyczajny szpital, ale gdy niektóre oddziały przestały być potrzebne, wyremontowano je i zrobiono na ich miejsce sale dla mutantów, gdzie na badania mogli przychodzić tylko oni. Takich ośrodków nie było wiele w naszym kraju, dlatego dużo ludzi przyjeżdżało tu nawet spoza Częstochowy i dlatego jeszcze bardziej się cieszyłam, że mieszkałam w tym właśnie mieście i nigdzie nie musiałam jeździć.

Gdy przekroczyłyśmy próg drzwi poczułam przyjemny zapach jabłek i cynamonu - jak zawsze ten sam, bardzo miły, choć zawsze się zastanawiałam, czy dla niektórych, spędzających w szpitalu więcej czasu nie stawał się trochę irytujący. Ale oni może byli już do tego przyzwyczajeni, nie to co ja i moja mama.

Minąwszy trzymającą za rękę małą dziewczynkę pielęgniarkę, podeszłyśmy do recepcji, gdzie jak zwykle musiałam się wpisać na listę "przybywających" do szpitala. Wystarczył do tego skan siatkówki. Jednak na potrzeby późniejszych badań musiałam też włożyć do buzi niewielki metalowy patyczek, a następnie oddać go do specjalnego pojemnika, który odnoszony był do lekarzy. Nigdy się dokładnie nie dowiedziałam po co im to potrzebne, ale czy było to takie ważne, kiedy i tak robili na mnie setki innych badań?

Po rejestracji podeszłyśmy do znajdującej się niedaleko windy, po czym weszłyśmy do środka i pojechałyśmy nią na wschodnie skrzydło, tam zawiozła nas jeszcze na czwarte piętro i dopiero wtedy otworzyła nam drzwi, ukazując szeroki, zielony korytarz, z siedzącymi na ławkach, jedynie paroma osobami, w tym w większości dziećmi ze swoimi rodzicami, lub przynajmniej jednym z nich.

Korytarz pełen był powieszonych na ścianach kolorowych zdjęć natury, dzięki czemu siedzenie w takim miejscu przez dłuższy czas nie nudziło i robiło się naprawdę przytulnie i miło na sercu. Dlatego też czekanie tam na swoją kolej nigdy mi nie przeszkadzało.

Zajmując miejsce z mamą na żółtych krzesłach uśmiechnęłam się do chłopczyka, który siedział dwa siedzenia dalej i w tym momencie zaczęłam się zastanawiać nad tym, jakim rodzajem mutanta mógł on być. Od momentu kiedy pojawiłam się na miejscu mógł siedzieć w mojej głowie i zbierać na mój temat wszystkie informacje. Mógł też z łatwością podnieść mnie do góry i wyrzucić przez okno, co właściwie nie udałoby się, bo szyby były zrobione z pilemu. Było jeszcze parę opcji co mógł robić, ale nie zastanawiałam się nad tym dłużej, bo właśnie wtedy wyjął z kieszeni kurtki niewielką kosteczkę, która po chwili zamieniła się w zwykły tablet, który przesunął w moją stronę. Wiedziałam co chciał abym zrobiła, ale nie byłam do końca pewna, czy mogłam. Spojrzałam więc na siedzącą obok mnie mamę, a ta uśmiechnęła się do mnie, po czym spojrzała na tego samego chłopczyka, z wciąż wyciągniętą ręką z tabletem w moją stronę. Po chwili sam się włączył i zaczął pokazywać obrazy zimy w naszym mieście. Później zaczęły równocześnie dzwonić wszystkie telefony znajdujące się w pomieszczeniu. Przestawały dopiero wtedy, gdy kolejne osoby przykładały dłonie do zawieszonych za uszami słuchawek. Tylko to przyszło mi do głowy. Niewiele, ale to i tak wystarczyło, żebym od chłopca o różowych oczach, ubranego w ciemną kurteczkę usłyszała w swojej głowie ciche "dziękuję".

 

Spóźniłyśmy się, ale i tak chwilę jeszcze czekałyśmy, aż komputer w końcu nas wezwał do wejścia do pomieszczenia, w którym odbywały się badania. Gdy tylko usłyszałyśmy nasze nazwisko w mikrofonie wstałyśmy z miejsc i podeszłyśmy do dużych zielonych drzwi, które otworzyły się po paru sekundach, wpuszczając nas do środka. Nie było to takie zwykłe, nudne pomieszczenie. Lubiłam w nim przebywać jeszcze bardziej niż w poczekalni, bo zawsze było tam tak przyjemnie ciepło, a w powietrzu unosił się zapach wiosennych kwiatów.

Na środku stało duże łóżko, na którym robili mi wszystkie badania, sprawdzając, co takiego moja energia potrafiła już robić. Po prawej znajdowało się rozmieszczone na całej ścianie duże okno, z widokiem na główną ulicę, a na wprost widoczne pomieszczenie obserwacyjne. Czasem używał go mój lekarz, bo tam mógł zrobić więcej niż na komputerze na dole.

Obok białego łóżka stała niewysoka pielęgniarka ubrana w jasnożółte spodnie i bluzkę z długim rękawem, a na jej prawej piersi widniał zielony identyfikator. Jednak ze swojej pozycji nie mogłam odczytać jej imienia. Uśmiechnęła się do nas, kiedy podeszłyśmy do niej dostatecznie blisko i przywitała się uprzejmie, po czym poprosiła mnie, abym ściągnęła swoją kurtkę i powiesiła na wieszaku, który wysunął się z podłogi w momencie, gdy mi o tym mówiła. Mama zrobiła to samo i skierowała swój wzrok w kierunku powoli otwierających się drzwi, zza których wyszedł wysoki mężczyzna w lekarskim stroju.

Zazwyczaj gdy przychodziłam na badania, prowadził je jeden i ten sam doktor - pan Siedlarski, jednak tym razem, zobaczyłam zupełnie innego mężczyznę. Miał krótkie, jasne włosy oraz duże, pomarańczowe oczy, a jego ogromna sylwetka sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie był przypadkiem byłym wojskowym. Ten wygląd i jego chód był bardzo specyficzny, bo znałam go ze swojego własnego życia, w końcu widywałam to u własnego taty.

Mama uśmiechnęła się do niego tak, jakby skądś go znała, ale kiedy spojrzałam na nią z prośbą o wytłumaczenie, nic nie powiedziała.

- Dzień dobry paniom - odezwał się z uśmiechem. - Nazywam się Richard Smith i jestem tu właściwie całkiem nowy. A ponieważ doktor Siedlarski przebywa na zwolnieniu, poproszono mnie abym to ja go dzisiaj zastąpił. Mam nadzieję, że to żaden problem.

- Oczywiście, że nie - odparła mama.

- Też żałuję, że go nie ma, bo go pewnie dobrze znałaś, - zwrócił się do mnie - a dziś mamy dla ciebie pewien nowy lek. - Popatrzył na mamę. - Na czas badania pielęgniarka zaprowadzi panią do pomieszczenia na górze. Muszę porozmawiać z pani córką na osobności - Mama była widocznie zmieszana jego słowami, ale zrobiła to, o co poprosił i żegnając się ze mną poprzez położenie mi ręki na ramieniu, poszła z pielęgniarką za drzwi, z których chwilę temu wyszedł stojący parę metrów ode mnie wysoki mężczyzna. Już po chwili zobaczyłam je obie za szybą może metr nad naszym położeniem, w pokoju obserwacyjnym. Widać było, że o czymś rozmawiają, jednak przez dzielące nas okna nie słyszałam ani słowa.

Lekarz włożył ręce do kieszeni i popatrzył na mnie z uwagą.

- Jak się czujesz Ariadna? - zapytał mnie, a gdy wymawiał moje imię usłyszałam nutę amerykańskiego akcentu i uśmiechnęłam się mimowolnie.

- Dobrze - odpowiedziałam wzruszając ramionami.

- To połóż się na łóżku, zobaczymy jak tam miewa się twoja energia.

Spodobało mi się to jak to powiedział - "jak miewa się twoja energia", jakby i ona była tak samo żywa jak ja, i właściwie to zawsze tak uważałam, ale zawsze tylko i wyłącznie ja miałam takie przekonania, aż do dzisiaj, jak się okazało.

Posłusznie odwróciłam się w stronę łóżka i wygodnie się na nim ułożyłam, a wtedy zaświeciło się ono jasnym światłem, włączając specjalne przyciąganie, żebym z niego nie spadła. Gdy podniosło się do pionu, lekarz podszedł do pojawiającego się pulpitu komputera i jednym przyciskiem zrobił zrzut mojego organizmu, któremu od razu zaczął się dokładnie przyglądać.

- Co my tu mamy... - szepnął jakby do siebie, po czym popatrzył na mnie zastanawiając się nad czymś. - Dzisiaj jest piąty stycznia, dobrze myślę? - spytał mnie.

- Tak - odparłam z uśmiechem.

- A więc wszystkiego najlepszego, bo jeśli dobrze kojarzę, wczoraj miałaś urodziny.

- Dziękuję - powiedziałam, a on kiwnął głową, po czym znów odwrócił się ku pulpitowi.

- Komputer - mówił - sprawdź procentową ilość energii w jej ciele.

Został mi zrobiony kolejny skan i już po paru sekundach zobaczyłam pojawiającą się na ekranie komputera jakąś liczbę.

- 62,7 % - oznajmił. - Czyli nieźle, co? - uśmiechnął się do mnie, a ja wzruszyłam ramionami. - Przez ten miesiąc miewałaś jakieś bóle głowy, rąk, nóg, serca?

- Nie.

- Nic? - chciał się upewnić, ale to były podstawowe pytania na tego typu badaniach.

- Nic.

- Nie miałaś też żadnych zawrotów głowy i nie wymiotowałaś?

- Nie.

- Czyli ogólnie wszystko gra, tak? - znów się do mnie uśmiechnął, a ja kiwnęłam głową. - To świetnie. W takim razie, mam dla ciebie pewną propozycję, jeśli możemy to tak ująć. Niedawno Irlandzcy naukowcy opracowali pewien lek, który może pomóc w stabilizacji waszej energii i ochronie waszej skóry przed niepożądanymi oparzeniami, więc będziecie trochę bardziej odporni na działanie wody. Ale, jego celem jest też zwiększenie ilości wytwarzanej w waszym organizmie energii. Więc pytanie - czy chcesz go dostać? Jeśli tak, musiałabyś wyrazić na to pisemną zgodę, bo byłabyś jednym z pierwszych mutantów poddanych podobnej kuracji i nie wiadomo, jakie skutki uboczne mogłyby wystąpić. Dlatego musisz się dokładnie zastanowić, nie chcę cię do niczego zmuszać.

W tym momencie popatrzyłam na stojącą za oknem na górze mamę, która zwrócona była w moim kierunku.

- Ariadna - usłyszałam głos lekarza i spojrzałam na niego znowu, lekko wystraszona. - Rozmawialiśmy już o tym z twoimi rodzicami - oni powiedzieli nam co o tym myślą, ale to nie oni o tym decydują, tylko ty, wyłącznie ty. Nikt nie zna twojego organizmu i twojej energii lepiej niż ty sama. Ale potrzebuję twojej odpowiedzi już teraz.

Właściwie to wiedziałam, że się zgodzę już w momencie, kiedy powiedział o tym, że będę odporniejsza na działanie wody. Nie zastanawiałam się nawet nad tą częścią, w której mówił mi, ze zwiększona zostanie moja energia - nawet na sekundę.

Tylko... Dlaczego powiedział, że rozmawiał o tym z moim rodzicami, kiedy jedno z nich przebywało miliony kilometrów za naszą planetą?

- Skoro może mi pomóc... - powiedziałam, parząc na niego.

- Czyli się zgadzasz, tak? - spytał dla pewności.

- Tak.

- Dobrze - szepnął i włączył coś na monitorze, po czym znów na mnie spojrzał, kiedy z podłogi wysunął się jeszcze jeden mały ekranik, zaraz obok mnie. Wiedziałam, że musiałam się w tym momencie podpisać, więc zrobiłam to swoim umysłem, a on zniknął tak samo szybko jak się pojawił.

- Oglądałaś wczorajszy mecz piłki ręcznej? - spytał mnie lekarz, a ja zmrużyłam oczy zdziwiona tą nagłą zmianą tematu. - Ponoć Polacy są całkiem dobrzy, ale wiesz co... - poczułam jak maszyna podwija mi rękaw od bluzki i przykłada mi coś chłodnego do nadgarstka, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Zresztą, za bardzo byłam zaciekawiona tematem, jaki obrał stojący przede mną mężczyzna. - Tak sobie myślę, - kontynuował - że Irańczycy mogą być jednak lepsi.

W tym momencie wydałam z siebie cichy okrzyk wywołany bólem całej ręki i popatrzyłam na nią, widząc jak moje żyły zaczynają przybierać ciemny kolor.

- Nie musisz się tym martwić, to zaraz przejdzie - powiedział lekarz, a ja spojrzałam na hologram swojego organizmu, gdzie zobaczyłam jak po całym moim wnętrzu zaczyna rozprzestrzeniać się jakaś błękitna substancja. - Na razie prognozy wyglądają dobrze, ale dopiero dostałaś ten lek, więc nie wiadomo co może się stać później. Dlatego też damy ci do domu takie niewielkie urządzenie, które będzie monitorowało twój stan zdrowia i powie nam, jeśli coś złego się będzie działo. A wtedy szybko się u ciebie znajdziemy.

- Dobrze - odpowiedziałam prawie niesłyszalnym głosem i właśnie wtedy zrobiło mi się tak potwornie niedobrze, że aż zebrało mnie na wymioty.

Usłyszałam cichy głos lekarza i jakiś dzwonek słyszalny chyba w całym szpitalu, ale może to mi się tylko wydawało. W tym samym momencie głowa zaczęła mnie boleć tak mocno, że mało brakowało, a zaczęłabym krzyczeć na cały głos.

Myślami uwolniłam się z przyciągania łóżka i stanęłam na nogach opierając się o nie. Nie wiem nawet czemu to zrobiłam, bo właśnie tym ruchem chyba sprawiłam, że zwróciłam na podłogę całe swoje śniadanie.

Nie mogąc utrzymać równowagi upadłam na ziemię, tyłem głowy uderzając o nagle pojawiającą się tam miękką powierzchnię. Nie mogłem ruszyć swoim ciałem, jedyne, do czego byłam wtedy zdolna, to obrócenie twarzy w prawo, a tam zaczęłam przyglądać się przejeżdżającym przez główną drogę samochodom, które powoli zaczęły zanikać w moich oczach.

Poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia, jednak niczego już nie widziałam, jedynie ciemność, choć moje oczy wciąż były otwarte. Powieki zaczęły robić się ciężkie, czułam jakieś dziwne pieczenie w całym ciele, jakby ktoś przysmażał mnie od środka, słyszałam bicie swojego serca oraz głośny oddech - nagle stało się ono dla mnie męczarnią.

Wciąż jednak miałam otwarte oczy i wciąż oddychałam. Tylko tego byłam pewna, bo straciłam całkowity kontakt z rzeczywistością.

2

"Kochać i tracić, pragnąć i żałować;

Padać boleśnie i znów się podnosić.

Krzyczeć tęsknocie: PRECZ! i błagać: PROWADŹ! -

Oto jest życie: nic, a jakże dosyć..." -

Leopold Staff

 

Dla Pauliny Łataś

 

Pamiętałam ostatnią przeprowadzoną z nim rozmowę.

Miał na sobie biały mundur, na głowie czapkę z daszkiem, na którym wyszyty był orzeł z koroną na głowie - godło Polski. Lewą rękę trzymał na broni przy pasie, a drugą, ubraną w białą rękawiczkę położył na moim ramieniu. Uśmiechał się do mnie, jednak widziałam w jego oczach smutek i zdenerwowanie, że musiał nas zostawiać, oraz strach przed tym, co czekało go w innej galaktyce. Rzadko okazywał swoje emocje i dlatego zaczynałam bać się jeszcze bardziej, niż przed paroma minutami, gdy patrzyłam jak inni żołnierze wnoszą do statku niezliczoną ilość broni i amunicji, jakby wcale nie lecieli z misją pokojową.

Tato widząc, że się bałam, uklęknął przede mną i spojrzał mi prosto w oczy, po czym chwycił w obie dłonie moją rękę.

- Nie bój się Ariadna - szepnął do mnie. - Może jeszcze o tym nie wiesz, ale z całej rodziny to ty jesteś najsilniejsza i musisz na wszystkich uważać kiedy mnie nie będzie, to bardzo ważne.

- Ale jestem najmłodsza, mam tylko czternaście lat - powiedziałam, zupełnie nie rozumiejąc co miał na myśli.

- O nie, kochanie - zaprzeczył, uśmiechając się. - Masz piętnaście lat - uśmiechnął się - jeszcze tylko parę dni. Ariadna, wrócę zanim zdążysz zdmuchnąć ogień na torcie z siedemnastoma świeczkami. Nawet nie zauważysz, że mnie nie ma, tak szybko minie ten czas. Zresztą, mimo wszystko będziemy mogli ze sobą rozmawiać, wiec będziesz mogła opowiadać mi o tym, co dzieje się w domu i w szkole. Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Ale ja tak wcale nie myślałam i kiedy się do niego przytulałam, czułam jak jakaś niewielka część mojej energii zaczyna mnie opuszczać i w zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób przechodzić w ciało mojego taty. Miałam wrażenie, że robiłam to podświadomie, jednak nie wiedziałam w jaki sposób i nigdy potem już się tego nie dowiedziałam.

Gdy stał już na podeście statku i jeszcze się do nas odwrócił, byłam pewna, że coś do mnie mówił. Czułam, że starał się przekazać mi coś ważnego, jednak nie słyszałam ani słowa, bo leżałam w śpiączce i jedynym sposobem, żeby go usłyszeć było wybudzenie się z niej, czego nie potrafiłam zrobić.

Poczułam, jak Marcin chwyta mnie za ramię i obraca w swoją stronę.

- Otwórz oczy Ariadna! Oszalałaś!? Ty głupku jeden, śmierdziuchu, myślisz, że możesz tak se leżeć i nic nie robić?! Skoro on tam stoi to biegnij w jego stronę! Nie rozumiesz, że on próbuje ci coś powiedzieć?! No nie stój tak! Biegnij!

Po jego ostatnim wrzasku odwróciłam się w stronę stojącego kilkadziesiąt metrów dalej taty, ubranego w swój wojskowy mundur, patrzącego na mnie z miłością. W tej chwili poczułam jakby coś ciągnęło mnie za całe ciało. Próbowałam się temu oprzeć, a kiedy mi się to udało, stwierdziłam, że spadam z jakiejś niewielkiej wysokości i dotknęłam ziemi, lekko się chwiejąc, przez chwilę nie mogąc utrzymać równowagi. Kiedy uśmiechnął się do mnie, wyciągając w moim kierunku rękę chciałam do niego pobiec, ale nagle straciłam czucie, zakręciło mi się w głowie i po dwóch przebytych krokach upadłam na ziemię. A wtedy wszystko wokół mnie się zmieniło.

Próbowałam walczyć z rękami jakichś mężczyzn i pielęgniarek, którzy zaczęli mnie podnosić, ale w końcu się poddałam, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie miało to żadnego sensu i gdy zrozumiałam, że oni zwyczajnie mi pomagali. Położyli mnie na jakimś łóżku i wtedy zobaczyłam moją mamę, uśmiechającą się do mnie przez łzy i stojącego obok Marcina.

Po chwili zobaczyłam lekarza, który w szpitalu dał mi ten eksperymentalny środek i na jego widok przeszły mi ciarki po plecach. Choć lubiłam tego mężczyznę, w duchu czułam przy nim strach przez to, że to właśnie on podał mi płyn, który wywołał u mnie stan śpiączki.

- Możesz już spokojnie oddychać Ariadna, nic ci nie grozi - usłyszałam jego spokojny głos, a to, co powiedział później sprawiło, że z oczu zaczęły lecieć mi łzy, choć dobrze wiedziałam o czym mówił i spodziewałam się tego już wcześniej. - Zapadłaś w krótkotrwałą śpiączkę, ale nie martw się, za godzinę lub dwie będziesz już w pełni sił. Na razie po prostu leż spokojnie, damy ci jakieś leki, które pomogą ci stanąć na nogi.

Potem zamknęłam oczy nie zwracając uwagi na wypowiadane przez kogoś słowa, skierowane zapewne do mnie. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej, przy statku kosmicznym, którym odlatywał mój tato, oraz przy piosence Lost Cause, zespołu Imagine Dragons. Słyszałam ją w swojej głowie tak wyraźnie, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie leciała ona naprawdę.

 

Kiedy po moją mamę i Marcina przyszedł jakiś żołnierz, zostawili mnie samą w pokoju i odeszli. Nie było mi jednak wcale tak smutno, bo w pomieszczeniu o ścianach białego i niebieskiego koloru zdawało się być równie miło jak w szpitalu. Przez głośniki leciała cicha muzyka, a ciepłe powietrze i ładne rysunki na ścianach sprawiały, że było bardzo przytulnie.

Ale kiedy drzwi się otworzyły muzyka się wyłączyła, a ja zobaczyłam wchodzącą do środka ładną, młodą kobietę, której włosy do ramion przypominały kolorem pszenicę i wydawały się tak lekkie, jak ptasie pióra. Jej piękne niebieskie oczy świeciły się zupełnie jak gwiazdy podczas ciemnej nocy, mimo panującej w pokoju jasności. Ubrana była w zwykłą czarną bluzkę, ciemnozieloną bluzę, spodnie, oraz długie wojskowe buty ze sznurowadłami.

- Siema siema - przywitała mnie i uśmiechnęła się podchodząc do mnie, siedzącej na łóżku, do połowy przykrytej fioletowym kocem, bo muszę to przyznać - odkąd weszła, zrobiło mi się trochę chłodno. - Jestem Emily Wonder. Major Emily Wonder - podniosła rękę, żebym ją uścisnęła na powitanie, ale ponieważ nie miałam na sobie rękawiczek ochraniających, bałam się to zrobić i zamiast tego, spojrzałam na nią porozumiewawczo. - Aha, czekaj... - Wyjęła z kieszeni dwie czarne rękawiczki, po czym podała mi je z uśmiechem. Od razu je założyłam i uścisnęłam jej rękę, którą znów wyciągnęła w moją stronę. - Jak się masz Ariadna? Nasza Karinka dobrze o ciebie dbała? Czasami bywa trochę niemiła dla leżących w szpitalu.

- Czuję się dobrze - uśmiechnęłam się. - A pielęgniarka też była dla mnie miła, choć na początku trochę dziwnie na mnie patrzyła.

- W sumie jej się nie dziwię, bez urazy - powiedziała śmiejąc się, a kiedy przestała spojrzała na mnie uważnie i podeszła bliżej. - Ale na pewno dobrze się już czujesz? Strasznie jesteś blada, kiedy ostatnio coś jadłaś?

- Wczoraj, ale pół godziny później i tak wszystko zwróciłam... - mruknęłam.

- No to jestem pełna podziwu. Nie burczy ci w brzuchu? Ja już bym leżała trupem na ziemi i wołała do wszystkich wokół żeby szybko dali mi coś do zjedzenia.

- Burczy mi - Uśmiechnęłam się i zaśmiałam pod nosem słysząc jej słowa.

- Niedługo coś przekąsisz, ale najpierw musimy iść na odprawę, pani generał chce się z tobą spotkać. I parę innych osób. Twój tato dużo nam o tobie mówił.

- Zna go pani?

- Pewnie. Kto by go nie znał? Dowodził każdą naszą misją, prowadził treningi, opowiadał najzabawniejsze historie... Świetny gość, wszyscy go uwielbiają i każdy nie może się doczekać jego powrotu. Choć ty i twoja rodzina na pewno jesteście tym podekscytowani bardziej niż my.

- No... - mruknęłam. - Ale... Jaką panią generał? - chciałam wiedzieć. - Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że jestem w tej bazie wojskowej, w której pracował mój tato...

- Zgadłaś. Jesteś właśnie w tej tajnej bazie wojskowej w Olsztynie pod Częstochową. Przenieśli cię tu, bo mamy trochę lepszy sprzęt niż w tamtym szpitalu i mogliśmy lepiej obserwować twój stan zdrowia. Zresztą ten lekarz - Richard Smith, też tutaj pracuje i jest pułkownikiem Sił Powietrznych podobnie jak twój tato - pułkownik Perk, tylko że on jest ze Stanów Zjednoczonych, tak jak ja. I jest jeszcze parę powodów, dla których cię tu zabrano razem z resztą, ale dowiesz się tego już na odprawie. A teraz się przebierz, nie pójdziesz w tych szpitalnych ciuszkach przed oblicze naszej pani generał, bo by jej chyba szczęka opadła - zaśmiała się.

Potem podała mi do ręki okrągłe urządzenie, które zmieniało strój na ciele - tak zwany przebieralnik. Miał go właściwie każdy, trzeba było kupować do niego jedynie ubrania, na tym to polegało. Na niewielkim pulpicie urządzenia ustawiłam sobie najbardziej pasujący do mnie strój, a następnie przyłożyłam je do klatki piersiowej, do której od razu się przyssało. Po chwili wysunęły się z niego ubrania i przykryły moje ciało granatowymi spodniami, białą koszulką z długim rękawem, bluzą z kapturem i białymi butami.

- Dobry wybór. Pasuje ci do koloru włosów i oczu, które masz prześliczne... Wiesz ile osób zabarwia sobie tęczówki, żeby mieć fiołkowe oczy? Dużo, bardzo dużo... - Schowała do kieszeni urządzenie. - To teraz możemy już iść? Trochę się zasiedziałaś w tym pokoju. Chodź ze mną - powiedziała, po czym otworzyła drzwi i wyszłyśmy na zewnątrz, na korytarz o białej posadzce i szarych ścianach. Nie bardzo podobał mi się ten kolor, a ona to wyraźnie zauważyła. - Nie martw się, takie kolory są tylko na tym piętrze, później są już bardziej radosne. Ale najlepsze są w stołówce, mówię ci...

- Już się nie mogę doczekać... A jeśli mogę panią spytać, po co idę na tą odprawę? Czemu nie mogę wrócić już do domu? I jaka jest ta pani generał?

- Oczywiście, mogę ci opowiedzieć o naszej pani generał, jeśli będziesz mówić do mnie na ty. Nie lubię jak ktoś tak młody jak ty mówi do mnie pani, bo czuję się wtedy jakbym była po pięćdziesiątce, a mam dopiero 29 lat. I mówię ci, większość żołnierzy w tym ośrodku powie ci to samo, więc przyzwyczaj się do tego. Jeśli chodzi o panią generał, to jest nawet spoko, choć dużo osób jej nie lubi, bo często jest niemiła dla nowych, a nowi są młodzi. A młodzi ludzie długo pamiętają urazy i już do końca za nią nie przepadają. Ja tak miałam na przykład. Ona lubi żołnierzy idealnych. Jak mają idealnie zapięte guziki, mundury bez żadnych zagięć, wzrok pełen zła, który z wroga robi małą, biedną owieczkę... Ale ja ci mówię - niełatwo jest znaleźć takich żołnierzy. Bo my nie jesteśmy maszynami do zabijania, do czynienia zła, do bycia idealnym. My jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy śmieją się, piją piwo, grają w różne dziecinne gry - nie pytaj jakie. Mamy swoje własne potrzeby i nie możemy być idealni, dlatego pani generał tak bardzo nas nie lubi. My tylko czasami jesteśmy w stanie być takimi, jakimi ona by chciała żebyśmy byli, ale to wtedy, kiedy ruszamy na wojnę. Do Stanów Zjednoczonych, czy Rosji. Tam dzieją się rzeczy, które na całe życie zmieniają człowieka... Ale czekaj, zupełnie odbiegłam od tematu... - uśmiechnęła się do mnie, ale widziałam w jej oczach smutek.

I w końcu nie dowiedziałam się po co szłam na odprawę, dlatego musiałam uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż powiedzą mi o tym następne wydarzenia.

 

Siedziałam na wygodnym krześle przy dużym, okrągłym stole i przyglądałam się siedzącym wokół niego osobom. Obok mnie była mama i Marcin. Przede mną stała niska kobieta po pięćdziesiątce, o posiwiałych już włosach, związanych w eleganckiego koka. Mimo wieku, na jej twarzy nie widać było żadnych zmarszczek, a brązowe oczy zdawały się być młodsze niż ona sama. W eleganckim, wojskowym stroju, składającym się z białej bluzki, jasnoniebieskiego żakietu i spódnicy wyglądała na całkiem miłą panią, ale nie chciałam jej osądzać przedwcześnie, zwłaszcza po tym, co opowiadała mi o niej Emily.

Na piersi miała przypięte odznaki w różnych kolorach, oraz tytuł generała z nazwiskiem Sylwia Morawska. Natomiast po drugiej stronie wyhaftowany był napis ZJEDNOCZONE SIŁY ZBROJNE.

Przy stole siedziała także Emily Wonder i doktor Richard Smith, który okazał się też pułkownikiem Sił Powietrznych.

- Żeby wytłumaczyć wam całą sytuacje, muszę zacząć od samego początku... - odezwał się pułkownik Smith, patrząc głównie na mnie. - Kiedy nasz statek kosmiczny razem z żołnierzami, zjawił się na orbicie Iritos... - zaczął opowiadać.

Zdziwiło mnie, że mówił właśnie na ich temat, szczególnie, że wczoraj zapadłam w śpiączkę, wybudziłam się z niej dopiero parę godzin temu i w życiu bym nie przypuszczała, że po tym wszystkim zacznie opowiadać właśnie o nich. Wydało mi się to podejrzane, ale słuchałam dalej mając nadzieję, że w którymś momencie dowiem się czegoś o powodach, dla których się tu znalazłam.

- Iritosi natychmiast przetransportowali się na nasz statek - kontynuował - i zaczęli atakować naszą załogę, brać ją do niewoli na ich własną planetę. Nasi przez miesiąc ciężko pracowali w podziemiach - Zamknęłam oczy wyobrażając sobie mojego tatę zakutego w kajdany i pracującego w jakiejś ciemnej i zimnej jaskini i wypuściłam powietrze z płuc, jakbym dawno tego nie robiła. - Na szczęście parę dni przed tymi wydarzeniami, porwano dzieci głównodowodzącego armią Andirian i tak się złożyło, że podczas ich ratunku, zabrano na Andir także naszych żołnierzy. Nie szybko zdobyli ich zaufanie, ale po tym, jak razem odzyskali jedno miasto i wypędzili Iritosów, którzy w nim byli, zaczęli pomagać naszym w odbudowie statku. - Muszę przyznać, że była to troszkę inna wersja, niż podawali w telewizji i jaką opowiadał nam tato. - Ale to też zdenerwowało samych Iritosów. Fakt, że jacyś obcy ludzie mieszają się w ich wojnę, niszcząc kilkanaście ważnych miast na ich planecie, zabijając wielu ich ludzi i zabierając zbiorniki wody, które oni ukradli wcześniej z Andir, spowodował u nich taką złość, że są oni teraz w stanie zaatakować Ziemię. Przynajmniej tak wynika z tego wszystkiego, co działo się w ostatnich dniach pobytu tam naszych żołnierzy. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że dowiedzieli się o istniejącej na Ziemi technologii bardziej zaawansowanej niż u nich, albo raczej powiedziałbym - innej.

- Chwila - odezwał się nagle Marcin, podnosząc prawą rękę do góry, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich siedzących przy stole osób. - Czy mamy rozumieć, że tak jakby... rozpętaliśmy sobie wojnę z Iritosami tylko dlatego, bo pomogliśmy Andirianom w odzyskaniu kilku miast?

- Tak panie Marcinie, dokładnie tak - powiedziała pani generał.

- Iritosi bardzo różnią się od nas samych, Marcin - zwrócił się do niego pułkownik, a zdenerwowana mina Marcina powoli zaczęła znikać. - Jak nieliczni, chowają urazę przez bardzo długi czas i nie spodobało im się, że obca rasa miesza się w sprawy ich wojny pomiędzy nimi samymi a Andirianami. A jeszcze bardziej to, że nasi żołnierze zabili wielu ich wojowników i przywódcę, który dowodził głównymi armiami i był "Królem Niebios", jak oni nazywają swoich dowódców, a naszych prezydentów miast, chociażby. Nie zabili oni największego ich władcy - Jokteela, rządzącego całą ich planetą, którego uważają za wysłannika samego Boga, ale i tak bardzo ich to rozwścieczyło. Dlatego właśnie lecą na Ziemię - aby się na nas zemścić i prawdopodobnie też odebrać część naszej wody z mórz i oceanów, tak jak to robili w przypadku Andir.

- Takie wytłumaczenie podoba mi się już bardziej... - szepnął Marcin w moją stronę.

- Nasi żołnierze powinni powrócić na Ziemię w ciągu dwóch tygodni... - powiedział po chwili ciszy.

Ja jednak nie słuchałam go już dłużej, bo nagle zrobiło mi się niedobrze. Zupełnie tak, jak poprzedniego dnia, po tym, jak dostałam tamten środek z Irlandii. Zaczęło mi się kręcić w głowie, poczułam ten ogromny niepokój, kiedy miałam wrażenie, że zaraz stanie się coś, co na pewno by mi się nie spodobało.

Pułkownik przerwał nagle w pół słowa, widziałam jak na mnie spojrzał i zostawiając wszystko o czym mówił podszedł do mnie i chwycił mnie pod ramię, jakby dokładnie wiedział jak źle się poczułam. Może jakoś telepatycznie przekazałam mu te informacje, wiedząc, że jest lekarzem...

- Pani generał - rzucił nagle bardziej zdenerwowanym tonem i wszyscy na niego popatrzyli. Nawet nie patrząc w moją stronę i nie słuchając tego, co miał jej jeszcze do przekazania pułkownik, kiwnęła głową w jego kierunku. Wtedy poczułam jego silne ręce na swoich ramionach, które podniosły mnie bez żadnego wysiłku. - Niech pani siedzi, zajmę się nią - zwrócił się do mojej mamy, która zaczęła już wstawać.

Trzymając mnie za ramię wyszedł ze mną na korytarz i skierował się w stronę jakichś drzwi, które po chwili okazały się wejściem na niewielki taras.

I gdy tylko się na nim znaleźliśmy, poczułam chłodny wiatr wiejący w moją stronę i oparłam się o barierki, z których widać było daleko rozciągające się zielone pola. Wtedy aż tak bardzo nie przejmowałam się faktem, że nie były one ośnieżone.

- Wdech i wydech Ariadna - zaczął. - Wdech i wydech. Powoli. Podnieś głowę do góry i zamknij oczy, zaraz ci przejdzie, może po prostu potrzebowałaś świeżego powietrza. Po śpiączce dzieją się różne rzeczy, więc się nie denerwuj, dobrze? Musiał ci też spaść poziom cukru, więc zaraz będziemy musieli coś zjeść.

Zrobiłam, co kazał i natychmiast poczułam się dużo lepiej.

- Już lepiej? - spytał po chwili.

- Tak - szepnęłam.

- Masz jutro w szkole jakiś sprawdzian, czy w ogóle coś stresującego? - spytał mnie i muszę przyznać, że ani trochę nie zdziwił mnie ten temat, nawet nie zwróciłam na to uwagi.

- Nie.

- To dobrze. Możesz jutro się czuć jeszcze trochę dziwnie i dobrze by było, żebyś szerokim łukiem omijała jakikolwiek stres, bo możesz się poczuć tak, jak przed chwilą.

- Zobaczę, co da się zrobić - powiedziałam z lekkim humorem.

- Chcesz tam wrócić jeszcze na chwilę, czy raczej nie?

I to pytanie mnie właściwie uszczęśliwiło, bo miałam wybór. Wrócić tam, lub nie. Oczywiście, że nie. Ta cała odprawa wcale mi się nie podobała, szczególnie jak się dowiedziałam, że Iritosi mają zamiar przylecieć na Ziemię.

- Nie. Nie ma mowy. Chodźmy na lody.

Pułkownik od razu zaczął się ze mnie śmiać i długo czekałam, żeby się w końcu uspokoił. Wtedy popatrzył na mnie z powagą i zmrużył oczy, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.

- Słyszałaś o nich, prawda? O Iritosach i Andirianach?

- Oczywiście, każdy o nich słyszał, przecież sam prezydent nam o nich opowiadał. - Pierwszy raz w życiu czułam się tak swobodnie, rozmawiając z dużo starszym od siebie mężczyzną, którego właściwie w ogóle nie znałam i uśmiechnęłam się sama do siebie. - I właściwie zastanawiam się dlaczego on to w ogóle zrobił. Skąd miał pewność, że ludzie nie zaczną panikować i denerwować się, że wysłaliśmy ludzi na taką misję.

- On nigdy nie miał stuprocentowej pewności, ale bardzo chciał, żeby ludzie się o tym dowiedzieli, nie chciał słuchać naszych kazań, nie chciał naszych rad, on po prostu postanowił dopiąć swego. Stwierdził, że tak będzie lepiej dla nas wszystkich, że lepiej się żyje bez jakichkolwiek sekretów.

To, co powiedział bardzo przypomniało mi o moim własnym życiu, gdzie ukrywałam się nawet przed własnymi przyjaciółkami ze szkoły, pod ścianą niezliczonych sekretów, spowodowanych jedynie moją rzadką, ale jaką niebezpieczną mutacją. I stwierdziłam, że życie bez nich, faktycznie jest najlepsze...

- To właściwie który prezydent chciał tego najbardziej? - zaciekawiło mnie.

- Francji - Zrobiłam zaskoczoną minę, bo nie przypuszczałam, że właśnie on, albo raczej ona, bo to kobieta, sprawiła, że inni prezydenci także zdecydowali ujawnić ludziom sekret dotyczący życia na innych planetach. - Naprawdę. To właśnie pani prezydent z Francji zaważyła na tej decyzji. I myślę, że dobrze postąpiła. Jeśli Iritosi naprawdę zamierzają przylecieć na Ziemię, to ludzie nie będą tym tak zaskoczeni, dowiedzą się o tym wcześniej i panika może nie być aż tak ogromna. Zresztą, przygotowywaliśmy scenariusz na taką okazję. Pod miastami są schrony. Największe budynki, takie jak na przykład twoja szkoła, mają specjalne, grube i twarde ściany, które przetrzymają nawet pociski Iritosów. Myślę, że ludzie pomimo wszystkiego, będą mogli czuć się bezpiecznie.

- Nigdy nie będą się czuć bezpiecznie - stwierdziłam.

- Jesteś pesymistką? - zapytał nagle.

- Ee... - zawahałam się. - Nie... Raczej do nich nie należę.

- Pytam, bo to twoje zdanie właśnie tak zabrzmiało, jakbyś nią była - zrobił chwilową pauzę i spojrzał w górę, na płatki śniegu, które powoli opadały na ziemię. - Jeśli przybędą, nasi ludzie postarają się nie dopuścić do tego, żeby choć jedną nogą stanęli na Ziemi. Dzięki twojemu tacie i jego załodze wiemy, czego możemy się po nich spodziewać i nie pozwolimy aby ktokolwiek został przez nich zabity.

- A skąd w ogóle to założenie, że Iritosi zamierzają do nas przylecieć?

- No właśnie, najgorsze jest to, że to nie jest żadne założenie. To są fakty. Trzy dni temu zlokalizowaliśmy sześć dużych statków kosmicznych lecących w kierunku Ziemi. Nie mamy wątpliwości, że należą do nich.

Ciarki mi przeszły po plecach, kiedy to powiedział. Zaczęłam wyobrażać sobie pojawiające się ogromne i ciemne statki daleko nad moją głową. Czułam ten strach, który mógłby mi wtedy towarzyszyć, słyszałam krzyki przerażenia innych ludzi i samą siebie, siedzącą na podłodze z głową schowaną między kolanami.

- Ariadna? - usłyszałam nagle. - Jakoś się wyłączyłaś na chwilę.

- No... Zdarza mi się.

- Mam do ciebie takie pytanie... Dlaczego twój brat mówi do ciebie Aria?

Uśmiechnęłam się zapominając o strachu i całym ciałem oparłam się o barierkę.

- Marcin zaczął mnie tak nazywać, jak byłam mała i się przyzwyczaiłam. Taki skrót sobie wymyślił i tak już pozostało. Wiele osób ze szkoły tak się do mnie zwraca.

- W porządku. Ale czekaj... nie pomyślałaś, że twój brat mógł cię tak nazywać, bo ciągle śpiewałaś opery?

- Nie! Niby czemu? Nigdy nie śpiewałam żadnych oper...

- A co, nie umiesz śpiewać?

- No, to na pewno nie o to mu chodziło.

- Jasne, zapytam go o to, bo wiesz... Aria... Taka część opery... - Zaśmiał się pod nosem i spojrzał w niebo.

- Powracając do tamtego tematu... - To wszystko nie dawało mi spokoju, choć wolałabym już o tym całkowicie zapomnieć. - Kiedy oni tu trafią?

- Iritosi? Cóż... Ponieważ nie używają portalu, bo mogą o nim nawet nie wiedzieć, będą tu za niecały miesiąc, dlatego właśnie mamy bardzo mało czasu na jakieś specjalne przygotowywania do obrony. Szczególnie, że pewne osoby, których nazwisk wymienić nie mogę, zdecydowały, że i wy będziecie nam pomagać.

Przez chwilę nie mówiłam nic, bo nie za bardzo zrozumiałam jego słowa, albo raczej nie chciałam ich zrozumieć.

- My, czyli kto...? - zdziwiłam się.

- Wszyscy mutanci, tacy jak ty.

W tym momencie kompletnie odebrało mi mowę. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Zbyt przeraziły mnie jego słowa.

- Jesteście najpotężniejszymi ludźmi na świecie, powinnaś to wiedzieć.

- Ale że co my mielibyśmy robić, tak naprawdę? Jak moglibyśmy wam pomóc, przecież to są Iritosi, a my to właściwie dzieci i nic więcej! Powiedzmy... W życiu im nie damy rady, nie jesteśmy do tego przygotowani, w ogóle! Psychicznie, fizycznie...

- Przygotujemy was Ariadna.

- W ciągu miesiąca?

- Tak.

- Niby jak? - denerwowałam się.

- Nasze badania wykazały, że wasz organizm jest niezwykle wytrzymały i wasze umiejętności są dużo większe niż się spodziewaliśmy. Dzięki swojej energii, jesteście zdolni do czegoś większego, niż tylko kontrola maszyn elektronicznych. Możecie osiągać niesamowitą szybkość zapamiętywania niezliczonej ilości wiedzy, co może wam się przydać również i w walce, a nawet możecie sprawić, że energia nie będzie cały czas w waszym ciele.

- Co to znaczy? - zdziwiłam się.

- Jak prąd. Może być czasem widoczny, jeśli będzie miał duże natężenie. A takie jesteście w stanie utworzyć. I leki, które wczoraj dostałaś miały obudzić w was te umiejętności, tak żebyście mogli je zacząć normalnie używać. Jednak, poszło trochę niezgodnie z planem. Nie spodziewaliśmy się tego typu skutków ubocznych i naprawdę bardzo żałuję tego, co się stało - Kiwnęłam głową. Co innego mogłam zrobić? - Ale wiesz co? Czas, żebyś coś zjadła, bo nam w końcu zemdlejesz z głodu. Chodź.

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki. Pełna wersja książki posiada 28 rozdziałów. Powieść wydana w wersji papierowej oraz jako e-book w formatach e-Pub i mobi